- Opowiadanie: cd4093 - Samotność Czesławy

Samotność Czesławy

Lekko steampunkowy, a raczej peerelowski, brain in a vat, połączony z rozważaniami na temat tego, co można by dziś dokonać bez ciała.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Samotność Czesławy

Gdy przyjechaliśmy do Borowikowej Góry, sierpniowe słońce świeciło już od dwóch godzin. Zbyt szybko skręciłem z głównej drogi i GPS pokazywał mi, że znalazłem się na trasie równoległej do tej, która wiedzie pod pensjonat. Zorientowałem się na szczęście wystarczająco szybko, zanim ugrzęźliśmy na dobre w błocie. Otworzyłem drzwi i spojrzałem pod nogi. Będzie potrzebny solidny sus, żeby wydostać się z auta suchą nogą. Odwróciłem się – Marysia, moja żona, wciąż spała, nieporuszona wstrząsami i bujaniem. Postanowiłem jej jeszcze nie budzić, tym bardziej że nasz Karolek również smacznie spał.

Najbliższa chata znajdowała się jakieś dwieście metrów dalej. Szedłem skarpą, wznoszącą się lekko nad błotnistą drogą, od czasu do czasu przytrzymując się pokrytego zielonymi porostami płotku, za którym krowy leniwie żuły trawę. Na podwórzu nikogo nie zauważyłem, ale kobiecy głos, nucący jakąś starą piosenkę, chyba Mieczysława Fogga, zaprowadził mnie za chylącą się ku upadkowi szopę. Pośrodku wybiegu okolonego siatką stara góralka karmiła kury. Ubrana była w znoszony dres i rozciągnięty sweter, pod którym rysowały się zwisające piersi. Lata ciężkiej pracy pochyliły ją ku ziemi i wygięły w jedną stronę, przez co kobieta patrzyła jakby trochę spode łba.

– Dzień dobry, pani! – przywitałem się.

Odwróciła się w moją stronę i odpowiedziała wesoło:

– Witajcie, panocku! A cóż tam, pobłądziliśta? – zapytała od razu.

Uśmiech miała sympatyczny, szczery. Jedną ręką przytuliła do biodra miskę z ziarnem, a drugą wciąż posypywała kurom pożywienie.

– Jak pani widzi. Chciałem dojechać do Domu Na Wzgórzu. Wiecie, gdzie to jest?

Przyjrzała mi się bacznie, a właściwie zlustrowała od stóp do głów.

– A co mam nie wiedzieć? Wszystkie tu wiedzą – rzuciła suchym tonem.

Wyprostowała się trochę i zaczęła świdrować mnie wzrokiem. Pomyślałem, że jej słowa zabrzmiały dziwnie surowo i poczułem się nieswojo.

– Tędyk nie dojedziecie, bo to droga do starego Małychy, dalej już tylko las. – Po chwili nieufny uśmiech wrócił na jej twarz. – Musita cofnąć się do szosy i podjechać kawalątek dalej. Przy Najświętszej Panience musita skręcić. Wtedy pod górkę i zaraz pensjonacik pani Małgorzaty będzie.

– Skręcić w lewo czy w prawo? – chciałem doprecyzować.

– Ano jedna tam tylko droga. W prawo.

– Bardzo dziękuję za pomoc. Miłego dnia życzę! – podziękowałem i skłoniłem głowę.

– Ano proszę. Z Bogiem! – odpowiedziała i nachyliła się z powrotem do kur.

Gdy odwróciłem się i odszedłem kawałek, miałem wrażenie, że słyszę ciche pomrukiwanie „A kogóż to ona sobie znowu sprowadziła?”. Jakieś licho podkusiło mnie, by spojrzeć za siebie i zobaczyłem, że kobieta znów się podniosła i patrzy w moją stronę. Wraz z nią świdrował mnie spojrzeniem tuzin kur. Swoim zwyczajem obróciły głowę, by skierować na mnie oczy, przez co upodobniły się do swojej karmicielki. Babka zreflektowała się szybko, uśmiechnęła się i skinęła mi ręką. Starała się przy tym kopnąć którąś z kur, ale te uskakiwały, nie spuszczając ze mnie oczu. Przyspieszyłem kroku i, gdy dotarłem do samochodu, ku własnemu zdziwieniu odetchnąłem z ulgą. Za dużo skandynawskich kryminałów oglądasz, powiedziałem sobie w duchu. To dlatego odludzia cię przerażają.

* * *

Na miejsce dojechaliśmy krętą drogą, wijącą się kilka minut przez las. W końcu zza szpaleru drzew wyłonił się pensjonat. Odetchnąłem z ulgą, gdy zobaczyłem niebieskawy front i łuki z czerwonej cegły, wieńczące okna. Pensjonat zdawał się wyglądać dokładnie jak na zdjęciach z portalu z zakupami grupowymi. Uśmiechnąłem się do siebie, zadowolony, jak tanio udało mi się załatwić w tym roku wczasy. Gdy minąłem bramę i wjechałem na dziedziniec mina mi zrzedła. Zobaczyłem pryzmę żwiru, rozrzucone po całym podwórzu płyty OSB i kręcącą się betoniarkę, do której jakiś mężczyzna z papierosem ładował zaprawę. Ściany budynku od strony dziedzińca okazały się całkiem surowe. Niektóre okna otaczała jeszcze pomarańczowa pianka termoizolacyjna, a balkony, a właściwie ich zapowiedź, istniały tylko w postaci uzbrojenia. Słowem, wjechałem na plac budowy.

– Marysiu, jesteśmy na miejscu – obudziłem żonę. – Choć wolałbym się w tej kwestii mylić.

– Co takiego? – odpowiedziała, przecierając oczy. – Co masz na myśli?

– Spodziewałem się czegoś lepszego – odparłem wprost.

Na twarzy mojej żony, gdy tylko zrozumiała, gdzie dotarliśmy, również odmalowało się zdziwienie. Wysiedliśmy z auta, pozostawiając synka śpiącego i spojrzeliśmy najpierw po sobie, później po całym otoczeniu.

– To nie wygląda całkiem tak, jak powinno – starałem się oględnym komentarzem nie budować niepotrzebnie napięcia. – Gdzie myśmy trafili? – dorzuciłem jednak, zanim zdążyłem ugryźć się w język.

– Obawiam się, że do Domu Na Wzgórzu – Marysia wolała nie pozostawiać sobie zbyt wiele złudzeń. – Od frontu wygląda dokładnie tak, jak na zdjęciach. A tej części chyba po prostu na fotografiach nie było. Zrobili nas w konia.

– Cóż, trzeba tu się kogoś zapytać, o co w tym wszystkim chodzi – stwierdziłem i podszedłem do mężczyzny, obsługujące betoniarkę.

– Dzień dobry! – przywitałem się.

– Dzień dobry! Kolejni goście? Wcześnie państwo przyjechali – odrzekł życzliwym, choć ochrypłym głosem, kierując w moją stronę strumień cuchnącego dymu. – Pójdę po kierowniczkę. – Wbił łopatę w żwir i zniknął w budynku. Odwróciłem się do żony, wzruszając ramionami. Po minucie w drzwiach ukazała się blondynka, lat około pięćdziesięciu, umalowana niedbale, a właściwie po prostu rozmazana. Ubrana była w japonki i szlafrok narzucony na negliż. W ręce trzymała zapalonego papierosa, który śmierdział nie mniej niż szlug robotnika. Kolejny asumpt do wyjazdu, pomyślałem o żonie, nienawidzącej zapachu tanich papierosów.

– Witam, pana serdecznie, czym mogę służyć? – powitanie zakończyła ziewnięciem. – Przepraszam, rzadko wstaję o tej porze.

Nie wiedziałem, czy powinienem się czuć winny, więc zachowawczo westchnąłem i rozłożyłem ręce, dając do zrozumienia, że też nie lubię zrywać się wcześnie z łóżka.

– Mieliśmy zarezerwowany pokój dwuosobowy z dostawką. Z widokiem na góry – dodałem asekuracyjnie, jakby miało nas to uratować przed kolejnym rozczarowaniem.

– Ach, oczywiście, zapraszam za mną – ruszyła, nie oglądając się. Utwierdziłem się w przekonaniu, że nikt nie będzie przed nami rozpościerał czerwonego dywanu. Podbiegłem do żony i powiedziałem, że sprawdzę, czy jest sens budzić Karolka.

Właścicielka znikała już na szczycie schodów, prowadzących do wejścia, pobiegłem zatem za nią, by zanurzyć się w ciemnym korytarzu. Wewnątrz pensjonatu pachniało wilgocią i drewnem. Ściany pomalowane były buro-różową farbą, a oświetlające je kinkiety były pokrzywione, jak gdyby przed chwilą przeszedł tędy mały huragan. Na końcu korytarza właścicielka czekała, ćmiąc papierosa i drapiąc się po nodze.

– Zapraszam na górę – zawołała do mnie.

Na piętro wchodziło się po prowizorycznych schodach z płyt OSB, uginających się i skrzypiących niemiłosiernie.

– Oto państwa pokój – wskazała drzwi na końcu korytarza. – Proszę się rozpakować, pani Henia zaraz przyniesie pościel i ręczniki. Za jakieś dwie godziny będzie śniadanie. Proszę za mną, pokażę, gdzie jest jadalnia. Obiadokolacja jest wydawana między szesnastą a siedemnastą.

Oprowadziła mnie szybko po pensjonacie, po czym odwróciła się na pięcie i wróciła do siebie. Ja wróciłem do żony, stwierdziwszy, że da się tu zamieszkać na półtora tygodnia. Obudziliśmy Karolka i poszliśmy razem obejrzeć pokój. Meble były nowe, niepasujące do wnętrza w na pół surowym stanie. Źle przykręcony sedes w łazience kiwał się, a okna w pokoju otwierały się z trudem. Było jednak czysto i przestronnie.

– Przy tej cenie nie powinniśmy spodziewać się czegoś o wiele lepszego. Możemy zostać – stwierdziła Marysia. – Wyjechać zawsze można – spojrzała na niebo – a teraz trzeba wnieść bagaże, bo chyba zaraz się rozpada.

Ciągnąc walizki, zauważyłem, wiszące na korytarzu, drzewo genealogiczne i przystanąłem. Na dole drzewa znajdowała się fotografia młodej kobiety w sukience w kwiaty, podpisanej jako Czesława Bozieńska. Usłyszałem kroki i odwróciłem się.

– Dzień dobry – przywitała się lekko siwiejąca brunetka lat około czterdziestu, niosąca pościel do naszego pokoju. – Zainteresowali pana przodkowie pani Czesławy?

– Dzień dobry. Bardzo starannie wykonane drzewo. Małe dzieło sztuki – starałem się jakoś wytłumaczyć moje wścibstwo, choć przecież drzewo wisiało na korytarzu.

– Och, wuj naszej pani Małgorzaty, mąż Czesławy Bozieńskiej – wskazała zdjęcie młodej kobiety – był bardzo dumny, z tego, że wżenił się w taki ród. W ogóle był to człowiek specyficznych zainteresowań, choć może trochę niechlubnej profesji, gdyż był komuchem, znaczy się, był wysoko w partii; ale to nie był zły człowiek. Bardzo kochał swoją żonę, nawet jeśli często wydawało się, że to było małżeństwo z rozsądku. Zresztą to długa historia, co będę pana zanudzała…

– Ależ to bardzo ciekawe, co pani mówi – odparłem szczerze, dumny, że będę mógł opowiedzieć coś żonie o tym miejscu i jego właścicielce. – Ten wuj, cóż miał za niezwykłe zainteresowania?

– Godzinami można by opowiadać, czasem to aż strach, bo on po całym świecie jeździł, aż mu chyba tam w głowie coś trochę nie tego… – wykonała znaczący gest przy skroni. – Ale może być, że po prostu zawsze taki był. Choć jak z Afryki wrócił, z Egiptów, to i piramidy chciał stawiać i jakieś inne cuda budować, tylko już pani Czesława chorowita była i zaczął sprowadzać specjalistów różnych, zwłaszcza radzieckich, co to każdy jeden to lepszy cudak był. Pan Bozieński swoje koty miał, ale jak żona zachorowała, to na tych lekarzy wszystkie pieniądze był wydał, choć to po prawdzie pani Bozieńskiej majątek był.

Chciała dalej opowiadać, ale byłem zbyt zmęczony. Przeprosiłem ją i zostawiłem rozczarowaną przy obowiązkach.

* * *

Marysia miała rację. Gdy wnosiłem ostatnie bagaże, a Karolek, ku memu przerażeniu, ścigał się z własnym cieniem po schodach, zaczęły spadać pierwsze krople letniego dżdżu. Nie przerodził się on w oberwanie chmury, ale do południa byliśmy uziemieni w pensjonacie. Gdy się rozpakowaliśmy i odkryliśmy jeszcze parę nieprzyjemnych niespodzianek, jak uszkodzona skrzynka bezpiecznikowa czy gniazdo szerszeni pod żebrowaniem niedoszłego balkonu, usiedliśmy nad mapą, by zaplanować trasę na następny dzień. Syn tymczasem zwiedził cały pensjonat, co prawie przyprawiło nas o siwiznę, gdy znajdowaliśmy go grzebiącego w niezabezpieczonej skrzynce bezpiecznikowej czy kominku pełnym desek z gwoźdźmi. Odetchnęliśmy z ulgą, gdy wieczorem chmury się rozpierzchły i wyjrzało słońce. Na dworze zrobiło się bardzo przyjemnie, powietrze było czyste, a góry malowniczo wyłaniały się z lekkiej mgły. Stwierdziliśmy, że trzeba ratować z tego dnia to, co jeszcze zostało, i wybraliśmy się na krótki spacer po okolicy. Zaraz za bramą dogoniliśmy mężczyznę, który rano obsługiwał betoniarkę. Niósł jakieś zawiniątko z gazet.

– Żień popry, państłu – przywitał się, odpalając jednocześnie papierosa. Powoli przychodziło mi oswojenie się ze swobodą bycia miejscowych.

– Dzień dobry – odpowiedzieliśmy chórem. Mężczyzna zaciągnął się, a na jego twarzy odmalował się wyraz błogości.

– Jak się państwu u nas podoba? – zapytał.

– Przepiękna okolica – odparła Marysia. – Mamy tylko nadzieję, że pogoda dopisze.

– O tak, tu jest wszystko, co człowiekowi jest potrzebne do szczęścia. Wie pani, mnie już nie ma. Nie ma mnie jako człowieka, ale tu… Ona mnie tu przyprowadziła i zostałem. Nie mam do czego wracać. Żona ode mnie odeszła i rok później zmarła, córka wyjechała do Saksów i nie chce mnie znać. Wie pani, piłem, dużo. Teraz piję mało, znacznie mniej, tyle tylko ile trzeba, by jej nie było za dużo w głowie. Tu wszystko mniej boli, bo w tych górach i w tej ziemi jest życie, które nie interesuje się ludzkimi błędami. Szuka tylko. Szuka tych, którzy mogą się na coś jeszcze przydać. Więc i ja chyba do czegoś mogę się jeszcze przydać, nie? Tu jeszcze czasem potrafię się czuć potrzebny. Rozumie pani, co chcę powiedzieć?

– Uhm… – żona odparła bez krztyny przekonania.

Mężczyzna milczał przez chwilę, patrząc w korony drzew.

– Nie przedstawiłem się, mam na imię Zbyszek – uśmiechnął się, ale jakoś smutno, jakby wstydził się siebie. Nie wyciągnął ręki, tylko zacisnął mocniej palce na zawiniątku.

– Miło mi, Marysia. To mój mąż Edward i synek Karol – przedstawiła nas.

Zapadła cisza, z gatunku tych niezręcznych, gęstych, jak powietrze przed burzą. Jednak pośród gór, w perlistym śmiechu Karolka, naszych krokach na mokrym żwirze szybko z niezręcznej stała się naturalną. To jednak dobre miejsce na wakacje, pomyślałem wówczas.

Pan Zbyszek westchnął w końcu ciężko i, życząc miłego spaceru, przyspieszył kroku. Znikł na chwilę za zakrętem, a gdy go znowu dogoniliśmy, pochłonięty już był nową pracą. Rozwinął swój pakunek, skrywający kilka małych pędzelków, farby i papiery ścierne. Z troską pogładził włosy i suknię Matki Bożej w przydrożnej kapliczce, a potem zaczął usuwać łuszczącą się farbę. Maryja stała pod nadgniłym daszkiem i zdawała się być skrępowana zabiegami, którym została poddana. Ręce miała wzniesione wysoko, wyżej niż to się na ogół spotyka w tego rodzaju figurach. Pomyślałem, że błogosławi swojego renowatora. Minęliśmy ich w milczeniu. Chwilę później usłyszałem za plecami:

Jakiś żal w sercu mam, tak mi jakoś źle,

Smutną dziś piosnkę gram i tęsknota budzi się

Upiór snów mych prześladuje mnie…

* * *

Spacer wydłużył się nam ponad miarę, tak że ledwo zdążyliśmy na kolację. My byliśmy zachwyceni widokami, które stanowiły godną zapłatę za długą podróż, synek zaś, mimo zmęczenia długą jazdą, interesował się wszystkim dokoła. Szczególnie zwrócił jego uwagę opuszczony peerelowski ośrodek wczasowy Stokrotka. Położony blisko naszego pensjonatu, jakieś pięć minut drogi, choć schowany w lesie nie był widoczny z okien Domu Na Wzgórzu. Stokrotka była w opłakanym stanie. Powybijane szyby w oknach straszyły szczerbatym uśmiechem, tynk odpadał ze ścian wielkimi płatami, cały teren dawnego ośrodka zarośnięty był chaszczami, gdzieniegdzie osiągającymi wysokość dorosłego człowieka. Nad dachem, z którego obłaziły dachówki z masy bitumicznej, górował olbrzymi komin.

– Karolku, tylko nie waż się tam wchodzić! – krzyknęła Marysia za małym, który znikł w krzakach. – To wszystko na pewno może runąć!

– I uważaj na szkła! – dorzuciła, gdy zobaczyła stos potłuczonych butelek przy pozostałościach bramy. – Idź po niego, zanim coś sobie zrobi.

Nie musiała mi dwa razy tego powtarzać. Znikłem jej z oczu, otoczony suchymi krzewami.

– Karolu, zaczekaj na mnie! Obejdziemy to cudo dokoła i zobaczymy, co tu jest ciekawego – starałem się po ojcowsku i z pedagogicznym zacięciem opanować żywioł.

– Zobacz, tutaj mieszka rodzina szpaków – rzuciłem w stronę, z której dobiegał trzask łamanych gałęzi. Za chwilę wypadł ze ściany zieleni wprost na mnie.

– Gdzie, gdzie, pokaż! – rozglądał się zainteresowany.

Położyłem palec na ustach i pokazałem okno na niższym piętrze poddasza. Dorosły szpak właśnie przyleciał nakarmić młode. Gdy wiatr trochę osłabł, udało się usłyszeć ciche kwilenie piskląt. Szpak wrzucił coś do jednego z otwartych dziobków i odleciał, by za chwilę wrócić z kolejną porcją kolacji. Mały patrzył na tę scenę jak zaczarowany, choć rodzina szpaków była ledwo widoczna z dołu. Ptak fruwał tam i z powrotem, by w końcu wylądować kilka metrów od nas. Zaczął szukać czegoś w trawie, poszukiwania okazały się jednak bezowocne, poderwał się więc, a za chwilę przysiadł w oknie na parterze, obok czegoś, co dawniej było zapewne głównym wejściem Stokrotki. Obrócił oko w naszą stronę i zdawał się oceniać, czy nie jesteśmy groźnymi drapieżnikami. Nie wiem, czy na znak pokoju, czy wręcz przeciwnie, ku przestrodze innych ptaków w okolicy, zaczął świergotać i klekotać, a w końcu zanucił fragment piosenki Fogga, którą już tu słyszałem.

Jodeszlo fdal,

jodeszlo fdal…

Powtarzał raz po raz. Słowa z trudem można było zrozumieć, ale melodię udało mu się odtworzyć dosyć wiernie.

– On mówi! – wykrzyknął zaaferowany Karol i lekko przestraszony przysunął się do mnie. – A nawet śpiewa – dorzucił. – Normalnie jak szpak Mateusz od pana Kleksa! – ucieszył się, że skojarzył ptaka z postacią z ulubionego filmu.

– Szpaki potrafią naśladować ludzką mowę – stwierdziłem mentorskim tonem, którym chciałem zagłuszyć wewnętrzne przeczucie, że coś jest nie tak. – Mogą też uczyć się różnych dźwięków i melodii, jak papugi – dodałem, a w duchu pomyślałem: „Ale dlaczego wybrał akurat tę melodię?”.

– Tato, a czy można go złapać i nauczyć czegoś fajnego? – wykoncypował mój syn.

– Myślę, że bardzo źle czułby się zamknięty w klatce w naszym mieszkaniu. Tęskniłby za widokiem gór.

– A gdyby złapać takiego szpaka w mieście? Byłby przyzwyczajony do bloków i dźwięków miasta.

– I dzwoniłby ci jak tramwaj – roześmiałem się.

Karolek naburmuszył się i kopnął kamień.

– Spłoszyłeś go – zauważyłem. – Wystarczy tej lekcji przyrody. Wracamy do mam – zarządziłem.

– Ale mieliśmy obejść te ruiny dokoła – zaoponował Karolek.

– Mama już się z pewnością niecierpliwi. Na dziś musi ci wystarczyć spotkanie ze śpiewającym szpakiem. Myślę, że mało kto, miał okazję spotkać takiego ptaszka – dodałem pojednawczo. Westchnął i wrócił za mną, powłócząc nogami.

Wracając, znów minęliśmy kapliczkę. Przyjrzałem się figurce Maryi, częściowo już odmalowanej. Ku mojemu zdziwieniu Matka Boża stała się blondynką, a płaszcz i suknia nabrały ciemnych barw i zostały przyozdobione kwiatami w miejsce gwiazd. Gdy wbiegłem na piętro, by zostawić w pokoju plecak, uświadomiłem sobie, że Maryja jest po prostu uderzająco podobna do pani Bozieńskiej.

Na kolację zdążyliśmy cudem. Gdyby się nam nie udało, chyba padlibyśmy z głodu, zanim zdążylibyśmy dojechać do najbliższego miasta. Po kolacji mały pograł na tablecie i wkrótce już spał. My też pogadaliśmy tylko chwilę i położyliśmy się do łóżka. Spałem dobrze, mimo dziwnych snów, w których ktoś przyklejał mi piegi, wysyłał w kosmos i przemawiał głosem Piotra Fronczewskiego.

* * *

Bieszczady nas rozpieszczały. Pogoda była prawie idealna, na ogół świeciło słońce, ale nie na tyle mocno, by dokuczliwy upał utrudniał wędrówki. Deszcz, poza jakimiś drobnymi mżawkami, pojawiał się dopiero wtedy, gdy schodziliśmy ze szlaku, a przechodził zaraz po kolacji, tak że mogliśmy zawsze wyjść z Karolem przed pensjonat. Świeże powietrze mu służyło, a my ładowaliśmy akumulatory górskimi widokami.

Na przeszkodzie w zdobywaniu nowych szlaków stanęło tylko nasze auto. Następnego dnia rano odmówiło odpalenia silnika. Poszedłem więc do właścicielki pensjonatu, pani Małgorzaty. Zapukałem i usłyszałem zgłuszone „Wejść!”. Gdy otworzyłem drzwi, odurzył mnie zapach kadzidełek. Wnętrze było w stanie niewiele lepszym niż reszta pensjonatu, bardziej tylko zagracone. Przeszedłem korytarzem w głąb mieszkania, kierując się głosem właścicielki, która krzyknęła, że zaraz do mnie podejdzie. Spojrzałem na stoliczek z gazetami, przyozdobiony tkaną serwetą. Spod rzuconego na wierzch magazynu dla pań wyzierała płachta jakiegoś lokalnego dziennika. W głębi korytarza stał regał z książkami. Podszedłem do niego i przesunąłem palcem po zakurzonych grzbietach. Mimowolnie wyłuskałem spomiędzy nich jakiś stary zeszyt. Na pierwszej stronie widniało czarno-białe zdjęcie młodej blondynki, uśmiechniętej smutno. Poznałem ją od razu.

„Czesława Bozieńska, ur. 10 października 1949 r., z domu Pukiel. Śmierć mózgową stwierdzono 22 listopada 1986 r. 25 listopada tegoż r. Mózg poddano ekstrakcji i reanimowano za pomocą…”

Drgnąłem nerwowo, usłyszawszy kroki i usiłowałem upchnąć zeszyt z powrotem na półce, ale książki jakby spuchły i szczelina okazała się zbyt wąska.

– A to pan! Dzień dobry – pani Małgorzata przywitała się ze mną.

– Dzień dobry. Przepraszam, z ciekawości sięgnąłem po książkę… – próbowałem tłumaczyć się, drapiąc się po głowie.

– To chyba nie książka? – spojrzała na mnie surowo. Po chwili milczenia, przez którą jakby zastanawiała się nad czymś czy pytała siebie o coś w duchu, roześmiała się – Ależ skoro chciała się panu przedstawić, to miło z jej strony, nieprawdaż? Rzadko robi coś w tym rodzaju – wzięła ode mnie zeszyt. – Pan, zdaje się, chciał o coś zapytać?

– Mamy problem z autem – odparłem skonfundowany. – Zna pani kogoś, kto mógłby nam pomóc?

– Jasne, zawołam pana Zbyszka. To prawdziwa złota rączka.

Wyszliśmy na podwórze i po chwili go znaleźliśmy. Ku mojemu zdziwieniu z nieudawanym znawstwem zajrzał pod maskę naszego kombi i po kilku minutach namierzył poluzowany kabel stycznika sterującego rozrusznikiem.

– Odpalaj pan, teraz musi zadziałać – zakomenderował. Silnik rzeczywiście odpalił za pierwszym razem. Gdy podziękowałem, mężczyzna skinął mi z lekkim uśmiechem i, pogwizdując, wrócił do pracy przy betoniarce.

W drodze na szlak rozmyślałem o tym, co mógł oznaczać zapis w tajemniczym zeszycie pani Małgorzaty, ale nic mądrego nie wymyśliłem. Do wieczora zapomniałem o całej sprawie. Dziwnie szybko znikały wówczas z głowy nurtujące mnie pytania.

* * *

W końcu zadomowiliśmy się w Domu Na Wzgórzu, przymykając oko na wszelkie niedostatki. Niemniej trzeciego dnia jedno wydarzenie mocno wytrąciło nas z równowagi. Był już późny wieczór, trochę chłodniejszy niż poprzednie, choć sierpniowe słońce wciąż dawało trochę ciepła, zwłaszcza że wiatr prawie całkiem ucichł. Popijaliśmy z Marysią herbatę w wiacie przed pensjonatem, a Karol bawił się tuż obok, przesłonięty jednak kawałkiem zmurszałego muru. W pewnym momencie za murem zapadła cisza, Marysia zajrzała za załom i z niepokojem stwierdziła, że mały zniknął. Poderwałem się na nogi i zaczęliśmy przetrząsać cały teren pensjonatu. Po dziesięciu minutach dołączył do nas pan Zbyszek i córka właścicielki. Szybko sprawdziliśmy pensjonat i całe podwórko, ale nie znaleźliśmy Karola. Wtedy Marysia rzuciła:

– Może jest w tych ruinach? Bawiłeś się tam z nimi, to pomyślał, że sam też może tam pójść. – Mimo że wzbudzało to we mnie ogromne poczucie winy, zgodziłem się, że trzeba biec do Stokrotki i sprawdzić, czy syna tam nie ma. Miejscowi spojrzeli jednak na nas krzywo. Pan Zbyszek bąknął pod nosem, że nie widzi sensu, żeby tam chodzić, a pani Małgorzata zaczęła nawijać włosy na palec, jak mała dziewczynka, o ile małe dziewczynki umieją to robić, trzymając w ręce zapalonego papierosa.

Zignorowałem to i pobiegłem na skróty przez pole, nawołując po drodze Karolka. Po chwili wpadłem zdyszany za ogrodzenie Stokrotki. Ośrodek czerwienił się w promieniach zachodzącego słońca. Okalające go zarośla tworzyły ogrodzenie, skutecznie zastępujące kruszący się mur. Dodatkowo osłaniały podwórze Stokrotki od wiatru i odgradzały od wszelkich dźwięków, choć o tej porze wieś i tak tonęła w ciszy, a drogą nawet w ciągu dnia rzadko ktoś przejeżdżał.

– Karolku! – Mój krzyk grzązł w roślinach.

Zacząłem okrążać budynek. Znalazłem jedno okno, przez które mogłoby przejść dziecko. Reszta była zabita lub straszyła kawałkami szkła tak, że raczej by się nie przecisnęło.

W końcu doszedłem do głównego wejścia, które było otwarte. Pewnie wchodzili tędy miejscowi. Wnętrze ośrodka było typowe dla opuszczonego budynku, choć wyglądało pewnie lepiej niż tego rodzaju miejsca w miastach. Kilka wulgarnych napisów nagryzmolonych sprayem, jakiś „kaktus” schematycznie oddający anatomię męskich organów płciowych, parę potłuczonych butelek po wódce i piwie. Do tego widoczne tu i ówdzie skutki lokalnego szabrownictwa – powyrywana instalacja elektryczna, zdemontowane rurki centralnego ogrzewania, potłuczone przy okazji, a może skutkiem nieudanej próby rabunku, kafle w pomieszczeniach sanitarnych. Powyrywane krany i resztki mebli, których musiało tu być kiedyś znacznie więcej. Słowem – rozkradzione wszystko, co miało jakąś wartość lub mogło przydać się w domu. Nigdzie jednak ani śladu Karolka.

Z duszą na ramieniu wdrapałem się po skrzypiących schodach, które zabezpieczała zbutwiała poręcz. Nie miałem odwagi się o nią oprzeć. W ciągu paru minut obiegłem wszystkie piętra, później po raz drugi, z nadzieją, że może przeoczyłem syna bawiącego się w którymś z obumarłych pokojów.

Cisza. Znalazłem tylko rodzinę szpaków, która zajmowała kawałek parapetu w sześcioosobowej sypialni.

Karolka tu nie było. Może to nawet lepiej, bo tu najłatwiej mógłby zrobić sobie krzywdę, pocieszałem się. Postanowiłem zadzwonić do żony, ale najpierw nie mogłem ze zdenerwowania narysować szlaczka, odblokowującego telefon, a później zauważyłem, że i tak nie mam zasięgu.

Postanowiłem wracać, ruszyłem więc na schody. Gdy zbiegałem na parter, pomyślałem, że taki budynek może być podpiwniczony. Rzeczywiście, pod schodami znalazłem drzwi, a właściwie coś, co bardziej przypominało właz. Gdy na zewnątrz zerwał się wiatr, zaskrzypiał i uchylił się lekko. Wyciągnąłem komórkę, włączyłem latarkę i zanurzyłem się w ciemność.

Oświetliłem najpierw sufit, bo od kiedy wszedłem do tego budynku, bałem się, że coś spadnie mi na głowę. Belki sprawiały jednak wrażenie solidnych. Później rzuciłem światło na ściany. Krzywe, bielone wapnem, gdzieniegdzie porośnięte pleśnią, też nie wyglądały najgorzej. Po lewej stronie znalazłem włącznik światła. Oczywiście, nie działał. Od włącznika ciągnął się przewód, który ginął dalej w mroku.

W końcu oświetliłem same schody. Nie wiedzieć czemu, skojarzyły mi się z przełykiem jakiegoś wielkiego stwora. Czuć było stęchlizną i wilgocią. Na zimnych murach często musiała skraplać się woda, gdyż w wielu miejscach poczerniały. Zawahałem się, ale usłyszałem w dole dźwięk, przypominający płakanie.

– Karolku? – krzyknąłem w dół. Nikt nie odpowiedział. Zszedłem parę kroków. Na niebie musiała właśnie przechodzić jakaś ciemna chmura, bo w piwnicy pociemniało, mimo otwartych drzwi. Oświetlając drogę telefonem, zszedłem na sam dół.

Piwnica przypominała te budowane na wsi. We wnękach osadzone były półki, w większości spróchniałe. Ściany były wylane z betonu, w jednym tylko miejscu fragment był wymurowany cegłami, niedbale połączonymi kruszącą się zaprawą. Zanurzyłem się w ciemność, tak, że za mną pozostała zaledwie jasna plama światła, ale i ta znikła, gdy korytarz zakręcił. W jednym kącie leżało kilka butelek po tanim winie, w drugim porozrzucane karty do gry. Miałem nadzieję, że nie znajdę tu dziecka.

Piwnica, zadziwiająco duża, posiadała kilka pomieszczeń. Drzwi do wszystkich, za wyjątkiem jednego, były wyłamane. W środku ściany były czarne od węgla, którego kilka kawałków leżało tu i ówdzie. Przez zabity deskami właz wsączała się odrobina światła. Tutaj zrzucano węgiel.

– Mały, jesteś tu? – krzyknąłem dla kurażu, bo przecież oczy przyzwyczaiły się do ciemności i w tej małej komórce na pewno bym zauważył syna. Coś mnie jednak zastanowiło. Przyjrzałem się bliżej ścianom, a później odszedłem trzy kroki do tyłu i zmrużyłem oczy. Ślady po węglu układały się w napis. Edward. Napis był bardzo niewyraźny, ale nie miałem wątpliwości, że wypisane tam było moje imię. Wielokrotnie, właściwie to kilkadziesiąt razy. Co za durny zbieg okoliczności, pomyślałem, czując, jak krople potu spływają mi po plecach. Odwróciłem się w stronę drzwi, żeby wybiec na zewnątrz i zaczerpnąć świeżego powietrza, którego teraz tak bardzo potrzebowałem, ale drzwi nie było. W ich miejscu stał i patrzył na mnie szpak rozmiarów konia. Jego oko, wielkości piłki golfowej, utkwione było we mnie. Poczułem nagle, że zamiast nóg mam dwa worki waty i ostatnią moją myślą przed osunięciem się na podłogę była modlitwa o to, by nie było tu przede mną Karolka.

Gdy obudziłem się, miałem przez chwilę nadzieję, że ptak był tylko złym snem, ale, gdy otworzyłem oczy, zobaczyłem, jak szpak kolebie się na olbrzymich nogach. Szybko odpełzłem pod ścianę i skuliłem się. Potwór postąpił krok w moją stronę, ale gdy jęknąłem, zatrzymał się.

– A więc tak wyglądasz z bliska? – jego głos skrzypiał i charczał, przypominając coś między krakaniem a pracą jakiegoś mechanizmu. – Nie bój się, malutki, nic ci przy mnie nie grozi. Potrzebuję cię.

Przeszedł w przeciwległy kąt i zobaczyłem, że drzwi nie znikły. Były cały czas za ptakiem.

– Nie chciałam cię wystraszyć, ale wiesz, nawet ćwierć wieku to mało, by opanować trudną sztukę władania myślokształtami. Właściwie to okres ledwo wystarczający na to, by się obudzić.

Wielka głowa pochyliła się w moją stronę. Chciałem coś odpowiedzieć, ale gdy otworzyłem usta, usłyszałem tylko dzwonienie własnych zębów.

– Och, naprawdę napędziłam ci niezłego stracha. Nie chciałam. Zaczekaj chwilę, zobacz, czego się nauczyłam.

Ptak zmrużył oczy i cały lekko się skulił, tylko skrzydła rozchylił lekko, jakby napinał wszystkie mięśnie. W tym samym momencie poczułem, jak wlewa się we mnie ciepło, a później przyjemne otępienie. Ptak zaczął drgać, głowa kręciła mu się na lewo i prawo w obrzydliwy, nienaturalny sposób, ale nie bałem się już. Czułem, jak całe moje ciało rozluźnia się tym bardziej, im bardziej szpak zaczyna drżeć. Najpierw przestały mi dzwonić zęby, później lewa dłoń uwolniła prawe przedramię, zostawiając krwawe ślady po paznokciach. Nawet nie wiedziałem, że rozorałem własną rękę. Po chwili odzyskałem nawet władzę w nogach i mogłem usiąść pod ścianą, oddychając ciężko.

– Widzisz malutki, posłuszny jesteś. Dobrze, oby tak dalej. Nie bój się mnie. – Głos potwora drżał z każdym słowem coraz mniej, aż w końcu całe ciało ptaka też się uspokoiło. Wstałem. Dłonie skrzyżowałem na kroczu, ale nie dlatego, że nie wiedziałem, co zrobić z rękoma; pod spojrzeniem ptaka czułem się całkiem nagi. Kolana jeszcze trochę uginały się pode mną, ale kątem oka spoglądałem na drzwi. Czułem, że za chwilę będę gotów do ucieczki. Zastanawiałem się, czy pokraczny stwór będzie w stanie mnie dogonić. Spojrzałem na jego szpony, każdy wielkości dziecięcej dłoni. Wtedy zorientowałem się, że szpak nie zostawia śladów. Na pokrytej pyłem i pokruszoną wylewką podłodze nie było znaku po szponach, którymi ptak ze zgrzytem szorował przy każdym kroku.

– A to, czy też jest tylko omamem? – zapytał stwór i, rozdziawiwszy dziób, wydał piekielny jazgot. Natychmiast ukląkłem i przycisnąłem dłonie do uszu. Sam zacząłem krzyczeć z bólu, który zadał mi pisk stwora. Klęczałem tak skulony i krzyczałem, aż ochrypłem.

Wzdrygnąłem się, gdy poczułem, jak coś dotknęło mojego ramienia. Odwróciłem się i zobaczyłem zatroskanego pana Zbyszka:

– Co z panem? Potknąłeś się pan na schodach? Jesteś pan biały jak śmierć…

Westchnąłem i rozejrzałem się dokoła. Byłem tuż pod schodami. Przede mną znajdowała się ciemna otchłań. Nie było tam jednak szpaka.

Drżałem z zimna, a do oczu zaczęły napływać mi łzy.

– Co z Karolem? – zapytałem się.

– Znalazł się w szopie na narzędzia, z tyłu naszego pensjonatu. Nic mu nie jest. Bawił się w najlepsze w chowanego. – Przyjrzał mi się uważnie. – Za to pan nie wyglądasz najlepiej.

Ostentacyjnie pomacałem swoją głowę i obejrzałem dłonie, szukając krwi. Sam nie wiedziałem, co o tym myśleć – może rzeczywiście spadłem ze schodów?

– Wszystko w porządku. Zbiegłem ze schodów i pociemniało mi przed oczami. Organizm odwykł od jakiegokolwiek wysiłku. Dobrze, że udało nam się wreszcie wyrwać na ten urlop – powiedziałem, podpierając kłamstwo niedbałym ruchem ręki. – Jeszcze dwa wyjścia na szlak i będę w normie.

– No to wracajmy. Oczywiście, jakby coś było nie tak, to mów pan – mężczyzna jeszcze raz przyjrzał mi się uważnie i ruszył do góry. Poszedłem za nim, nie odstępując go na krok, aż do drzwi wejściowych. Cały czas zerkałem za siebie. Nie wiedziałem, czy cokolwiek z tego, co przed chwilą widziałem, jest prawdziwe.

W Domu Na Wzgórzu żona powitała mnie z uśmiechem, chwilę po synu, który wybiegł w moją stronę, by się przytulić.

– O, i wy w końcu się odnaleźliście! – ucieszyła się.

– Chwileczkę, a co z tym asem? My tu stawaliśmy na głowie, a ty bawiłeś się w najlepsze? – skierowałem oskarżycielski ton w stronę Karola.

– Dajcie spokój, co mogło się mu stać? – żona wprawiła mnie w osłupienie. – Przy niej nie mogło się mu nic stać. Przecież nie pozwoliłaby skrzywdzić dziecka, w końcu… – moja żona nie mogła dokończyć, bo Karolek stwierdziwszy, że umiera z głodu, zaczął ją ciągnąć w stronę stołówki.

– Ona to znaczy kto? – rzuciłem w jej stronę.

– No przecież wiesz – odpowiedziała i znikła z synem w drzwiach.

Pan Zbyszek spojrzał na mnie kątem i oka i po chwili zapytał:

– Przecież pan z nią rozmawiałeś prawda? – zdziwił się. – Dobrze, żeś pan przyjechał.

Wszyscy zwariowali albo wszyscy są normalni, a to ja oszalałem, stwierdziłem. Obiad zjadłem w ponurym nastroju, pogorszonym przez fakt, że po raz kolejny były zrazy. Właściwie zawsze na obiad były tu zrazy. Może trudno w to uwierzyć, ale nawet, gdy się przed chwilą spotkało w piwnicy nadnaturalnej wielkości szpaka i odbyło się z nim dziwaczną rozmowę, słabe jedzenie może jeszcze bardziej popsuć humor. Choć jedzenie właściwie nie było złe. Było po prostu strasznie monotonne. Jak wszystko zresztą w tym miejscu. Zewsząd biła monotonia, bezład i niedbalstwo. Najlepszym tego przykładem była pobliska łąka, na której obok zagłębienia w ziemi, przypominającego lej po bombie, stała niedokończona bacówka. Było to wspomnienie pomysłu budowania skansenu. Do dziś przy niedoszłym szałasie leżały porzucone belki i rdzewiejące narzędzia.

Na szczęście po obiedzie humor zaczął mi się poprawiać. Do wieczora byłem tak naprawdę ze wszystkim całkiem pogodzony. Tak samo szpaka, jak i tajemniczą kobietę, o której mówili nawet moi najbliżsi, zaakceptowałem jako immanentną część świata. Jeszcze w trakcie obiadu planowałem odbyć z żoną poważną rozmowę na temat tego wszystkiego, co tu się dzieje, ale teraz było mi już wszystko jedno. Wszystko zaczynało dziać się samo, jakby obok mnie. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy, że był to znak, że sprawy zaszły już o wiele za daleko. Pewnie dlatego mogłem tej nocy spać snem sprawiedliwego. Nie miałem koszmarów. Śniłem tylko, że jestem ptakiem i oglądam świat, będąc nieskończenie wolnym. Był to sen, z gatunku tych, za którymi tęskni się po przebudzeniu.

* * *

Następnego dnia pogoda była wyjątkowo ładna, ale gdy po śniadaniu usiedliśmy nad mapą, nie byliśmy w stanie wybrać żadnej trasy. Po pół godzinie gapienia się w kolorowe linie szlaków stwierdziliśmy, że nigdzie nie wyruszamy. To był ostateczny znak, że jesteśmy już w jej rękach, ale żadnemu z nas to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, byliśmy zachwyceni, że możemy pozostać w tak urokliwym miejscu, jak nasz pensjonat.

Około południa Marysia zapytała, czy nie chciałbym wybrać się do miasta. Nie po zakupy. Tak po prostu do miasta. Spojrzałem na nią zdumiony. Zabrzmiało to tak, jakbym otrzymał od żony propozycję sprzedania naszego kombi i kupna motocykla z dopłatą. Stałem osłupiony przez kilkanaście sekund, aż dotarło do mnie, że byłoby to mi bardzo na rękę. Zgodziłem się szybko i pobiegłem po dokumenty i kluczyki.

W mieście zaparkowałem pod sklepem ze sprzętem komputerowym. Jeżeli zdarza się wam mieć wrażenie, że patrzycie na siebie jakby z zewnątrz, jak gdyby oglądając film o sobie, to możecie ten efekt zwiększyć dziesięciokrotnie i dopiero to oddałoby stan, w jakim się znalazłem. Wszedłem do sklepu, nie wiedząc, co chcę kupić, a po dziesięciu minutach wyszedłem z pudłem zawierającym laptopa, wciąż nie mając pojęcia, co w ogóle robię.

Schowałem zakup w bagażniku i udałem się w poszukiwaniu salonu jakiejś sieci komórkowej. Tym razem wróciłem z kartą SIM, modemem i anteną. Po zakupach ruszyłem do pensjonatu. Nie włączałem radia. Jechałem w ciszy, bo wystarczała mi jej obecność.

* * *

Przed drzwiami do piwnicy zawahałem się, ale ona wlewała we mnie odwagę obfitym strumieniem. Ciepło i spokój rozlewały mi się w żołądku, a stamtąd rozchodziły po całym ciele. Wiedziałem, że nawet jeśli spotkam jakąś poczwarę, to będzie tylko jej zbłąkana myśl, która nie powinna mi wyrządzić krzywdy. Bałem się jednak tego, jak ona może wyglądać.

Potrzebuje mnie, powiedziałem sobie w duchu. Niosę jej oczy i uszy, jakich jeszcze nie miała. Zacisnąłem palce na pudle z laptopem i zszedłem na dół. Tym razem nie rozglądałem się na boki. Odgłos kroków grzązł w wilgotnej ciemności. Przez chwilę nieopatrznie skierowałem wzrok na sufit. Z początku myślałem, że widzę nietoperze, ale przyjrzawszy się ruchliwym kształtom, wynurzającym się z sufitu, zrozumiałem, że to ptaki.

Kotłowały się tam tuziny rudzików, kosów, dzięciołów, kukułek, pliszek, szpaków, wróbli i wszelkiej maści ptactwa. Zrazu pojawiały się tylko ich głowy, wyrastające bezpośrednio z betonowego sklepienia, ale nim doszedłem do końca korytarza, niektóre mogły już rozprostować skrzydła.

Nie wydawały żadnych dźwięków, ponieważ ona je tylko śniła. To nie były uświadomione myślokształty, jak szpak, którego spotkałem dzień wcześniej.

Gdy stanąłem przed ukrytym wejściem, jakiś rudzik wyrwał się z betonowych okowów i z cichym plaśnięciem upadł na podłogę. Kręcił się tam w koło, przebierając nóżkami i trzepocząc skrzydłami jak zepsuta zabawka. Zrobiło mi się go żal. Ptak nie istniał wprawdzie, ale była to jej żywa i prawdziwa myśl, fragment jej świata. Nie mniej rzeczywistego niż nasz.

Wymacałem dźwignię w pęknięciu ściany i fragment muru uchylił się lekko. Zapaliłem czołówkę i starannie zamknąłem przejście. Zszedłem po długich schodach kilka metrów głębiej. Tuż przed fałszywą salą, która miała zaspokoić ciekawość niechcianych gości, odnalazłem drugą dźwignię i wprost ze schodów przecisnąłem się do równoległego korytarza. Tu słyszałem już cichy szum jej ciała. Zszedłem jeszcze kilkanaście schodów niżej. Moim oczom ukazała się ona. W snopie światła latarki rysowałem ją kawałek po kawałku. W końcu namierzyłem włącznik oświetlenia i mogłem zobaczyć ją w całej okazałości.

Jej komnata miała około trzech metrów wysokości i pięćdziesięciu do siedemdziesięciu metrów kwadratowych powierzchni. Pod prawą ścianą stał mniej więcej stulitrowy silos z hartowanego szkła. Jej mózg pływał w nim, zanurzony w odżywczym płynie. Obwody zasilania doprowadzały polihemolimfę ze sztucznego płucoserca w pień mózgu. Wszystkie pompy wspomagające, nerkofiltry i mieszalnik substancji odżywczych szumiały, stukały i pobrzękiwały cicho. Redundantny agregat pyrkał pod lewą ścianą. Wyciąg usuwał spaliny na zewnątrz na tyle skutecznie, że prawie nie było ich czuć. Tylko zapach ropy przenikał pomieszczenie.

Patrzyłem jak zaczarowany na jej umysł, uwięziony tu od ponad ćwierćwiecza. Ilu ludzi przede mną było tu, by ją pielęgnować? By uzupełniać cukry i mikroelementy, dolewać ropy do zbiorników agregatów, by smarować, kontrolować i naprawiać wszystkie mechanizmy? Ilu próbowało zdobyć jej oczy, uszy, dotyk i inne zmysły, odkąd się obudziła i zapragnęła czuć? Czułem się wybrany, wyjątkowy, jak jej najukochańsze dziecko.

Rozpocząłem pracę. Znalazłem fragment instalacji zabezpieczony przez kogoś oddzielnym bezpiecznikiem. Tu mogłem podłączyć sprzęt, nie obawiając się, że zwarcie zatrzyma płucoserce lub nerkofiltry Demichowa. Przesunąłem biurko, schowane za agregatami, a później wróciłem na zewnątrz, by przez kanały wentylacje opuścić kabel anteny GSM. Szczęśliwie ten okazał się wystarczająco długi. Podłączyłem wtyk do modemu i po chwili logowałem się już do Sieci.

– Wszystko śmiga – stwierdziłem zadowolony. – Jestem gotowy – rzuciłem w jej stronę, choć to nie miało żadnego znaczenia, bo nie miała uszu, w każdym razie własnych.

Popatrzyłem w górę. Przez jakiś otwór w kratkach wentylacyjnych wlatywały tu ptaki. Prawdziwe. Było je widać i słychać, wzbijały kurz zalegający na wysokich szafach i nie było wątpliwości, że nie są to myślokształty. Ona budziła się.

Ptaki krążyły coraz niżej, aż w końcu otoczyły mnie. Jej posłańcy. Część jej ciała. Obserwowały mnie, wąchały i słuchały mojego przyspieszonego oddechu. Czułem się znów sparaliżowany i nagi. Płakałem, do dziś nie wiem, czy z własnego strachu, jej radości czy po prostu dlatego, że czułem, jak tracę kontrolę nad własnym ciałem. Obejmowała mnie swoją myślą w pełni. Czułem, jak sprawdza przepływ impulsów w moich włóknach nerwowych, napina lekko setki mięśni i wysysa informacje ze zmysłów. Nie czułem nic takiego tam na górze. Już kilkadziesiąt metrów odległości było zaporą, która zrywała tak głębokie połączenie, chyba że miała do czynienia z prostymi kręgowcami, jak drobne ptaki. Wlewała we mnie swoją radość, jak we wszystkich, których przywoływała do swojej komnaty. Po chwili straciłem przytomność. Wciąż ciałowładanie nie udawało się jej za pierwszym razem.

Ocknąłem się, siedząc przy komputerze. Przejęła kontrolę nade mną, zanim odzyskałem świadomość. Moje palce stukały w klawiaturę, a oczy piekły nieludzko, bo pozbawiona od dawna oczu zapominała o mruganiu. Oddaj mi, proszę, choć część mojego ciała, bo mnie zabijesz, pomyślałem. Usłyszała to i zostałem na powrót wepchnięty w mój białkowy worek. Zamknąłem na dłuższą chwilę oczy i poczułem ulgę. Czekała cierpliwie. Nie była głupia. Być może nawet nie chciała nikogo skrzywdzić. Tylko żyć.

W końcu otworzyłem oczy i z ciekawością spojrzałem na ekran. Przeglądała Wikipedię, studiując artykuły na temat najważniejszych haseł związanych z Internetem. Chłonęła wiedzę jak gąbka. Mózg w absolutnej deprywacji sensorycznej po kilkunastu latach zaczyna zwalniać całe sieci neuronów, by zaprząc je do nowej pracy. Jak drobna roślina rozsadza korzeniami skałę, tak on wrasta w rzeczywistość i próbuje sięgnąć po nieosiągalne, byle się pożywić; a jego pokarmem jest informacja. Fakty, emocje, marzenia, sny – prawdziwe, czy fałszywe, na pewnym etapie instynktownych poszukiwań to nie ma znaczenia. Byle tylko nie tkwić w pustce.

Mierziła mnie jej ignorancja, czytanie o stronach domowych, czatach i modemach telefonicznych, więc szybko naprowadziłem ją na artykuły o blogach, Facebooku i giełdowych algorytmach HFT. Uświadomiłem ją, że świat buduje Sieć i sam jest przez nią budowany – pośrednio i bezpośrednio. Tu rozstrzygają się wojny giełdowe między superkomputerami, tu rządy kreują globalną opinię publiczną, tu terroryści sieją przerażenie, tu handluje się bronią, narkotykami i seksem.

W pierwszej chwili była zdumiona nowym obrazem rzeczywistości. Nie ruszając się z komnaty, mogła zajrzeć do głów ludzi na całym świecie, sięgnąć gwiazd, uratować życie i zabić. Nie musiała już wypuszczać na świat kosztownych energetycznie macek interpercepcji, za co płaciła później dniami długiego snu. Nie musiała zaszczepiać w ptakach rozkazów, budowanych długo metodą prób i błędów, a później wydzierać z ich mózgów wspomnień, za co nieraz ich serca płaciły zawałem. Teraz mogła zamówić drona z kamerą. Potrzebowała, co prawda, moich oczu i rąk, ale byłem w polu bliskim interpercepcji, a nasze mózgi były prawie identyczne, rezonans zachodził więc samoistnie. Mogła bez przeszkód wykorzystywać mnie do czasu zbudowania jakiegoś interfejsu mózg-komputer.

Na tym zresztą się teraz skupiła. Szukała wszelkich artykułów związanych z budową tego rodzaju urządzeń. Ja tymczasem znajdowałem się u kresu wytrzymałości. Siedziałem przed komputerem przez osiemnaście godzin, uzyskując zgodę tylko na to, by odejść na chwilę w kąt i oddać mocz. Kręgosłup bolał mnie niemiłosiernie, oczy piekły, a żołądek zamienił się z głodu w czarną dziurę. W końcu opuściła mnie, gdy byłem już bliski omdlenia. Spadłem z krzesła na zimną podłogę i oddychałem z ulgą. Zasnąłem szybko.

Obudził mnie dotyk dłoni, które ujęły moją twarz i zaczęły wlewać we mnie zimną wodę z metalowego kubka. Poczułem zapach wódki i potu. Gdy otworzyłem oczy, zobaczyłem pana Zbyszka. Napoił mnie i nakarmił. Później otworzył jedną z szafek i uruchomił gramofon.

Niech więc dziś każdy wie czemu serce moje łka

Bo w nim mieszka ukochana ma…

Stary sprzęt rzęził nieludzko. Płyta musiała być odtwarzana setki razy. Mężczyzna wrócił do wejścia po kanister z paliwem i zaniósł go pod zbiornik agregatu. Nalewając ropę, rzucił przez ramię:

– Niech pan też je. Nie wiem, co jej się stało. Musi pan być posłuszny, to minie.

Nie minęło jednak. Wkrótce zasnąłem i obudziłem się obolały. Mój drugi dyżur trwał tyle samo, co pierwszy, byłem już jednak wyczerpany do granic możliwości. Musiała mój umysł kontrolować coraz mocniej, bo ze zmęczenia nie byłem w stanie trafiać w klawisze. Myślałem o rodzinie i bałem się, że nawet nie odczuwa mojego braku. Emocje propagują się znacznie łatwiej niż twarda informacja i mogła z łatwością stłumić ich lęk o mnie, nawet jeżeli znajdowali się kilkaset metrów dalej.

Pod koniec dyżuru zwymiotowałem. Mózg zaczął wariować, jak na karuzeli, gdy wykrywa niezgodność sygnałów z błędnika i oczu. Chciałem zrobić jedno, a robiłem drugie. Najbardziej jednak chciałem wreszcie znów odpocząć, a później uciec stąd do Marysi i Karolka. Dała mi kilka minut przerwy, a później jeszcze pół godziny pomagałem jej zbierać informacje o metodach oszustw internetowych i osobach pracujących nad interfejsami mózg-komputer. Miała swój cel, szukała środków finansowych i metod realizacji.

W końcu uwolniła mnie. Spałem dosyć długo i obudziłem się zadziwiająco wypoczęty, za to bardzo głodny i spragniony. Tym razem pan Zbyszek mnie nie odwiedził. Zrozumiałem, że ona również potrzebuje odpoczynku i zasnęła. Poczułem ulgę. Dba o mnie. Służę jej, a w zamian ona przecież dba o mnie. Nie czułem do niej złości, wręcz przeciwnie, byłem wdzięczny. Byłem częścią czegoś wielkiego. Stawałem się nią. Nie mogłem doczekać się kolejnego dyżuru.

Ten przyszedł szybko, ale wraz z nim zmęczenie. Po zegarze w komputerze wnosiłem, że wciąż pracuję około osiemnastu godzin i śpię około sześciu. Sen regenerował mnie coraz słabiej. Ona zresztą też była coraz bardziej zmęczona. Trzeciego dnia byłem już u skraju wyczerpania, mimo opieki pana Zbyszka. Próbowałem prosić ją o uwolnienie, ale nie chciała ze mną rozmawiać. Próbowałem stawiać opór, ale nie miałem szans, szczególnie będąc tak zmęczonym. Przez większość czasu nie pozwalała mi zresztą nawet na złość. Tylko, gdy odwiedzał mnie pan Zbyszek i musiała kontrolować nas obu jednocześnie, oddawała mi kawałek mojej woli.

Po kolejnym dyżurze śniłem, że jestem ptakiem i oglądam góry, a może to ona śniła albo była ptakiem. Po raz kolejny obudził mnie odór alkoholu, tym razem o wiele silniejszy. Nagle zamiast chłodnej wody poczułem go w sobie. Przełyk zaczął mi płonąć i dłuższą chwilę krztusiłem się. Mężczyzna puścił mnie i zacząłem czołgać się w kierunku butelki z wodą.

Chwilę później rzuciłem się na jedzenie i przez kilka minut żaden z nas się nie odezwał. Był to jeden z tych krótkich momentów, gdy ona spała. Obudzony siłą przez pana Zbyszka zostałem na chwilę wyrwany ze sprzężenia z jej mózgiem.

– Musisz pan uciekać. Ona nigdy się tak nie zachowywała. Nie wiem, co ją opętało, ale jeżeli stanie się silniejsza, skończy się to bardzo źle nie tylko dla nas. – Mówił z trudem, bełkocząc i chwiejąc się na miękkich nogach. Podał mi butelkę samogonu:

– To jedyny sposób, żeby utrudnić jej wejście do głowy.

Wypiłem posłusznie jeszcze łyk siwuchy. Już po pierwszej dawce kręciło mi się w głowie, teraz wyraźnie zaczynały mi się plątać nogi.

– Nie wiem, czy w tym stanie się stąd wydostaniemy – zwątpiłem.

– Wyprowadzę nas stąd – odparł pan Zbyszek, wyraźnie bardziej zaprawiony w tej kuracji. – Jeżeli wejdzie nam do głowy, nie będziemy w stanie dojść nawet do schodów.

Skinieniem głowy przyznałem mu rację i ruszyłem za nim. Byliśmy tak pijani, że na schodach potykaliśmy się co chwila, ja w końcu zacząłem wspinać się na czworakach. W połowie ucieczki, między jednymi a drugimi ukrytymi drzwiami, obudziła się. Próbowała przejąć władzę nad nami, ale my sami prawie jej nie mieliśmy. Gdy pan Zbyszek otworzył nam drzwi do zewnętrznego korytarza, runęła na nas chmara ptactwa. Ptaki dziobały nas i drapały pazurami. Osłaniając twarze rękoma, ruszyłem do przodu, ale mój przewodnik został przy drzwiach.

– Co pan robi? Uciekajmy! – byłem wściekły, że opóźnia naszą ucieczkę z zalanej ptactwem piwnicy.

– Ona jest zbyt silna. Ucieczka na nic się nie zda.

Zawiesił się całym ciężarem ciała na dźwigni otwierającej, łamiąc ją, cofnął się na schody do fałszywej komnaty i zamknął przejście za sobą.

– Co robisz, głupcze? – krzyknąłem, po czym rzuciłem się na wrota, próbując je otworzyć. Ptaki dały mi spokój i na ślepo zaczęły uderzać wraz ze mną w ścianę. Większość odbijała się od niej i padała bez życia na ziemię. Ja też drapałem mur, najpierw po to, by zawrócić pana Zbyszka, ale za chwilę, by ratować ją. Odzyskiwała nade mną władzę. Gdy to sobie uświadomiłem, zrozumiałem, że nie jestem już w stanie pomóc panu Zbyszkowi.

Odwróciłem się w kierunku wyjścia i ruszyłem w przeciwną stronę niż wciąż nadlatujące ptaki. Gdy wypadłem na zewnątrz, zobaczyłem, że niebo przysłaniają całe stada. Szum ich skrzydeł, krakanie i wszystkie inne dźwięki, które zdarza się wydawać ptakom, otoczyły mnie kakofonią. Zaczęły się też pojawiać psy, koty, lisy, polne myszy, sarny i masa innego rodzaju zwierząt. Wszystko pędziło z okrutnym hałasem do piwnicy.

Wybiegłem na ulicę i zobaczyłem mężczyzn, kobiety i dzieci z siekierami, łomami i innymi narzędziami, kroczących niczym zombie w stronę Stokrotki. Nie wiem, ile w tym prawdy, a ile działania alkoholu, ale wydawało mi się wówczas, że na odsiecz kroczyło jej olbrzymie morze wszystkiego, co żywe.

Naraz po tym morzu rozeszła się fala bólu. Mnie też objęła. Był to ból spowodowany utratą kogoś bliskiego. Ból po śmierci matki, ból utraty dziecka, ból odejścia małżonka, a nad tym ból zdrady. Skumulowany w jedno krótkie ukłucie. Ptaki wiły się po ziemi, zwierzęta pędziły na oślep, wpadając na drzewa i ogrodzenia domostw. Mieszkańcy Borowikowej Góry szczęśliwie klęczeli tylko, porzuciwszy narzędzia, i wyli do nieba. Ja wyłem wraz z nimi. Zrozumiałem, że kazała nam siebie kochać, a my kochaliśmy ją szczerze, do ostatniej chwili.

* * *

Z Borowikowej Góry uciekliśmy jeszcze tej samej nocy. Marysię i Karolka znalazłem na podwórzu pensjonatu, gdzie z resztą gości i obsługi szlochali w piżamach. Dziś już nie pamiętają, jak siłą zawlokłem ich do pokoju, zmusiłem do ubrania i zapakowałem z walizkami do samochodu. Czasem budzą ich koszmary, ale zdarza się to już coraz rzadziej. Ja też pamiętam coraz mniej, jakby coś wycierało wspomnienia w moim mózgu. Tylko melodia napisana przez Adama Lewandowskiego jak igła gramofonu potrafi odczytać ze mnie przebieg tamtych zdarzeń. Dlatego nie lubię już starych piosenek.

* * *

W utworze wykorzystano fragmenty tekstu Władysława Królikowskiego pt. „Mały biały domek”.

 

Koniec

Komentarze

Przeczytałam początek a resztę przejrzałam pobieżnie. Tekst sumie nie jest źle napisany (no, może poza dialogami, które, miejscami brzmią nienaturalnie), ale mnie nie wciągnął. Być może to sposób, w jaki przedstawiasz bohaterów? Wydawali mi się jacyś tacy bezpłciowi. A może po prostu nie jestem, jak to się teraz mówi, „targetem”?

 

którym krowy leniwie budziły się do życia

1. to jakieś zombie krowy, że się do życia muszą budzić?

2. 2 godziny po wschodzie słońca, zwłaszcza latem, krowy już dawno są obudzone.

świdrować mnie oczami

chyba wzrokiem?

rozciągnięty sweter, który źle ukrywał zwisające piersi.

Czy to znaczy, że sweter był przezroczysty?

Lata ciężkiej pracy ją też pochyliły ku ziemi i wygięły w jedną stronę

Dlaczego też? Czy Twój bohater też jest zgarbiony? Bo przecież nie da się porównać kobiety do tej rozwalającej chatki, o której pisałeś wcześniej (bo chatka nie pracowała ciężko przez lata).

kopnąć którąś z kur, ale te uskakiwały, nie spuszczając ze mnie oka

chyba oczu? Czy to jest wielogłowy, jednooki kuro-borg?

Wyspecjalizowała się w aseksualności do perfekcji

? Tu nie rozumiem.

przeszkodził nam Karolek, który mnie ponaglił: (…)

to ile ten Karolek ma lat? Mówi jak całkiem wyrośnięte dziecko. No i skąd się tu wziął? Wcześniej pisałeś, że się jeszcze nie obudził. Zostawili go w samochodzie, czy jak?!

 

Hmm... Dlaczego?

"– Witajcie, panie! A cóż tam, pobłądziliśta? – zapytała od razu." – "Witajcie, panie" brzmi mi jakoś po średniowiecznemu, a nie po wiejsku :). – Może "Witojta, panocku" smiley

"Naprzemiennie masz  “Dom na Wzgórzu" i “Dom Na Wzgórzu” – trzeba się zdecydować.

"Wie pani , gdzie to jest" – OK, ale nie lepiej "Wiecie, gdzie to jest"?

“a balkony, a właściwie ich zapowiedź, istniały tylko w postaci uzbrojenia.”

 

“Po minucie w drzwiach ukazała się blondynka, lat około pięćdziesięciu, umalowana niedbale, a właściwie po prostu rozmazana”

Może farbowana blondynka byłoby lepiej? Większość kobiet w tym wieku ma raczej siwe włosy :)

 

“Maryja stała pod nadgniłym daszkiem i zdawała się być skrępowana zabiegami, jakim została poddana.” ?

 

Trochę mi nie pasuje ten fragment:

"W pewnym mo­men­cie za murem za­pa­dła cisza, Ma­ry­sia zaj­rza­ła za załom i z nie­po­ko­jem stwier­dzi­ła, że mały znik­nął. Po­de­rwa­łem się na nogi i roz­po­czę­li­śmy prze­trzą­sać cały teren pen­sjo­na­tu. Po dzie­się­ciu mi­nu­tach do­łą­czył do nas pan Zby­szek i córka wła­ści­ciel­ki. Szyb­ko spraw­dzi­li­śmy pen­sjo­nat i całe po­dwór­ko, ale nie zna­leź­li­śmy Ka­ro­la. Wtedy Ma­ry­sia rzu­ci­ła:

– Może jest w tych ru­inach? Ba­wi­łeś się tam z nimi, to po­my­ślał, że sam też może tam pójść. – Mimo że wzbu­dza­ło to we…"

 

Co prawda, później się okazało, że to wydarzenie było tylko halucynacją, tym niemniej nie widzę tu prawdziwego zdenerwowania matki.

Można było napisać np. tak: “Marysia zajrzała za wyłom i z przestrachem stwierdziła…

… Ale nie znaleźliśmy Karolka. Marysia zaczynała odchodzić od zmysłów z przerażenia… “

Nie uważasz, że takie zachowanie byłoby bardziej realistyczne?

 

Tak poza tym, opowiadanie wydaje mi się napisane świetnym, wypracowanym językiem, co się tyczy treści, to nieźle wciąga; o ile dobrze zrozumiałem, to upiorne ptaszyska, podobnie jak cała zwierzyna leśna laugh, były wysłannikami demonicznego mózgu? Utwór sklasyfikowałbym raczej jako Horror SF, albo sam Horror, niż samo SF.

 

Za całość postawiłem ocenę 6.

Klimatyczne i wciągające opowiadanie. Przeczytałem z przyjemnością. Miejscami dłużyzny ale służyły klimatowi. Jest trochę literówek i sporo powtórzeń. Mimo usterek, podobało mi się. Pozdrawiam.

Przykro mi, ale opowiadanie niespecjalnie przypadło mi do gustu. Rozumiem, że rodzina jest na wakacjach, że wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie, że w ten sposób starasz się zbudować nastrój grozy i przygotować czytelnika na samotność Czesławy, ale właśnie ta ospałość i jakaś bezwolność bohatera, i dość dokładne opisy Stokrotki wydały mi się mocno nużące.

Nie wykluczam, że podczas lektury coś istotnego mi umknęło i dlatego nie potrafię docenić opowiadania, ale nie umiem się skupić, gdy liczne usterki przeszkadzają w czytaniu.

 

Nie zgadza mi się chronologia wydarzeń pierwszego dnia. Goście dowiadują się od gospodyni, że: Obia­do­ko­la­cja jest wy­da­wa­na mię­dzy szes­na­stą a sie­dem­na­stą. Potem rozpakowują się, a w tym czasie zaczyna padać deszcz. Nie prze­ro­dził się on w obe­rwa­nie chmu­ry, ale do póź­ne­go po­po­łu­dnia by­li­śmy uzie­mie­ni w pen­sjo­na­cie. Na koniec dowiaduję się, że: Spa­cer wy­dłu­żył się nam ponad miarę, tak że ledwo zdą­ży­li­śmy na ko­la­cję. To znaczy, że musieli wrócić przed siedemnastą.

Za SJP: popołudnie «czas następujący po południu i trwający do zmierzchu»

Na mój rozum, w czasie między ustaniem deszczu a posiłkiem w pensjonacie, przyjezdna rodzina nie miała najmniejszych szans na odbycie spaceru i nawet pobieżne oglądanie ruin Stokrotki.

 

Swoim pta­sim zwy­cza­jem ob­ró­ci­ły głowę, by skie­ro­wać na mnie oko… – Czy istniała możliwość, by kury miały cudze zwyczaje, nie ptasie? Czy wszystkie kury obróciły jedną głowę i jedno oko?

 

Nogą sta­ra­ła się przy tym kop­nąć któ­rąś z kur, ale te uska­ki­wa­ły… – Czy mogła starć się kopnąć, nie używając nogi?

 

Ścia­ny bu­dyn­ku od stro­ny dzie­dziń­ca były cał­kiem su­ro­we. Nie­któ­re okna oto­czo­ne jesz­cze były po­ma­rań­czo­wą pian­ką… – Czy były są niezbędne?

Może: Ścia­ny bu­dyn­ku od stro­ny dzie­dziń­ca okazały się cał­kiem su­ro­we. Nie­któ­re okna ota­czała jesz­cze po­ma­rań­czo­wa pian­ka

 

Wbił ło­pa­tę w żwir i znik­nął we­wnątrz w bu­dyn­ku.Wbił ło­pa­tę w żwir i znik­nął w bu­dyn­ku.

Raczej nie mógł zniknąć na zewnątrz budynku.

 

Ubra­na była w szla­frok na­rzu­co­ny na ne­gliż i ja­pon­ki. – Ze zdania wynika, że szlafrok został narzucony na negliż i japonki.

Może: Ubra­na była w japonki i szla­frok na­rzu­co­ny na ne­gliż.

 

– Ach, oczy­wi­ście, za­pra­szam za mną – ru­szy­ła, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. – Masło maślane. Czy można nie oglądać się przed siebie?

Proponuję: – Ach, oczy­wi­ście, ­proszę za mną – ru­szy­ła, nie oglą­da­jąc się/ patrząc za siebie.

 

Wła­ści­ciel­ka zni­ka­ła już na szy­cie scho­dów… – Literówka.

 

trze­ba obu­dzić ma­łe­go i wnieść ba­ga­że, bo chyba zaraz się roz­pa­da. Gdy wno­si­łem ba­ga­że… – Powtórzenie.

 

wy­ko­na­ła zna­czą­cy gest przy skro­ni. – ale może być… – Po kropce, nowe zdanie rozpoczynamy wielką literą.

 

Prze­pro­si­łem sprzą­tacz­kę, która wes­tchnę­ła roz­cza­ro­wa­na wró­ci­ła do obo­wiąz­ków. – Chyba miało być: …która wes­tchnę­ła i roz­cza­ro­wa­na wró­ci­ła do obo­wiąz­ków. Lub: …która wes­tchnę­ła roz­cza­ro­wa­na i wró­ci­ła do obo­wiąz­ków.

 

jak uszko­dzo­ne gniazd­ko elek­trycz­ne czy gniaz­do szer­sze­ni… – Powtórzenie.

 

Pan Zby­szek wes­tchnął w końcu cięż­ko i, ży­czyw­szy mi­łe­go spa­ce­ru, przy­spie­szył kroku. – Raczej: …ży­cząc mi­łe­go spa­ce­ru, przy­spie­szył kroku.

 

a potem za­czął szli­fo­wać łusz­czą­cą się farbę. – Wydaje mi się, że nikt nie szlifuje łuszczącej się farby.

Proponuję: …a potem za­czął usuwać łusz­czą­cą się farbę.

 

zda­wa­ła się skrę­po­wa­na za­bie­ga­mi, jakim zo­sta­ła pod­da­na. – …zda­wa­ła się skrę­po­wa­na za­bie­ga­mi, którym zo­sta­ła pod­da­na.

Sam bu­dy­nek był trzy­pię­tro­wy, z czego dwa ostat­nie pię­tra ulo­ko­wa­ne były na pod­da­szu… – Nie wydaje mi się, by w trzypiętrowym budynku, dwa mogły stanowić poddasze.

Za SJP: poddasze «przestrzeń między stromym dachem a ostatnią kondygnacją budynku» 

 

za­ko­men­de­ro­wa­ła w moją stro­nę. – Komenderuje się kimś, ale nie w czyjąś stronę.

 

po­de­rwał się więc w górę, a za chwi­lę przy­siadł w oknie na par­te­rze… – Masło maślane. Czy istniała możliwość, by poderwał się w dół?

 

Spa­łem do­brze, mimo dziw­nych snów, w któ­rych ktoś przy­kle­jał mi piegi, wy­sy­łał w ko­smos i prze­ma­wiał gło­sem Jana Fron­czew­skie­go. – Pewnie miało być: …prze­ma­wiał gło­sem Piotra Fron­czew­skie­go.

 

a prze­cho­dził zaraz po ko­la­cji, także mo­gli­śmy za­wsze wyjść z Ka­ro­lem przed pen­sjo­nat. – …a prze­cho­dził zaraz po ko­la­cji, tak że mo­gli­śmy za­wsze wyjść z Ka­ro­lem przed pen­sjo­nat.

 

Po­de­rwa­łem się na nogi i roz­po­czę­li­śmy prze­trzą­sać cały teren pen­sjo­na­tu. – Raczej: Po­de­rwa­łem się na nogi i zaczęliśmy prze­trzą­sać cały teren pen­sjo­na­tu.

 

Miej­sco­wi spoj­rze­li się jed­nak na nas krzy­wo.Miej­sco­wi spoj­rze­li jed­nak na nas krzy­wo.

 

a pani Mał­go­rza­ta za­czę­ła krę­cić włosy jak mała dziew­czyn­ka… – Pewnie miało być: …a pani Mał­go­rza­ta za­czę­ła nawijać włosy na palec, jak mała dziew­czyn­ka

Kręcić włosy, to np. nawijać je na wałki, papiloty; można też kręcić włosy lokówką.

 

Resz­ta była za­bi­ta lub okra­szo­na ka­wał­ka­mi szkła tak, że ra­czej by się nie prze­ci­snę­ło. – Jakim sposobem stłuczone szyby mogą krasić okna?

Może: Resz­ta była za­bi­ta lub straszyła ka­wał­ka­mi szkła tak, że ra­czej by się nie prze­ci­snę­ło.

Za SJP: krasić 1. «zaprawiać jedzenie okrasą» 2. «zdobić, upiększać» 3. reg. «barwić, farbować»

 

Po­dob­nie wy­glą­da­ło bocz­ne wej­ście. W końcu do­sze­dłem do głów­ne­go wej­ścia, które było otwar­te. Pew­nie miej­sco­wi wcho­dzi­li tędy do środ­ka. Wnę­trze ośrod­ka było… – Powtórzenia.

 

Gdy na ze­wnątrz ze­rwał się poryw wia­tru… – Nie brzmi to dobrze.

Proponuję: Gdy na ze­wnątrz ze­rwał się/ powiał wiatr

 

Krzy­we, bie­lo­ne wap­nem, gdzie­nie­gdzie nad­gry­zio­ne ple­śnią… – Pleśń nie gryzie.

Może: Krzy­we, bie­lo­ne wap­nem, gdzie­nie­gdzie pokryte/ porośnięte ple­śnią

 

Zsze­dłem parę kro­ków niżej. – Masło maślane. Czy można zejść wyżej?

Może: Zsze­dłem parę kro­ków. Lub: Poszedłem parę stopni niżej.

 

Piw­ni­ca była za­dzi­wia­ją­co duża, po­sia­da­ła kilka po­miesz­czeń; drzwi do więk­szo­ści z nich były wy­ła­ma­ne. Jedno tylko miało drzwi cał­kiem nie­tknię­te, może nie było nigdy za­mknię­te na kłód­kę. W środ­ku ścia­ny były czar­ne od węgla… – Niepokojący objaw byłozy.

 

ale zimna i wil­got­na pod­ło­ga, którą czu­łem na po­licz­ku, skło­ni­ła mnie, by się pod­nieść i otwo­rzyć oczy. – Wydaje mi się, że podłogę można czuć policzkiem/ pod policzkiem, ale nie na policzku.

W jaki sposób podłoga może skłonić kogokolwiek do czegokolwiek?

 

Sam za­czą­łem krzy­czeć z bólu, jaki zadał mi pisk stwo­ra. – Raczej: Sam za­czą­łem krzy­czeć z bólu, który zadał mi pisk stwora.

 

– Chwi­lecz­kę, a co z tymi asem? – Literówka.

 

Po pół go­dzi­ny ga­pie­nia się w ko­lo­ro­we linie szla­ków… – Po pół go­dzi­nie ga­pie­nia się w ko­lo­ro­we linie szla­ków

 

Około po­łu­dnia Ma­ry­sia za­py­ta­ła się, czy nie chciał­bym wy­brać się do mia­sta.Około po­łu­dnia Ma­ry­sia za­py­ta­ła, czy nie chciał­bym wy­brać się do mia­sta.

 

Usły­sza­ła to i po­czu­łem się jakby na po­wrót we­pchnię­ty w mój biał­ko­wy worek. Za­mkną­łem oczy i po­czu­łem ulgę. Trzy­ma­łem je za­mknię­te z całej siły przez jakiś czas. – Powtórzenia.

 

za co pła­ci­ła póź­niej dłu­gi­mi dnia­mi snu. – Raczej: …za co pła­ci­ła póź­niej dnia­mi długiego snu.

 

Szu­ka­ła wszel­kich ar­ty­kłów zwią­za­nych z bu­do­wą tego ro­dza­ju urzą­dzeń. – Literówka.

 

Na­le­wa­jąc ropy, rzu­cił przez ramię… – Na­le­wa­jąc ropę, rzu­cił przez ramię

 

ja w końcu za­czą­łem wspi­nać się na czwo­ra­ka. – …ja w końcu za­czą­łem wspi­nać się na czwo­ra­kach.

 

– Co ro­bisz, głup­cze? – krzyk­ną­łem, po czym rzu­ci­łem na wrota, pró­bu­jąc je otwo­rzyć. – Co rzucił na wrota?

 

i wszyst­kie inne dźwię­ki, jakie zda­rza się wy­da­wać pta­kom… – …i wszyst­kie inne dźwię­ki, które zda­rza się wy­da­wać pta­kom

 

Wy­bie­głem na ulicę i zo­ba­czy­łem męż­czyzn, ko­bie­ty i dzie­ci z sie­kie­ra­mi, ło­ma­mi i in­ny­mi na­rzę­dzia­mi, kro­czą­cy­mi ni­czym zom­bie w stro­nę Sto­krot­ki.Wy­bie­głem na ulicę i zo­ba­czy­łem męż­czyzn, ko­bie­ty i dzie­ci z sie­kie­ra­mi, ło­ma­mi i in­ny­mi na­rzę­dzia­mi, kro­czą­cy­ch ni­czym zom­bie, w stro­nę Sto­krot­ki.

Chyba że kroczyły siekiery, łomy i inne narzędzia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Początkowo tekst rozkręca się bardzo wolno, przez to trudno się wciągnąć. Ale jak już miną wszystkie wstępy, to robi się ciekawiej.

Ile właściwie lat ma Karolek? Zdanie o kąpieli, które powtarza, sugerowałoby, że chyba coś koło dziesięciu, ale rodzice boją się, że sobie zrobi krzywdę gwoździami, jakby był w wieku wczesnoprzedszkolnym.

Sam budynek był trzypiętrowy, z czego dwa ostatnie piętra ulokowane były na poddaszu; komin jednak dodawał mu jeszcze co najmniej dwie kondygnacje.

Mnie też dwa piętra poddasza zgrzytnęły. I nawet komin dodający kondygnację się nie podoba. Miał balkony czy jak?

przemawiał głosem Jana Fronczewskiego.

A nie Piotra?

Zwróć uwagę na powtórzenia.

Babska logika rządzi!

Takie nieśpieszne, trochę wciągnęło, ale też trochę znudziło (zwłaszcza te przydługie opisy). Potencjał duży bo dobrze napisane i jest pomysł.  

F.S

Dziękuję za wszystkie komentarze, w szczególności tym, którzy musieli wykazać się pewnym samozaparciem, żeby dotrwać do końca. Jak zwykle, do większości uwag mogłem zastosować się w ciemno, kilka jednak wymaga mojego komentarza.

@Drewian:

No i skąd się tu wziął? Wcześniej pisałeś, że się jeszcze nie obudził. Zostawili go w samochodzie, czy jak?!

Pisałem później, na skutek błędu nawet dwa razy, że chłopiec został przez rodziców obudzony. Poprawiłem tę kwestię, także ze względu na inne uwagi – teraz Karolek jest budzony raz, ale nie odgrywa jeszcze żadnej roli w fabule. Może to błąd? Choć z założenia miał być tylko katalizatorem zdarzeń.

Zresztą ta postać wyraźnie wzbudza w Was wątpliwości. Jest to chłopiec w wieku około sześciu lat, a więc na tyle mały, że rodzice denerwują się, gdy widzą, jak zbliża się do czegoś niebezpiecznego, z drugiej zaś strony potrafią go zostawić na chwilę samego, na przykład na placu zabaw. Czy jest to mało wiarygodne? Drewian zresztą pisze, że wszystkie postacie są “bezpłciowe”. Nie jest to, Drewianie, sprawa żadnego “targetu”. Przy tym świecie przedstawionym, nie odbiegającym mocno od rzeczywistego (jak na standardy fantastyki), postaci nie powinny być dla nikogo bezpłciowe; zresztą chyba w każdym gatunku bohaterowie powinni być z krwi i kości?

Czy to jest wielogłowy, jednooki kuro-borg?

Z tymi kurami to mi szczególnie nie wyszło…

@smelt:

Może farbowana blondynka byłoby lepiej? Większość kobiet w tym wieku ma raczej siwe włosy

Blondynka to blondynka, chyba że ma odrosty. Tak to widzę, mimo że jako narrator powinienem widzieć więcej wink

Co prawda, później się okazało, że to wydarzenie było tylko halucynacją

Albo nieuważnie czytałeś, albo popełniłem jakiś duży błąd w kreowaniu świata przedstawionego, ale zaginięcie Karola nie było halucynacją.

o ile dobrze zrozumiałem, to upiorne ptaszyska, podobnie jak cała zwierzyna leśna laugh, były wysłannikami demonicznego mózgu?

Istniały dwa zjawiska. Myślokształty, na przykład olbrzymi szpak czy ptaki wyrastające z sufitu, były wytworami Czesławy, indukowanymi w mózgach innych ludzi halucynacjami. Można je było rozpoznać po nienaturalnym rozmiarze lub łamaniu praw fizyki. Ciałowładanie polegało na przejęciu kontroli nad ciałem człowieka lub zwierzęcia. Wykorzystanie Edwarda w roli interfejsu mózg-komputer czy wysyłanie ptaków, by badać otoczenie, to przykłady tej zdolności.

Utwór sklasyfikowałbym raczej jako Horror SF, albo sam Horror, niż samo SF.

Nie ma tu takiej kategorii ani tagu jak horror s-f, zresztą uważam, że jednak opowiadaniu bliżej do czystego s-f niż czystego horroru.

Co do dwupiętrowego poddasza, to spotkałem się z budynkiem, który takowe posiada – pod spadzistym dachem znajdują się dwie kondygnacje. Ze względu na rzadkość takiego fenomenu usunąłem opisujący go fragment, tym bardziej, że chyba już sam się gubiłem w sposobie liczenia pięter.

Mam nadzieję, że ktoś jeszcze dopisze swoją opinię, choćby za jakiś czas. Na razie wygląda na to, że “klimat”, z którego byłem zadowolony po zakończeniu pisania, jest jedynym mocnym atutem opowiadania. Najsłabszą stroną są dłużyzny, względnie inne formy przynudzania, co zauważają nawet ci, którym się podobało. Wróciwszy do komentarzy pod poprzednimi moimi opowiadaniami muszę z bólem zauważyć, że jest to słabość moich prac. Chyba muszę przełamać jakiś psychiczny opór przed bardziej zwięzłym stylem.

Chyba muszę przełamać jakiś psychiczny opór przed bardziej zwięzłym stylem.

Eh… A ja mam odwrotnie. Chciałbym nauczyć się pisać “rozwiąźle“… ekhm… rozwlekle. ;D

Nowa Fantastyka