- Opowiadanie: CaliforniaRepublican - Bąbel Życia

Bąbel Życia

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Bąbel Życia

 

WSTĘP

 

Wśród tysięcy opowieści przekazywanych z pokolenia na pokolenie, poprzez morza wiedzy i wydmy wyobraźni, istniały legendy, które tak mocno rozpalały ludzkie umysły, że sprawiały, że stawały się prawdą. Jedną z takowych legend, jest prawdopodobnie ta już praktycznie zapomniana, lub wymazana z pamięci ludzi – opowieść o niesamowitej substancji zwanej Bąblem Życia.

Legenda ta sięga czasów, gdy pustynie Egiptu nie zaznały ciężaru stojących na nich piramid. Gdy tajemniczy Sfinks rzucał na wędrowców swój niezgłębiony od niepamiętnych dla nich czasów cień, a wody Nilu nie zostały poskromione.

To właśnie na te ziemie udał się z odległego Ur na swą długą wędrówkę Sumeryjczyk imieniem Kadingir Xul. Był on wielkim uczonym zgłębiającym wiedzę w każdym zakątku świata. Legenda o nim przetrwała do dziś z powodów, które nazwalibyśmy pewnie „szarlatańskim eksperymentem naukowym”, wtedy traktowano to jako magię. Według legendy, pewnego czerwcowego dnia gdy Księżyc chwycił Słońce i świat zalała ciemność, Kadingir otworzył tajemne przejście i wkroczył do Sfinksa, w którym przebywał osiem dni i osiem nocy. Gdy go opuszczał, na rozgwieżdżonym niebie, ponownie pojawiły się Plejady. W czasie owym, spędzonym w Sfinksie, Kadingir miał stworzyć Bąbel Życia, niezwykłą substancję będącą czymś co moglibyśmy dziś porównać zapewne do płynnej, ciemnej rtęci zamkniętej w ażurowe ścianki kulistej struktury, która mimo tego nie wylewała się. Była płynna, jednak jej powierzchnia, niczym namagnetyzowana sprawiała, że ciecz starannie wypełniała każde z zagłębień w strukturze stelaża.

Wśród ludzi zamieszkujących okolice obecnego miasta Sadat, oddalonego od Kairu o prawie sto kilometrów, antropolodzy natrafili na zaledwie dwie osoby pamiętające tę legendę, która była i tak już nadgryziona zębem czasu. Na obszarze całego Egiptu zaledwie dziewięć takowych osób w ogóle kojarzyło ją.

Ze względów politycznych, badania na tak szeroką skalę jak w Egipcie nie mogły być prowadzone na terenie Iraku, jednak determinacja i ludzki upór, dały rezultat.

Pewna kobieta, dowiedziała się o przebiegu ekspedycji antropologicznej i powiadomiła grupę profesora Henry'ego Athertona, który przewodniczył badaniom, o posiadanych przez nią informacjach, zapraszając go do swego zamku w południowej Francji.

 

I

 

Stare, zaniedbane zamczysko, które jeszcze dwieście lat temu przejęły w posiadanie zakłady włókiennicze rodziny Godin znajdowało się w trudno dostępnym rejonie pasma Pirenejów, gdzie teren stawał się górzysty i nieprzystępny. Normalnie błękitne niebo nad Zamkiem Godin dziś było tak stalowoszare, że zdawało się jakby mury zamku stapiały się z nim w jedno. Cegły zamczyska pokrywały zaniedbane bluszcze, które sugerowały jednoznacznie Athertonowi, że czasy świetności dla tej rodziny minęły bezpowrotnie, znikając gdzieś w meandrach mglistej przeszłości.

Zastukawszy pokrytą patyną, pięknie wygrawerowaną kołatką, Henry postanowił umilić sobie czas wyczekiwania na otwarcie ościeży, obserwacją ogrodu, który zdawał się wygrywać z planami ogrodnika. Kształty lwów, zebr, oraz innych niesamowitych zwierząt z żywopłotu stojących na dziedzińcu zaczęły się zacierać w gęstwinie zielonego listowia, które zaczynało je pochłaniać.

Gdy ten widok przestał go absorbować, a drzwi wciąż pozostawały zamknięte, zaczął rozmyślać o tym ile czasu zajmie dotarcie tutaj Yvonne i Paulowi. Powiedział im, że chce zrobić rozeznanie wstępne i dopiero po wybadaniu sprawy skontaktuje się z nimi. Oni tymczasem mieli czekać i weryfikować kolejne informacje i pogłoski dotyczące legendy Bąbla Życia.

Dalsze rozmyślania przerwał mu trzask otwieranych w końcu drzwi, które zaskrzypiały wrzaskiem obudzonego nieboszczyka. Otworzyła starsza kobieta, która tak jak reszta całej posesji nie wyglądała najlepiej. Owinięta ciemnofioletowym kocem, lekko zgarbiona, przypominała Athertonowi bardziej pomoc domową aniżeli samą Linette Godin do której się udał. Jednak wbrew wszystkim podejrzeniom to była właśnie ona.

Zaproszony do wewnątrz poczuł jak dreszcz przebiega mu po kręgosłupie aż po końcówki włosów. Coś było nie tak w korytarzu w którym się obecnie znajdował, nie chodziło tu tylko o niebywały, przejmujący chłód, czy wręcz egipskie ciemności, rozświetlane jedynie delikatnymi promieniami zza ciężkich kotar przysłaniających średniowieczne okiennice. Coś w samym sposobie jestestwa pani Godin i sposobie w jaki mówiła. Kaleczyła po angielsku ale miała niesamowicie piękny głos. Wręcz hipnotyzujący.

Atherton nie był pewien o co może mu chodzić, ale to dziwne wrażenie niepokoju nie opuszczało go. Nie było to łatwo uchwycić, więc obarczył winą za owe podejrzliwości długi lot z Kairu do Tuluzy i potem trudną drogę wypożyczonym autem w stronę Pirenejów.

Pani Godin zaprowadziła go do niewiele jaśniejszego i niewiele cieplejszego pomieszczenia, które wypełniały rupiecie i oznaczone kartony. Była to biblioteka na tysiące przeróżnych woluminów, jednak większość z nich była już poukładana i ściągnięta z półek, tak że te świeciły teraz nienaturalnymi pustkami. Nietrudno było się domyśleć, że Linette zamierza sprzedać zamek i zyskać pieniądze na zakup czegoś cieplejszego i jaśniejszego niż to ponure miejsce.

Atherton podszedł wraz z sędziwą staruszką w stronę potężnego kamiennego kominka obok którego stało biurko z leżącymi na nim różnego rodzaju papierzyskami. Wśród teczek i akt porozrzucanych, w nieładzie, na antycznym biurku– zapewne z epoki Ludwika XVI jak mniemał– wskazała mu jedną konkretną po czym sama ją podniosła, ruszając powolnym krokiem w kierunku wysokich, obitych purpurowym atłasem dębowych foteli. Gdy zasiadała wskazała znajdujący się naprzeciwko niej drugi fotel, na którym profesor mógł swobodnie spocząć.

Ogień w potężnym kominku już dogasał a Atherton był niemal pewien, że wizyta u pani Godin, przeciągnie się na wiele godzin po tym jak ogień całkowicie wytrawi pozostałe w nim polana.

Pani Godin nie wyglądała i nie sprawiała wrażenia kobiety żywiołowej i energicznej, była typowym przykładem flegmatyka. Profesor wyczuwał i u siebie ową nutę, lecz była to wina wyssania angielskiej flegmy wraz z mlekiem matki. W zasadzie owe ciemne komnaty bardzo przypominały mu rezydencję jego wuja, Ralpha w okolicy północnego Somerset. W letnie ferie przyjeżdżał tam z rodziną, gdzie spędzali czas przez prawie dwa tygodnie. Idealne miejsce dla osób lubiących legendy rycerskie i opowieści o duchach.

Miejsce idealnie związane ze starością i śmiercią. – Atherton dodał w myślach.

Linette odchrząknęła wyrywając Henry'ego ze wspomnień i założyła, staroświeckie już, rogowe okulary zamocowane na sznurku, tak by mogły zawisnąć na szyi, w razie upadku z wiekowego nosa. Zaczęła szperać w dokumentacji wyraźnie szukając odpowiedniego fragmentu. Atherton złapał się na tym, że przecież i on wcale nie należy do ludzi młodych. Był młodszy od Linette, o jakieś prawdopodobnie piętnaście, dwadzieścia lat, więc nie było mu do śmiechu wiedząc, że i on doczeka owego zniedołężnienia.

-Panie… Ather… ton– powiedziała niezbyt płynną, zmęczoną angielszczyzną z ogromnymi naleciałościami francuskiego akcentu, który znieważyłby pewnie każdego lorda imperium z epoki wiktoriańskiej, jednak Atherton, mimo swych lat należał do ludzi nowoczesnych i tylko zaśmiał się w duchu, jednocześnie współczując staruszce, która pewnie przeklinała potworności starości.

-Panie Ather…ton– powiedziała raz jeszcze– Sły…szałam, że szuka pan… informacji na temat… La Bulle de Vie? Bąbla Życia?

-Oui, madame Godin.

-Och, zna pan francuski?– ta nagła zmiana uradowała ogromnie panią Godin, której zdawałoby się, że odjęło kilkanaście lat, przynajmniej z samych strun głosowych.

-Uczyłem się w Cambridge.– przyznał Atherton.

-Będzie mi o wiele łatwiej– powiedziała pani Godin, uśmiechając się do niego.

-Z miłą chęcią porozmawiam z panią po francusku. Ostatni raz miałem taką okazję z osiem lat temu, więc niech pani wybaczy mi jakieś ewentualne braki.

-Ależ oczywiście panie Atherton, jeszcze raz dziękuję…

Pani Godin westchnęła i ponownie przerzuciła kartki znajdujące się w tajemniczej teczce. Tym razem Atherton nie musiał długo czekać, Linette w końcu zaczęła swoją mroczną opowieść, sięgającą XIX wieku, kiedy to żyli jej odlegli krewni.

Jej relacja dotyczyła odnalezionych dzienników i zapisków rodziny, z okresu, kiedy to obecne zamczysko było w połowie fabryką włókienniczą a w połowie domem dla mieszkającej tu rodziny. Gwar i huk pracujących maszyn powodował w domu niesamowity harmider, przez co nieraz dochodziło do niesnasek. Jej pradziadek Olivier w latach 1848-1850 prowadził dziennik z którego dowiedziała się o różnego rodzaju kłótniach, które odbywały się pomiędzy jej prapradziadkami. Wynika również z niego, że jej pradziadek miał siostrę, Elois. Była piękną kobietą o czym świadczą niesamowicie naturalne i przepiękne portrety rysowane w dzienniku ręką Oliviera. Była zgrabną, niską brunetką, z przepięknymi, pełnymi blasku śmiejącymi się oczami.

-Portrety odnalezione w dzienniku są jedynymi zachowanymi do dziś rysunkami jej osoby.– dodała Linette.

W końcu jednak, kontynuowała, Elois wraz ze swoją matką wyprowadziły się od ojca i zamieszkały z dala od zgiełku maszyn w małej wiosce położonej nieopodal. Olivier wspomina w dzienniku, że matka nigdy nie chciała opuszczać ojca, że zawsze go kochała, ponad wszystko, jednak to właśnie okropny hałas owych maszyn nie dawał jej spokoju.

Olivier przestał pisać dziennik w chwilę po tym jak Elois wyjechała z matką, jednak ich kontakt się nie urwał, o czym świadczyły trzymane w tej samej aktówce listy wysyłane pomiędzy rodzeństwem w roku 1850. Na tle zwykłych opisów dnia codziennego, najciekawszym z zebranych listów jest ów napisany przez Elois do swego brata, opisujący młodego, energicznego i inteligentnego mężczyznę, którego poznała. Nazywał się Francois a jego nieprzeciętna wiedza wyróżniała go wśród prostych mężczyzn z wioski. Elois zakochała się w nim bez pamięci. Rozpisywała się w listach na kilkanaście stron, opisując cechy i osobowość Francois.

-Wzięli ślub-powiedziała Linette, odrywając się od listu i patrząc w oczy Athertonowi– Mój pradziadek był szczęśliwy szczęściem swej siostry, ojciec był innego zdania, choć dał Francois pozwolenie na wzięcie Elois za żonę. Uważał, że ożenek w czasach zawieruchy jaką spowodowała Wiosna Ludów nie jest dobrym pomysłem. Dodatkowo, na przekór ojcu, Elois nie osiedliła się w bezpiecznej wiosce. Francois należał do ludzi bardzo ambitnych, co zresztą zapewne sam pan wywnioskował z jej listów. Wyjechali do Paryża, gdzie Francois miał uczyć się na Sorbonie.– Linette westchnęła, zmrużyła oczy i pogładziła się po zmarszczonym czole.

Atherton zapytał się czy może źle się czuje i by może na chwilę przerwali, jednak pani Godin delikatnie pokręciła prawą dłonią dając do zrozumienia, że nic się nie stało.

„To zaraz przejdzie”.

Henry poprawił sweter i postawił kołnierz płaszcza, panowały tu niesamowicie nieprzyjazne przeciągi a ogień w kominku wydawał z siebie właśnie ostatnie płomyki.

-Jak pan zapewne doskonale pamięta z lekcji historii, o tron Francji zabiegał wówczas sam bratanek cesarza Napoleona, Ludwik. Nie dziwię się mojemu prapradziadkowi. Były to… dość niepewne czasy. Z dalszej części mojego opowiadania, może pan tego nie wywnioskować, ale… przepraszam, co ja mówię. Przecież pan o tym wszystkim doskonale wie! Sam pan jest profesorem. Przepraszam, wrócę do właściwej części.

Francois i Elois byli szczęśliwym małżeństwem, zaczęła dalej opowiadać pani Linette. Z pieniędzy jego rodziców (bogatych malarzy u których przebywał w ich letniej, południowej rezydencji gdzie spotkał Elois) kupili mały apartament na drugim piętrze budynku w okolicy Montmartre, skąd roztaczała się przepiękna panorama Paryża. Pozostałą część posagu od rodziny Duffet, z której wywodził się Francois, przeznaczyli na zakup kawiarni na Champs-Élysées. Inwestycja okazała się wspaniałym pomysłem, gdyż zwróciła się już po roku, poza tym Elois miała zajęcie w czasie gdy Francois uczył się na uniwersytecie.

Elois zamykała kawiarnię dość wcześnie, by wrócić jeszcze do domu i zdążyć przywitać się z mężem. Potem, po obiedzie jaki mu serwowała, zazwyczaj się kochali, skąpani w blasku zachodzącego słońca wpadającego przez przepiękne wielkie półkoliste okno, jakie mieli w swoim salonie.

-Jak ona za nim szalała.-wtrąciła-Trudno się dziwić, w tamtych czasach nie łatwo było o kogoś tak zdolnego jak pan Duffet. Był niesamowicie inteligentny, studiował większość z dostępnych w owym czasie nauk ścisłych i we wszystkich miał zagwarantowane stypendia, które pozwalały mu na dalszy rozwój. Dodatkowo był ponoć bardzo przystojny.

W listach był opisywany jako średniego wzrostu mężczyzna o piwnych oczach, kruczoczarnych włosach sięgających do szyi i z lekkim wąsem w stylu angielskim. Zawsze ubrany dystyngowanie, z wielkim zapałem starał się zapewniać z części stypendium jak najlepsze warunki dla swojej żony.

-Odnalazłam jej zapiski, które przekazała później swemu bratu. Były ukryte na strychu i dobrze zabezpieczone.

W swoim pamiętniku zapisywała, że była niesamowicie wdzięczna Francois, za wszystko co jej zapewniał, jednocześnie przekazując mu tyle miłości ile tylko sama potrafiła dać. Jednak nie na futrach i biżuterii zależało jej najbardziej. Ze wszystkich możliwych rzeczy jakie miał jej do zaoferowania Francois najbardziej pragnęła usłyszeć stukot małych nóżek stąpających po podłodze.

Pragnęła dziecka.

Chciała wstawać w nocy, budzona przez swego małego bobasa, chciała sprzątać po nim i go karmić, chciała zamartwiać się o niego i dbać. Chciała tych wszystkich rzeczy, które normalnie innym wydawałyby się obciążeniem lub jakąś niewygodą. Chciała być matką więc zaczęła wprowadzać ów plan w życie. Każdą wolną chwilę chciała poświęcić na starania się z Francois o dziecko. Kochali się intensywnie i namiętnie tak jakby robili to po raz pierwszy. Elois nie mogła doczekać się kolejnego dnia ponieważ mogła to być kolejna okazja by udało jej się zajść w ciążę.

Wkrótce jej wspaniały pomysł odbił się dla niej czkawką ponieważ okazało się, że Francois zaczął opuszczać się w nauce. Często nie wyrabiał się z nauką na kolokwia i nie dotrzymywał terminu prac zaliczeniowych jego projektów. Coraz częściej też spóźniał się na zajęcia ponieważ się nie wysypiał. w

To był moment w którym Elois przeżyła, być może nie szok, ale silne szturchnięcie, gdzieś wewnątrz jej samej. Czuła podskórnie, że to przez nią tak się stało, wiedziała o tym i przez to miała okropne wyrzuty sumienia, że zachowywała się tak egoistycznie. Dlatego przeprosiła Francois za wszystko i ograniczyła swe matczyne zapędy.

Atherton dostrzegł, że pani Godin pierwszy raz się uśmiechnęła, delikatnie, ale było to dla niego dostrzegalne.

-Wątpię by pan Francois specjalnie narzekał z powodu pieszczot serwowanych mu przez panią Elois, nie uważa pan, panie Atherton?

Henry postanowił pominąć w myślach tę uwagę i ręką przywołał panią Godin by czytała dalej.

Kochali się jak na zakochaną w sobie parę przystało, jednak już nie tak często. Nie potrzeba było jednak długo czekać na efekty, ponieważ w końcu się udało. Elois była w siódmym niebie a w listach do Oliviera dzieliła się radosną nowiną i tryskała szczęściem.

Z pieniędzy uzbieranych dzięki kawiarence stać ich było na zatrudnienie pomocy gdy Elois będzie już w zaawansowanej ciąży, tymczasem podczas obsługi klientów i klientek dostawała słowa gratulacji i uśmiechy, które znaczyły dla niej tak wiele.

Gdy rodzice Francois dowiedzieli się o ciąży synowej, natychmiast porzucili plany otwarcia nowej galerii w Bordeaux i przyjechali do Paryża by pomóc opiekować się i dbać o nowego, nienarodzonego jeszcze członka rodziny. Pani Duffet, młoda macocha Francois, wyszła za jego ojca zaraz po śmierci jego pierwszej żony z powodu gruźlicy. Znała się na zielarstwie i dostarczała różnego rodzaju zioła wspomagające organizm kobiety w tym ważnym dla rozwoju dziecka okresie. Pan Duffet natomiast doglądał kawiarni i szukał po Paryżu miejscowych cyganerii, które byłyby zainteresowane jego i jego żony pracami.

Elois Godin, córka przemysłowca, nagle została otoczona przez śmietankę artystów i wyśmienitych naukowców. Wiedziała, że wszyscy pragną jej dobra i bardzo ją to cieszyło. Jej myśli krążyły wciąż wokół dziecka, które miała w swoim łonie. Często wyobrażała sobie jak będzie się z nim bawić i je uczyć. Postanowiła nawet, że jak będzie to dziewczynka to nauczy ją piec ciasta, przekaże jej niesamowite przepisy jakie kiedyś posiadała jej matka. Jeżeli chłopak, to nauczy go szachów i fechtunku, którego kiedyś uczyła się w szkole. Będzie chciała by poszedł w ślady ojca, by był tak samo zdolny jak on.

Nagle Atherton przerwał i odezwał się do pani Godin:

-Przepraszam panią.– powiedział– Siedzę tu już od przeszło półtorej godziny i póki co jedyne czego się dowiedziałem to historia pani rodziny, pani przodków. Jest to na pewno bardzo interesujące, ale nie z mojego punktu widzenia. Widzi pani, przyleciałem tu aż z Kairu, ponieważ dostałem informację, że pani może mi coś opowiedzieć o Bąblu Życia. Wspomniała pani o nim na początku rozmowy, jednak…

-Panie Atherton!-oburzyła się staruszka, która wyraźnie poczuła się urażona-Opowieść o „Bąblu Życia” jest silnie związana z przeszłością mojej rodziny i bardzo bym pana prosiła o to by wysłuchał pan ją w całości. Niewiele mi już zostało czasu, a chciałabym by znał pan każdy szczegół. By wiedział pan co naprawdę spowodowało, złamanie gałęzi Elois na drzewie genealogicznym rodziny Godin i w końcu upadek całej rodziny Duffet. Proszę, ktoś musi znać prawdę jak zginęli ci ludzie.

Atherton był wstrząśnięty i wyraźnie zbladł na twarzy. W jednej chwili jego czoło zrosiły dziesiątki małych kropelek potu, a wcale nie było mu gorąco. Sięgnął po chusteczkę w marynarce i nerwowo przetarł czoło.

-Jak to… zginęli?– spytał zdziwiony.

Pani Godin powoli skinęła głową.

Atherton nerwowo oblizał wargi. Nie pisał się na to. Nie na opowieści o morderstwach, bez względu na to czy były wykonane dwieście czy dwadzieścia lat temu. Owszem, jest antropologiem, ale kultur! Studiuje ich opowiadania i zapiski. Tak, czasem zdarzają się jakieś mordy czy składanie ofiar, ale to tylko legendy… zazwyczaj. Od zawsze mdlał na widok krwi, a same rozmawianie o śmierci sprawiało, że robiło mu się słabo i niedobrze.

Tak jak właśnie teraz. Potrzebował czegoś na wzmocnienie.

-Przepraszam panią, pani Godin, ale czy nie ma pani przypadkiem whisky?

 

II

 

Kryształowa szklaneczka była już prawie pusta gdy Atherton trzymał ją w rękach, bawiąc się nią i obserwując jak resztki złocistego płynu obijają się o ścianki naczynia. Już było lepiej, niewiele, ale czuł rozgrzewające ciepło, które odprężało jego zmęczone kości. Czuł, że wraca do siebie i jest gotów wysłuchać opowieści do końca.

No przynajmniej teraz miał takie wrażenie.

W okolicach drugiego trymestru rodzice Francois zaproponowali Elois wizyty u znamienitego ginekologa, który miałby sprawdzać czy z ciążą nie dzieje się nic złego. Elois była uradowana faktem jak o nią dbają rodzice Francois, dlatego też głupio było jej odmówić, co zresztą wyszło jej tylko na dobre. Młody lekarz doradził jej plan żywieniowy na który składała się dieta z: tłustych ryb, buraków, czosnku, fasoli, malin i żurawin. Te wszystkie składniki miały dostarczyć niezbędnych dla dziecka składników do prawidłowego rozwoju.

Gdy Elois urodziła, była najszczęśliwszą kobietą w całym Paryżu. Przez wiele miesięcy zastanawiała się wraz z Francois jakie dadzą imię dla dziecka. Francois z Elois zaproponowali Charles dla chłopca lub Julie dla dziewczynki, rodzice Francois zastanawiali się nad Richard i Ann, natomiast rodzice Elois wciąż nie odwiedzili ich w Paryżu. Pradziadek Linette, Olivier, pisał do swej siostry, że relację pomiędzy rodzicami znacznie się pogorszyły. Matka zakochała się w jakimś mężczyźnie z wioski, natomiast ojciec ma kochanki i pije na umór. Wieści te jednak nie były w stanie zepsuć humoru Elois, gdy narodził się im syn, którego ostatecznie nazwali– Charles. Od razu stał się oczkiem w głowie mamusi, która wprost za nim szalała. Francois zabrał nawet swego małego synka na uczelnię by się nim pochwalić przed kolegami z zajęć.

Gdy mały Charles nieco podrósł zabawy i nauka z nim sprawiały Elois ogromną przyjemność. Rzucali do siebie piłeczkami, misiami i różnymi zabawkami, jakie mamusia młodego Charliego zdołała znaleźć i zakupić by jej synek był szczęśliwy.

Pierwsze kroki Charles wykonał już mając dopiero dziewięć miesięcy, a w wieku półtorej roku, chodził już z mamą na krótkie spacery. Elois oczywiście bacznie na niego uważała, zawsze upewniając się, że idzie stabilnie i się nie przewróci na brukowany chodnik. Gdy chłopczyk się męczył mama wkładała go do wózka i kontynuowała spacer, pokazując Charlesowi świat. Była taka z niego dumna, wierzyła, że tak szybkie opanowanie chodzenia, oznacza, że i inne sprawności przyjdą mu łatwo, że pójdzie w ślady ojca i będzie tak samo inteligentny.

Ostatnim z wpisów Elois w jej dzienniku, przed wielką przerwą jaka później widnieje pomiędzy datami był dzień w którym wyszła ponownie na spacer z Charlesem.

Wśród reszty listów i zapisków znajdujących się na biurku, pani Godin wyciągnęła w końcu te właściwe. Była to korespondencja pomiędzy bratem Elois, Olivierem a Francois z której wynikało, że doszło do strasznego i tragicznego wypadku.

Francois opisał pradziadkowi Linette całe wydarzenie do jakiego doszło jesienią 1853 roku kiedy Elois udała się z Charlesem na spacer. Zrobił to on, bo, jak sam pisał, wiedział, że gdyby miała to zrobić Elois, zapewne pękło by jej serce.

Tego dnia gdy wyszła na spacer z ich synkiem, na zewnątrz była piękna pogoda, chmury co prawda majaczyły na horyzoncie, ale wydawały się tak odległe, że nie sposób było się nimi przejmować. Wczesna jesień była ciepła tamtego roku więc Elois postanowiła ubrać się w piękną błękitną suknię, zaś małego Charliego w letnią marynarkę, którą dziadek Duffet postanowił mu sprezentować na pierwsze urodziny. Dumny z prezentu zawsze podkreślał, że malec wygląda jak on sam gdy był młody.

Wzięła również parasol, ponieważ o tej porze roku nigdy nie wiadomo tak naprawdę, kiedy spadnie deszcz.

Celem spaceru był deptak przy Sekwanie i pooglądanie witryn sklepowych w drodze powrotnej na Montmartre. Mały zbierał kasztany, a mama pilnowała by nie wkładał ich do buzi. Później miała mu pokazać jak się robi kasztanowe ludziki. Zastanawiała się również nad tym, że za kilka lat będzie z nim walczyła na kasztany, jednak teraz był na razie na to za mały.

Wiatr leniwie zdmuchiwał żółknące liście w stronę rzeki, która równie leniwie sunęła po ich lewej stronie, gdy nagle Elois poczuła kroplę deszczu na swej dłoni. Wiedziała, że chmury które widziała na horyzoncie jednak ich dopadły.

Otworzyła parasol, chwyciła Charlesa i włożyła go do wózka, uważając przy tym by nie wysypać zebranych przez niego kasztanów. Zaczęła iść powoli w stronę Montmartre kiedy deszcz po prostu lunął jak z cebra. Zerwała się wichura, która targała niesprzątniętymi wokół nich liśćmi i parasolem, który ledwo trzymała.

Będąc na skrzyżowaniu zaczęła przechodzić przez jezdnię gdy kolejny silny podmuch wiatru wyrwał jej parasol. Puściła wówczas w odruchu bezwarunkowym wózek, próbując złapać parasol. Wózek z dzieckiem w środku potoczył się na przód, akurat pod kopyta rozpędzonego konia, ciągnącego powóz z pieczywem. Wszystko to trwało tylko chwilę. Nawet nie mrugnięcie okiem.

Francois, nie winił jej, choć żal w jego sercu wypełniła substancja tak ciemna jak smoła. Wiedział, że to woźnica nie przepisowo wyjechał. Nie baczył w ogóle na matkę z dzieckiem idącą przez drogę, zupełnie jakby był pijany.

Po pogrzebie, na który w końcu stawili się również rodzice Elois, ona sama zamknęła się w sobie i jak to opisał w swym dzienniku Francois, straciła swój kolor. W oczach, które zawsze się śmiały, które zawsze rozpierała energia widział teraz pustkę tak bezdenną, że zdawała się przekraczać granice wszechświata.

Wiedział, że Elois zrobiłaby wszystko by do tego nie doszło. By ich dziecko znowu żyło. Wszystko.

Miał wrażenie, że w ich rodzinie zaczęło się pojawiać więcej dni deszczowych, jakby szare chmury zawisły nad nimi, nie dopuszczając do nich światła dziennego. Próbował pocieszać Elois, jednak bezskutecznie, całkowicie straciła dalszą chęć życia. Przestała chadzać na spacery, doglądać kawiarni czy nawet gotować. Francois musiał wmuszać w nią pokarmy a rozmowy między nimi w ogóle nie dochodziły do skutku. Najczęściej sprowadzały się do krótkich nawałnic, które między nimi dochodziły, po których następowały okresy długiej ciszy. Kłótnie przeplatane ropiejącym w nich smutkiem niszczyły to co razem tworzyli na początku gdy się pobrali.

Oddalali się, Francois czuł to.

Przestali się kochać, a jego powroty do domu z uczelni, nie sprawiały jej już więcej przyjemności.

Spędzając więcej czasu z książkami jak z żoną Francois wpadł na wzmiankę o jednym z profesorów, Alexandrze Eberharcie z Uniwersytetu Ludwiga Maximiliana w Monachium, który bada tajemnicę czegoś co nazywa Schwarz Quecksilber.

-Czarna Rtęć…-powiedział na głos Atherton– Bąbel Życia?

Zdumiony popatrzył pytająco na panią Godin, która wolno skinęła głową.

Młody francuz, zaintrygowany hipotezą niemieckiego profesora, która stawiała pytanie o możliwości powrotu do życia po śmierci, postanowił zagłębić się w jego badania i poszukać konkretnych prac naukowych. Niestety, herr Eberhart, nawet w towarzystwie swych najbliższych kolegów był uważany za szarlatana i heretyka nauki. Nazywano go „Dr Frankensteinem”, a pod jego badaniami naukowymi nie chciał się podpisać żaden uniwersytet. Nie tracąc nadziei Francois postanowił udać się w podróż do Monachium na spotkanie z profesorem. Musiał to zrobić, ponieważ nic innego mu nie pozostało, tylko nadzieja, a ona jak wiadomo umiera ostatnia.

Tak jak Elois pragnęłaby by ich dziecko nigdy nie zginęło, tak on teraz pragnął sprawić by powróciło i sprawiło, że wróciłoby pomiędzy nich życie i szczęście.

Pani Godin nagle przerwała opowiadać gdyż zauważyła, że jej gość poruszył się i wstał z fotela.

Krążący po bibliotece, profesor Atherton, nie mógł uwierzyć w to co opowiadała mu ta staruszka. Przecież to było niedorzeczne. Wszystko zakrawało na jakąś farsę.

Miał wrażenie jakby ktoś wyciął mu głupi dowcip.

-Panie Atherton?-spytała zdziwiona staruszka– Coś pana niepokoi?

Atherton poprawił rozmierzwioną, siwą czuprynę i spojrzał na panią domu.

-Pani raczy kpić, madame Godin? Przecież to wszystko zakrawa na jakąś tragikomedię wyssaną z palca. Jak człowiek nauki, jakim jest monsieur Duffet może rozważać całkiem na poważnie powrót do życia? Sama pani opowiadała i sam wyciągnąłem wnioski z listów, które pani czytała, że był to człowiek o nieprzeciętnej inteligencji. Zajmujący się sprawami nauk ścisłych, to jest takich, gdzie wszystko jest zapisane w języku matematyki, gdzie wszystko jest racjonalne. Więc jak pani zdaniem, według niego nagle dwa plus dwa zaczęło dawać pięć?

Linette przygryzła wargę.

-Stracił syna. To wystarczający powód do tego by szukać. By próbować za wszelką cenę. Jakimikolwiek metodami. Najznamienitsze tragikomedie, życie pisze samo, a najlepszymi i najbardziej wiarygodnymi aktorami jesteśmy właśnie my.

Henry pokręcił głową, jednak dał drugi raz za wygraną i usiadł ponownie w fotelu. Z kwaśną miną popatrzył na pustą szklankę po whisky.

-Mogłaby mi pani dolać jeszcze tej whisky?

 

III

 

Ilekroć gdy Atherton patrzył na panią Godin, miał wrażenie, że staruszka umrze podczas ich rozmowy.

Boże, ona wygląda tak staro– pomyślał Henry– Nie chciałbym dożyć takiego wieku. To jak człowiek niedołężnieje… to jest… to okropne.

Henry przypomniał sobie jak w czasach studiów ćwiczył i uczęszczał na zawody strzeleckie, jak pływał w drużynach kajaków, jak ćwiczył na siłowni, pracując nad swoją rzeźbą, walcząc o każdy mięsień z osobna by jak najlepiej go rozwinąć.

Porzucił to wszystko w wieku pięćdziesięciu lat, po kontuzji kolana w Karpatach, gdy badał zwyczaje Słowackich i Polskich górali. Poprzez lata zapuścił się w sobie, już tylko od czasu do czasu strzelał na strzelnicy, zaś większe wyprawy i zadania wytrzymałościowe pozostawił młodszym od niego, takim jak Yvonne i Paul. Był ciekawy jak im idzie, postanowił nawet, że jak znajdzie zaraz jakąś wolną chwilę to do nich zadzwoni i opowie im o „wymysłach” pani Godin.

Mimo jej wieku, był zahipnotyzowany jej głosem. Był nieziemski, zupełnie jakby słyszał zawodowego lektora. Zresztą nie znał jej za dobrze, może właśnie nim kiedyś była?

Wziąwszy whisky do ręki, postanowił delektować się jej smakiem, dłużej niż wcześniej, więc po pierwszym łyku powiedział Linette by ta kontynuowała.

Ponownie wspomniała o wątku dotyczącym nagłego zainteresowania profesorem Eberhartem ze strony młodego Francois. Zagłębiając się w nieliczne dzieła naukowe, które odważnie, lecz lakonicznie postanowiły wspomnieć o teoriach dr Eberharta, pan Duffet postanowił wyruszyć do Niemiec by odwiedzić tą jakże kontrowersyjną personę, osobiście.

Do Monachium wyruszył pociągiem, informując przy tym swoich rodziców by zostali w jego mieszkaniu i zaopiekowali się Elois na czas jego nieobecności.

W jego dzienniku Linette przeczytała, że podróż bardzo mu się dłużyła, ciągnęła się wręcz niemiłosiernie, stawiając go w bezradności, która go jeszcze bardziej dobijała. Pragnął odegnać myśli o bezczynności, która skazałaby jego Elois na katusze w kokonie stworzonym z jej własnej rozpaczy i smutku. Musiał działać.

Gdy dotarł do Monachium niezwłocznie odnalazł profesora Eberharta, nie zważając na znużenie podróżą. Potężna rezydencja profesora znajdowała się na obrzeżach Monachium a dotarcie do niej nie było łatwym zadaniem dla Francois. Musiał popytać wielu ludzi, aż w końcu trafił na właściwy trop. Jego ogromny dom znajdował się tuż przy rzece Isar, a dobywający się z niej smród niemal zemdlił go na miejscu. Eberhart był zszokowany jego nagłą wizytą i jednocześnie mile zaskoczony, że ktoś jednak zainteresował się jego badaniami.

Potem zapiski urywają się na przeszło miesiąc, jednak kolejny zapis od Francois pojawia się w liście do rodziców, pięć dni po tym jak wyjechał. W liście przeprasza za tak długie zwlekanie z odpisywaniem, stało się tak ponieważ pracował dzień w dzień i noc w noc w laboratorium herr Eberharta. Była to stara piwnica znajdująca się pod jego domostwem, w której przeprowadzał swoje eksperymenty. Zatęchła i brudna nie zapewniała godziwych warunków do pracy, jednak była odizolowana od wścibskich oczu zewnętrznego świata, na czym zależało im teraz najbardziej.

Regały i stoły były pozastawiane różnego rodzaju kolbami z nieznanymi dla Francois odczynnikami i tajemniczymi substancjami, pochodzenia jakiego mógł tylko próbować się domyślać. Wszystkie te chemikalia budziły podziw, młody francuz, nawet na swej uczelni nigdy nie widział takiego ich zróżnicowania. Profesor Eberhart przetrzymywał tu również różnego rodzaju zwierzęta: psy, koty, myszy. Francois doszedł do wniosku, że profesor jest zbyt ekscentrycznym człowiekiem by pytać go o pozwolenie na przetrzymywanie tych zwierząt, które powinien posiadać od uniwersytetu, który swego czasu finansował te badania. Jego biurka wypełniały dziwne pisma w języku, którego pan Duffet nie potrafił ustalić. Potężne tomiska zalegały półki zaniedbanych regałów, będących domem dla pająków i wszelkiej maści stworzeń kochających mrok i zapach stęchlizny.

Szalony Alexander Eberhart, jakim mianem obdarował go Francois w swoich listach, przed publikacją odkrycia Czarnej Rtęci, kontaktował się ze swoim kolegą z katedry archeologii, który swego czasu badał ruiny niedaleko starożytnego sumeryjskiego miasta Ur. Znaleziono tam bowiem zagrzebany w piasku zikkurat, sumeryjską piramidę, będącą świątynią ich bogów. Wśród odnalezionych tam zapisków, wyrytych na glinianych tabliczkach w piśmie klinowym, odkryto tajemniczy i mroczny poemat– „Kadingir Xul”. Opisujący dziwne rytuały, zaklęcia i hymny do bogów, został zapisany przez pewnego maga, czciciela nieznanych bogów, heretyka imieniem Hasdrahan. Na jednej z tablic obliczeniowych Eberharta całą jej powierzchnię zajmował cytat z właśnie z tego poematu, który tak zaintrygował Francois, że ten postanowił go zapisać:

 

 

KADINGIR XUL”

 

Mięśnie,

ach mięśnie i skóry

rzucone,

na me kości, Tobie

obnażone,

Tobie, którego nawet Słońce się lęka,

uciekając przed Księżycem,

och, cóż to za udręka!

Niech będzie mi dane,

Mnie!

Hasdrahanowi, co Twą wolę wypełniać pragnie!

Nie tym kozom,

co wierzą w co im popadnie,

 

Tyś mym Panem,

duchem ze mną złączonym,

poprzez Czas i Bramę,

Kluczem zjednoczonym.

 

Czarnym Nektarem obdarzon zostałem,

niesłusznie,

niebacznie,

lecz dziękuję Ci Panie,

Za me mięśnie i skóry,

przez Ciebie,

zrzucone mi z góry,

 

Celebruję te istnienia

te co przyszły, od niechcenia

I te chętne, te co chciały

co dla sprawy wycierpiały,

Niezmuszone, wręcz kontente

by dla życia oddać rękę,

 

W mroku Cienia i Otchłani,

tam gdzie w Lochu składowani,

Oczekują i zmierzają

w stronę Czasu oddalają,

Wciąż zmieniani, wciąż traceni,

na manowce wciąż zwodzeni.

 

Nie zaznane im w tych Ciemnościach oczu odnaleźć,

ni węchu ni smaku czy czucia na nowo wynaleźć,

 

Nieżywi za życia i straceni po śmierci,

Miłośnicy picia, w smutku, bez pamięci.

 

 

Tętno gwałtownie podskoczyło Athertonowi, gdy osłupiały wsłuchiwał się w nieziemski głos pani Godin, czytającej starożytny sumeryjski wiersz, który został odnaleziony w listach jej rodziny z epoki fin de siècle. Zaintrygowany i pochłonięty tonem i barwą jej głosu, poprosił panią Linette by mogła przeczytać ów poemat raz jeszcze.

Rumieńce na jego twarzy zdradzały, że w końcu dostał coś na czym mu zależało, że w końcu po wysłuchaniu części tej jakże melodramatycznej historii, dostał to po co przyjechał. Atherton w końcu poprosił by podała mu list, by i on mógł samemu go przeczytać. Nie mógł powstrzymać się od czytania wiersza raz za razem, „śliniąc” się przy tym niczym małe dziecko, które dostało upragnionego lizaka.

Kadingir Xul”– to nie imię tajemniczego maga, tylko nazwa poematu, a on sam zaś nazywał się Hasdrahan. Skoro aż tyle odkryli ci archeolodzy z Monachium, dlaczego on sam o tym nie wiedział? Dlaczego jego poszukiwania musiały być tak mozolne, skoro uczeni powszechnie wiedzieli, a przynajmniej powinni, wiedzieć o tej legendzie.

Oderwał się od listu i spojrzał na panią Godin wzrokiem rezerwowanym przeważnie dla swych uczniów, którzy robili mu głupie psikusy.

-Dlaczego?-zaczął– Dlaczego to zostało ukryte? Dlaczego o tym nie wiedziałem, skoro dokonano tego odkrycia archeologicznego prawie sto sześćdziesiąt lat temu?

Linette Godin poprawiła swe nakrycie.

-W każdej rodzinie jest jakaś tajemnica o której lepiej nie wspominać.

Nie musiała dodawać nic więcej, Atherton rozumiał to aż za dobrze. Wiele razy słyszał o Ukrytej Archeologii, tej o której nigdy się nie mówi, lecz do tego momentu wcześniej się z nią w swym życiu nie zetknął. Dlaczego ktoś chciałby coś takiego taić przed powszechną opinią publiczną? Atherton póki co zbierał więcej pytań jak odpowiedzi na nurtujące go pytania, a to mu się bardzo nie podobało. Był jednak bliżej jak dalej, a to było już coś. Zrozumiał, że właśnie nadszedł czas by zadzwonić do Yvonne. Henry'emu bardzo zależało na tym by i ona i Paul przeczytali poemat i podzielili się z nim ich zdaniem.

Dopił whisky i przeprosił Linette na chwilę.

Henry wyszedł na korytarz i wyjął komórkę z kieszeni, po czym wybrał numer

do Yvonne. Odebrała po trzech sygnałach.

-Panie Atherton? Jak rozmowa z panią Godin?– spytała znudzonym głosem Yvonne. Szum silnika dochodzący z jej komórki świadczyły o tym, że akurat prowadziła samochód.

-Właśnie dzwonię w tej sprawie. Zdaję się, że w końcu na coś trafiłem. Nie wiem w jakim kierunku to się dalej potoczy, ale myślę, że za trzy, cztery godziny możecie przyjechać do mnie z Paulem. Chcę byście rzucili na coś okiem.

-Oczywiście. Właśnie jadę po Paula, gdy będziemy dojeżdżać zadzwonię do pana.

-Świetnie. A wam udało się o coś zahaczyć?

-W zasadzie nie… Tylko miejscowe podania o wiedźmach, duchach czy religijnych spotkaniach z Maryją. Nic godnego uwagi.

-Hm. No dobra, do zobaczenia.

Profesor rozłączył się i schował komórkę do kieszeni i wrócił do pani Godin, prosząc ją o kontynuowanie opowiadania historii.

Rodzice Francois dowiedzieli się, że ten postanowił pozostać na dłużej u doktora Eberharta, by pomóc mu w jego pracy naukowej. Zwięzłe, zapisane ledwie czytelnym pismem listy, sugerowały, że pragnął jak najszybciej wracać do swych obowiązków w celu sprawnej pomocy, jaką chciał udzielić Alexandrowi.

-W swych listach nigdy nie zapisywał żadnych swoich obliczeń czy pomysłów, tym bardziej dziwi pewien list, który był dostarczony jego rodzicom, w niecały miesiąc później, który opiewał w liczne wzory matematyczne, przedziwne rysunki kulistych obiektów o specyficznej ażurowej strukturze i tajemnicze inkantacje zapisane fonetycznie z sumeryjskiego.

Atherton zmarszczył brwi gdy Linette podała mu ów list.

-To wygląda jak rysunek z legendy, o której słyszałem będąc w Egipcie. To w tym miała być przechowywana ciemna, lub Czarna Rtęć, jak ją nazywał Eberhart. Zakładam, że jej projekt znaleźli wśród sumeryjskich glifów i zapisków odnalezionych przez kolegów herr profesora?

-Dokładnie. Intuicja pana nie zawodzi, panie Atherton. Dokładnie tak było.

Nastąpiła chwila ciszy gdy Atherton uważnie studiował zapisane równania i wręcz nieziemskie glify, składające się na wycięte w kuli kształty. Nie rozumiał tego. Wątpił czy ktokolwiek z obecnie żyjących ludzi na Ziemi potrafiłby to zrozumieć. Tym bardziej zaczynał doceniać niesamowitą inteligencję tak pana Duffet jak i profesora Eberharta, którzy potrafili to odpowiednio opisać i zapisać.

Oddał list pani Godin, jednak wciąż coś go trapiło.

-Dziwi mnie fakt wysłania czegoś takiego. Jego rodzice byli malarzami, artystami. Wątpię by zrozumieli z tego choć jeden wzór.

-Rąbka tajemnicy odkrywają dalsze karty z jego dziennika. Jednak to co jest w nich zapisane niekoniecznie może się panu spodobać.

Henry wstrzymał na chwilę oddech i rozsiadłszy się wygodniej w fotelu, dał znać, że jest gotowy na wszystko.

Kolejne dni w zapiskach Francois wyglądały bardzo podobnie do siebie. Dzień poświęcał na studiowanie książek jakie polecił mu Alexander, nocą zaś wspólnie pracowali nad równaniami, szukając też różnych odpowiednich odczynników, które pomogły by im przy stworzeniu Bąbla Życia. Francois dowiedział się, że Ebehart posiadał część Czarnej Rtęci z jednego ze świętych dzbanów znalezionych na placu świątynnym ruin miasta w pobliżu Ur. Jednak sama Czarna Rtęć była tylko czymś w rodzaju paliwa, które miało zasilać działanie Bąbla Życia zwanego Kissum, co po Sumeryjsku oznaczało Mroczny Pokój. Była to kula z dziwnymi ażurowymi motywami, które po bliższemu przestudiowaniu zdawały się układać w logiczny ciąg, który można było sprawnie opisać językiem matematycznym.

Po dziesiątkach godzin spędzonych przy czytaniu przekładów starożytnych pism udało się im w końcu odkryć z jakiego stopu metali Kissum mógł być stworzony, co było już sporą częścią sukcesu. Odkodowywanie i ponowne sporządzanie ażurowych wzorów, które później miały zostać wycięte w kuli zajęło im kolejne tygodnie.

-Ten list z obliczeniami, rysunkami i zapiskami który wysłał rodzicom– wracała z wytłumaczeniem Linette– został przez niego wysłany przypadkowo. To najprawdopodobniej były jego własne zapiski, które przygotowywał. Potem w wyniku zamieszania wysłał do rodziców nie te kartki co trzeba.

-To by w sumie sporo tłumaczyło. Mógł być tak pochłonięty badaniami, że po prostu się pomylił. Tak… heh… nawet mi coś takiego parę razy się zdarzyło.– Atherton uśmiechnął się– Proszę kontynuować.

W końcu gdy udało im się po wielu trudach zebrać wszystkie potrzebne im informacje zanieśli projekt do znajomego Alexandra, który był kowalem i powiedział im, że za odpowiednią opłatą stworzy odlew i wykuje dla nich coś takiego, z odpowiednimi zdobieniami. Radzi z tego, że ich projekt posuwa się na przód powrócili do domu Eberharta, gdzie pozostawało im teraz czekać na odebranie zamówienia od kowala.

Dni dla Francois dłużyły się niemiłosiernie, czas jaki pragnął spędzać na rozmowach z profesorem był nieosiągalny, ponieważ ten codziennie schodził do swego laboratorium pochłonięty czytaniem starożytnych ksiąg. Młodemu francuzowi coraz mniej podobał się pomysł mieszkania u wybitnego naukowca.

Jego szaleństwo, jak pisał, zaczęło wchodzić na nowe wyżyny. Zdawało się, że rozmawia ze zwierzętami w klatkach.

Całej nieszczęsnej dla niego sytuacji dopełnił list od rodziców w którym pisali oni o porzuconych przez niego, na okres prawie trzech miesięcy, studiach, co według ich mniemania było kuriozalnym i głupim zachowaniem z jego strony. Uczelnia pisała do nich o opuszczonych przez niego egzaminach, których termin już uległ przedawnieniu, zaś rektorat informował o możliwości zawieszenia go w prawach studenta. Odchodząc nieco od tematu, w ramach ciekawostki napisali mu o kupnie niesamowitej, nowoczesnej kuchenki gazowej, którą widzieli na prezentacji w Londynie. Działała ona dzięki montowanej w niej butli ze sprężonym gazem, która starczała mniej więcej na ponad dwa miesiące regularnego użytkowania. Po przyłożeniu zapałki do palnika, błękitny płomień wystrzeliwał z kuchenki, a dzięki zamieszczonej regulacji można było go bez problemu dostosować, do konkretnego rodzaju gotowania czy pieczenia najróżniejszych potraw, czy to z patelni czy to z garnka. Kupili do niej nawet zapas butli z gazem, by można było z niej użytkować na co dzień, bez obawy o zabraknięcie gazu. Macocha była bardzo szczęśliwa z tego powodu, że kuchnie na drewno zaczynały odchodzić do lamusa, nie raz przez wrzucane przez nią drewno wbijała sobie drzazgi, na co zawsze narzekała młodemu Francois. Do zakupionej kuchenki dołączone było jednak ostrzeżenie o przepustowości gazu, które niekontrolowane, mogło doprowadzić do wybuchu w razie pojawienia się nawet najmniejszej iskierki.

Innowacyjna technologia nie wywarła wielkiego wrażenia na Francois. Był za bardzo pogrążony we wciąż jątrzącej się w nim żałobie. W każdym liście Francois pytał o swoją żonę, jednak jego rodzice nie byli w stanie przekazać mu żadnej dobrej wieści. Jej stan jeszcze bardziej się pogorszył– w swym zmęczonym, pełnym goryczy i smutku umyśle uroiła sobie, że Francois opuścił ją na zawsze z powodu tego, że zabiła ich dziecko. Przestała już płakać, jednak letarg w jakim przebywała był o wiele bardziej upiorny od czegokolwiek innego. Całe dnie przesiadywała w fotelu i patrzyła się w ścianę, nieobecna i praktycznie głucha na to co mówili do niej inni. Od czasu do czasu słychać było jak mówiła do siebie, że jej chłopcy odeszli, że zostawili ją samą.

Listy te sprawiały, że Francois Duffet, odchodził od zmysłów.

Ponownie nie mógł zrobić nic innego jak tylko siedzieć i czekać, aż kowal wykuje odpowiedni, ażurowy wzór dla Kissum, a zajęło to kolejne długie dwa tygodnie.

Gdy posłaniec od kowala, młody czeladnik, pojawił się w drzwiach domu doktora Eberharta, ten stał już w progu z gotową sakwą dla niego. Niezwłocznie odebrał pakunek od chłopaka i podał mu zapłatę dla jego mistrza.

Razem z Francois zbiegli do laboratorium tak szybko jak to tylko było możliwe.

-Francois pisał, że Eberhart ucieszył się jak dziecko gdy zobaczył efekt pracy kowala– dodała Linette– Kissum było idealne, zrobione w każdym… w każdym…. przepraszam, muszę chwilę odpocząć.

Odchyliła się na fotelu i złapała za głowę.

-To migrena– wyjaśniła– Przynajmniej tak tłumaczyłam się mężowi i swym dzieciom zanim wyjechali do Nicei… To tętniak. Teoretycznie, według moich lekarzy, powinnam już nie żyć. Miałam już wiele razy tak silne bóle, że mdlałam… Wiedział pan, że istnieje piętnaście procent szans na to, że osoba umrze po pierwszym krwawieniu śródczaszkowym, który powoduje bóle głowy?

Profesor Atherton nie wiedział o tym, zaprzeczył tylko delikatnym ruchem głowy.

-Cóż, złego do piekła nie biorą. Jeżeli ma pan ochotę, może się pan przejść po domu lub samemu przeczytać notatki. Mogłabym dalej mówić, ale straszliwie przy tym cierpię, więc gdyby był pan łaskaw…

-Oczywiście– odparł od razu Atherton, uspakajając ją i wstał by wziąć od niej notatki, które miała ułożone w porządku chronologicznym.

Współczuł jej, ponieważ poprzez tych kilka godzin zrozumiał jak bardzo zależy jej na tej sprawie, jak bardzo chce się tym z kimkolwiek podzielić.

Wziął notatki pod pachę i wyszedł na korytarz.

 

IV

 

Staremu profesorowi nawet przez myśl nie przeszło by poczekać na korytarzu; wiały tu dziwne i chłodne przeciągi, które źle by służyły jego kolanu, a i tak już czuł, że zaczyna marznąć, poza tym magiczna moc whisky przestawała działać.

Większa część drzwi na korytarzu była zamknięta, jednak Henry w końcu trafił na te otwarte i wszedł do środka.

Była to sypialnia, jedna z kilkunastu, jak przypuszczał, będących w tym zamku. Wielkie królewskie łoże z zagłówkami i wielkimi poduchami, stare komody, lustra i obrazy, wszystko to starało się krzyczeć i przypominać o dawnych czasach. Całe pomieszczenie sprawiało wrażenie na pewno przytulnego, jednak też zbyt nostalgicznego, co Athertonowi nie podobało się. Z całą pewnością, nie chciałby mieszkać w takim zamczysku przez całe swoje życie. Poza tym utrzymanie takiej posesji wymagałoby ogromnych funduszy na które po prostu by go nie było stać.

Zdecydowanie nie chciał by kupować tego zamku. Przynajmniej tak sobie zakładał w myślach w których często fantazjował o dostatku i bogactwie. Wiele razy próbował szczęścia, jednak nigdy nie wylosował szóstki w lotka. Jednak gdyby w końcu kiedyś mu się udało, wiedział, że nie kupiłby czegoś takiego.

Niektórzy ludzie nie zdają sobie sprawy, że taka inwestycja wysysa wtedy z ciebie wszystko– nie tylko pieniądze, ale i nerwy.– pomyślał– Co i rusz coś tu przecież musi nie działać, to problemy z kanalizacją to z przewodami kominowymi. Zawsze coś się znajdzie… Eh, chyba pozostanę jednak przy byciu antropologiem, z moją średnią pensją i małym mieszkankiem.– doszedł do wniosku.

Wziął dziennik Francois i wrócił do momentu w którym skończyła pani Godin, odkładając jednocześnie resztę materiałów na łóżko.

Kissum było wykonane w każdym najdrobniejszym szczególe jakie opisali kowalowi, Eberhart z Duffet. Wzięli pojemnik z Czarną Rtęcią i Eberhart zaczął recytować z pamięci dziwne inkantacje po sumeryjsku, których Francois nie rozumiał. Profesor zachowywał się jak pijany, był w kompletnym transie. Gdy skończył wlał Czarną Rtęć do Kissum i zgodnie z tym co zakładali z sumeryjskich tekstów, Czarna Rtęć nie wypłynęła przez ażurowe wycięcia, a jedynie wypełniła je.

Profesor natychmiast chciał wypróbować tajemniczy artefakt, a według ich badań miał on przywracać życie zmarłym. Wziął martwego kota, którego znalazł na ulicy dwa dni temu i położył go na blacie biurka.

Eberhart wziął Kissum w trzęsące mu się się z przejęcia ręce i wypowiedział te oto słowa: ISTEN BABA! Atu Me Peta Mitu Babka! Kissum! ATU! BABU! ATU! BABU! PETA BABU ATU!!

Dzięki tym słowom w niewytłumaczalny dla Athertona sposób Czarna Rtęć była już skłonna wypłynąć z pojemnika w którym była umieszczona, ale tylko wtedy gdy Eberhart sobie tego życzył. By wylać jej część na martwego kota musiał powtórzyć kolejną część zaklęcia: ATU! BABU! MITUTI !, wówczas dopiero Rtęć spłynęła niczym gęsty syrop, który zaczął przykrywać całe ciało kota dokładnie wgłębiając się, niczym żywy(!) we wszystkie jego naturalne otwory.

Wówczas uradowany Eberhart wyciągnął z klatki drugiego kota i podprowadził go przywiązanego na sznurze i przywiązał tuż przy biurku. Francois nie był pewien co do zamiarów starego naukowca, i już wtedy czuł się niepewnie. Kicia była uradowana tym, że naukowiec w końcu wypuścił ją z klatki, jednak nie cieszyła się tym długo ponieważ Alexander, szalony naukowiec, wziął do ręki ponownie Kissum– Bąbel Życia, wraz z jego zawartością, którą wylał na kota. Ten wówczas zaczął wierzgać i syczeć gdy ciecz wpływała mu przez nozdrza i pysk. Zwierzę targane konwulsjami w końcu umilkło, i padło na podłogę. Francois nie potrafił znieść widoku biednego zwierzęcia, które musiało zmagać się z cierpieniem jakiego przed chwilą zaznało. Postawił się Eberhartowi zarzucając mu okrucieństwo i potworności jakich przed chwilą dokonał. Ten jednak odpowiedział z lekkim uśmiechem:

-To nie wszystko, przyjacielu.

Niemiec odwrócił się w kierunku dwóch kotów. Jeden leżał na ziemi, a drugi na biurku, oba zaś były skąpane w Czarnej Rtęci, która zdawała się dziwnie pulsować.

-Jeden martwy, drugi żywy– powiedział mu Eberhart po czym ponownie się uśmiechnął– Nie na długo. Usella Mituti Ikkalu Baltuti!– profesor wypowiedział kolejną inkantacje, po czym Francois stał się świadkiem rzeczy, których istnienia nawet by nie dopuścił do własnej świadomości.

Czarna Rtęć wraz z nieżywym kotem zaczęła poruszać się i płynąć w stronę drugiej ciemnej masy, znajdującej się w drugim kocie, która tak samo przesuwała się po ściankach biurka, jak gdyby taszcząc i wspinając się w stronę swej krewniaczki. Gdy dwa koty będące teraz, w zasadzie niczym innym jak ciemnymi, ożywionymi smolistymi cieczami, spotkały się, zaczęła zachodzić obłąkańcza reakcja w wyniku której ich ciała zaczęły zlewać się w jedną, ciemną plamę, Czarnej Rtęci, która zaczynała powoli się kształtować. Najpierw nieco rozmazana, potem z czasem czytelniejsza. Ukazywały się łapy, pysk i ogon. Rtęć formowała się w jeden, pełny obraz kota. Gdy owe połączenie i przemiana zakończyły się, Czarna Rtęć zaczęła samoistnie spływać z ciała Nowego Kota. Opuszczała jego zatoki, płuca i odbyt by wylądować na biurku w postaci rozlanej plamy, która jak żywa zaczęła się unosić w powietrze aż do momentu w którym sięgnęła do Bąbla Życia, trzymanego przez Eberharta, i weszła do niego z powrotem, wciągając za sobą swe płynne cielsko.

Nowy Kot oddychał i wyglądał tak samo jak ten co był martwy, jednak pokrywała go dziwna warstwa śluzu, zupełnie tak jakby dopiero co opuścił łono swej matki jako mały kociak, z tym wyjątkiem, że był to już całkowicie rozwinięty osobnik.

Zagadką było dla Francois gdzie podział się drugi kot, jednak dalsze badania przeprowadzone przez niego i domysły doktora Eberharta, doprowadziły ich do wniosku, że martwy kot wchłonął przy pomocy Czarnej Rtęci wszystkie niezbędne mu do życia składniki jakie posiadał drugi kot. Sprawne narządy, kości i działające nerwy i mięśnie, jego skóra nie zaczęła jeszcze ulegać rozkładowi, więc jej nie przyswoił. Jednak pytanie o to co stało się zresztą kota, pozostaje zagadką.

Henry nie mógł w to uwierzyć.

To przecież nie tyle dziennik, co powieść science fiction!- tłumaczył sobie, będąc wielce sfrustrowany i przejęty.– Przecież to wykracza poza wszystkie możliwe reguły, tak pojmowania jaki i fizyki, chemii czy matematyki! Przecież to nie jest możliwe, by taka substancja mogła w ogóle istnieć! Nic nie jest w stanie ożywić zwierzęcia! Takie rzeczy się nie zdarzają. To nie jest możliwe. Nie wierzę w to.

A jednak jego podświadomość skrycie wierzyła w to, że to jednak prawda. W to, że świat nie jest do końca takim jakim wszystkim się wydaje, że niewielu osobom udaje się to odkryć i zrozumieć, a ci co próbują najczęściej kontemplują ze swymi myślami w przyjaznych miękkich pokojach bez klamek.

Chyba za głęboko w to wszedłem, by teraz zrezygnować.– doszedł do wniosku Atherton– Przeklęta niech będzie moja ciekawość.

Eberhart nigdy nie był bardziej szczęśliwy jak w momencie dokonania połączenia ciał dwóch kotów, jednak dla Francois była to porażka i miesiące straconej pracy. Otóż okazało się przecież, że żeby żyć, jego syn potrzebowałby żywego dziecka, gotowego materiału, którego skóra, mięśnie i kości, miały zastąpić te, które u niego przestały już funkcjonować. Na ten, nieludzki czyn nie mógł się zgodzić.

Ludzie to nie zwierzęta.

Profesor starał się mu wyjaśnić, że na pewno jest jakieś rozwiązanie i przekonywał go by został jeszcze trochę, a może uda im się dojść do tego jak odzyskać jego syna. Duffet wpadł jednak w furię i oburzenie. Pokłócił się z profesorem i wybiegł z jego domu. Nie mógł dopuścić myśli, że i tak już pogwałcili odwieczne prawa natury, narzucone przez Boga, i niezależnie jaki by nie był by ich cel nie mógł ich tłumaczyć.

Francois postanowił, że na czas ochłonięcia zamieszka w karczmie, która była położona niedaleko. Nie chciał wyjeżdżać, ale też i wracać do profesora, gdyż wciąż był na niego zły. Przesiedział w karczmie kolejne trzy dni, które poświęcił na rozmyślenia. W końcu postanowił, że wraca do Paryża i swojej żony, którą musi się zaopiekować.

Kolejny wpis Francois był bardzo niewyraźny i Henry namęczył się podczas jego czytania. Dotyczył on momentu gdy młody francuz wracał już z Monachium.

W dzień wyjazdu Francois postanowił chociaż pożegnać się z profesorem, więc ruszył po raz ostatni w kierunku jego domu. Gdy zapukał i nikt nie otworzył, sam postanowił uchylić drzwi. Jego oczy ujrzały wówczas, że przez salon pana Eberharta jak gdyby przeszła burza, która wywróciła wszystko do góry nogami. Meble były powywracane, naczynia potłuczone, obrazy podarte. Francois nigdy nie był świadkiem tak niszczycielskiej i dewastującej siły, która byłaby w stanie dokonać takich zniszczeń. Bliższa obserwacja balustrad na schodach i boazerii na ścianach ukazała Duffetowi ślady pazurów i kłów. Zaczął się obawiać, że z klatek uciekły w końcu zwierzęta, które przechowywał Alexander. Jednak rozmiar i wysokość na jakiej znajdowały się ślady zarysowań, świadczyły o istocie wyższej jak zwierzęta, które tam posiadał.

W pierwszym odruchu chciał zawiadomić policję, jednak pomyślał, że musi wpierw odnaleźć samego Eberharta i sprawdzić czy nic mu się nie stało, więc zaczął wołać go po imieniu.

Żadna ze świec nie była zapalona, i chociaż była dopiero siedemnasta, ciemne chmury nad Monachium oblepiły niebo barierą tak grubą i ciemną, że zdawało się jakby zapadł sam środek nocy.

Gdzieś wysoko na piętrze, wśród jednej z izb doszły do młodego francuza przedziwne odgłosy. Duffet począł delikatnie wchodzić po schodach wciąż świadom tego, że bestia, która dokonała zniszczeń w salonie, może gdzieś wciąż się tu kryć i czyhać w ciemnościach, czekając na odpowiednią chwilę by rozszarpać mu gardło. Przeklinał siebie za swą zbyt bujną wyobraźnię i zawrócił po wyłamaną ze stolika nóżkę, jedyną broń jaką na ową chwilę mógł liczyć.

Starał się pokonywać stopnie jak najdelikatniej potrafił, tak by nie zwrócić na siebie uwagi, trzymając jednocześnie w ręku nóżkę od stolika, którą dzierżył tak by w razie nagłego ataku od razu sprawnie jej użyć.

Gdzieś zaczęły uderzać pioruny, a ulewa w końcu opuściła ramiona chmur by rzucić się w stronę ziemi, niczym dawno zapomniana kochanka. Francois wykorzystał odgłos gromów by szybciej posuwać się w górę, dzięki czemu pokonywał po kilka stopni naraz, będąc idealnie zagłuszanym przez burzę. Będąc już u szczytu schodów, podczas ostatniego błysku pioruna, Duffet dostrzegł potężny mroczny kształt stojący po przeciwnej stronie korytarza. Był daleko, jednak jego rozmiar nie budził wątpliwości, że miał do czynienia z istotą wzrostu dorosłego człowieka. Choć ów stwór był oddalony od Francois o prawię dziesięć metrów, czuł bijący od niego ostry zapach moczu i wilgotnego futra. Czuł niemal jego oddech, jak z każdym wciągnięciem powietrza, stworzenie dyszało i rzęziło.

Kolejne uderzenie pioruna rozświetliło korytarz, dzięki czemu dostrzegł to Coś, co opisał jako połączenie kota ze szczurem, tylko, że monstrualnych rozmiarów. Przez ułamek sekundy dostrzegł wydłużony ryjek jak u gryzonia i charakterystyczne spiczaste uszy jak u kota. Stworzenie miało długie łapy, z charakterystycznymi kocimi gąbeczkami, lecz… o mój Boże… był pewien, że owe łapy… to… To dłonie. Dłonie mające przeciwstawny kciuk, a to przecież niemożliwe… bo, jakim cudem?

Nagle stwór otworzył pysk i wydobył z siebie odgłos na którego brzmienie krew zastygła w żyłach Francois.

-…Coisss… Frraaan… Coisss…

Duffet nie mógł w to uwierzyć, i chociaż starał się wmówić sobie, że to nie prawda, wiedział, że wcale tak nie było. Zakładał, że ludzie to nie zwierzęta, ale oto właśnie miał przed sobą ten wyjątek, profesora Alexandra Eberharta, człowieka-zwierzę.

Szalony profesor podjął się ostatecznego eksperymentu jakim było użycie Bąbla Życia na samym sobie. Wykorzystał w swym celu szczura i kota by przejąć od nich życie, jednak nie zdawał sobie sprawy z efektów takiego połączenia i konsekwencji jakie ze sobą niosą. Eberhart chciał sprawdzić, czy da się uratować człowieka inaczej niż poświęcając innego, jednak jak się straszliwie okazało, nie.

-Fraaan… Coisss… odssss…uń się…– wychrypiała istota, którą Duffet ledwo mógł poznać, która kiedyś była naukowcem, z którym razem pracował.

Bestia rzuciła się i zaczęła biec w stronę francuza, ten jednak odskoczył na bok, obserwując jak jego przemieniony mentor przebija się przez barierkę i spada z pierwszego piętra, nurkując głową na spotkanie z podłogą salonu.

Tajemnicą było jaki rodzaj świadomości wciąż pozostawał w głowie Eberharta, który był na tyle świadomy, że żywy byłby niebezpieczny dla innych. Jaką świadomość miał w sobie kot czy szczur, trudno to określić, jednak zniszczenia na dole były z pewnością ich sprawką.

Kolejną dziwną rzeczą było to jakim cudem Eberhart zdołał się przemienić, Francois podejrzewał tylko, że profesor mógł wynająć jakiegoś kloszarda, który za niego wypowiedział zaklęcie, ale nie odnalazł wówczas niczyjego ciała, więc nie był pewien. Prawdę mówiąc wybiegł z domu od razu po samobójstwie profesora Alexandra Eberharta i kupił bilet na najbliższy pociąg do Paryża.

Dalszą lekturę przerwała pani Godin, która weszła do pokoju w którym przebywał Atherton, który z roztargnieniem odłożył dziennik i spojrzał na nią.

-Lepiej się pani czuje?– spytał uprzejmie

-Tak– odpowiedziała– Jak lektura?

Henry wstał z łóżka i zaczął zbierać wszystkie zostawione przez niego notatki, jednocześnie odpowiadając pani Godin.

-Z takim talentem, pan Duffet powinien zostać pisarzem, a nie naukowcem. Czy… Czy pani wierzy w to co on napisał? W Czarną Rtęć, Bąbel Życia i to co stało się z profesorem Eberhartem?

Linette uśmiechnęła się enigmatycznie i ów grymas twarzy, szczególnie dziwnie do niej nie pasował, jak to zauważył Atherton.

-Proszę, zapraszam z powrotem do biblioteki. Dołożyłam kilka szczap drewna i uzupełniłam panu szklankę whisky, więc możemy kontynuować. Czas na grande finale, panie Atherton, nie zawiedzie się pan.

 

V

 

Ogień ponownie trzeszczał w kominku, zgodnie z zapewnieniem pani Godin.

Szklanka została uzupełniona porcją whisky, tak jak wcześniej zapewniła.

Wszystko wydawało się w porządku, nawet można by rzec na swoim miejscu, jednak Atherton miał wrażenie, że coś jest nie tak. Nie chodziło tu o jakąś zmianę w pomieszczeniu, o temperaturę czy whisky w szklance. Jego instynkt ponownie w nim się odezwał i wiedział już, że nie mogło to być wcześniej tylko zmęczenie podróżą.

Tu chodziło już o samą panią Godin.

Poruszała się już wtedy dosyć dziwnie, ale teraz było już zupełnie inaczej jak wcześniej. Były to może i subtelne zmiany, ale dla wykształconego w większości dziedzin antropologii Henry'ego Athertona dość znaczące. Przestała się garbić, a jej koc był zawinięty dużo bardziej nonszalancko i z mniejszą precyzją zasłaniał szczególnie wrażliwe na chłód kończyny.

Uśmiechnęła się do niego i wskazała mu fotel by spoczął, Henry również się uśmiechnął, ale podszedł do fotela raczej niepewnie i ociężale, wciąż wpatrując się w Linette. W końcu jednak usiadł.

-Dobrze więc.– przyklasnęła w ręce Linette– Na czym pan skończył?

Atherton uniósł brwi w zamyśleniu.

-Zdaje się, że na fragmencie gdy Francois wracał już do Paryża.

-Ach, a więc, kontynuujmy.

-Nie potrzebuje pani notatek?

-Akurat zakończenie tej opowieści pamiętam najlepiej.

Gdy Francois wrócił do Paryża był wycieńczony, tak z powodu podróży, jak i szoku jakiego doznał w rezydencji Eberharta. Mimo tego od razu ruszył do swego mieszkania, na spotkanie z Elois i rodzicami, których nie widział już od prawie trzech miesięcy. Nie mógł doczekać się spotkania z żoną, przez większą część podróży zastanawiał się jak sprawić by wszystko wróciło do normy i wpadł na pomysł by na pewien czas pojechać z nią na wieś i tam zrobić sobie krótką przerwę od zgiełku Paryża. Muszą po prostu dojść do siebie i wtedy jakoś to się wszystko ułoży.

Wbiegł po schodach do swego mieszkania i zapukał dwukrotnie. Drzwi otworzyły się niemal od razu a w progu stanęła jego żona, z uśmiechem na ustach. Francois od razu rozpromienił się gdy ją zobaczył. Wyglądała olśniewająco, zdawało się jakby przybrała trochę na wadze i zaczęła nosić perukę o jasnych włosach, która podkreślała teraz jej uśmiechniętą twarz. Wydawała się też nieco wyższa, ale to zapewne przez buty na wysokiej koturnie, które lubiła nosić.

-Chodź, wejdź! Musisz się z kimś przywitać– powiedziała Elois do Francois, który przez chwilę nie rozumiał o co chodzi.

Czyżby przyjechał jakiś jej krewny? A może to jakiś jej nowy gach i mnie już nie chce?– myślał Francois, wchodząc do domu i ściągając płaszcz.

Jednak, kroki jakie doszły do niego z nie odległej kuchni, rozpoznałby wszędzie.

Jego oczy omal nie eksplodowały, a mózg nie sczezł gdy zobaczył swego syna, a w zasadzie istotę, która nim kiedyś była. To był mały Charles, ale jednocześnie nie był nim. Syn którego miał, nie był wzrostu gimnazjalisty, nie miał też zalążków cudacznego zarostu, ani dziwnych dwukolorowych włosów.

Ciało chłopca było naznaczone dziwnymi bliznami i plamkami wątrobowymi, charakterystycznymi dla osób w podeszłym wieku. Skóra była dziwnie po napinana w jednych miejscach, a w niektórych innych wręcz zwiotczała. Jego ramiona i dłonie zdawały się być nie proporcjonalne do reszty ciała. Były zdecydowanie dłuższe od tych zaprojektowanych przez naturę i Francois wiedział, że nie pokrywały się one z niczym co mogłoby być zapisane w podręcznikach anatomii, które tak doskonale znał. Twarz była przerażająco wykrzywiona z powodu, jak się domyślał, źle i nie odpowiednio dobranych elementów kostnych ją kształtujących. W niektórych miejscach kości policzkowe zdawały się być za mocno wystające w innych z kolei były zbyt delikatne, zupełnie tak jakby natura nie mogła zdecydować o tym czy będzie to osoba młoda czy już dorosła.

Charles miał założony na siebie garnitur, ten sam w którym spędził swój ostatni dzień życia i ten sam, który kiedyś podarował mu jego dziadek. Z tym wyjątkiem, że on sam wyglądał w nim jak jego bardziej karykaturalna wersja.

Franois chciał krzyczeć, zawołać swych rodziców, by przyszli do niego i mu wszystko wyjaśnili.

Wtedy wszystko do niego dotarło.

Elois jakimś cudem zdobyła Bąbel Życia i użyła go na jego rodzicach. Wykorzystała ciało jego ojca by ożywić Charlesa, zaś jego matkę, macochę, która starała się widocznie jej przeszkodzić, sama wchłonęła. W jej przypadku proces nie był aż tak gwałtowny jak u jej syna, gdzie lata, rozmiar kości czy skóra różniły się znacząco.

-Młody Francois Duffet, nie wytrzymał takiego obrotu spraw i zwymiotował– powiedziała Linette.– Nie potrafił, jak to się dziś mówi, ogarnąć całej sprawy.

Henry zachodził w głowę jakim cudem to wszystko mogło być prawdą?

-Przyjmując to wszystko za prawdę, nie bajkę. Jakim cudem Kissum i zapas Czarnej Rtęci trafiły do mieszkania Elois? Jak do tego doszło?

-W swym dzienniku, Francois nie potrafił dociec kto pomógł Eberhartowi w przemianie, pamięta pan? Cóż, zacznę od tego, że do jednego z listów dostarczonych Elois była również dołączona paczka, która została wysłana dwa tygodnie przed transformacją Eberharta. To sam Eberhart zaczął z nią korespondencję. Znał jej adres z wcześniejszych listów Francois i czuł się zobowiązany jej pomóc. Alexander miał, można by rzec, częściowo rozwinięty instynkt dżentelmena, który nakazywał mu powiadomić o wszystkim nad czym pracują wraz z Francois. Po wielu listach, na które początkowo odpisywali rodzice Francois, sama Elois napisała mu by wysłał jej wyniki ich badań i by nie informował o tym samego Francois. Paczka jaką jej wysłał wraz z ostatnim listem zawierała kopię Bąbla Życia i odrobinę Czarnej Rtęci, którą odlał z własnych zapasów. W liście umieścił również ostatnią prośbę by przyjechała do Monachium i pomogła mu w jego własnym eksperymencie.

Atherton osłupiał.

-Elois była w Monachium w czasie w którym był Francois?

-Nie zapominaj o tym, że on sam wówczas przebywał w karczmie.

Henry poprawił swą pozycję w fotelu i wypił pół szklaneczki whisky. Coś mu nie grało w tej opowieści. Te wrażenie było tak silne i denerwujące, że przywodziło mu na myśl wszystkie drzazgi wbite w rękę, na przełomie całego jego życia.

W końcu coś chrząknęło i tupnęło w jego głowie, trybiki ruszyły.

-Coś mi tu jednak nie pasuje Linette. Coś mi tu nie gra. Skąd o tym wszystkim wiesz? Skąd wiesz o tym, że Francois zwymiotował?

Pani Godin uśmiechnęła się do niego najprawdziwszym, szczerym uśmiechem, pełnym zdrowych i pięknych białych zębów, których wcześniej nie udało mu się uchwycić.

-Ma mnie pan, panie Atherton– powiedziała swym zniewalającym głosem, którego dopiero teraz użyła w pełni. Brzmiał tak niesamowicie i młodo, że nie było aż możliwe by mówiła to tak stara osoba.

I w rzeczywistości, nie było to możliwe.

Linette złapała za swój prawy policzek i zaczęła zrywać delikatną lateksową powłokę, która była przyczepiona do jej twarzy jak idealnie dopasowana maska. Kawałek za kawałkiem, płaty zmarszczek i starej skóry odkrywały młodą, piękną i zdrową skórę, która chowała się pod spodem. Drugą ręką zdjęła sztuczną perukę, odsłaniając swe lśniące, blond włosy.

Atherton upuścił szklankę, która nie zbiła się, lecz potoczyła niebezpiecznie w stronę kominka. Zerwał się na równe nogi, jednak zaraz potem potknął się o róg dywanu i przewrócił. Leżał obok fotela, przerażony i zszokowany.

Odrzuciła perukę na fotel i zrobiła krok w stronę Athertona upuszczając koc, którym cały czas się przykrywała.

-Skąd wiedziałam, że Francois zwymiotował? Ponieważ byłam tam panie Atherton.

Dla profesora wydawało się, że zaraz zapadnie się w podziemia, w jakiejś czeluści piekielne. Momentalnie poczuł jakby ktoś ścisnął go za żołądek z całej siły i wykręcił na drugą stronę tak mocno jak było to tylko możliwe.

-To niemożliwe… Ty jesteś… Elois Godin.

-Brawo profesorze.– przyklasnęła Elois, która była widocznie szczerze zadowolona.– Jako jeden z niewielu odkrył pan to przed moją własną prezentacją. Gratuluję.

Henry zastanawiał się czy nie pójść w ślady Francois i czy również nie zwymiotować. Czuł, że odchodzi od zmysłów– jego umysł jednocześnie wierzył, że to nie prawda, że to musi być jakiś żart, na pewno. Jednak gdzieś w głębi, jak zwykle, czuł, że to wszystko dzieje się naprawdę. To że Bąbel Życia istnieje, a Elois Godin, urodzona w roku 1831, stoi tu właśnie przed nim, było już dla niego oczywistością. Jednak, obawiał się, że zanim ta wiadomość w pełni do niego dojdzie, może być już dla niego za późno.

-Jako jeden z niewielu?– Atherton zabrzmiał niczym echo.

Elois podeszła do niego. Gdy nie grała starej kobiety, poruszała się z istną gracją i seksapilem.

-Oczywiście głuptasie, jak myślisz, jakim cudem wciąż żyję? Zwabiam tu ludzi pod różnymi pretekstami. Czy chodzi o jakąś naprawę czy o samą opowieść tak jak w twoim wypadku.

-A całe to gadanie o upadku rodziny Duffet przez Elois? Po co to?

-Ta opowieść ewoluuje, zawsze trochę ją zmieniam, niewiele, głównie po to by wprowadzić odpowiednie elementy napięcia, które zaintrygowały by słuchaczy. Zawsze mi się to podobało. Dużo ciekawsze niż, powiedzmy, banalne uwodzenie. A tak, była ciekawa historia, dużo, jak to podkreślałeś dramaturgii i voilà!- uklęknęła obok niego.– Jak muszka w pajęczynie!- powiedziała uradowana i ręką przeszła po jego brzuchu imitując krok pająka.

-Ale ja się tobie nie przydam. Jestem za stary.

-Ehh…– westchnęła i wyciągnęła rękę by pogładzić go po twarzy.– Przecież wiem skarbie. Widzę to. Jednak nie wszystkie ofiary są przeze mnie wsysane. Na przestrzeni dziejów dowiedziałam się, że Kissum, potrzebuje energii. Francois z Eberhartem zastanawiali się co się stało z resztą kota, pamiętasz? Cóż, to właśnie Kissum ją wchłania, dzięki Czarnej Rtęci. Dowiedziałam się tego stosunkowo późno… nigdy nie byłam tak inteligentna jak mój mąż, ale sam czas już wpływa na nasz rozwój prawda? Dowiedziałam się z pamięci pewnych osób, które wchłonęłam, że potrzebuję jeszcze kilku ciał, które pozwoliłyby mi w pełni zapanować nad Wrotami. Wiesz… zawsze żałowałam tego, że nie udało mi się wchłonąć Francois. To wiele by mi ułatwiło.

-Co się z nim stało?– zapytał Atherton, który zaczynał się czuć coraz dziwniej i nie było to już spowodowane tą sytuacją. Coś działo się w nim samym.

Narkotyk? Wsypała mi czegoś?– zastanawiał się.

Elois dotknęła swej piersi w geście sztucznego, dramatycznego, przejęcia.

-Oh, gdzież moje maniery! Nie dokończyłam opowieści.

Było coś nie tak, zaczynało mu się robić niedobrze, zaczął wyczuwać dziwne, jak na ową sytuację znużenie i senność, oczy same zaczynały mu się kleić.

-A więc ostatnia bajeczka, dla Henry'ego na dobranoc– powiedziała Elois i wróciła do wcześniejszej historii.

Gdy Francois odzyskał siły zaczął wypytywać Elois o swoich rodziców, choć doskonale znał odpowiedź.

-Był strasznie zły. Nie rozumiem dlaczego po prostu nie mógł się cieszyć z faktu, że jego żona jest znowu szczęśliwa i ich syn z n o w u żyje? Rozumiesz to Henry? Bo ja nie– dodała Elois– Widzisz, tak naprawdę dobre samopoczucie dostałam od pani Duffet. Szczęśliwie nie była wiele ode mnie starsza, a jej wspomnienia i pogodny sposób radzenia sobie z życiem przywrócił mi moją dawną radość. Blond włosy początkowo trochę mnie przeraziły, ale potem w jakiś taki pogodny sposób wydawały mi się bardziej radosne od moich poprzednich. Wszystkie te zmiany… cóż, nie spodobały się Francois. Widzisz, okazał się on złym człowiekiem, który postanowił odebrać mi ponownie to co było dla mnie najdroższe.

-Twój… syn.

-Mój syn.

Gdy Francois nie uzyskał żadnej odpowiedzi od Elois, w jego głowie zdążył narodzić się plan, który miał zamiar urzeczywistnić. Z impetem wbiegł do kuchni i zgarnął pod pachę Charlesa, który stał na korytarzu. Chwycił za jedno z krzeseł stojących przy blacie kuchennym i podparł nim drzwi, ryglując je w ten sposób przed naporem Elois, która biegła tuż za nim.

-Chciałam mu wydrapać oczy!- zaczęła się egzaltować– Szarpnął moim synem jak szmacianą lalką!

Zaczęła uderzać w drzwi gołymi pięściami aż do krwi, jednak nie mogła się dostać do środka. Nagle poczuła przyjemny, słodki zapach gazu dobywający się z nowej kuchenki zamówionej przez rodziców Francois, niemal usypiający i tak łagodny, że aż przeczył wszystkiemu co sobą reprezentował.

-Pani Duffet obsługiwała kuchenkę gazową z ogromną wprawą i wiedziała doskonale czym grozi ulatniający się gaz. Jej wspomnienia sprawiły, że wiedziałam już jak zareagować w tej sytuacji. Nie było czasu.

Elois pobiegła po Kissum i zapasy Czarnej Rtęci, spakowała najpotrzebniejsze rzeczy i uciekła z mieszkania. Dopiero będąc na schodach usłyszała i poczuła wybuch, który wstrząsnął całą kamienicą.

-W głębi siebie…– zaczęła mówić przez łzy, które spływały jej po policzkach– Pożegnałam się z Charlesem. Po raz drugi. Tak jak nie mogłam wybaczyć sobie jego śmierci, tak samo nie mogłam wybaczyć sobie tego, że Francois zabił go… i siebie… Cóż… gdy opuściłam budynek, uciekłam z Paryża i udałam się na południe tak szybko jak tylko umiałam, starając się o tym zapomnieć. Nie odezwałam się, ani nie napisałam do moich rodziców czy brata. Pozostawiłam przeszłość kompletnie za sobą. Tu pewnie odezwała się pragmatyczna część pani Duffet, która od tamtego czasu jest we mnie.

Henry nie potrafił zwalczyć dalszego otępienia, które już niemal zawładnęło nim całkowicie. Zdobył się jednak na dalsze pytanie.

-Drrraaaszego… zabijałaś… dalejjjj?

Kobieta otarła łzy chusteczką i uśmiechnęła się ruszając przy tym głową w stylu– „no wiesz jak to jest”.

-Na samym początku nie robiłam tego. Wymyśliłam sobie nowe nazwisko, historię i żyłam tak aż do momentu gdy pomyślałam o starości. To właśnie wtedy to poczułam. Chciałam nigdy się nie zestarzeć, być wiecznie młoda. Dziwię się, że nie spytałeś mnie o to jak mogłam wchłonąć panią Duffet? Nie ciekawi cię to? Henry? Nie śpij głuptasku! Daj mi jeszcze chwilkę, a potem będziesz mógł odpocząć na wieki.

Elois delikatnie poklepała Athertona po twarzy by go odrobinę ocucić. Uśmiechnęła się ponownie i przewróciła kokieteryjnie oczami starając sobie przypomnieć owe wydarzenia.

-Zaproponowałam panu Duffet pewną zabawę. Miał on siedzieć w toalecie z zawiązanymi oczami, podczas gdy my z panią Duffet miałyśmy się ukryć. Było to oczywiście wierutną bzdurą, jednak tylko wchłaniając jako pierwszą panią Duffet mogłam połączyć ojca Francois z Charlesem.

Pan Duffet wraz z żoną zgodzili się na zabawę niemal od razu, nie mieli co do tego wątpliwości. Podejrzewam, że chcieli wykorzystać każdą jakąkolwiek okazję by poprawić mój nastrój, więc wiesz…– tu pojednawczo stuknęła Athertona lekko w ramię i pokazała palcem na swoją głowę jednocześnie robiąc zeza oczami.– Chcieli mi sprawić przyjemność. No i sprawili. Aha, no i kazałam mu też zapamiętać te zaklęcia, które dałam mu na karteczce, to wszystko. Gdy wszedł do ubikacji powiedziałam mu, żeby odliczył do stu i przeczytał wszystkie te słowa. W tym czasie zdołałam odurzyć panią Duffet i oblać ją a potem siebie Czarną Rtęcią, reszty dokonał pan Duffet, który zdawał się przy tym nieźle bawić. Nieświadomy dureń, co? Gdy wyszedł zdążyłam już wstać i ogłuszyłam i jego. Związałam go i zamknęłam go w toalecie z powrotem, na czas w którym musiałam wrócić po mego syna.

Zakradłam się w nocy z łopatą i własnoręcznie odkopałam jego trumnę z której wydobyłam jego na wpół rozłożone szczątki. Cudem jest to, że udało mi się go jeszcze odzyskać. Na chwilę co prawda, ale miałam go. Widzisz Henry, przez chwilę znowu byliśmy normalną rodziną.

Jak się zapewne domyślasz nie mam też tętniaka. Chociaż mam w swojej głowie wspomnienia setek, ba! tysięcy ludzi, to wciąż jest to mój mózg i potrafię nad nim zapanować. Jedyną zmianą jest to, że trochę się rozrósł, ale czy wygląda to jakoś naprawdę źle? Powiedziałbyś mi gdyby coś było nie tak, prawda Henry? Hm?

Henry nie mógł już nic z siebie wydobyć, zaschła ślina zdawała się w całości zakleić mu gardło przez które nie mógł wyjść żaden dźwięk. Jego powieki przykrywały oczy już do połowy, a umysł zaczynał pracować na rezerwach.

-Czas już spać, panie Atherton. Zaraz mam kolejnych gości. Pańscy koledzy będą tu za jakąś godzinę, prawda? Muszę się odpowiednio nimi zająć, jak na gospodynię przystało. Potem, może sprzedam w końcu to zamczysko i…

Henry już nie słyszał. Okryła go ciemność, tak błoga jak nieświadomość tego co się z nim teraz stanie.

Ludzie to nie zwierzęta.- napisał Francois Duffet.

Była to ostatnia myśl jaka przeszła przez rozum Henry'ego Athertona, który zdążył przekuć ją na nowe dla niego znaczenie.

Ludzie to nie zwierzęta…, to coś o wiele bardziej n i e b e z p i e c z n e g o.

Koniec

Komentarze

Znów mamy nadmiar słów, jednozdaniowych akapitów i szczegółów narracji.

Biorąc pod uwagę, że za horrorem i Lovecraftem nie przepadam – obawiam się, że “targetem” powyższego dzieła nie jestem. Przebrnęłam przez jakąś jedną trzecią.

Hmm... Dlaczego?

Wśród ty­się­cy opo­wie­ści prze­ka­zy­wa­nych z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie, po­przez morza wie­dzy i wydmy wy­obraź­ni, ist­nia­ły le­gen­dy… – Chyba nie rozumiem – jak legendy mogą istnieć poprzez morza wiedzy i wydmy wyobraźni?

 

lub wy­ma­za­na z pa­mię­ci ludzi– opo­wieść… – Brak spacji przed półpauzą.

 

Był on wiel­kim uczo­nym zgłę­bia­ją­cym swą wie­dzę w każ­dym za­kąt­ku świa­ta. – Zbędny zaimek, bo ze zdania wynika, że ów uczony zgłębiał to, co już wiedział.

 

Gdy go opusz­czał dnia ósme­go, na roz­gwież­dżo­nym nie­bie, po­now­nie po­ja­wi­ły się Ple­ja­dy. – Rozgwieżdżone niebo w dzień?

 

…nie­zwy­kłą sub­stan­cję bę­dą­cą czymś co mo­gli­by­śmy dziś po­rów­nać za­pew­ne do płyn­nej, ciem­nej rtęci za­mknię­tej w ażu­ro­we ścian­ki ku­li­stej struk­tu­ry, która mimo tego nie wy­le­wa­ła się. – Zrozumiałam, że struktura, mimo ażurowych ścianek i kulistości, nie wylewała się.

 

Była płyn­na, jed­nak jej po­wierzch­nia była ni­czym na­ma­gne­ty­zo­wa­na… – Powtórzenie.

 

mia­sta Sadat, od­da­lo­ne­go od Kairu o pra­wie 100 km… – …mia­sta Sadat, od­da­lo­ne­go od Kairu o pra­wie sto kilometrów

Liczebniki zapisujemy słownie, nie stosujemy skrótów i symboli.

 

dwie osoby pa­mię­ta­ją­ce le­gen­dę… – …dwie osoby pa­mię­ta­ją­ce le­gen­dę

 

jed­nak de­ter­mi­na­cja i upór pew­nych ludzi dały re­zul­tat. Pewna ko­bie­ta… – Powtórzenie.

 

Nor­mal­nie błę­kit­ne niebo nad Zam­kiem Godin dziś było tak sta­lo­wo­sza­re, że zda­wa­ło się jakby mury zamku sta­pia­ły się z nim w jedno. Po­kry­te za­nie­dba­ny­mi blusz­cza­mi i po­rzu­co­ny­mi lata temu krze­wa­mi wi­no­ro­śli… – Czy po­kry­te za­nie­dba­ny­mi blusz­cza­mi i po­rzu­co­ny­mi lata temu krze­wa­mi wi­no­ro­śli było niebo, czy mury zamku? Choć bluszcz mógł porastać mury zamku, to ciekawi mnie, jak na tychże murach rosły krzewy winorośli?

 

w gę­stwi­nie zie­lo­ne­go li­sto­wia jakie za­czy­na­ło je po­chła­niać. – …w gę­stwi­nie zie­lo­ne­go li­sto­wia, które za­czy­na­ło je po­chła­niać.

 

za­czął roz­my­ślać o tym jak długo zaj­mie do­tar­cie tutaj Yvon­ne i Pau­lo­wi. – Raczej: …za­czął roz­my­ślać o tym, ile czasu zaj­mie do­tar­cie tutaj Yvon­ne i Pau­lo­wi.

 

trzask otwie­ra­nych w końcu drzwi, które za­skrzy­pia­ły wrza­skiem obu­dzo­ne­go nie­bosz­czy­ka. – Jak wrzeszczy obudzony nieboszczyk?

 

Coś było nie tak w ko­ry­ta­rzu w jakim się obec­nie znaj­do­wał… – Coś było nie tak w ko­ry­ta­rzu,którym się obec­nie znaj­do­wał

 

egip­skie ciem­no­ści, roz­świe­tla­ne je­dy­nie de­li­kat­ny­mi pro­mie­nia­mi świa­tła… – Powtórzenie.

 

Ka­le­czy­ła po an­giel­sku ale miała nie­sa­mo­wi­cie pięk­ny głos. – Co kaleczyła?

 

Ather­ton nie był pe­wien o co może mu cho­dzić. – Komu może chodzić?

 

Pani Godin za­pro­wa­dzi­ła go do nie­wie­le ja­śniej­sze­go i nie­wie­le cie­plej­sze­go po­miesz­cze­nia, które jak więk­szość prze­strze­ni w zamku wy­peł­nia­ły ru­pie­cie i ozna­czo­ne kar­to­ny. – Skoro poznaliśmy zaledwie ciemny korytarz i równie ciemne pomieszczenie, to skąd wiadomo jak wyglądała więk­szość prze­strze­ni w zamku?

 

ścią­gnię­ta z półek, także te świe­ci­ły teraz nie­na­tu­ral­ny­mi pust­ka­mi.ścią­gnię­ta z półek, tak że te świe­ci­ły teraz nie­na­tu­ral­ny­mi pust­ka­mi.

 

obok któ­re­go stało biur­ko na któ­rym le­ża­ły róż­ne­go ro­dza­ju pa­pie­rzy­ska. – Powtórzenie.

 

na an­tycz­nym biur­ku za pewne z epoki Lu­dwi­ka XVI jak mnie­mał wska­za­ła… – …na an­tycz­nym biur­ku – zapewne z epoki Lu­dwi­ka XVI, jak mnie­mał wska­za­ła

 

jak ogień cał­ko­wi­cie wy­tra­wi po­zo­sta­łe w nim po­la­na drew­na. – Masło maślane. Czy polano może być inne, nie drewniane?

 

Miej­sce ide­al­nie zwią­za­ne ze sta­ro­ścią i śmier­cią.– dodał w my­ślach. – Brak spacji przed półpauzą. Po kropce, nowe zdanie rozpoczynamy wielka literą.

 

-Pa­nie… Ather…ton.– po­wie­dzia­ła… – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza. Brak spacji po drugim wielokropku. Zbędna kropka przed półpauzą. Brak spacji przed półpauzą.

Źle zapisujesz dialogi. Zajrzyj tutaj: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

każ­de­go lorda Im­pe­rium z epoki Wik­to­riań­skiej… – …każ­de­go lorda im­pe­rium z epoki wik­to­riań­skiej

 

nie­sa­mo­wi­ty har­mi­der przez co nie raz do­cho­dzi­ło do nie­sna­sek. – …nie­sa­mo­wi­ty har­mi­der, przez co nieraz do­cho­dzi­ło do nie­sna­sek.

 

do­wie­dzia­ła się o róż­ne­go ro­dza­ju kłót­niach jakie od­by­wa­ły się… – …do­wie­dzia­ła się o róż­ne­go ro­dza­ju kłót­niach, które odbywały się

 

Na­zy­wał się Fran­co­is a jego wie­dza wy­róż­nia­ła się wśród męż­czyzn z całej wio­ski.Na imię miał Francois

Czym  wiedza wyróżniała się wśród mężczyzn?

 

Do­dat­ko­wo, na prze­kór ojcu Elois nie osie­dli­li się w bez­piecz­nej wio­sce.Do­dat­ko­wo, na prze­kór ojcu, Elois nie osie­dli­ła się w bez­piecz­nej wio­sce.

 

Henry po­pra­wił swe­ter i po­sta­wił koł­nierz swo­je­go płasz­cza… – Zbędny zaimek. Czy stawiałby kołnierz cudzego płaszcza?

 

skąd mieli prze­pięk­ny widok na całą pa­no­ra­mę Pa­ry­ża. – Masło maślane, jako że panorama to rozległy widok.

 

W jej pa­mięt­ni­ku za­pi­sy­wa­ła… – Raczej: W swoim pa­mięt­ni­ku za­pi­sy­wa­ła

 

wy­da­wa­ły­by się ob­cią­że­niem lub jakąś nie wy­go­dą. – …wy­da­wa­ły­by się ob­cią­że­niem lub jakąś niewy­go­dą.

 

Henry po­sta­no­wił po­mi­nąć w my­ślach uwagę… – Henry po­sta­no­wił po­mi­nąć w my­ślach uwagę

 

przy­wo­łał panią Godin by czy­ta­ła dalej. Ko­cha­li się dalej jak na za­ko­cha­ną w sobie parę przy­sta­ło… – Powtórzenie.

 

gdy Elois bę­dzie już w za­awan­so­wa­nym sta­nie ciąży… – Wystarczy: …gdy Elois bę­dzie już w za­awan­so­wa­nej ciąży

 

Pani Duf­fet, młoda żona ojca Fran­co­is, która wy­szła za niego po śmier­ci jego matki… – Ze zdania wynika, że gdy zmarła matka pana Duffet, ten ożenił się z obecną panią Duffet.

 

Przykro mi, CaliforniaRebuplican, ale doczytawszy do zdania, które wypowiada Ather­ton: Sie­dzę tu już od prze­szło pół­to­rej go­dzi­ny i póki co je­dy­ne czego się do­wie­dzia­łem to hi­sto­ria pani ro­dzi­ny, pani przod­ków. Jest to na pewno bar­dzo in­te­re­su­ją­ce, ale nie z mo­je­go punk­tu wi­dze­nia. – doszłam do wniosku, że podzielam jego zdanie.

Opowiadanie jest napisane w sposób, który nie tylko nie wzbudził we mnie zainteresowania, ale spowodował spore znużenie. Lektury nie ułatwia mnogość wszelkich błędów, powtórzeń, nadmiar zaimków, zlekceważona interpunkcja, a konstrukcja niektórych zdań nie pozwala na ich właściwe odczytanie.

Masz przed sobą sporo pracy w dążeniu do poprawienia warsztatu, ale nie tracę nadzieli, że Twoje przyszłe opowiadania będą napisane coraz lepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy, Dzięki wielkie za korektę, zwrócenie uwagi i przede wszystkim poświęcony na to czas. Wychodzi na to, że trochę przeginam jeżeli chodzi o tworzenie tzw. tła a za mało akcji daję, przez co, to co piszę jest po prostu nudne. Postaram się od razu wziąć za poprawianie wymienionych powyżej błędów i przeanalizować wszystko od nowa.

Widać muszę całkowicie zmienić własny “plan gry” :P

Nie przeczytałem (i nie przeczytam) kolosa “Farlanda” – nie mam po prostu tego zie wydrukować. Natomiast po lekturze “Bąbel…” jestem jeszcze bardziej zniechęcony. Nie zaciekawiłeś mnie. Wdajesz się w niepotrzebne szczegóły. W dodatku to horror akcja powinna być wciągająca.

F.S

California, cieszę się, że łapanka okazała się przydatna. Jestem przekonana, że w przyszłości, gdy już przemyślisz sprawę i uzgodnisz ze sobą plan gry, Twoje opowiadania zyskają na atrakcyjności. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka