- Opowiadanie: kchrobak - Marsjanin - misja druga

Marsjanin - misja druga

Zainspirowana książką “Marsjanin” historia alternatywna. Co tu dużo mówić, może mniej “magiczna” i porywająca, ale za to prawdziwsza.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Marsjanin - misja druga

Pisk sygnalizatora wyrwał mnie ze snu. Chociaż nie… nie spałem przecież. Otworzyłem oczy i od razu zobaczyłem migający alert tlenowy. Pięć procent. Czyli jakieś dwanaście minut. No i o co tyle krzyku? Podparłem się ręką i podniosłem z czerwonego piasku. Syk uciekającego powietrza solidnie mnie zaniepokoił. Kątem oka zobaczyłem pęknięcie u dołu osłony. Migający przed oczami komunikat pokazał cztery procenty. Przyłożyłem dłoń do kasku, syk nieznacznie został przytłumiony, ale powietrze dalej uciekało. Rozejrzałem się dookoła. Łazika nigdzie nie było widać. Otaczały mnie czerwone, wysokie na kilkadziesiąt metrów wydmy. Gdzie ja jestem? Kurwa! I gdzie jest baza?

Jechaliśmy do modułu startowego. Jakieś trzysta metrów na wschód od Prijuta. Zatem baza jest na zachodzie. Spojrzałem w niebo. Burza ucichła, ale w powietrzu było jeszcze dużo pyłu. Słońca za cholerę nie było widać. No i gdzie jest ten zgniły zachód? Mam przesrane. Uduszę się za jakieś… trzy procenty… siedem minut. No żeż, job twaju mać!

Taśma! Sięgnąłem do kieszeni i wydobyłem z niej rolkę czarnej taśmy izolacyjnej. A ha! Spróbowałem oderwać kawałek przylepca, ale… Jeździcie na nartach? Albo na snowboardzie? No to spróbujcie nie zdejmując rękawic rozpocząć rolkę zaklejonej taśmy. W żopu! Umrę za…

Nóż! Otworzyłem ostrze. Bogu dzięki, że nie dali nam szwajcarskich scyzoryków, tylko chińskie motylki. Odciąłem kawałek taśmy. Potem drugi. Po przyklejeniu kolejnego syk ucichł. Dwa procenty. Pięć minut. Zacząłem się wdrapywać na najbliższa wydmę. Powoli, aby nie dostać zadyszki. Jeszcze kilkanaście metrów. Jeszcze kilka… Przykląkłem tuż pod wierzchołkiem.

Jest! Jakieś sto metrów. Na Ziemi zrobiłbym to w jakieś dwadzieścia sekund. No, może minutę, ze względu na sypki piasek. Tutaj dotarcie do śluzy zajęło mi ponad pięć minut. Od kilkunastu sekund przed oczami migało mi wielkie, czerwone zero. Ale jeszcze oddychałem. Pewnie tlenem z kombinezonu. No nic, muszę się streszczać. Otworzyłem wejście i wpadłem do środka. Zaryglowałem drzwi i, dusząc się już, wcisnąłem przycisk pompy. Upadłem na kolana i ostatkiem sił zdjąłem kask.

Powietrze! Jak ja kocham powietrze. Siedziałem oparty o plastikową ścianę śluzy dobre kilkanaście minut. Kiedy już się naoddychałem, zachciało mi się pić. W swojej skrzynce miałem pół litra napoju. Jestem pewien, że inni też mieli. Zaraz… A gdzie reszta? Czyżby odlecieli beze mnie? Wpadłem do Prijuta krzycząc:

– Sasza, Iwan, Nadia… kapitanie Suworow…

Cisza. Krzyknąłem znowu. Nikt nie odpowiedział. Podszedłem do pulpitu. Godzina szesnasta. O żeż ty! Przeleżałem w tym piachu ponad cztery godziny. Włączyłem aparaturę. Ekran radaru pokazywał jeden mały obiekt, jakieś trzysta metrów ode mnie. Za mały jak na moduł startowy. Musiał to być łazik. Czyli polecieli beze mnie. Psie juchy. Spojrzałem na pozostałe odczyty. Pogoda – w normie. Tlen – dużo. Energia – w cholerę. Woda – po uszy. Radio… Tylko szum. Ale zaraz, to częstotliwość modułu, a przecież załoga dawno jest na statku. Przekręciłem gałkę, na wyświetlaczu zamigotały cyfry. Sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia cztery, sto dwadzieścia sześć. Z głośników dotarł cyfrowy świergot kodowanego Morse'm, skompresowanego sygnału. Czyli nadają do Ziemi. Usiadłem za pulpitem i… dłonie zawisły nad klawiaturą. Co im napisać? Że mnie zostawili? To chyba wiedzą. Że są siurkami? To też. Że mają wracać? Że żyję? Tak, to przede wszystkim.

Wstukałem krótką, niezbyt emocjonalną wiadomość. Zakodowałem ją w Morse'ie i kliknąłem wyślij. W poczuciu dobrze wykonanego obowiązku poszedłem do swojej koi i wysunąłem spod niej aluminiową skrzynkę z rzeczami osobistymi. Pogmerałem chwilę i spod szarego swetra i wełnianych skarpet wyciągnąłem elegancką, błyszczącą flaszkę z nierdzewnej stali wykonaną specjalnie z okazji naszej misji. Na froncie, czcionką przypominającą odręczne pismo, wytłoczony był napis Stolichnaya. Poniżej cyrylicą napis elit oraz 60%. Sześćdziesięcioprocentowa trafiła tylko do nas. Na rynku dostępna było zwykłe czterdzieści. Ale my, gieroje kosmosa, dostaliśmy specjalną, limitowana wersję. Odkręciłem nakrętkę i wciągnąłem nozdrzami aromat trunku. Opuściłem powieki. Przed oczami stanęły mi złote łany pszenicy i żyta, falujące w słońcu na Nadwołżańskiej Wyżynie. Białe chmury sunęły leniwie po błękitnym niebie. Wody rzeki pieniły się pod dziobem barki ciągniętej przez… Otarłem łzę, która, swołocz, toczyła się po policzku i pociągnąłem solidny haust napoju. Ooo… tak.

 

Otworzyłem oczy. Było już ciemno. Dowlokłem się do konsoli. Trzecia. Padłem na fotel. Wtuliłem twarz w dłonie i przez chwilę siedziałem bez ruchu. Na pysku pojawił się kłujący zarost, ale golić mi się nie chciało. Rozcierając nadgarstkami opuchniętą nieco paszczę, rozciągnąłem mięśnie. Strzyknęło w kościach. Zerknąłem na komunikator. Bladź! Żadnej wiadomości. Nie odebrali? Włączyłem głośnik komunikatora. Cisza. Co jest, kurwa? Pokręciłem gałkami. Nie licząc nic nie znaczących trzasków i szumów tła panowała cisza. Albo nie nadają, albo odlecieli… Serce zaczęło mi walić. Zerwałem się na nogi. Fotel wywrócił się z metalicznym łoskotem. Szybkim krokiem ruszyłem w stronę śluzy, podniosłem z ziemi kombinezon. Po sekundzie rzuciłem go znowu i pobiegłem z powrotem do konsoli. Oparłem się dłońmi o blat i dysząc ciężko wpatrywałem w puste monitory. W pizdu! Chwyciłem klawiaturę i roztrzaskałem ją o krawędź biurka. Nie pomogło.

Ciężko dysząc poczłapałem do kajuty. Spod koi wyciągnąłem skrzynki wszystkich członków załogi i wysypałem ich zawartość na szarą, akrylową podłogę. Padłem na kolana i zacząłem rozgarniać tę kupę śmieci w poszukiwaniu przydatnych sprzętów. Wyłowiłem pięć metalowych flaszek z wódką. Przeszukałem stertę jeszcze raz. Powinno być sześć. Ktoś wypił nie podzieliwszy się… Bliackij karakan! Pośród hałdy osobistych ciuchów walały się zdjęcia rodzin, jakieś książki, harmonijka ustna i tym podobne barachło. Stałem nad tym wszystkim i zrezygnowany kręciłem głową. Wkurwiony rozkopałem wszystko po całej sypialni i już miałem wyjść, gdy mój wzrok padł na czarny woreczek utkany z siatkowatego materiału. Schyliłem się i rozsupłując węzeł wydobyłem z niego zawartość. Podniosłem do góry prawą dłoń rozwijając wykonany z elastycznej tkaniny biustonosz. Chwyciłem miseczkę i ścisnąłem ją delikatnie, starając się przypomnieć sobie twarz Nadii. Między palcami miałem dobrych pięć centymetrów pianki. Szljucha! Nawet z cyckami oszukiwała!

 

Trzeciego dnia skończyła mi się wódka. Choć uczciwie przyznam, że starałem się oszczędzać. Gdy już dobrze wytrzeźwiałem wyszedłem na zewnątrz i odkryłem, że burza piaskowa uszkodziła antenę nadajnika. Muszę zatem odszczekać to wszystko co pomyślałem o załodze. Zdemontowawszy nadajnik zawlokłem go do Prijuta. Dwa dni zajęło mi naprawienie uszkodzeń i zamontowanie nadajnika z powrotem. Wróciłem do kokpitu i z zaskoczeniem zauważyłem, że jedyna klawiatura leży roztrzaskana na podłodze.

 

Zapasów mam ma jakieś sto osiemdziesiąt dni. A także w pełni wyposażone laboratorium do dyspozycji. Jak się postaram to zrobię z tego ponad trzysta litrów spirytusu. Warto było studiować chemię…

Koniec

Komentarze

Jeżeli “Marsjanin – wersja zachodnia” będzie przedstawiał bohatera niezłomnie, absolutnie, wyłącznie logicznie postępującego, niepodległego emocjonalnym odruchom, będę się głośno śmiał. 

“Migający przed oczami komunikat pokazał cztery procent.“ – raczej kogo? co? – procenty.

 

A ha!“ – Aha łącznie.

 

Czemu habitat wielkimi literami?

 

“Chwyciłem miseczkę i ścisnąłem ją delikatnie, starając przypomnieć sobie twarz Nadii.“ – brakuje mi jednakowoż zaimka zwrotnego przy “starając”.

 

Jak na mój gust to całkiem udana parodia. Czytało się dobrze, nie jest dość długa, by zdążyła znudzić, jest parę smaczków. Dla mnie na plus.

 

@Sirin – nieładnie jest dawać ocenę, zwłaszcza skrajnie niską, i nie zostawić nawet pół słowa komentarza.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Czyli polecieli beze mnie. Psie juchy.

Zapasów mam ma jakieś sto osiemdziesiąt dni. A także w pełni wyposażone laboratorium do dyspozycji. Jak się postaram to zrobię z tego ponad trzysta litrów spirytusu. Warto było studiować chemię…

Pierwszy raz parsknąłem, kiedy przeczytałem tytuł. Kolejny, gdy zobaczyłem jedynkę :D I już wiedziałem, z czym mam do czynienia. Nie wiem, czy to sprawa dobrego humoru, fazy księżyca itp. ale tekst przypadł mi do gust, zwłaszcza dwa powyższe cytaciki ;) Z pewnością jeszcze kiedyś tu zajrzę ;)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Uśmiałam się do łez! Rewelacyjna parodia! Brawo, kchrobaku i wielkie, przeogromne dzięki za rozjaśnienie tak ponurego, grudniowego wieczora!

Hmm... Dlaczego?

Dobre! Miałem przyjemność czytania oryginalnego “Marsjanina” i muszę przyznać, że przy lekturze tej wersji na buźce zagościł mi trwały uśmiech , a jak doszedłem do końcówki… No faktycznie warto studiować chemię. Brawo!

Bez szaleństwa, ale dość zabawne i czytało się nieźle. ;-)

 

Wtu­li­łem twarz w dło­nie i przez chwi­lę sie­dzia­łem bez ruchu. Na twa­rzy po­ja­wił się kłu­ją­cy za­rost… – Powtórzenie. 

 

Blać! Żad­nej wia­do­mo­ści.Bladź! Żad­nej wia­do­mo­ści.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ocena Sirina zapowiadała strasznego gniota, jednak nie jest aż tak źle. Musiałeś, Autorze, czymś go strasznie w tym tekście zdenerować.

 

Znowu “heheszki”, że Ruscy, że tylko wódę piją. Stylistycznie zgrabne, ale poza tym to tylko transformacja Marsjanina przez projekcję autora na temat rosyjskiej duszy. 

Również czytałam pierwowzór. Twój tekst – do uśmiechnięcia :)

Pisz tylko rtęcią, to gwarantuje płynność narracji.

Ja pierwowzoru nie znam, ale ten szorciak bardzo mi się spodobał, pomimo, że zbudowany w całości na stereotypie ;)

Fajna, zgrabna narracja, bohater który i śmiech budzi i żal :)

Jeszcze nie czytałem pierwowzoru – ale i tak mnie rozśmieszyło. Dobre!

F.S

O pierwowzorze tylko słyszałam, ale parodia wygląda na sympatyczną i udaną. :-)

Babska logika rządzi!

@ joseheim oraz regulatorzy

Dzięki za merytoryczne uwagi. Cóż mogę powiedzieć? Macie rację.

Czemu habitat wielkimi? Był tak zaznaczony, aby po zakończeniu pisania tekstu pomyśleć nad jakąś bardziej wschodnią nazwą, ale zapomniałem.

 

@ AdamKB

Nie wydaje mi się by wersja zachodnia musiała się mocno różnić. Zamiast Stolicznej byłby Jack Daniels lub Chateau cośtam… ale jako wieśniak z kresów nie mam wzorca.

 

 

Czy to jest sygnaturka?

No nie, krajanie, jak to: nie mam wzorca? A super bimberki z naszych okolic to pies?  :-) Fakt, że to raczej rzadkość, taka staranność wykonania, ale kilka razy trafiłem na takie, że hej.

Oryginału nie czytałam, oglądałam film. Twój tekst jako parodia mnie jednak nie wzruszył. Napisany sprawnie, ale taki przewidywalny. Pierwsze skojarzenie – będzie stereotypowo wóda – okazało się prawdziwe. Przez to brakło mi czegoś, dzięki czemu mogłabym czuć się zaskoczona i w pełni usatysfakcjonowana lekturą. 

Matt był jednak zabawniejszy, zwłaszcza przy wpadkach. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

@ AdamKB

:) Wzorzec nasz, kresowy, a jakże, posiadam. A i bardziej wschodni takoż. Stąd też, mimo narzekań niektórych, będę się bronił – może i stereotypowo i przewidywalnie, ale mimo wszystko prawdziwie.

Znajomości wzorca zachodniego bardziej mi brak – to miałem na myśli. Bo, pobieżna znajomość trunków, nie uprawnia do wygłaszania opinii na temat zachowań osobniczych przedstawicieli tamtejszej cywilizacji. I to zarówno pod wpływem, jak i wobec sytuacji, co tu dużo mówić, stresujących…

 

@ śniąca

Matt był zabawniejszy – przyznaję bez żalu. Ale pierwowzór książkowy bije go na głowę. Polecam.

Czy to jest sygnaturka?

Książkę mam na liście już od pewnego czasu, ale lista jest długa, a miejsce Marsjanina odległe. Film się napatoczył szybciej, to obejrzałam. 

Nie zrozum mnie źle – napisanie jest bardzo dobrze, tylko z treścią do mnie nie trafiło. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

@ śniaca

 

Z tym “bardzo dobrze” to oczywiście przesadzasz, przez grzeczność jak mniemam. Ale Twoja uwaga: “brakło mi czegoś, dzięki czemu mogłabym czuć się zaskoczona i w pełni usatysfakcjonowana”, jest celna i cenna. Jak teraz na to patrzę to rzeczywiście przewidywalne toto do bólu jest. Ale generalnie, słabości własnej tfu’rczości są trudne do zdiagnozowania, bez pomocy z zewnątrz.

Tak więc: dziękuję!

Czy to jest sygnaturka?

Czyta się fajnie. Do połowy interesujące i zabawne. Potem jedno i to samo: wódka i przygody pijaka.

Przyznaję, iż dałem się nabrać na standardowe wyposażenie rosyjskiego kosmonauty: taśma klejąca i scyzoryk, ale co tam.

Średnie z ww. względów.

 

Ignorancja to cnota.

Za ten tytuł to powinni cię drogi autorze zamknąć na kilka godzin z ludźmi, którzy opowiadanie dowcipu sygnalizują gromkim “będę opowiadał dowcip!”, a może nawet i z kilkorgiem takich lubiących rzucić “a teraz będzie puenta” przed wyjawieniem puenty.

na emeryturze

@ gary_joiner

Przyjąłem i w ramach samokrytyki zmieniłem.

Czy to jest sygnaturka?

Drewian, Werwena, Finkla – dopiero zauważyłem – dziękuję za docenienie. W przyszłości nie postaram się zawieść…

Czy to jest sygnaturka?

Przeczytałem. Moim zdaniem, opowiadanie nadaje się do biblioteki. Pozdrawiam.

To proszę bardzo. Klik!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

O! Jejku! Dziękuje bardzo za docenienie i w ogóle. Pani ze mnie będzie dumna z polskiego.

Czy to jest sygnaturka?

Oj, ubawiłem się przednio. O, i słońce wyszło. Bardzo fajny tekst. :-)

Nowa Fantastyka