- Opowiadanie: Pielgrzym - Muza

Muza

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy, Użytkownicy II

Oceny

Muza

Siwa chmurka po niebie płynie,

Siwy ptaszek za oknem śpi

Mały świerszczyk zasnął w kominie,

Zaśnij, dziecino, zaśnij i ty

 

Piosenka płynęła w słuchawkach wsadzonych głęboko w kanały słuchowe. Zdawałem sobie doskonale sprawę, że nie pomogłoby, nawet gdybym wepchnął je sobie w mózg, ale usiłowałem dodać jakąkolwiek dobrą nutę do tego okropnego szmeru, który płynął mi przez neurony. Kołysanka wydawała się idealnym wyborem, choć połączona z tym niekończącym się szeptem wpędzała mnie w psychodeliczny nastrój. Z rodzaju tych, podczas których obrazy i meble ożywają, zdradzając sekret swojego pochodzenia. Prosto z zapomnianego, zburzonego domu, w którym ktoś bliski komuś bliskiemu wyrządził straszną krzywdę. Zaciągnąłem się mocniej papierosem, zakrztusiłem i dostałem ataku kaszlu, aż oczy zaszły mi łzami. Ile bym dał, żeby wrócić do tych dni, gdy pisanie było mozolną pracą pozbawioną tego mitu natchnienia, gdy liczyło się poszukiwanie tematu, opracowanie go, planowanie fabuły, składanie poszczególnych scen. Krótko mówiąc, orka na betonie.

A teraz moje natchnienie siedziało naprzeciw mnie. Siedziało? Czy coś niematerialnego może siedzieć? Po co ja to, go, sam nie wiem co, wpuściłem do domu? Jak ja to w ogóle zrobiłem?! Jak to wyglądało wtedy? Nie pamiętam. Na pewno inaczej, przyjaźniej jakoś. A teraz? Przyjmijmy, że siedzi w fotelu naprzeciwko. Przybrało postać wysokiego mężczyzny w smokingu i cylindrze, z laską, którą stuka w podłogę, z tym że nie wydaje dźwięku, bo końcówka niknie w panelach. Jakby na coś czekał, spieszył się i niecierpliwił jednocześnie.

Wyszedłem na balkon. Był środek dnia, wiosna w pełni, słońce oświetlało i wyostrzało krawędzie wież kościoła. Tylko że to światło do mnie nie docierało. Jakbym nosił skafander.

 

Małe dzieci mrużą już oczka

Małym dzieciom już chce się spać.

 

Zgasiłem papierosa w doniczce z pelargonią i wróciłem do mieszkania. 

Raz spróbowałem oporu. Parę dni temu. Mdli mnie jeszcze dziś.

Postanowiłem nie pisać. Usiadłem przy stole, ale nie otwierałem komputera. Patrzyłem na zjawę w moim mieszkaniu. Byłem zdecydowany. Czułem się silny. Pokusiłem się nawet o hardy uśmiech. Głowa w cylindrze obróciła się tylko w stronę okna, laska przestała się poruszać. 

Szmer w mojej głowie stopniowo narastał. Cokolwiek się stanie, pomyślałem, wytrzymam. Szmer przeszedł w głos, jasny jak błyskawica i ostry niczym nóż mistrza sushi. Wytrzymam. Po trzech godzinach głos przeszedł w krzyk. Przerażający wrzask, prawie zwierzęcy skowyt człowieka w trudnym do wyobrażenia cierpieniu. Zawyłem, rzuciłem się na zjawę. Poczułem uderzenie w skroń. Ze zdumieniem zrozumiałem, że był to cios gałką od laski.

 

Już do okien zagląda nocka,

Będzie nam cicho śpiewać i grać

 

Na krtani zacisnęły mi się wyjątkowo smukłe, niemal kobiece palce z siłą, która pozbawiła oddechu. Prawie słyszałem jak jabłko Adama zmienia się w kupkę pokruszonych kawałków chrząstki. Puściła mnie i odpłynęła na fotel.

Widmową, prześwitującą dłonią wskazała komputer. Z trudem podniosłem się z podłogi, poszedłem do łazienki, przepłukałem gardło i wróciłem dokończyć kolejny rozdział. Nie zastanawiałem się, jak to możliwe, że coś półprzezroczystego może mieć taką siłę.

Od sześciu tygodni każda noc zaczynała się od ustania szmeru. Wyczerpany biorę prysznic i idę spać. Po pięciu godzinach szmer wraca. Nie ten właściwy. Ten zaczyna się dopiero, gdy jestem w pełni świadomy. Szybkie śniadanie i siadam do komputera, bo głos w głowie narasta, i piszę. Bardzo szybko, byleby nie dopuścić do zwiększenia poczucia przymusu… I nie oberwać laską. Dużo szybciej niż normalnie. Od strony technicznej łatwiej jest pisać pod dyktando, a on dyktuje mi nawet przecinki. Literat, kurtyna jego mać.

Mam już czterysta stron. Historia jest właściwie banalna, głupawa momentami, choć całkiem nieźle się ją czyta. On bogaty z trudną przeszłością, ona średniozamożna, spragniona przygód i głupia jak but. Pierwsze dwieście stron opisuje ich osobne losy, potem pierwsze spotkanie i narastający romans. Mroczny i niebezpieczny, w trakcie którego ona nie mądrzeje, a on nie leczy się z przeszłości.

Po następnych trzech tygodniach książka była skończona. W tym czasie widmo coraz bardziej się rozwiewało. Gdy postawiłem ostatnią kropkę, szmer umilkł.

Wpatrywałem się w migający kursor.

Nie pozostało nic więcej. Żadnej pracy. Tylko zanieść to do wydawcy. Nawet korekty nie będzie trzeba. Wiedziałem to.

Podniosłem głowę. Nie było już pana w cylindrze. Na jego miejscu siedziała czterdziestoletnia kobieta w płaszczu i małym kapeluszu z delikatną woalką w stylu lat dwudziestych. Założyła nogę na nogę, a dłonie splotła na kolanie. Przyglądała mi się przez chwilę, po czym obróciła twarz w stronę okna. Przygryzła dolną wargę, jakby się zastanawiała. Jakby ważyła decyzję. Nie wiem, ile to trwało. Cisza była oszałamiająca, nie chciałem psuć tego wrażenia. Moje zmysły w niej odpoczywały. W końcu kobieta wstała, wygładziła płaszcz, podeszła i nachyliła się nade mną.

– Przepraszam – szepnęła z żalem i wyszła.

 

Po każdym wieczorze autorskim wypijałem pół litra taniej whiskey. Po prostu nie mogłem znieść własnych odpowiedzi na pytanie, skąd wziąłem pomysł na tę książkę. Za każdym razem, gdy podpisywałem się na niej, zalewała mnie fala obrzydzenia. Ale jeździłem. W końcu autor bestselleru musi jeździć, promować, robić sobie zdjęcia z fanami. Tego wymaga umowa z wydawcą. Tego wymaga rynek. 

Usiłowałem pogodzić się z faktem, że nie napiszę już nic tak chwytliwego.

 

Noc była cichsza niż zwykle. Hotel o tej porze roku świecił pustkami.

Kostka lodu dryfowała leniwie od jednej grubej szklanej ścianki do drugiej, dzwoniąc delikatnie. Światło latarni chwytało się na moment gładkiej powierzchni, by błysnąć i zniknąć. Wszystko było daleko. Dom. Pisanie. Plany. Autografy. Odpowiedzi. Pytania. 

 

Słyszałem, jak lód trzeszczy w zbyt ciepłym, rudym płynie. 

Słyszałem, jak ostatni łyk płynie mi przez gardło. 

Słyszałem, jak kurz osiada na meblach.

 

Słyszałem, jak moje serce staje. 

 

Obudził mnie przeraźliwy ziąb. Oszołomiony podniosłem się na czworaka. Wokół była tylko szara, zimna i lepka mgła, której nie mogłem przebić wzrokiem. 

Coś usłyszałem… Stukanie. Miarowe stukanie. Zbliżało się. Dostrzegłem cień we mgle, który stawał się coraz wyraźniejszy. Sylwetka. Znałem ją skądś. Jakby. To szedł człowiek. Stukanie stało się wyraźniejsze. 

Ona patrzyła na mnie spod woalki kapelusza. W smukłych dłoniach trzymała przed sobą kopertówkę, niczym dyskretną tarczę. Niewyraźne wspomnienie tych oczu i tych dłoni próbowało rozbrzmieć w mojej głowie. Ale było tak zimno. 

Nieśmiało podniosła dłoń do mojego policzka. Cudownie ciepłą dłoń. Chciałem cały się w niej schować. 

– Jest sposób, żeby się ogrzać – powiedziała cicho. Mgła sprawiała, że jej słowa brzmiały bardzo matowo i bez wyrazu. – Chcesz wiedzieć?

Kiwnąłem głową, bo niewytłumaczalny strach nie pozwalał mi wydobyć słowa. 

– Musisz… – zawiesiła głos – szeptać. Wyszeptać swoją opowieść.

Sięgnęła ręką za moje plecy i jak sztukmistrz wyciągnęła gdzieś z mgły podłużny przedmiot, który mi podała. To była laska z gałką. 

– Musisz wyszeptać swoją opowieść – powtórzyła i odeszła. 

 

Dygotałem z zimna. A moja pamięć eksplodowała wspomnieniami. 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Nie piszę, więc nie mam pewności, czy dobrze się domyślam, że jest to opowieść o męce tworzenia.

No i przyznam się, że nie wiem, dlaczego bohaterowi raz towarzyszy mężczyzna w smokingu i cylindrze, a potem kobieta w płaszczu i kapeluszu z woalką…

 

Krót­ko mó­wiąc, orka po be­to­nie. ―> Chyba: Krót­ko mó­wiąc, orka na be­to­nie.

Tak jak orka na ugorze.

 

W końcu ko­bie­ta wsta­ła, wy­gła­dzi­ła su­kien­kę… ―> Wcześniej napisałeś: …czter­dzie­sto­let­nia ko­bie­ta w płasz­czu i małym ka­pe­lu­szu… ―> Czy w międzyczasie kobieta zdjęła płaszcz?

 

Świa­tło la­tar­nii chwy­ta­ło się na mo­ment… ―> Literówka.

 

Sły­sza­łem, jak ostat­ni łyk pły­nie mi przez prze­łyk. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Może: Sły­sza­łem, jak ostat­ni haust pły­nie mi przez prze­łyk. Lub: Sły­sza­łem, jak ostat­ni łyk pły­nie mi przez gardło.

 

nie­wy­tłu­ma­czal­ny strach nie dawał mi wy­do­być słowa. ―> Raczej: …nie­wy­tłu­ma­czal­ny strach nie pozwalał mi wy­do­być słowa.

 

– Mu­sisz… – za­wie­si­ła głos – Szep­tać. ―> – Mu­sisz… – za­wie­si­ła głos – szep­tać.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za te uwagi i poświęcony czas.

 

“ No i przyznam się, że nie wiem, dlaczego bohaterowi raz towarzyszy mężczyzna w smokingu i cylindrze, a potem kobieta w płaszczu i kapeluszu z woalką…”

 

Też nie wiem ;) Wiadomo, co taka zjawa potrafi? Może to ten jej kochanek? A może duch kobiety nie chciał się od razu ujawniać? Ja tam nie wnikam – chciała, żebym tak napisał, to napisałem ;)

 

“Nie piszę, więc nie mam pewności, czy dobrze się domyślam, że jest to opowieść o męce tworzenia.”

 

Napisałem ten tekst bardzo dosłownie. Nie jest to alegoria twórczej męki. Jest autor, któremu ukazuje się duch zmuszający go do napisania opowieści.

Ale już spotkałem się z dwiema interpretacjami, co cieszy. Tekst żyje własnym życiem.

 

 

Piszę, bo jeszcze nie umiem tego narysować. Mastretta MXT.

Hmm… Podoba mi się sposób, w jaki to napisałeś. Bardzo obrazowo ci to wyszło, aż sama ujrzałam kobietę i faceta w cylindrze. Nie będę się rozwodzić nad tym, skąd się wzięła ta laska. W tym przypadku przyjmuję rzecz, jak jest.

Dużą zaletą tego opowiadania są “muzyczne wstawki” i odbiór dźwięków przez bohatera. Sama właśnie już od kilku dni czaję się, by wrzucić coś z tagiem “muzyka”. Może jutro…

Także, do mnie przemówiło. :)

Dzięki Saro. Cieszę się, że znalazłaś w tym tekście coś dla siebie. Powodzenia z eksperymentowaniem przy muzyce. Trochę plastyczności znajdziesz też w moich poprzednich tekstach, więc zapraszam w wolnej chwili do lektury. 

Jeszce raz dziękuję za czas spędzony na czytaniu i komentarz. 

Piszę, bo jeszcze nie umiem tego narysować. Mastretta MXT.

Nie jestem obiektywna, bo niestety mam alergię na pisanie o pisaniu. Tekst jest ładny, zgrabny, sugestywny. Jednak podobnie jak Regulatorzy nie rozumiem, co robią w nim niektóre postaci. Skoro jednak tak miałeś to napisać, no to tak właśnie napisałeś. :)

Więc: czytało się dobrze, mimo mej alergii, niektórych rzeczy nie zrozumiałam, co trochę mnie jednak uwiera.

Dziękuję Ocha. Podwójnie ze względu na Twoją alergię.

To co napisałaś Ty i Regulatorzy skłania mnie do myślenia. Z jednej strony bardzo nie chcę podawać wszystkiego na tacy i jakoś skłonić czytelnika, by sam trochę pofantazjował, zostawić mu trochę przestrzeni… Z drugiej jednak strony zbyt duże luki kończą się właśnie niezrozumieniem. Myślę, że napięcie między tymi dwoma punktami będzie mi jeszcze długo towarzyszył. 

Szczególnie cieszy, że udało mi się osiągnąć sugestywność tego tekstu. 

 

Piszę, bo jeszcze nie umiem tego narysować. Mastretta MXT.

Moja interpretacja jest taka: Duch z laską to męski bohater pisanej powieści, mądrzejszy, bardziej pewny siebie, dyktuje historię swoją i kochanki (żony?). Korzystają na tym oboje, choć kobieta przygląda się całemu procesowi twórczemu z boku. Pewnie nie byłaby w stanie być tak brutalna. Może nawet gość w cylindrze robi to bardziej dla kochanki, niż dla siebie. Potem kobieta z wdzięczności pomaga zmarłemu pisarzowi. Zna go już trochę, pewnie wie, że będzie on w stanie “wyszeptać swoją historię”. A laska – jej facet już jej nie potrzebuje, oboje zyskali już ciepło.

Generalnie podobało mi się, jest klimacik, do ostatniego momentu trzyma w napięciu.

Kliczek. :)

Irka_Luz, dziękuję. Podoba mi się twoja interpretacja :) Muszę przyznać, że nieco dla mnie zaskakująca. Mogę spojrzeć na ten tekst nieco inaczej, niż gdy go pisałem. To bardzo ciekawe doświadczenie, szczególnie dla początkującego. 

Piszę, bo jeszcze nie umiem tego narysować. Mastretta MXT.

Nowa Fantastyka