- Opowiadanie: nuklearna_wiosna - Maszyna zagłady

Maszyna zagłady

Jest to twór okołospaceoperowy i pomysł do rozwinięcia. Być może kiedyś ciag dalszy nastąpi, ale na razie proszę traktować to jako samodzielny tekst z (może aż nazbyt) otwartym zakończeniem, za które oczywiście można na mnie krzyczeć. Ale nie trzeba ;)

Miłej lektury.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Maszyna zagłady

I

 

Straszliwa, śmiercionośna broń obcych miała bardzo krótkie, bardzo czarne włosy i obcisłą koszulkę w kolorze khaki.

– Jesteś pewien? – zapytał Kai.

– Jestem tak daleki od pewności, jak to tylko możliwe – odparł ponuro Sven, lekarz pokładowy, w zamyśleniu skubiąc jednego ze swoich imponujących blond dreadów.

– Kapitan mówiła…

– Nie wątpię, że mówiła. Ona na każdy temat ma coś do powiedzenia! – przerwał rozdrażniony. – Jej teoria jest równie prawdopodobna jak każda inna i ani trochę bardziej.

– Tę dziewczynę znaleziono w opuszczonej bazie Mędrców, głęboko pod ziemią, w celi zabezpieczonej tak, że z powodzeniem można by trzymać tam głowicę nuklearną. Tyle że ta cela była wyposażona jak apartament. Naprawdę sądzisz, że to było więzienie?

– Przecież mówię właśnie, że nic nie sądzę.

– Jest tak, jak twierdzi kapitan. Ta kobieta, czy… cokolwiek to jest… ma w sobie niszczycielską moc. Trzymali ją tam jako broń.

Sven spacerował po laboratorium, spoglądając raz po raz w kąt, gdzie, za grubą szybą, siedziała domniemana maszyna zagłady. Zwykle wykorzystywał to pomieszczenie do przechowywania okazów obcej fauny. Teraz na szybko musiał przystosować je dla człowieka.

No, w każdym razie dla kogoś, kto człowieka do złudzenia przypominał.

– Tak, to niezwykle ciekawe – odezwał się w końcu. – Doceniam dramaturgię, naprawdę. Tylko że ja ją zbadałem, Kai. I zapewniam cię, że nie ma w niej nic, czego być nie powinno. Ani jednej komórki obcych, ani jednej modyfikacji genetycznej, żadnych zbrojeń. Nie wybuchnie, nie wyrosną jej z rąk armaty, nie zacznie strzelać laserami z oczu. Bardzo mi przykro, że cię rozczarowuję.

– To nie chodzi o…

– Spokojnie. Rozumiem potrzebę zachowania ostrożności. – Sven jakby czytał mu w myślach. – Nie narażę załogi.

– Nie głupio ci? – spytał Kai niepewnie, zmieniając temat. – Jak tak siedzi i się gapi?

– Powiedziałbym, że to raczej my gapimy się na nią. W końcu to ona jest tu więźniem. Proponowałem, że wyłączę przezroczystość, żeby miała trochę prywatności, ale prosiła, żebym w ciągu dnia zostawiał tak, jak jest.

– Rozmawiałeś z nią?

– Cały czas z nią rozmawiam. Na czas twoich odwiedzin wygłuszyłem jej celę, ale normalnie mam włączoną obustronną komunikację. Nie narzekam tu na nadmiar towarzystwa, więc miło mieć do kogo otworzyć gębę.

– I… i co?

– Nic właściwie. Jest miła. Normalna. Nie pamięta niczego ze swojej przeszłości, więc za wiele się od niej nie dowiemy.

– Wiesz, że i tak będę musiał ją przesłuchać.

Sven wzruszył ramionami.

– A przesłuchuj. Spodziewam się, że chętnie z tobą pogada. Jest dość otwarta. Prawdę mówiąc z zadziwiającą pogodą ducha znosi swoje położenie.

– Może to mordercze plany utrzymują ją w dobrym humorze…

– Dałbyś już spokój, naprawdę!

 

Kai nie miał najmniejszego zamiaru dać spokoju.

Siedząc w kajucie nad resztką kolacji, przyznawał sam przed sobą, że obecność dziewczyny na pokładzie niepokoi go. Jako pierwszy oficer poczytywał sobie za punkt honoru trzymać rękę na pulsie i mieć wszystko pod kontrolą. Niewiedza i niepewność doprowadzały go do szaleństwa.

I jeszcze Sven!

Kai osobiście bardzo lubił i cenił młodego lekarza. Niełatwo obdarzał kogokolwiek sympatią i fakt, że był w stanie nawiązać z nim tak bliską relację, mówił sam za siebie. Teraz jednak związek ten zaczynał mu ciążyć. Sven nie od dzisiaj grabił sobie u pani kapitan, a jego lekceważący stosunek do jej ostatnich podejrzeń zdecydowanie mu nie pomagał. Kai wiedział, że czara goryczy prędzej czy później się przeleje. Nie chciał, by go z tym w jakikolwiek sposób powiązano.

– O, jesteś! – Wślizgnęła się jak zwykle niepostrzeżenie. Nie miała zwyczaju pukać. – Svena nie ma. To dobrze.

Zerwał się z miejsca.

– Pani kapitan…

– Spocznij. Siadaj.

Spoczął i usiadł. Kapitan zajęła miejsce po przeciwnej stronie stołu. Musiała przykucnąć na krześle, bo gdyby usiadła, znad blatu widać byłoby jej tylko głowę. Była tak niska i drobna, że przy pierwszym spotkaniu ludzie brali ją za dziecko.

– No? – zapytała bez zbędnych wstępów. – Jak wrażenia?

– Trudno powiedzieć – odparł zamyślony. – Sven mówi, że nie znalazł żadnych modyfikacji.

– A ona? Rozmawiałeś z nią?

– Nie.

– A powinieneś. Musisz. – Odruchowo odgarnęła z czoła nierówno obciętą rudą grzywkę. – Jeszcze dzisiaj zorganizujemy przesłuchanie. Potrzebna mi twoja opinia. Svenowi nie ufam.

– Wiem, że bywa zbyt… – zabrakło mu słowa. – Ale nie sądzę, żeby…

– Ja też nie sądzę żeby. A przynajmniej bardzo bym chciała nie sądzić. Ale za mocno zależy mu, żeby mieć rację i to mnie martwi. Wykorzystuje fakt, że jest jedynym lekarzem na pokładzie i że jesteśmy uzależnieni od jego osądu. Gotów pominąć coś ważnego, byle tylko jego było na wierzchu.

– Nie znam się na medycynie.

– Na medycynie pewnie nie. Ale potrafisz obserwować, masz łeb na karku. Zrób z niego użytek.

– Tak jest!

 

Ta misja od początku wydawała się dziwna. Rząd nie ucieka się do pomocy najemników, jeśli nie musi. Skoro się do nich zwrócili, to znaczyło, że bali się wysłać swoich. Pierwsze czerwone światełko powinno już wtedy zapalić się w głowach załogi „Ifryta”. Może nawet zamrugało słabo, ale zaraz zgasło. Ostatecznie od tego byli. Żeby wysyłać ich tam, gdzie innym z różnych powodów się nie spieszyło.

Po drugie – baza Mędrców.

Mało komu pozwalano choćby wylądować na którejś z ich platform, a co dopiero wejść do bazy! Mędrcy stanowili najmniej otwartą ze wszystkich koegzystujących w przestrzeni ras. Nie okazywali nikomu jawnej wrogości, ale – choć założyli nieduże kolonie na wszystkich ośmiu planetach – unikali integracji. Nie mieli swoich przedstawicieli w Międzyplanetarnym Kongresie, odprawiali z kwitkiem poselstwa, nie interesowali się nikim i nie życzyli sobie, by interesowano się nimi. W końcu Kongres podjął decyzję o zostawieniu Mędrców w spokoju. Nie bardzo mógł zresztą zrobić cokolwiek innego. Mędrcy, z tego, co udało się dowiedzieć, dysponowali technologią znacznie przewyższającą wszystko, co stworzyły pozostałe rasy. Próby wywierania na nich nacisku byłyby więc wyjątkowo nierozsądne.

Wszystko to oczywiście wzmagało tylko ciekawość. O Mędrcach krążyły różne mrożące krew w żyłach opowieści. I oto nagle od rządu przyszła wiadomość, że jedna ze sfilmowanych przez ziemską sondę baz na platformie Mędrców sprawia wrażenie opuszczonej, mimo że nie ma żadnych wcześniejszych zapisów świadczących o jej porzuceniu. W porozumieniu z przedstawicielami pozostałych ras zdecydowano, że Ziemia wyśle swój statek na rekonesans w razie gdyby, jak powiedziano, zaistniała potrzeba udzielenia pomocy ewentualnym mieszkańcom bazy.

Padło na „Ifryta”. Był po prostu najbliżej.

Kai nie poszedł na rozpoznanie, wszystkie informacje miał więc z drugiej ręki.

W bazie nie znaleziono żadnych legendarnych technologii Mędrców. Właściwie wyglądała jak zwykły opuszczony obiekt wojskowy z nader skromnym laboratorium. Żadnych tajemniczych artefaktów, żadnych sekretnych receptur. Tylko labirynt zimnych korytarzy i mroczne sale, wśród których przeważały pokoje mieszkalne.

Nic nie było zdemolowane. Żadnych śladów walki.

Gdyby wysłany na zwiad zespół nie działał tak metodycznie, zapewne szybko wróciłby na statek i zameldował, że w bazie nikogo nie ma. Najemnicy byli jednak dobrze wyszkoleni. Przeczesali obiekt kawałek po kawałku i na najniższym poziomie znaleźli doskonale zabezpieczony boks, w pełni umeblowany i wyposażony.

W środku siedziała ona.

Wyglądała jak zwykła ludzka kobieta. Nie potrafiła powiedzieć, kim jest, ani jak znalazła się w bazie. Pamiętała, że Mędrcy robili jej jakieś badania, ale nie wiedziała, jakie. Podobno nie bolało.

Kai nie widział w tym sensu.

Mędrcy nie musieli przecież porywać ludzi do badań. Prawdopodobnie i tak wiedzieli o nich więcej, niż oni sami o sobie. Nie wydawało się też, by dziewczyna była zakładniczką. Nie, oni po prostu trzymali ją w bazie, badali w niewiadomym celu, a potem… zniknęli.

 

– Dobry wieczór. Kai Nakahara.

– Dobry wieczór. Zdaję sobie sprawę, że uprzejmość nakazuje się przedstawić, ale niestety nie pamiętam mojego imienia. Mędrcy w bazie mówili na mnie Cala, ale nie jestem pewna, czy tak się właśnie nazywam.

Uśmiechała się. Nie butnie i bezczelnie, jak to się często zdarza więźniom na początku przesłuchania. Nie przymilnie i służalczo, jak to również często zdarza się więźniom na początku przesłuchania. Nie. Uśmiechała się zwyczajnie, tak po prostu, jakby spotkali się na kawie w jakimś miłym miejscu. Patrzyła na niego z ciekawością. Bez złości. Bez strachu.

Poczuł się dziwnie.

Nie wykluczono w stu procentach możliwości, że dziewczyna jest nosicielką jakiegoś wirusa, Kai zatem przesłuchiwał ją w laboratorium, by mogła pozostać za swoją szybą. Sven niechętnie opuścił pomieszczenie, nie ukrywając co myśli o wywalaniu go z jego własnego królestwa.

– Nie pamięta pani swojego imienia? – Kai udał zdumionego. Wiedział, że nie pamięta, a przynajmniej tak twierdzi. – A cokolwiek innego? W ogóle coś pani pamięta?

– Niczego sprzed bazy. Ani tego, jak się tam dostałam. Sam pobyt pamiętam, ale niewiele jest do opowiadania. Mówiłam już wszystko doktorowi. I waszej pani kapitan.

– Więc proszę powiedzieć i mnie.

– W porządku. – Wzruszyła ramionami.

Zrelacjonowała wszystko to, co i tak już wiedział. Nic nowego. Nic, co zwróciłoby jego uwagę.

– Jacy oni są? – zapytał. – Mędrcy? Niewielu ludzi miało z nimi kontakt…

– Są… och, są… chyba w porządku. Byli dla mnie dobrzy. Nie sądzę, żeby chcieli czegoś złego. Na pewno mają swoje plany, ale i tak byśmy ich nie zrozumieli.

– Porwali panią. Prawdopodobnie w jakiś sposób usunęli wszystkie wspomnienia. Badali, nie zdradzając, w jakim celu. Trzymali w klatce.

– Nie w klatce, tylko…

– Nie nienawidzi ich pani? Nie jest pani wściekła? Przestraszona? Nie ma pani traumy?

– Dla pańskiej przyjemności i własnego świętego spokoju mogłabym powiedzieć, że owszem, mam straszliwą traumę i jestem w rozpaczy, albo że nie spocznę, póki nie dokonam na nich krwawej zemsty. Ale zakładam, że jednak zależy panu na szczerości, prawda? Nie mam żadnej traumy. Wszystko jest w porządku.

– Wie pani, czemu baza opustoszała? – zapytał, powstrzymując się od uwagi, że jego zdaniem nic tu nie jest w porządku. – Gdy tam przyszliśmy, Mędrców już nie było. Była tylko pani.

– Prawdopodobnie odeszli – powiedziała po prostu.

– Dokąd?

– Nie wiem, nie zwierzyli mi się.

– Zostawili panią samą. Gdybyśmy nie przybyli, umarłaby pani w tej celi. Jak długo była pani sama?

– Czy ja wiem? Kilka dni. Miałam w mojej kwaterze jedzenie i picie. Nie niepokoiłam się, prawdę mówiąc. Myślałam, że to część planu i że niedługo wrócą. Gdyby nie wrócili, pewnie faktycznie w końcu bym umarła. Ale miałam szczęście i znaleźliście mnie.

 

– Niemożliwe – zawyrokował Kai. – Niezależnie od tego, co Sven mówi na temat jej biologii, reakcje, które obserwowałem, nie były ludzkie. Żaden człowiek tak by się nie zachował.

– Jeżeli definiujesz człowieczeństwo poprzez odczuwanie urazy, to gratuluję nastawienia do rzeczywistości! – obruszył się Sven.

Kapitan westchnęła.

Siedzieli we troje w czymś, co od biedy można było nazwać salą konferencyjną. W końcu poważna narada wymaga poważnego otoczenia. Tylko oni, jak do tej pory, znali wszystkie aspekty sprawy. Statek rzecz jasna huczał od plotek. Zresztą nie tylko statek. Ziemski rząd uparcie domagał się raportu, zapewne dlatego, że sam był mocno ciśnięty przez wyższe instancje. Prawdopodobnie cała galaktyka z zapartym tchem oczekiwała na wieści. Załoga „Ifryta” nie mogła ignorować tego w nieskończoność.

– Wcale nie definiuję człowieczeństwa. Nie jestem od tego. Po prostu wiem, co widziałem. Ta kobieta nie jest w szoku, nie wydaje się zagubiona, mimo że nie ma najmniejszego pojęcia, co się wokół niej dzieje. Mędrcy zostawili ją na pewną śmierć, a ona mówi o tym jak o niewartym uwagi incydencie. To nie jest normalne! Ona nie jest normalna!

– Dlaczego akurat ty miałbyś wyrokować o tym, co jest normalne? W moim odczuciu ona jest najnormalniejsza z nas wszystkich!

– Myślę, że oni ją stworzyli – powiedział cicho Kai. – Myślę, że powstała tam, w laboratorium. Nie ma wspomnień, bo przed tym, jak znalazła się w bazie, po prostu jej nie było. Powołali ją do istnienia w jakimś celu. Jest…albo miała być… narzędziem. Może zrobili takich więcej, a to był jakiś nieudany model, dlatego ją zostawili…

– Kai, nawet Mędrcy nie są w stanie ot tak sobie produkować ludzi – powiedział Sven tym swoim irytującym „nie-wierzę-że-muszę-ci-to-tłumaczyć” tonem. – Już dawno ustalono, że mimo całego swojego technologicznego zaawansowania, to nie oni są Stwórcami. Stwórców prawdopodobnie będą szukać jeszcze całe pokolenia po nas. I możliwe, że nigdy nie znajdą.

– Nie mówiłem nic o produkowaniu ludzi – sprostował Kai. – Bo ona nie jest człowiekiem. Nawet jeśli, jak mówisz, biologicznie jest nie do odróżnienia, to brakuje jej… nie wiem, jak to nazwać…

– Duszy? – rzucił kpiąco Sven.

– Może…

– Panowie, do rzeczy! – Kapitan zabrała głos po raz pierwszy od rozpoczęcia narady. – Mamy ustalić, co z nią zrobimy. Moja propozycja jest następująca: wysyłamy ją na Ziemię, zgarniamy nasze pieniądze, a potem zapominamy o sprawie i lecimy gdzieś, gdzie zgarniemy jeszcze więcej pieniędzy. Nie ukrywam, że ewentualny sprzeciw nie jest mile widziany.

Sven wyglądał, jakby „ewentualny sprzeciw” cisnął mu się na usta, ale nic nie powiedział. Kai kiwnął tylko głową. W końcu ich zadaniem było przeczesanie bazy i zbadanie tego, co znajdą w środku. Zadanie wykonane, resztą niech martwią się inni.

Filozofia najemnika.

– Zatem postanowione. – Kapitan uderzyła otwartą dłonią w stół, jednak nie przyniosło to spodziewanego efektu. W dużej, prawie pustej sali rozległo się jedynie ciche, niepewne plaśnięcie.

Doskonałe podsumowanie rozmowy, pomyślał Kai.

Zamiast wykrzyknika drżący, wkurwiający wielokropek.

 

– Ziemia jej nie weźmie – oznajmiła następnego dnia pani kapitan. – Obawiam się, że nikt jej nie weźmie. Chyba nie wierzą, że nie wybuchnie. Ja też swoją drogą nie wierzę, dlatego wcale mi się nie uśmiecha trzymanie jej na statku. Wysłałam rządowi wszystko, co mamy. Zgadzają się z nami, że ta… osoba?… że może być niebezpieczna. Dlatego jej nie chcą. Wolą, żeby w razie czego rozpiździła nasz skromny statek, niż całą planetę. W gruncie rzeczy logiczne. Tylko że ja nie mam ochoty siedzieć na bombie nie wiadomo jak długo! Mamy zalecenie, by wyeliminować ją jedynie, gdy stworzy bezpośrednie zagrożenie.

– Wtedy może być już za późno – mruknął ponuro Kai.

– Nie stworzy żadnego zagrożenia – burknął Sven w tym samym momencie. – Przecież powiedziałem. Żadnych armat zamiast rąk, żadnych rakiet w tyłku… Przestańcie panikować. Nie jest niczym zarażona, nie promieniuje, generalnie stanowi okaz zdrowia. Jest inteligentną i sympatyczną młodą kobietą, więc zamiast ją demonizować, spróbujcie się z nią po prostu zaprzyjaźnić!

– Po prostu zaprzyjaźnić! – jękną Kai ze zgrozą.

– A tak! Tobie by się akurat przydało! Twoje uprzedzenia…

– Że co?!

– Dosyć! Jesteście nie do wytrzymania! Wybacz, Sven, ale chyba darujemy sobie przyjaźń z nią. Niestety musimy ją tu trzymać, póki Kongres nie skontaktuje się z Mędrcami i nie wyjaśni tej sprawy. To może potrwać, więc… hm. Bądźcie ostrożni. Uważajcie.

– Na co? – zapytał Sven zaczepnie.

Kai sądził, że kapitan się rozzłości, ona jednak patrzyła zamyślona przed siebie niczym nie zdradzając, że w ogóle go usłyszała.

– Na co mamy uważać? – powtórzył Sven.

– W sumie dobre pytanie. – Kapitan, ku zaskoczeniu Kaia, uśmiechnęła się.  – Uważajcie, po prostu. Na wszystko. Tak dla pewności.

 

II

 

– Wariactwo! Czyste wariactwo! – gorączkował się Sven. – Idziemy na wojnę z czymś czego nie rozumiemy! To się źle skończy!

– Obowiązku nie ma – przypomniał sucho Kai i wysiorbał resztkę zupy z dna miski. – Kapitan pozwoliła odejść tym, którzy nie chcą lecieć.

Prawdę mówiąc wolałby, żeby lekarz faktycznie opuścił statek. Od dwóch tygodni mieszkali w osobnych kajutach, a widywali się jedynie podczas wspólnych posiłków. Wzajemne unikanie się za wszelką cenę obaj uznawali za zbyt dziecinne, bywało więc, że zamienili czasem kilka słów. Mimo wszystko Kai znosił tę sytuację znacznie gorzej, niżby się tego po sobie spodziewał. Sven przeciwnie, chyba odczuwał ulgę. Wreszcie mógł spokojnie zająć się swoim nowym obiektem zainteresowania.

– Jeśli oddadzą mi Calę, odejdę choćby dzisiaj – oznajmił właśnie.

Kai westchnął.

Wiedział, że Sven prawdopodobnie nie kochał Cali, tak, jak nigdy nie kochał jego. Dziewczyna była jednak w stanie wzbudzić w nim uczucie, którego Kai od dawna już wzbudzić nie potrafił.

Ciekawość.

Sven przez całe życie szukał nowych doznań, kolekcjonował wrażenia, unikając stałości i rutyny. Gdy tylko jego kolejna ekstrawagancja zmieniała się w normę, wycofywał się i znajdował sobie kolejne dziwactwo.

Związek z Kaiem też stanowił dla niego tylko przygodę. Nigdy wcześniej nie był z mężczyzną, a oto miał okazję sprawdzić, jak to jest. Sprawdził więc, a teraz, mając do wyboru kontynuowanie tej znajomości i uwiedzenie domniemanej maszyny zagłady, nie zastanawiał się długo. Wprawdzie wciąż utrzymywał, że Cala nie jest niebezpieczna, musiał jednak przyznać, że stanowiła zagadkę. A na Svena nic nie działało lepiej niż zagadka.

Kai wiedział, że tak to się kiedyś skończy, ba, nawet sam od dłuższego czasu rozważał rozluźnienie relacji, a jednak gdy to już się stało, czuł się źle i ulżyłoby mu zdecydowanie, gdyby Sven poszedł do diabła. On jednak najwyraźniej nie zamierzał.

Nie bez Cali.

– Nie mogą ci jej oddać – powiedział Kai. – Wciąż nie wiadomo, czym ona jest.

Kilka dni po opublikowaniu jej portretu przyszła wiadomość z jednej z ziemskich uczelni. Rozpoznali dziewczynę, jako zaginioną przed kilkoma miesiącami doktorantkę, co oznaczało, że Mędrcy faktycznie uprowadzili ją i w jakiś sposób zmienili, Sven wciąż jednak nie ustalił charakteru tych zmian. Zdaniem kapitan dlatego, że wcale się nie starał. Istniała też możliwość, że nauka i technologia Mędrców były po prostu zbyt zaawansowane, by pozostałe rasy za pomocą swoich narzędzi mogły odkryć cokolwiek.

Ostatecznie w końcu Rada zarządziła przygotowanie odpowiednio zabezpieczonego schronu na jakiejś platformie z dala od siedzib rozumnych ras i przetransportowano tam dziewczynę, ku rozpaczy Svena. Skompletowano też zespół badawczy, który miał potwierdzić dotychczasowe ustalenia. Wszyscy obawiali się, że Cala – okazało się, że to jej prawdziwe imię – stanowi ultranowoczesną bombę z opóźnionym zapłonem i aktywuje się, gdy Mędrcy uznają, że nadszedł czas.

– No właśnie. Nie mogą mi jej oddać. – Sven podniósł się z krzesła. – Dlatego ja nie mogę odejść. Tylko zostając z wami mam jeszcze szansę ją zobaczyć. O ile podczas tej waszej chorej inwazji Mędrcy nie rozpieprzą nas wszystkich na nanocząsteczki.

Po tych słowach odwrócił się i odszedł. Kai został sam nad pustą miską, a ostatnie wypowiedziane przez Svena zdanie, wciąż odbijało mu się echem pod czaszką.

 

Gdy tylko ziemski rząd przekazał Kongresowi raporty z „Ifryta”, wystosowano pierwsze wezwanie do rozmów. Odpowiedź nie nadeszła, podobnie jak na kolejne i jeszcze następne. Mędrcy nie przyjęli też ani jednego poselstwa, nie podając powodu. Prawdę powiedziawszy po prostu ignorowali statki, lądujące przed ich bazami. Uparcie siedzieli w środku, zamknięci na cztery spusty.

To też nie było normalne. Fakt, byli skrytym ludem i nie nawiązywali kontaktów z innymi rasami, nawet, jeśli dzielili z nimi planetę, ale we własnym gronie funkcjonowali normalnie. Każdą bazę otaczała osada, w której toczyło się codzienne życie. Obecnie osady opustoszały. Większość gdzieś odleciała, a ci, którzy zostali, zabarykadowali się w głównym budynku bazy. Tak było na wszystkich ośmiu planetach.

Rada uznała jednomyślnie, że są to działania zbrojeniowe, o tyle niebezpieczne, że w wyniku ewentualnego ataku mogły ucierpieć jednocześnie wszystkie planety. Dlatego też zapadła decyzja o uprzedzeniu ataku.

Mędrcy budowali swoje bazy na odludziach, ewakuacja ludności, mogącej znaleźć się w polu rażenia, przebiegła więc szybko i sprawnie. Przez cały ten czas próbowano nawiązać kontakt, w nadziei, że inwazja nie okaże się konieczna. Mędrcy, swoim zwyczajem milczeli, a zdesperowany Kongres panikował coraz bardziej. Tym właśnie – aktem desperacji i paniki – był według Kaia cały ten jutrzejszy atak. I, choć mu tego nie powiedział, zgadzał się ze Svenem.

To czyste wariactwo i źle się skończy.

Pozostawała jeszcze kwestia Cali. Nie było większych wątpliwości co do tego, że właśnie ona będzie stanowiła decydujący element tej rozgrywki. Na razie była w rękach Kongresu.

Ale Kai wcale nie był pewien, czy to dobrze.

 

Baza stała pośrodku niczego i sprawiała wrażenie całkowicie wymarłej.

– Finlandia – mruknął któryś z nawigatorów, obserwując obraz na monitorze. – Nie mogli się usadowić w jakimś przyjemniejszym klimacie?

– Robi ci różnicę? – zapytał ktoś.

– Koło chuja mi lata. Tak tylko mówię, żeby…

– Cisza! – Kai stał na mostku, próbując się uspokoić, a gadanie załogi wcale mu w tym nie pomagało. – Skupcie się.

Drugi monitor zamigotał i wyświetlił krótki tekst ostatecznego wezwania do rozmów.

Niech odpowiedzą. Niech się odezwą. Kai złapał się na tym, że powtarza w myślach te zdania jak zaklęcia. Niech to się okaże pomyłką. Jakimś ponurym żartem. Nie powinniśmy. Nie możemy! Przecież… Przecież możliwe, że oni nas nie zrozumieli. Być może wcale się nie zbroją. Może po prostu siedzą tam, a my…

Prawdę mówiąc nie sądził, żeby to było możliwe. Wiedział, że translatory Mędrców działają dobrze. Wcześniej zdarzyło się kilka sytuacji, w których komunikacja z nimi okazała się niezbędna i kontakt, choć krótki i bardzo oficjalny, przebiegł bez zakłóceń.

Elektronicznie wzmocniony głos kapitana statku dowodzącego odczytał wezwanie trzy razy. Bez skutku.

Żeby chociaż otworzyli ogień, myślał Kai, wiedząc, jak absurdalnie to brzmi. Do tej pory zawsze był pewien wrogich intencji tych, do których strzelał. Tym razem nie był pewien niczego i nie pomagała nawet świadomość, że ostatecznie to nie on wyda rozkaz bombardowania.

„Ifryt” wraz z jednym statkiem rządowym, stanowiły wyłącznie wsparcie. Dwa okręty bojowe przeznaczono do zrzucenia bomb, piątą i ostatnią maszyną był statek dowodzący. Takie same grupy wysłano na pozostałych siedem planet, na których Mędrcy założyli swoje bazy. Wszystkim kierował Przewodniczący Rady Bezpieczeństwa ze swojej siedziby.

Kai zerknął na panią kapitan. Nie wyglądała najlepiej. Uczestniczyła w misji dobrowolnie, zaproponowano jej to jako dowódcy statku, na którym wszystko się zaczęło. Jej mina wskazywała jednak na to, że żałuje swojej decyzji.

Sven siedział w laboratorium i udawał, że nic go to wszystko nie obchodzi.

Kai miał nerwy napięte do ostatnich granic. Był zły na siebie, że tak ostro uciszył załogę. Może ich rozmowy choć trochę byłyby w stanie rozładować napięcie, a tak to nerwowe pochrząkiwania i szelest kombinezonów tyko je potęgowały.

Cokolwiek się stanie, wszystko będzie lepsze od tego czekania, pomyślał Kai.

I wtedy padł rozkaz.

A potem kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie.

Rozległ się stłumiony huk. Chmura pyłu przysłoniła wszystkie monitory. Była zbyt gęsta i nieprzenikniona, jak na przewidywany efekt eksplozji. Nie przypominała kłębów dymu, które spodziewali się zobaczyć. Nie dało się też nigdzie dostrzec ognia, choć przecież zbombardowana baza musiała właśnie płonąć. Tajemnicza chmura, zamiast rozwiewać się, gęstniała. Pochłonęła obrazy i dźwięki, pozostawiając na monitorach sinawą nicość.

W tej samej chwili zawył alarm. Wśród załogi nastąpiło poruszenie, ale wszyscy pozostali na miejscach. Komunikacja między statkami wciąż działała. Z głośników dochodziły okrzyki.

– Wstrzymać ogień! Wstrzymać ogień! – usłyszał z Kai. Nie miał pojęcia, czy był to rozkaz, czy tylko czyjeś pobożne życzenie.

Czerwone kontrolki migotały, syrena zawodziła, a członkowie załogi spoglądali po sobie niepewni, czy pozostać na stanowiskach, czy realizować procedurę kryzysową. Nikt nie kwapił się zanadto, by im to powiedzieć.

– … wstrzymany – zachrzęścił znów głośnik. – Na pięciu planetach zdążyliśmy zatrzymać…

Na pięciu planetach. Na pięciu… Co… co z pozostałymi trzema, myślał gorączkowo Kai. Co z Ziemią? Co z… z moim domem?!

– Kurwa, co to jest?! Co się stało?! – załoga bez trudu przekrzykiwała alarm. W głosach ludzi słychać było panikę.

I w końcu padło to słowo, którego Kai obawiał się najbardziej. Jakby fakt, że nie zostanie wypowiedziane mógł powstrzymać samo zjawisko.

Ze statku dowodzącego nadszedł sygnał do odwrotu i rozkaz realizacji procedury kryzysowej na wypadek skażenia.

Skażenie. Słowo to, zamiast spotęgować chaos, paradoksalnie sprawiło, że załoga uspokoiła się. Na większość z nich, w przeciwieństwie do Kaia, nazwanie rzeczy po imieniu podziałało dobrze. Wróg zyskał twarz.

Komunikacja z pozostałymi statkami została unormowana. Przewodniczący Rady Bezpieczeństwa otrzymał zbiorczy raport i wezwał wszystkie jednostki do lądowania na jednej z medycznych międzyplanetarnych platform rządowych.

Kapitan „Ifryta”, blada i spięta, ustawiła kurs, po czym oznajmiła uruchomienie protokołu awaryjnego. Osobiście nadzorowała komorę dezynfekcyjną, przez cały czas nie mówiąc ani słowa. Nie odezwała się, gdy wszyscy po kolei pobierali z magazynu kombinezony ochronne i wkładali je sprawnie i również w milczeniu.

– Do czasu lądowania nie wolno nam poruszać się po statku, niczego dotykać, tym bardziej jeść czy pić – warknęła w końcu, gdy byli gotowi. – Teraz pójdziemy do szpitala i zajmiemy wszystkie izolatki, jakimi dysponuje doktor Sven.

– Nie jestem pewien, czy on dysponuje jakąkolwiek izolatką – mruknął Kai, zanim zdążył się powstrzymać.

Kapitan rzuciła mu nieodgadnione spojrzenie.

– Zaraz się okaże, prawda? – powiedziała sucho.

– A właśnie – zorientował się Kai. – Gdzie w ogóle jest Sven?

– Też się zaraz okaże.

Nie trzeba było na to długo czekać.

Nim ktokolwiek zdążył wykonać choćby krok w stronę drzwi, te otworzyły się i stanął w nich lekarz pokładowy we własnej osobie. Nie włożył kombinezonu. Miał na sobie zwykle, cywilne ubranie, na które narzucił rozpięty kitel. Z całej jego postaci biło coś dziwnego – ręce wbił w kieszenie, a wzrok w podłogę i stał tak bez słowa, pozwalając, by reszta załogi gapiła się na niego w zdumieniu. W pierwszej chwili Kai mylnie odczytał tę pozę jako poczucie winy, wręcz próbę odpokutowania jej, poprzez bezsensowny akt autodestrukcji. Bo jaki mógł być inny powód, dla którego lekarz tak lekkomyślnie miałby ryzykować skażenie nieznaną substancją?

Chciał na niego wrzasnąć, potrząsnąć nim, zmusić, by, jak wszyscy, zastosował się do procedury i nie urządzał demonstracji. Kapitan miała chyba podobny zamiar. Prychnęła gniewnie, zapewne szykując się do ostrej reprymendy, zakończonej rozkazem natychmiastowego wypierdalania do komory dezynfekcyjnej, głos jednak uwiązł jej w gardle, gdy Sven uniósł wreszcie głowę i uśmiechnął się drwiąco, bynajmniej bez śladu skruchy.

– Jak już skończycie martwić się o swoje tyłki, przyjdźcie wszyscy na pokład – powiedział. – Możliwe, że jest tam coś, co was zainteresuje.

Jakby na potwierdzenie jego słów, zawieszony pod sufitem głośnik przemówił głosem Przewodniczącego Rady Bezpieczeństwa.

– Załogi wszystkich statków mają niezwłocznie stawić się na głównym pokładzie. Powtarzam…

Nie musiał powtarzać.

Gdy dobiegli na miejsce, głośnik wciąż jeszcze skrzeczał.

– Proszę o zachowanie spokoju. Transmisja będzie odbywać się na żywo…

– Jaka transmisja? – zapytał Kai.

Kapitan nie odpowiedziała. Uruchomiła komunikator.

– Załoga „Ifryta” melduje się na pokładzie – powiedziała do mikrofonu. – Panie Przewodniczący, co się dzieje?

– Mędrcy nawiązali kontakt.

Kilka osób głośno wciągnęło powietrze.

– Teraz? – warknęła kapitan. – Chyba trochę za późno na stawianie żądań!

Monitor błysnął, obraz zafalował i oto oczom załogi ukazała się twarz. Była prawie ludzka, tylko bardziej nieruchoma. Przypominała maskę, a oczy nie miały w sobie głębi.

– Nałożył hologram – mruknął Kai, choć przecież dla wszystkich było to oczywiste. Posługiwanie się hologramami stanowiło częstą praktykę w kontaktach pomiędzy zamieszkującymi różne planety ludami. Znacznie łatwiej było skupić się na rozmowie, mając przed oczami znajomy widok, a nie czułki, macki i wachlarze.

– Może my też powinniśmy? – mruknął Sven.

– Jeszcze czego! – warknęła kapitan, ignorując fakt, że połączenie trwa i ich rozmówca może ją usłyszeć. – Protokół dyplomatyczny nie obowiązuje w rozmowach z terrorystami.

– Nie jesteśmy terrorystami – głośnik wypluł przemielone przez translator słowa, świadczące o tym, że Mędrzec faktycznie usłyszał.

– Nie? A co to było?! – to samo pytanie wykrzykiwały pewnie także załogi pozostałych statków, Przewodniczący wyłączył jednak wzajemną komunikację.

– Proszę o spokój! – huknął teraz. – Ja poprowadzę rozmowę, proszę nie przerywać!

Prośba stanowiła tylko formalność, jako że chwilę później zablokował wszystkim statkom możliwość transmitowania przekazów. Prawdopodobnie udostępniał tę rozmowę również rządom wszystkich planet.

– Czego chcecie? – zwrócił się do obcego. – Jakie żądania mamy spełnić, żebyście cofnęli to… cokolwiek to jest?

– Nie chcemy niczego – odpowiedział spokojnie Mędrzec. – I nie cofniemy tego, co się stało.

– A co… co wy właściwie zrobiliście?! Dlaczego?!

– Nic nie zrobiliśmy. To wy zrobiliście. Nie wiem dlaczego, ale podejrzewam, że przez waszą niezrozumiałą skłonność do niszczenia wszystkiego, czego nie rozumiecie. Ale to już nie potrwa długo.

– Co nie…

– To, co zostało rozpylone na trzech z ośmiu planet nie jest trujące. Nie zabija, nie rani, nie wywołuje żadnej choroby. To po prostu… zmieni was.

– W co?!

– W nic. Na lepsze.

– To jakiś absurd… Proszę o konkrety. Stało się coś… coś strasznego…

Kai zauważył, że przewodniczący wybrał formę bezosobową. Nie „wy zrobiliście”. Nie „my zrobiliśmy”. Stalo się. Samo się stało.

– Nic strasznego. Dokładnie przebadaliśmy tę substancję.

– Na ludziach, tak? Na takich, jak… jak tamta!

– Nie tylko. Wybraliśmy przedstawicieli wszystkich ras. Wyłącznie ochotników. Warunkiem było jedynie, by nie zdradzili nikomu, dokąd i po co się udają. Wszystkie próby przebiegły pomyślnie.

– I kim oni teraz niby są?

– Lepszą wersją siebie.

– I wszyscy stracili pamięć? I cała reszta, ci ludzie na skażonych planetach…! Przecież to się skończy katastrofą!

– Co? Ach, nie! Oczywiście, że nie! Cali wymazaliśmy pamięć, ponieważ miała być waszą ostateczną próbą. Nie mogliśmy ryzykować, że cokolwiek z niej wyciągniecie. Oczywiście – zastrzegł pospiesznie – na wszystko wyraziła zgodę. Nie zrobiliśmy niczego wbrew czyjejkolwiek woli.

– Owszem, zrobiliście! – wybuchnął Przewodniczący. – Rozpyliliście truciznę na…

– Nie my – przerwał obcy ze spokojem. – I nie truciznę.

– Ale…

– Znaleźliście w bazie jedną bezbronną, zagubioną, pokojowo nastawioną kobietę. Jaka była wasza pierwsza myśl?

– Że…

– Że jest niebezpieczna. Dlaczego? Nie było żadnych przesłanek, by tak twierdzić.

– Chcieliśmy zapytać…

– Chcieliście. Ale my nie chcieliśmy z wami rozmawiać. Zwykle nie chcemy, więc nie było to nic nadzwyczajnego, prawda?

– Więc co mieliśmy…?

– Jak to: co? – Nawet przez filtr translatora dało się usłyszeć chłód w głosie Mędrca. – Zaopiekować się nią. Przystosować do życia w społeczeństwie. Gdybyście to zrobili, nie tknęlibyśmy zapasów substancji. Nie uzbroilibyśmy baz i życie toczyłoby się tak, jak do tej pory. Ale wy udowodniliście, że w czymś, czego nie rozumiecie, potraficie dostrzegać wyłącznie zagrożenie. Nie widzieliście w Cali dziewczyny, której przytrafiło się coś złego i której należy pomóc, tylko kogoś, kogo trzeba zamknąć w klatce, albo wręcz unicestwić. Wielka polityka, poważne narady i wszyscy jednomyślni. Osiem planet, osiem samoświadomych cywilizacji, wszystkie tak bardzo, tak niewiarygodnie podobne… Dokładnie tak, jak mówili…

– Kim wy jesteście? Czego od nas chcecie?!

– Tylko pewności, że pozwolicie żyć nam i… i innym. Że kiedy napotkacie coś, czego nie zrozumiecie, kiedy na swoje pytania nie otrzymacie satysfakcjonującej odpowiedzi, nie zareagujecie agresją.

– Co teraz będzie z… z tymi, którzy…

– Mówiłem. Staną się lepszą wersją siebie. Niestety, nie udało się wam uwolnić substancji na wszystkich planetach, ale to nic nie szkodzi. Mam nadzieję, że kiedy zobaczycie, jak to działa, sami zgłosicie się do nas po więcej.

– Prędzej nas szlag trafi – warknęła kapitan. Usłyszeli to oczywiście tylko członkowie jej załogi. Zareagowali potwierdzającymi pomrukami. Prawie wszyscy…

Kai odniósł wrażenie, że Przewodniczący miał zamiar powiedzieć coś podobnego jak pani kapitan, ale się powstrzymał.

– Jak to właściwie działa? – zapytał tylko drewnianym głosem.

– Redukuje negatywne emocje – wyjaśnił obcy. – Znacznie zmniejsza skłonność do agresji. Ulepszone jednostki nie złoszczą się, nie smucą, nie odczuwają urazy i zazdrości. Maja mniejszą skłonność do zamartwiania się, są mniej egoistyczne…

– Dosyć, to okropne! – zawołał Kai, zupełnie już nad sobą nie panując.

– Wspaniałe… – szepnął Sven w tym samym momencie.

Spojrzeli na siebie właściwie bez zdziwienia, bo przepaść, którą każdy z nich dojrzał w czach drugiego, była tam przecież zawsze.

– Rozumiecie chyba, że nie możemy na to pozwolić. – Przewodniczący jakby zebrał się w sobie. – To zbyt głęboka ingerencja, na którą nie wyrażaliśmy zgody. Obejmiemy kwarantanną wszystkich skażonych, poddamy szczegółowej obserwacji i badaniu, w celu znalezienia sposobu na odwrócenie zmian.

– Tego się obawiałem. – Translator nie oddawał wszystkich subtelności zawartych w tonie głosu, więc nie było wiadomo, czy w wypowiedzi Mędrca pobrzmiewa smutek, czy też satysfakcja z tego, że trafnie przewidział reakcję. – Nie chciałem uciekać się do tego argumentu, ale nie widzę innego wyjścia. Cóż, pozostałe bazy są nadal uzbrojone, a my mamy nad nimi kontrolę. Nie dostaniecie się do środka, nie zniszczycie substancji. My za to możemy rozpylić ją w każdej chwili i zakończyć dzieło. Wolelibyśmy nie uciekać się do tego rozwiązania, więc nie ukrywam, że liczę na negocjacje.

Przewodniczący wydał z siebie dziwny dźwięk – coś pomiędzy warknięciem i okrzykiem zgrozy.

– Dlaczego?! – ryknął. – Dlaczego, do cholery?! Dlaczego tak wam na tym zależy?! Przez tyle lat żyliśmy w pokoju! Osiem ras nie atakowało nigdy ani was, ani siebie wzajemnie, więc czego od nas chcecie?!

– Otóż świat nie kończy się na waszych ośmiu rasach… i naszej, dziewiątej – wyjaśnił Mędrzec. – My jesteśmy, jakby to najlepiej ująć… tylko jedną partią i to nieszczególnie udaną. Gdy zaczęliście nawiązywać kontakt z innymi żyjącymi w kosmosie rasami nie zdziwiło was, że tak łatwo się z nimi porozumieć? Że myślą w podobnych kategoriach, że bez większych problemów udało się stworzyć międzyplanetarne organizacje oparte na zasadach, które wszyscy w jakiejś formie znali już wcześniej? Prawda jest taka, że powstaliśmy wszyscy razem na podstawie podobnych założeń. Dlatego tak szybko odnaleźliśmy się we wszechświecie. Ale oprócz nas są inni. Inne, hm… serie, partie, czy jak to inaczej nazwać. Gdy ich spotkamy, prawdopodobnie ich nie zrozumiemy. Ani oni nas. Technologia, zarówno nasza, jak i zapewne ich, idzie do przodu i kontakt z istotami, które przekraczają nasze pojmowanie, wydaje się nieunikniony. Dlatego trzeba przygotować grunt. Dlatego moja rasa, jako najbardziej rozwinięta z naszej serii, otrzymała zadanie przetestowania was i zmodyfikowania, jeśli wykażecie zbyt niepokojący poziom agresji w kontakcie z czymś, czego nie rozumiecie. Musi do was dotrzeć, że pozostając tym, kim jesteśmy, w końcu doprowadzimy do wojny…

– Dlaczego my doprowadzimy? A… a ci… inni? Przecież nic o nich nie wiemy! Może to oni… o ile w ogóle istnieją… Może to ich… Może to nie nas trzeba…

– Spodziewam się, że pozostałe rasy także są w jakiś sposób przygotowywane do spotkania, ale to już nie nasza sprawa. My otrzymaliśmy polecenie, by zmodyfikować was i… i siebie również.

– Polecenie? Od kogo? – zapytał Przewodniczący, choć odpowiedź, równie oczywistą, co nieprawdopodobną, odgadli już wszyscy.

– Od Stwórców, rzecz jasna.

 

– No to… do zobaczenia. Może.

– Może. Dokąd pójdziesz?

Sven zastanowił się przez chwilę. Nie nad odpowiedzią, raczej nad tym, czy w ogóle jej udzielić. Załoga “Ifryta” zbierała się wreszcie do odlotu po wielodniowym pobycie na platformie medycznej, gdzie przeszli serię badań. Tylko on jeden nie wracał na statek i zdaje się, że nikomu nie było z tego powodu szczególnie przykro. No, prawie nikomu. Kai jako jedyny przyszedł go pożegnać. Zresztą tak czy inaczej zasługiwał na szczerość.

– Jest więcej takich jak ja – powiedział w końcu lekarz. – Przyłączę się gdzieś… do kogoś. Chcę pomagać zmodyfikowanym ludziom normalnie żyć dopóki nie zmądrzejecie.

– Oni będą żyć normalnie! Nikt ich nie skrzywdzi. My…

– Tak, wiem, wy tylko wyłapiecie ich, odseparujecie od społeczeństwa i pozamykacie w laboratoriach.

– Dramatyzujesz. Po prostu chcemy poznać charakter tego… tego czegoś, skoro być może kiedyś wszyscy będziemy musieli… – Kai wzdrygnął się na samą myśl.

– Na razie te ich negocjacje do niczego nie prowadzą i długo nie doprowadzą. Jeszcze przez jakiś czas nic nie będziemy musieli. My nie. Za to zmodyfikowani będą się gnieździć w szpitalach, a ci, którzy tam nie trafią, staną się lokalnymi atrakcjami dla osób ze swojego otoczenia. Nie powinno tak być. Powinni móc żyć jak wszyscy.

– Bez ich zgody odebrano im człowieczeństwo. Jak po czymś takim mieliby żyć jak wszyscy?

– Nasze tak zwane człowieczeństwo okazało się wyłącznie produktem i to wadliwym. Kai, im nikt niczego nie odebrał. Po prostu naprawiono usterkę.

Kai nie odpowiedział. Miał dosyć tej rozmowy. Była zupełnie bezcelowa. Stali ze Svenem na przeciwnych biegunach i nie mieli szans na porozumienie.

– Jestem ciekaw jak to się wszystko skończy – westchnął cicho.

– Mam nie najlepsze przeczucia.

– W tym jednym się zgadzamy.

– Kai?

– Hm?

– Postarajmy się nie być wrogami, dobrze? Tak długo, jak to będzie możliwe.

– Umowa stoi.

Przypieczętowali pakt krótkim uściskiem dłoni. Od strony statku dobiegły ponaglające okrzyki. Kai chciał powiedzieć jeszcze coś na pożegnanie, ale nie znalazł słów. Skinął tylko głową Svenowi i ruszył ku zniecierpliwionej załodze.

Koniec

Komentarze

Podobało mi się :)

Czyta się przyjemnie, fabuła bardzo szybko wciąga. Za to wielkie brawa – od razu zarysowujesz konflikt, wyraźnych bohaterów i zagadkę, która napędza akcję, bez certolenia się w jakieś rozległe wstępy. Dalej też jest dynamicznie. Trochę akcja spowalnia na koniec, przy tej przemowie Mędrca, która najmniej przypadła mi do gustu. Wcześniej bardzo podobało mi się to, jak tworzysz atmosferę narastającej paranoi i choć szybko wyłapałam, dokąd z tym zmierzasz, to bardzo mi to pasowało. Mędrzec potwierdził moje przypuszczenia, ale wyszło to dość łopatologicznie, choć może dzięki temu zdołałaś ogarnąć pomysł w zamkniętą całość – a raczej w jakiś etap całości. Zgadzam się, że pomysł jest do rozwinięcia i uważam, że warto go rozwijać, bo dobry jest :) 

Mnie również się podobało.

Hmmm. Może jestem agresywna, ale wydaje mi się, że usunięcie wszystkich negatywnych emocji nie wyszłoby nikomu na dobre. Tak, to stwarza olbrzymie możliwości rozwojowe dla fabuły…

– Wstrzymać ogień! Wstrzymać ogień! – usłyszał z Kai.

Czegoś za mało albo za dużo.

Jeszcze gdzieś tam brakowało przecinków, ale ogólnie napisane bardzo dobrze.

Babska logika rządzi!

“– W sumie dobre pytanie. – Kapitan, ku zaskoczeniu Kaia, uśmiechnęła się.  -Uważajcie, po prostu. Na wszystko. Tak dla pewności.“ – brak spacji

 

“– Tego się obawiałem. Translator nie oddawał wszystkich subtelności zawartych w tonie głosu“ – a tu brak myślnika

 

“Załoga Ifryta zbierała się wreszcie do odlotu“ – wszędzie do tej pory, Wiosno, brałaś Ifryta w cudzysłów.

 

Co by tu… Powiem tak: czytało mi się całkiem dobrze. Opowiadanie zainteresowało mnie już na samym początku, a to w końcu bardzo ważne. Ale kierunek, w którym rozwinęła się fabuła, nie przypadł mi do gustu. Za bardzo to wszystko łopatologiczne, “jesteście agresywni, wy niedobrzy ludzie (i inne rasy), więc odgórnie was złagodzimy”. Morał za bardzo po oczach, wow. Także jak dla mnie sposób pisania – na plus, treść na minus.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Na początku skojarzył mi się “Impostor” Dicka. Rozwiązanie zagadki i puenta jednak rozczarowała. Świat za mało zarysowany – jak dla mnie – ale tekst dobrze napisany i czyta się gładko. Pozdrawiam.

Dziękuję za wszystkie komentarze i materiał do przemyśleń. Zwłaszcza jeśli chodzi o morał, bo teraz to już sama nie wiem, czy to kwestia mojego  braku wyczucia, czy też każdy widzi to, co chce widzieć.

Owszem, pojawiła się w tekście niezbyt pochlebna opinia o ludzkości i postulat “odgórnego łagodzenia”, ale to nie miała być konkluzja, tylko jedna strona medalu, właśnie taki “łatwy” wniosek wysnuty przez patrzących z boku. Racje drugiej strony są, moim zdaniem, co najmniej równorzędne i miałam nadzieję, że udało mi się je zawrzeć w tekście. “Nawracanie” za pomocą podstępu i szantażu nie świadczy wszak za dobrze o tych ponoć wyżej rozwiniętych rasach i również jest barbarzyństwem, zwalczaniem zła innym złem.

Nie tylko tym “złym, agresywnym” ludziom się tu dostaje, bo ci, którzy ich osądzili, nie są wcale lepsi. A że sadzą patetyczne przemowy? Im się wydaje, że robią dobrze, więc sobie sadzą, ale to nie jest przesłanie całego tekstu. A przynajmniej nie miało być, więc powinnam się chyba zastanowić, gdzie popełniłam błąd, skoro tak to odbieracie…

Napisałam, że jest to pomysł do rozwinięcia, mając na myśli właśnie zarysowany konflikt pomiędzy zwolennikami “ulepszenia”, a tymi, którzy chcą walczyć o swoje “niedoskonałe” człowieczeństwo. Obie strony mają swoje racje, ale też obie łatwo mogą posunąć się za daleko. Jednoznaczny morał w ogóle mi się tu nie widzi, a już dawanie go na samym początku byłoby zupełnie bez sensu, więc chętnie się dowiem, co zrobić, żeby “brzmieć” mniej moralizatorsko.

"Więc piszesz. Zamieniasz wypadki swego życia w słowa. Słuchasz zwierzeń ludzi i kombinujesz: "Muszę to wykorzystać!". Oni zawierzają ci swoją intymność, a ty przerabisz ich na pasztetową. Jesteś jak wielki tasiemiec uwieszony w jelicie świata (...)" (R.

Hm, jeśli chodzi o mnie, to nie tyle przeszkadza mi morał, co łopatologia. Konflikt, o którym piszesz, jest dla mnie jasny i właśnie w związku z nim widzę duży potencjał w tym, w co możesz rozwinąć ten tekst. Wolałabym tylko, żeby Mędrcy inaczej ujawnili swój zamiar.  Albo żeby ludzie w jakiś sposób (pewnie nie mieszczący się w kilkudziesięciu tys znaków) sami wywnioskowali, o co im chodzi.

Początek intrygujący. Tajemnicza Cala zaciekawiła, jednak poznawszy jej rolę w całym zdarzeniu, poczułam ogromne rozczarowanie. Nie umiem powiedzieć, czego się spodziewałam, ale chyba wszystkiego, tylko nie tego, że dziewczyna stanowi rodzaj testu.

Nie przemawia do mnie także pomysł, by wszystkie istniejące rasy zostały pozbawione pewnych, właściwych sobie cech, a tym samym przystosowane do wyobrażeń i oczekiwań jednej, choćby i dominującej rasy.

Mimo zastrzeżeń czytało się całkiem nieźle, także dlatego, że opowiadanie jest napisane bardzo porządnie.

 

Cały czas z nią roz­ma­wiam. Na czas two­ich od­wie­dzin… – Czy to celowe powtórzenie?

 

Stalo się. Samo się stało. – Literówka.

 

Maja mniej­szą skłon­ność do za­mar­twia­nia się… – Literówka.

 

Gdy ich spo­tka­my, praw­do­po­dob­nie ich nie zro­zu­mie­my. – Czy oba zaimki są niezbędne?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 

Bardzo dobrze napisany tekst – ale to już wiesz.
Przesłanie, moim zdaniem, jest dość oczywiste i (znów moim zdaniem) bardzo jednostronne. Mędrcy są cacy, ludzie ble. Po przeczytaniu Twojego komentarza, Wiosno, wiem, że nie takie było zamierzenie. Wydaje mi się, że w celu lepszego wyrażenia ambiwalentnej opinii Autora, warto byłoby popracować jeszcze nad sceną rozmowy z hologramem Mędrca. W obecnej postaci, argumentów "przeciw” ludzkości jest tyle, że te “za" gubią się w słowotoku Mędrca.
Niemniej – biblioteka się zdecydowanie należy!

Hmm... Dlaczego?

Choć nie zgadzam się z paroma kwestiami, to jednak sądzę, że tekst jest bardzo dobry. Wciągnęło i czytało się bardzo równo. 

yes

F.S

Tekst napisany bardzo porządnie i od początku mnie wciągnął. Podobała mi się atmosfera napięcia i tajemnicy, gdy nie było jeszcze wiadomo, o co chodzi z maszyną zagłady. Puenta niestety nie trzyma poziomu reszty opowiadania. Niektórym przeszkadzała łopatologia, moje pierwsze wrażenie było takie, że strasznie dziwni ci Mędrcy, skoro potrzebowali takiego testu. Wystarczyłoby poobserwować trochę ludzkie społeczeństwo. Może jakiś Mędrzec-profesor dostał duży grant na przeprowadzenie eksperymentu, tylko tak to widzę ;).

Mimo tego małego rozczarowania, uważam, że maszyn nadaje się do biblioteki.

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nowa Fantastyka