- Opowiadanie: Miss Panamera - Dzieci Jessego

Dzieci Jessego

Przepraszam za wszelkiego rodzaju błędy i proszę o konstruktywną krytykę, pozdrawiam, debiutantka.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Dzieci Jessego

Strach. Towarzyszy ludzkości od czasów, kiedy z pietyzmem uderzano kamieniem o kamień i ozdabiano czerwoną ochrą ściany jaskiń. Bardzo przydatne narzędzie, dopóki człowieka nie zaczynają przerażać stykające się na talerzu elementy obiadu czy szypułki pomidora. Ten sam strach ścisnął jelita Jessego, kiedy w drzwiach mieszkania stanęła Lauren z niewielkim terrarium w rękach, przedstawiając panią Giggles.

Jesse zastanawiał się później wielokrotnie, cóż za chory umysł był w stanie wyprodukować tak nieadekwatną nazwę dla tego przyczajonego w cieniu sztucznych liści stworzenia. Nie protestował, kiedy instalowano terrarium na szafce w pokoju dziennym, a pod szafką domowy bank karaczanów i drewnojadów na pożywkę dla pani Giggles, choć pewne atawistyczne instynkty sprawiały, że pocił się bardziej niż zwykle. Raz nawet dla dodania sobie kurażu, a częściowo także aby upewnić Lauren, że wszystko jest w najlepszym porządku, stuknął niby od niechcenia w niepokojąco cienką szybkę która odgradzała go od ośmionogiego potwora. Później nie miał jednak ochoty na podobne wycieczki.

Jesse był osobą zdecydowanie zbyt dumną, aby przyznawać się do tego typu drobnych słabości, a już na pewno nie przed Lauren. Siedząc na toalecie doszedł do wniosku, że obecność pani Giggles nie powinna mieć żadnego wpływu na jego stan psychofizyczny, o ile on i pajęczyca będą trzymać między sobą odpowiedni dystans. Zadowolony z tego wniosku, pociągnął za spłuczkę i udał się do lodówki po schłodzonego brzoskwiniowego schnappsa.

Początkowo obraz jego codzienności nie uległ zmianie. Wszystkie poranki kiedy krzątał się po domu w zmechaconym szlafroku i kapciach, wyglądały podobnie. Proza życia pozwala zapomnieć, że mieszka się pod jednym dachem z miniaturowym mordercą. Gdyby nie fakt, że mijał terrarium po drodze do łazienki, Jesse mógłby całkowicie zapomnieć o istnieniu Pani Giggles. Ten stan trwałby nadal, gdyby nie fakt, że pani Giggles postanowiła rozprostować odnóża.

Oglądali właśnie z Lauren jakiś niszowy horror klasy B, wtuleni w siebie jak nastolatki, pomimo tego że czasy liceum mieli już dawno za sobą. Jesse lubił, kiedy wczepiała się w jego ramię udając że się boi, choć tak naprawdę nigdy się nie bała. W przeszłości stanowiło to pewien podniecający element gry wstępnej, lecz dzisiaj było jedynie pretekstem do tego, aby dostać się bliżej popcornu.

Na ekranie rozgrywała się właśnie scena sugerująca, że zaraz coś wyskoczy znienacka na grupkę niczego nie podejrzewających bohaterów, więc Jesse sięgnął odruchowo w kierunku pilota żeby zawczasu wyciszyć dźwięki, które mogłyby obudzić potencjalnych sąsiadów zza ściany. Jego ręka zatrzymała się sparaliżowana w połowie drogi. Na poręczu kanapy w miejscu w którym zazwyczaj spoczywał pilot, siedziała majestatycznie pani Giggles.

Ewolucja wyposażyła człowieka w pewne odruchy, pozwalające na natychmiastowe reakcje. Można uniknąć nadlatującej cegłówki widzianej przez ułamek sekundy kątem oka, lub z podziwem dla własnego refleksu, złapać szklany obiekt spadający nieuchronnie w kierunku kafelkowej posadzki. Pewne mechanizmy nakazują jednak zastygnąć w bezruchu z nadzieją, że niebezpieczeństwo nie zwracając na nas uwagi, powęszy chwilę i odejdzie.

Taki właśnie spazm wstrząsnął ciałem Jessego, uniemożliwiając mu ruch w jakimkolwiek kierunku. W pierwszej chwili myślał, że ma do czynienia z tworem swojej wyobraźni. Zamrugał nerwowo, lecz ptasznik theraposa blondi pozostawał niewzruszony na swoim miejscu. Puls Jessego szalał.

 

– Lauren – wykrztusił w końcu, z trudem maskując oznaki paniki – pani Giggles tu jest. 

Lauren wychyliła się za jego ramię i ze zdziwieniem odnotowała, że pani Giggles w istocie siedzi z nimi na kanapie.

– Wyciągałeś ją?

– Nie sądzę.

Jesse dopiero teraz zauważył, że jego ręka dalej wisi w powietrzu. Speszony opuścił ją pospiesznie i ułożył na kolanach. Oboje wymienili znaczące spojrzenia. Lauren pobiegła do kuchni po plastikowe pudełko do którego zgarnęła panią Giggles, jeszcze zanim ta zaczęła wyczesywać włoski parzące z odwłoka w akcie niezadowolenia. Oglądali terrarium z każdej strony, lecz nie potrafili dociec w jaki sposób ich maskotce udała się ta spektakularna ucieczka. Po chwili, wzdychając ciężko i wymownie, odezwała się Lauren.

– Słuchaj Jesse, nie żartuj tak więcej – rzuciła z przekąsem – rozumiem, udało Ci się. Ale pani Giggles to nie jest zabawka, nie chcę żeby coś jej się stało. Prawda pani Giggles? 

Lauren pogładziła czule ściankę szklanego więzienia w którym na powrót zamknięta została uciekinierka. Jesse oczywiście zaprotestował, ale szybko uświadomił sobie bezcelowość swoich starań, ponieważ Lauren zdążyła orzec ostatecznie i bezapelacyjnie o jego winie. Często przybierała pozę, która miała za zadanie uzmysłowić mu, że niczym wyborna szachistka widzi wszystkie jego perfidne posunięcia. Choć zazwyczaj właśnie w takich momentach nie miewała racji. Usatysfakcjonowana rozwiązaniem zagadki, acz niezbyt zadowolona z zaistniałej sytuacji, udała się do łazienki. Oboje stwierdzili, że nie mają ochoty na kontynuację seansu. 

Ta noc nie należała do najłatwiejszych. Jesse miotał się z boku na bok, owijając się kołdrą najszczelniej jak to tylko było możliwie. Kiedy wpatrywał się zbyt długo w jakiś kąt przyciemnionego pokoju, zaczynał widzieć śmigające w ciemności odnóża. Gorączkowo pocił się w swoim prowizorycznym kokonie, jednocześnie nie mogąc znieść myśli, że którąś z części ciała mógłby wyściubić poza jego obszar. W końcu udało mu się zapaść w swego rodzaju półsen, z którego wybudził go dopiero przeszywający dźwięk elektronicznego budzika. Na cyferblacie widniała godzina szósta trzydzieści. Jesse wstał i poczuł się jeszcze bardziej wyczerpany, niż poprzedniego wieczora.

Ewolucja nie przygotowała człowieka do pracy w kancelarii notarialnej. Kiedy podminowany Jesse z wymuszonym wyrazem zaangażowania na twarzy słuchał kolejnego petenta, jego umysł nawiedzały niepokojąco kuszące wizje, w których to wyciągał spod biurka klucz francuski i energicznie uderzał nim o twarz siedzącego vis-a-vis łysego faceta, a na jego śnieżnobiałe mankiety i kołnierzyk tryskały fontanny krwi. Zamiast tego, kiedy klient skończył mówić, Jesse uprzejmie wyjaśnił dlaczego nie może wydać odpisu aktu notarialnego. 

Od pamiętnego wieczora atmosfera w domu stała się wyczuwalnie bardziej napięta. Jesse wciąż miewał problemy ze snem, co wpływało negatywnie na jego zdolności interpersonalne. Przyłapał się na tym, że obserwuje panią Giggles chociażby po to, aby upewnić się że ptasznik goliat wciąż jest na swoim miejscu. 

Siedział w fotelu przeglądając fora internetowe w poszukiwaniu opinii na temat nart Fischera i porównywał wybrane modele z droższymi odpowiednikami Blizzarda. W ręku trzymał kubek gorącego latte macchiato. Kątem oka spoglądał na miniaturową wersję lasu tropikalnego zainstalowaną dwa metry dalej, gdzie pani Giggles pyszniła się bezwstydnie w sztucznym świetle lampki. Jesse upił łyk pianki i skupił się na lekturze. Kiedy ponownie zawiesił wzrok na ściankach terrarium, nie zdołał dostrzec pajęczych odnóży pośród sadzonek egzotycznych roślin. Poczuł natychmiastowe ukłucie niepokoju, lecz postanowił zdusić irracjonalny lęk w zarodku, tłumacząc sobie tym samym, że poczwara zapewne wpełzła na powrót pod wydrążony pieniek który służył jej za schronienie.

Ta niepokojąca obserwacja nie dawała mu jednak spokoju, więc z cichym stęknięciem wstał z fotela, odkładając laptop na stolik. Z narastającym przerażeniem odkrywał, że nie jest w stanie zlokalizować brązowego cielska pani Giggles. Nadnercza Jessego dokonały natychmiastowego wyrzutu adrenaliny do krwi. Odskoczył od terrarium jak oparzony, gotów w każdej chwili nastąpić na wałęsającego się po dywanie stawonoga.

– Lauren! Ta mała szkarada znowu wylazła! 

Miotał się niczym tonący rozbitek, który dostrzegł płetwę grzbietową krążącego wokół rekina.

– Czego tam chcesz? 

– Słuchaj mnie kobieto, mówię że tej francy znowu nie ma! 

Lauren wycierając ręce w ściereczkę kuchenną pojawiła się w futrynie. Zaciśnięte usta świadczyły o poirytowaniu.

– Nie zaczynaj znowu. Jak to nie ma?

Jesse chciał unieść palec aby wskazać na puste terrarium. Jego ręka zatrzymała się jednak po wykonaniu połowy zamierzonego ruchu. Odwłok pani Giggles wraz z kompletem czterech par odnóży, spoczywał dokładnie tam, gdzie można było się tego spodziewać, czyli na swoim miejscu. Nastąpiła chwila niezręcznego milczenia, podczas której Jesse starał się zrozumieć co właściwie zaszło. Lauren z szerokiego repertuaru póz postanowiła wybrać jej ulubioną, sugerującą dezaprobatę, przybieraną wtedy, kiedy stykała się z czymś wyjątkowo żenującym. Bez słowa wróciła do kuchni zostawiając męża samego. 

Tę noc Jesse spędził leżąc na wznak, wpatrzony w sufit. Splótł ręce na piersi. Zaczynał poważnie się zastanawiać nad wpływem jaki bezsenność wywierała na jego życie.

Rano Lauren zauważyła, że Jesse wygląda wyjątkowo mizernie. Jego twarz przybrała blady odcień, a pod oczami rysowały się głębokie cienie. Pomimo solennych zapewnień, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, zanim wyszedł do pracy wcisnęła mu do reki numer ich lekarza rodzinnego. Zamierzał pozwolić, aby świstek zaginął w odmętach płaszcza, lecz kiedy ze zdziwieniem odnotował, że dostał zadyszki wdrapując się po schodach do kancelarii, niechętnie wyciągnął z kieszeni pomiętą wizytówkę. 

 

Jesse siedział na kozetce obserwując konowała, który lustrował wyniki jego morfologii. Pomimo tego, że nie cierpiał na syndrom białego fartucha, po ostatniej kolonoskopii czuł się w obecności lekarzy co najmniej dziwnie. Specjalista medycyny rodzinnej marszcząc brwi w skupieniu, poprawił ułożenie okularów w czarnych oprawkach na nosie, po czym oparł łokcie na poręczach krzesła, gotowy aby wydać wyrok.

– Ma Pan anemię.

Jessemu zdarzyło się kiedyś nosić walizki, z których jedna wyglądała na wyjątkowo ciężką. W podniesienie jej włożył więc odpowiednio dużo siły. Kiedy jego ramiona dynamicznie poszybowały do góry, ze zdziwieniem stwierdził, że walizka jest pusta i wcale nie waży tyle na ile wygląda. Teraz czuł się podobnie. Z dziwnym spokojem umysłu oswajał się z myślą o wielogodzinnej chemioterapii i powolnej, bolesnej agonii, podczas kiedy jedynym zaleceniem o jakim poinformował go lekarz, było przyjmowanie preparatów żelaza i zmiana nawyków żywieniowych.

Jego stan zaczął się poprawiać już od pierwszych chwil rozpoczęcia kuracji. Usatysfakcjonowany powrócił do planowania wyjazdu na narty, nie mogąc się zdecydować czy w tym roku postawić na Alpy. Jesse nigdy nie należał do osób, które muszą przed wyjściem z domu dotknąć wszystkich klamek aby uchronić się przed atakiem histerii. Mimo to, opracował pewien rytuał, w myśl którego pod pretekstem udania się do toalety, przechodził przez przedpokój i spoglądał w kierunku terrarium. Siedział w łazience dobrych kilka minut, po czym odkręcał wodę z kranu imitując naturalne dźwięki wydawane podczas mycia rąk. Zakręcał wodę i wracał do sypialni zerkając raz jeszcze. W jakiś sposób zwiększało to jego komfort psychiczny.

W piątek spędzili z Lauren uroczy wieczór przy lampce wina i czeskiej komedii. Alkohol poprawił mu nastrój do tego stopnia, że zapomniał o czającej się w mroku terrarium pani Giggles. Uświadomił to sobie dopiero wtedy, kiedy zgasły ostatnie światła. Przez jakiś czas wiercił się niespokojnie czując, że zaniedbuje coś niezwykle istotnego. W końcu nie mogąc znieść narastającego napięcia, wysunął się spod kołdry i czując chłód posadzki pod stopą ruszył pogrążonym w mroku korytarzykiem w kierunku łazienki.

Blade światło latarni ulicznych wypełniało pokój dzienny. Terrarium na tle innych mebli prezentowało się dosyć wyraźnie. Jesse nie zwalniając kroku wytężył wzrok w poszukiwaniu znienawidzonych kształtów. Omiótł wzrokiem róg w którym posadzony został skrzydłokwiat, zlustrował miseczkę z wodą, zerknął pod wydrążony pieniek. 

Wpadł do łazienki i siadłszy na muszli klozetowej, zaczął obgryzać paznokcie. Mimo że czuł, jak jego żołądek podchodzi do gardła, podjął się desperackiej próby racjonalnego wyjaśnienia zaistniałej sytuacji. Po długich rozważaniach doszedł do wniosku, że przyczyną niepowodzenia misji jest z pewnością słabe oświetlenie. Zrewidował ten pogląd w drodze powrotnej, kiedy stojąc przed terrarium z latarką w ręku nie dostrzegł niczego innego oprócz względnie abiotycznych elementów wyposażenia. 

Ten sam instynkt, który zagrzewał jego ciało do walki, teraz nakazywał odwrót. Jesse wyłączył latarkę żeby nie obudzić Lauren, po czym znalazł się pod kołdrą. Jego półkule mózgowe toczyły zaciętą dysputę, w której lewa oskarżała go o urojenia, a prawa krzyczała, że terrarium jest puste. Owinięty po uszy i zdezorientowany wpatrywał się w ciemność.

Około godziny trzeciej poczuł obezwładniające go zmęczenie. Zaczęły nawiedzać go senne przywidzenia z panią Giggles w roli głównej. Wydawało mu się, że słyszy szept Lauren nad uchem, ale było w tym coś nieludzkiego, bluźnierczego. Oblał go zimny pot. Miał wrażenie, że wszystkie jego członki zostały zanurzone w gęstej melasie.

Dopiero dźwięk dzwonka wyrwał go z odrętwienia. Elektroniczny zegarek wskazywał godzinę ósmą trzydzieści. Pomimo wczesnej pory, Jesse zerwał się z łóżka i popędził w kierunku terrarium. Poranne promienie słońca wpadały do pokoju dziennego i oświetlały połyskujący odwłok pani Giggles, która zastygła w poetyckim bezruchu pomiędzy liśćmi smużyny a miseczką wody. Jesse jeszcze nie wiedział czy to on jest szaleńcem, czy to rzeczywistość z jakichś względów postanowiła oszaleć.

 

Przez następnych kilka dni czuł się wyjątkowo słabo. Pomimo tego, oddawał się z pełnym zaangażowaniem swoim wieczornym rytuałom, gdyż zdawały się one trzymać panią Giggles w szachu. Interesującego odkrycia dokonał podczas porannego golenia, kiedy na swojej bladej szyi zaobserwował dwie słabo widoczne kropki przypominające ślad po ugryzieniu.

– Kochanie, czy ja to wcześniej miałem? – zapytał stając w drzwiach łazienki i wycierając z twarzy resztki pianki. 

Lauren delikatnie ujęła dłońmi jego szyję i przejechała palcem po demonicznych znamionach.

– To tylko zwykłe syfy. Często wyskakują przy niedokrwistości.

Mówiąc to pocałowała go czule w policzek. Nie wiedziała, że staje się świadkiem narodzin obsesji. Od tamtego czasu Jesse zaczął zaszywać się w łazience z książkami o dziwnie brzmiących tytułach. Zapytany o to, dlaczego wybrał sobie tak specyficzne miejsce do lektury, odpowiadał, że harmonijny układ mebli w tym pomieszczeniu oczyszcza jego energię astralną. Kulminacją było zainstalowanie kamery z noktowizorem na regale w pokoju dziennym naprzeciwko terrarium, celem nagrania amatorskiego filmu dokumentalnego o udomowionym przedstawicielu rodzaju theraposa. Wyjeżdżając z domu na jeden dzień szkolenia, Lauren nachodziły niejasne obawy, że po powrocie nie zastanie niczego szczególnie przyjemnego.

Kiedy tylko Lauren zamknęła za sobą drzwi, Jesse sprawdził stan techniczny kamery umieszczonej na regale, jak i tej drugiej, termowizyjnej, zainstalowanej sekretnie obok stojaka na płyty. Zaparzył sobie podwójne espresso z pianką, włączył kanał Discovery i czekał. Wieczór nadszedł szybko, spowijając osiedle w mroku. Kiedy wybiła jedenasta, Jesse niechętnie wyłączył przytwierdzony do ściany płaski panel, wskoczył w slipy i wsunął się pod kołdrę.

Raziło go bladoniebieskie światło rzucane przez kanciaste cyfry wyświetlane na ekranie elektronicznego budzika. Czuł jak jego skronie pulsują rozsadzane ciśnieniem podwyższonym przez kofeinę i strach. Wiedział, że tej nocy nie zaśnie. Leżąc jak kłoda, starał się rejestrować wszystkie podejrzane dźwięki.

Pomimo nabuzowania, o godzinie drugiej czterdzieści pięć czasu środkowoeuropejskiego, Jesse z przerażeniem stwierdził, że ogarnia go tak dobrze mu znane paraliżujące znużenie. Jego powieki zrobiły się ciężkie, oddech zwolnił, a myśli rozbiegły się niezdarnie w nieokreślonym kierunku. Ze stanu słodkiego otępienia, któremu tak usilnie pragnął się oddać, wyrwał Jessego dźwięk tłuczonego szkła rozsypującego się po posadzce. Wlepił szeroko otwarte oczy w narastającą ciemność i z przerażeniem odkrył, że nie może się poruszyć. Jego ciałem wstrząsnął potężny spazm, a klatkę piersiową przygniótł niewidzialny ciężar, wyciskając zalegające w płucach powietrze. Z trudem nabierał tchu. Wśród łoskotu rozbijanych sprzętów usłyszał zdecydowane kroki. Ktoś biegał po mieszkaniu. 

Jesse walczył z pierwotnym, zwierzęcym lękiem a także z niewidoczną pajęczyną, która oplotła wszystkie jego członki i przyszpiliła do łóżka. Powietrze w pokoju zafalowało i wypełniło się cichym szmerem. W zaciemnionym rogu sypialni zaraz obok komody, zapalały się z wolna migotliwe czerwone punkciki. Zahipnotyzowany Jesse obserwował jak demoniczne światła suną w jego kierunku. Poczuł przez cienką kołdrę, że nadciągający cień o czerwonych ślepiach jest już na łóżku i teraz pnie się ku górze po jego łydkach. Kosmate odnóża stąpały metodycznie, niosąc rozkołysane cielsko.

Szmer niosący się echem po pokoju okazał się być narastającym z wolna szeptem. "Jesse, Jesse". Ciało mężczyzny krzyczało w agonii, próbując wyrwać się z morderczego uścisku. Do jego oczu napłynęły łzy rozpaczy, poczuł że umiera. "Idę do Ciebie Jesse" "Przychodzę po Ciebie Jesse". Kiedy cień dosięgnął jego klatki piersiowej, mężczyzna spojrzał w bezdenne, krwistoczerwone ślepia czystego zła. 

Jakiś niespodziewany przypływ mocy przeciął wiążące go pęta. Zaszamotał się w pościeli i runął z łóżka na ziemię. Zdyszany i spocony pobiegł do kuchni i chwycił tłuczek do mięsa. Sapiąc z przerażenia stąpał pomiędzy rozbitymi talerzami. Wtedy dał się słyszeć dźwięk przekręcanych w zamku centralnym kluczy i ciche skrzypnięcie otwieranych drzwi wejściowych. Stanęła w nich Lauren.

– Lauren, nie wchodź tutaj!

Zapaliła światło. Jej oczom ukazał się potargany, zarośnięty mężczyzna w slipach o spojrzeniu maniaka, z tłuczkiem do mięsa w ręce, stojący wśród odłamków szkła i ceramiki. Do oczu Lauren nabiegły łzy, zakryła usta dłonią w akcie desperacji. Niepewnie podeszła do Jessego wyciągając tłuczek z jego ręki. 

– Jesse, co ty robisz? Dlaczego zwłoki pani Giggles leżą na pokrywie kosza przy drzwiach?

Jesse dreptał przez chwilę w stopniu znacznego zdezorientowania, po czym zarzucił na siebie szlafrok i w kapciach zbiegł na dół. Dopadł do aluminiowego pojemnika na odpady. Powoli zaczynało świtać. Zmiażdżony korpus i powyginane odnóża pani Giggles leżące na lśniącej i śliskiej od lodu powierzchni, zdawały się nie pasować do mało egotycznej rzeczywistości osiedla mieszkaniowego. 

Jesse wparował do domu i zdecydowanym ruchem ręki oderwał kamerę zainstalowaną na regale, podczas kiedy Lauren siedząc na krześle próbowała opanować atak płaczu. Z niedowierzaniem odtwarzał nagranie. Według zarejestrowanego obrazu około godziny trzeciej wybiegł z sypialni i zaczął ciskać kuchenną zastawą o posadzkę. Przez kilka minut zanosił się głośnym śmiechem, po czym z okrzykiem na ustach, który brzmiał ni mniej ni więcej jak "Idę po Ciebie!", chwycił tłuczek do mięsa i podbiegł do terrarium. Brutalnie wyszarpał stawonoga ze sztucznego ekosystemu i uderzał dopóty, dopóki pani Giggles miała siłę wić się w agonalnych drgawkach. 

Obserwował przez chwilę pozostawioną na posadzce mokrą plamę, po czym ostrożnie zebrał okaleczone truchło ptasznika i ubrany w same slipy, zniknął za drzwiami. Kwadrans przebywał poza domem. Kiedy wrócił, stanął pośrodku pobojowiska i wpatrując się w ciemność czekał do godziny szóstej na powrót Lauren. 

Kiedy nagranie dobiegło końca, świat przed oczami Jessego zawirował. Osunął się na ziemię i słabym głosem oznajmił, że potrzebuje pomocy specjalisty.

 

Lekarz psychiatra zdiagnozował Jessego jako somnambulika i arachnofoba z postępującymi zaburzeniami urojeniowymi. Rozpoczął terapię, przepisał mu odpowiednie medykamenty i polecił kilka interesujących grup wsparcia. Jesse stawiał się regularnie na wizytach u doktora, nabierając kojącej pewności, że te przerażające wydarzenia stanowiły tylko zewnętrzną manifestację skrywanych fobii. Po pani Giggles zostało tylko puste terrarium. Lekarz polecił usunąć z najbliższego otoczenia przedmioty, które mogły mu się kojarzyć z przebytą niedawno traumą. Tym sposobem szklane więzienie wylądowało w piwnicy.

Jesse z cichym westchnieniem wziął do ręki kamerę termowizyjną, która od pamiętnego wieczoru wciąż tkwiła w tym samym miejscu. Bateria już dawno padła. Włożył ją do tekturowego pudełka razem z kamerą noktowizyjną i kompletem ładowarek. Chciał umieścić te sprzęty w składziku tuż obok terrarium, coś jednak zatrzymało go w połowie drogi do drzwi. Przez moment bił się z myślami, zerkając na trzymany w rękach karton. Przeklinając swoją głupotę, Jesse podłączył kamerę do ładowania. Kiedy zielona dioda poinformowała o zakończeniu procesu, niczym nastoletni młodzik, który chadza w tajemnicy przed nauczycielami zapalić za winkiel budynku szkolnego, podniecony zaczął odtwarzać nagranie. 

Na obrazie zarejestrowanym przez kamerę termowizyjną, wyglądał jak rozmazana pomarańczowo-czerwona plama, na ciemnofioletowym tle. Jesse przewinął nagranie do godziny trzeciej, czekając aż coś się wydarzy. Kamera uchwyciła jakiś nieznaczny ruch, ale nie odnotowała znaczących wahań temperatury. Obraz na cyfrowym wyświetlaczu pozostawał niezmieniony. Jesse poczuł jak pocą mu się ręce. Głośno przełknął ślinę i ponownie włączył funkcję szybkiego przewijania. Aż do godziny szóstej, kiedy to wytoczył się z sypialni pod postacią jaskrawej kuli światła, kamera nie zarejestrowała niczego oprócz posępnej, ciemnej przestrzeni.

Drżącymi rękami wyłączył sprzęt i sięgnął po opakowanie Xanaxu. Przełknął pośpiesznie dwie tabletki i stwierdził, że powinien wyrzucić kamerę bo najwidoczniej jest zepsuta.

Wieczorem udało mu się wyciszyć. Kiedy leżeli z Lauren w łóżku, przytulił się do niej na łyżeczkę i poczuł przyjemny dyskomfort pomiędzy nogami. Uśmiechnął się pod nosem zadowolony, że pomimo kuracji farmaceutykami udało mu się zachować sprawność. Jej włosy pachniały rumiankiem. Zatracił się w ich woni i objął ramionami delikatne ciało żony jeszcze mocniej. Nie wiedział, że  kilka stóp niżej, pod osnową ciemności pełzają kosmate cienie.

Koniec

Komentarze

Piszesz bardzo sprawnie, ale moim zdaniem zbyt rozciągnęłaś prostą historię. Nie byłem w stanie dokończyć opowiadania, znudzony ciągłym czytaniem o lęku Jessiego i jego reakcji na pająka. Może doczytam później.

Brakuje przecinków, szczególnie przed imiesłowami, znalazłem też jedną literówkę “reka”.

Nie wiem jeszcze, jak się kończy opowiadanie, ale moim zdaniem powinnaś skrócić część dotyczącą zachowania Jessiego przy tarantuli. Na początku fajnie się to czyta, ale potem miałem już dość.

Pozdrawiam

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Czytało się… w sumie całkiem przyjemnie, bo przypadł mi do gustu Twój styl. Może część opisująca reakcje Jessiego na ptasznika można byłoby faktycznie nieco skrócić, ale mi to lekkie przegadanie specjalnie nie przeszkadzało. Ciekawy opis fobii, bohater, w którego można uwierzyć, miła lekka wolta w końcówce plus zakończenie rodem z klasyki horroru. Fabuła może tylnej części ciała nie urywa, ale ogółem całkiem udany debiut, choć nad klepnięciem muszę trochę pomyśleć.

Też mi mignęła “reka”. Brakuje trochę przecinków, np.:

Wpadł do łazienki i siadłszy na muszli klozetowej+, zaczął obgryzać paznokcie. Mimo że czuł+, jak jego żołądek podchodzi do gardła, podjął się desperackiej próby racjonalnego wyjaśnienia zaistniałej sytuacji.

 

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Fishera, Blizzarda – niepotrzebne apostrofy

Zamierzał pozwolić zaginąć świstkowi papieru w odmętach płaszcza – dość dziwny szyk zdania

Mimo że czuł[+,] jak jego żołądek podchodzi do gardła

 

Niezły styl, zwłaszcza porównania przypadły mi do gustu. Skull ma nieco racji pisząc, że historia sprawia wrażenie rozciągniętej. Za to końcówka była w porządku.

Chętnie przeczytam jeszcze jeden tekst twojego autorstwa, Panno Panamero. Postaraj się nieco zagęścić fabułę : >

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Czytała się przyjemnie, chociaż faktycznie przecinków mogłoby być więcej. Zasadniczo, jeśli w zdaniu masz dwa czasowniki, to potrzebujesz dobrego powodu, żeby nie oddzielić ich przecinkiem. Ale wydaje mi się, że opisy reakcji Jessego są w porządku. To niegłupi facet; stworzenie z ośmioma nogami nie może być fajne.

udała się do łazienki zażyć wieczornej toalety.

Toalety się zażywa?

Wyjeżdżając z domu na jeden dzień szkolenia, Lauren nachodziły poważne obawy o to co może zastać po powrocie.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu.

 

Edit: Aha, a gdzie tu jest fantastyka?

Babska logika rządzi!

Dziękuję za wszystkie uwagi! :) Zdaję sobie sprawę, że muszę popracować nad interpunkcją. Wytknięte błędy postarałam się w miarę możliwości poprawić.

 

A co do fantastyki w tekście, to chciałam pozostawić pewne niedopowiedzenie, dwojakość interpretacji. Kamery zarejestrowały dwie wersje wydarzeń. Jedna była zgodna z tym, co zapamiętał główny bohater. Jeżeli więc wziąć pod uwagę możliwość że opisane wydarzenia nie były tworem jego wyobraźni, moim zdaniem podpada to pod fantastykę :) 

 

Nie wiem tylko czy ten zabieg mi się udał. Nie mam jeszcze doświadczenia w pisaniu tekstów, więc zamiast zasiać ziarnko niepewności mogłam wprowadzić chaos ;__;

Podobało się :D Oby tak dalej, a co do Twojego wyjaśnienia (o kamery chodzi) dla mnie to był dobry zabieg, natomiast może faktycznie wprowadzać trochę niejasności.

Powodzenia!

F.S

Nie mam nic do pająków i może dlatego nie do końca rozumiem zachowanie Jessego.

Szkoda, że w opowiadaniu jest tyle usterek. Gdyby nie one, satysfakcja z lektury byłaby znacznie większa.

 

Bar­dzo przy­dat­ne na­rzę­dzie, do­pó­ki czło­wie­ka nie za­czy­na­ją prze­ra­żać sty­ka­ją­ce się na ta­le­rzu ele­men­ty obia­du czy szy­puł­ki po­mi­do­ra. – Dość niefortunne określenie. Jedząc obiad, na talerzu mam raczej danie, składające się np.: z mięsa i warzyw. Chyba nie nazwałabym ich elementami.

 

Sie­dząc na to­a­le­cie do­szedł do wnio­sku… – Toaleta to pomieszczenie, trudno na nim siedzieć. Natomiast będąc w toalecie, można siedzieć na sedesie/ muszli.

Chyba że Jesse siedział na wytwornej sukni Lauren. ;-)

 

udał się do lo­dów­ki po schło­dzo­ne­go brzo­skwi­nio­we­go schnap­­psa. –Raczej: …podszedł do lo­dów­ki po schło­dzo­ne­go brzo­skwi­nio­we­go szna­p­sa.

Stosujemy pisownię spolszczoną.

 

Jesse mógł­by cał­ko­wi­cie za­po­mnieć o ist­nie­niu Pani Gig­gles.Jesse mógł­by cał­ko­wi­cie za­po­mnieć o ist­nie­niu pani Gig­gles.

 

żeby za­wcza­su wy­ci­szyć dźwię­ki, które mo­gły­by obu­dzić po­ten­cjal­nych są­sia­dów zza ścia­ny. – To sąsiedzi za ścianą byli, czy nie?

Sprawdź w słowniku znaczenie słowa potencjalny.

 

Na po­rę­czu ka­na­py w miej­scu w któ­rym za­zwy­czaj spo­czy­wał pilot… – Na po­rę­czy ka­na­py, w miej­scu, w któ­rym za­zwy­czaj spo­czy­wał pilot

 

sie­dzia­ła ma­je­sta­tycz­nie pani Gig­gles. – Na czym polega majestatyczność siedzenia pająka?

 

unie­moż­li­wia­jąc mu ruch w ja­kim­kol­wiek kie­run­ku. – Raczej: …unie­moż­li­wia­jąc mu wykonanie jakiegokolwiek ruchu.

 

Jesse do­pie­ro teraz za­uwa­żył, że jego ręka dalej wisi w po­wie­trzu. Spe­szo­ny opu­ścił ją po­spiesz­nie i uło­żył na ko­la­nach. Oboje wy­mie­ni­li zna­czą­ce spoj­rze­nia. – Z tego wynika, że Jesse i ręka wymienili spojrzenie. ;-)

 

Oglą­da­li ter­ra­rium z każ­dej stro­ny, lecz nie po­tra­fi­li do­ciec w jaki spo­sób ich ma­skot­ce udała się ta spek­ta­ku­lar­na uciecz­ka. – Ich? Maskotka była ich?

 

ro­zu­miem, udało Ci się. – …ro­zu­miem, udało ci się.

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

wy­cią­gał spod biur­ka klucz fran­cu­ski i ener­gicz­nie ude­rzał nim o twarz sie­dzą­ce­go vis-a-vis ły­se­go fa­ce­ta, a na jego śnież­no­bia­łe man­kie­ty i koł­nie­rzyk try­ska­ły fon­tan­ny krwi. – Raczej: …ude­rzał nim w twarz sie­dzą­ce­go vis-a-vis ły­se­go fa­ce­ta

Dlaczego fontanny krwi brukały tylko mankiety i kołnierzyk koszuli, a nie jej gors?

 

Za­mie­rzał po­zwo­lić, aby świ­stek za­gi­nął w od­mę­tach płasz­cza… – Świstek mógł zaginąć/ utonąć w przepastnej kieszeni, ale nie wydaje mi się, by mógł zaginąć w odmętach płaszcza.

 

Ma Pan ane­mię.Ma pan ane­mię.

Formy grzecznościowe piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

po czym od­krę­cał wodę z kranu imi­tu­jąc na­tu­ral­ne dźwię­ki wy­da­wa­ne pod­czas mycia rąk. – Można odkręcić kran, ale nie wodę. Na czym polega imitowanie naturalnych dźwięków, wydawanych podczas mycia rąk?

 

Jego pół­ku­le mó­zgo­we to­czy­ły za­cię­tą dys­pu­tę, w któ­rej lewa oskar­ża­ła go o uro­je­nia, a prawa krzy­cza­ła, że ter­ra­rium jest puste. Owi­nię­ty po uszy i zdez­o­rien­to­wa­ny wpa­try­wał się w ciem­ność. Około go­dzi­ny trze­ciej po­czuł obez­wład­nia­ją­ce go zmę­cze­nie. Za­czę­ły na­wie­dzać go senne przy­wi­dze­nia z panią Gig­gles w roli głów­nej. Wy­da­wa­ło mu się, że sły­szy szept Lau­ren nad uchem, ale było w tym coś nie­ludz­kie­go, bluź­nier­cze­go. Oblał go zimny pot. Miał wra­że­nie, że wszyst­kie jego człon­ki zo­sta­ły za­nu­rzo­ne w gę­stej me­la­sie. – Przykład nadmiaru zaimków.

 

oświe­tla­ły po­ły­sku­ją­cy od­włok pani Gig­gles, która za­sty­gła w po­etyc­kim bez­ru­chu… – Na czym polega poetyckość bezruchu pająka?

 

Kiedy wy­bi­ła je­de­na­sta, Jesse nie­chęt­nie wy­łą­czył przy­twier­dzo­ny do ścia­ny pła­ski panel, wsko­czył w slipy i wsu­nął się pod koł­drę. – Nigdy nie byłam mężczyzną, ale spać w slipach…

 

a myśli roz­bie­gły się nie­zdar­nie w nie­okre­ślo­nym kie­run­ku. – Skoro wszystkie myśli rozbiegły się w jednym kierunku, dlaczego nie można go było określić?

 

Ze stanu słod­kie­go otę­pie­nia, któ­re­mu tak usil­nie pra­gnął się oddać, wy­rwał Jes­se­go dźwięk tłu­czo­ne­go szkła… – W jaki sposób dźwięk tłuczonego szkła wyrwał Jessego z otępienia, któremu dopiero pragnął się oddać?

 

Ko­sma­te od­nó­ża stą­pa­ły me­to­dycz­nie, nio­sąc roz­ko­ły­sa­ne ciel­sko. Szmer nio­są­cy się echem po po­ko­ju… – Powtórzenie.

 

"Idę do Cie­bie Jesse" "Przy­cho­dzę po Cie­bie Jesse". – "Idę do cie­bie, Jesse", "Przy­cho­dzę po ciebie, Jesse".

 

Za­sza­mo­tał się w po­ście­li i runął z łóżka na zie­mię. Zdy­sza­ny i spo­co­ny po­biegł do kuch­ni… –Skąd wzięła się ziemia przy łóżku? Taki runięty pobiegł do kuchni? Nawet się nie podniósł, by pobiec?

 

Do oczu Lau­ren na­bie­gły łzy, za­kry­ła usta dło­nią w akcie de­spe­ra­cji. – Czym jest dłoń w akcie desperacji?

Może: Do oczu Lau­ren na­bie­gły łzy, w akcie de­spe­ra­cji za­kry­ła usta dłonią.

 

wy­glą­dał jak roz­ma­za­na po­ma­rań­czo­wo-czer­wo­na plama… – …wy­glą­dał jak roz­ma­za­na, po­ma­rań­czo­woczer­wo­na plama

 

przy­tu­lił się do niej na ły­żecz­kę i po­czuł przy­jem­ny dys­kom­fort po­mię­dzy no­ga­mi. – Raczej: …po­czuł przy­jem­ny dys­kom­fort mię­dzy no­ga­mi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka