- Opowiadanie: varg - Góra Ponad Inne

Góra Ponad Inne

Moje drugie opowiadanie. Zupełnie nie pasujące do internetu czy współczesnych trendów, ale nic na to nie mogłem poradzić. To opowiadanie po prostu chciało takie być. Nieśpieszne, długie i nawiązujące do pewnych przebrzmiałych już konwencji.

Niby to horror, ale niezbyt chyba straszny. Miłej zatem lektury.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

zygfryd89, Finkla, Użytkownicy, FoloinStephanus

Oceny

Góra Ponad Inne

Październik, rok 1953, Maine.

 

Według rozkładu pociąg miał się wkrótce zbliżać do Millinocket, postanowiłem więc wyjść do przedsionka, by rozprostować nieco kości i popodziwiać widoki. Krajobraz za oknem urzekał łagodnością. Sunęliśmy właśnie krawędzią skrzącego się ciepłymi refleksami wschodzącego słońca jeziora, wtopionego pomiędzy niewielkie, porośnięte wielobarwnym lasem wzniesienia. Gałęzie olbrzymich buków i dębów poruszały się gwałtownie, szarpane silnym wiatrem. Szeregi grubych pni rzedły miejscami nieznacznie, na tyle jednak, by dało się dostrzec w oddali ciemny masyw górski – przypuszczałem, że była to słynna grań Katahdin. Wybijała się spośród otaczających ją wzgórz niczym cielsko olbrzymiego śpiącego potwora. O tej porze roku noce na wysokościach musiały się już dawać we znaki, gdyż szczyt otulała całkiem wyraźna śnieżna pokrywa.

Zaczynał się piękny jesienny dzień, zlany złotym światłem poranka. Niebo cieszyło błękitem bez jednej chmurki. Pomimo ponurych okoliczności towarzyszących mojej wyprawie, niemal do samej stacji trwałem w zachwycie nad wspaniałością przyrody. Dlaczego tak rzadko opuszczałem Boston?

Pociąg zatrzymał się z bolesnym jękiem, a ja wysiadłem na skromniutki, drewniany peron. Położony był on, co zauważyłem z rozczarowaniem, w sporym oddaleniu od miasteczka, które wyrastało w dole, tuż poniżej tarczy wschodzącego słońca. Jaskrawe światło raziło moje przemęczone oczy, twarz studziło zimne, górskie powietrze. Z ciepłego wnętrza pociągu dzień wydawał się bardziej zachęcający. Po chwili zmagań z łopoczącym na wietrze płaszczem i kolejnych uderzeniach wzniecanej podmuchami kurzawy mój dobry nastrój przepadł bez wieści.

Byłem jedynym pasażerem, który wysiadł w tym miejscu, a podstarzały pracownik kolei wyraźnie ignorował moją obecność. Stał tam tylko, niewzruszony. I gdzież ta słynna gościnność północnego wschodu? Nie widziałem żadnej taksówki, westchnąwszy więc ciężko, dźwignąłem walizkę i piechotą udałem się w kierunku zabudowań Millinocket.

Po upływie mniej więcej godziny stanąłem przed niewielką kawiarenką w centrum. Choć była niedziela, drzwi zastałem uchylone. Wszedłem do środka, przywitany gromkim dzyń-dzyń dzwonka zawieszonego nad framugą. Wewnątrz nie było nikogo, lecz już po chwili usłyszałem kroki na schodach prowadzących na piętro, które mieściło chyba część mieszkalną budynku. Do pomieszczenia weszła całkiem zwyczajna kobieta w średnim wieku, w lekkim nieładzie, pełnym jednak uroku. Jej twarz rozpromieniła się na mój widok.

– Dzień dobry, czym mogę panu służyć?

– Dzień dobry, czy otwarte? – spytałem.

– Oczywiście, zawsze mamy otwarte, jeśli tylko są chętni, by nas odwiedzić. Jestem Liz – odpowiedziała z rozbrajającym uśmiechem.

Zamówiłem kawałek ciasta i kawę. Jedno i drugie było przyzwoite. Przejrzałem w międzyczasie gazetę, w której pewien nawiedzony ekspert straszył obywateli skutkami jakichś pomniejszych zamieszek na Kubie. Cholerni pismacy wszędzie węszyli teraz komuchów. Czyżby powojenny optymizm prysnął jak bańka?

Kończyłem się właśnie bawić pozostałymi na talerzyku okruszkami, gdy podeszła uprzejma właścicielka.

– Podać coś jeszcze? – zapytała, jak to ma zwykle miejsce, kiedy gość zbyt długo przebywa w lokalu bezczynnie.

Choć za przyjemnie rozgrzanym, lekko okopconym oknem poranek nadal kusił bezchmurnym niebem, naprawdę nie miałem ochoty wychodzić na zewnątrz. Dzień zapowiadał się tego rodzaju, kiedy z jakiegoś powodu, mimo słonecznej pogody, przepełnia człowieka rozdrażnienie i niechęć.

Niestety, miałem dzisiaj jeszcze wiele do zrobienia, zatem…

– Dziękuję, myślę, że to wystarczy. Nie wie pani przypadkiem, gdzie mogę złapać autobus w kierunku Old Point? – W jej oczach dostrzegłem zmieszanie.

– Old Point? Hmm… Nikt ich już nie odwiedza, wie pan… – Liz wzdrygnęła się i zafrasowała. – To oczywiście nie moja sprawa, ale cóż pana ciągnie do tej zapomnianej przez Boga mieściny?

– Pogrzeb – odpowiedziałem lakonicznie.

– Och. Bardzo mi przykro – Liz zmieszała się jeszcze bardziej. – Jest autobus do Tucksville. Jeśli zapłaci pan kierowcy, może podjedzie i do samego Old Point. Nie wiem. To kawałek drogi, a zresztą to dziwne miejsce, ludzie mówią, że wszyscy tam kompletnie zdziwaczeli.

– W jakim sensie?

– Niech pan wybaczy… co mi do tego, głupstwa gadam – zreflektowała się.

– Ależ proszę powiedzieć…

– Ach, to plotki tylko. Opowiadają ludzie, że tamci cudaczą, ale przecież mnie nic nie wiadomo… W każdym razie nikt z Old Point nie przyjechał tu już od czerwca albo i lepiej. A i wcześniej rzadko wyściubiali nosy z tej swojej mieściny. Kto ich tam wie? Nic w każdym razie u nich ciekawego. Nikt tam nie jeździ. Wszystko, co najlepsze w Maine, znajdzie pan u nas, w Millinocket, nie ma potrzeby pchać się w te dzikie ostępy – powiedziała z przekonaniem, a mnie, jakby dla zaprzeczenia jej słowom, przypomniał się osowiały pracownik kolei.

– Może zna pani kogoś stamtąd?

– Niech pomyślę… Zdaje się, że Peppe, ten włoski stolarz, on tam mieszkał jakiś czas. Ale już dawno temu.

– Cudaczy? – spytałem z nieco zbyt szerokim, szyderczym uśmiechem. Niestety, zauważyła go.

– No wie pan… – odpowiedziała, wyraźnie urażona.

– Przepraszam, pytałem z ciekawości, nie chciałem być niemiły…– zapewniłem, lecz zaraz pojąłem, że nie uratuję sytuacji. – Ile płacę?

Uregulowałem rachunek, podniosłem walizkę i wyszedłem. Zostawiłem Liz z jej zepsutym humorem. Słoń w składzie porcelany po prostu, pomyślałem o sobie. Jak nic wylazł ze mnie paskudny mieszczuch.

Wiatr zelżał nieco i dzień rzeczywiście robił się piękny. Chłód górskiego powietrza nadal był odczuwalny, lecz w ciepłych promieniach słońca stało się całkiem przyjemnie. Zapytałem jakiegoś przechodnia, gdzie zatrzymuje się autobus do Tucksville. Szczęśliwie miałem jeszcze niecałą godzinę do odjazdu. Znalazłem przystanek i tkwiącą przy nim olbrzymią ławkę. Doprawdy, największą, jaką widziałem w życiu. Nie jestem ułomkiem, ale przysięgam, kiedy się na nią wgramoliłem, nogi dyndały mi w powietrzu. Jak na niej siadały staruszki? Przypuszczałem, że kryła się za tym jakaś naprawdę intrygująca historia, której pewnie nigdy nie będzie mi dane poznać. Przypomniał mi się jednak stolarz imieniem Peppe.

Pozostały czas poświęciłem rozmyślaniom. Nie przypuszczałem, że były jeszcze w cywilizowanym świecie miasteczka tak zapomniane, że nie odwiedzali ich nawet najbliżsi sąsiedzi. Co z handlem? Poranną gazetą? Jak sobie radzili? Żałowałem, że nie dopytałem, ale jakoś nie przyszło mi to do głowy. Od czasu do czasu mijał mnie jakiś tubylec, łypiąc spode łba z zaciekawieniem, a czasem i rozbawieniem. Musiałem wyglądać przeuroczo na tej ogromnej ławce, z zadartymi nogawkami i odsłoniętymi skarpetkami. Jak mały chłopiec, czekający na mamę przed sklepem, ze znudzeniem machający w powietrzu nogami. Brakowało mi tylko beretu z antenką.

Czas mijał. Zaczynałem już podejrzewać, że stałem się ofiarą głupiego żartu i żaden autobus nie przyjedzie, gdy wreszcie pokraczny, rozklekotany pojazd pojawił się na gruntowej drodze, ciągnąc za sobą ogon kurzu. Gdy się zbliżył, dostrzegłem wymalowany nad przednią szybą wielkimi, eleganckimi literami napis: Tucksville.

Kilku pasażerów wysiadło, wszyscy po kolei zmierzyli mnie wzrokiem, lecz podążyli zaraz za swoimi sprawami. Kierowca był brodaczem w średnim wieku, z twarzą czerwoną od słońca i gorzały, ubranym w przepocony, biały podkoszulek. Opuścił swój fotel i wyszedł, znikając gdzieś zaraz między budynkami. Wsiadłem do autobusu, przecisnąłem siebie i moją walizkę (którą zaczynałem już przeklinać w duchu) wąskim przejściem i zająłem miejsce na końcu pojazdu. W środku zostało pięć osób. Dwie starsze kobiety, z których jedna w niepokojący, powykręcany i niezbyt chyba dla niej wygodny sposób spała na ramieniu drugiej, młoda, niezbyt urodziwa para, na pierwszy rzut oka małżeństwo, oraz znudzony chłopak, może czternastoletni. Siedzenia były skórzane, lecz niezwykle stare, poszarpane i wielokrotnie łatane. W środku panował zaduch, w dodatku prawie wszystko pokrywały drobiny piasku.

Rozsiadłem się, oparłem głowę o szybę i popadłem w zmęczoną zadumę. Myślałem o Rosie i o tym, jak długo jej nie widziałem. To była miła dziewczyna, może niepozorna, ale na pewno miła. Właściwie wszystkie tragedie jej życia ominęły mnie, gdy wyjechałem do Europy zaraz po wojnie. Śmierć rodziców i rodzeństwa w pożarze… Straszne. A teraz to. Jakim cudem wylądowała na tym odludziu? Kiedy w ubiegły czwartek otrzymałem od ojca wiadomość o jej śmierci, wykonałem kilka pospiesznych telefonów. Okazało się, że nikt w rodzinie nie miał o mojej słodkiej kuzynce Rosie żadnych wieści od dobrych już kilku lat. Sam prawie nigdy o niej nie myślałem, co zważywszy na okoliczności, nie było raczej budujące. Mieszkałem w Bostonie i miałem najbliżej, moi krewni uradzili więc, że to ja powinienem wybrać się na miejsce, by rozpoznać sytuację. Podejrzewam jednak, że zwyczajnie nikt nie palił się do wyruszenia w tak uciążliwą podróż tylko po to, by zorganizować pogrzeb osoby, którą powszechnie, acz za jej plecami, oskarżano o wyrzeczenie się rodziny. Nawet ja nie spodziewałem się jednak aż tylu niedogodności. Przepełniały mnie obecnie obawy, czy w ogóle uda mi się dotrzeć do celu, determinacji niemniej mi nie brakowało.

Kierowca powrócił z butelką whiskey. Jak gdyby nigdy nic, pociągnął sobie solidny łyk. Chyba mnie to nie zdziwiło. Od zakończenia wojny w Korei przybyło w naszym kraju podupadłych moralnie „patriotów”. Rodzący się niepokój stłumiłem w zarodku, skupiając się na obserwowaniu zardzewiałej puszki, toczonej wiatrem po pustej ulicy.

-Tucksville! Odjazd za pięć minut! – zawołał spocony kierowca, urozmaicając wypowiedź garścią wymamrotanych przekleństw i charknięć.

Poszedłem na przód pojazdu, by ustalić warunki. Krótkie negocjacje zakończyły się ustaleniem ceny dziesięciu dolarów za przejazd, pięciu, jeśli droga będzie zablokowana. Byłem przygotowany na wydatki, ale gdyby kierowca nie chciał się zgodzić, musiałbym szukać jakiejś innej opcji w Tucksville. Kto wie, czy nie byłoby taniej, ale cóż… nie warto było ryzykować spędzenia nocy w jakiejś głuszy.

Nie tak wyobrażałem sobie tę podróż. Mozolnie wspinaliśmy się teraz kamienistą, górską drogą gruntową, dziurawą, pełną dołów, kałuż i bagnistych rozlewisk, zasilanych ciurkającymi spokojnie strumyczkami. Przy dłuższych ulewach droga musiała być praktycznie nieprzejezdna. Tu i ówdzie była zresztą sporymi partiami zarwana, gdzie indziej zaś zasypana głazami tak wielkimi, że myśl o znalezieniu się w tym miejscu w niewłaściwym czasie wywoływała u mnie chwilowe ataki paniki. Kierowca kręcił objazdami, a pasażerowie, najwyraźniej nawykli do takich przejażdżek, spokojnie kiwali się wraz z całym autobusem, nie zdradzając najmniejszych oznak zdenerwowania.

– Jak się nazywasz? – usłyszałem znienacka. Nie zauważyłem nawet, kiedy chłopak pojawił się obok. Patrzył teraz na mnie cwaniackimi oczami, marszcząc wielki, piegowaty nos.

– Arthur. A ty? – Postanowiłem rozegrać to grzecznie.

– Dla ciebie Robbie. Jedziesz do Tucksville?

– Na razie tak.

– A potem gdzie?

– Old Point – powiedziałem. Chłopak się nie zmieszał, wprost przeciwnie, zapaliły mu się ogniki w oczach.

– Old Point? Aha! A jak?

– Autobusem. Nasz kierowca mnie zawiezie, po tym jak wszyscy wysiądą w Tucksville.

– Tym gruchotem? To przecież on tam nie wjedzie. Pewnie mu dużo zapłacisz, co?

– Tyle, ile trzeba.

– Jak taki jesteś bogaty, to daj dziesiątaka – powiedział zadziornie. Przeczuwałem, że w końcu padnie coś takiego.

– Dam, jeśli powiesz mi o Old Point coś, czego nie wiem.

– A co wiesz?

– Powiedz wszystko.

– A bo ja wiem? Odcięta od świata wiocha. Nikt tam nie jeździ. Kiedyś byli nawet w porządku, ale teraz to już w ogóle stamtąd nie wyłażą.

– Teraz, czyli od kiedy?

– Ja wiem? Parę miesięcy będzie, jak stary Herbie zajechał do ojca po towar. A potem nic. Ludzie mówią, że dziwacy z nich. Georgie gada – nachylił się konspiracyjnie – że ktoś tam nawet próbował ostatnio do Old Point pojechać, ale się nie dało, droga zamknięta czy coś. Jakieś dziwne rzeczy. Ale za to można do nich dzwonić, do szeryfa na przykład. Czasem się z chłopakami tak bawimy, jak się zakradniemy do remizy. Odbierają i gadają jakieś dziwne rzeczy.

– Na przykład?

– Na przykład, że jest piękna wiosna. A jaka tam ona, ta wiosna, jeśli przecież jesień teraz. Ale to nieważne. Jeśli odbierają, to żyją, nie? Najśmieszniejsze, że zawsze mówią dokładnie to samo: „Szeryf Gary Hedrick, słucham, tylko szybko, bo nie mam czasu”. – Ostatnie zdanie powiedział imitując niski, chrapliwy głos. – Takie tam. I temu Garemu można powiedzieć wszystko-jedno-co i nic się nie stanie. Ot, przygłup taki.

– Ciekawe.

– To dasz te dziesięć?

– A wiesz coś jeszcze?

– Co tu więcej gadać o tej dziurze? – zapytał, przewracając niecierpliwie oczami.

– Dobrze, masz – powiedziałem, wręczając mu dziesięciocentówkę, którą przypadkiem miałem w kieszeni. – Ale pod warunkiem, że przestaniesz mi zawracać głowę i dasz pomyśleć.

Robbie kiwnął głową, wyszczerzył krzywe zęby, demonstrując wielką przerwę między jedynkami i wrócił na swoje miejsce.

Sprawa się komplikowała. Old Point zaczęło ignorować świat, a świat zaczął ignorować Old Point. Niby niezwykłe, ale powiedzmy sobie szczerze, czyż nie tak właśnie jest? Solidarność międzyludzka występuje głównie w filmach. A życie, to po prostu… życie, bez całego tego nazywania i określania. Ludzie są w stanie przywyknąć do wszystkiego, co nie zagraża im bezpośrednio.

Pomyślałem o tym, co powiedział mi ojciec. „Kuzynka Rosie nie żyje, dzwonili z policji. Dostali wiadomość od szeryfa z Old Point, gdzieś w Maine. Nie powiedział, co się stało, ale podobno wszystko mają pod kontrolą”. Wydawało się to logiczne na pierwszy rzut oka, lecz teraz… nie miałem już pewności. Telefon z miasteczka dziwaków, którzy nie utrzymywali kontaktu ze światem? Co Rosie tam w ogóle robiła? Jak umarła? Rzecz brzmiała tajemniczo… albo może tak mnie tylko nastroiła cała ta niepokojąca atmosfera. Będzie dobrze, powtarzałem sobie. Ludzie to ludzie, miasteczko to miasteczko. Ci wieśniacy skorzy są do osądów i rozpowszechniania plotek, zawsze tak było, jest i będzie.

Z zadumy wyrwał mnie niecenzuralny okrzyk kierowcy, autobus zaczął ostro hamować, aż w końcu stanął w chmurze kurzu. Kaszląc raz po raz i osłaniając oczy, spróbowałem wyjrzeć przez okno, lecz nie zauważyłem niczego niezwykłego. Pasażerowie opuścili jednak pojazd, głęboko czymś poruszeni, podążyłem więc za nimi. Na zewnątrz panował zamęt. Małżeństwo dyskutowało z kierowcą, staruszki raz po raz wykonywały znak krzyża, wyraźnie wystraszone. Robbie zaś wysunął się do przodu i patrzył… na coś…

Kurzawa uniosła się z wolna, aż dostrzegłem przed autobusem białawy, zwalisty kształt tarasujący drogę, jakby ciało sporego zwierzęcia. Podszedłem, obrzucony nieufnymi spojrzeniami pasażerów. Tylko Robbie nawet się nie obrócił. Drapał się teraz po plecach i tupał nogą, ni to do rytmu, ni to ze zdenerwowania. Stworzenie przed nami nie przypominało mi absolutnie niczego, co znałem. Wyglądało trochę jak wielka, łysa, tłusta larwa, wielkości mniej więcej… Robbiego, w gruncie rzeczy.

– Sam pan sobie podejdź i to zabierz! – denerwował się kierowca. – Mnie za to nikt nie płaci! Jak chce pan jechać dalej, to niech pan się tym zajmie.

– I co? Tak będziemy tu stali?! – wściekał się małżonek.

– Ja tego nie dotknę. Do tego to trzeba jakiegoś zoo albo tych tam, bijologów. Będę ręce sobie brudził jakimś paskudztwem, niedoczekanie! A kto mi powie, czy to aby nie trujące jakieś, a?

– Co mnie to interesuje! – krzyczał mężczyzna, machając biletem. – Zapłaciłem, to chcę jechać dalej i pan za to odpowiada! Nikt inny!

Kłótnia trwała w najlepsze, ja tymczasem przystanąłem obok chłopca. „Paskudztwo” leżało nieruchomo, lekko spłaszczone, bezwładne jak uformowane z galarety… ale chyba już ponosiła mnie wyobraźnia. Nie słyszałem nigdy o podobnych stworzeniach, wszystko było jednak możliwe. Czytałem kiedyś w gazecie o odkrytych gdzieś w Australii olbrzymich, dwumetrowych dżdżownicach, a przecież i o nich nikt wcześniej nie słyszał. Kto wie? Natura miała najwyraźniej z granicami możliwości jakiś ciężki zatarg, w odwecie nic sobie z nich nie robiąc.

– Co to jest? – zapytałem Robbiego.

– A bo ja wiem?

– Właśnie myślałem, że wiesz. Jakieś tutejsze straszydło, nie?

– Gdyby coś takiego tu żyło, ojciec by mi to dawno pokazał. On pracuje w lesie, tam wszystko jest, wilki i niedźwiedzie nawet. Ale takich nie ma. Zresztą… to wygląda jak…

Za nami nadal trwała zażarta dyskusja, już nawet staruszki się zaangażowały. Robbie wygrzebał z kieszeni nieduży kozik i bez wahania zbliżył się do tajemniczego stworzenia. Obszedł je najpierw dookoła, uważnie obejrzał, w końcu przykucnął i delikatnie trącił ostrzem. Nie było reakcji. Nim zdążyłem coś powiedzieć, nacisnął mocniej na rękojeść, a nóż zagłębił się w leżące cielsko. Ponownie nic się nie stało. Robbie zmarszczył brwi. Zaczął ciąć, z wyraźną wprawą operując kozikiem. Po chwili zmagań wykroił fragment ciała, podniósł do swojego wielkiego nochala i powąchał.

– Grzyb – powiedział z wyraźnym rozczarowaniem, a głosy za nami ucichły nagle w pół słowa. – Pachnie jak grzyb. Olbrzymia, młoda purchawa.

Robbie obracał wyszarpaną zdobycz w rękach. Znienacka wepchnął ją sobie do ust, odgryzł spory kęs i zaczął żuć.

– Nie! – krzyknąłem bez namysłu, lecz nagle pojąłem, że nie wiem, co właściwie chcę powiedzieć; w dodatku zrobiło mi się niedobrze.

– Co nie? – zdziwił się Robbie. – Dobre. Jak trufle w czekoladzie. Sam spróbuj, o…

Podał mi wycięty skrawek i powrócił do krojenia. Trzymałem w ręce pokaźny kawałek białej, gąbczastej materii, faktycznie przypominającej budową trzon pieczarki. Jasna, porowata i lekko wilgotna masa. Palce ślizgały się na cienkiej warstewce śluzu. Robbie, nad którym w międzyczasie zgromadzili się wszyscy obecni, użynał właśnie spory fragment od strony, która wydawała się wcześniej głową. Wstał jednak zaraz zrezygnowany, niechętnie odkopując w krzaki leżące skrawki. Nie widziałem żadnych płynów, żadnych organów wewnętrznych. Gdzie by nie ciąć, odsłaniała się tylko jednolita masa, podobna do tej, którą trzymałem nadal w rękach. Przypomniawszy sobie naraz o niej, cisnąłem ją ze wstrętem w zarośla.

– Grzyb taki po prostu… – powiedział kierowca, drapiąc się po głowie. Nie wiedzieć kiedy, butelka znów znalazła się w jego rękach. – Trochę rzeczywiście ostatnio padało.

Robbie i drugi z mężczyzn przesunęli cielsko przerośniętej purchawki na pobocze. Pod spodem nie było nic. Ani korzenia, ani śladu grzybni, żadnego wyjaśnienia zagadki. Staruszki przeżegnały się jeszcze żarliwiej niż poprzednio. Wszyscy opowiadali sobie teraz, jak niesamowite rzeczy potrafi stworzyć natura i że należałoby zadzwonić do gazety.

Ponieważ jednak nikt nie palił się do dalszego obcowania z wystającym z krzaków łysym cielskiem, wkrótce pojechaliśmy dalej. Reszta podróży przebiegła spokojnie, choć w ciszy i wyraźnym napięciu, gęstym niczym wypełniająca wnętrze kurzowa mgiełka. Pasażerowie wysiedli w Tucksville, Robbie wyszczerzył się do mnie zza okna, machając na pożegnanie. Wysiliłem się na uśmiech i skinięcie ręką, chłopak podskoczył i zniknął między budynkami.

Mój kierowca również przepadł gdzieś w czeluściach lokalnego baru i nie wracał dłuższą chwilę, wyszedłem więc odsapnąć. Tucksville było typową górską mieściną, wyrosłą, jak sądzę, wokół jakiegoś tartaku czy kopalni. Liczyło może kilkadziesiąt drewnianych budynków wyrastających piętrowo na łagodnym zboczu łysego wzgórza. Zrobiło się wyraźnie chłodniej, czuło się też więcej wilgoci, co uznałem za okoliczność sprzyjającą, gdyż oznaczała mniej kurzu. Tu i ówdzie bawiły się umorusane dzieciaki, z kilku warsztatów dochodziły odgłosy pracy. Gdzieś w pobliżu terkotała też jakaś maszyna spalinowa, skutecznie zagłuszając moje myśli, szybko więc wróciłem do autobusu.

Jakaś kobieta w połatanym, brudnym fartuchu wyszła z miotłą na próg pobliskiego domu i bezceremonialnie zaczęła lustrować mnie wzrokiem, schowałem się zatem głębiej na tylnym siedzeniu. Próbowałem w myślach wpasować do tego surowego świata drobniutką Rosie, w tych jej krótkich, letnich sukienkach w kwiaty i białej przepasce na włosach, lecz nie potrafiłem. Z drugiej strony, pisała kiedyś do mnie o potrzebie poznawania świata – pomysł w mojej rodzinie uznany za dalece nieelegancki, nad czym wylewała największe żale. Kto wie, może rzeczywiście jakieś nowe fascynacje zmusiły ją do szukania azylu na tym krańcu świata?

Kierowca wrócił wreszcie, przyprowadzając ze sobą w sztok pijanego jegomościa w wełnianym swetrze. Moczymorda zmierzył mnie od stóp do głów, lecz po chwili opadł na fotel, bez słowa. Pojechaliśmy dalej. Drogę na Old Point minęliśmy już wcześniej, musieliśmy więc zawrócić, obierając na ledwie widocznych rozstajach zarośnięty, zasypany liśćmi szlak. Wkrótce trasa stała się bardziej grząska, kierowca zwolnił, a miejscami wręcz przystawał, zastanawiając się, którą stroną objeżdżać gliniaste niecki. Jego towarzysz rzucał od czasu do czasu jakieś bełkotliwe uwagi, których nie potrafiłem nawet zrozumieć.

Jazda dłużyła się niemiłosiernie, aż w końcu autobus zatrzymał się na dobre. Rozczapierzony wykrot blokował przejazd kilkanaście metrów przed nami. Nie było jasne, dlaczego tkwił tam na środku drogi. Być może stoczył się z pobliskiego wzgórza, choć nic o tym nie świadczyło. Szybko też okazało się, że nie jesteśmy w stanie go poruszyć.

Po krótkiej wymianie zdań wypłaciłem kierowcy obiecaną sumę. Sam widziałem, że podróży kontynuować nie sposób. Jeśli dobrze zrozumiałem burknięcia pijaczka w swetrze, do celu pozostały mi cztery mile. Być może pięć, pokazał mi bowiem otwartą dłoń bez jednego palca. Autobus wycofał się powoli, zawracając na mijance. Patrzyłem jak odjeżdża, zostawiając mnie samego na leśnym odludziu. Drzewa trzeszczały cicho na wietrze, zrywane przezeń liście ciągnęły w dół suchą powodzią. Niezmordowany dzięcioł walił wściekle w jakiś odległy pień. Zrobiło się chłodniej, na domiar złego niebo przesłoniły stalowe cielska opitych wodą chmur.

Ruszyłem, nie zwlekając. Deszcz uderzył mniej więcej w połowie drogi. Początkowo starałem się dźwigać walizkę na zmianę w jednej, potem w drugiej ręce. Gdy obie rwały już jak diabli, skapitulowałem i pociągnąłem ją po prostu za sobą, orząc bruzdę w rozmiękłym błocie. Wkrótce byłem całkowicie przemoczony, zziębnięty, utytłany we wszelkich okropnościach i śmiertelnie zmęczony.

Szarość deszczowego popołudnia przechodziła już nieubłaganie w wieczorną czerń, a we mnie kiełkowało przekonanie, że zbłądziłem gdzieś i marny mnie czeka koniec, gdy wyrosła wreszcie przede mną drewniana tablica oznajmiająca „Old Point, populacja 242”. Pod spodem dopisano krzywymi literami: „i coś”. Odetchnąłem z ulgą. Wytężyłem wzrok, wypatrując domostw lub innych oznak cywilizacji, lecz narastająca ciemność i nadal nie dająca za wygraną ulewa nie ułatwiały mi zadania. Nieopodal, na drodze, dostrzegłem szereg szarych, podłużnych kształtów, jakby wielkich głazów celowo rozrzuconych dla zablokowania przejazdu.

Dopiero gdy podszedłem bliżej, zrozumiałem swój błąd. Stanąłem jak wryty. Serce biło na alarm, w uszach zaszumiało, mięśnie zesztywniały. Przede mną sterczał rządek białawych, choć uwalanych błotnistą breją, olbrzymich niby-purchawek. Były różnych rozmiarów, mniejszych i większych, wciąż jednak wzbudzały grozę swą larwiastą formą. Gdzieś w głębinach żyjącego we mnie mieszczucha oczekiwałem chyba, że poruszą się nagle, zaczną sunąć w moim kierunku, a z rozwartych ich paszczy zionąć będzie głodem… Stałem tak więc jakiś czas, obserwując, gotów do ucieczki. Oczywiście, nic się nie wydarzyło. Nie miało prawa się wydarzyć. Żeby tak chociaż wilki czy niedźwiedzie, a tu byle grzybka się zlękło, wyśmiewałem sam siebie, acz niepokój pozostał.

– Noc gęstnieje jak dym – usłyszałem znienacka niski, łagodny głos.

Obróciłem się w jego kierunku. Na wilgotnym przydrożnym mchu siedział człowiek, oparty plecami o drzewo. Chyba na mnie patrzył, nie mogłem tego jednak stwierdzić na pewno, całą niemal twarz skrywał bowiem duży damski kapelusz w stylu wielkomiejskiej, modnej pani. Krople wody kapały z kremowego ronda raz za razem, wsiąkając w miękkie podłoże.

– Słucham? Znaczy, dobry wieczór… – Chciałem powiedzieć: „…pani”, ale coś mnie powstrzymało. – Czy to już Old Point? – zapytałem nieco idiotycznie; wycieńczenie i zmieszanie sytuacją znacznie upośledziły moją zdolność prowadzenia konwersacji.

– Old Point! A jak! Przybywa dołączyć do duchów? Dawno nikt już nie przybył. Kanatika samotny.

– Kana-ti…ka? Co to takiego?

– To ja, oczywiście! – obruszył się człowiek. – Duchy dobrze wiedzą, kim jest Kanatika, Kroczące Drzewo. Znają go od dnia narodzin, a i wcześniej pewnie znały. Czasem tylko nie poznają… – Uniósł nieco kapelusz, a ja zobaczyłem rozmytą w mroku twarz starca.

– Przepraszam bardzo, ale chyba nie rozumiem… Nazywam się Arthur Tiggle. Przyjechałem tu w sprawie Rosie. Znał ją pan?

– Rosie… Tak, tak! Rosie, Skalny Pąk… Była śliczna Rosie, ale zwiądł jej kwiat i dawno nie ma Rosie już, o nie!

– Zmarła, wiem, dlatego tu jestem. Ale chyba nie tak dawno? Co się z nią stało? Gdzie znajdę biuro szeryfa? Może wie pan?

– Co dzieje się we wszystkich światach, to tylko duchy wiedzą. Duchy krążą w Old Point, o tak! Otaczają krąg za kręgiem. Kanatika widzi ich światło w nocy. Dlatego woli być tu, gdzie noc gęstnieje. Lecz w końcu i tu duchy przychodzą. O tak! Lahuaa czeka na Kanatikę, mówią. Łapaj-capaj. Ale Kanatika nie chce odejść.

– W porządku, rozumiem – skłamałem. – A szeryf?

– Niech idzie Arthur prosto, gdzie stary kościół. Tam szeryf Hedrick spędza dnie.

– Dziękuję. – Spojrzałem na staruszka ze współczuciem. – Będzie pan tu tak mókł? Nie idzie pan do domu?

– Kanatika nie chce iść do Lahuaa. Noc gęstnieje, duchy pełzną z porów ziemi. Kanatika jest tam, gdzie chce być. Tu jego myśl wolna jak wiatr.

– Jak pan uważa, Kanatika. Miłego wieczoru.

Obchodząc zwaliste grzybiska, poszedłem dalej drogą, nieco oszołomiony dziwną rozmową. Nie chciałem sprawiać wrażenia włóczęgi, dźwignąłem więc z wysiłkiem walizę, wyprostowałem się i pewnym krokiem ruszyłem w kierunku wychylających się właśnie zza zakrętu zabudowań.

Old Point było jednym olbrzymim rozczarowaniem. Już pierwsze rudery mierziły mnie swą szpetotą, jamami wybitych szyb i zwykłym, rozpełzłym od wilgoci brudem, widocznym nawet w, siąpiącym już teraz tylko, deszczu. Na ulicy zalegały sterty starych gazet, rozmiękłe odchody, przysiągłbym, że mignęło mi jakieś zdechłe zwierzę w rynsztoku. Cuchnęło moczem i zgnilizną. Okna mijanych przez mnie budynków mrugały drżącymi płomieniami świec. Brak elektryczności był niczym kontur obrazu narastającej grozy. Poczułem się jak przeniesiony w przeszłość, niczym bohater jednej z tych durnowatych historyjek obrazkowych dla pryszczatych małolatów.

Mieścina była skromnych rozmiarów, szybko więc odnalazłem stary kościół, ten jednak pogłębił tylko uczucie zniechęcenia. Dziurawy dach, wykruszone okna, u rozwartych szeroko drzwi ciągnęły się wstęgi zalepionego gnojem siana. Żadnego ukojenia. Rozejrzałem się, odnalazłem niewyraźny napis „Szerif” na fasadzie jednego z budynków. Trójnogi pies kuśtykał obok nieporadnie, obwąchując drewniane ściany. Westchnąłem ciężko i choć nie miałem na to najmniejszej ochoty, udałem się w tamtym kierunku.

Wnętrze biura szeryfa było równie zaśmiecone, co całe Old Point. Warstwa papierzysk pokrywała podłogę, jakby przeszedł tędy huragan. Przede mną stało olbrzymie biurko, a na nim czarny, ciężki aparat telefoniczny. Usłyszałem mozolne, dudniące kroki, drzwi po drugiej stronie pomieszczenia uchyliły się. Przez szparę wyjrzał wreszcie wąsaty policjant o zniechęconym wyrazie twarzy.

– Taaa…? – na poły ziewnął, na poły wymówił apatyczny osobnik.

– Dobry wieczór. Nazywam się Arthur Bernard Tiggle. Jestem tu w sprawie kuzynki, Rosie Tiggle.

– Mhmm… hmm, a… jakiej właściwie sprawie?

Pytanie, przy moim zmęczeniu, zaskoczyło mnie tak bardzo, że na moment zaniemówiłem. Policjant przyjął to z niezmienną obojętnością.

– No… śmierci… jej – wydukałem wreszcie.

– Rosie nie żyje? – wąsacz zdziwił się tak bardzo, że aż przepchnął w końcu swoje dobrze utuczone ciało przez drzwi. Podłoga skrzypiała boleśnie pod jego stopami.

– Chyba… Nie wiem… Otrzymaliśmy, a raczej mój ojciec otrzymał, telefon od tutejszego szeryfa. Kilka dni temu… W czwartek, mówiąc dokładniej. Przekazano nam, że Rosie zmarła, dlatego tu jestem.

– Doprawdy? – Mężczyzna nagle jakby sobie o czymś przypomniał i sięgnął do szuflady biurka. Wyjął z niej metalową gwiazdę, przymocował na piersi. – Gary Hedrick, szeryf – oświadczył.

– Aha. Zatem… być może…

– Przykro mi, ale ktoś wprowadził pana w błąd. Nikt tutaj ostatnio nie umarł, a już na pewno nie Rosie. Gdyby tak było, z pewnością wiedziałbym o tym.

– Rzeczywiście… To, wie pan, bardzo krępująca sytuacja. Przejechałem długą drogę, sam pan widzi jak wyglądam… – Z mojego ubrania ciurkały strużki szarej wody, tworząc wokół brudną kałużę. – Może mógłby mi pan zatem powiedzieć gdzie Rosie mieszka?

– Trochę pan napaskudził. Mhm.

– Przepraszam. Jednak… – powiodłem wzrokiem po pokrytej nadgniłymi papierami podłodze; nie zdecydowałem się nic powiedzieć, lecz szeryf zauważył to spojrzenie.

– Taa… Wilfried zostawił chyba wczoraj otwarte okno. Każę mu to jutro pozbierać. Jeszcze by tego brakowało, żebym sprzątał jego burdel. No, dobrze. Rosie mieszka niedaleko. Zaprowadzę pana. I tak nie mam nic do roboty – powiedział Hedrick. Przez uchylone drzwi zobaczyłem rozrzucony stosik kolorowych czasopism na stoliku. Odrobinę zbyt kolorowych.

Wyszliśmy na zewnątrz. Z zadowoleniem zauważyłem, że przestało padać. Gasnące słońce przebijało teraz nieśmiało przez chmury tuż ponad krawędzią pobliskiego górskiego masywu, lecz od wschodu nieubłaganie parła już ciemność.

– Czy to Katahdin? – zapytałem, wskazując zroszone rdzawą czerwienią pasmo.

– Mhm – mruknął tylko Hedrick, a ja zrezygnowałem z dalszych prób nawiązania pogawędki.

Przeszliśmy kilka ulic. Choć droga łagodnie tylko wiodła pod górę, szeryf sapał jakby miał za chwilę dostać zawału. W końcu zatrzymaliśmy się przed dużym, piętrowym budynkiem, być może hotelem, lecz żaden szyld czy napis nie potwierdzał mojego przypuszczenia. Hedrick mruknął coś, wkroczył do holu, skręcając od razu w zagracony, cuchnący korytarz biegnący wzdłuż frontu budynku. Zatrzymał się przed ostatnimi drzwiami i zapukał. Odpowiedziała mu cisza.

– Rosie? To ja, Gary. Niech pani otworzy! – powiedział donośnie, pozwalając słowom wsiąknąć spokojnie w zawilgocony dywan. – Chyba jej nie ma – rzucił i nacisnął klamkę (wydało mi się to nadużyciem w tej sytuacji, lecz nic nie powiedziałem).

Drzwi ustąpiły bez przeszkód. Ze środka buchnęło potwornym smrodem. Walizka wypadła mi z ręki, gruchnęła ciężko na podłogę. Rozkład… Rozkład przetoczył się przez pokój Rosie, przeżarł meble, okna i zasłony, upodlił ściany. Wszechobecne fekalia i larwy były jedynie wierzchołkiem góry zepsucia. Szeryf gapił się na nie tępo, bez słowa. Muszy rój brzęczał do nas niemrawo z półmroku, a Hedrick stał nadal i patrzył jak zahipnotyzowany. Zirytowany, sam wkroczyłem do środka.

Ledwie udawało mi się powstrzymywać wymioty, gdy stopniowo zagłębiałem się w obrzydliwości wnętrza. Porozrzucane ubrania, książki, szpargały, ich stosy tonęły w nieczystościach. Nie miałem odwagi niczego tknąć. Zauważyłem otwartą łazienkę, wszedłem więc, stąpając ostrożnie. Już stając na śliskich od płynów ustrojowych kafelkach przeczuwałem, co znajdę. Odsunąłem przewieszoną wewnątrz zasłonkę. Wannę wypełniało sine, rozdęte jak balon ciało w resztkach kwiecistej sukienki. I grzyby… Wielkie, obrzmiałe purchawki… rozsiadłe na jej brzuchu, sterczące spod jej pach.

Widok ten pochwycił mnie, złamał w pół i cisnął na kolana. Torsjom nie było końca.

Wróciliśmy na komisariat, gdzie Hedrick zaparzył mi herbatę. Może sam byłem nadmiernie pobudzony, a może chodziło o tę jego tuszę, miałem jednak wrażenie, że celowo porusza się z jakąś irytującą flegmą, jakby każdą czynność podejmował kolosalnym wysiłkiem woli. Napój miał niezwykły, słodki smak, z kojącą czekoladową nutą. Rozkoszowałem się nim, szeryf tymczasem zniknął gdzieś, tłumacząc się koniecznością zorganizowania grupy do zabezpieczenia ciała. Czekałem więc, zagłębiony w myślach, stary zegar ścienny dyskretnie wystukiwał mi rytm. Ze śmiercią Rosie zdążyłem się już oczywiście oswoić, ale wiedzieć i widzieć, to dwie różne rzeczy. Ogół okoliczności przerósł mnie na tyle, że gotów byłem wykonywać po prostu polecenia.

Hedrick wrócił w towarzystwie. Wysoki, brodaty mężczyzna w archaicznym, czarnym cylindrze (tutejsi mieszkańcy lubowali się najwyraźniej w ekstrawaganckich nakryciach głowy) wszedł do biura pewnym krokiem, od razu kierując się do mnie. Uśmiechnął się przy tym, jakby zobaczył starego przyjaciela.

– Witam, panie Tiggle. Jestem Amadeus Vieux, burmistrz Old Point – powiedział jegomość, wyciągając rękę; dopełniłem powitalnego rytuału. – Jak rozumiem, zdarzyła się tragedia! Cóż za nieszczęśliwy finał odwiedzin, jeśli mogę tak rzec! Musi być pan bardzo rozczarowany. Biedna Rosie, nie dalej jak wczoraj rozmawiałem z nią jak tu, teraz, z panem. Kto by pomyślał!

– Raczy pan wybaczyć, nie jestem oczywiście lekarzem, lecz… sądząc ze stopnia rozkładu to raczej niemożliwe. Moja kuzynka musi tam leżeć… od dłuższego czasu. Nie potrafię powiedzieć, jak długo.

– No właśnie, nie potrafi pan. A ja ze swej strony zapewniam pana, że tak właśnie było, jeszcze wczoraj widziałem ją wesołą i pełną energii, a dziś… Taka tragedia, taka piękna dziewczyna! Właśnie wtedy, gdy pierwszy raz miała mieć rodzinną wizytę!

– To właściwie nie do końca tak… Kanatika mówił…

– Kanatika? – przerwał. – Rozmawiał pan z nim? Ale to przecież nie należy go w ogóle słuchać. Ten stary Indianin ma głowę nie pierwszej świeżości, jeśli rozumie pan, co mam na myśli. To imię sam sobie zresztą wymyślił. Na chrzcie dostał Toby. Toby! Żaden tam Kanatika. Ostatni jest ze swojego plemienia, więc tolerujemy go, jak chrześcijańska dusza podpowiada, choć… Gada czasem takie rzeczy, że strach na niego wpaść nocą. Najlepiej w ogóle nie zwracać uwagi. Ale, ale, jest pan z pewnością zmęczony po podróży. Gary, czy załatwiłeś już naszemu gościowi nocleg?

– Hmm… No… – zmieszał się otyły policjant. – Chyba może spać w hotelu. Poza Rosie nikt tam nie mieszkał. – Dreszcz wstrząsnął mną na samą myśl, bezwiednie zacząłem kręcić głową. Burmistrz dostrzegł chyba moją nietęgą minę.

– Ależ Gary, nasz drogi wojażer zasługuje przecież na lepsze warunki noclegowe. Taka tragedia! Pan wybaczy – zwrócił się do mnie – hotel podupadł nieco od czasów swej świetności. Nie szkodzi, nie szkodzi. Ulokujemy pana u starej Margareth. Od śmierci męża prawie już nie wychodzi z domu, ale na pewno znajdzie dla pana jakiś przytulny kąt, miejsca ma sporo i zawsze dba o czystość. Proszę, niech pan pójdzie za mną.

W głowie kłębiły mi się pytania, lecz żywiołowość burmistrza zbiła mnie z pantałyku. Jutro też jest dzień, uznałem. Dałem się poprowadzić do budynku, gdzie mieszkała staruszka. Potulnie i prawie bez słowa zgodziła się mnie ugościć.

Otrzymałem pokój wyraźnie zapomniany, a z całą pewnością nie sprzątany od tygodni. Trudy dnia dały mi się we znaki, zrzuciwszy więc przemoczone ubranie, zatonąłem w stercie starych, zakurzonych koców. Z dawna wyczekiwany sen przybył nagle i bez ostrzeżenia, a wraz z nim lepkie od potu mary.

 

 

Nazajutrz udałem się prosto do biura szeryfa. Zbliżało się już południe, spałem więc prawie piętnaście godzin!

– Dzień dobry, szeryfie Hedrick! – zawołałem od progu. Skrzywiłem się przy tym, gdyż pomieszczenie nadal wyglądało jak pobojowisko.

Jeszcze raz usłyszałem ciężkie, człapiące kroki. Nalana twarz wąsacza wychyliła się przez uchylone drzwi.

– Taaa…? – powiedział niechętnie szeryf. – O co chodzi?

– No więc… ja… Wie pan, Rosie… Czy coś zostało zrobione?

– Co takiego z tą Rosie? I kim pan jest właściwie?

– To… ja. Arthur Tiggle. Jej kuzyn…?

– Aha. A w czym problem?

– Ciało…

– Ekhm… Słucham?

– Zwłoki… uprzątnąć trzeba… – zasugerowałem, lecz oczy szeryfa prawie skwierczały z niezrozumienia. – Leży tam przecież. Martwa.

– Jak to?! Rosie nie żyje?! – wykrzyknął Hedrick, przeciskając się drzwiami. – Co pan opowiada? Ależ nikt w Old Point ostatnio nie umarł, a już na pewno nie Rosie. Gdyby tak było, z całą pewnością wiedziałbym o tym – znów wykonał ten manewr z przypięciem odznaki. Patrzyłem na niego, nie pojmując, co się właściwie dzieje.

– Wie pan… Może rzeczywiście… coś mi się pomyliło. Poszukam lepiej burmistrza – zaproponowałem, pełen ponurych myśli.

– Proszę bardzo. Powinien być w ratuszu – odpowiedział, dodając jeszcze pod nosem coś, czego nie dosłyszałem.

Pożegnałem się grzecznie i wyszedłem, zmagając się z mętlikiem w głowie. Pchany niepewnością, postanowiłem przed wizytą w ratuszu udać się jeszcze raz do hotelu. Tliło się we mnie mgliste przypuszczenie, że to wszystko było tylko złym snem, a w pokoju zastanę śliczną, wesołą Rosie w sukience w kwiaty.

Niestety, zwłoki kuzynki nadal rozkładały się w łazience, podobnie jak plama moich wczorajszych wymiocin. Ponownie zrobiło mi się niedobrze i już chciałem wychodzić, gdy powstrzymało mnie coś, co zobaczyłem. Wąziutkie pęknięcie tuż ponad jej prawą piersią, długie na kilka centymetrów.

Jedną ręką zatkałem nos, drugą zaś ostrożnie odsunąłem wybijającą z jej ciała grzybiastą narośl, by lepiej przyjrzeć się jaśniejącej w żółtawo-sinym ciele szczelinie. Przypominała cięcie skalpela, bardzo jednak głębokie i… czyste. Dosłownie. Nie dostrzegłem żadnych wycieków czy organów wewnętrznych. Walcząc z obrzydzeniem, wetknąłem w środek palec i powiodłem nim wzdłuż krawędzi. Pęknięcie biło niemal po oczach kredową bielą, kontrastującą z barwą reszty ciała. Wepchnąłem dłoń głębiej, powiększając otwór. Wewnątrz zobaczyłem znajomy miąższ, gąbczasty, wilgotny. I… pachnący, bardzo zresztą przyjemnie. Mimowolnie przysunąłem bliżej twarz, wciągnąłem powietrze. Czekolada? Słodka, apetyczna woń wypełniła me nozdrza, ślinianki momentalnie odpowiedziały intensywną pracą. Nie jadłem przecież śniadania. Głodny, wysunąłem język…

– Lahuaa, żywe-nieżywe. – Zdrętwiałem, słysząc nagle zza pleców znajomy głos.

– Dzień dobry, Kanatika – powiedziałem niechętnie.

Indianin przykucnął za mną bezszelestnie, jego zgnieciona starością twarz emanowała zawziętością i pewnością siebie. Czy raczej emanowałaby, gdyby nie ów wielgachny kapelusz na głowie. W wyciągniętej ku mnie dłoni trzymał jabłko. Przyjąłem je z wdzięcznością i schowałem do kieszeni, zmieszany całą sytuacją.

– Znalazł Arthur, czego szukał? – zapytał starzec.

– Tak i nie. Nie mam pewności. Toby… – spróbowałem – od kiedy wiesz, że Rosie nie żyje?

– Kanatika nie liczy dni ani nocy, wszystkie są takie same. Jest przyjacielem teraz. Pamięta, że piękna była wiosna, gdy ją znaleźli pierwszy raz. Biedna, smutna była Rosie, mokra od łez, tak!

– Wiosna?! Co ty opowiadasz?! Pierwszy raz? Kto znalazł?

– Uuu-aaa! Tego Kanatika nie wie. Duchy nie mają twarzy. O tak! Szare maski o splątanych językach. Raz za razem odnajdują tu Skalny Pąk, pochylają się nad nią i szepczą. Łapaj-capaj!

– To dlaczego szeryf udaje, że nie wie nic o jej śmierci?

– Hedrick, o tak! Swój chłop był, a jak! Nic Arthurowi nie powie. – Kanatika machnął dłonią niedbale. – Jego duch krąży, nie widzi już, nie. Jak ślepy. Nic nie wie. Zapomina wszystko.

– A jednak ktoś wykonał telefon na policję… Jeśli nie szeryf dzwonił, to kto? – Moje pytanie wywołało konsternację na twarzy starca.

– Kanatika nie wie – odpowiedział głosem, jakby tłumaczył coś dziecku. – Duchy naśladują ludzi, kopiują ich ruchy. Jak piły w tartaku, tak! Mogą zrobić wszystko, jeśli będzie trzeba.

– Toby, mój drogi Toby… – Starzec drgnął na dźwięk tego imienia. – Zastanów się proszę, zrobisz to dla mnie, prawda, Toby? Pamiętasz, co stało się Rosie?

– Kanatika… – zaczął, lecz urwał, zezując rozgorączkowanym wzrokiem na ciało w wannie.

– Dalej, Toby, przypomnij sobie – zachęciłem.

– Tamten dzień odpłynął już we mgle, Kanatika nie… – Jego drżące dłonie powędrowały ku twarzy.

– Toby… – przypomniałem, a on zastygł w udręczonej pozie. – Opowiedz mi.

– Toby… Był wtedy tutaj… – powiedział w końcu zmienionym, drżącym głosem, po policzku popłynęła pojedyncza łza.

– Co się stało?

– Lahuaa! – wykrzyknął Indianin, wystrzeliwszy nagle w górę z uniesionymi rękami. – Lahuaa rosło w Rosie, a ona… ona prosiła, aby Toby… – Kanatika skulił się znów i opadł.

– Tak?

– Aby Toby przeprowadził Rosie na drugą stronę, przeniósł tam, gdzie Lahuaa nie dosięgnie jej ducha. Tu mógł tylko pożreć puste ciało…

– Chcesz powiedzieć, że ty jej to zrobiłeś? – zapytałem twardo, lecz bez gniewu. – Zabiłeś ją, Toby?

– Nie, nie, nie! To Lahuaa… Toby kochał Rosie… zrobiłby dla niej wszystko… Chciał pomóc. – Indianin na dobre zaczął szlochać, usiadł w zafajdanym kącie i nie odezwał się więcej.

Poczułem się nieswojo. Co ten dziwny starzec uczynił mojej kuzynce? Może nie chciałem wiedzieć. Byłem jednak zawstydzająco spokojny, prawie osowiały. Kanatika nie wydawał mi się niebezpieczny, któż jednak odgadnie, do czego zdolne były te wyrzutki z pogranicza. A jednak cała historia zupełnie mną nie wstrząsnęła.

Pokręciłem głową, nie rozumiejąc. Ponieważ przywykłem już do osaczającego mnie smrodu, zdecydowałem się trochę rozejrzeć. Nie wszystko miałem ochotę dotykać, zwłaszcza bez porządnych rękawiczek, znalazłem jednak plik czarno-białych fotografii. Na jednej z nich była po prostu Rosie, uradowana, na tle przyrody. Jak za dawnych, dobrych czasów. Inne przedstawiały różnych kształtów i rozmiarów okazy tutejszego wybryku natury, owej olbrzymiej niby-purchawki. Kuzynka musiała się nią żywo interesować, zanim… stało się, cokolwiek się stało.

W jednej z ochlapanych łajnem szuflad odkryłem też nieźle zachowane zeszyty z notatkami, być może dokumentacją badawczą, bardzo jednak szczegółową i niewiele mi mówiącą. Wypełniały ją niezrozumiałe dla mnie symbole, szeregi liczb, tabele i złożone geometryczne schematy. Jeśli były w nich ukryte odpowiedzi na trapiące mnie pytania, to nie udało mi się ich odnaleźć. Odłożyłem znalezisko na miejsce.

Przypomniawszy sobie o Kanatice, przyjrzałem mu się uważnie. Siedział tam ze zwieszoną głową, jedną ręką gładząc, czy wręcz pieszcząc niemal, swój zabrudzony, wielki kapelusz.

– Toby, gdzie to zrobiono? Czy tym zajmowała się tu Rosie? – zapytałem go, pokazując jedną z fotografii.

– Katahdin – powiedział cicho.

– Ta góra? A co z Rosie?

– Szukała Lahuaa, więc Toby jej pokazał. Mężczyźni pomogli kopać.

– Jacy mężczyźni?

– Wielu kosztowało Skalnego Pąka – wzruszył chyba ramionami, a ja postanowiłem dla spokoju ducha nie zgłębiać tego tematu.

– No, dobrze. Bądź w pobliżu, Kanatika. Niedługo wrócę – powiedziałem, zbierając się do wyjścia.

Wizyta w ratuszu nie przyniosła zmiany mojego położenia. Zastałem w nim jedynie pokurczoną kobiecinę o splamionych żółcią zębach, wpatrującą się w zapisaną maszynowym pismem kartkę papieru. Nie potrafiła mi powiedzieć, gdzie podziewa się obecnie burmistrz Amadeus, nie wykazując zresztą najmniejszego tym zainteresowania.

Była już pora lanczu, toteż wybrałem się na przechadzkę brudnymi ulicami Old Point, licząc, że natrafię na jakąś jadłodajnię. W świetle dnia miasteczko wyglądało nieznacznie lepiej, nadal przypominało jednak wielką opiumową melinę. Nieliczne zabrudzone postacie snuły się błotnistymi ścieżkami. Wszechobecne śmieci i nieczystości drażniły moje poczucie estetyki i zniechęcały do posiłku. Co bardziej zacienione zakątki bielały purchawkowymi krągłościami.

Nie mogłem się już doczekać, aż będę mógł opuścić to odrażające miejsce. Narastała wręcz we mnie ochota, by wcisnąć komukolwiek jakąkolwiek sumę za zorganizowanie pogrzebu nieszczęsnej Rosie i brać nogi za pas, zanim ogarnie mnie rozpacz. Każda minuta spędzona w Old Point pogłębiała tylko moje przygnębienie. Jak można było tu żyć?

W jedynym barze musiała się oczywiście przytrafić jakaś awaria i oferowali wyłącznie stare suchary. Wyszedłem nieusatysfakcjonowany. Na ulicy wpadłem za to na burmistrza, lecz ten nie dość, że nie wiedział, kim jestem, to jeszcze próbował się mnie pozbyć jak natrętnej muchy. Nie wiedząc, jak mam się zachować, jeszcze raz opowiedziałem o Rosie i moich podejrzeniach odnośnie Kanatiki. Chyba mi uwierzył, udaliśmy się bowiem po szeryfa Hedricka, by wkrótce kolejny raz znaleźć się w pokoju Rosie. Drzwi były zamknięte.

Gary odegrał swój teatr, weszliśmy do środka. Indianin przepadł bez śladu. Pomimo wszechobecnego odoru, nadal wyraźnie wyczuwałem delikatną, czekoladową woń. Burmistrz, zupełnie jak wczoraj, zaczął opowiadać o tragedii, o pięknej Rosie i wczorajszym z nią spotkaniu, by na koniec zaproponować nocleg – ten sam zresztą, co poprzednio.

Zakręciło mi się w głowie. Czy wszyscy w tym mieście byli nieustannie pijani? Otumanieni opiatami? Nie mogłem znaleźć odpowiedzi. Byłem zły, głodny i rozczarowany. Wręczyłem Amadeusowi pieniądze, oznajmiłem, że jutro wyjeżdżam i poprosiłem o załatwienie sprawy, zostawiając parę dziwaków samym sobie. Następnie udałem się do domu Margareth.

Obrzydliwa starucha nie chciała wpuścić mnie do środka, grożąc wezwaniem sąsiadów. Musiałem szczegółowo opisać zawartość mojej, pozostawionej przecież u niej, walizki, by ją przekonać. Przepraszała mnie potem, acz niezbyt żarliwie, tłumacząc się wiekiem. Na zgodę zaproponowała herbatę oraz ciastka o smaku nadgniłego papieru. Zapach stęchlizny wżarł się już chyba w moje ubranie, stale mi bowiem towarzyszył.

Mimo to humor nagle mi się poprawił, a z braku lepszych zajęć postanowiłem uciąć sobie popołudniową drzemkę. Nadal miałem wyrzuty sumienia w związku z Rosie, nie mogłem jednak znaleźć lepszego rozwiązania, a wzdragałem się na myśl o własnoręcznym przeniesieniu do grobu jej rozmiękłego, opuchniętego ciała. Jeszcze nim zasnąłem, naszły mnie myśli o czekoladzie, herbacie i grzybowym miąższu, lecz szybko rozpłynęły się po pachnącej kurzem poduszce.

Obudziło mnie przeciągłe metaliczne pobrzękiwanie. Prawie nic nie widziałem, pokój tonął w ciemnościach. Najwyraźniej zapadł już zmrok. Z zewnątrz dobiegł mnie przytłumiony stukot kroków, coś szarpnęło drzwi wejściowe, a potem zapadła cisza. Próbowałem sprawdzić godzinę, lecz choć wytężałem wzrok, nie mogłem dojrzeć wskazówek zegarka.

Zwlekałem dłuższą chwilę, nim zdecydowałem się wstać. Ubrałem się po omacku i wyszedłem na korytarz. Nigdzie nie widziałem staruszki, dom był nieogrzany i ciemny, choć jedna maleńka świeczka paliła się jeszcze na kuchennym parapecie. Ciasteczka stały wciąż na stole, stygnąca herbata parowała w zimnym powietrzu. Nabrałem nagle ochoty na dolewkę, w porę się jednak opamiętałem. Spróbowałem otworzyć drzwi wejściowe, lecz te, uchyliwszy się na pół cala, stawiły opór. Po kilku próbach straciłem cierpliwość. Natarłem całym ciałem, aż blokada puściła i wypadłem na zewnątrz. Jak się okazało, klamkę owinięto od drugiej strony grubym łańcuchem przymocowanym do framugi. Miałem chyba sporo szczęścia, że prowizoryczny węzeł puścił pod moim naporem. O co tu chodziło? Jeśli zabieg ten miał mnie zatrzymać w środku, zwykła kłódka spisałaby się znacznie lepiej. Ta nieudolność w jakiś sposób wpasowywała się jednak w aurę pochłaniającej Old Point apatii.

Zdałem sobie nagle sprawę, że słyszę ciche, miarowe, zwielokrotnione echem szuranie. Gdy wyszedłem na ulicę, zobaczyłem niknące w dali szeregi postaci, przemieszczających się wolno w jednym kierunku. Rozbujane, trzymane w rękach latarnie nadawały tej kolumnie wygląd świetlistego węża o wielu odnóżach, osnutego pasmami rzadkiej mgły.

Ciekawość stoczyła krótką, zwycięską bitwę z niepokojem. Ostrożnie, zachowując bezpieczny dystans, ruszyłem śladem mieszkańców. Tłumek ciągnął gdzieś w ciemność, w stronę majaczącej na tle rozgwieżdżonego nieba góry. Po cóż tam gonią? – pytałem sam siebie nerwowo, stale balansując na cienkiej linii pomiędzy potrzebą zrozumienia i wolą przetrwania. Czego się właściwie boję? – podpowiadał rozsądek. Ot, gromada jakichś starców, którzy… Wzdrygnąłem się. Gdzie właściwie były dzieci? Jak dotąd nie widziałem w Old Point nawet jednego. Na tę myśl zrobiło mi się nieswojo. Z drugiej strony, kto chciałby wychowywać dzieci w takim miejscu? – racjonalizowałem.

Zmagając się tak sam ze sobą, ani się spostrzegłem, gdy dotarłem do podnóża szczytu Katahdin. Tłum znikał właśnie za skalną ścianą. Wtedy usłyszałem za sobą kroki. Próbowałem znaleźć jakąś kryjówkę, lecz nieskutecznie. Przekląłem się w duchu za tę nieostrożność, w desperacji padłem plackiem na kamieniste podłoże. Światła kolumny niknęły powoli, miałem więc nadzieję, że pozostanę niezauważony. W napięciu oczekiwałem na rozwój wypadków, odetchnąłem dopiero, gdy z mroku wyłonił się kontur wielkiego kapelusza.

– Góra Ponad Inne. Katahdin. – powiedział wprost do mnie Kanatika, gdy tylko się zbliżył. Nie widziałem jego twarzy, lecz głos miał inny, delikatniejszy i cichszy.

– Toby? Co tu się dzieje? Co oni wyprawiają? – zapytałem, wstając.

– Lahuaa nie można opowiedzieć. Trzeba zobaczyć. Nocą wzrasta Lahuaa, o tak!

– Poprowadź mnie – zażądałem, a Kanatika skinął tylko głową i ruszył przodem.

Nie wiedziałem, czy mogę zaufać dziwnemu Indianinowi. Może lepiej bym uczynił, gdybym zawrócił, poczekał spokojnie do rana i po prostu opuścił to miejsce raz na zawsze? Wspomnienie łańcucha na drzwiach mocno jednak zakłócało ten tok myślenia. Poza tym pewność siebie Kanatiki uspokajała. Podążyłem za nim pospiesznie, bo znowu zaczynał ginąć w ciemności.

Po chwili wspinaczki dotarliśmy do krawędzi wysokiego urwiska. Starzec padł na ziemię, podczołgał się do przepaści i skinął na mnie ręką. Położywszy się obok, wyjrzałem.

Na polanie pod nami kłębił się tłum ciemnych postaci. Ruchem powolnym i leniwym, acz pełnym wewnętrznego porządku, sunęły pośród wielkich, szarganych wiatrem ognisk. Kręgami, półkręgami, szeregami przemieszczali się mieszkańcy Old Point z miejsca na miejsce, tworząc przedziwny wzór, który wydawał się skrywać odpowiedzi na nieznane pytania. Przypomniały mi się rysunki znalezione w pokoju Rosie, tylko… To nie było wszystko. Obrys schematu tworzyło bowiem… coś… Coś, czego nie widziałem nigdy wcześniej, wynaturzona grzybnia, ogromna, rozgałęziona, nieregularna, wijąca się niczym jelita i pełna podłużnych wybrzuszeń. Gdzieś w tle dostrzegłem chyba jaskinię czy wnękę, do której wdzierała się czymś na kształt grubego pnia.

W pewnych miejscach uczestnicy korowodu pochylali się, padali na kolana, gwałtownymi torsjami wyduszając z siebie lepki płyn, rozmazywany następnie po podłożu. Wstawali potem i ruszali dalej, w zgodzie z krokami niezwykłego tańca, tu gładząc drżące wdzięcznie purchawkowe kształty (przysiągłbym, że łasiły się do nich jak koty!), tam masując mięsiste żyły potężnej grzybni.

– Kiedyś Lahuaa spało we wnętrzu Góry Ponad Inne i lud Kanatiki śpiewał mu kołysanki – wyszeptał Indianin. – Ale jest już za ciepło, za ciepło. A jak… Piękna wiosna, piękna jesień. Lahuaa budzi się i rośnie, rośnie i rosnąć będzie, aż przesłoni gwiazdy i cykl się dopełni . Tak!

– Co oni robią, Toby? Co oni robią?!

– Duchy robią, co muszą robić. Arthur inny – dodał z nutką zdziwienia – trochę jak żywy.

– Jestem zupełnie żywy, Toby! O czym ty mówisz?!

– Wszyscy jesteśmy już nie całkiem żywi. Dopóki Lahuaa rośnie. Tylko Rosie bezpieczna – tu wskazał na swój kapelusz – jej ducha nie można już skrzywdzić.

Tknięty nagłą myślą, sięgnąłem do kieszeni po pliczek zdjęć, które znalazłem w pokoju kuzynki. Korzystając z wątłego światła ognisk, wyszukałem to, na którym stała z uśmiechem w wielkim, kremowym kapeluszu. Tym samym kapeluszu.

Kanatika szturchnął mnie, porozumiewawczo kładąc palec na ustach. Kiwnąłem głową. Poszliśmy dalej kamienistym żlebem, aż znaleźliśmy się na dole, ukryci za wielkim głazem w miejscu, gdzie zgromadzeni porzucili swoje latarnie, niektóre wciąż rozpalone. Widziałem stąd wszystko jak na dłoni. Serce waliło mi w piersi jak szalone, lecz nie potrafiłem oderwać wzroku.

Na środku polany osowiali starcy przystawali i czerpali garściami błoto z czerniejącej tu sadzawki. Zwilżywszy je obficie śliną, wklepywali rozmiękłą masę w ściany olbrzymiej konstrukcji o nieregularnych kształtach, pełnej wypukłości, falistych zgrubień i cieknących płynem otworów. Zobaczyłem, jak burmistrz stanął tam, zdjął swój wysoki cylinder i… przysięgam na wszystko, co święte, nie miał pod nim czaszki! Zamiast tego, w głowie jego kłębiły się rozedrgane, opalizujące parzydełka. Amadeus wetknął całą rękę w jeden z lśniących wilgocią wylotów, pogmerał w nim chwilę, by wydobyć wreszcie grubą „larwę”, mniejszą formę widzianych przeze mnie wcześniej grzybów. Wiła mu się w rękach, ociekając śluzem, a on uniósł ją wysoko nad głowę, parzydełka strzeliły w górę jak atakujące węże i momentalnie wciągnęły niezwykłe stworzenie w głąb czaszki. Zobaczyłem, jak inny uczestnik zgromadzenia wyciska z konstrukcji zawartość jednego z napęczniałych guzów, coś ciężko upadło na trawę. Zobaczyłem nogi, potem ręce, wreszcie głowę… Wtedy krzyknąłem. Niezbyt głośno, lecz wystarczyło, by niezwykła praca ustała i zapadła grobowa cisza.

-Obcy! Łapaj-capaj! – wrzasnął burmistrz, a ludzie jak jeden mąż ruszyli w moim kierunku.

Nie myśląc wiele, pochwyciłem jedną z latarni i cisnąłem w ich kierunku. Nafta rozlała się, buchając płomieniami, wiatr momentalnie rozsiał je we wszystkich kierunkach. W jednej chwili wszystko stanęło w ogniu. Ludzie zajęli się jak słoma. Stali tam w samym centrum pożogi, lecz nikt nawet nie jęknął. Padali tylko jeden za drugim na ziemię. Pożar rozprzestrzeniał się w zatrważającym tempie, wedle rysowanego wcześniej przez tłum wzorca. Poczułem olbrzymie gorąco na twarzy i swąd palonych włosów, spróbowałem złapać Kanatikę za ramię i odciągnąć go w tył. W tym momencie jakiś silniejszy podmuch zerwał mu z głowy kapelusz, który pofrunął w sam środek pożaru.

– Rosieee! Nie! – wykrzyknął żałośnie Indianin, wyrywając mi się z rąk i skacząc w ogień za kapeluszem. – Rosieeeeeee… – usłyszałem jeszcze raz, nim zniknął.

Wokół mnie wszystko płonęło, płonęło jak piekło. Żar bijący zewsząd był nie do wytrzymania, dym dusił i palił. Rzuciłem się do ucieczki. Biegłem i biegłem, nie patrząc za siebie i nie przystając ni razu. Ślizgałem się na błocie, potykałem o kamienie, padałem, raniąc kolana, lecz nawet gdy minąłem znajomą tablicę z napisem „Old Point, populacja 242… i coś” nie zatrzymałem się, pędziłem dalej jak wariat, jak nigdy w całym swoim życiu. Lecz nie byłem sam, wiedziałem o tym. Las roił się od kształtów, wielkich, łysych i gładkich. Słyszałem jak ruszają się w ciemnościach, jak powstają z gleby, osaczają mnie, są coraz bliżej, zaciskając pętlę i blokując drogę ucieczki. Kątem oka widziałem szarżujące, krągłe sylwetki. Z czasem jednak dźwięki zaczęły się oddalać, przesuwać gdzieś do tyłu, aż w końcu ustały. Zwolniłem wówczas, lecz nadal, choć ledwo żywy, brnąłem przez noc. Mój oddech stopniowo się uspokoił, zacząłem odzyskiwać rozum.

Świtało już, gdy dotarłem do okolic Tucksville, szczęśliwie udało mi się złapać okazję do samego Millinocket. Kierowca zmierzył mnie wzrokiem, a wyglądałem doprawdy żałośnie, lecz nie powiedział słowa, a ja… wolałem trzymać język za zębami. Sam nie rozumiałem, co się wydarzyło. Czy oszalałem? Czy wyśniłem to wszystko? Czym naprawdę było Old Point? Nie znałem odpowiedzi i choć wspomnienia ubiegłej nocy nadal mnie prześladowały, z czasem zaczęły blednąć, a ja, wykończony, zasnąłem. Obudziłem się dopiero na miejscu.

Podziękowałem kierowcy za przejażdżkę, a ten odjechał, zostawiwszy mnie niemal dokładnie przed kawiarenką uroczej Liz. Nagle zapragnąłem napić się kawy, zjeść i odpocząć, zostawić koszmary za sobą. Zapomnieć o wszystkim.

Drzwi, jak poprzednio, były uchylone, dzwonek zabrzęczał, gdy tylko przestąpiłem próg. Sala świeciła pustkami, lecz na „moim” stoliku stały wciąż talerzyk i kubek, pozostawione być może przez jakiegoś bywalca. Mimo to nieodparta siła nawyku kazała mi usiąść w tym samym miejscu. Dopiero teraz poczułem, że przybyłem wreszcie do bezpiecznej przystani, gdzie nie mogło mi się przytrafić już nic złego. Odetchnąłem. Usłyszałem kroki Liz na pięterku, zobaczyłem jak schodzi tym spokojnym, uroczym krokiem dobrej pani domu. Jej oczy błysnęły, gdy mnie zobaczyła.

– Dzień dobry panu, czym mogę służyć? – powiedziała i nawet widok mojego potwornie ubłoconego ubrania nie zmył uśmiechu z jej twarzy.

– Dzień dobry, Liz. Właśnie wróciłem – powiedziałem, starając się sympatycznym tonem zatuszować pamięć naszego ostatniego spotkania.

– Przepraszam bardzo… czy my się znamy? – zapytała, odrobinę zmieszana.

– Właściwie nie – sprostowałem. – Byłem tu dwa dni temu, myślałem, że mnie pani pamięta…

– Pan wybaczy, ale z pewnością się pan pomylił. Dopiero wróciłam z wakacji, przedwczoraj byłam jeszcze w Portland. Musiał pan poznać moją siostrę, Alice. Może wspomniała o mnie, pomieszał pan imiona…

– Ach, może i tak, rozumiem! Bliźniaczka? – bardziej stwierdziłem, niż spytałem.

– Nie – zdziwiła się, lekko też chyba urażona. –Alice jest dwadzieścia lat starsza. Coś podać?

Nie wiedząc, jak uratować rozmowę, zamówiłem ciasto i kawę. W radiu grano coś z Hanka Williamsa. Liz stanęła przy barze, tyłem do mnie, jej biodra zaczęły się leniwie, acz stanowczo, kołysać. Ja jednak patrzyłem na gazetę, kropka w kropkę tę samą, co dwa dni temu. Patrzyłem na filiżankę z resztką kawy, w której pływały dwie martwe muchy. Patrzyłem na mrówki, figlujące na talerzyku pełnym starych, wysuszonych okruszków.

 

I drżałem.

 

Koniec

Komentarze

Wpływ Lovecraftowej prozy jest, aż nadto wyczuwalny już po przeczytaniu tytułu, a miejsce akcji tylko to potwierdza ;) 

W pociągu chyba nie ma przedsionków… 

A co treści to dotarłem przez 1/3 tekstu i przyznam szczerze, że to co u Lovecrafta na kartkach papieru ładnie się czytało, tak tutaj po prostu przynudza… Może to wina tego, że tekst czytam z ekranu monitora.  Niebawem doczytam zapewne resztę… Ale muszę odsapanąć. 

(co do przedsionków – są, tak się nazywa ta przestrzeń przy drzwiach, i niestety tu też musiał być, ponieważ Amerykanie nigdy nie polubili wagonów przedziałowych tak, jak Europa)

(edit – a, no i Lovecraftem bym się za bardzo nie sugerował, ja w zasadzie nie lubię jego stylu, za to Maine jest wspaniałym miejscem akcji dla tego typu historii)

Wiec kim? Miejsce akcji jest niemalże kojarzone z twórczością Lovecrafta, fabuła i rozwlekły styl pisania również przywodzi go na myśl. I wydaje mi się, że to nie tylko moje zdanie będzie. 

Hehe, nie no… Lovecrafta czytałem wieki temu i pamiętam głównie to, że wszystko było przeklęte i bluźniercze :) Ale masz rację, sposób poprowadzenia tej opowieści jest zbliżony i nie twierdzę, że jest to przypadek. Nie chciałbym tylko, by słowo “Lovecraft” nastawiało w ten czy inny sposób do opowiadania, bo sama treść niewiele ma z jego dziełami wspólnego. Nie będę rzucał nazwiskami, bo za mało mam jeszcze piór, żeby się do sław porównywać.

Dlatego nie ma Lovecrafta w tagach (a chyba go na liście widziałem).

 

edit: W razie czego – małe wyjaśnienie dlaczego rok 1953 (korzystałem z innych danych, dotyczących wyłącznie Maine, tu jest syntetycznie)

http://www.mlive.com/weather/index.ssf/2015/08/hottest_early_september_temps.html

Mnie się podoba. Trzyma klimat. Choć, kurczę, nie lubię i nie rozumiem horrorów, to jednak tutaj lekko mną zatrzęsło.

Błędów nie wytykam – widocznie albo ich nie było (ale poczekaj na miłościwie panującą Reg, bo ja ślepy jestem), albo nie były na tyle przeszkadzające w czytaniu.

F.S

Hmm… No dobrze, nikt nie czyta, więc wypowiem się ja. Antyreklama zadziałała nad wyraz dobrze :)

@Idaho_Iowa

Sam dobrze wiem, jak trudno tu czasem podejść do przeczytania długiego opowiadania (ta niecierpliwość, niepewność co do autora, takie tam) i rozumiem już, co się w necie sprawdza (czy wręcz wszędzie) w czasach nadprodukcji ekhm kultury. Stąd moje ostrzeżenie. To nie jest opowieść tego typu. A jednak może byś się nie rozczarował, gdybyś dokończył :) Choć na raty to chyba ciężko namieszać w głowie :)

Na marginesie, wystarczy mi spojrzeć w avatara, by przypomnieć sobie, kto urodził się w Maine (w odróżnieniu od pana L.).

@FoloinStephanus

Jeśli udało mi się utrzymać klimat do tego stopnia, że aż zatrzęsło, to chyba nie ma dla mnie lepszych wieści :) W końcu taki jest cel horroru. Wielkie dzięki za przeczytanie i opinię!

Lubię horrory, ale ten raczej nie przypadł mi do gustu.

Przede wszystkim mocno znużył mnie straszliwie rozwleczony początek, ciągnący się przez jedną trzecią opowieści. Natknięcie się autobusu na przeszkodę sugerowało, że w końcu coś zacznie się dziać, ale późniejsze wydarzenia nie sprostały moim oczekiwaniom, a zachowanie i postępowanie bohatera wprawiło w osłupienie. Mimo wszystko przeczytałam Górę Ponad Inne bez większej przykrości, ale też bez spodziewanej satysfakcji.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia, głównie z powodu interpunkcji i nie zawsze czytelnie skonstruowanych zdań.

 

twarz sma­ga­ły kłu­ją­ce po­dmu­chy zim­ne­go gór­skie­go po­wie­trza. – Wydaje mi się, że powietrze nie dmucha i nie smaga, robi to wiatr.

 

wszy­scy po kolei zmie­rzy­li mnie wzro­kiem, lecz po­dą­ży­li zaraz za swo­imi spra­wa­mi. – Raczej:  …lecz po­dą­ży­li zaraz do swo­ich spra­w.

Chyba że sprawy szły przed nimi. ;-)

 

jakby ciało spo­re­go zwie­rzę­cia, ta­ra­su­ją­cy drogę. – …jakby ciało spo­re­go zwie­rzę­cia, ta­ra­su­ją­ce drogę.

 

Li­czy­ło może kil­ka­dzie­siąt drew­nia­nych bu­dyn­ków, wy­bu­do­wa­nych pię­tro­wo na ła­god­nym zbo­czu ły­se­go wzgó­rza. – Brzydkie powtórzenie.

Może …drew­nia­nych domów, wy­bu­do­wa­nych… Lub: …drew­nia­nych bu­dyn­ków, postawionych

 

Kie­row­ca wró­cił wresz­cie, przy­pro­wa­dza­jąc ze sobą w sztok pi­ja­ne­go je­go­mo­ścia w weł­nia­nym swe­trze, który zmie­rzyw­szy mnie od stóp do głów, opadł cięż­ko na fotel, bez słowa. – Czy bohatera mierzył wełniany sweter, czy w sztok pijany jegomość? ;-)

 

Krót­ką wy­mia­nę zdań póź­niej wy­pła­ci­łem kie­row­cy obie­ca­ną sumę. – Raczej: Po krótkiej wy­mia­nie zdań, wy­pła­ci­łem kie­row­cy obie­ca­ną sumę.

 

Była ślicz­na Rosie, ale zwiędł jej kwiat… – Była ślicz­na Rosie, ale zwiądł jej kwiat

 

Wą­ziut­kie pęk­nię­cie tuż ponad jej prawą pier­sią, dłu­gie na kilka cen­ty­me­trów. […] Nie do­strze­głem żad­nych upła­wów czy or­ga­nów we­wnętrz­nych. – Obawiam się, że bohater na próżno spodziewał się upławów z klatki piersiowej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O wreszcie! Szkoda, że jednak na nie. Dziękuję za dotarcie do końca w takim razie.

Haha, większość wymienionych problemów to skutek poprawek na ostatnią chwilę, z tego, co widzę. Jak zwykle. Te poprawię.

Część Twoich uwag dotyczy ech, mojego własnego sposobu ujmowania rzeczywistości, przy tych pozostanę. Dla mnie rzeczywiście te sprawy szły przed nimi, nadałem im taki chwilowy byt. Lubię eksplorować możliwości języka i nie lubię ram. :) Czy to aż tak razi? (pytanie nie jest retoryczne)

Upławy pojawiają się jak sądzę w procesach gnilnych. Hm. Ja bym się spodziewał, że coś tam wycieknie. Więc i bohater pewnie mógł.

 

Zdradzisz, dlaczego zachowanie bohatera Cię zaskakiwało? Bo… on nie mógł się zachowywać racjonalnie. Z pewnych hm przyczyn.

Czy prośba o wskazanie jednego problemu z interpunkcją będzie przesadą? :) Tak dla rozważenia i wyciągnięcia wniosków?

( edit : Może tak. Napisałaś: “Po krótkiej wymianie zdań, wypłaciłem kierowcy obiecaną sumę” – o ile wiem, po inicjalnym okoliczniku czasu nie ma przecinka. Może tu moja wiedza jest jakaś nie taka? Intuicyjnie też bym postawił, z reguły potem je usuwam.)

 

 

To Twoje opowiadanie Vargu, i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane. Pamiętaj jednak, że to, co jest jasne i zrozumiałe dla Ciebie, nie musi być takie dla czytelnika, szczególnie jeśli nie zna on Twoich upodobań.

 

Upławy pojawiają się jak sądzę w procesach gnilnych.

W takim razie bądź uprzejmy sprawdzić w słowniku znaczenie słowa upławy.

 

Zachowanie bohatera jest zaskakujące w tym sensie, że – gdy pominiemy chęć spełnienia obowiązku, z powodu którego przyjechał – wywołuje zdumienie, bo robi wszystko, żeby napytać sobie biedy. Jak zresztą niemal większość bohaterów podobnych opowieści, w podobnych sytuacjach.

Jeśli istniały przyczyny, dla których postępował tak nierozsądnie, to nie zauważyłam ich.  

 

Nieco przesadziłam; interpunkcja jest całkiem przyzwoita, choć zdarzają się potknięcia. Ponieważ nie jestem żadnym ekspertem w tej materii i nie chciałam ponownie zagłębiać się w tekst, dwa przykłady:

 

Po chwili zmagań z łopoczącym na wietrze płaszczem i kolejnych uderzeniach wzniecanej podmuchami kurzawy mój dobry nastrój przepadł bez wieści.Po chwili zmagań z łopoczącym na wietrze płaszczem i kolejnych uderzeniach wzniecanej podmuchami kurzawy, mój dobry nastrój przepadł bez wieści.

 

Ponieważ jednak nikt nie palił się do dalszego obcowania z wystającym z krzaków, łysym cielskiem, wkrótce pojechaliśmy dalej.Ponieważ jednak nikt nie palił się do dalszego obcowania z wystającym z krzaków łysym cielskiem, wkrótce pojechaliśmy dalej.

 

 

Bardziej przeszkadzała mi konstrukcja niektórych zdań, np.:

 

Dzień wydawał się o wiele bardziej zachęcający z ciepłego wnętrza pociągu. – Wydaje mi się, że czytelniejsze byłoby zdanie: Dzień, z ciepłego wnętrza pociągu, wydawał się o wiele bardziej zachęcający.

 

 

Dodam jeszcze, że nie zawsze prawidłowo zapisujesz dialogi, np.:

 

– Jak się nazywasz? – usłyszałem znienacka.Jak się nazywasz? – Usłyszałem znienacka.

 

– Sam pan sobie podejdź i to zabierz! – denerwował się kierowca. Sam pan sobie podejdź i to zabierz! – Denerwował się kierowca.

 

– Doprawdy? – mężczyzna nagle jakby sobie o czymś przypomniał… – Doprawdy? – Mężczyzna nagle, jakby sobie o czymś przypomniał

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie spodziewałem się, że tak szybko. Dzięki ogromne!

Próbuję właśnie zebrać wiedzę, jak to jest z tym zrozumieniem czytelnika. Dzięki za pomoc i w tym.

Upławami mnie zabiłaś. Nie wiem, doprawdy, skąd ta pomyłka. I im bardziej myślę, tym bardziej nie wiem :)

A bohater… No cóż… Był pod wpływem.

Z tymi dialogami – myślałem o tym, ale uznałem, że ta “paszczowa” definicja w tych przypadkach nie obowiązuje (znaczy 1 i 2, przypadek 3 jest oczywisty). Dlaczego? Bo brzmi nienaturalnie, zdanie się nie kończy. Co to za zdanie “Usłyszałem znienacka”. Ale być może to Ty masz rację.

 

Pozostałe błędy – ponownie, zmiany na ostatnią chwilę. Będzie nauczka. Ten przecinek po kurzawie wywaliłem, bo o ile się go czuje, to ten początek to też taki porąbany okolicznik czasu! Zupełnie nie wiedziałem jak to rozegrać.

 

Bardzo się cieszę, jeśli w czymkolwiek pomogłam. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 Opowiadanie przeczytałam pod wpływem najnowszego Twojego tekstu, “Ostatni". I trochę się rozczarowałam. To co w “Ostatnim" było poetyckie i klimatyczne (na przykład opisy przyrody), w ​"Górze" jest przegadane, albo wręcz nudne. Wstęp do powyższego tekstu ciągnie się jak flaki z olejem.

Nie zrozum mnie źle, Vargu, sama historia, pomysł są doskonałe, tylko wykonanie (a zwłaszcza początek) trochę szwankuje. Może mógłbyś jeszcze trochę popracować nad tym tekstem? Dokonać kilku cięć, dodać nieco akcji?

Mam również trzy bardziej szczegółowe uwagi:

– nie leży mi ta drogą, po której jechał autobus – czasem jest pełna błota i kałuż a czasem wyschnięta i zakurzona. Nie jestem pewna czy jest to skutek niezwykłej, “łaciatej" pogody w opisywanej okolicy, czy też Twoje widzimisię?

– rzadko zdarza się, że trójnogie psy kuśtykają nieporadnie. Czworonogi zwykle radzą sobie doskonale po amputacji – są w stanie biegać, skakać a często szybkością dorównują pełnosprawnym zwierzętom.

– nie jestem pewna co do tej pory lanczu – dlaczego nie pora lunchu? Żadnych innych angielskich słów nie zapisujesz fonetycznie.

Hmm... Dlaczego?

Bardzo zatem wdzięczny jestem, że próbowałaś :) Cóż, horrorów czytam mało, miałem w zasadzie dwa główne wzorce, King (powieści) i Lovecraft. Może to po prostu nie był najlepszy punkt zaczepienia, nie sprawdzający się w tych, ogólnie rzecz ujmując, warunkach. Zwłaszcza pisanie opowiadań stylem powieści okazuje się dość karkołomne, heh.

Z drugiej strony mnie to nieśpieszne tempo bardzo się podobało, choć może było tak dlatego, że w dużej mierze spisywałem swoje wspomnienia (zmieniając jedynie miejsce akcji). Tu odpowiadam na uwagi 1 i 2. Całkiem możliwe, że temu psu dolegało coś jeszcze, ale skoro ja o tym nie wiedziałem, to i bohater nie musiał. Taka fajna zaleta pisania w pierwszej osobie.

Lancz pojawił się, gdyż… miałem obawy, że makaronizm lunch zostanie zwyczajnie skrytykowany. Sprawdziłem w słowniku, że istnieje polski odpowiednik, więc go zastosowałem. Normalnie pisałbym wg pisowni angielskiej.

Bardzo Ci dziękuję za te uwagi i motywującą krytykę. Pomyślę, czy chcę wyciągnąć coś jeszcze z tego tekstu. Trochę wysiłku w niego poszło.

Całkiem niezły tekst. Podobał mi się początek, taki niespieszny i budujący klimat. Mnie się bardziej skojarzyło z Kingiem albo z małomiasteczkowymi amerykańskimi serialami niż z Lovecraftem. Niezła, plastyczne scena przy zwłokach kuzynki, podobnie na plus postać Indianina. Finał chyba trochę zbyt sztampowy, spodziewałem się więcej, ale już samo zakończenie dość przyjemnie niepokojące.

 

Do pomieszczenia weszła całkiem zwyczajna kobieta w średnim wieku, w lekkim nieładzie, pełnym jednak uroku

Pełna.

nie sprzątany

Łącznie. Gdzieś tam chyba jest jeszcze jeden przymiotnik z nie zapisany oddzielnie.

Cieszy mnie niezmiernie, że zajrzałeś, Zygfrydzie! A ten samotny punkcik cieszy jeszcze bardziej. Początek miał właśnie zbudować ten senny, małomiasteczkowy klimat. Niby zawsze można napisać, że miasteczko jest senne i niemrawe, ale to przecież nie to samo. Wdzięczny Ci więc jestem, że podszedłeś do opowiadania na spokojnie i zagłębiłeś się na tyle, by poczuć jego atmosferę. Wiem jak się czyta w necie i sam nie mam pewności, czy skusiłbym się na dotarcie do końca, gdyby 1/3 tekstu była o jeździe autobusem i nie miałbym zaufania do autora :)

Przyjrzałem się bliżej utworom Kinga i myślę teraz, że trzeba było strzelić czymś między oczy już na samym początku, a potem spokojnie budować napięcie. Cóż… człowiek się uczy.

“Nie sprzątany” w zasadzie wciąż nie jest błędem (acz zalecana jest forma łączna) i choć rewolucja pisowni zastała mnie jeszcze w szkole, to jakoś hołduję jednak starym zasadom (czasownikowe znaczenie imiesłowu) – może dlatego, że czytam głównie stare książki i przywykłem. Konstrukcja “niesprzątany od tygodni” wygląda dla mnie strasznie :) Natomiast wierzę, że jakieś innego rodzaju błędy z “nie” mogą jeszcze tam być – sprawdzę, dzięki za pomoc.

 

Wiem jak się czyta w necie

Bardzo niewygodnie, ale na szczęście mam czytnik, na który zgrywam sobie opowiadania (chyba że ma mniej niż jakieś 3 tysiące znaków, to mi się nawet nie chce). Więc można powiedzieć, że czytałem Cię prawie na papierze :)

 

Przyjemne opowiadanie. Misie. Grzybowy, czekoladowo-truflowy horror to raczej interesujące zestawienie. A może po prostu głodna jestem. ;-)

Niespieszny początek. Sama nie wiem. Z jednej strony – fajnie byłoby zagęścić akcję. Z drugiej – uznaję Twoje argumenty o oddaniu atmosfery miasteczka. Zabieg w jakimś stopniu zadziałał, bo nie dłużyły się tak straszliwie.

Babska logika rządzi!

O, jaka miła niespodziewanka :)

Dzięki, Finklo, cieszę się, że Cisie. Trochę mi przywracasz wiarę w sens publikowania tego typu tekstów. Nie zaglądałem do tego opowiadania z pół roku, więc mogłem z tej okazji przeczytać je bez emocji. I cóż, o dziwo, nadal mi się podoba. Widzę teraz oczywiście liczne usterki, zdania nieco krzywe, pewne niepotrzebne fragmenty, ale mimo wszystko wydaje mi się, że oddałem to, co chciałem. 

Jak często zaznaczam, sam wolę takie opowiadania, nie przepadam za tymi wszystkimi zwrotami akcji i fajerwerkami. Lubię się w historii zanurzyć (również w trakcie pisania), dlatego męczą mnie wprawki na 10-20k. Ale wiadomo, internet rządzi się swoimi prawami. Klęska urodzaju. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze znaleźć złoty środek :)

No tak – złożony problem z tym środkiem. W krótkim tekście nie zawrzesz smakowitych szczególików, długi niewiele osób przeczyta…

Babska logika rządzi!

Według rozkładu pociąg miał się wkrótce zbliżać do Millinocket, postanowiłem więc wyjść do przedsionka, by rozprostować nieco kości i popodziwiać widoki.

Pierwsze zdanie i od razu się zatrzymałam, bo zaczęłam się zastanawiać, czy w pociągach są przedsionki. Okazało się, że są, więc mogłam spokojnie ruszyć dalej. I dobrze zrobiłam, bo opowiadanie jest naprawdę fajne.

Mnie się podobało, że tak powolutku się snuje, wprowadza w klimat. Owszem, dość szybko można się domyślić, że coś jest nie tak, i w pewnym momencie wiadomo na pewno, że ani mieszkańcy Millinocket, ani sam bohater nie uciekną przed “zarażeniem”, ale czyta się bardzo dobrze. Mnie wciągnęło.

Podobało mi się :)

 

Znam tylko pięć liter ;)

I tu dziękuję za odwiedziny i punkcik, Anet.

Do pisania “Góry” podszedłem naprawdę poważnie. Niech świadczy o tym chociażby fakt, że na analizowanie składów pociągów północno-wschodniego USA z połowy XX wieku poświęciłem niegdyś cały dzień. Z powodu tego jednego zdania. O oglądaniu setek zdjęć i słuchaniu muzyki lat 50tych nie wspominając.

Tam tak naprawdę ukryte jest całkiem ciekawe tło (mam na myśli ten rok 53, rewolucję na Kubie, próby atomowe, anomalie pogodowe itd.), którego chyba nie uwypukliłem wystarczająco. Cóż, jeszcze najwyraźniej nie umiałem.

Tak czy owak cieszę się, że klimat przeciągnął Cię przez te wszystkie nierówności, które teraz już widzę jak na dłoni ;)

Też się cieszę ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Kapitalne opowiadanko. Pogratulować pomysłu! Plastyczny i giętki język, styl Kinga wyczuwalny niekiedy. Bardzo podoba mi się to coś, co sprawia, że mam wrażenie, iż Twój narrator naprawdę przeżył to wszystko. Pozdrawiam i dziękuję za tę satysfakcjonującą mnie lekturę na wieczór! :-) 

Nie wiem, co Cię przywiodło w to miejsce, Maćku, ale wielkie dzięki za opinię :) Szczerze się cieszę, że byłeś usatysfakcjonowany. I tak, zgadza się, miało być mocno Kingowo, przynajmniej jeśli chodzi o tło i strukturę. Ale ilekroć tu zaglądam, widzę, że mogłem jeszcze bardziej się postarać :)

Nowa Fantastyka