- Opowiadanie: wiwi - Gnieciuch

Gnieciuch

Ze specjalną dedykacją dla wszystkich czytelników dzielnie walczących z interpretacją “Magii gwiazd” ;)

Mam nadzieję, że tym razem przekaz będzie bardziej zrozumiały.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Gnieciuch

Nie zaszedłby dziś daleko. Nogi nie chciały go nieść, głowa ważyła tyle, co worek pełen najlepszego ziarna, ręce ciążyły jak dyszle drabiniastego wozu. Myśli plątały się po głowie niczym stado krów wpuszczonych w szkodę. A mówiła mu małżonka Helena, żeby nie przesadził z okowitą w gospodzie u Ryszarda. Ale Ryszard był na tyle wymowny, a trzos na tyle pełny – że ­­­poczciwy Jurand dał się ponieść fantazji. No i teraz miał, na co zasłużył.

Nie wiadomo jak i kiedy, zapadł zmrok. Jesienna szaruga sprzyjała nadciągającej, wszechogarniającej ciemnicy, zewsząd go otulającej. Sam nie wiedział, jakim cudem, zamiast skierować się w stronę domu, do łóżka wypełnionego ciepłym ciałem Helutki, dotarł do ogrodzenia miejscowego cmentarza. Nieopodal cmentarnej bramy stał niewielki drewniany kościół z pomarszczoną, przerdzewiałą dachówką i nadgryzioną zębem czasu dzwonnicą.

– O żeż ty… – syknął przez zęby. – Jakiś bełt zmylił mi drogę, namieszał mi w głowie, skubaniec jeden. Mam ja za swoje…

– Oj masz, masz… – Miejscowy proboszcz, jowialny rumiany staruszek w powłóczystej sutannie, niespodziewanie położył pulchną dłoń na ramieniu Juranda i uśmiechnął się ciepło.

– O Jezus, Maria! Skąd ksiądz tutaj?! – krzyknął podskakując z przerażenia.

– Ano tak profilaktycznie zaglądam na cmentarzyk. Ostatnio grasował tu jakiś egzotyczny ananas, co to za wszelką cenę chciał się dobrać do grobu jaśnie oświeconych, świętej pamięci rejentów Karczewskich… Nie wiedział, biedaczysko, że u Karczewskich już niczego cennego nie znajdzie. – Pleban uśmiechnął się jeszcze szerzej, ukazując fatalny brak w uzębieniu. Jego wielkie, ciemne oczy rozszerzyły się tak bardzo, że poczciwe chłopisko aż przysiadło z wrażenia na progu kaplicy…

– Gnieciucha widziałeś? – zapytał znienacka duchowny.

– Nieee…  – odparł mocno skołowany Jurand.

– Pokazać ci?

– Pokażcie, dobrodzieju.

– No to chodź…

I poszli. Za kaplicą rozciągał się niewielki plac, na którym ułożone były w przytulnym półkolu szare kształty nagrobków. Proboszcz z podziwu godną zwinnością przeskakiwał od grobu do grobu… Mężczyzna z trudem dotrzymywał mu kroku, tym bardziej, że zamroczone okowitą zmysły nie dawały mu szansy na wytyczenie prostej marszruty.

Księżulek podwinął sutannę i nienaturalnie wielkim susem znalazł się za dostojną płytą grobu Karczewskich. Jurand ze zdziwieniem obserwował sprawność fizyczną duchownego. W kilku raźnych podskokach znalazł się tuż za nim.

– Patrz – szepnął ksiądz, poprawiając proboszczowską czapkę i wyciągając palec wskazujący w mrok…

– O święty Józefie, co jasnej bronisz Częstochowy… – wyrzęził przez szczękające od zimna i strachu zęby Jurand. To, co zobaczył przerosło jego najśmielsze oczekiwania.

Gnieciuch siedział na nagrobnej płycie, raptem parę metrów dalej, niemal na wyciągnięcie ręki. Księżycowy blask głaskał go czule po wielkim brzuszysku i sękatym jak pień drzewa ryju – ni to szczurzym, ni nietoperzym… Skrzeczał przy tym tęskliwie i smutno, próbując ostrymi pazurami wkopać się w świeżą jeszcze ziemię opodal grobowca.

– Hrabia Kunicki… – szepnął dyskretnie w ucho Juranda ksiądz dobrodziej – pochowałem go wczoraj z honorami. Rodzina z Petersburga specjalnie przyjechała. Owacje na stojąco, kondolencje na siedząco, damy, pieski, huzary… Nie wiedzieli, biedni, jaką śmiercią odszedł Kunicki z tego padołu łez…

– Jaką?

– Zapił się na śmierć, poczciwy hulaka. Niejeden raz ja się z nim zakładałem. Ale tym razem założył się z weterynarzem Łososinem, że pół litra duszkiem wypije. No i wypił…

Jurand pokiwał ze zrozumieniem. Jakaś dziwna myśl przemknęła mu przez bolącą głowę… Oczyma wyobraźni widział grób nie Kunickiego, lecz swój własny i gnieciucha siedzącego mu na piersiach, w otwartej, oświetlonej księżycowym światłem, trumnie.

– Widzisz go? Jaki zdeterminowany? Jaki wygłodzony? Żeruje zawsze nocą. To zapach strawionego alkoholu przyciąga go do grobowca. Gnieciuch tylko do śpiących i zmarłych zwykł przychodzić.

– Kyrie… – westchnął chłop, całkowicie już załamany. Czuł, że powoli traci rozsądek, że cały świat zaczyna wirować i walić mu się na głowę.

– Nie bój się, synu. Proboszcz dba o swoje owieczki… – pleban sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej małe, białe zawiniątko… – Kunickiemu już nic nie pomoże, ale twojej żałości jeszcze można zapobiec. Masz – wcisnął w dłoń mężczyzny tajemniczy podarek – oto kreda przeze mnie osobiście poświęcona na tę okazję. Chcesz obronić się przed gnieciuchem? Zanim spać pójdziesz, krąg wokół leża swego narysuj. Takową kredą nakreślonej obręczy straszydło nie ma prawa przestąpić. Sam używam tej metody od lat. Niezawodna, wypróbowana… Idź zatem w pokoju i zaradź szkodzie, póki czas… Ja tu jeszcze postoję, może ananas wróci, to go łopatą przez łeb zdzielę profilaktycznie…

 

Jurand wszedł do domu chwiejnym krokiem. Starał się jak mógł, by nieopatrznie czegoś nie potrącić. Nie chciał zbudzić smacznie śpiącej Helenki, przeszedł więc do drugiej izby i chwiejąc się na nogach, wielce zamaszyście zatoczył koło wokół posłania. Zakończywszy pracę, wielce usatysfakcjonowany jej efektem, padł na łoże ledwo żywy, zatapiając się od razu w ciężkim, dusznym, niespokojnym śnie…

Krąg wokół legowiska nie wyszedł jednak Jurandowi tak ładnie i precyzyjnie jak myślał. Chybotliwa linia niezdarnie wiła się wokół łóżka w dziwnych, wielce skomplikowanych meandrach, nie przypominając w żadnym razie koła. Ślad nie łączył się ze sobą, tworząc bardziej coś na kształt otwartej, zygzakowatej spirali…

 

Gnieciuch przestał kopać… Stanął na grobie Kunickiego słupka, zaciągnął się świeżym mocnym zapachem trawionego alkoholu… Pisnął przeciągle, otrzepał ryj z grobowej ziemi i pognał pędem w stronę wioski…

 

 

Koniec

Komentarze

 

Fajny tekst, czyta się miło, tylko, kurcze, miałam nadzieję, że rozjaśni trochę interpretację “Magii". A nie rozjaśnia.

 Ano tak profilaktycznie zaglądam na cmentarzyk.

Myślnika brakuje?

fizyczne wyszkolenie duchownego

może lepiej: “tężyznę fizyczną”, “sprawność fizyczną”?

 

Hmm... Dlaczego?

Och fajnie się czytało, tylko koniec pojawił się… jakoś tak za szybko.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

“Magii” nie rozjaśniło, ale za to rozjaśniło ponury wieczór okraszony katarem. Bardzo zgrabne opowiadanie, fajny klimacik takiej niby gawędy, odrobina humoru. Naprawdę, wiwi, skończ z drablami i szortami i napisz opowiadanie. Widać, że potrafisz wymyślić i bohatera i “okoliczności przyrody”. 

A na zachętę masz ode mnie klika.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bardzo sympatyczne opowiadanie. Przyjemnie się czytało i uśmiechnęłam się parę razy. 

 

PS. Kot mojej babci miał ksywkę Gnieciuch, bo lubił sypiać ludziom na brzuchach, a nigdy nie chciał się ułożyć bez ugniatania swojej ofiary. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Bardzo dziękuję za miłe komentarze:) A Tobie, bemik, za klika. Taką zachętę to ja rozumiem:)

Cieszę się niezmiernie, że się podobało.

Każdy koniec daje szansę na nowy początek...

Ciekawy tekścik. Uśmiechnęłam się nawet w paru miejscach. Horroru jakoś w tym nie widzę, ale to nie jest zarzut, bo swoisty klimacik i tak ma.

Jedna rzecz, na którą już zwróciła uwagę Bemik, a która wciąż rani oczy: fizyczne wyszkolenie. Raz, że ogólnie nie brzmi za dobrze, to w klimacie wiejskiej opowieści wręcz razi dziwacznością i niewpasowaniem. Sama zwykła sprawność chyba by w zupełności wystarczyła.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

To nie ja, to Drewian.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

No dobrze, już poprawiam:)

Każdy koniec daje szansę na nowy początek...

Przepraszam, faktycznie Drewian, nie wiem, czemu mi się pomyliło. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca – dla mnie to zaszczyt! Nieskromnie wyobrażam sobie, że mój komentarz napisany był w stylu tak podobnym do Bemika (rzeczowo, krytycznie, ale jednocześnie ciepło i przyjaźnie), że aż Ci się wzięło i pomyliło :D

Wiwi – a jak już poprawisz to skocz do “Magii" i nam wykładnię drabbelka przybliż! Bo ja już tu od zmysłów odchodzę, szukając właściwych interpretacji.

Hmm... Dlaczego?

Przeczytałem z uśmiechem i tym razem zrozumiałem bez trudu.

Uwagi krytyczne:

– chłop nie odezwie się do proboszcza – per – ty.

nie pasuje tu słowo – profilaktycznie.

Nawiasem pisząc, ja też za kołnierz nie wylewam. Pozdrawiam uśmiechnięty.

Horror to raczej nie jest, bardziej swojski koszmarek ;) ale gawęda fajna. Czuć rodzimy klimat, choć zastanawiałem się, czy ktoś korzystał w czasach przed wydaniem powieści Krzyżacy z imienia “Jurand”, a jeśli skorzystałby po, to chyba już nie byłyby to czasy huzarów : >.

Ryszard ma trochę racji, że zamiast “pokaż” mogłoby być “pokażcie”

Dostrzegam silną inspirację “Bestiariuszem Słowiańskim”, słusznie : ) ?

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dziękuję, Ryszardzie i Nevazie za cenną uwagę. Już poprawiłam ten jakże niefortunny zwrot ;)

 

Tak, Nevazie, intuicja Cię nie myli. “Bestiariusz” to dla mnie bardzo fascynująca i inspirująca lektura. Lubię takie słowiańskie klimaty. 

 

Dziękuję za kolejne punkty do biblioteki. To pierwsze w mojej “portalowej karierze”, więc tym bardziej bardzo mi miło:)

Pozdrawiam

Każdy koniec daje szansę na nowy początek...

Ani horroru, ani humoru, w Gnieciuchu nie dostrzegłam. Opowiastka raczej taka sobie, przeczytałam, ale pewnie niebawem zapomnę.

 

ręce cią­ży­ły jak dy­sz­le dra­bi­nia­ste­go wozu. – Ile dyszli ma wóz?

 

Myśli plą­ta­ły się po gło­wie ni­czym stado krów wpusz­czo­nych w szko­dę. – Krów chyba nie wpuszcza się w szkodę, choć zdarza się, że, nieupilnowane, same w nią wchodzą.

 

O, żesz ty… – syk­nął przez zęby.O, żeż ty… – syk­nął przez zęby.

 

Miej­sco­wy pro­boszcz, jo­wial­ny ru­mia­ny sta­ru­szek w po­włó­czy­stej su­tan­nie… – Nie wydaje mi się, by sutanna była na tyle długa, by ciągnęła się po ziemi.

 

zna­lazł się za do­stoj­ną płytą grobu Kar­czew­skich. – Na czym polega dostojność grobowej płyty?

 

Nie jeden raz ja się z nim za­kła­da­łem.Niejeden raz ja się z nim za­kła­da­łem.

 

Ju­rand po­ki­wał głową ze zro­zu­mie­niem. Jakaś dziw­na myśl prze­mknę­ła mu przez bo­lą­cą głowę… – Powtórzenie.

 

ple­ban się­gnał do kie­sze­ni… – Literówka.

 

chwie­jąc się na no­gach za­to­czył wiel­ce za­ma­szy­ste koło wokół po­sła­nia. – Raczej: …chwie­jąc się na no­gach, wielce zamaszyście nakreślił/ zakreślił koło wokół po­sła­nia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się :)

I strasznawy klimacik i trochę uśmiechu. I ten proboszcz, dla którego gnieciuch taki jest oczywisty. I bohater-pijaczek sympatyczny, szkoda chłopa.

I że zgrabnie napisane.

Pięknie dziękuję za komplementy i punkcik, Werweno:)

Każdy koniec daje szansę na nowy początek...

Ja się tam nie znam na horrorach, aczkolwiek milo się czytało. I taka fajna stylizacja, która mnie nie wychodzi choćbym bardzo chciał :D

F.S

Sympatyczny tekścik, ale w obecnej formie raczej do zapomnienia. Prosi się o rozwinięcie, niemniej w sumie nie wiem sama, w co można by to rozwinąć ;)

Tylko nie "Tęcza"!

Inspirujące opowiadanko. Napisane bez spinki, na pełnym luzie. Tak czymać.

PS. Już wiem do czego się może przydać święcona kreda ; )

...always look on the bright side of life ; )

FoloinStephanusie, Tenszo, Jacku… – wielkie dzięki. Miło czytać takie komentarze:)

Każdy koniec daje szansę na nowy początek...

Tjaa, nie każdemu dać można święconą kredę do ręki… :-)

Bardzo lekko i miło się czytało.

Mi również się podobało ;)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Fajnie:) Cieszy mnie to bardzo. Dziękuję, Adamie i Kwisatzu :)

Każdy koniec daje szansę na nowy początek...

Fajny ludowy klimat, wprowadzony już porównaniami w pierwszym akapicie, a sam Gnieciuszek wydał mi się całkiem sympatyczny. Hmm, myślę, że gdyby Jurand czasami używał nawet takiego painta, to wiedziałby, jak ważne jest, by obwód się zamykał :)

Ot, takie sobie. Jeśli miało rozśmieszyć, to na mnie nie podziałało.

Takie wieści jak pogrzeb (szczególnie tak huczny) hrabiego chyba się dość szybko rozchodzą, i wydało mi się dziwne, że ksiądz od podstaw tłumaczył sprawę Jurandowi, ale może wiedział, że ten chodził zwykle skołowany :-)

Dziękuję za opinie:) Pozdrawiam

Każdy koniec daje szansę na nowy początek...

Pomimo późnej pory i akcji dziejącej się na cmentarzu, nie czułam się, jakbym czytała horror. Ale podobało mi się, taka przyjemna, lekka do czytania historyjka. Dobrze dostosowana do długości, opowiedziane zostało wszystko, co trzeba, niczego nie brakuje.  I oczywiście świetna postać Gnieciucha ;)

Plus:

 

Tytuł.

 

Minusy:

 

„głowa ważyła tyle, co worek pełen najlepszego ziarna” – Czemu akurat najlepszego?

 

„Myśli plątały się po głowie niczym stado krów wpuszczonych w szkodę.” – Porównanie myśli do krów brzmi zabawnie.

 

„Jakiś bełt zmylił mi drogę, namieszał mi w głowie, skubaniec jeden.” – Można usunąć drugie „mi”.

 

„– O Jezus, Maria! Skąd ksiądz tutaj?! – krzyknął podskakując z przerażenia.” – A może: – O Jezus, Maria! Skąd ksiądz tutaj?! – Podskoczył z przerażenia.

 

„Proboszcz z podziwu godną zwinnością przeskakiwał od grobu do grobu…” – Z podziwu godną?

 

„To, co zobaczył przerosło jego najśmielsze oczekiwania.” – Po „zobaczył” przecinek.

 

„Gnieciuch siedział na nagrobnej płycie, raptem parę metrów dalej, niemal na wyciągnięcie ręki.” To „raptem parę metrów” czy „niemal na wyciągnięcie ręki”? Zdecyduj się na jedno.

 

„Księżycowy blask głaskał go czule po wielkim brzuszysku i sękatym jak pień drzewa ryju – ni to szczurzym, ni nietoperzym… Skrzeczał przy tym tęskliwie i smutno, próbując ostrymi pazurami wkopać się w świeżą jeszcze ziemię opodal grobowca.” – Nie podoba mi się ten opis, bo np. zdania są zbyt długie. Ryj jest porównany do pnia drzewa, a potem jeszcze do „ni to szczurzym, ni nietoperzym”.

 

„– Hrabia Kunicki… – szepnął dyskretnie w ucho Juranda ksiądz dobrodziej – pochowałem go wczoraj z honorami.” – A może: – Hrabia Kunicki… – ksiądz szepnął w ucho Juranda – pochowałem go wczoraj z honorami.

 

„Owacje na stojąco, kondolencje na siedząco” – Serio?

 

„Zanim spać pójdziesz, krąg wokół leża swego narysuj.” – „wokół leża swego” brzmi starodawnie.

Tekst w porządku, szału nie robi, ale kreacja Gnieciucha interesująca. Tylko trochę moralizatorsko wyszło.

Ciekawe, czy księżulo krąg ochronny rysuje przed libacją… ;-)

A “Gwiazdy” nie pojaśniały. ;-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka