- Opowiadanie: gwidon - Aż po grób

Aż po grób

Tekst został napisany na Kwiatkowską. Niestety jury nie poznało się na walorach artystycznych utworu.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

RogerRedeye

Oceny

Aż po grób

 

 

Rzeka płynęła wolno zimną, czarną wodą. Szemrała cicho, cichutko. Spieniała się w zakolach, obmywała korzenie wrośniętych w brzeg drzew.

Dziewczynka zdjęła buciki i zanurzyła stópki. Chłód na chwilę wstrzymał jej oddech. Jak miała przejść na drugą stronę? Co będzie jeśli zamarznie, albo porwie ją woda? Małe serduszko zatrzepotało strachliwie.

Miała dopiero siedem lat.

 

Książę pochylał się nad leżącą na marach kobietą i łkał. Była jego małżonką, ukochaną, jedyną, najpiękniejszą. Przysięgał jej wierność, aż do śmierci. A teraz patrzył na jej martwą twarz i nie mógł uwierzyć, że to wszystko się skończyło.

Nikogo na świecie nie kochał bardziej i wiedział, że już nikogo nie pokocha. Czuł jak jego serce twardnieje na kamień.

Gdy łzy napłynęły do oczu, pozwolił im płynąć.

Dwór, wielmoże wraz z żonami i dziećmi, zaproszeni goście, najznamienitsi obywatele księstwa i księstw granicznych, licznie przybyli, by pożegnać monarchinię. Kobiety płakały, mężowie przybrali stosowne do ceremonii, poważne wyrazy twarzy.

Martwa cisza składała hołd martwej księżnej.

Nawet siedząca przy sarkofagu dziewczynka, jak dwie krople wody podobna do zmarłej, milczała. Jeszcze nie rozumiała, że straciła matkę.

 

Osiem dni trwały uroczystości żałobne. Osiem dni książę siedział przy zamkniętym grobowcu, sprawy państwa pozostawiając na barkach doradców i sług. Nie odpowiadał na pytania, nie słuchał, co do niego mówią. Jadł tyle, żeby zjeść, pił tyle, żeby wypić. Wychudł i zmarniał. Myślał nawet o samobójstwie, lecz nie znalazł w sobie dość odwagi, by targnąć się na życie.

Poddani szanowali cierpienie władcy, bo rozumieli jego ból. Zmarła była dobrą i mądrą panią. Jej nagłe odejście pogrążyło w smutku cały kraj.

Dziewiątego dnia książę poprosił, żeby przyprowadzono mu córkę. Kiedy się to stało, długo wpatrywał się w twarzyczkę dziewczynki, po czym przytulił ją do siebie i pocałował w główkę.

Była tak podobna do matki, że nie mógł na nią patrzeć bez wspomnień.

Następnego dnia odesłał małą do wujostwa na wsi.

Potem rzucił się w wir pracy, bo tylko praca dawała mu ukojenie i zapomnienie. Spotykał się z ludźmi, objeżdżał miasta i wioski, wysłuchiwał skarg, odprawiał sądy. Starał się być prawy i sprawiedliwy, by lud ujrzał w nim dobrego pana. Dobrymi rządami chciał uczcić pamięć ukochanej. Ojciec zostawił mu bogaty i ludny kraj. Mimo rozpaczy musiał się nim zająć.

Jesienią, pół roku od pogrzebu, książę dał się namówić na polowanie. Lasy były pełne wszelakiej zwierzyny, a jeziora gęste od ryb. Gdy żyła ukochana często razem wybierali się na konne przejażdżki. Czuli się wtedy wolni, jak ptaki na niebie.

Polowanie przebiegło nadzwyczaj pomyślnie. Ilość ustrzelonych zajęcy, lisów, dzików i jeleni przekroczyła najśmielsze wyliczenia. Książę był zadowolony i po raz pierwszy od miesięcy nieśmiały uśmiech zagościł na jego twarzy.

Na zakończenie łowów urządzono ucztę. Władca z początku odmawiał trunków, lecz im dłużej patrzył na roześmiane towarzystwo, tym częściej spoglądał na pustą czarę i w końcu dał się skusić. Sam sięgnął po wino i sam napełnił kielich. Wypił jednym haustem. Nie poczuł się lepiej, lecz nie poczuł się też gorzej.

Roześmiani ludzie tańczyli wokół ognisk, roześmiani ludzi siedzieli w ławach. Noc wyciągała z mroku demony…

Nim minęła północ wiele kielichów przeszło przez ręce monarchy, a wino uderzyło do głowy.

Chciał wstać i dołączyć do rozbawionej gromady, lecz nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Oklapł na ławę i wówczas ją zobaczył. Szła trzymając wuja za rękę. Jego ukochana…

Nie, to nie mogła być ona. Niedowierzanie zaprzeczyło istnieniu cienia. W zamroczonym umyśle pojawiła się jedna jaśniejsza myśl.

– Zabierzcie ją stąd – wrzasnął książę, opluwając się jak ostatni pijak. – Zabierzcie ją ode mnie! – krzyk przedarł się przez wrzawę, gasząc ją jak gaśnik płomyk świecy.

Widziadło zatrzymało się, a po chwili odwróciło i odeszło.

Tuż po nim zaczęli rozchodzić się biesiadnicy.

 

Dziewczynka nie rozumiała, dlaczego tato ją odesłał. Ciocia tłumaczyła, że nie mógł przeboleć odejścia mamy, nie potrafiła jednak znaleźć słów, które zrozumiałoby dziecko.

– A gdzie odeszła mama?– dopytywała dziewczynka.

– Do nieba – odpowiadała ciocia.

– A gdzie jest niebo? – Chciała wiedzieć księżniczka.

– Po drugiej stronie rzeki.

– A gdzie jest ta rzeka?

Ciocia nie potrafiła wytłumaczyć, że rzeka nie istnieje, bo to granica życia i śmierci. Przytulała wychowankę, wtulając twarz w jej miękkie włosy i śpiewała piosenkę, której nauczyła się od babci. Nie doczekała się własnych pociech, dlatego robiła wszystko, by zastąpić sierocie matkę. Nie było to łatwe. Nie było łatwo tulić dziecko, a jednocześnie przeklinać jej ojca.

 

Latem książę wybrał się z wizytą do sąsiedniego landu.

Zimą dużo pił, zdarzało się, że na umór. Popadał ze skrajności w skrajność. Śmiał się i płakał. Zaniedbał się, zarósł i prześmiardł. Dworzanie chodzili na palcach, szeptali po kątach, nikt nie miał odwagi, by upomnieć władcę.

Aż nadeszła wiosna i na zamek przyjechał wuj z wychowanicą. Jej ciocia zmarła zimą i nie mógł, a może nie chciał, licząc na rozsądek księcia, zajmować się małą.

Początkowo monarcha pieklił się jak diabeł. Na dwa tygodnie zamknął się w komnacie. Zatkał uszy na upomnienia.

Gdy wyszedł z kryjówki, nawet nie spojrzał na córkę. Jadali oddzielnie. Sypiali w przeciwległych skrzydłach zamku.

Latem, gdy przeschły drogi po wiosennych roztopach, książę zebrał drużynę i wyruszył w podróż.

Wrócił po miesiącu i od razu ogłosił dobrą nowinę. Oświadczył się córce księcia-sąsiada i został przyjęty.

Dwa tygodnie trwały przygotowania do ślubu. Całe państwo żyło nowiną. Całe państwo życzyło szczęścia młodej parze. Niektórzy szeptali, że to niestosowne, by tak szybko po śmierci księżnej, książę brał ślub, jednak nikt ich nie słuchał. Monarcha był jeszcze młody i miał przed sobą całe życie. Czy powinien je marnować zapijając się na śmierć?

Na księżniczkę nikt nie zwracał uwagi, a ona… Kochała tatę, choć nie rozumiała, dlaczego on nie kocha jej.

 

Nowa pani przybyła w otoczeniu dwóch tuzinów dworek, karetą zaprzężoną w sześć białych rumaków. Miała długą białą suknię, przeplataną złotą nicią i ustrojoną czerwonymi różami. Wyglądała ślicznie.

Dziesięć dni i nocy trwało wesele. Goście nie trzeźwieli. Nawet psy obżarły się tak, że nie wychodziły spod stołów. Zresztą nikt nie próbował ich przegnać. Wiedziano, że są ulubieńcami księcia.

Pan młody pił, jadł i ryczał na głos sprośne piosenki. Porywał dworki do tańca, wpychał ręce pod spódnice. Dziewuchy śmiały się i piszczały, umykały mu z lepkich łap.

Księżna nie wzbraniała szaleństw. Również śmiała się i tańczyła. Lecz bardzo uważnie dobierała partnerów i nie pozwalała na poufałość. Uważała, że nadmiar trunków we krwi nie jest usprawiedliwieniem dla chamstwa.

Książę obserwował ją ukradkiem i im dłużej patrzył, tym mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że wybranka coraz bardziej mu się podoba. Takiej właśnie kobiety szukał.

Dziesiątej nocy nikt nie miał sił na zabawę. Nawet najtwardsi pokładli się i pospali. Książę legł przytulony do psów, pod stołem, wśród ogryzionych kości, psiego łajna i wymiocin.

Nowa księżna nie próbowała go budzić. Jeszcze nie obejrzała zamku, w którym miała zamieszkać i postanowiła w samotności i spokoju wybrać się na obchód.

Może tak miało być, a może nie, lecz drogi księżnej i księżniczki przecięły się właśnie tamtej nocy.

Panna młoda ujrzała siedzące na korytarzu dziecko i wiedziona ciekawością, a może przeczuciem, podeszła do małej.

– Kim jesteś ślicznotko? – zapytała, choć podobieństwo dziecka do zmarłej było tak uderzające, że znała odpowiedź nim ona padła.

– Córką mego taty – odpowiedziała dziewczynka.

– A kim jest twój tata?

– Mój tata jest księciem.

– A mama?

– Mama odeszła za rzekę. Tylko nie wiem, gdzie ta rzeka jest. Ciocia nie chciała mi powiedzieć.

– A po co chcesz wiedzieć?

– Żeby do niej pójść. Żeby tata znów mnie pokochał.

Księżna wzięła dziewczynkę za rękę.

– Chodź, pokażę ci – powiedziała.

Księżniczka nie protestowała. Wiedziała, kim jest ta śliczna pani i że przyjechała do zamku, by zamieszkać z tatą.

Poszły korytarzami, potem schodami, na wieżę. Tam śliczna pani pokazała dziewczynce, gdzie płynie rzeka, za którą poszła jej mama.

 

Księżniczka czekała trzy długie dni i noce, nim trafiła się okazja, by wymknąć się z zamku. Tata z nową mamą pojechali na przejażdżkę. Tak jak robił to, kiedy żyła stara mama, a potem nie było ich przez cały dzień.

Strażnicy nie domknęli furty w bramie, a że mieli jeszcze parę niedopitych bukłaczków wina z wesela, nie zauważyli dziecka.

Woda w rzece była zimna i czarna. Pachniała bagnem i rybą. Dziewczynka bała się, lecz po drugiej stronie była mama. Z pewnością czekała na nią. Z pewnością tęskniła. Zdjęła buciki i weszła powoli w nurt.

 

Znaleźli ją dwa dni później. Unosiła się na wodzie zaplątana sukienką w korzeń drzewa. Była martwa i zimna, a w jej długich włosach rak zaczął pleść gniazdo.

Książę uronił łzę i odwrócił wzrok. Księżna położyła rękę na piersi i opuściła głowę. Serce biło jej tak mocno, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Powiedziała małej, gdzie może znaleźć matkę, lecz przecież słowa nie zabijają.

Na dodatek czuła pod ręką nowe życie. Życie, które powinno mieć ojca, nawet jeśli nie będzie to TEN ojciec.

 

Chłopczyk urodził się sześć miesięcy później i choć w ogóle nie był podobny do księcia, władca uznał w nim syna. Nie miał powodu, aby nie wierzyć księżnej. Dzięki jej miłości zapomniał o śmierci córki. Opłakał małą jak należy i pochował w rodowej krypcie. Spoczęła obok matki. Tak jak by chciała.

Następca tronu stał się oczkiem w głowie obu rodziców. Nie był ślicznym chłopcem, jednak już samą obecnością wnosił radość na zamek. Opiekowali się nim na zmianę. Strzegli przed wodą.

Rok później księżna powiła dziewczynkę, a w kolejnym roku następną.

Książę przestał pić i zaczął więcej czasu poświęcać rodzinie. Zapomniał o tej, którą kiedyś tak bardzo miłował i o tej, która mu ją przypominała.

Rodowa krypta zarosła zielskiem, żelazne okucia zardzewiały.

Tylko kamień sarkofagów, w których leżały matka i córka, nie skruszał, choć pewnie powinien.

 

 

gw

 

 

 

Koniec

Komentarze

Dość niefortunny początek hydrologiczny, bo zapodajesz oczywistości, o tym jak w rzece płynie woda. Warto włozyć trochę więcej petyckiego wysiłku w pierwszy akapit, by stał sie interesującą trampoliną dlanaszego ulubionego ciągu dalszego…

Chłód na chwilę wstrzymał jej oddech – 

nie znam takiego procesu fizjologicznego, chyba że mamy na mysli kriogenikę. Mało zreczne sformułowanie.

 

Nikogo na świecie nie kochał bardziej i wiedział, że już nikogo nie pokocha. Czuł jak jego serce twardnieje na kamień.

To powinna być kwestia narratora, a nie bohatera, inaczej zapis jest infantylny, bo piszesz ze głęboko rozpacza, a tu nagle …bach…serce mu twardnieje jak kamień. 

 

Gdy łzy napłynęły do oczu, pozwolił im płynąć.

Nie znane są przypadki nauce. Jedyne, co przychodzi na obronę, to chusteczka, dzieki której można pozwolić lub nie pozwalać łzom płynąć po twarzy.

 

Martwa cisza składała hołd martwej księżnej.

Koszmarek stylistyczny, wszystko byłoby ok, gdybyś zastosował trik z przenośnią/porównaniem , ale w takiej formie jest nieakceptowalne, chociaż nie takie rzeczy przechodzą na tym portalu. 

 

Nie będą dalej się znęcał, bo tekst jest wyjątkowo niedopracowany. Niezwykle infantylny, by rzec dosadniej, grafomański ponad miarę.  Jestem zdumiony, bo czytałem dużo dojrzalsze opki pisane przez ciebie. Miałeś przerwę? 

 

 

 

50/50

 

Fajne, naturalne wyszły te scenki, gdzie perspektywa zbliża się do córki i nowej żony. Również udany jest motyw rzeki i jego rozwinięcie.

 

Gorzej – jak dla mnie – wypada środek opowieści, tj. historia księcia jest monotonna i przynudnawa. Wydaje mi się również, że wybór archaicznego sposobu narracji nie był tak do końca trafiony. Po tekście pałęta się trochę zgrzytów językowych.

 

Ogólnie rzecz biorąc, jest klimat, ale chyba mogłoby być lepiej. 

I po co to było?

Czytało mi się to opowiadanie trochę tak, jakbyś postanowił pobawić się różnymi oklepanymi bajkowymi motywami i dodać im trochę głębi, ale to nie do końca wyszło – opis cierpień księcia nie zachęcił mnie do czytania, bo miałam wrażenie, że postaci są papierowe.

Zastanawiam się też, czy raki mieszkają w gniazdach, a jeśli tak, to czy znalazłby się rak, który chciałby jakieś gniazdo uwić we włosach. Na moje wyczucie jest to mało stabilna lokalizacja ;-)

Za bardzo na plus było to zdanie:

 

Następca tronu stał się oczkiem w głowie obu rodziców. Nie był ślicznym chłopcem, jednak już samą obecnością wnosił radość na zamek. Opiekowali się nim na zmianę. Strzegli przed wodą.

– bo obiecywało różne komplikacje, gdyby powstał ciąg dalszy tekstu.

Doczytałem do połowy. Dwie pierwsze scenki smutne, choć przydługie, smutek księcia był już potwornie nudny.

Zgadzam się z iHomerem

Zgrzytnęło mi w tej bajce, gdy książę wysłał córkę na wieś do wujostwa i rzucił się wir pracy. To nie są określenia które pasują do kontekstu: na wieś wysyła miastowy, a nie książę, a wir pracy to się rzucamy w dwudziestym wieku.

Ignorancja to cnota.

Przykro mi to pisać Gwidonie, ale Twoja bajka jest straszliwie drętwa. Ot, smutna historia osieroconej księżniczki, którą znielubił tatuś.

Wiem, że bardzo umiesz pisać, że potrafisz stworzyć szalenie zajmujące, wręcz porywające opowieści, dlatego jestem szczerze zdumiona, że na konkurs przygotowałeś tak banalną, w dodatku nie najlepiej napisaną opowiastkę.

Mam nadzieję, że to był incydent, wypadek przy pracy, który, jak widać, może zdarzyć się nawet najlepszemu.

 

krzyk przedarł się przez wrza­wę, ga­sząc ją jak ga­śnik pło­myk świe­cy. – Powtórzenie.

Może: …krzyk przedarł się przez wrza­wę, tłumiąc ją jak ga­śnik dławiący pło­myk świe­cy.

 

A gdzie ode­szła mama?– do­py­ty­wa­ła dziew­czyn­ka. – Brak spacji po pytajniku.

 

Przy­tu­la­ła wy­cho­wan­kę, wtu­la­jąc twarz w jej mięk­kie włosy… – Powtórzenie.

Może: Czule obejmowała wy­cho­wan­kę, wtu­la­jąc twarz w jej mięk­kie włosy

 

Nie było to łatwe. Nie było łatwo tulić dziec­ko, a jed­no­cze­śnie prze­kli­nać jej ojca. – Może w drugim zdaniu: Trudno tulić dziec­ko, a jed­no­cze­śnie prze­kli­nać jej ojca.

 

Za­nie­dbał się, za­rósł i prze­śmiardł.Za­nie­dbał się, za­rósł i prze­śmierdł.

 

by tak szyb­ko po śmier­ci księż­nej, ksią­żę brał ślub… – Może: …by tak szyb­ko po śmier­ci żony, ksią­żę brał ślub

 

Pan młody pił, jadł i ry­czał na głos spro­śne pio­sen­ki. – Czy pan młody mógł ryczeć, nie wydając głosu?

 

Woda w rzece była zimna i czar­na. Pach­nia­ła ba­gnem i rybą. – Z tego wynika, że w rzece była jedna ryba.

 

Na­stęp­ca tronu stał się oczkiem w gło­wie obu ro­dzi­ców.Na­stęp­ca tronu stał się oczkiem w gło­wie obojga ro­dzi­ców.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg. a czytałaś to, co tam wygrało w poprzednich latach?

Nie, Gwidonie, nie czytałam. Czy to znaczy, że miałam szczęście?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To zależy co Ci się podoba, oprócz odbicia w lustrze.

Własne odbicie w lustrze przestało mi się podobać już dawno, bo jest przygnębiające, natomiast Twoje wcześniejsze opowiadania, mimo że niektóre przygnębiające, nadal bardzo mi się podobają, że o Górach Pamięci nie wspomnę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Góry sie po redakcji trochę zmieniły.

Pozdrawiam

Mam nadzieję, że zmiany nie zaważyły na ich urodzie.

Również pozdrawiam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dobry, zapadający w pamięć tekst. Jurorzy tego konkursu okazali się ciućmokami, ale to się zdarza.

Pozdrówka.

Roger, Ty niepoprawny prymusie wśród lizusów. Bez przesady z zachwytami.

pozdrówka

To znaczy tak.

Płynnie prowadzona narracja, spokojna, beznamiętna, a nawet bezduszna. A w tle wyraziście przedstawiony problem. I to wszystko w opowiadaniu, nieznacznie przekraczaąacym objętość zwykłej miniatury.

Kompozycyjnie wszystko pozamykane. i to na cztery zamki.

Niewielu tak potrafi.

Zawsze w takim tekście czai się niebezpieczeństwo – czyta się doskonale, fabuła idzie płynnie – czytelnik/recenzent/juror przyjmuje to jako sprawę oczywistą. A tak pisać trzeba umieć.

Mi też zgrzytnął wyraz “obywatel”, bo nie pasuje do tekstu z księciem i księżniczkami. Lepszy byłby “magnat”. No i co z tego? Nic. Każdy tekst można dopracować, a w dobrym tekście pewne potknięcia widać jak na dłoni. A takie potknięcia są tutaj minimalne.

Tekst naprawdę mi się podobał. Bardzo dobra robota pisarska.

Pozdrówka.

Przeczytałem. Jestem skłonny uznać ten tekst jako średni – no tak na czwórkę. Pozdrawiam.

A gdzie tu jest fantastyka? Oprócz tego, że macocha jest bajkowo wredna?

Nie znam się, ale podejrzewam, że księżna (żona księcia) to nie to samo co monarchini.

w jej długich włosach rak zaczął pleść gniazdo.

Też mam poważne wątpliwości, czy raki plotą gniazda.

Babska logika rządzi!

“gasząc ją jak gaśnik płomyk świecy. “

 

Trochę błędów, braki w przecinkach. 

 

W samym środku opowiadania, wszystko robi się kompletnie zamotane.

 

Oceniam na 3/10, bo dało się przeczytać.

Uważam, że jest to jeden z moich lepszych tekstów. Ciężko będzie go przeskoczyć.

Emotikony dla wszystkich

Rzeka płynęła wodą.

płynąć – w kontekście obfitować?

 

Ilość ustrzelonych zajęcy, lisów, dzików i jeleni przekroczyła najśmielsze wyliczenia. 

– czy nie lepiej szacunki? 

 

roześmiani ludzi(e)

 

sporo powtórzeń w charakterze ozdobników i lub/podkreśleń, które tak sobie do mnie trafiały.

Czy chciałeś w ten sposób nadać językowi nieco archaicznego brzmienia?

 

co to jest gaśnik?

 

prześmiardł – prześmierdł?

 

im dłużej patrzył, tym mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że wybranka coraz bardziej mu się podoba.

: im dłużej patrzył, tym bardziej mu się podobała. / Po prostu

 

zaciekawiło mnie racze gniazdo, z tego co przeczytałem w Internecie, raki raczej kopią sobie schronienia w dnach części wód, w których żyją – czy to tylko artystyczna wizja, czy dotarłeś do jakichś ciekawych informacji na ten temat? (widzę, że Finkla mnie ubiegła z tą uwagą)

 

Można by postawić pytanie, czy książę nie dbał o rodową kryptę po śmierci swojego ojca, który musiał już być władcą, skoro pozostawił mu bogaty i ludny kraj. Jeśli tak, nie bardzo rozumiem, czemu miałby przestać o nią dbać później. Na dobrą sprawę, powinien mieć od tego ludzi ;-)

 

Pozwolę sobie zacytować twoje opowiadanie, żeby oddać moje wrażenia po lekturze:

"Nie poczuł się lepiej, lecz nie poczuł się też gorzej.”

Wydaje mi się, że powinieneś był bardziej postarać się związać czytelnia z małą bohaterką, w stosunku do której pozostałem niestety z obojętny. Warsztat, nazwijmy go "literacki" – dobór słów i metody, które zastosowałeś, by ubarwić opisy, nie zachwyciły – choć od strony technicznej nie mam zarzutów. Najmocniejszym punktem całości jest dla mnie pomysł na opisanie tragedii kochającego męża, który nie godząc się ze śmiercią żony, odrzuca córkę. Był w tym potencjał, zdecydowanie. I zdecydowanie nie w pełni wykorzystany.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Jakoś tak… bez emocji. Napisane sprawnie, ale bez fajerwerków.

O raczych gniazdach nie słyszałam, z łowów w dzieciństwie kojarzę, że kopią norki lub chowają się miedzy korzeniami itp., a martwe ciała wykorzystują raczej w celu konsumpcyjnym. Więc norka w brzuchu (schronienie + prowiant na miejscu) byłaby bardziej wiarygodna niż gniazdo we włosach i chyba bardziej w Twoich klimatach;)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dobrze, że do NF-u nie wysłałem, bo mogłoby się nie spodobać, a potem żal i zgrzytanie zębów, i frustracja, że taki tekst przepadł.

 

Sprawnie napisane, ale bez fajerwerków. Przychylam się do opinii Nevaza – potencjał był, lecz pozostał niewykorzystany.

Jakoś nie przekonuje mnie książęca rodzina na wsi :D

Hmm... Dlaczego?

Podsumowując – skrajne opinie oczywiście odrzucam, tekst ma potencjał, tylko trzeba nad nim posiedzieć. Przepisać, dopisać, znaleźć gatunek raka wijącego gniazda, podpisać się A. Sapkowski, lub F. Kress, tudzież inny znany tuz, i słać? Dobrze.

gwidon, pisac potrafisz, bo pamietam cie z innych tekstow, nawet z tych usunietych z portaluwink. Na moje oko: olej ten tekst, bo “temu opku” juz nic nie pomoze, lepiej stworz cos nowego. 

Mam mieszane uczucie. Z jednej strony podobał mi się język i nawet fabuła. Tylko, właśnie, raczej :)… ta fabuła taka z jednej strony wciąga, z drugiej jakby kij włożył za koszulkę, sztywna. Znaczy podobało się, ale nie do końca.

F.S

Jeśli chodzi o czasownik “prześmiardł”, który okrasiłem znakiem zapytania, to słownik podaje tę formę jako jedną z prawidłowych, więc już się nie czepiam. Należało najpierw sprawdzić, a potem pisać, a tak pozostaje sprostowanie – i przepraszam Autora, za zawrócenie gitary : >, mam nauczkę.

Co do meritum, to obawiam się jednak, że żaden Krejs ani nawet Sakpowski w podpisie nic tu nie pomoże. Jeśli masz ochotę, pozmieniaj to i owo i może uda Ci się tchnąć w opowiadanie więcej emocji, a może pójdziesz za radą Homera i weźmiesz się za coś nowego. Powodzenia : )

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Przeczytałam. Się wezmę i się zgodzę z regulatorami. Znaczy z jej pierwszą opinią… A co tam, z odbiciem też tak mam ;)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Nowa Fantastyka