- Opowiadanie: Skull - Anno Domini 2.0

Anno Domini 2.0

Chciałbym serdecznie podziękować kolegom: Madej90, Zalth i Katastrof VII za betowanie. Wasze uwagi były bardzo pomocne.

Miłej lektury.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

zygfryd89

Oceny

Anno Domini 2.0

Słońce przebijało się pomiędzy jednorodzinnymi domkami i pojedynczymi drzewami, ogołoconymi z liści przez złodziejską zimę. Ciszę opustoszałej ulicy przerywały sporadyczne samochody, leniwie wtaczające się do garaży. Do szaroburego, sennego obrazka nie przystawał dziesięcioletni chłopczyk, który w pocie czoła toczył koślawą kulę śniegu.

Nosił kremową kurtkę zimową i przetarte dżinsy, a drobne dłonie skrył w kolorowych dwu-palczastych rękawiczkach. Grymas zmęczenia i rezygnacji co chwilę przeszywał anielską twarzyczkę chłopca o kręconych blond włosach, który z rosnącym niepokojem uświadamiał sobie zbliżający się kłopot. Na podwórku zabrakło śniegu na bałwana.

Spojrzał na dwie, nieregularne kule, poplamione kawałkami trawy oraz uschniętych liści i zacisnął pięści. Nagle dostał objawienia. Pognał do domu, by po kilku minutach wrócić z dwoma wiadrami pełnymi wody, czerwony od wysiłku. Postawił je na wydeptanym trawniku, rozglądając się czujnie wokoło. Nie widząc zagrożenia, klęknął obok, wznosząc ręce do modlitwy. Drobne usta poruszały się w rytm niemej formuły, po której przystąpił do dzieła. Chlusnął wodą z pierwszego wiadra i z zadowoleniem obserwował, jak na jego oczach ciecz w jednej sekundzie zmienia się w delikatny puch, powoli opadający na ziemię. Podniósł drugie wiadro i powtórzył proces. Mały kawałek placu ładnie się zabielił, ale to wciąż nie wystarczyło. Jego konsternację przerwał krzyk dziecka, dobiegający zza pleców:

– Co robisz, ćwoku?

Odwrócił się gwałtownie, ale gdy tylko rozpoznał twarz, uśmiech zastąpił strach. Uwieszeni na drewnianym, pięknie zdobionym płocie zwisali kolejno: Andrzej, jego brat Szymon, Kuba i Sławek. Gapili się na niedokończonego bałwana, lub kopali w poprzeczne deski. Tylko Sławek patrzył na rozmówcę w oczekiwaniu na odpowiedź.

– Robię bałwana.

Chłopiec na trawniku nie przepadał za Sławkiem. Ten nigdy nie używał jego imienia, tylko obraźliwych zamienników. Ostatnio nazywał go „pizdusiem”, od dwóch dni „ćwokiem”. Dzisiaj najwyraźniej nie miało być inaczej, tym bardziej, że jedno oko miał sine.

– Co ty, zgłupiałeś? Za ciepło jest, zaraz ci stopnieje.

– Wcale nie. – Oburzył się twórca – Będę go obsypywał śniegiem.

– Idziemy do parku, zabierasz się z nami? – W dyskusję wtrącił się Andrzej, najstarszy w paczce.

Chłopczyk o jasnych włosach, wystających spod czapki, spojrzał na puste wiadra i spory kawałek zieleni, który wymagał dośnieżenia.

– Zapytam mamy.

Chwycił puste wiadra i wbiegł do domu jak wystrzelony z armaty. Nawet nie zdjął butów, kiedy wparował do kuchni.

– Jezu, co ty robisz?! – wydarła się na niego, kiedy zobaczyła grudki śniegu pozostawione w tyle. – Ile razy ci mówiłam, żebyś ściągał buty? Teraz muszę wszystko powycierać.

– Przepraszam, mamo. – Jerzy mówił szczerze i spuścił głowę dla podkreślenia efektu.

Kobieta podeszła bliżej, delikatnie uniosła jego podbródek i spojrzała ciemnymi oczami na syna.

– Już w porządku. Tylko pamiętaj następnym razem, żeby ściągnąć buty. – Zmusiła się do uśmiechu.

– Przysięgam. – Chwilę się wahał, by wreszcie wyrzucić z siebie pytanie. – Mogę iść z kolegami do lasu?

– No nie wiem, już jest późno.

– Wrócę przed zmrokiem. Obiecuję!

– Z kim idziesz?

– No przecież wiesz: z Andrzejem, Szymkiem, Kubą i Sławkiem – wyrecytował oskarżycielsko, oburzony na mamę za to, że mogła pomyśleć o kimś innym, niż jego najlepsi przyjaciele.

– Ok, ale za dwie godziny masz być z powrotem. Będziesz z tatą ubierał choinkę. I żadnych cudów! – Ostatnie słowa musiała wykrzyczeć, gdyż Jurek pognał do wyjścia.

Nie musiał nic mówić. Jak tylko zobaczyli jego minę i prędkość wylotową z szerokich, dębowych drzwi, wiedzieli, że dostał pozwolenie. Nie czekając, sami zerwali się i przekrzykując, pobiegli chodnikiem w sobie znanym kierunku. Jurek ciężko dyszał, dogoniwszy ich, ale przemilczał niekoleżeńskie porzucenie w tyle.

Chłopcy dyskutowali między sobą, a niedoszły twórca bałwana obserwował Sławka. Kolega rzadko się odzywał, a jak już to robił, przekrzykiwał wszystkich i przemądrzał się. Głównie jednak wymachiwał ułamaną gałązką, jakby chciał kogoś zranić. Jerzy już widział kolegę w takim stanie i nie musiał sięgać do jego umysłu, by wiedzieć, co się wydarzyło.

– To był Piła, prawda? – wypalił nagle, przerywając rozmowy pozostałych. Spojrzeli na niego w niemym zdziwieniu, zapewne zastanawiając się czy kumpel użył swych mocy, by poznać prawdę.

– Nie twój interes. – Sławek w końcu się przemógł.

– Dopadł go dzisiaj rano, jak szedł po bułki do sklepu – wtrącił się Kuba. – Widziałem z okna.

– Spieprzaj! Nikt cię nie pytał o zdanie. – Pobity przyśpieszył, pozostawiając resztę w tyle. Jerzy chciał za nim ruszyć, ale Andrzej go zatrzymał.

– Daj mu spokój.

– Powinniśmy coś zrobić! – Dołączył się jego młodszy brat, Szymon.

– A co my możemy zrobić? Piła jest od nas silniejszy. Raz nawet widziałem, jak wyciągnął taki specjalny nóż, co jest schowany w blaszkach. Nazywają go chyba motylkiem czy jakoś tak. – Andrzej podrapał się po głowie, sięgając do pamięci.

– Mam już dość, że nas dręczy. Jest nas więcej, moglibyśmy mu oddać.

– Zapomnij, nie mamy z nim szans.

Zaległa ponura cisza, kiedy każdy zanurzył się w dręczących ich wspomnieniach. Jurek zaciskał pięści, za każdym razem, gdy przypomniał sobie strach na widok chłopaka, lub dźwięk nienawistnych słów i czynów, których się dopuścił, kiedy udało mu się kogoś złapać. Lęk przed bólem i upodleniem mieszał się z gniewem, który szukał ujścia.

Zrównali się ze Sławkiem, który nagle porzucił szpadę z cienkiej gałązki i krzyknął radośnie:

– Kto ostatni w bazie, ten ćwok! – Pognał do przodu, nie czekając na resztę.

Rozpoczął się dziki wyścig, który każdy chciał wygrać. Zbiegli ze ścieżki wydeptanej setkami stóp i skierowali się pomiędzy nagie drzewa, przykryte topniejącym powoli śniegiem. Dla obcego okolica mogła wydawać się monotonna i jednolita, ale chłopcy doskonale wiedzieli, gdzie są i dokąd biegną. Przeskakiwali parowy i powalone konary. Mijali drzewa i skupiska krzaków, aż w końcu wbiegli na małą polankę. Pośrodku rosła kępa młodych brzózek, które tworzyły częściowo otwarty okrąg. Nikt nie zastanawiał się, czy ktoś posadził drzewka umyślnie, czy ich ułożenie było przypadkowe. Dla nich to miejsce było idealne na bazę i reszta nie miała znaczenia. Najpierw dobiegł Sławek, potem Kuba, Andrzej, Szymon, a na końcu Jurek.

– Kurde, no! – Ledwo zipiąc, krzyknął ostatni z nich.

– Jesteś ćwokiem! – zaryczał z satysfakcją nie mniej zdyszany Sławek.

Chociaż wpajano młodemu cudotwórcy, że przemoc jest zła, w tej chwili miał ochotę kopnąć kolegę w dupę, albo przynajmniej rzucić mu śnieżkę w twarz. Ostatnia myśl mu się spodobała i nie zastanawiając się nad konsekwencjami i wykładami rodziców, ulepił solidną kulkę i wymierzył w kolegę. Kiedy pocisk uderzył pełnym impetem w kurtkę Sławka, ktoś krzyknął:

– Bitwa na śnieżki!

Lecące w każdym kierunku brudnobiałe kulki wprowadziły totalny chaos. Nie było podziału na strony, każdy był wrogiem, którego należało zasypać gradem zabójczych pocisków. Jak to zwykle bywa w przypadku spontanicznych, dziecięcych zabaw, wojna na śnieżki skończyła się tak szybko, jak się zaczęła, pozostawiając chłopców mokrych od śniegu, zaczerwienionych od wysiłku i z grymasem niezadowolenia na widok wciąż stojących przeciwników. W ramach niewypowiedzianego rozejmu, wszyscy weszli do bazy i spoczęli na kłodach, przywleczonych gdzieś z parku. Ściany wykonano z ubitego śniegu, ale materiał okazał się kapryśny, więc uszczelniano dziury rozerwanymi kartonami i patykami.

W środku składowali skromny arsenał. Patyki przypominające miecze i karabiny były nieliczne i w założeniu miały służyć jedynie obronie bazy. Najcenniejszy rynsztunek trzymali w domu. Tata Jurka, Józef, posiadał zakład stolarski i rok temu zbił im drewniane miecze ku olbrzymieniu niezadowoleniu żony Marii. Zrobił to tak dobrze, że dzieciaki sięgały po niego tylko w wyjątkowych okolicznościach. Dzisiaj nie planowali walczyć ze smokami, więc taszczenie cennego rynsztunku nie było konieczne.

Łapiąc oddech, zbierali myśli, by przerwać niechcianą ciszę. Sławek w końcu nie wytrzymał i zapytał:

– Ćwoki, a wy wierzycie w świętego Mikołaja?

– Co ty, głupi jesteś? – Skarcił go Andrzej. – Tylko dzieci wierzą w świętego Mikołaja. Ty dzieciaku. – Zaśmiał się szyderczo.

– Nie, no co wy, chłopaki. Tak tylko pytałem. Oczywiście, że nie wierzę. – Sławek próbował wybrnąć ze wstydliwej sytuacji obronną ręką. – Ale ten ćwok pewnie wierzy. – Postanowił odwrócić uwagę od siebie, wskazując na Jurka.

– Wierzysz? – zapytał Andrzej z taką miną, jakby patrzył na coś potencjalnie obrzydliwego.

– Tak, wierzę. – Odpowiadający wiedział, że straci w oczach kumpli, ale rodzice nauczyli go, że nie wolno kłamać.

– Frajer! Jurek wierzy w starego grubasa, który wchodzi przez komin i zostawia prezenty. – Kuba nie zamierzał go oszczędzać.

Pozostali wybuchnęli śmiechem, a pechowiec miał ochotę się rozpłakać i uciec. Powstrzymał się jednak i odrzekł, kiedy pozostali się uspokoili:

– Nie wierzę w żadnego grubasa, tylko w biskupa, który pomagał biednym bardzo dawno temu. Właśnie za swoje dobre uczynki został świętym.

Wszyscy znieruchomieli, próbując przetworzyć zaskakującą informację. Najwyraźniej w ich głowach istniała tylko jedna wizja znanej postaci i była nią ta zaczerpnięta z telewizji. W innej paczce chłopcy albo zignorowaliby słowa kolegi, albo dalej wyśmiewali, jednak ta czwórka wiedziała, że przyjaciel nigdy nie kłamie i właśnie ten fakt wprawiał ich w konsternację.

– Nieważne. – Andrzej machnął ręką z dezaprobatą, najwyraźniej nie znając lepszego sposobu na zakończenie dyskusji.

Rozglądali się po ciasnawej bazie i po sobie, czekając aż jeden z nich rzuci jakiś pomysł. Cisza zrobiła się wyjątkowo nieznośna i byli gotowi zaakceptować dowolny plan działania.

– Chodźmy nad strumień – zaproponował Jerzy, skrępowany przejęciem inicjatywy.

– Idziemy – zawyrokował Andrzej i wszyscy posłusznie wstali.

Drogę do celu spędzili na rozmowach o motoryzacji. Dyskutowali o samochodach, które sobie kupią, kiedy dorosną, udowadniając jednocześnie pozostałym, dlaczego ich wybór był głupi. Gorącą wymianę zdań przerwał krzyk Kuby:

– Martwy ptak!

Wszyscy zlecieli się, by zbadać niesłychane odkrycie. Gdy Jerzy wstąpił do kręgu, zobaczył truchło wielkiego ptaka koloru smoły. W myślach nazwał go krukiem, gdyż dla niego każdy duży, czarny ptak nim był. Leżał na grzbiecie, z wyciągniętymi szponami do góry i z dziwnie powykręcanymi skrzydłami. Dziób miał lekko rozchylony, a oczy przypominały czarne, szklane paciorki. W końcu wszyscy spojrzeli na Jurka z niewypowiedzianym głośno oczekiwaniem. Nie lubił ciekawskich spojrzeń, wymuszających na nim czynienie cudów, ale strach przed utratą podziwu kumpli zrobił swoje. Wiele razy rodzice ostrzegali go, by nie szafował mocami, a już robienie tego przy świadkach było zabronione, lecz ufał kumplom i jak do tej pory nie zawiedli go.

Bez słowa przyklęknął nad ptakiem. Pozostali instynktownie się odsunęli i z nieskrywanym zainteresowaniem obserwowali kolegę. W grupie dzieci zawsze znalazło się jedno, które musiało powiedzieć coś nieodpowiedniego do sytuacji, wywołując śmiech lub wprawiając w konsternację pozostałych. Gdy Jerzy klękał, wszyscy instynktownie milkli. Powiedział im kiedyś, że modli się wtedy do Boga, ale dla nich to było coś więcej, coś czego nie potrafili nazwać, ale czuli sercem. Podświadomie wiedzieli, że są świadkami wzniosłej chwili, której nie wolno zakłócić.

Chłopak wypowiedział słowa szeptem i przyłożył ręce do martwego zwierzęcia. Wystarczyły trzy uderzenia podnieconych serc obserwatorów, żeby ptak nagle się poruszył. Najpierw mrugnął i pokręcił głową, aby w drugiej chwili zgrabnie stanąć na nogi. Zakrakał, popatrzył na otoczenie, po czym przypomniał sobie, że jest ptakiem otoczonym przez ludzi, mogących go skrzywdzić. Pozwolił działać instynktowi – zatrzepotał skrzydłami i wzbił się w powietrze. Przysiadł na gałęzi kilka drzew dalej i krakał sobie w najlepsze, jakby w ogóle nic się nie stało.

– Hej, co zrobiliście z moją zdobyczą?!

Wszyscy jak na komendę obrócili się w kierunku zbyt dobrze znanego głosu. W ich stronę pewnym krokiem zbliżał się czternastoletni Paweł, zwany Piłą. Był znanym w okolicy tyranem, znęcającym się nad wszystkimi, którzy nie byli w stanie się bronić. Sam cień jego obecności wprawiał nieraz w dygotanie, a teraz kat we własnej osobie kroczył w ich kierunku pełen wściekłości.

Andrzej, Szymon, Kuba, Sławek i Jurek pognali w przeciwną stronę. Wiedzieli, że oberwą, jeśli dadzą się złapać, więc nie tracili czasu na odwracanie się i przekrzykiwanie. Usłyszeli za plecami wyzwiska i groźby goniącego ich opryszka, więc tylko przyśpieszyli.

Nagle ziemia usunęła się spod nóg Jurka, kiedy potężna siła szarpnęła za jego kaptur. Momentalnie stracił oddech i nawet nie był w stanie wrzasnąć. Świat rozmazywał mu się przed oczami, kiedy w panice próbował nabrać powietrza i jednocześnie krzyknąć od okropnego bólu.

Oprzytomnienie przyszło, kiedy zobaczył nad sobą Pawła. Ten rechotał z satysfakcją, a Jerzy rozglądał się za ratunkiem. Chciał krzyczeć za oddalającymi się kolegami, ale żaden z nich nawet nie spojrzał w jego stronę. Oddalali się nieubłaganie, a chłopak niemal widział całun strachu, który za sobą ciągnęli. Próbował wstać i podjąć ucieczkę, ale ciężki, wojskowy but ogolonego chłopaka przygwoździł go do ziemi. Paweł poprawił cienką kurtkę i oblizał wargi, dysząc lekko. Nie miał czapki, rękawiczek, nawet szalika. Niedobory ubioru tylko podkreślały jego diaboliczność w oczach pechowca.

– Ty pierdolony kurduplu! – wrzasnął oprawca. – Ukradliście mi ptaka.

– To nie tak. – Drżącym głosem tłumaczył się chłopiec.

– Co ty mi tu pierdolisz? Leżał martwy na ścieżce, a teraz go nie ma. Zabraliście go, mendy.

– Wcale nie, odleciał.

– Co? – Roześmiał się, a w jego oczach rozgorzał płomień szaleństwa. – Jak mógł odlecieć, skoro był martwy, debilu! Twoi kumple uciekli, ale nie ominie ich kara, a z tobą policzę się teraz. Uklęknął nad leżącym i gapił się ze straszną miną. Jurek próbował się wyrwać, ale był zbyt słaby, rozbawiając dręczyciela bezowocną szarpaniną. Nagle Paweł zerwał z jego głowy czapkę i odrzucił w dal. Wziął garść śniegu i wcierał go w twarz ofiary. Jerzy walczył, ale równie dobrze mógł spróbować przesunąć drzewo. Śnieg dostał mu się do nosa, przysłonił oczy, a w ustach poczuł ziemisty posmak. Kręcił głową, ale nic nie pomagało przywrócić oddech. Zdesperowany chwycił rękę Pawła i krzyknął:

– Dość!

W tej samej chwili wszystko ustało. Nic nie widział przez zalepione oczy, ale nikt go już nie szarpał, nikt nie wciskał mu śniegu w oczy, nos czy usta. Starł wszystko z siebie, odkaszlnął i ocenił sytuację. Nad nim wciąż klęczał Piła, ale w ogóle nie zwracał uwagi na Jerzego. Z przerażeniem patrzył na lewą rękę – była martwa, Jurek od razu wiedział. Zwisała bezwiednie wzdłuż tułowia. Dłoń była nienaturalnie blada i wyschnięta. Paweł podnosił ją drugą ręką, po czym zszokowany obserwował, jak opada na swoje miejsce. Chłopiec wysunął się spod oprawcy, kiedy ten się rozpłakał.

– Moja ręka… Moja ręka…

Powtarzał jak mantrę, zalany łzami i przestraszony. Jurek nie zamierzał czekać na rozwój sytuacji. Za plecami usłyszał krzyk, ale gdy się odwrócił, nikt go nie gonił. Przestał biec, dopiero gdy wpadł do domu. W pośpiechu ściągnął buty i uciekł na piętro, zamykając się w pokoju. Wskoczył w kąt pomiędzy łóżkiem, a biurkiem i kuląc się z przerażenia, rozpłakał się.

Pochłonięty burzą obcych mu emocji nie usłyszał pukania do drzwi, ani kroków mamy. Dopiero dotyk na ramieniu wyprowadził go z szoku, ale zamiast uspokoić, sprowokował do ucieczki.

– Spokojnie syneczku, to ja, twoja mama. – Delikatny, cichy głos podziałał i Jurek uspokoił się odrobinę. Wciąż ciężko dyszał, a mięśnie były napięte, gotowe pomóc mu w ucieczce. – Co się stało?

– Ja… Ja nie chciałem! – Fala żalu przelała się przez kruchy umysł dziecka.

– Już dobrze, jestem przy tobie. Czego nie chciałeś?

– My bawiliśmy się i znaleźliśmy tego ptaka, co go ożywiłem, a on powiedział, że go ukradliśmy i rzucił się na mnie. Ja się tylko broniłem, nie chciałem go skrzywdzić. – Dziesięciolatek spojrzał w coraz mocniej zaniepokojoną twarz Marii.

– Jeszcze raz, tylko spokojnie. Bawiliście się w parku, tak? – Kiwnięcie głową. – I znaleźliście martwego ptaka, którego ożywiłeś?

– Tak.

– Jerzy, ile razy ci mówiłam, że nie powinieneś tego robić?

– To tylko ptak, chciałem pokazać kumplom…

– Wiesz, że nie powinieneś, ale o tym porozmawiamy później. Co było dalej?

– No i jak go ożywiłem, to wkurzyłem Piłę, znaczy Pawła i on się za nami rzucił i my mu uciekaliśmy, ale mnie złapał.

– Znów ten gnojek… – stwierdziła, patrząc w sufit. – Co zrobił tym razem?

– Wziął śnieg i wcierał mi w twarz. A ja nie mogłem oddychać, nic nie widziałem – łzy popłynęły po policzkach – i wtedy chwyciłem go za rękę i coś się stało.

– Co zrobiłeś?

– Nie wiem, ale jego ręka wyglądała dziwnie.

Matczyny głos zmienił się w przerażony krzyk.

– Gdzie to było?!

– W parku, na głównej ścieżce.

– Zaprowadź mnie tam. Natychmiast!

Jerzy nie wiedział, co się dzieje. Jeszcze nigdy nie widział mamy tak wzburzonej i przestraszonej. W pośpiechu zarzuciła płaszcz i poganiała go, by zaprowadził ją do Pawła. Wcale mu się nie uśmiechało tam wracać, ale nie potrafił postawić się władczej postawie kobiety. Zbliżając się do parku, dostrzegli kumpli, którzy czekali po drugiej stronie ulicy. Kiedy go zobaczyli, znieruchomieli i zawstydzeni obserwowali Jurka. Jedynie Sławek był pobudzony i wychylał się ponad ramionami reszty. Nie poszli za kolegą i jego mamą, ale nie spuszczali ich z oczu.

Okazało się, że Paweł nie ruszył się z miejsca. Serce Jurka zabiło mocniej, gdy już z dala rozpoznał sylwetkę klęczącej postaci. Maria w niemej trwodze patrzyła na dzieło syna. Nastolatek był w szoku, ślinił się, w ogóle na nic nie reagował.

– Kochanie, posłuchaj mnie bardzo uważnie. – Chwyciła mocno syna. – Musisz zrobić to samo, co z ptakiem, tylko na jego ręce.

– Ale on chciał mnie skrzywdzić!

– To, co zrobił, było złe, ale już wystarczająco go ukarałeś. Nie możesz go tak zostawić.

– A co jeśli znów mnie napadnie?

– Pamiętasz, co mówił proboszcz na mszy? „Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego”, tak? – Chłopiec pokiwał głową. – Musimy umieć przebaczać innym, nawet jeśli postępują bardzo źle. Pamiętasz jak się bałeś, kiedy cię zaatakował? Było to przyjemne? – Przeczący ruch głowy Jurka, który nie wiedział, dokąd zmierza rozmowa. – No właśnie, a on w tej chwili czuje to samo. Chciałbyś, by ludzie bali się, tak jak ty?

– Nie. – Z trudem wypluł słowo przez zaciśnięte usteczka.

– Więc pomóż mu. Spraw, by lęk zniknął.

Wstała, robiąc miejsce synowi. Jerzy klęknął przed wciąż półprzytomnym Pawłem i pomodlił się w ciszy. Kiedy skończył, przyłożył dłonie do uschniętej ręki. Chwilę później nabrała barw, mięśnie napięły się z powrotem, a krew żywo pomknęła żyłami. Paweł poruszył palcami, wracając do rzeczywistości. Najpierw tępo obserwował rękę, potem roześmiał się, a na końcu rozpłakał ze szczęścia. Spojrzał na wybawcę.

Jerzy patrzył w jego oczy z ciekawością. Widział wdzięczność, zastępującą bezradność. Zajrzał głębiej i niemal fizycznie poczuł pokłady przerażenia, skrywane głęboko w sercu Piły. Dostrzegał obrazy starszych ludzi, chyba jego rodziców i ich wiecznie powykręcane twarze od gniewu oraz zawodu. Widział chłopaka w podobnym wieku, który znęcał się nad Pawłem, śmiał i wyzywał. Wreszcie zobaczył siebie w oczach oprawcy. Mnóstwo lęków, które szukały ujścia.

Piła uspokoił się, obdarzając świat głupawym uśmiechem. Chciał wstać, ale Jurek wciąż trzymał jego rękę. Popatrzył pytająco, a młody zbawiciel pochylił się i wyszeptał na ucho:

– Jeżeli jeszcze raz się do nas przywalisz, zrobię ci coś gorszego.

Paweł zrobił wielkie oczy i był bliski wrzasku, ale nic nie powiedział. Wstał i oddalił się, nabierając z każdym krokiem prędkości. Maria chwyciła syna i pociągnęła do domu. Wciąż była poruszona, ale humor jej się stopniowo poprawiał. W pewnym momencie zapytała:

– Co mu powiedziałeś?

– Tylko, że nie chcę już nigdy zrobić mu krzywdy. – Nie patrzył w twarz mamy.

Szli dalej w milczeniu, aż dotarli do wyjścia z parku. Kumple już nie byli tak zawstydzeni, wręcz czekali na wyjaśnienia, jednak Jurek nie zamierzał z nimi rozmawiać, ignorując ostentacyjnie ich obecność. Mama nic nie powiedziała, domyślając się, co zaszło. Spojrzała na chłopców, jak gapią się w ziemię, tylko jeden z nich najwyraźniej nie zrozumiał aluzji. Sławek podbiegł do nich podniecony i chwycił za ramię kolegi, zmuszając do odwrócenia się.

Jerzy potrafił zajrzeć w duszę każdej osoby. Widział jej uczucia i myśli. Bezbłędnie odczytywał emocje, targające drugą osobą. Tym razem pozwolił komuś zajrzeć w jego duszę. Sławek przez chwilę wyczekiwał wyjaśnień od kumpla, ale kiedy ich oczy się spotkały, pobladł, a wąskie usta zaczęły drżeć. Jurek powiedział oschle:

– Piła już nigdy nie zrobi ci krzywdy.

Ruszył za Marią, pozostawiając kolegę przyklejonego do chodnika. Sławek nie zareagował na zaczepki pozostałych, chcących za wszelką cenę dowiedzieć się, co zaszło między nimi. Widzieli tylko przerażone spojrzenie Sławka, który jak zahipnotyzowany odprowadzał nowego zbawiciela ludzkości.

Koniec

Komentarze

Jest jakiś pomysł, pokazujesz ciekawe paralele. Na tyle zręcznie wplecione w naszą rzeczywistość, że nie zorientowałam się od razu. Trochę to wszystko naiwnie bajkowe, jakby… apokryfowe.

uśmiech zastąpił strach.

Czyli co było najpierw, a co potem?

Babska logika rządzi!

Naiwnie bajkowe powiadasz? Jest to sprawa do przemyślenia.

 

uśmiech zastąpił strach. – Wydawało mi się to jasne. “Strach został zastąpiony przez uśmiech” wydaje mi się już przekombinowane, ale jeśli pierwsza wersja jest niejasna, przebuduję ją.

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

W polskim podmiot wcale nie musi stać na początku zdania. :-)

Babska logika rządzi!

Rzeczywiście trochę naiwne, ale może to przez wrażenie, że momentami chłopcy wydają mi się dużo młodsi lub dużo starsi. 

Odniosłem wrażenie, że imiona są symboliczne.

Pomysł ciekawy, wykonanie bardzo dobre.

yes

F.S

Foloinie, imiona jak imiona, ale ksywy!

Babska logika rządzi!

Słusznie Finklo! Piła…

F.S

Nie wiem czy się teraz ze mnie nabijacie, czy chwalicie, ale jestem optymistą, więc wybieram bramkę numer dwa :)

Zonk?

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Na poważnie z tymi imionami i jak się okazuje ksywami (wcześniej, zanim Finkla nie zwróciła mi uwagi, się nie zorientowałem). Co prawda świętego, ani nawet błogosławionego Sławomira nie ma, ale co tam. Mógłbyś zmienić na Macieja albo innego Apostoła.

F.S

Pasowaliby czterej ewangeliści…

Babska logika rządzi!

O, Finkla dobrze pisze – czterej ewangeliści.

F.S

Niestety, opowiadanie mnie raczej nie zaciekawiło.

Owszem, wydaje mi się, że rozumiem, jakie były Twoje intencje, ale jednocześnie odnoszę wrażenie, że wyłożyłeś sprawę w sposób raczej dość prosty, by nie rzec, naiwny. Czy o tym, co dobre, a co złe, dowiadujemy się tylko z ambony? Zastanawiam się, dlaczego rodzice chłopców, skoro wiedzieli o wybrykach Piły, nie robili nic w tej sprawie?

Czasem lekturę utrudniały nie zawsze poprawnie zapisane dialogi, niekiedy dość nieczytelnie skonstruowane zdania. Znalazło się też parę literówek i innych potknięć. Interpunkcja też pozostawia nieco do życzenia.

Jestem jednak przekonana, że w przyszłości będzie coraz lepiej.

 

Nie wi­dząc za­gro­że­nia, klęk­nął obok, wno­sząc ręce do mo­dli­twy.Nie wi­dząc za­gro­że­nia, klęk­nął obok, wzno­sząc ręce do mo­dli­twy.

 

Chlu­snął pierw­szym wia­drem i z za­do­wo­le­niem ob­ser­wo­wał, jak na jego oczach woda w jed­nej se­kun­dzie zmie­nia się w de­li­kat­ny puch… – Zrozumiałam, że woda zmieniła się w puch na oczach wiadra.

Można chlusnąć wodą z wiadra, ale chlusnąć wiadrem chyba się nie da.

 

Jego kon­ster­na­cję prze­rwał krzyk dziec­ka zza ple­ców: – Dziecko zza pleców?

Proponuję: Jego kon­ster­na­cję prze­rwał krzyk dziec­ka, dobiegający zza ple­ców:

 

wy­re­cy­to­wał oskar­ży­ciel­sko w stro­nę mamy, za to, że mogła po­my­śleć o kimś innym, niż jego naj­lep­si przy­ja­cie­le. – Recytacja może być skierowana do kogoś, ale chyba nie w czyjąś stronę.

Może: …wyrecytował oskarżycielsko, oburzony na mamę za to, że mogła po­my­śleć o kimś innym, niż jego naj­lep­si przy­ja­cie­le.

 

Jak tylko zo­ba­czy­li jego minę i pręd­kość wy­lo­to­wą z sze­ro­kich, dę­bo­wych drzwi, wie­dzie­li, że do­stał po­zwo­le­nie. – Co to jest prędkość wylotowa z dębowych drzwi?

 

Po­zo­sta­li wy­bu­chli śmie­chem, a pe­cho­wiec miał ocho­tę się roz­pła­kać i uciec.Po­zo­sta­li wy­bu­chnęli śmie­chem

 

Dys­ku­to­wa­li o sa­mo­cho­dach, jakie sobie kupią, kiedy do­ro­sną… – Dys­ku­to­wa­li o sa­mo­cho­dach, które sobie kupią, kiedy do­ro­sną… Lub: Dys­ku­to­wa­li, jakie sa­mo­cho­dy sobie kupią, kiedy do­ro­sną

 

Leżał na grzbie­cie z wy­cią­gnię­ty­mi szpo­na­mi do góry… – Raczej: Leżał na grzbie­cie, z wy­cią­gnię­ty­mi do góry szpo­na­mi… Lub: Leżał na grzbie­cie, ze szponami wy­cią­gnię­ty­mi do góry

 

Sam cień jego obec­no­ści wpra­wiał nie­raz w dy­go­ta­nie, a teraz kro­czył w ich kie­run­ku pełen wście­kło­ści. – Czy istotnie cień obecności Piły, kroczył wściekły?

 

Od­da­la­li się nie­ubła­gal­nie, a chło­pak nie­mal wi­dział całun stra­chu, który za sobą cią­gnę­li.Od­da­la­li się nie­ubła­ganie

 

-Wziął śnieg i wcie­rał mi w twarz. – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Maria w nie­mej trwo­dze pa­trzy­ła na dzie­ło syna. Na­sto­la­tek był w szoku, śli­nił się, w ogóle nie re­ago­wał na jej za­bie­gi. –Jakie zabiegi wykonywała Maria?

Może: Maria, w nie­mej trwo­dze pa­trzy­ła na dzie­ło syna. Na­sto­la­tek był w szoku, śli­nił się i na nic nie re­ago­wał.

 

Do­strze­gał ob­ra­zy star­szych ludzi, chyba jego ro­dzi­ców i ich wiecz­nie po­wy­krę­ca­ne twa­rze od gnie­wu oraz za­wo­du. Wi­dział chło­pa­ka w po­dob­nym wieku, który znę­cał się nad Paw­łem, śmiał i wy­zy­wał. – Z tego wynika, że chłopak był w wieku rodziców Pawła.

Proponuje: Do­strze­gał ob­ra­zy star­szych ludzi, chyba jego ro­dzi­ców i ich twarze, wiecz­nie wy­krzywione, pełne gnie­wu oraz za­wo­du. Wi­dział chło­pa­ka w wieku zbliżonym do Pawła, który znę­cał się nad nim, śmiał i wy­zy­wał.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie chciałem, by wszyscy mieli apostolskie imiona, z resztą Sławek właśnie jest najważniejszą osobą z paczki, o której piszę, a która źle traktuje Jerzego. Uznałem, że imię świętego czy innego apostoła nie pasowałaby do jego problemów. Co się zaś tyczy ewangelistów to prawda jest taka, że powinienem skrupulatnie zapoznać się z życiem wszystkich apostołów, tak by ich obecność była w jakiś sposób uzasadniona. Nie posiadam takiej wiedzy, więc zdałem się na przypadek (czyt. pierwsza strona www o apostołach i podana na niej kolejność).

Kolejny zarzut o naiwność… No cóż, jak wymyślę coś lepszego, to poprawię, bo niestety na chwilę obecną nie wiem, jak tą naiwność wyeliminować. Dodam, że właśnie tego chciałem uniknąć. Miało być na poważnie, życiowo, ale gdzieś się pogubiłem.

Dziękuję Regulatorzy za listę błędów, jestem zaskoczony, że tyle się ich uchowało.

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

W dwóch miejscach zabrakło enterów, co powoduje brak oczywistego otwarcia nowego akapitu.

Bajkowy apokryf, jak pisze Finkla? Być może. Nic  w tym złego.

Zastanawia mnie jedno: jak naprawdę wyglądałyby stosunki między Jurkiem a chłopcami z sąsiedztwa, dalszego też. Strach czy bałwochwalczy podziw? Byłby ofiarą niewybrednych żartów, prób pognębiania, czy tez zostałby, nawet wbrew swoim chęciom, niekwestionowanym przywódcą i autorytetem? Tego brakuje w opowiadaniu i dlatego można je kwalifikować jako poczciwą, naiwnawą  bajeczkę. Co jednak nie odebrało przyjemności czytania.

Tak jak wspomniałem w czasie “bety”, podoba mi się klimat chłopackich zabaw. Reszta już została powiedziana. :)

Pozdrawiam

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Zgadzam się z Zalthem, że klimat zabaw chłopców jest “do kupienia”.

Pomysł z gatunku “mieszania gatunków” w porządku, choć Adam może mieć trochę racji, że dało się z niego wycisnąć nieco więcej treści.

Nie do końca zgadzam się z Reg, w sprawie proboszcza z ambony i reakcji rodziców. W pierwszym przypadku dlatego, że sporo tekstów na portalu zwraca uwagę na obłudę przedstawicieli religii, więc dla odmiany ukazanie proboszcza jako moralnego autorytetu wyrównuje sytuację (z drugiej strony, to zdanie matki chłopca, a nie narratora). W drugim przypadku, ponieważ dzieci jednak nie wszystko i nie zawsze komunikują rodzicom. To, że matka nazywa Piłę gnojkiem, nie znaczy że znała wszystkie jego wybryki. Nawet gdyby znała, mogła mieć różne powody, żeby nie interweniować – niestety, z moich doświadczeń, w prawdziwym świecie dorośli nader często udają, że czegoś nie widzą.

Najmocniej zastanowiły mnie słowa, które Jerzy mówi Pile na ucho. Trochę mało zbawicielska postawa (choć Jezus, z którym skojarzenie Zbawiciela nasuwa się dość jednoznacznie, wg Biblii potrafił zachowywać się ostro i zdecydowanie). Analizowałem tę sytuację w kontekście młodego wieku chłopca, którego osobowość dopiero się kształtuje… Na podstawie tekstu, nie umiałem sobie jednoznacznie odpowiedzieć. Zabrakło trochę psychologicznej głębi : >

 

ed. Tytuł niezbyt przypadł mi do gustu – dlaczego zdecydowałeś się akurat na taki : > ?

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Tak, zdecydowanie brakuje mi głębi. Biorąc pod uwagę pomysł, nie wykorzystałem jego potencjału. A co do tytułu, to był najlepszy jaki przyszedł mi do głowy. Rzadko mam problem ze znalezieniem tytułu, ale jak już mam to dwoję się i troję. Zdecydowałem się na taki, bo nawiązywałem do życia Jezusa (Domini), a że w tym przypadku historia się nie powtarza, dodałem 2.0. Jeśli masz jakaś propozycję, chętnie ją poznam :)

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Spojrzał na dwie, nieregularne kule, poplamione kawałkami trawy oraz uschniętych liści i zacisnął pięści. –> Spojrzał na dwie nieregularne kule, poplamione kawałkami trawy oraz uschniętych liści, i zacisnął pięści.

 

Gapili się na niedokończonego bałwana, lub kopali – bez przecinka

Był znanym w okolicy tyranem, znęcającym się nad wszystkimi, którzy nie byli w stanie się bronić. – Zdanie w całości do wywalenia, bo przedstawia informacje, które już wcześniej dało się wyczytać z tekstu.

-Wziął – spacja

 

Podobało mi się. Nic nowego, ale ładnie przedstawione i angażujące.

Nowa Fantastyka