- Opowiadanie: Emelkali - Klocki

Klocki

Po jakże udanym tournée w Szortalu :)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Klocki

Przelotny deszcz ustał szybciej, niż się pojawił. Wiatr osuszył wielobarwną kostkę chodnikową. Zachodzące słońce złociło ostatnie jesienne liście. Kilka drżących kropel wody połyskiwało na nich brylantowym blaskiem, by po chwili zgasnąć. Spadły, strzepnięte podmuchem, wprost pod moje stopy.

Eryk odszedł. Ciągle powtarzał, że będzie musiał, ale myślałam, że to tylko takie gadanie. Wieczna, niespełniona obietnica, której bynajmniej nie chciałam, by dotrzymał.

Ale po kolei.

Kiedy byłam mała, rodzice zaciągnęli mnie do lekarza od czubków, bo widziałam różne rzeczy, których nie widział nikt inny. A że psychiatra też nie widział, uznał… Już nie pamiętam, co uznał, grunt że wysłał mnie do szpitala, a tam zostałam nakarmiona lekarstwami i wizje się skończyły. Rodzice odetchnęli, dziadkowie przestali się bać. Tylko ja poczułam się okrutnie opuszczona. Samotna w rzeczywistości. Bez kolorowych wizji i cudnych światów. Bez czarodziejskiego chłopca. Kompletnie wyobcowana.

Z czasem przywykłam. Do trójwymiarowego otoczenia, do dźwięków i ograniczeń. Przywykłam, ale wciąż tęskniłam. Dni mijały, jeden podobny do drugiego. Nie mogłam już przepływać między nimi. Nie potrafiłam, jak niegdyś, przekładać dowolnie godzin i łączyć ich jak klocki lego, zielony z czerwonym, długi z krótkim. Pozornie niepasujące, a przecież stanowiące idealne zespolenie. Kiedyś godziny były tylko liczbami, a dni pustymi nazwami. Pływałam, składając środę z piątkiem, poranek z nocą. Tysiące barw płynęło wraz ze mną. Niekończąca się tęcza. I setki istot. Dziwoludki z innych światów, bardziej rzeczywiste niż otoczenie, trzymały mnie za ręce, ucząc widzieć. Każdego dnia, wciąż od nowa, tęskniłam do tamtych czasów.

Skończyłam studia i znalazłam pracę. Codzienność w biurze zabijała duszę. Z tym też nauczyłam się żyć. Niezmienność zmian, jak mówił Eryk.

Pojawił się w dniu, w którym umarł tata. Płakałam na szpitalnym korytarzu i wypłakałam chłopca z dzieciństwa. Zmienił się. Nic w tym dziwnego, przecież i ja się zmieniłam. Nie miał już kilkunastu lat, więc ledwie go poznałam. Najpierw się przestraszyłam. Kiedy przez większość życia wierzysz, że twój dar był tylko efektem choroby, a cudów nie ma – to nie ma. I już. Magia się nie zdarza. To w telewizji to tylko iluzja, albo efekty specjalne.

Eryk był moim efektem specjalnym.

Usiadł naprzeciw mnie. I czekał. Kiedy wreszcie podniosłam głowę, nieporadnie rozmazując łzy, uśmiechnął się smutno.

– Cześć, Barwinko – powiedział niskim, łagodnym głosem. I przeraził mnie nie na żarty. Chyba nawet przestałam oddychać, bo szybko przysunął się i chuchnął, oddając mi tchnienie. – No, już, nie bój się. Nie oszalałaś.

Posłuchałam. Nie, żebym racjonalnie uwierzyła w to moje nieoszalenie. Co to, to nie. Po prostu, kiedy Eryk coś mówi, muszę mu wierzyć. Bo Eryk nigdy nie kłamie. Ma rozliczne wady. Bywa uparty i apodyktyczny. Kiedy coś sobie postanowi, nic i nikt nie zdoła go przekonać. Nigdy jednak nie kłamie.

No tak, rzeczywiście! Przecież skoro nie kłamie, to powinnam wiedzieć, że odejdzie. Obiecał.

Nie bałam się, bo Eryk kazał. Siedział tam przy mnie, na korytarzu, mój dorosły chłopiec z dzieciństwa, i chociaż nawet mnie nie dotknął, cały mój żal, cały strach i ból po odejściu taty, nagle osłabły. Podzieliliśmy go na dwa, a we dwoje wszystko łatwiej unieść.

Dni toczyły się dalej, ale już inaczej. Eryk pojawiał się i znikał. Kiedy go nie było, rzeczywistość łapała mnie w posępne kleszcze i trzymała, wyciskając ostatnie tchnienie z rozmarzonej duszy. Trwałam w zawieszeniu. Do chwili, w której Eryk znowu się pojawiał. I, jak w dzieciństwie, płynęliśmy przez czas i przestrzeń, układając z klocków godzin i dni abstrakcyjne budynki. Nic się nie zmieniło. Wszystko się zmieniło.

Nikt nie może pozostać na wieki dzieckiem. Każdy dorasta. Ja dorosłam i Eryk dorósł. Patrzył na mnie inaczej. I nigdy nie dotykał. A kiedy którejś nocy, gdy składaliśmy poniedziałek z piątkiem, żeby sobotę wydłużyć o wtorek, zapytałam mojego chłopca dlaczego nigdy mnie nie dotyka. Spojrzał mi w oczy, smutno, żałośnie, i odpowiedział:

– Bo jeśli cię dotknę, będę musiał odejść.

Przemknęła mi wtedy myśl, że może warto… Warto zaryzykować, żeby dowiedzieć się, jak to jest oddychać wraz z Erykiem. Może warto, by choć na krótką chwilę stać się, jak nasze niepasujące klocki, jednością. Przemknęła mi taka myśl, ale Eryk już chwytał błękitne wstęgi nieba i splatał je z czerwienią poświaty zachodzącego słońca, więc nie poświęciłam temu marzeniu więcej czasu.

Niestety, nawet marne nasionko może z czasem zakiełkować. Tak się stało z moim nasionkiem niepewności i strachu. Bo, przecież, może jednak nie ma Eryka. Może go sobie wyobraziłam, może znów powinnam się leczyć? Kiedy mój dorosły chłopiec znikał, drobinki przerażenia wypełzały z mroku i połyskiwały gniewnie.

Aż wreszcie musiałam się upewnić.

Warkocze barw płynęły pomiędzy postrzępionymi chmurkami, poniedziałek przeskoczył środę i zmierzał do soboty… A ja dotknęłam mojego Eryka.

I on odszedł.

Jestem więc tu i czekam. Wiem, że Eryk wróci. Powiedziały mi to dziwoludki. Widziały go w parku, kiedy płakał ze szczęścia i strachu, wyplatając tęczowe koszyczki. Niedziela mknie do środy, a ja czekam.

Bo Eryk wróci.

Koniec

Komentarze

O takie szorty nic nie robiłem.

Wincy!!!

Infundybuła chronosynklastyczna

Jest pomysł, Stefanie, jeśli jeszcze czas się znajdzie… Tak pomiędzy pracą a studiami… :D

Tak więc, jeśli znajdzie się czas, to i nowa bajeczka będzie ;)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Przykro mi, ale to zupełnie nie moje klocki. :-(

Świat z Erykiem, jakkolwiek ładnie wymyślony i takoż opisany, wydaje mi się bardziej urojony, niż  fantastyczny.

 

rze­czy­wi­stość ła­pa­ła mnie w po­sęp­ne klesz­cze… – Na czym polega posępność kleszczy?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pamiętam poprzednią wersje i cieszę się, że Eryk nie jest już aniołem ;)

Ale nie mogę się zdecydować, czy to sprawia, że szorciak podoba mi się bardziej… 

 

Napisane bardzo ładnie Emelkali, Twoje opisy są tak poetyckie, że chyba zacznę się nimi inspirować w chwilach wątpliwości ;)

Historia przez większość czasu była zbyt mdła, jak dla mnie, ale końcówka to wynagrodziła – dziewczyna okazała się chora psychicznie i przez resztę życia będzie czekać na swego Eryka ;P

 

Stosunek jakości do ilości wypada pozytywnie, tak że jestem usatysfakcjonowany :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Hej, to już kiedyś było!

Hmmm, nie moja bajka.

Babska logika rządzi!

Nie wiem czy to przypadek, ale czytając, miałem przed oczami bajkę “Piotruś Pan”. Bardzo fajne opowiadanie, podobało mi się, jak opisywałaś uciekający czas.

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Do mnie też, niestety, nie trafiło, choć czytało się dobrze.

Zabroń czegoś człowiekowi, to tym chętniej tego spróbuje.:)

Podobają mi się poetyckie sformułowania o splataniu dni i godzin. Dobrze, że to krótka forma, bo na dłuższą metę opowiadanie byłoby męczące. A tak – do przeczytania.

Emelkali, czarodziejko słowa… Nie lubię, o czym już przecież wiesz, tekstów smutnych i depresyjnych, nie lubię postaci “obciążonych” psychicznie, ale gdy jest to tak napisane i opisane…

Szkoda tylko, że spad z nie naszego stołu. Ale, z drugiej strony, przestaję się temu dziwić…

Fajnie, poetycko napisane. 

Cóż, ta wersja podoba mi się bardziej ;)

Tylko nie "Tęcza"!

…jak w dzieciństwie, płynęliśmy przez czas i przestrzeń, układając z klocków godzin i dni abstrakcyjne budynki

Zachwyciło mnie to zdanie. I choć całe opowiadanie napisane jest językiem niezwykle zgrabnym, tematyka niestety nie robi wrażenia. Eryk przypomniał mi o niewidzialnej przyjaciółce mojej córki – księżniczce Kokardzie. Z jej powodu nie prowadzaliśmy córki do lekarza ;) 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Dziękuję wszystkim za odwiedziny.

Adamie… ech, przecież wiesz :*

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Bardzo ładne (tak, słowo “ładne” najlepiej tu pasuje).

F.S

Rzeczywiście ładne. Zdania z klockami zarazem śliczne i przerażające. Ale tematyka przerabiana wielokrotnie i raczej spoza kręgu moich upodobań. To ustąpienie wizji po podaniu leków w szpitalu nie bardzo mi pasuje – myślę, że wizje dziewczynki traktowano by jako fantazjowanie i nie leczono by jej, albo – w przypadku schizofrenii dziecięcej – musiałaby te leki brać latami.

No i – że ośmielę się zacytować Mistrza: “GDZIE JEST (cenzurka) SODI!?” (albo chociaż Beneria?);)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

nudne i przesadne demonstrowanie uczuć, niewspółmierne do ich siły, nieadekwatne do poziomu emocjonalnego sytuacji, oraz nadmierne zaangażowanie w wyrażaniu zachwytu nad potokiem bezwładnych myśli. Lipa do kwadratu.

Ach, że też nie skojarzyłam Twojego nazwiska – robiłam korektę tego szorta ; p I wiedz, że mi się on podoba. Wprawdzie nie rozumiem, czemu Eryk po dotknięciu musiał odejść, ale jednak może wrócić, niemniej niezmiernie spodobał mi się sposób opisania i te kolorowo-czasowo-abstrakcyjne wizje.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Również nie moja bajka.

Dziewczyna ma zwidy, potem nie ma, potem znów ma, a na koniec przestaje mieć : P

Jednocześnie napisane jest standardowym stylem – bez wybiegów w wariackie zabawy ze słowem polskim, które byłyby chyba zasadne w narracji z perspektywy osoby zaburzonej. 

I po co to było?

FoloinStephanus – dziękuję,

Alex – przez jakiś czas go (cenzurka) nie będzie ;(

Jose – się zdarza ;) zwłaszcza, że wcześniej chyba go – nazwiska znaczy się – nie znałaś :)

Syf.ie kochany – no się nie mogłam powstrzymać, bo to połączenie brzmi zajebiście :) – a skądże Ci to przyszło, że dziewczyna była zaburzona? Toż to portal fanów fantastyki. Nie można wszystkiego zaraz schizofrenią czy innym ustrojstwem tłumaczyć ;)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

to trafiło do biblioteki? lol

Podobno Eryk był aniołem? Tej wersji nie znam. Anioł, wyimaginowany przyjaciel, mi przyszedł do głowy chłopiec z krwi i kości i moment, kiedy kończy się przyjaźń między dwójką młodych ludzi, a zaczyna miłość. A później taki flash z odległej przyszłości: Eryk, wynieś śmieci! :D Krótko mówiąc, odleciałam przy tekście ;)

iHomer czy ty aby na pewno udzielasz się na odpowiednim portalu? Burczysz na autora, jakby Ci krzywdę zrobił tym, że sobie pofantazjował… 

Bo, widzisz Prokris, Eryk kiedyś był aniołem, ale w tej wersji się nie sprzedał ;) Cieszę się, żeś odleciała. Eryk tak działa na młode kobietki :)

 

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Bardzo ładny jest ten tekst. Gdybym miała opisać go kolorami, to byłyby same ciepłe odcienie. 

Duża swoboda w pisaniu, ładne obrazki namalowane słowem, łatwość prezentacji nastrojów i opisów.

 

Emocje głównej bohaterki, związane z Erykiem, oddane sugestywnie. Taką poetyzująca romantyczność to nie mój klimat, ale nie sposób nie docenić ładnego tekstu :-) Dzięki za przypomnienie historii Eryka.

 

I tak, w tej wersji umożliwiłaś ostry skręt w stronę interpretacji dot. choroby psychicznej i nieszczęśliwej miłości do nieistniejącego mężczyzny. Osobiście wolę odczytać to po fantastycznymu, że Eryk jednak gdzieś tam jest.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No i – że ośmielę się zacytować Mistrza: “GDZIE JEST (cenzurka) SODI!?” (albo chociaż Beneria?);)

Padłem – że zacytuję klasyka.

Ale przynajmniej już wiem, czemu ostatnio swędziało mnie lewe ucho… Albo prawa dłoń… Albo… No to coś, co swędzi, kiedy ktoś o Tobie mówi/myśli. Względnie, kiedy ma się świerzba, pchły albo cierpi na niewydolność wątroby.

 

 

to trafiło do biblioteki? lol

Zaiste, trafiło. A ja, nie chwaląc się*, byłem tym, który dopełnił dzieła, co słuszne było wielce i zasadne bezsprzecznie (w tym rozumieniu, że nie musiałem bić się o to z własnymi swoimi myślami, ręka mi nie drgnęła, okiem nie mrugnąłem).

Gdyby ktoś mnie zapytał: “dlaczego?”, odparłbym w sposób następujący: Bo mi się podobało;.

Opowieść sama w sobie nie była może przejawem geniuszu – choć niektóre zdania, jak na przykład to: “A kiedy którejś nocy, gdy składaliśmy poniedziałek z piątkiem, żeby sobotę wydłużyć o wtorek…”, już mogą do tego tytułu pretendować, a ogólna koncepcja bardzo mi się podobała – ale i tak okazała się zajmującą, a lektura – sam akt czytania – dostarczyła mi sporo przyjemności i satysfakcji. Bardzo obrazowe, poetyckie, wręcz melodyjne zdania wygrywane w melancholijnym tonie, trafiły mi głęboko do przekonania, pozostawiając w duszy mej nieumuzykalnionej dalekie echa sonetu smutnego, acz miłego sercu (całe to zdanie jest abstrakcją nawet dla mnie, ale podoba mi się, bo w jakiś sposób pasuje do omawianego utworu, więc zostaje).

Podobała mi się też swoista naiwność i niewinność, zarówno samych bohaterów jak i łączącego ich uczucia, jakkolwiek by go nie zdefiniować. Ujmuje to opowiadaniu naturalizmu, za to przydaje uroku.

Ponadto mamy tu bardzo wyraziście oddane emocje, które – jak niezgrabnie napisałem już wyżej – z łatwością docierają, czy wręcz udzielają się i czytelnikowi.

No i opowieść ta okazała się dla mnie inspiracją, którą kiedyś, mam nadzieję, zdołam jeszcze właściwie wykorzystać.

 

Nie podobały mi się za to pewne niedomówienia, jak na przykład kwestia dotyku (choć tę akurat łatwo, a przy tym nawet ładnie sobie zinterpretowałem), czy tego, dlaczego Eryk zniknął, kiedy bohaterce dali magiczne tabsy

(Elektrowstrząsy lub hipnoza

złoty lek na wszystko – Prozac),

wszak nie był – a przynajmniej ja bardzo nie chcę wierzyć, że był – tworem niewłaściwie (a może nadwłaściwie?) funkcjonującego mózgu?

 

Peace!

 

* – A nie chwalę się, bo przy okazji na jaw wychodzi, jak bardzo opóźniony jestem w komentowaniu.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nadrabiam zaległości, zaglądam i okazuje się, że przecież już czytałam, tylko komentarza od razu nie zostawiłam. A później tak jakoś zleciało. 

Emelkali, słowa tańczą dokładnie jak im zagrasz, układając się w fantastyczne melodie. Dyrygujesz nimi jak genialny dyrygent doskonałą orkiestrą. Generalnie bardzo lubię czytać Twoje teksty. Ten jednak okazał się dla mnie zbyt słodko-poetycki. Przyzwyczaiłaś mnie do opowieści przyprawionych szczyptą czegoś pikantniejszego, czego tu mi zabrakło. 

Mimo że doceniam warsztat, to jednak tym razem w zachwyt nie popadam. 

 

Cieniu, nie wiem jak inni, ale ja bym chciała umieć pisać teksty tak “niezgrabnie”, jak Ty piszesz komentarze :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Według moich prywatnych wyliczeń i teorii dziewięćdziesiąt procent tekstów, które zaczynają się od opisu zjawisk atmosferycznych, to kiepskie teksty. Na szczęście jest jeszcze te dziesięć procent. 

Nie powiem, że ten tekst jest zadziwiająco dobry, bo na tym etapie oczekuję wręcz, że twoje teksty będą dobre. Jest jednak zadziwiająco inny od tego, do czego przyzwyczaiły mnie twoje dłuższe formy.

hmm… opowiadanie niby napisane, a jakby namalowane:-)

Nowa Fantastyka