- Opowiadanie: janadalbert - Drużyna koszmarów

Drużyna koszmarów

Opowiadanie jest swego rodzaju odpowiedzią na tekst kolegi z dawnej szkoły. Nie powiem kto. I tak nie ma go na NF :P

Za zgodą kolegi zerknąłem na jego wypociny, niestety sam się przy tym nieźle spociłem. Czasu jednak nie zmarnowałem, bo dzięki temu wpadłem na pewien pomysł... Zapraszam :)

 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

regulatorzy

Oceny

Drużyna koszmarów

Dla mnie jest najmniej ważne gdzie i kto… Praca w karczmie „Pod Straconym Herosem” jest jak każda inna. Wstaję, myję się, wkładam fartuch i nalewam trunki od zmierzchu do świtu.

Właściciel karczmy zwykle chce, by panował porządek. Żeby goście nie zapaskudzili podłogi, nie zniszczyli obrazów w sali i tym podobne. Nasi klienci to w większości miejscowe chłopy. Kojarzę ich z widzenia, więc nie robią mi problemów.

Ta nocna zmiana zapowiadała się spokojnie. Kilku ludzi pomachało mi po przyjacielsku. Grupa wędrownych grajków za kilka groszy umilała czas wesołą melodią, w sam raz na zimowy wieczór. Wtem do środka wparował pewien jegomość. Stanął w wejściu i zaczął łypać spojrzeniem spod głębokiego kaptura.

– Wchodzisz, czy będziesz tak stał? – zawołał jeden z bywalców, gdy nieznajomy po minucie nie ruszył się z miejsca. – Ciepło ucieka!

Zakapturzony w końcu zamknął za sobą drzwi i podszedł do mnie, szurając butami. Mruknął coś co zabrzmiało jak „pretensjonalne”. Dopiero, gdy stanął przede mną, zrozumiałem, że gość się garbi i gdyby nie to, jak nic szorowałby głową o sufit.

– W czym mogę pomóc? – Ten jednak milczał, więc spróbowałem inaczej. – Co podać?

Nieznajomy wyciągnął dłoń z obszernego rękawa, pokazał jeden palec i stuknął nim w kontuar. Tyle zrozumiałem. Dziwny typ, pomyślałem. Nawet nie zdjął kaptura, ani nie wytarł butów.

– Szukam kogoś – odezwał się nagle. – Wiesz coś o moich przyjaciołach?

– Nie wiem. Może się spóźniają? – Choć mówiłem normalnym tonem, zakapturzony wzdrygnął się, jakbym go obraził.

Postawiłem przed nim piwo, ale gdy odwróciłem na chwilę wzrok, zniknął. Zauważyłem go potem, siedzącego w ciemnym kącie na drugim końcu sali.

Nie poświeciłem obcemu więcej uwagi, ponieważ Nob, chłopak na posyłki zakomunikował mi, że drzwi wychodka nie domykają się. Zanim zdążyłem obsztorcować Noba za zawracanie mi głowy, w karczmie zjawił się następny, dziwny gość.

Tym razem nie było mowy o pomyłce. To był czarodziej. Czerwona szata do kolan wyszywana cekinami, szpiczasty kapelusz, również czerwony i z gwiazdką na czubku.

Tyle chłop ma lat na karku, pomyślałem. I nosi takie ciuchy. Normalnie wyglądały tylko buty jegomościa. I, jak zauważyłem, również były ubłocone.

– Nie, dziękuję dobry gospodarzu!

– Co? – spytałem zdziwiony.

– Odpowiadam na pytanie, które chciałeś mi zadać – rzekł czarodziej, zirytowany moją niewiedzą. – Wyczytałem to w twoich myślach. Nie przejmuj się – dodał. – Nie będę rozpowszechniać twoich pomysłów. Po coś są te prawa autorskie, nie? A tak przy okazji, to szukam kogoś…

– Poczytaj komuś w myślach – mruknąłem kręcąc głową. Byłem już nieźle wkurzony przez błoto, które naniósł – to może się dowiesz.

I oddaliłem się czym prędzej. Ponieważ Nob był zajęty, to na mnie spadł obowiązek sprzątnięcia podłogi. Pół godziny później odstawiłem szczotkę i stwierdziłem, że zleciało się jeszcze więcej dziwaków. Tym razem trzech.

Jeden był rudobrodym gościem rozmiarów szafy. Ubrany był jedynie w przepaskę biodrową i tygrysią skórę zarzuconą na grzbiet. Towarzyszyły mu dwie elfki, jedna ciemnowłosa w ciasnym zielonym gorsecie i łukiem na plecach. Druga, złotowłosa wyglądała raczej na pół-elfkę, ale i tak przyjemnie było popatrzeć.

– E! Nie śpimy! – warknął olbrzym, pstrykając paluchami przed moim nosem. – Trzy piwa, już!

Postanowiłem potraktować wielkoluda ulgowo, choć chciałem mu odpysknąć. Przynajmniej towarzystwo miał nienajgorsze.

– Co to u diabła? – spytał opryskliwie ryży, gdy napełniłem trzy kufle. – Dawaj pan większe naczynia. Największe jakie macie.

– I od kiedy damom podajecie w kuflach? – dorzuciła złotowłosa pół-elfka. – Toż to afront.

– Chcemy w kieliszkach – uzupełniła łowczyni. – I coś na rozgrzanie, bo zimno na tym odludziu.

– Słyszeliście tu o etykiecie?

– Może być w pucharze, lub szklanicy…

– I z cytryną!

Klient nasz pan, powtarzałem w myślach. Im szybciej się uwinę, tym prędzej pójdą. Szczęście, że znalazłem jakieś zaschnięte cytryny, bo byłoby ciężko.

– Proszsz… – powiedziałem przez zaciśnięte zęby. – Trzy piniste z cytrynko!

– Nie jestem cytrynką! – wrzasnęła złotowłosa i odwróciła się, zarzucając puklami. Dosłyszałem jeszcze jak mówi cicho ”barbarzyńcy”.  Łuczniczka i kolos poszli za jej przykładem. Ja natomiast stałem z głupią miną, zastanawiając się co poszło nie tak. Nie minęła północ, a już miałem ochotę kogoś wyrzucić za drzwi.

Kątem oka zobaczyłem, że przysiedli się do zakapturzonego i tego maga w śmiesznej szacie. Jakieś zebranie mieli, czy co?

Wkrótce gromadka zrobiła się hałaśliwa. Instynkt mówił mi, że to się źle skończy.  Zwłaszcza po tym jak ryży barbarzyńca wychylił pół kufla jednym haustem (drugą połowę rozlał sobie na ubranie) i zaczął domagać się następnego. Zobaczyłem wtedy, że czarodziej piję z butelki, której nie zamawiał.

– Nob! – Chwyciłem chłopaka za ramię. – Weź powiedz tamtym, żeby swojej gorzały nie otwierali…

– Ktoś mówił o gorzałce? – spytał jakiś gburowaty krasnal. Wnioskując z bełkotliwej wymowy, uchlał się jeszcze przed wejściem do środka. – Jak tak to proszę.

Westchnąłem ciężko i spełniłem życzenie krasnoluda. Przynajmniej poprosił.

– Co tam słychać? – zagadałem uprzejmie.

– Strasznie tu zimno.

– Jak jest zima to i musi być zimno. Takie są prawa natury… – Musiałem przerwać, bo teraz dostrzegłem właściciela karczmy, który nie wyglądał na zachwyconego. – Przepraszam na chwilę.

Poszedłem za swym pracodawcą do pokoju na piętrze. Przez ponad kwadrans musiałem stać i zbierać cięgi.

– Ty weź zrób coś, bo tu spać nie można – jęczał mój szef. – Najbardziej ujadają ci w rogu. To dlatego, że w obuwiu jeździeckim wchodzą…

Ech… Wróciłem na stanowisko, wnerwiony nie na żarty. Nie dlatego, że właściciel mnie skrzyczał, ale że miał rację dla odmiany. Przysięgam, powiedziałem sobie. Jeszcze raz zobaczę, że coś nie gra, to wykopię stąd tę drużynę marzeń od siedmiu boleści.

Ledwie ta myśl postała mi w głowie, zobaczyłem okrągłą, ubraną na czarno istotę, która gmerała w sejfie pod ladą. Wziąłem drania za kołnierz i przerzuciłem przez szynkwas. Niejasno zdałem sobie sprawę, że złodziej sięga mi do pasa i prawie nic nie waży.

– Au! No porąbało cię? – zawołał złodziej drżącym głosem, gramoląc się z podłogi. – Ależ panie…

– Najpierw porąbało, a dopiero potem panie, tak? – Wydarłem się tak, że cały lokal na nas patrzył.

– Eee… Ja kogoś szukam – stwierdził złodziej i spróbował wcisnąć mi do zaciśniętej pięści pieniążek. – Nie mógłbyś mi powiedzieć…

– O mamo, następny pyta… – Przejechałem ręką po twarzy i policzyłem w myślach do dziesięciu. – Ludzie, co w was wstąpiło? Kto naopowiadał, że oberżysta wie o wszystkim…

– Ej, nie jestem człek, tylko gnom! – powiedział gnom, po czym odwrócił się obrażony i zaczął mamrotać. – Zarobić nie daje i od złodziei wyzywa, rasista chędożony…

Nie zdziwiłem się, gdy gnom usiadł razem z resztą tej zgrai. No nie to paradne, pomyślałem. Miarka się przebrała.

– Nob! Chodź tu na sekundkę. – Rozejrzałem się, czy nikt nas nie słyszy. – Czas zrobić coś z tymi tam, bo będzie zaraz awantura. Zasuwaj do wiedźmy, no-wiesz-której… po ten eee… no-wiesz-co.

– Ale tam mieszka chomik, psze pana – powiedział Nob. – Mam uczulenie… Ale widziałem, że coś nam zostało, psze pana. Zaraz sprawdzę.

Po kilku chwilach, chłopak wręczył mi zakurzoną buteleczkę. Na dnie połyskiwało trochę fioletowego płynu.

– Mało – stwierdził Nob. – Raptem kilka kropelek.

– Wystarczy – mruknąłem. – Nalej piwa, tylko weź drewniane naczynia, Nob. Przez metal przepali się.

– A co zrobić z tym wielkim i krasnoludem? – spytał chłopak po dłuższej chwili. – Piją piwo, jakby to była woda. Ta odrobinka wywaru na nich nie zadziała.

Obdarzyłem Noba groźnym spojrzeniem.

– Nalejemy im bezalkoholowe… Tak, to ich zniszczy.

Przysięgam, że przez chwilę zrobiło się jakby cicho. Nob wziął do rąk tacę z przygotowanym piwem. W samą porę, bo te dziwaki zaczęły się kłócić z resztą bywalców. Jeszcze chwila, a mogłoby być za późno.

– Panowie! Spokój! – zawołałem. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, więc powtórzyłem dwa razy głośniej.  – Spokój! Zachowujcie się wszyscy! O co poszło?

– Przeszkadzał mi!

– Pytał czy mam jakiś problem!

– I zaczął wymachiwać toporem przed moim nosem…

– Co? Powtórz no, ty plebsie…

Wszyscy przekrzykiwali się tak, że ciężko było odróżnić pojedyncze zdania. Ale zrozumiałem ogólny sens tych wrzasków.

– Ja wszystko rozumiem! – powiedziałem głośno i wyraźnie. – Wszystko będzie w porządku. Ale proszę przestańcie gardłować, bo zmuszony będę was wyprosić!

Stali klienci, domyślili się co jest grane i wrócili na swoje miejsca. Pozostałym też przeszła ochota na kłótnie. Jedynie ci przygodowcy wciąż gapili się na mnie z zaciętymi minami. Do niektórych po prostu nie dociera, że nie są gdzieś mile widziani. Tylko tajemniczy nieznajomy nie brał udziału w kłótni i siedział rozparty na ławie. Przynajmniej jeden sprawiedliwy, uznałem. Ale wtedy usłyszałem głośne chrapanie dobiegające spod kaptura.

 – Słuchajcie panowie – powiedziałem przywołując na twarz uśmiech. – Myśmy prości ludzie są. Nie nawyklim do światowych ludzi… i krasnoludów, gnomów, elfów… – Nadal milczeli, więc mówiłem dalej. – Zajazd jest jednak otwarty dla wszystkich. A noc jeszcze młoda, to co powiedzą panie i panowie na kolejkę dla zgody? Na koszt lokalu?

Rudego barbarzyńcę, krasnoluda nie trzeba było przekonywać. Od razu porwali naczynia z tacy i wcisnęli do rąk kolegom. Schowałem się czym prędzej za bar, zanim coś mogło mnie zdradzić.

– Nob… Obserwuj – powiedziałem chłopakowi – co się dzieje.

– Jeszcze nic, psze pana. Piją bardzo powoli.

– To abstynenci…

Kilka minut później z członkami tej drużyny z koszmarów zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Wszyscy parskali piwem i krztusili się. Ryży i ten gruby krasnal chwycili się za gardła jakby połknęli truciznę i wybiegli na dwór. Wszyscy teraz z zainteresowaniem obserwowali całą scenę.

Buch! Bach…Nagle cały lokal wypełnił się niebieskawym dymem. Gdy opar się rozwiał, czarodziej, dwie piękności, gnomi złodziej i tajemniczy nieznajomy, leżeli na podłodze w bezruchu. Ciała mieli spłaszczone do grubości włosa. Podszedłem do czarodzieja i postawiłem w pozycji pionowej. Stał tak chwilę, a następnie zafalował jak chorągiew tknięta delikatnym podmuchem wiatru i osunął się z powrotem na ziemię.

Wszyscy zebrani zaczęli bić brawo i kiwać głową z uznaniem.

Nagle nogi ugięły się pode mną. Gdyby Nob nie podstawił mi krzesła, o moim upadku układano by legendy.

– Wszystko w porządku, psze pana?

– Nic mi nie jest, chłopcze – rzekłem. – Zabierz naszych bohaterów na zaplecze… Pamiętaj o tych na zewnątrz. Znajdź duże płótno i przyklej ich. Tak by ładnie prezentowali się na obrazie.

– Dobrze. Gdzie mam zawiesić?

– O tam… – Wskazałem rząd portretów i malowideł na ścianie. – Obok tych poprzednich.

Koniec

Komentarze

Czerwona szata do kolan wyszywana cekinami – czerwona szata do kolan, czy do kolan wyszywana cekinami? 

 

Jeszcze jakieś literówki mi mignęły, ale – przyznaję się do lenistwa – nie chciało mi się ich wypisywać. 

 

Ciekawa ta karczma i w pierwszej chwili zdziwiłam się, że w takim przybytku obrazy mają :) Nie powala, ale czytało się dobrze i uśmiechnęłam się szeroko w końcówce.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Stanął w wejściu i zaczął łypać spojrzeniem spod głębokiego kaptura. – nie lepiej po prostu “łypał”? 

 

Szybciutko się czyta, do pouśmiechania. Duża liczba pojawiających się postaci trochę sprawia, że gubi się w tym jakiś zasadniczy motyw, nie bardzo wiedziałam czytając, do czego to wszystko zmierza, sądziłam, że dowiem się kto jest kto i co to za okazja do niecodziennego zebrania.

 

Ale ogólnie – sympatyczne :)

Sympatyczny szorcik, końcówka zaskoczyła. “Tych klientów nie obsługujemy” w wersji fantasy? Jednak z karczmy można jeszcze wycisnąć coś ciekawego. :-)

Interpunkcja szwankuje.

I nie zrozumiałam, czym właściwie towarzystwo tak podpadło. Mnie nie wydali się bardzo denerwujący, burdy nie zrobili…

Babska logika rządzi!

Nabrudzili i głośni byli! A to taka kulturalna karczma :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Pierwszy raz nikt nie napisał pod moim tekstem długiego komentarza wytykającego mi wszystkie błędy. Nie wiem co o to może oznaczać, ale jestem dobrej myśli :)

@Finkla. W “normalnej” karczmie cywilizowani bohaterowie są atakowani przez tłum zdziczałych lokalsów. Tutaj role się po prostu odwracają. Nie zaprzeczam, że jest to trochę naciągane, ale są ludzie którzy reagują o wiele gorzej na widok podobnej kompani. Bez obrazy…

lol

Pierwszy raz nikt nie napisał pod moim tekstem długiego komentarza wytykającego mi wszystkie błędy. Nie wiem co o to może oznaczać, ale jestem dobrej myśli :)

To oznacza, że Regulatorzy jeszcze nie przeczytała. Ale bądź dobrej myśli, bądź… ;-)

Dobra, nigdy nie byłam w normalnej karczmie (acz sporo scenek rozgrywających się w tych przybytkach czytałam). OK, ludzie mogą różnie reagować. Ale czy ci wrażliwsi na pewno będą pracować w karczmie? Jak by nie było, w tekście raczej humorystycznym takie rzeczy chyba nie mają większego znaczenia. Tak się czepiam, żeby z wprawy nie wyjść.

Babska logika rządzi!

Okej. Starałem się by to miało sens, ale można się czepiać że coś zgrzyta. Ale z drugiej strony towarzystwo, choć przerysowane nie jest wzorowe. Każdy by się wkurzył gdyby ktoś próbował go okraść :P

lol

Nie cierpię tego zwrotu:

– W czym mogę pomóc?

Aż mi normalnie zęby zgrzytnęły, wyłysiałem przez Ciebie!

 

Fajny tekst, zabawny. Zakończenie mnie zaskoczyło i powaliło (w dobrym sensie) :D

F.S

Skoro takie zabawne i fajne to zachęcam do postawienia plusika…  Ale chyba liczę na zbyt wiele :) 

@FoloinStephanus. Ciekawe… Czemu to takie irytujące? Wiem, że to wygląda jak kalka z angielskiego “How can I help you?”. Jest jednak coś oprócz tego? Pytam bo nie jesteś pierwszym któremu ten zwrot przeszkadza.

lol

No, widzę, że tekst został ładnie wyszlifowany od czasu, gdy czytałem go ostatnio. Błędy poprawiono, ciekawa historia została. Ładnie. 

Po prostu nie lubię/nie cierpię/nienawidzę  tego zwrotu – nie dość, że barbaryzm, to jeszcze tak dziwnie brzmi, jakby ktoś mi chciał okna w domu umyć, a przecież czyste mam. Jest w języku polskim “w czym mogę służyć” i tego się trzymam. 

F.S

Bardzo zgrabnie odwróciłeś standardową karczmę, a i ciężki los szefa zmiany w nocnym lokalu wzbudził moją sympatię. Pełen tez jestem podziwu, jak umie zgrabnie przekuć sztuki gości niezbyt mile widzianych w sztukę, która lokal zdobi.

 

Z półusmiechem, duży plus za końcówkę. :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Zakończenie, napiszę krótko, bardzo dobre. W ogóle idea przerabiania kłopotliwych gości na obrazy dobra. Po co te flaki, kałuże krwi, które sprzątać i wycierać trzeba? Łyczek ekstramiksturki i po problemach… i do tego kultura zwyżkuje.

Zostało w tekście trochę uchybień interpunkcyjnych.

Interpunkcja szaleje, gdzieś wyhaczyłam literówkę (zbędny ogonek, w sensie ą zamiast a). Nie przekonał mnie ponadto główny bohater – trochę za dużo chaosu w tym wszystkim, to raz, dwa że odniosłam wrażenie, że bohater wszystkim leje jak leci i nie oczekuje za trunki zapłaty, trzy że półgodzinne sprzątanie błota z podłogi podczas gdy za barem nikt nie stoi wydaje mi się co najmniej dziwne… I jeszcze parę innych drobiazgów, które zebrane razem do kupy po prostu mi nie grały.

Pomimo tego jednak pointa jest na tyle zaskakująca i świeża, że nie mogę nie zaklaskać z radości. Zwróciłam uwagę na początku na wzmiankę o obrazach i się zdumiałam, skąd w wiejskiej karczmie wielka sztuka… ale teraz już wiem : ) Fajnie by było, gdyby dopracować tego szorta na tip top. Że praktyka czyni mistrza mam nadzieję, że kolejne teksty, o ile dobrych pomysłów Ci nie brakuje, po prostu będą coraz lepsze ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Znakomita lektura na późny wieczór! ;-)

Niby scen dziejących się w karczmach mamy już powyżej uszu, niby Twoi bohaterowie nie odbiegają od wizerunku zazwyczaj spotykanych tam gości, to jednak opowiadanie tchnie pewną świeżością, a finał autentycznie zaskakuje. ;-D

 

Sta­nął w wej­ściu i za­czął łypać spoj­rze­niem spod głę­bo­kie­go kap­tu­ra. – Łypać, to patrzeć/ zerkać groźnie lub ukradkiem. Można łypać okiem/ oczyma, ale nie można łypać spojrzeniem.

 

Nie po­świe­ci­łem ob­ce­mu wię­cej uwagi… – Dlatego siedział w ciemnym kącie. ;-)

Literówka.

 

Jeden był ru­do­bro­dym go­ściem roz­mia­rów szafy. Ubra­ny był je­dy­nie w… – Powtórzenie.

Proponuję: Jeden był ru­do­bro­dym go­ściem roz­mia­rów szafy, ubra­nym je­dy­nie w

 

jedna ciem­no­wło­sa w cia­snym zie­lo­nym gor­se­cie i łu­kiem na ple­cach. – …jedna ciem­no­wło­sa, w cia­snym zie­lo­nym gor­se­cie i z łu­kiem na ple­cach.

 

Druga, zło­to­wło­sa wy­glą­da­ła ra­czej na pół-elf­kę… – Druga, zło­to­wło­sa wy­glą­da­ła ra­czej na półelf­kę

 

Przy­naj­mniej to­wa­rzy­stwo miał nie­naj­gor­sze.Przy­naj­mniej to­wa­rzy­stwo miał nie­ naj­gor­sze.

 

do­rzu­ci­ła zło­to­wło­sa pół-elf­ka. – …do­rzu­ci­ła zło­to­wło­sa półelf­ka.

 

zda­łem sobie spra­wę, że zło­dziej sięga mi do pasa i pra­wie nic nie waży. – Au! No po­rą­ba­ło cię? – za­wo­łał zło­dziej drżą­cym gło­sem… – Trzy zdania dalej znów jest złodziej.

Może w drugim zdaniu: …za­wo­łał rabuś drżą­cym gło­sem

 

Wszy­scy prze­krzy­ki­wa­li się tak, że cięż­ko było od­róż­nić po­je­dyn­cze zda­nia. – …że trudno było od­róż­nić po­je­dyn­cze zda­nia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nob, chłopak na posyłki[+,] zakomunikował mi

Nie, dziękuję[+,] dobry gospodarzu!

w ciasnym zielonym gorsecie i [z] łukiem na plecach

Co to[+,] u diabła?

zastanawiając się[+,] co poszło nie tak

źle skończy. Zwłaszcza

Spacja ;P

czarodziej pij[ę->e] z butelki

Jak tak[+,] to proszę

Jak jest zima[+,] to i musi być zimno.

No nie[,] to paradne

Fajny zwrot, nie znałem ;)

Ale proszę[+, lub może :] przestańcie gardłować

Stali klienci, domyślili się[+,] co jest grane

Słuchajcie[+,] panowie

 

Tekst nie jest może arcydziełem przez duże A – humor jest raczej lekko wyczuwalny, a poza całkiem oryginalną puentą i fajnym odwróceniem klasycznych ról nie widzę nic “odkrywczego”. Niemniej, miałem pozytywne wrażenie – niezła końcówka i obraz karczmy wywołują bardziej przyjemne wspomnienia “z klasyki gatunku” niż irytację i znudzenie. Wydaje mi się tylko, że mógłbyś jeszcze trochę popracować nad interpunkcją : )…

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Fajne zakończenie :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka