- Opowiadanie: Drewian - Korzenie

Korzenie

Miało być o jeźdź­cach ja­skó­łek, ale nie­sfor­na opo­wieść ina­czej się chcia­ła utkać.

Ze spe­cjal­ną de­dy­ka­cją dla Ada­maKB (mam na­dzie­ję, że po­niż­szy tekst okaże się zja­dli­wym po­sił­kiem) i po­dzię­ko­wa­nia­mi dla thar­go­ne (za klony i ba­oba­by).

Za­pra­szam!

edit – a ilustrację mi siostra walnęła! Taka zdolniacha jest :D

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Korzenie

 

Pomimo mrozu i śniegu za oknami, w przestronnym pomieszczeniu było ciepło i przytulnie. Zimowe słońce oświetlało ustawioną na środku pokoju sztalugę. Miarowe tykanie zegara i miękkie szuranie pędzla po płótnie odmierzały kwadranse sennej ciszy. Kudłaty pies przysypiał, rozciągnięty w plamie słonecznego blasku, a otulona wełnianym swetrem kobieta malowała w skupieniu. Ani malarka, ani pies nie zdawali się zauważać dobiegającego z głębi domu skrzypienia podłogi, akcentowanego od czasu do czasu nerwowym trzaskaniem drzwi szaf i szuflad komód. Pędzel zatrzymał się dopiero, kiedy zazgrzytała klamka, a donośny męski głos wykrzyczał:

– Widziałaś moje kluczyki?!

Drzwi do salonu uchyliły się, uderzyły w szeroki grzbiet rozciągniętego na podłodze psa i zamarły. Pies mruknął, zastrzygł uchem, łypnął lewym okiem, ziewnął, po czym, z niewzruszonym wyrazem pyska, przeciągnął się leniwie. Kobieta odwróciła się i nieprzytomnie spojrzała ku drzwiom.

– Popchnij trochę! – powiedziała w końcu. – Otwarte!

Z sypialni dało się słyszeć stłumione przekleństwa i mamrotane pod nosem złorzeczenia. Drzwi, z głośnym skrzypieniem przesunęły kudłate ciało psa. Do pokoju wcisnął się wysoki mężczyzna.

– Czy to bydle robi coś oprócz spania?! – zapytał z wyrzutem, czubkiem buta szturchając leniwego psa.

– Stróżuje przecież – odparła kobieta lekko, po czym wskazała ustawiony na sztalugach obraz. – Rzucisz okiem? Chyba ładnie wyszło.

Na płótnie, namalowane z niezwykłym realizmem, piętrzyły się powalone burzą drzewa. Soczysta zieleń mieszała się z mokrą czernią ściółki. Lśniące krople rosy spływały po połamanych gałęziach. Patrząc na obraz, niemal czuło się wilgotny zapach powietrza po burzy, prawie można było dostrzec tulące się w norach, przerażone zwierzęta.

– To ma być okładka na podręcznik komputerowy? – zapytał mężczyzna niepewnie.

– Nie, coś ty! To gówno zrobię później – obruszyła się kobieta. – To… To jest… Nie wiem… – podrapała się po głowie poplamionym farbą palcem. – Tak jakoś wyszło.

Mężczyzna sięgnął po stojącą na małym stoliku, wypełnioną przejrzystym płynem szklankę. Podejrzliwie powąchał zawartość naczynia.

– Znowu piłaś – bardziej stwierdził, niż zapytał.

***

Burza odeszła tak nagle, jak się pojawiła. Zmęczeni chmurnicy dosiadali równie wyczerpanych żmijów i jeden po drugim odlatywali, malując na niebie łuk tęczy. Wiatr, jeszcze niedawno opętany muzyką piorunów, teraz przepraszająco muskał połamane korony drzew, jakby delikatnym dotykiem chciał wygoić zadane rany. Same drzewa zaś, wciąż jeszcze upojone deszczem, mruczały pijackie pieśni, obejmując się czule i podpierając chwiejnymi konarami.

Wiekowy dąb z zainteresowaniem patrzył na swój rozpołowiony piorunem pień. Zachichotał radośnie, kiedy zdał sobie sprawę, że wciąż jeszcze może poruszać liśćmi odłamanej korony.

– Ale morowo! – zatrzeszczał bełkotliwie. – Jest mnie dwa razy więcej!

Rosnący nieopodal cis przyglądał się pijanemu w sztok towarzyszowi. Nie, żeby miał coś przeciwko dobrej zabawie, tańcom i trunkom wiosennej burzy, ale uważał, że w pewnym wieku upijanie się do nieprzytomności po prostu nie uchodzi. W końcu dąb nie był młodziakiem, miał obowiązki, gniazdo bielików do utrzymania oraz reputację, która po ostatniej popijawie leżała w drzazgach. A teraz jeszcze się musi Jadze tłumaczyć – pomyślał cis, na widok przelatującego przez las puchacza.

Wielki ptak bezszelestnie przemykał pomiędzy drzewami. Gładko wylądował na złamanym pniu wiekowego dębu, napuszył się, naburmuszył i rozejrzał dookoła. W krwistoczerwonych oczach puchacza malowała się wściekłość.

– Leszy! – zahuczał donośnie. – Leszy!

Las zadrżał w odpowiedzi na wołania krwistookiego ptaka. Nieśmiałe brzozy odchrząknęły nerwowo i zaczęły poprawiać splątane liście. Pyskate wiązy zamilkły w pół przekleństwa. Nawet wylewne świerki rozplotły ramiona i z chwiejnym wysiłkiem próbowały stać prosto. Puchacz skinął nieznacznie głową, zadowolony z zawstydzenia drzew. Rozłożył skrzydła i gładko spłynął na ziemię. Jeszcze w locie jego postać zaczęła rozmywać się i drgać, aby po wylądowaniu zamienić się w rosłą niedźwiedzicę. Tylko oczy pozostały te same – czujne, wszystkowidzące i czerwone jak świeżo utoczona krew.

– Leszy! – ryknęła zniecierpliwiona niedźwiedzica. – Leszy!

Wiatr zaszumiał delikatnie w odpowiedzi. Zroszone deszczem liście zadrżały z szacunkiem, gdy w powietrzu zawirował kłębek białego puchu. Ujrzawszy go, niedźwiedzica wymruczała nieco łagodniejszym tonem:

– Leszy, tak nie może być. Musisz coś z tym zrobić.

Kłębek białego puchu opadł na ziemię u jej stóp, zakiełkował momentalnie, po czym w mgnieniu oka wyrósł w krępe, wiekowe drzewo.

– Chwila, Jago, daj mi odetchnąć – wymruczał Leszy, pogładził ciężką od liści brodę i spojrzał, zadziwiony, na zniszczenia wiosennej burzy. – Ale popili – dodał po chwili z uznaniem.

– A ty ich jeszcze chwalisz! – ryknęła niedźwiedzica. – Patrz, co narobiły te twoje dzieci!

U stóp przepołowionego dębu leżało potrzaskane gniazdo orłów. Pośród jego szczątków, przywalone sczerniałymi gałęziami i mchem, spoczywało ciałko ledwo opierzonego pisklęcia. Leszy w zamyśleniu podrapał swój spękany policzek. Rozejrzał się bacznie dookoła, nasłuchując i smakując powietrze zdrewniałymi wargami.

– Czemu się tak denerwujesz, Jago? – rzekł w końcu lekkim tonem. – Drugie małe się uratowało, rodzice też mają się dobrze. Widać ten był słaby.

Jaga bez słowa zmierzyła męża krwistoczerwonym wzrokiem. Stanęła na tylnych łapach i przemieniła się w na poły ludzką, na poły ptasią postać. Przyklękła obok szczątków gniazda, po czym delikatnie wysupłała pisklę spod zwałów mchu i gałęzi. Drobna pierś przygniecionego ptaka poruszyła się nieznacznie.

– Jago? – dopytywał się Leszy. – Dlaczego jesteś rozgniewana? Przecież nigdy nie pomagasz słabym.

Krwistooka postać nie odpowiadała. Pochylona nad poranionym ciałem młodego bielika, poruszyła lekko sowimi skrzydłami, przesunęła pazurzastą dłonią po szarawych piórkach pisklaka i trąciła go czarnym, zakrzywionym dziobem. Potem jednym ruchem skręciła mu kark.

– On nie był słaby – wyszeptała bardziej do siebie niż do męża. – On był mój ulubiony.

Podniosła się, pozwalając, by ciało pisklęcia opadło bezwładnie na ziemię. To był już tylko ochłap, nie miał żadnej wartości. W jej dłoni spoczywało to, co było ważne – małe, utkane ze światła piórko, które nawet w blasku słońca, jarzyło się buńczucznie srebrem. Jaga sięgnęła do zawieszonego u pasa worka, rozluźniła zamykające go rzemienie i pozwoliła, by srebrzysta dusza ptaka zsunęła się do środka wyściełanej miękkim futrem sakwy. Uśmiechnęła się, dostrzegłszy, że piórko, spadając, zamigotało i zmieniło się w pazur.

– Choć, maluchu, znajdziemy ci dom – powiedziała i wzbiła się ku niebu na sowich skrzydłach.

***

Kobieta wzruszyła ramionami. Wyjęła szklankę z dłoni mężczyzny i odstawiła ją na stolik.

– Mógłbyś być milszy, wiesz? – powiedziała z wyrzutem. – Pochwalić żonę od czasu do czasu.

– Przecież cię chwalę! – obruszył się mężczyzna. – Tylko myślałem, że masz umowę na tę komputerową okładkę, czy coś.

– Bo mam, ale to przecież takie nudne – odparła kobieta, na powrót sięgając po pędzle. – Poza tym, miałam sen, wiesz? O lesie, o burzy, o rzece, bobrach, wilkach, rysiach, o wszystkim! Trochę tak, jakby dopiero teraz mi się przypomniało. Myślę, że jestem gotowa. – Spojrzała na męża z determinacją. – Wiem, że jestem gotowa. Namaluję cały cykl obrazów i wyślę do galerii. Ktoś na pewno zechce to wystawić.

– Bobry? – zakpił mężczyzna. – Wilki i rysie to jeszcze rozumiem, ale kto by chciał patrzeć na bobry?!

Kobieta nie odpowiedziała. Z rozmarzonym uśmiechem zabrała się do malowania.

***

Podekscytowany bóbr po raz kolejny powąchał pień sosny. Przysiadł na rozłożystym zadzie, poprawił fałdy tłuszczu na brzuchu i z radością zatarł łapy. Wprost nie wierzył swojemu szczęściu. Drzewo było wyrośnięte, wysokie, zdrowe i żywe, pomimo to w ogóle nie pachniało żywicą, milczało jak zaklęte i nie odganiało go chlaśnięciami kłujących gałęzi. Odrobinę nieśmiało, jakby na próbę, kilkakrotnie podgryzł korę grubego pnia, po czym znów przysiadł i nerwowo podrapał się po nosie. Nie stało się nic. Zadowolony z braku reakcji sosny, bóbr ponownie wgryzł się w miękkie drzewo. Tym razem porządnie.

***

Ryś Rudy z lubością przełykał kruchą jeleninę. Mięso nie było pierwszej świeżości, ale Rudemu nigdy to specjalnie nie przeszkadzało. Nie wypadało przecież narzekać na darmowy posiłek. Bez skradania się, czajenia, polowania – po prostu budzisz się, przeciągasz, zeskakujesz z gałęzi i jesz. Do pełnego szczęścia brakowało tylko ciszy. Niestety, towarzysząca mu dusza gadatliwej sosny, od samego wieczora nie przestawała paplać.

– Fuj! Ale to śmierdzi – narzekał szumiący głos drzewa. – Jesteś pewny, Rudy, że ci to nie zaszkodzi?

Ryś w skupieniu żuł mięso. W czasie kilku lat znajomości z wszędobylską sosną, nauczył się już, że odpowiadanie na zaczepki skutkuje jeszcze dłuższym ględzeniem. W sumie sam nie wiedział, czemu toleruje towarzystwo iglaka. Pewnie, Szyszek, bo takie imię nosiło drzewo, czasem się przydawał. Orzeźwiający zapach jego iglastej duszy pomagał ukryć woń drapieżnika, co znacznie ułatwiało polowanie. Elokwencja podobała się płci pięknej, więc, z duszą sosny na grzbiecie, Rudy miał większe powodzenie u samic. Ale poza tym…

– Dopiero co ci przeszło rzyganie, nie powinieneś tak przeciążać żołądka – pouczał duch drzewa.

Ryś przewrócił oczami i uporem milczał. Powoli dochodził do wniosku, że pomoc w polowaniu i zalotach nie była warta ceny, jaką musiał płacić za towarzystwo Szyszka.

– Nie ma co się oburzać, Rudy – sosna z uporem ciągnęła temat. – Ja się przecież tylko o ciebie troszczę. Wiem, że dzieci Jagi nie mają dobrej pamięci, ale zeszły tydzień chyba dasz radę wspomnieć, co? Rzygałeś tak, że mało flaków nie wyplułeś. A te charczenia! Myślałem, że cię jakaś strzyga dopadła!

– To były kłaczki! – nie wytrzymał ryś.

– Kłaczki, sraczki – uradowany z odpowiedzi Szyszek, machnął cienistą, iglastą gałęzią, rozsiewając mocny zapach żywicy. – Nie można…

Odległy trzask padającego drzewa przerwał duszy sosny w pół słowa. Zaskoczony Rudy podniósł się znad posiłku i zastrzygł uszami. Pomimo znacznej odległości wyraźnie słyszał radosne klaskania szerokich ogonów i podniesione głosy awanturujących się topielic.

– To tylko bobry – uspokoił przyjaciela Szyszek. – Nie ma się co bać.

– Wiem! Wcale się nie boję! – obruszył się ryś. – Może powaliły twoje drzewo? – zapytał złośliwie.

– Mojego nie tkną – odparła dusza sosny lekko. – Przecież obsikałeś mój pień, nie?

Rudy w zamyśleniu lizał łapę. Próbował wrócić pamięcią do dnia, kiedy zabrał Szyszka na polowanie. Był pewien, że podrapał korę sosny pazurami. Ale czy się wysikał?

– Rudy! – W szumie duszy drzewa brzmiały nutki histerii. – Obsikałeś mój pień, prawda?!

***

– No to się urządziłeś, Szyszku – westchnął duch sosny, tępo wpatrując się w obgryzione resztki swojego drzewa.

Chociaż nigdy nie lubił przesiadywać w zdrewniałym ciele zbyt długo, jednak przywiązał się do smukłych konarów i strzelistego pnia. Jego sosna była silna, zdrowa, często przesiadywały na niej ptaki, a dogodna lokalizacja zapewniała przepiękny widok na dolinę rzeki. Poza tym – to drzewo było ostatnią szansą, jaką dał mu Leszy. Przez swoje wędrówki i częste opuszczanie pnia, Szyszek stracił już wiele ciał. Był jodłą, cisem, modrzewiem, kosodrzewiną i sam już nie pamiętał czym jeszcze. Wprawdzie, do tej pory nigdy nie pogryzły go bobry, ale miał już do czynienia z przeróżnymi robalami, niedźwiedziami czy siekierą człowieka. Kilka razy upił się burzą tak bardzo, że nie mógł już powstać, a raz nawet w jego pniu zalęgły się strzygi. Wcale się nie dziwił, że Leszy, ojciec drzew, miał go dosyć. W końcu, jakby nie patrzeć, był najbardziej marnotrawnym z jego synów.

Tylko co Szyszek mógł na to poradzić? Nie jego przecież wina, że się szybko nudził! Chciał podróżować, chciał zwiedzać świat. Nie pod postacią łodzi czy drzewca broni, jak czasami to robili jego bracia i siostry. Chciał być sobą! Jeźdźcem orłów i jastrzębi, towarzyszem wędrówek wilków, swatem rysi, przyjacielem żbików, opiekunem niedźwiedzi…

– Pokarmem bobrów – dopowiedział głos Leszego.

Wyrwany z zamyślenia Szyszek uniósł iglastą koronę, zaskoczony obecnością ojca.

– Tato, przepraszam – zaszumiał płaczliwie. – Zasiedziałem się z rysiami…

– No i co ja mam z tobą zrobić, Szyszku? – zapytał Leszy, drapiąc pobrużdżony policzek.

– Może tym razem świerk? – zasugerował nieśmiało Szyszek.

***

Kobieta otuliła się ciaśniej szlafrokiem i poprawiła splątane snem włosy. W zamyśleniu patrzyła na oparte o ścianę obrazy. Czegoś jej brakowało. Wizje lasu, drzew i zwierząt były piękne, malownicze i urzekające. Ale doświadczona malarka wiedziała, że to nie wystarczy. Potrzebowała czegoś niespodziewanego, dzikiego, nieokiełznanego lecz ludzkiego zarazem.

– Masz jakiś pomysł? – zapytała kudłatego psa, który jak zwykle drzemał, wsparty o drzwi.

Pies leniwie pomachał ogonem w odpowiedzi. Kobieta rzuciła mu krzywe spojrzenie i wróciła do kontemplowania obrazów. Poirytowana, przygryzła paznokieć, który ułamał się pod zbyt mocnym naciskiem zębów. Malarka przeklęła pod nosem i przyjrzała się swoim dłoniom. Wyschnięta, popękana farba pokrywała skórę niczym łuski, sprawiając, że smukłe palce wyglądały jak szpony jakiegoś wodnego demona.

– Już wiem! – wykrzyknęła nagle w olśnieniu.

Pies, mruknął przez sen, niezadowolony z hałasu i przewrócił się na grzbiet.

***

Ciepłe promienie słońca lśniły rdzawo na smukłych skrzydłach jaskółek. Rozświergotane ptaki śmigały ponad powierzchnią rzeki, zataczając ciasne kręgi wokół roześmianej topielicy.

– Wisła! Wisła! – ćwierkały z przejęciem. – Trzciny! Trzciny!

– Znowu?! – odparła topielica Wisła z udawanym oburzeniem. – Ile można?!

– Trzciny! Trzciny! – upierały się jaskółki.

Zielonowłosa postać przewróciła rybimi oczami i zanurkowała z cichym pluskiem. Po chwili przybrzeżne szuwary zatrzęsły się gwałtownie, a ukryte w nich komary, muszki i ważki uniosły się bzyczącą chmurą.

– Jjjjeść! – zapiszczały ekstatycznie jaskółki, rzucając się ku wypłoszonym ofiarom.

Topielica Wisła wyłoniła się z zarośli, przeciągnęła leniwie i poprawiła długie, splątane jak wodorosty włosy. Spojrzała ku powalonemu czasem, na wpół zanurzonemu w wodzie drzewu. Uśmiechnęła się słodko do uwięzionego w jego gałęziach młodego wilka.

– Widzisz? – powiedziała, wskazując uradowane jaskółki. – Nie jestem złą panią. Będzie ci ze mną dobrze, lepiej niż u mamy. – Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, ukazując drobne, ostre zęby. – Tylko najpierw musisz się utopić.

Jakby od niechcenia machnęła dłonią, a posłuszna jej woli rzeka zawirowała, spiętrzyła niewysoką falą i uderzyła w spróchniały pień. Drzewo zatrzeszczało pod naporem wody. Zaplątany w jego gałęziach wilk zaskomlał.

– Zastanawiam się, jak cię nazwać? – ciągnęła Wisła rozmarzonym głosem. – Może Morus? Albo Burek? Albo zostawimy ci twoje imię, co? Mruk… Mruczek… – zastanowiła się przez chwilę. – Mruczek też ładnie, nie?

Niedoczekanie twoje! – chciał odpowiedzieć wilk, lecz woda zalała mu pysk. Wydał z siebie bulgoczący szczek i z wściekłością spojrzał ku zielonowłosej.

– Zawsze chciałam mieć psa… – Topielica z rozmarzeniem zapatrzyła się w przeciwległy brzeg rzeki. – Psa albo wilka. Kiedyś nawet miałam szczeniaczka. Był taki słodki! Pływaliśmy razem, bawiliśmy się bez przerwy! Ale potem rzeka zmieniła bieg i lisy odkopały jego kości…

Wilk zebrał resztki sił by po raz kolejny szarpnąć pęta wodorostów. Zaskomlał, kiedy oślizgłe więzy wpiły się jeszcze ciaśniej w jego ciało. Połamane, ostre gałęzie przewróconego drzewa kłuły boki i brzuch.

– Myślę, że nadasz się w sam raz – ciągnęła topielica, niezrażona milczeniem rozmówcy. – Jesteś młody, szybko się nauczysz. Zobaczysz, jeszcze będziemy razem pływać. Może nawet zaprzyjaźnisz się z brzegówkami?

Wilk uniósł głowę i rzucił warkliwe przekleństwo ku śmigającym nieopodal jaskółkom. Nienawidził tych przeklętych ptaków bardziej niż pcheł i utopców. Gdyby nie brzegówki i ich gniazda, stromy brzeg rzeki nie załamałby się pod nim. Był przekonany, że te świergoczące nieustannie ptaszyska pozostawały w zmowie z wodnymi demonami.

– Zdziry – warknął bezgłośnie ku niebu.

– Mógłbyś już dać spokój, wiesz? – rzekła Wisła, wysyłając kolejną falę ku uwięzionemu zwierzęciu. – Nie łudzisz się chyba, że uda ci się stąd wydostać? Myślisz, że Jaga ci pomoże? Przecież ona nie pomaga słabym.

Uwięziony drapieżnik milczał, obserwując chylące się ku zachodowi słońce. Dzień był jeszcze w pełni, kiedy daleko stąd, w górze rzeki, ziemia załamała się pod nim. Długo walczył z prądem wody, zanim utknął w pułapce topielicy. Teraz był wyczerpany. Tracił czucie w wychłodzonych łapach i ogonie. Co chwilę krztusił się mulistą wodę. Wisła miała rację – był zbyt słaby, by przeżyć.

– Poddaj się – szeptała łagodnie topielica. – Przestań walczyć, obiecuję nie będzie bolało. – Jej głos był miękki i szemrzący jak szum leśnego strumienia, kusił odpoczynkiem, ciszą letniego popołudnia, snem na brzegu lśniącej w słońcu rzeki. – Poddaj się, odpocznij.

Szum wody i skrzydeł zlewał się w jedno ze słabnącym oddechem wilka. Mruk nie miał już siły by walczyć. Z cichym skomleniem wsparł pysk o pień powalonego drzewa i zamknął oczy. Zrozumiał, że nie wydostanie się z pułapki wodorostów. Wiedział, że zbliża się koniec, lecz nie chciał się poddać. Walka była w jego naturze. Upór wyssał z mlekiem matki, a determinacji uczył się od ojca, którego wataha potrafiła zagonić tura. Co z tego, że umrze? Nawet jeśli jego kości spoczną na dnie rzeki, wciąż przecież pozostanie wilkiem. Znał pieśń watahy, pieśń pogoni i krwi. Jeszcze nigdy jej nie śpiewał, nie tak naprawdę, wszak był na to zbyt młody. Wiedział jednak, był pewien, że zaśpiewa ją po śmierci. Zaśpiewa ją rzece i tym przeklętym utopcom. Nauczy się oddychać wodą, nauczy się zapachu topielicy a potem znajdzie jej kości, wykopie je, wygryzie i wyrzuci na brzeg.

Podniesiony na duchu nadzieją zemsty, młody wilk przestał walczyć. Rozluźnił napięte do granic wytrzymałości mięśnie. Nieznacznie uniósł głowę, ostatni raz napełnił płuca powietrzem, a potem zawył, przeciągle, głośno. Choć był ledwo wyrośniętym szczeniakiem, zawył jak prawdziwy wilk. Jego wołanie odbiło się echem od urwistego brzegu, strasząc jaskółcze pisklęta. Zawirowało pośród skrzydeł brzegówek i uniosło ku niebu:

– Żegnajcie, bracia! Pogoń i krew! Nie zapomnę mej pieśni!

– Pogoń i krew! – powtórzyły drzewa.

– Pogoń i krew! – pędziło z wiatrem po liściach i igłach.

– Pogoń i krew! – odpowiedziała wataha.– Żegnaj, bracie! Pogoń i krew!

Nie zważając na pieśń wilków, topielica Wisła zbliżała się do swojej zdobyczy. Muskała powierzchnię rzeki długimi palcami a woda, posłuszna jej woli, piętrzyła się i zbierała wokół bezwładnego ciała ofiary. Już omywała pysk zwierzęcia, już niemal wlewała się do jego nozdrzy, kiedy bezgłośny podmuch skrzydeł odegnał fale i odrzucił wodnego demona od powalonego drzewa.

– On jest mój! – zasyczał krwistooki puchacz.

Zaskoczona topielica wyszczerzyła ostre zęby, gotowa do walki. W gniewie, nie zwróciła uwagi na niezwykły kolor oczu ptaka. Dostrzegła tylko, że puchacz potężnymi szponami chwycił głowę wilka i uniósł ją ponad powierzchnię wody. Wisła zapieniła się na ten widok i skoczyła, by odzyskać zdobycz.

– On jest mój! – wykrzyczała. – Wyno…! – zamilkła nagle, widząc jak sylwetka ptaka rozmywa się i drży, by w kilka mgnień oka przekształcić w złocistego rysia.

Drapieżny kot delikatnie chwycił nieprzytomnego wilka za kark, uniósł bezwładne ciało i stąpając z gracją po spróchniałym pniu, skierował się ku brzegowi rzeki.

– Jago. – Wisła odzyskała głos i pospiesznie skłoniła się Bogini z szacunkiem. – Wybacz, pani.

***

Obudził go zapach matki. Było mu zimno, lecz nie czuł już krępujących go więzów. Przez chwilę pomyślał, że nie żyje, że leży gdzieś na dnie rzeki, oczekując nadejścia topielicy. Potem uświadomił sobie, że oprócz zapachu matki, w powietrzu unosi się również woń igliwia. Otworzył oczy, kiedy usłyszał pohukiwanie sowy. Doszedł do wniosku, że co jak co, ale sowy i iglaki nie mogą żyć pod wodą.

Przed sobą zobaczył wilczycę. Leżała na ziemi i obserwowała go czujnie. Wyglądała i pachniała zupełnie jak jego matka. Tylko oczy miała inne. Krwistoczerwone.

Jaga! – chciał powiedzieć, ale z zaskoczenia nie mógł złapać tchu. Kaszlał i prychał, krztusząc się wypluwanym śluzem. Odruchowo odwrócił się na grzbiet i w wyrazie pełnego szacunku, odsłonił brzuch.

– Wilku – zamachała ogonem Bogini.

Jak to możliwe? – chciał zapytać Mruk, lecz od mulistego smrodu własnego oddechu, zebrało mu się na wymioty. Poza tym podejrzewał, że ma zwidy, a matka pazurów i piór jest wytworem jego wyobraźni. Jaga nie mogła przecież go uratować. Wszyscy wiedzieli, że Bogini nie troszczy się o słabych.

– Nie jesteś słaby, wilku. – Krwistooka wilczyca zdawała się czytać w jego myślach. – Jesteś sam. Potrzebujesz watahy.

Powiedziawszy to, wstała, uniosła głowę ku rozgwieżdżonemu niebu i zawyła przeciągle. Po chwili odpowiedziały jej pełne szacunku głosy wilków. Jaga skinęła głową, zadowolona, a jej postać zawirowała, skurczyła się w sobie i przekształciła w rosłego puchacza. Bogini zatrzepotała skrzydłami, nastroszyła piórka i spojrzała do góry, ponad głową Mruka. Wilk był zbyt słaby, aby unieść pysk i podążyć za jej wzrokiem

– Zostań z nim, dopóki nie przyjdą – huknęła cicho Krwistooka.

– Ale pani..! – odpowiedział szumiący igłami głos.

– Tyle razy marudziłeś Leszemu, że chcesz towarzystwa – ucięła Jaga, zbierając się do odlotu. – No to masz.

Mruk bardziej poczuł, niż usłyszał trzepot skrzydeł Bogini. Leżał w bezruchu, radując się każdym oddechem.

– No to, smrekuny, żeś się Szyszku urządził – marudził nieznany głos. – Jak tam bracie, ci było? Mruk? Mruczek chyba brzmi lepiej, nie?

***

Obudziło ją radosne szczekanie psa i trzask zamykanych drzwi. Światło dobiegające z sieni rozjaśniło ciemność pokoju.

– Sławka? – Usłyszała głos męża.

– Tu jestem – odpowiedziała zaspanym głosem.

Mężczyzna wszedł do pokoju. Poklepując uradowanego psa, zmęczonym wzrokiem obrzucił ustawione przy ścianach i na sztaludze obrazy.

– Przepraszam, zatrzymali mnie w szpitalu – powiedział cicho.

Podszedł do skulonej w fotelu Sławki i pochylił się, by pocałować ją na przywitanie. Płatki śniegu z jego płaszcza przylgnęły do rozgrzanego snem policzka żony. Kobieta wzdrygnęła się i otuliła ciaśniej grubym kocem.

– Zimno! – wykrzyknęła, żartobliwie odpychając męża. – Jak ty możesz wychodzić na taki mróz?! Przecież to zima stulecia!

Mężczyzna zdjął płaszcz i rzucił ośnieżone ubranie na skuloną w fotelu żonę. Roześmiał się głośno, słysząc oburzone piski Sławki, po czym podszedł do okna, otworzył je na oścież i zaciągnął się głęboko mroźnym powietrzem.

– Zima jak zima – powiedział. – Gorsze się widziało.

***

Szyszek usychał z nudów. Ta przeklęta zima zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Z obserwacji swojego świerkowego cienia, obliczył, że wiosna powinna już nadchodzić. Ale, pomimo tego, że słońce wznosiło się już całkiem wysoko na niebie, śnieg z uporem padał, a mróz nie ustępował. Martwota zimowego krajobrazu nie przeszkadzała Szyszkowi tak bardzo, jak brak towarzystwa. Mroźna samotność stawała się wręcz niemożliwa do zniesienia. Większość ptaków odleciała. Zmarznięte, wygłodzone zwierzęta rzadko wychodziły z kryjówek. Rzeka była skuta lodem, więc nie mógł nawet pokłócić się z topielcami czy pogadać z wodnikiem. Poza tym był przekonany, że wodne demony i tak nie wyszłyby na brzeg. W końcu, kto normalny chciałby sterczeć na takim mrozie?

Świerk tkwił na stromym brzegu rzeki od dziesięcioleci. Pomimo wysiłków nigdy nie zdołał wyrosnąć sobie braci. Czasem dziwił się, że sam jeszcze nie umarł. Klimat w tej okolicy nie był idealny. Często dokuczały mu upały. Wiatr potrafił być bardzo gwałtowny, a bez osłony innych drzew, nic nie chroniło go przed brutalnymi uderzeniami żywiołu.

– Nic dziwnego, że bracia nie rosną – szumiał ponuro, zesztywniałymi od szronu igłami. – Przeklęte równiny… W górach trzeba się było osiedlić, tępy pniaku! Albo przynajmniej głębiej w lesie! Cisy się tam mają dobrze, to i świerk dałby radę. Ale, nie, oczywiście, Szyszek wie lepiej! – wyrzucał sobie z goryczą. – Ładnych, smrekuny, widoków się zachciało! Odmiany! Wyjątkowości, mszyce twoja mać! Trzeba się było, Szyszku, przyjrzeć okolicy, pomyśleć, zastanowić, rozważyć opcje. A nie tak, na łapu capu, zakorzeniać od razu!

Zaszumiany w ponurej samotności świerk nie zauważył nawet, że na brzegu rzeki zebrała się wataha wilków. Zwrócił uwagę na nowo przybyłych dopiero, kiedy ciepły mocz przywódcy stada skropił oszronioną korę.

– Mruczku! Mój ty najmilejszy! – ucieszył się Szyszek na widok znajomego pyska. – Już myślałem, że mnie wszyscy opuścili!

Mruk, przywódca watahy, uniósł pokryte bliznami wargi. Nie znosił, kiedy nazywano go Mruczkiem. Przelał krew wszystkich, którzy tak się do niego zwrócili. Wszystkich, którzy mieli krew. Gdyby tylko mógł coś zrobić z tym marudnym, gadatliwym drzewem…

– Jeśli szukasz wiewiórek, to się spóźniłeś – ciągnął świerk, niezrażony ponurą miną rozmówcy. – Zeżarły wszystkie szyszki i zwinęły się, jeszcze przed pełnią.

– Sarny? – zapytał wilk strzygnięciem ucha i lekkim machnięciem ogona.

– Saren to nie widziałem od nie pamiętam kiedy – zaskrzypiał Szyszek. – Bobrów, niech ich zaraza trzaśnie, też nie. W ogóle nikogo nie widziałem, tylko ten, smrekuny, śnieg…

– A tam? – dopytywał się Mruk, wskazując czarnym nosem na przeciwległy brzeg rzeki.

Świerk z wysiłkiem powstrzymał się od radosnego potrząsania igłami. To była jego szansa. Wiedział, że jeśli dobrze to rozegra, będzie miał zapewnione towarzystwo na przynajmniej kilka dni. Znał Mruka od szczeniaka. Ponury wilk rozmownością może nie grzeszył, ale był silny, wytrwały, uparty i potrafił biegać szybko jak wiatr. Podróż z jego watahą była najlepszą rzeczą na calutkim świecie. No, może z wyjątkiem latania na orle.

– Hmm… – zaczął świerk, nieznacznie wzruszając ośnieżonymi gałęziami. – Nie wiem, nie wiem, Mruczku, coś mi tam mignęło dzisiaj rano, wiesz, ale nie jestem pewien, czy to jeleń jakiś wyrośnięty, czy może tur…

Wilk uniósł pokrytą bliznami głowę i zastrzygł uszami z zainteresowaniem. Mięśnie zadrżały z podniecenia na wychudzonym ciele drapieżnika. Żółte oczy rozjarzyły się blaskiem nadchodzącej pogoni.

– Tur – zaszczekał sucho.

– Tur! Tur! Tur! – powtórzyła wygłodzona wataha.

– Zabierz nas – warknął Mruk, trącając nosem szorstki pień świerku.

– No, skoro tak ładnie prosisz… – Szyszek już zbierał się w sobie, czując, jak rozleniwione soki przyspieszają, podekscytowane obietnicą wędrówki.

Wilk otarł się zapadniętym bokiem o pień drzewa, pozwalając by niskie gałęzie potargały sierść na jego kościstym grzbiecie. Uradowany świerk, z cichym westchnieniem wysunął się ze zdrewniałego ciała. Przepłynąwszy po igłach i szyszkach, dosiadł Mruka, gotowy na przygodę.

– W drogę! Brzegiem! – zaszumiał entuzjastycznie. – Na zachód! Tam lód jest najgrubszy!

Na znak przywódcy stada wataha ruszyła. Mruk, z duszą drzewa na ramieniu prowadził stado wzdłuż stromego brzegu. Co raz patrzył podejrzliwie na lód pokrywający rzekę. Od szczenięctwa, od czasu spotkania z topielicą Wisłą, nie znosił wody i zamieszkujących ją utopców.

– Wytrzyma? – zapytał z nieprzeniknionym wyrazem pyska.

– Lód? Pewnie, że wytrzyma! – odparł Szyszek, emanując wonią igliwia i pewnością siebie. – Przejdziemy! Już moja w tym korona!

Rozgadany świerk prawie miał rację. Lód wytrzymał długo, przez większość drogi nawet nie zaskrzypiał. Zaczął pękać dopiero przy przeciwległym brzegu rzeki, pod łapami ostatniego wilka. Najmłodszy członek watahy był tak przejęty przeprawą, że początkowo nie uświadomił sobie niebezpieczeństwa. Zdał sobie sprawę z powagi sytuacji dopiero, kiedy spod kry dobiegły pluski znudzonych topielic.

– Szybko! – szczeknął Mruk, z trudem kryjąc zaniepokojenie.

– Biegiem, chłopie! Ruchy! – dołączył się Szyszek z najeżonego grzbietu przywódcy stada.

Młody wilk robił co mógł. Przebierał długimi nogami po lodzie, ślizgał się, przewracał i z uporem ponawiał wysiłki. Już prawie dotarł do brzegu, potrzebował jednego, może dwóch susów. Jednak rzeka również była uparta. Trzaskanie kry i stłumione pluski wody doganiały zwierzę, rozszczepiając odciski łap promienistymi pęknięciami.

– Trzymaj się! – Szyszek najeżył się groźnie i zsunął z grzbietu Mruka. – Dasz radę! Skacz!

Wilk skoczył. Lód ugiął się pod ciężarem tylnych nóg zwierzęcia, zaskrzypiał i pękł. Zielone, lśniące wodorostami palce tylko na to czekały. Wystrzeliły z lodowatej wody jak stado węży, szukając, łapczywie chwytając…

– Po moim zgniłym pniu! – ryknął świerkowy duch.

Powietrze zasyczało, jakby wciągane przez niezliczone szczeliny. Śnieg zawirował, zasysany przez rozwścieczoną duszę drzewa. Spleciona z wiatru i lodu, najeżona igłami gałąź smagnęła ramiona topielic. Niewidzialne szyszki spadły lawiną na gęstą od zimna, ciemną toń wody.

– Czego się wtrącasz, chojraku?! – oburzyła się niezadowolona topielica.

– Bo chcę i mogę! – odparł dumnie świerk, po czym zamaszystym gestem gałęzi wskazał watahę Mruka. – Wara od moich przyjaciół, utopcu!

– Wara?! Utopcu?! – zabulgotała oburzona topielica. – Ostrożnie ze słowami, chojraku! Nie chcesz rozgniewać plemienia wody – dodała ostrzegawczym tonem.

Szyszek lekceważąco wzruszył powietrznymi gałęziami, odwrócił się od rzeki i pozwolił swojej duchowej formie rozpłynąć się zapachem igliwia.

– Chodź, Mruczku – powiedział do przywódcy wilków, zupełnie ignorując obserwującą go topielicę. – A ta baba… Ta baba… – zawahał się. – Niech się idzie utopić! – rzucił w końcu ze śmiechem.

***

Minęły wiosny, lata i jesienie, zanim Szyszek i Mruk przekroczyli rzekę po raz kolejny. Dla ducha świerku było to zaledwie kilka chwil, wypełnionych pieśnią pogoni i krwi. Upojony pędem i siłą watahy, zupełnie zapomniał o swoim własnym, porzuconym na drugim brzegu drzewie. Nie zauważył również, że ciało wilka pokrywało się kolejnymi bliznami, jego sierść blakła, mięśnie słabły, a zęby traciły ostrość. Upływ czasu uświadomiła mu dopiero przegrana walka.

Mruk powłóczył nogami. Krew ściekała z licznych ran, znacząc jego ślady czerwienią. Przekroczenie zamarzniętej rzeki trwało w nieskończoność, jednak wilk nie poddawał się. Walka i lojalność były przecież w jego naturze. To, że jego własny syn okazał się silniejszy, nie dawało mu prawa, aby porzucić najwierniejszego przyjaciela. Szyszek pomógł mu tak wiele razy. Ułatwiał łowy, bronił przed topielicami, pilnował snu watahy w długie zimowe noce. Stał się przyjacielem, bratem. Zasługiwał na to, aby wrócić do domu. Dlatego Mruk szedł. Wytrwale pokonywał zmarznięte zaspy śniegu, niestrudzenie wspinał się na brzeg, aż w końcu, wyczerpany, opadł na ziemię, u stóp samotnego, obsypanego białym puchem świerku.

– Wróciliśmy – bardziej stęknął niż mruknął zmęczony wilk.

– Wróciliśmy – odpowiedział Szyszek, wsuwając się z westchnieniem w zesztywniały, zmarznięty pień.

Wilk oddychał ciężko. Wsparł siwy pysk na zakrwawionych łapach i zamknął oczy. Był tak bardzo zmęczony. Doświadczył w życiu wiele niebezpieczeństw i nigdy się nie poddał. Odchował syna silniejszego i mądrzejszego niż on sam. Wygrał wszystkie walki, prócz jednej. Teraz, w końcu mógł odpocząć. Spokojnie zasnąć, bez snów i zmartwień.

– Odpocznij, przyjacielu – zaszumiał świerk, a zapach igieł zmieszał się z oddechem wilka.

Słońce już zachodziło, kiedy skrzydła krwistookiego puchacza zatrzepotały ponad nieruchomym ciałem Mruka. Bezgłośne muśnięcia piór porwały ostatnie tchnienie drapieżnika, wzbiły je w powietrze lśniącą mgłą i utkały w srebrzysty pazur.

– Jest piękny – zachwycił się Szyszek, widząc blask duszy przyjaciela.

– Jest mój ulubiony – odpowiedziała Jaga, pozwalając, by srebrzysty pazur opadł do wyściełanej miękkim futrem sakwy.

– Dbaj o niego, pani. Był mi jak brat.

Bogini skinęła głową nieznacznie, rozłożyła szerokie skrzydła i wzbiła się ku niebu.

– Żegnaj, bracie – zaszeleściły świerkowe igły. – Może się jeszcze spotkamy.

***

Sławka malowała od tygodni. Pracowała od świtu do zmierzchu, pokrywając kolejne płótna snami drzew. Opuszczała rozgrzany kaflowym piecem pokój tylko po to, aby odświeżyć się gorącą kąpielą lub ułożyć do snu, przykryta warstwami grubych kołder i koców. Nigdy nie lubiła zimy, nawet jako dziecko. Płatki śniegu na twarzy przyprawiały ją o dreszcze. Mroźnie powietrze wypełniało potrzebą ucieczki do lata, do słońca, do ciepłych krajów.

Do tej pory tak właśnie robiła. Odkąd dorosła na tyle, aby podejmować własne decyzje, co roku większość zimowych tygodni spędzała na południu. Czasem były to długie odwiedziny u starych przyjaciół, czasem wolontariat, czasem stypendium twórcze czy naukowe, albo oferta “last minute” taniego biura podróży. Wszystko jedno gdzie, wszystko jedno jak, byle dalej na południe. W tym roku też miała polecieć, ale nie starczyło im pieniędzy. Naprawy, których wymagał stary, zaniedbany dom, pochłonęły wszystkie ich oszczędności.

Sławka rozejrzała się po przestronnym salonie. Nie mogła nie doceniać wysokich sufitów, pięknych drewnianych podłóg i szerokich okien. Ogromny ogród na tyłach domu, latem aż roił się od pszczół i motyli. Często odwiedzały ich sarny, lisy czy dziki. Raz nawet widziała łasicę. Mieli stąd zaledwie kilka minut spacerkiem do lasu, pół godziny do rzeki. Z dala od miasta i zgiełku zatłoczonych ulic, to miejsce było spełnieniem ich marzeń. Pomimo ruiny, jaką był sam dom, od razu wiedzieli że właśnie tu chcą zapuścić korzenie.

– Mam nadzieję, że jesteś tego warty – mruknęła pod nosem, sama nie wiedząc, czy zwraca się do domu, czy do nieobecnego męża.

Podwinęła rękawy grubego swetra i sięgnęła po farby. Zamyśliła się na chwilę, z rozmarzeniem wspominając gorące plaże Egiptu.

– Wytrzymam – powiedziała sobie w końcu. – Ta zima kiedyś się przecież musi skończyć.

***

Zima, jak wytrwała tkaczka, otulała las skrzącą materią. Pracowała z pajęczą cierpliwością, dzień i noc, bez wytchnienia, dodając nowe warstwy śniegu. Monotonia mroźnych dni zdawała się nie mieć końca. Wraz z kolejnymi wschodami słońca bezkresny las niecierpliwił się coraz bardziej. Spał już tak długo, że wyśnił wszystkie sny. Był głodny i spragniony. Gotowy do przebudzenia, wiercił się niespokojnie pod grubą pierzyną śniegu.

Leszy, ojciec igieł i liści, dzień po dniu trudził się, by utrzymywać las w uśpieniu. Zdrewniałymi palcami uciszał nabrzmiałe niecierpliwością pąki. Spękanymi ustami mruczał kołysanki porywczym korzeniom.

– Jeszcze nie czas – skrzypiał korą swego płaszcza.

Śladem Leszego podążała jego żona Jaga, matka pazurów i piór. Pohukiwaniem sów tkała sny dla uśpionych niedźwiedzi i bobrów. Krakaniem wron wskazywała drogę wygłodniałym zwierzętom.

– Jeszcze nie czas – śpiewała tęsknym wyciem wilków.

– Jeszcze nie czas – wtórował jej Leszy szelestem igieł. – Jeszcze nie wróciły moje córki.

***

– Czas wracać – szumiały wysokie trawy sawanny.

– Czas wracać – powtarzały kolczaste gałęzie akacji.

– Czas wracać – szeleścił wiatr w skrzydłach śpiących jaskółek.

– Słyszę, mszyce wasza mać! Słyszę! – Zachrypnięty głos odbił się echem od gładkich pni baobabów. – Głucha, piewiki, nie jestem!

Sawanna zadrżała, przestraszona surowością gniewnego okrzyku. Upalna noc zamarła w skonsternowanej ciszy. Zaskoczone lwy zastrzygły uszami, szukając tego, kto odważył się przeciwstawić wołaniom ziemi. Hieny przestały chichotać i rozejrzały się czujnie, niepewne czy odwaga zachrypniętego śmiałka jest dla nich zagrożeniem czy szansą. Ucichły nawet pochrapywania zmęczonych termitów.

Pierwsza ocknęła się woda. Niewielki strumień zaszumiał głośno, a fala przypływu odbiła się o spękany brzeg, spiętrzyła lśniącą taflą i wynurzyła wężową głową. Srebrne oczy rzeki spojrzały z zainteresowaniem ku sawannie. Długi, rozwidlony język smakował powietrze.

– Wciornastki i szpeciele! To już wrzasnąć se nie można?! – rzekł butnie zachrypnięty głos.

Wężowa głowa wodnego ducha przechyliła się, szukając źródła rozgniewanych okrzyków. Srebrne oczy zalśniły zdziwieniem, gdy długi język rozpoznał znajomy zapach dusz drzew.

– Węza? – zapytał sycząco strumień. – Jeszcze tu jesteś?

– A gdzie mam, czerwce pokręcone, być?!

Pośród głośnego stękania, skrzypienia i westchnień, spomiędzy wysokich traw wyłoniła się przysadzista postać. Jej pobrużdżone lico zroszone było gęstymi kroplami żywicy, a sękate dłonie nerwowo przygładzały burzę napuszonych, blado-różowych kwiatów. Wężowe oczy strumienia rozwarły się jeszcze szerzej na widok duszy wiązu.

– Ty… ty kwitniesz! – wykrztusił wodny duch.

– Powiedz mi coś, czego nie wiem – odburknęła Węza.

Śladami duszy wiązu, przez trawy sawanny, zbliżyła się kolejna postać. Wysoka i smukła, krocząc statecznie pomiędzy źdźbłami, emanowała spokojem i zapachem lipowego miodu.

– Węzo, kochanie – zaszumiała łagodnie nowo przybyła. – Nie uchodzi się tak odnosić do gospodarzy. To nieuprzejme. Wybacz, Nioko – tu zwróciła się do srebrzystego wodnego ducha. – Moja siostra się uniosła, ale jestem przekonana, że nie zamierzała ci uchybić.

Utkany z wody wąż pokręcił lekko głową, na znak, że nie czuje się urażony. W milczeniu rozglądał się po równinie, nieustannie smakując powietrze długim językiem. W końcu zwrócił srebrzyste oczy ku duszom drzew i zasyczał z troską:

– Nie powinno was tu być. Sucha pora się zbliża, nie starczy wody dla wszystkich.

– Wiemy, Nioko – zaszumiała pachnąca miodem dusza drzewa. – Nasz odlot został opóźniony z zupełnie niespodziewanych…

– Sława, już lipy rzece nie wciskaj. – Węza przerwała towarzyszce wpół słowa. – Jasna i Iwa poszły w tany z baobabami a ty nie chcesz bez nich odlecieć. Jakby to ode mnie zależało, to by mnie tu już dawno nie było.

– Szczęśliwie, Węzo, nie od ciebie to zależy – zatrzęsła się lipa, wraz z cierpliwością tracąc kilka liści.

– Nie, nie ode mnie! – napuszył się wiąz. – Pierwszy raz tu jestem, mszyce taka mać, nie wiem jak wrócić, a ty mnie przemocą trzymasz! Może tobie się nie spieszy, ale ja już tutaj, piewiki, kwitnę!

– Wcale cię przemocą nie trzymam!

– Trzymasz! Samolub taki!

– Samolub?!

– Pewnie, że samolub! I do tego kłamliwy! Wciąż tylko gadasz o przestrzeganiu praw, ale jak co do czego, to z pijuskami trzymasz!

– Pijuskami?! – oburzona lipa machnęła widmową gałęzią.

– A pewnie, że pijuski są! I puszczalskie! Z baobabami w tany poszły, niewyżyte jakieś! – Dusza wiązu aż wzdrygnęła się z obrzydzeniem. – Już bym z klonem wolała!

Wzburzona Sława całkowicie straciła opanowanie. Złowrogo zatrzeszczała koroną, pochyliła się ku pyskatej towarzyszce i ryknęła:

– Ty głupia jakaś jesteś, wiesz? Jakbyś uważała na drogę, zamiast śmigać na jeżykach, to w ogóle byś mnie nie potrzebowała, żeby wrócić!

Węza zadygotała z wściekłości i oburzenia. Napięła ukwiecone konary, gotowa czynem udowadniać swoją rację. Widząc to Nioka z pluskiem wyskoczyła z koryta swej rzeki i chlupnęła srebrzystym wodospadem pomiędzy zaperzone dusze drzew

– Już, już – zaszumiała uspokajająco. – Nie ma co się burzyć.

Skłócone drzewa zamilkły, upojone smakiem lśniących kropli wody. Dusza lipy w zachwycie chłonęła srebrną wilgoć tysiącem drobnych liści. Węza zastygła, tocząc wewnętrzną walkę pomiędzy pragnieniem i złością. W końcu otrząsnęła się niechętnie, poprawiła burzę blado-różowych kwiatów i zachrypiała:

– Zabieram się jutro z jeżykami, czy się to komuś podoba czy nie. W korze mam, że nie znam drogi. Przynajmniej, mszyce taka mać, na tej wyschniętej ziemi nie będę kwitnąć!

Powiedziawszy to dusza wiązu zgarnęła ciężkie gałęzie i zniknęła pośród traw, gubiąc pąki widmowych kwiatów.

Zakłopotana lipa milczała. W pośpiechu chłonęła ostatnie krople wilgoci.

– Narwana jest ta Węza, ale ma rację – Nioka przerwała krępującą ciszę.

– Wiem – zgodziła się Sława.

– Nie możesz pozwolić, aby leciała sama – zaszumiała dusza rzeki. – Że ona się zgubi, to mały problem. Ale tych wszystkich ptaków żal. – Wskazała srebrzystym ogonem ku śpiących w trawach jaskółkom. – Muszą być ich tu tysiące.

– Wiem…

Smukłe konary lipy opadły bezsilnie, jakby przytłoczone ciężarem odpowiedzialności. Po raz pierwszy w swoim długim życiu, Sława nie wiedziała co robić. Doskonale pamiętała nauki Leszego, które ojciec drzew powtarzał każdemu ze swoich dzieci: trwaj, nie poddawaj się, nie puszczaj. Wgryź się korzeniami w ziemię i nie puszczaj. Rozrywaj skały jeśli trzeba, wyrywaj piaski wiatrom, ale nie poddawaj się. Każda zima się kiedyś kończy, każdą suszę przerywa deszcz. Musisz tylko wytrzymać. Musisz trwać.

Lipa stosowała się do tych nauk przez całe życie i nigdy się nie zawiodła. Problem polegał na tym, że jej towarzyszki zdawały się nie pamiętać zbyt wiele z lekcji Leszego. Niektóre zatracały się w tańcu z burzą, niektóre zapuszczały korzenie zbyt płytko i podmywała je rzeka. Niektóre, zmęczone brakiem deszczu, poddawały się i przestawały szukać wody. Jeszcze inne, przez głupotę czy brak doświadczenia, zaprzyjaźniały się z bluszczem i umierały, uduszone w jego ciasnych uściskach. Albo, tak jak roztrzepana brzoza Jasna i młodziutka wierzba Iwa, zapominały o całym świecie, zapatrzone w piękne kwiaty baobabów. Poddawały się szeptom sawanny, upajały wodą zebraną w pniach olbrzymich drzew. Pozwalały gorącemu słońcu południa wysuszyć ich dusze na proch.

Sława straciła już zbyt wiele sióstr. Nie chciała stracić Iwy, Jasnej czy nawet irytującej Węzy. Ale przecież nie miała prawa narażać życia ptaków, na których skrzydłach tu przyleciały. Ktoś musiał im wskazać drogę do domu.

– Nioka – zapłakała lipa bezsilnie. – Co ja mam zrobić?

***

– Co ja mam zrobić? – zahukał krwistooki puchacz. – Czego ode mnie oczekujesz, Iwo?

– Ciszej, pani Jago! Proszę, jeszcze ktoś cię usłyszy! – odparła wierzba nerwowym potrząsaniem gałęzi.

Jaga przygładziła piórka i leniwie rozejrzała się dookoła.

– Kto? – zapytała kwaśnym tonem. – Przecież dziś noc Kupały. Te ogniska odstraszyły wszystkie zwierzęta.

– Moje siostry cię usłyszą, pani. Albo jeszcze gorzej. – Tu kora Iwy zaczęła pękać z przejęcia. – Sam Leszy!

Matka pazurów i piór nigdy specjalnie nie przepadała za dziećmi swego męża. Drzewa wydawały jej się nadmiernie drętwe, zbyt powolne, chorobliwie gruboskórne i w ogóle jakieś takie nudne. Nie rozumiała, czego ta głupiutka wierzba od niej chce. Z drugiej strony jednak, tej nocy i tak nie miała co robić. Ludzie, upojeni magią letniego przesilenia, palili ognie, pętali się po lasach, śpiewami i tańcem strasząc zwierzęta. Wszystkie dzieci Jagi pochowały się w norach, dziuplach i innych kryjówkach. Nie wyglądało na to, żeby którekolwiek jej potrzebowało. Mogła więc wysłuchać problemów wierzby. Chociażby po to, aby zabić czas.

– Dobrze, Iwo – zahukała najciszej jak potrafiła. – Powiedz mi, jak mam ci pomóc. Najlepiej zacznij od początku.

Wierzba, wyraźnie już spokojniejsza, zatrzepotała listkami, zatrzeszczała korą i zaczęła opowiadać:

– Wiesz, pani, jak minionej zimy byłyśmy na południu, to… Hmm, że tak powiem… No, było gorąco i nudno i w ogóle, wszędzie te trawy i akacje. Sława ględziła o dobrym zachowaniu, Węza w kółko tylko latała na jeżykach, to ja, no i jeszcze Jasna, żeby nie było, że tylko ja, wiesz, pani… Bo ja to w ogóle wcześniej takich rzeczy nie robiłam, ale Jasna powiedziała, że ona to tak, to ja pomyślałam, wiesz, pani… Pomyślałam, czemu nie? Bo słyszałam, że czasem drzewa tak robią, i to nie tylko na południu, ale tutaj też. To chciałam spróbować, ale to tylko dlatego, że Jasna powiedziała…

– Iwo – Jaga przerwała poplątaną opowieść wierzby. – Krótko i na temat, proszę. Nie mamy przecież całego lata.

– Tak, oczywiście, przepraszam, pani – speszyła się Iwa. – Ja… Tylko… Tylko czasem jest trudno spamiętać… No i trzeba sobie to wszystko poukładać, bo rozumiesz, pani, trzeba porządnie wytłumaczyć, żeby nie było, że to ja jakaś taka… Bo to nie ja wymyśliłam, tylko Jasna pierwsza…

– Iwa! – zatrzepotała skrzydłami Jaga. – Do rzeczy!

– Pani… Wybacz, pani! – Wierzba struchlała, widząc poirytowanie Bogini. – Już… Już do rzeczy… To znaczy… – Iwa zamilkła na chwilę, jakby zbierała się w sobie – Piłam z baobabami! – wydusiła w końcu. – Ale przysięgam, ja nie chciałam! W ogóle nic nie pamiętam, tylko sam początek, jak mi kwiaty jeden pokazał, ale potem to już nic! Nioka mnie wyciągnęła, i Jasną też, i myślałam, że wszyscy już zapomnieli, ale teraz mi te kwiaty wyrosły i nie wiem co zrobić! Tylko, błagam, nie mów nic Leszemu, pani!

– Kwiaty? – zainteresowała się Jaga. – Takie duże i białe?

Wierzba Iwa uniosła gałęzie, zdziwiona. Pomiędzy zielonymi liśćmi, tuż przy spękanym pniu, jaśniał ogromny, śnieżnobiały kwiat.

– No, to nie ma się co przejmować – oznajmiła krwistooka bogini. – Babów dostałaś i tyle.

– Babów?

– Babów – potwierdziła Jaga. – Nie ty pierwsza, nie ostatnia. Na Kupałę ci będzie taki kwiatek wyrastał, odpadnie do rana, chyba, że ktoś się na niego wcześniej połasi. Pogadaj ze srokami, one lubią takie świecidełka.

– Ale skąd ja srokę wezmę w środku nocy?! – zapłakała wierzba.

Jaga w zamyśleniu poprawiła piórka. Rzadko przejmowała się losem takich głuptasów jak Iwa, jednakże desperacja płaczliwego drzewa poruszyła ją nieco. Zwinnie przeskoczyła z gałęzi ta gałąź, tak aby znaleźć się bliżej pnia, chwyciła biały kwiat szponami i zerwała go jednym szarpnięciem.

– Chyba się starzeję – mruknęła, odlatując.

Uleczona z babów Iwa radośnie pomachała za oddalającym się puchaczem. Jaga bezszelestnie przemykała pomiędzy drzewami, zadowolona, że nie musi więcej słuchać trajkotania drzewa. Jak wiele razy wcześniej, upuściła biały kwiat głęboko w lesie, pomiędzy liście wyrośniętej paproci.

***

– Kwiat paproci! – wykrzyknęła uradowana nagle Sławka.

Zeskoczyła ze stołka, przewracając go przy tym, przeskoczyła przez wylegującego się na środku pokoju psa i pobiegła w stronę kuchni. Tam, klaszcząc w dłonie i podskakując jak pajacyk wokół oszołomionego męża, zaczęła wyśpiewywać naprędce ułożoną piosenkę:

– Kwiat paproci! Nazwę ją kwiat paproci! Ale będzie wystawa! Lalalalala! I będę sławna!

Zaśpiewkę przerwało buczenie telefonu. Mężczyzna rzucił żonie przepraszające spojrzenie i sięgnął po komórkę.

– Adam Chojrak – powiedział do słuchawki.

– Adam Chojrak, Adam Chojrak – Sławka przedrzeźniała męża, robiąc dramatycznie niezadowoloną minę.

Pomimo wielu lat znajomości, nigdy jakoś nie zdołała przywyknąć do tego imienia. Wydawało jej się ono takie… Takie zwykłe. Ponadto irytowały ją telefony ze szpitala, które, w miarę rozwoju kariery męża, stawały się coraz częstsze. Rozumiała, że jego praca jest ważna, ale przecież nie był on jedynym ginekologiem w mieście!

– To zajmie tylko chwilę – wyszeptał Adam, całując ją w policzek.

Sławka machnęła ręką i wróciła do salonu. Spojrzała na jeszcze wilgotny obraz i znów się uśmiechnęła. Oczami wyobraźni widziała już błyszczące ulotki i foldery z kwiatem paproci na okładce. Otwarcie wystawy i tłumy ludzi zachwycające się jej płótnami. Dzięki tym obrazom i jej praca stanie się ważna. Nie będzie już stała w cieniu męża. Pokaże ludziom sny drzew i sprawi, że zrozumieją.

***

Drwale, po całym dniu ciężkiej pracy, udali się na zasłużony odpoczynek. Nad miejscem, które jeszcze o świcie było lasem, zapadał zmrok. Ociosane pnie leżały w równych stosach, otoczone pełnym trwogi milczeniem oszczędzonych z rzezi drzew.

Pomiędzy karpami snuła się sękata postać. Bezszelestnym krokom towarzyszyło skrzypienie korowego płaszcza. Łagodne gesty zdrewniałych ramion wzbijały lśniącą zielenią mgłę. Pod czułym dotykiem Leszego, szmaragdowe obłoki unosiły się powoli, niepewnie, jakby wciąż jeszcze oszołomione. Wirowały w powietrzu i opadały z westchnieniem na pomarszczoną dłoń starego Boga.

– To koniec – zakrakał krwistooki kruk, siedzący na jednym z powalonych pni. – Oni zabiją nas wszystkich.

Ojciec drzew nie odpowiedział. W skupieniu zbierał szmaragdową mgłę i zbijał ją w lśniące zielenią nasiona, które wsuwał, jedno po drugim, pod okrywający go korowy płaszcz.

– Leszy! – Jaga rozłożyła skrzydła i poszybowała przez wycięty las, przybierając w locie pół ptasią, pół kobiecą postać. – Powiedz coś! Zrób coś! Musimy ich jakoś zatrzymać! – Wskazała na wyciągniętą zza pasa, wyściełaną miękkim futrem sakwę. – Widziałeś co zrobili z moimi dziećmi?! Turów już nie ma! Żubrów też nie! Wilki, rysie, żbiki, orły, nawet nietoperze mordują! Moja sakwa pęka w szwach! Wciąż tylko zbieram pióra i pazury, kopyta i rogi. Gdzie mam im znaleźć nowy dom?! Gdzie?! – Pazurzastą dłonią wskazała bezlitośnie wyrąbany las. – Przecież nie na tym cmentarzu?!

Leszy zebrał ostatnie garście mgły. Schował bezcenne nasiona pod płaszcz, podrapał iglasty policzek, po czym spojrzał na żonę bursztynowymi oczami.

– To nie jest koniec, Jago – zatrzeszczał z powagą. – To tylko zmiana.

***

– To tu? – zapytała Maria.

– Tu, tu – odparła staruszka. – To ten właśnie kamień. Boże stopki.

Rozgrzana wędrówkę przez las Maria rozchyliła elegancki płaszcz. Położyła dłonie na zaokrąglonym brzuchu, z nadzieją, że poczuje jakikolwiek ruch, najmniejsze nawet kopnięcie. Nie czuła dziecka od dwóch dni. Doskonale wiedziała, co to oznacza. To była jej siódma ciąża. Żadnej jeszcze nie donosiła.

– Jesteście pewna, matko? – zapytała staruszki.

– Pewna, pewna! – odpowiedziała znachorka. – A po co ja bym miała panią doktorową na manowce posyłać?

No właśnie, po co? – zastanawiała się Maria po raz setny tego dnia. Nie znajdowała żadnego powodu, dla którego stara kobieta miałaby ją oszukiwać. Wszyscy w okolicy mówili o staruszce z szacunkiem. Nazywali ją znachorką, zielarką, prawdziwą szeptuchą. Niejednemu już pomogła, opowiadali, doktór nie pomógł, proboszcz nie pomógł, a szeptucha zamówiła, ziół dała i pomogła.

– No, to pani doktorowa się bożym stopkom ukłoni – powiedziała staruszka pogodnym tonem. – A resztą to już się święta ziemia zajmie.

Maria raz jeszcze dotknęła zaokrąglonego brzucha. Tak bardzo chciała, by jej dziecko żyło. Wiedziała, że nie zniesie kolejnego poronienia. Ostatnim razem niemal oszalała z rozpaczy. Próbowała wszystkiego. Lekarstw i terapii przepisywanych przez najlepszych lekarzy w kraju. Modlitw, ziół, ezoterycznych rytuałów. Spędziła miesiące w uzdrowiskach, zimnych klasztorach i dusznych salonach mistyków czy teozofów. Jak do tej pory nie pomogło nic. Każda ciąża kończyła się tym samym. Najpierw dziecko przestawało się ruszać, a potem… Maria zagryzła wargi, tłumiąc płacz. Nie chciała pamiętać urodzonych przedwcześnie, martwych dzieci. Nie chciała pamiętać, nie teraz.

– No, już, już, nie ma się co mazać, pani doktorowo – uspokajała ją znachorka. – Najpierw trzeba starych Bogów pozdrowić, a potem poprosić o łaskę. Wielu jeszcze stąpa po tej ziemi, któryś na pewno odpowie.

– A co, jak jakiś zły odpowie? – zaniepokoiła się Maria.

– Jaki zły, pani doktorowo! – roześmiała się staruszka, a zmarszczki rozpromieniły jej twarz jak słońce. – Ziemia nie zna złego. Zna tylko życie i śmierć. Wy już śmierć nosicie, pani doktorowo, to tylko życie możecie dostać.

– Albo nic.

– Albo nic – zgodziła się znachorka.

Maria podjęła decyzję. Ostrożnie, uważając, aby nie ubrudzić jedwabnych pończoch, zbliżyła się do dużego, płaskiego kamienia, na którego powierzchni widoczne były dwa zagłębienia w kształcie stóp. Zgodnie z poleceniami znachorki, przyklękła, ucałowała ziemię, a potem głaz.

– Chwała wam, Bogowie – powtarzała słowa staruszki. – Chwała tobie, ziemio. Chwała niebu i piorunom, słońcu i wiatrom, deszczom i rzece. Chwała i sława wam, Bogowie. Wysłuchajcie mej modlitwy.

***

– Czemu Żywia nie odpowiada? – zakrakała pytająco krwistooka wrona.

– Przecież wiesz, Jago – odpowiedziało szumem wiekowe drzewo. – Łono Żywii jest puste. Zebrała już nawet strzygi i utopce, lecz jej dzieci wciąż chcą więcej.

– Ile jeszcze można chcieć! – zdenerwowała się Jaga. – Kiedy będą mieli dosyć?!

– Pewnie nigdy… – odparł smutno Leszy.

Powiedziawszy to ojciec igieł i liści, z głośnym stęknięciem, wsunął korzenie w zagłębienia kamienia, zwanego bożymi stopkami.

– Leszy! Co ty robisz?! – zakrakała kwistooka wrona z niepokojem.

– A jak sądzisz? – odparł Leszy. – Nowy las moim dzieciom znajduję.

Zdrewniała dłoń ojca drzew sięgnęła pod płaszcz spleciony z kory. Dziuple jego ust zaszumiały wiatrem. Lśniące zielonym blaskiem ziarno poszybowało, porwane tym podmuchem. W powietrzu uniósł się zapach igieł.

***

Mech pod kolanami Marii był miękki jak poduszka. Chłód wiosennego dnia koił rozgorączkowane myśli. Usta same powtarzały szept modlitwy, której słowa, oddech za oddechem, układały się w szelest liści. Aż w końcu Bogowie odpowiedzieli.

Maria poczuła lekki podmuch wiatru. Zapach igliwia wypełnił jej nozdrza.

– Żywia nie ma już dusz. – Usłyszała pogodny głos staruszki. – Ale dziuple Leszego są pełne.

Żywia nie ma dusz?! – Maria odwróciła się ku znachorce, zaniepokojona. – Co to znaczy? – chciała zapytać z oburzeniem. Nie odezwała się jednak słowem. Dotknęła brzucha i zamarła, a na jej twarz wpłynął wyraz zaskoczenia i zachwytu.

– Kopie! Rusza się! – wykrzyknęła w ekstatycznej radości. – Bogowie, dzięki wam! Żyje! Moje dziecko żyje!

***

Droga wiodła przez… Hmm… Sławka nie była pewna jak nazwać krajobraz widoczny przez okna samochodu. Mijane drzewa stały w nienaturalnie równych rzędach, wszystkie były tego samego wzrostu i wszystkie były sosnami. Szerokie prześwity pomiędzy pniami ziały pustką. Uboga, pozbawiona zieleni ściółka, pomimo deszczowej pogody, zdawała się wyschnięta na wiór.

– Monokultura sosnowa – podpowiedział Adam, jakby czytając w myślach żony.

– Tak… – odparła Sławka kwaśno. – Lasem tego przecież nie nazwiesz.

Droga wiodła przez monokulturę sosnową. Uprzedzona przez męża, który przyjeżdżał w te okolice co roku, Sławka nie spodziewała się wiele. Jednakże to, co widziała za oknami samochodu… To nie było nawet niewiele. To było nic.

– Dlaczego oni to robią? – zapytała, nagle bliska płaczu.

– Nie wiem, skarbie – odparł Adam. – Naprawdę nie wiem.

Sławka uchyliła okno i odetchnęła głęboko. Wilgotne, zimne powietrze nasycone było wonią igliwia. Znajomy zapach pomógł jej oderwać się od smutnych, marcowych myśli. Posadzone w równych rzędach sosny wyglądały bardziej jak plantacja niż las, ale przynajmniej były drzewami. Były dowodem, że ludzie zaczynali rozumieć, zaczynali się zmieniać. Ojciec igieł i liści powolutku, korzeń po korzeniu, odzyskiwał swoje królestwo. Teraz dzieci Leszego miały pomóc jego żonie, Jadze.

Sławka musnęła dłonią leżący na kolanach worek. Uszyła go własnoręcznie. Spędziła długie wieczory, zdobiąc miękką skórę haftami. Wymoszczone jedwabistym futrem wnętrze sakwy było puste. Już niedługo miało być pełne lśniących srebrzyście pazurów i piór.

– Szyszku – zwróciła się do męża. – A co, jak nam Jaga da same drapieżniki?

Adam uśmiechnął się, słysząc swoje prawdziwe imię. Sięgnął po dłoń żony i uścisnął ją lekko.

– To zaczną walczyć. Jak dobrze pójdzie, w końcu się pozabijają i odzyskamy naszą ziemię – powiedział Szyszek z surowością zimy w głosie. – Wyobrażasz sobie, Mruczku? – tu zwrócił się do rozwalonego na tylnym siedzeniu psa. – Wrócilibyśmy nad rzekę, zapolowali porządnie…

Mruk zamachał ogonem, szczeknął cicho a potem zawył przeciągle. Jak prawdziwy wilk.

Koniec

Komentarze

teraz przepraszająco muskał połamane korony drzew, jakby delikatnym dotykiem chciał wygoić zadane drzewom rany. Same drzewa zaś,

Pośród jego zgliszczy, – zgliszcza są raczej po spaleniu

Tylko myślałem, że masz umowę na tą komputerową okładkę, czy coś. – tę

Cholera, wciągnął mnie klimat początku, wrócę później, bo rodzina mordy drze, że głodna.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ups… Musiały mi umknąć te powtórzenia. Melduję, że poprawione!

Hmm... Dlaczego?

jak czasami to robiły jego bracia i siostry – raczej robili/.

Teraz naprawdę odchodzę, bo mi chłop łeb suszy. Ale wrócę, Drewian, bo nie mogę się oderwać. Poprawiaj błędy biegusiem, bo czuję, że biblioteka to mało dla tego tekstu.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ładnie budowane zdania. Zachodzę w głowę, jak wygląda niewzruszony, psi pysk. Pozdrawiam uśmiechnięty.

 

Ryszardzie – super, że się uśmiechnąłeś! Aby uśmiech stał się jeszcze szerszy – specjalnie dla Ciebie: Diuna i jej niewzruszony pysk :-D​

 

 

Hmm... Dlaczego?

bemiku! Przeczytałam jeszcze raz, poprawiłam wskazane błędy, znalazłam 2 przecinki (chyba). Kurczaki, jak jest więcej błędów to ja się poddaję… No i z góry przepraszam!

Hmm... Dlaczego?

Jeszcze nigdy jej nie śpiewał, nie tak na prawdę, wszak był na to zbyt młody. – naprawdę

Pomimo wysiłków nigdy nie zdołał wyrosnąć sobie braci. – super!

Już moja w tym korona! – to też!

kiedy spod kry dobiegły znudzone pluski topielic. – raczej pluski znudzonych topielic

Znowu przerwa, ja się zastrzelę – jestem po prostu w tym domu każdemu wprost niezbędna.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Zima, jak wytrwała tkaczka, otulała las skrzącą pierzyną. – raczej nie tkaczka. Tkanie nie ma nic wspólnego z pierzyną. Wymyśl coś innego 

Musi być ich tu tysiące. – tu mówisz o jaskółkach – to chyba nie błąd, ale wydaje mi się, że lepiej brzmiałoby “muszą”.

W paru miejscach przegrałaś walkę z przecinkami, a i zapis dialogów szwankuje gdzieniegdzie.

Drewian, ja wiem, że jestem trochę inna, jeśli chodzi o las. Zawsze mi było trochę głupio, kiedy pisałam swoje teksty. Teraz wiem, że przynajmniej jesteśmy dwie – dwie miastowe kretynki, które dopatrują się w drzewach, łąkach i zwierzętach czegoś, czego albo nie ma, albo bardzo trudno dostrzec.

Znowu nazwę się kretynką, bo kiedy opisywałaś ostatnią drogę i śmierć wilka poleciały mi łzy. W paru innych miejscach zaśmiałam się za to.

Jak dla mnie cudny tekst, zakochałam się w przedstawionym przez Ciebie świecie. I nominuję to opowiadanie do piórka w wątku loży. A co? Mam takie uprawnienia przez chwilę, więc nie zawaham się ich użyć. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

 

Bemiku – z dumą dołączam do klubu miastowych kretynek widzących. Jak ktoś tego cudu roślin i zwierząt nie widzi – to ślepy!

Ja ryczałam jak bóbr, kiedy pisałam scenę śmierci Mruka.

 

Dzięki za wyłapanie błędów – melduję, że poprawione. Jeszcze pomyślę nad tą tkaczką. Wiem, jak to zdanie ma wyglądać, tylko jakoś słów odpowiednich nie mogę złapać!

No i jestem zaszczycona nominacją. Do tego stopnia, że nawet, kurczaki, nie wiem co powiedzieć!indecision

 

Hmm... Dlaczego?

“– Czemu Żywia nie odpowiada? – zakrakała pytającą krwistooka wrona.” – moim zdaniem literówka “ pytająco”.

 

Jestem tu od niedawna, więc jeszcze niewiele przeczytałam z forumowych zbiorów, ale z tych opowiadań, które tu przeczytałam, to jest najlepsze. Przynajmniej dla mnie.

Narracja płynie, dialogi są żywe, opowieść ciepła, łagodna, baśniowa. Czyta się jednym tchem. Bardzo gratuluję i równie mocno zazdroszczę :)

Nie wiem, czy ja też mogę nominować do piórek? 

Dzięki badi! Za przeczytanie, złapanie wrednej literówki za koślawe nogi, no i za dobre słowo. Fajnie usłyszeć, że komuś się podobają owoce mojej bezsenności laugh Na wory pod oczami to nie pomaga, ale przynajmniej buzia się cieszy!

Z tego co wiem, nominacje na piórka są w specjalnym wątku Najlepsze opowiadania PAŹDZIERNIK 2015

 

Hmm... Dlaczego?

Tak, badi, możesz nominować – to przywilej dostępny każdemu użytkownikowi!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

 po prostu niezłe

sorry za małą litrę :)

 

Nie biegam, bo nie lubię

 

Corcoranie – co jak co, ale nie spodziewałam się, że “Korzenie" przypadną Ci do gustu. Tym bardziej doceniam małe litery komentarza i kliknięcie!
Dzięki!

Hmm... Dlaczego?

Bardzo baśniowa opowieść, bazująca na oryginalnym pomyśle. Ładny język, interesujące porównania, zwłaszcza styl Szyszka przypadł mi do gustu. Podobało mi się zwłaszcza finałowe splecenie wątku malarskiego i leśnego.

Gdzieś tam zjadłaś przecinki przy “Szyszku” – wiesz, Drawian, wołacze oddzielamy itd.

Nie znam się, ale wydawało mi się, że malarze lubią mieć pracownie z oknami na północ. O kolor światła chodzi czy coś takiego. Ale mogę się mylić.

Czy sosna ma miękkie drewno?

Ogólnie jestem na tak. Bardzo fajny tekst.

Babska logika rządzi!

Dziękuję, Finklo, że wpadłaś! Super, że się spodobało! Szyszek jest moim absolutnie najulubieńszym bohaterem (chociaż Węzę tez lubię) – fajnie, że tobie też przypadł do gustu laugh

Widać, muszę przejrzeć “Korzenie” jeszcze raz pod kątem tych obrzydliwych przecinków…  Ale to jutro – bo dziś to na oczy mnie bolą od wypatrywania błędów.

 

Kurczaki, o tej malarskiej preferencji do północy nie wiedziałam. Załóżmy więc, że Sławka maluje w salonie, bo reszta domu nie jest jeszcze wyremontowana i pracowni w związku z tym nie ma wink
Sosna ma bardzo miękkie drzewo

 

Hmm... Dlaczego?

Och, Drewian, jakże podoba mi się Twoje opowiadanie! Co tu dużo pisać, kiedy już zaczęłam czytać, a zaczęłam późno, to nie mogłam przestać, póki nie skończyłam i skończyłam wcześnie. ;-)

Przepięknie kazałaś przemawiać drzewom i zwierzętom, Leszemu i Jadze. Znakomicie ubrałaś w słowa to, co szumi las i to, co mówią zwierzęta. Doskonale splatają się sceny ilustrujące pracę Sławki ze stopniowym ukazywaniem życia lasu, np.: – jej pełna szklanka i obraz upojonych ulewą drzew, czy niechęć malarki do chłodu zimy i opis drzew przeżywających wakacyjną przygodę z baobabami… No, po prostu sam miodek.

Nienachalny morał płynący z zakończenia, a tak prawdę mówiąc, to przewijający się w całym opowiadaniu, najwyższej próby dowcip, którym skrzy się cały tekst oraz fragmenty może mniej radosne, ale szalenie wzruszające, moim zdaniem plasują Korzenie wśród najlepszych portalowych opowieści. ;-)

 

ner­wo­wym trza­ska­niem drzwi szaf i komód. – Raczej: …ner­wo­wym trza­ska­niem drzwi szaf i szuflad komód.

Komody wszak nie mają drzwi.

 

Pies mruk­nął, za­strzygł uchem, uchy­lił lewe oko… – Oka nie można uchylić.

Może: Pies mruk­nął, za­strzygł uchem, uchy­lił/ uniósł lewą powiekę

 

Ko­bie­ta od­wró­ci­ła się i nie­przy­tom­nym wzro­kiem spoj­rza­ła ku drzwiom.Spojrzeć wzrokiem, to chyba masło maślane.

Może: Ko­bie­ta od­wró­ci­ła się, patrząc nie­przy­tom­nie ku drzwiom. Lub: Ko­bie­ta od­wró­ci­ła się i nie­przy­tom­nie spoj­rza­ła ku drzwiom.

 

Ro­sną­cy nie­opo­dal cis przy­glą­dał się pi­ja­ne­mu w sztos to­wa­rzy­szo­wi. Ro­sną­cy nie­opo­dal cis przy­glą­dał się pi­ja­ne­mu w sztok to­wa­rzy­szo­wi.

Za SJP: sztos «uderzenie kijem kuli bilardowej»

 

ale uwa­żał, że w pew­nym wieku upa­ja­nie się do nie­przy­tom­no­ści po pro­stu nie ucho­dzi. – Czy tu nie miało być: …upija­nie się do nie­przy­tom­no­ści

 

ryk­nę­ła niedź­wie­dzi­ca.– Patrz, co na­ro­bi­ły te twoje dzie­ci! – Brak spacji po kropce.

 

Do peł­ne­go szczę­ścia bra­ko­wa­ło mu tylko ciszy. Nie­ste­ty, to­wa­rzy­szą­ca mu dusza ga­da­tli­wej sosny… – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

Pew­nie, Szy­szek, bo takie drze­wo no­si­ło imię… – A może: Pew­nie, Szy­szek, bo takie imię nosiło drze­wo

 

sły­szał ra­do­sne kla­ska­nia sze­ro­kich ogo­nów i unie­sio­ne głosy awan­tu­ru­ją­cych się to­pie­lic. – Skoro topielice awanturowały się, to raczej podniesionymi głosami.

Chyba że awanturowały się w uniesieniu… ;-)

 

jed­nak przy­wią­zał się smu­kłych ko­na­rów i strze­li­ste­go pnia. – Pewnie miało być: …jed­nak przy­wią­zał się do smu­kłych ko­na­rów i strze­li­ste­go pnia.

 

Masz jakiś po­myśl? – za­py­ta­ła ku­dła­te­go psa… – Masz jakiś po­mysł? – za­py­ta­ła ku­dła­te­go psa

 

Nie­znacz­nie uniósł głowę, na­peł­nił płuca ostat­nim od­de­chem… – Oddech to wdech i wydech; czy można napełnić płuca wdechem i wydechem?

Może: …ostatni raz napełnił płuca powietrzem

 

– On jest mój! – wy­krzy­cza­ła. – Wyno..! – Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

Ten błąd pojawia się także w dalszej części opowiadania.

 

chciał po­wie­dzieć, ale z za­sko­cze­nia nie mógł zła­pać od­de­chu. – Raczej: …nie mógł zła­pać tchu.

 

Nie je­steś słaby, wilku – krwi­sto­oka wil­czy­ca za­da­wa­ła się czy­tać w jego my­ślach. – …krwi­sto­oka wil­czy­ca zda­wa­ła się czy­tać w jego my­ślach.

 

Głu­cha, ple­wi­ki, nie je­stem! – Czy tu nie miało być: Głu­cha, pie­wi­ki, nie je­stem!

Może tobie się nie spie­szy, ale ja już tutaj, ple­wi­ki, kwit­nę! – Tu chyba też miały być piewiki.

A jeśli nie, to co to są plewiki?

 

– Pi­ju­ska­mi?!- obu­rzo­na lipa mach­nę­ła wid­mo­wą ga­łę­zią. – Brak spacji przed dywizem, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Pro­blem po­le­gał na tym, że jej to­wa­rzysz­ki nie zda­wa­ły się pa­mię­tać zbyt wiele z lek­cji Le­sze­go. – Raczej: Pro­blem po­le­gał na tym, że jej to­wa­rzysz­ki zda­wa­ły się nie pa­mię­tać zbyt wiele z lek­cji Le­sze­go.

 

– Pani.. Wy­bacz, pani! – Jeśli miała być kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli miał być wielokropek, jest o jedna kropkę za mało.

 

po­szy­bo­wa­ła przez wy­cię­ty las, przy­bie­ra­jąc w locie pół pta­sią, pół ko­bie­cą po­stać . – Zbędna spacja przed kropką.

 

– Kopie! Rusza się! – wy­krzyk­nę­ła w eks­ta­tycz­nej ra­do­ści. – Bo­go­wie, dzię­ki wam, on żyje! – Wolałabym, aby Maria krzyknęła: – Bo­go­wie, dzię­ki wam, ono żyje!

Chyba że Maria miała pewność, że nosi dziecko płci męskiej.

 

Mi­ja­ne drze­wa rosły w nie­na­tu­ral­nie rów­nych rzę­dach, wszyst­kie były tego sa­me­go wzro­stu… – Prawie powtórzenie.

Może: …wszyst­kie były tej samej wysokości

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo mi się. Porządniej skomentuję jak wrócę do domu i kompa. Klep

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Regulatorzy – kurczaki, aż słów nie mam! Cieszę się za to jak głupia! Normalnie buzia mi zaraz pęknie z tej radości!

Poprawki wprowadzone – bardzo, bardzo dziękuję za wnikliwe czytanie, zwłaszcza za piewiki! Moje pismo jest, że tak powiem, zamaszyste, miejscami na granicy nieczytelności. To “i” z moich notatek o pasożytach drzew wyszło bardziej jak “l" – stąd ta literówka.

 

 

AlezFagus – super, że się bardzo! Z niecierpliwością czekam na komentarzlaugh

 

No i dzięki, dzięki za bibliotekę!

Hmm... Dlaczego?

Wszyscy chwalą, bemik nominuje, myślę – trza zerknąć. I cóż, warto było! Wyjątkowo urokliwa i wzruszająca podróż w głąb lasu i jego tajemnic. Przychylę się do zdania, że opowieść o Mruczku i duchu sosny bardzo emocjonalna. 

Proza życia, a raczej proza lasu.

Dobry pomysł z wymieszaniem historii leśnych z miastową Sławką. Dzięki niej zamknięcie opowieści jest odpowiednio mocne, a morał wyjątkowo odpowiedni do treści całości. 

Z warsztatowych uwag – momentami tekst cierpi na nadmiar zaimków, ale fabuła wciąga i przymyka się na to oko.

 

Opowiadanie ma raczej młodzieżowy wydźwięk,  co niekoniecznie do mnie trafia, ale musiałbym być kompletnym ignorantem, by go nie docenić. Co do nominacji, jestem na TAK!

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Hihi! Pomiędzy pierwszą i ostateczną wersją poleciało chyba ze sto zaimków! Widać, czystka nie była wystarczająco dokładna :-)

Zabawne, ale moja siostra też odebrała Korzenie jako prozę młodzieżową. Wyłożyła mi nawet, dlaczego (że niby takie wiosenne, miękkie i mało mroczne), ale ja to chyba głupia jakaś jestem, bo zupełnie nie zrozumiałam siostrzanych tłumaczeń.

Cóż, najważniejsze, że jesteś Nazgulu, na tak!

 

Również pozdrawiam laugh
Miło, że zajrzałeś!

Hmm... Dlaczego?

Drewian, ogromnie się cieszę, że poprawki przydały się, a jeszcze bardziej z tego, że Ty się cieszysz, jednak proszę, nie dopuść do rozpęku. ;-)

Nad plewikami zastanowiłam się nieco, bo choć od razu przypuszczałam, że to pomyłka, to dla pewności przewertowałam moje książki o szkodnikach upraw leśnych, potem roślin ozdobnych, a na koniec doniczkowych, tudzież dostępne słowniki i encyklopedie.

Już teraz cieszę się na Twoje kolejne opowiadanie i mam nadzieję, że nie każesz nam czekać zbyt długo. ;-)

 

PS

Po komentarzu Nazgula: Ani przez chwilę nie przyszło mi do głowy, że to opowieść dla młodzieży. Ale nie wykluczam, że może zaczynam dziecinnieć i dlatego Korzenie tak bardzo mi się podobają. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 

regulatorzy – staram się jak mogę, żeby się w jednym kawałku trzymać, ale łatwo nie jest! Jak na razie tylko pierwszy jesienny zajad mi pękł, chyba ze trzy razy laugh
Ale, jak Ty takie podręczniki masz w domu, to ja się może co Ciebie kiedyś uśmiechnę w sprawie materiałów do przyszłych tekstów, co? Bo, że akcja przynajmniej kilku opowieści będzie się rozgrywała gdzieś w lesie, tudzież w ogrodzie/na polu, to pewne.

Hmm... Dlaczego?

Interesujący i dobrze skomponowany tekst. Ładne wejście w fabułę, płynne prowadzenie opowieści, ciekawie wystylizowany język narracji.  Czytało się dobrze i bez zgrzytów.

Jedno, co mnie trochę raziło, to nadmiar przymiotników. Chyba jest ich za dużo. “Szeroki grzbiet” – to o psie – jest tutaj przykładem. Nie  ma znaczenia dla opowieści, czy pies miał grzbiet szeroki, czy nie. No i trochę jest powtórzeń wyrazów, i to blisko siebie. 

Gdyby jeszcze raz wyszlifować opowiadanie, byłoby bardzo dobre.

Pozdrówka.

Ah, te przymiotniki, Rogerze… Jak ja je uwielbiam!

“Szeroki grzbiet" miało wskazywać, że pies jest nie tylko sporych rozmiarów, ale jeszcze ma nadmiar zimowego tłuszczyku.

Dalsze szlifowanie na pewno będzie. Na liście mam już zaimki, więcej przecinków no i jeszcze teraz dodałam przymiotniki.

Dzięki za komentarz i uwagi! Cieszę się, że lektura Cię nie zanudziła smiley

Hmm... Dlaczego?

“Pomimo styczniowego mrozu i śniegu za oknami, w przestronnym pomieszczeniu było ciepło i przytulnie. Zimowe słońce oświetlało ustawioną na środku pokoju sztalugę. Miarowe tykanie zegara i miękkie szuranie pędzla po płótnie odmierzały kwadranse sennej ciszy poranka. Kudłaty pies przysypiał, rozciągnięty w plamie słonecznego blasku a otulona wełnianym swetrem kobieta malowała w skupieniu. Ani malarka, ani pies nie zdawali się zauważać dobiegającego z głębi domu skrzypienia podłogi, akcentowanego od czasu do czasu nerwowym trzaskaniem drzwi szaf i szuflad komód. Poplamiony farbą pędzel zatrzymał się dopiero, kiedy zazgrzytała metalowa klamka a donośny męski głos wykrzyczał:”

W pierwszym zdaniu mamy styczniowy mróz, no więc słońce musiało być zimowe. Miękkie szuranie? Nie za bardzo rozumiem ten zwrot Szuranie chyba wystarczy… Jeśli ktoś trzaska szufladami i zamkami, to na pewno robi to z nerwów.  Poplamiony farbą pędzel? Jeśli bohaterka malowała, to jaki miał być? To jest trochę śmieszny zwrot. Ten zwrot po prostu do wywalenia.  A jeżeli już, to albo umazany farbą, albo pokryty , grubo pokryty farbą. 

I od razu byłoby chyba bardziej dynamicznie.

No, ale każdy pisze tak, jak lubi. Jednak jest tak, i to się potwierdza, że ani przymiotnik, ani przysłówek nie jest przyjacielem autora.  Osobiście ich unikam. 

Pozdrówka. 

A ja wywaliłabym “styczniowy”, a zostawiła “zimowe słońce”. “Miękkie szuranie pędzla” jest dla mnie bardzo obrazowe i wiem, co Drewian chciała tym przekazać. “Nerwowe trzaskanie” jest dla mnie jak najbardziej ok, za to “poplamiony farbą” do kosza. “Metalowa klamka” – nie robi na mnie ani dobrego, ani złego wrażenia.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Rzeź przymiotników!!!

Kryć się, komu życie miłe!!!

 

Edit:

Dobra, krew się polała w pierwszym akapicie.

Ale “niewzruszonego wyrazu pyska" nie ruszam, choćby nie wiem co! – Tupnęła nogą Drewian, wycierając splamione posoką ostrza.

Hmm... Dlaczego?

Niewzruszony wyraz pyska + zdjęcie, które zaprezentowałaś powyżej = bezcenne

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

I ten początkowy fragment czyta się teraz lepiej.

W tym zdaniu: “Kudłaty pies przysypiał, rozciągnięty w plamie słonecznego blasku a otulona wełnianym swetrem kobieta malowała w skupieniu.” konieczny jest drugi przecinek.

Brzmiałoby tak – Kudłaty pies przysypiał, rozciągnięty w plamie słonecznego blasku, a otulona wełnianym swetrem kobieta malowała w skupieniu.

Dobra, zbliża się wieczór wyborczy i zaraz się dowiemy, co, gdzie, po co i dlaczego, kto z kim za pieniądze podatników, a kto został przez tychże podatników, czyli wyborców,  zmasakrowany tak, że ledwie dycha…

. Miło było. Pozdrówka.

Mnie również było niezmiernie milo. A do tego owocnie! Przecinek wstawiony wedle instrukcji, a bezcenna mina psa – nieruszona!

Hmm... Dlaczego?

Coś mi się zdaje, że ten wilk sepleni. To znaczy, w słowniku występuje slangowe słowo “ździra”, ale jednak to jest zapis późniejszej, zmiękczonej przez upodobnienie do kolejnej głoski wymowy (”z” zmiękcza się od “dź”, podobnie jak w “w romantyzmie”). Jednak lepsza byłaby wersja “zdziry”.

 

 I jeszcze mi parę przecinków mignęło, ale teraz nie jestem w stanie zlokalizować.

 

Niesamowicie urokliwy tekst. Ja w ogóle lubię te mieszane lasy naszego klimatu, więc tym przyjemniej mi się czytało. Pięknie nakreślony świat, dobrze poprowadzona, niemęcząca w swoim “urywaniu się” narracja, sympatyczni bohaterowie. Wyjątkowo przypadły mi do gustu oryginalne, zaczerpnięte z zoologii i botaniki przekleństwa, te wszystkie wciornastki i szpeciele – masz nie tylko wiedzę, ale i ucho do języka, trzeba Ci to przyznać. Tworzysz taki klimat, że chciałoby się w tym lesie znaleźć. Końcówka na wymiar, chciałoby się rzec – akuratna. Jak dla mnie przesłanie trochę za bardzo trąci new age’owym myśleniem magicznym, ale sama mam skłonności, żeby z tym przesadzać w opowiadaniach, więc nie będę się czepiać ;) Cóż więcej mogę napisać – długi tekst, a nie nudziłam się ani chwili. 

 

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Super, Mirabell, że nie męczyło i nie nudziło! Troszkę się obawiałam, że tekst wyszedł przegadany i zbytnio pocięty.

Dzięki za te ździry! Nawet mi do głowy nie przyszło, że to się inaczej pisze. Autokorekta mi oczywiście podkreśliła, ale chciała zmienić na zadziory czy inne drzazgi. Melduję, że poprawione!

Z tymi przecinkami to się poddaję… Czytałam tekst jeszcze raz dzisiaj rano i myślałam, że wszystko poprawiłam. Cóż, widać, cholery małe, po komentarzu pod “Śmiercią przecinka", jeszcze bardziej mnie nienawidzą! (i to wcale nie jest myślenie magiczne, tylko święta prawda!)

 

Hmm... Dlaczego?

Przepięknie opowiedziana historia. Sprawnie, lekko i naturalnie przedstawiłaś przenikające się świat Leszego i Jagi ze światem malarki.  Bardzo plastycznie, wszystko co odmalowywałaś miałam przed oczami. Dusze drzew – bajka, Szyszek ze swoim podejściem do życia – rewelacyjny. Wakacyjna przygoda z baobabem mnie powaliła :) 

Po komentarzach widzę, że robiłaś jakieś korekty. Ja usterek nie znalazłam żadnych – albo wszystko już wyeliminowałaś, albo wciągnięta przez opowieść nie zwróciłam uwagi. 

Brawo i dziękuję za wspaniałą lekturę :) 

Ponieważ kliknąć już nie mam co, to chociaż gwiazdkami nadrobię. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jest! Jest!!!! W końcu! Komentarz bez poprawek!!!! Jupiiii!!!

Bardzo, bardzo dziękuję, Śniąca, za dobre słowa. Niezmiernie się cieszę, że “Korzenie" okazały się miłą lekturą.

Idę pękać z dumy laugh

 

Hmm... Dlaczego?

Aż chciałoby się napisać: „wszyscy jesteśmy dziećmi Leszego i Jagi”. Ale tak nie jest. To widać po wyglądzie naszej planety. Nie jestem jakimś ekomaniakiem, ale bardzo mi się podobał Twój przekaz. Nienachalny, ale czytelny.

Wszyscy twierdzą, że środowisko dostosowuje się do ludzkiej natury. Lasy starają się odradzać, a zwierzęta odnaleźć w nowych warunkach. Prawda jednak jest taka, że zachłanność człowieka jest ogromna, a przyroda w otwartej batalii przegrywa.

Zakończenie niepokojące i… bardzo dobrze. Oto ginekolog, zwariowany za młodu lekkoduch, zamierza pomóc Jadze. Jego radykalne poglądy spowodowały u mnie mrowienie na karku (szerokim grzbiecie;). Co ciekawe po chwili namysłu uśmiechnąłem się w duchu i zastanowiłem nad własnymi korzeniami:D Bardzo mi się podoba świat w jaki wciągnął mnie Twój tekst.

Wyszło Ci rewelacyjne opowiadanie. Idealnie wyważone w warstwie konstrukcyjnej i słownej. Stopniowo odsłaniasz w bardzo malowniczy i nienachalny sposób całą koncepcję, a całość staje się jasna dopiero na koniec. Drzewa pijusy, wkurzające jaskółki, topielice, a także natura leśnych stworzeń i ich problemy. Tworzysz piękne analogie do ludzkiej natury, by w finale pokazać, że to nie baśniowy las i jego mieszkańcy zachowują się jak my, tylko ludzie mają tak wiele wspólnego z naturą. Świetne!

Korzenie – ten tytuł ujawnia swą moc po przeanalizowaniu całości.

 

Bardzo piękne opowiadanie nam namalowałaś, Drewian. Gratuluję!

 

Edit

Zaciąłem się w dwóch miejscach.

– Żegnajcie, bracia! Pogoń i krew! Nie zapomnę mej pieśni!

– Pogoń i krew! – powtórzyły drzewa.

– Pogoń i krew! – pędziło z wiatrem po liściach i igłach.

– Pogoń i krew, bracie! – odpowiedziała wataha.– Żegnaj! Nie zapomnimy!

 

Wilk się topi i woła chyba „Nie zapomnijcie mej pieśni!”, zwłaszcza, że wataha odpowiada „Żegnaj! Nie zapomnimy!” Chyba, że czegoś nie zrozumiałem z wilczej natury.

 

 

W dwóch miejscach użyłaś trochę dziwnej konstrukcji:

Wielki ptak bezszelestnie przemykał się pomiędzy drzewami.

Jaga bezszelestnie przemykała się pomiędzy drzewami

Nie wykluczam, że zapis był celowy i jest poprawny, ale straciłem płynność. Bez „się” wyszłoby lepiej. Ale to moje zdanie. Niech się inni wypowiedzą.

empatia

Dzięki, empatio! Super, że przesłanie nie wyszło nadmiernie łopatologicznie. Również nie jestem ekomaniakiem, ale bezmyślność ludzkiego zachowania wobec przyrody mnie razi, boli i coraz bardziej denerwuje. Przykładowo – w UK, gdzie mieszkam, mają bardzo duży problem z lisami. Wciąż tylko słyszę, jakie to te lisy okropne, włażą wszędzie i zabijają trzymane w przydomowych ogródkach króliki. Nikomu jednak nie przyjdzie do głowy, że przecież lisy były tu pierwsze! Nie dziwota, że włażą do ogrodów. W końcu – gdzie mają iść? Do morza?

A przyroda? Hmm, może i przegrywa w bitwach i potyczkach, ale na dłuższą metę… Cóż, wystarczy spojrzeć na zdjęcia z Czarnobyla. Tam, pomimo radioaktywności i trudnych warunków, Jaga i Leszy prawdziwie odzyskali swoje królestwo :-D

 

No i dziękuję za poprawki. Przejrzałam tekst jeszcze raz i z tym “się" w zupełności się zgadzam – poprawione.

Z tym “nie zapomnę/nie zapomnimy" chodziło o to, że wilki pozostają wierne swojej pieśni. Taka jakby przysięga, że, nawet jeśli Mruk zostanie wilkiem-utopcem, wataha i tak będzie o nim pamiętała. Roboczo wywaliłam ostatnie “nie zapomnimy” na powtórzenie "pogoń i krew". Popatrzę się jeszcze na to i zobaczę, co lepiej leży.

Pozdrawiam serdecznie!

Hmm... Dlaczego?

Dorwałam się do klawiatury, to napiszę coś więcej, a właściwie podpiszę się pod poprzednikami. Pięknie napisany tekst, z plastycznymi, niebanalnymi i nienudnymi opisami przyrody. Bohaterowie, których lubi się i trzyma za nich kciuki (zwłaszcza historia Mruka i Szyszka – miód malina). Ciekawe nawiązania do mitologii Słowiańskiej. Świetna kompozycja – zwłaszcza przejścia między ustępami. Przesłanie czytelne, ale nie dające w łeb łopatą – to nie jakieś hasła, a całość tekstu budzi w czytelniku sympatie do mieszkańców Lasu i chęć chronienia tego i owego. Gratki:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dzięki, AlexFagus, że Ci się chciało do klawiatury dorwać!

Teraz to już normalnie taka mnie radość i duma rozpiera, że normalnie nie wiem co ze sobą zrobić! Szyszek i Mruk podbijają czytelników, sympatie do lasu się budzą wraz z refleksją o naszych związkach z naturą – dokładnie to, co chciałam przekazać w tym tekście!

Aż się zaczynam martwić, że po Korzeniach nic mi już, kurczaki, tak ładnie nie wyjdzie laugh

Hmm... Dlaczego?

Bardzo udany tekst :) 

 

Najbardziej trzeba Ci pogratulować wspaniałego klimatu. Las stworzony przez ciebie jest równocześnie przesycony życiem (i to życiem osobowym, obdarzonym duszą) i nie sprawia wrażenie sztucznego, oderwanego od rzeczywistości. Czytając tekst, poczułem jakby ten mały lasek koło mojej miejscowości również stał się nagle częścią pradawnego boru. 

Podobali mi się także bohaterowie – żywi, wolni (czyli tacy, jak sama natura). Bardzo polubiłem Jagę, w której stworzyłaś postać prawdziwej Matki Natury (która daje i odbiera zarazem). W takim przedstawieniu i człowiek zbliża się do natury.

Jest też morał – subtelny i nieinwazyjny. Miło jest poczytać coś “ekologicznego”, co nie jest kolejną historią o “biednej udręczonej przyrodzie” i “tych złych be ludziach” :)

 

Orty i ich krewni wcale mnie nie interesują, więc mogę Cię uradować kolejnym komentarzem bez wytykania takowych :D

Jest jednak jeden moment, do którego muszę się przyczepić. Po śmierci Mruka nagle przenosisz czytelnika do Afryki (zupełnie inny klimat – dosłownie i w przenośni). W tym momencie pogubiłem się i straciłem wątek. Pojawia się za dużo nowych imion (które dodatkowo brzmią podobnie do rzeczowników pospolitych. Musiałem poważnie się skupić, aby zrozumieć węża mówiącego “Węza”), dodatkowo (chyba) mało istotnych w kontekście całego tekstu. Ten fragment wymaga poprawy. Moim zdaniem jest najsłabszym ogniwem tego wspaniałego tekstu.

 

Na pewno wyjdzie ci jeszcze wiele ładnych tekstów :) Musi wyjść, bo inaczej czytelnicy spalą cię na stosie za zmarnowanie talentu :D 

Witaj, Fajromie! bardzo miło, że wpadłeś. No i, że (z uwagami, ale) tekst przypadł Ci do gustu!

Co do konfuzji wywołanej nagłym skokiem do Afryki – nie ukrywam, że właśnie tego się obawiałam. Nie jest łatwo wprowadzać nowych bohaterów, zwłaszcza w samym środku historii no i z taką zmianą klimatu :D.

Hmm… pokombinujmy… Myślisz, że zmiana imienia Węzy na mniej “rzeczownikowe” rozwiąże ten problem? Czy konieczne są bardziej rozbudowane zmiany?

Hmm... Dlaczego?

kiedy zazgrzytała klamka,[+] a donośny męski głos wykrzyczał:

Gdy masz kolejne orzeczenie to przecinek jest raczej wymagany.

 

Patrząc na obraz,[+] niemal czuło się wilgotny zapach

 

się i drgać,[+] aby,[-] po wylądowaniu zamienić się w rosłą niedźwiedzicę.

 

zamigotało i zmieniło się[+] w pazur.

 

gotowa.[+]spojrzała na męża z determinacją. 

I duże "s" powinno być.

 

– Rudy! – w szumie duszy drzewa brzmiały nutki histerii.

Duże "w".

 

Pies,[-] mruknął przez sen,[-] niezadowolony z hałasu i przewrócił się na grzbiet.

A najlepiej: Niezadowolony z hałasu pies mruknął przez sen i przewrócił się na grzbiet.

 

Co chwilę krztusił się mulistą wodę.

wodą

 

Przestań walczyć, obiecuję nie będzie bolało.[+] – Jej głos był miękki

 

zapachu topielicy,[+] a potem znajdzie jej kości, 

 

 

Wrócę niebawem.

Tylko nie "Tęcza"!

Dobry tekst. Oj, bardzo dobry.

Przyjemnie czasami coś tak klimatycznego przeczytać :)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Okej :) Kombinujmy ;)

 

Rzeczywiście mała zmiana imienia “Węzy” mogłaby pomóc (”Wiąza”?). Trochę zmniejszyłaby dezorientację :)

Kwestia przejścia między strefami klimatycznymi… A może po prostu wprowadzić jednym-dwoma zdaniami całą sytuację? Wytłumaczyć, dlaczego dusze roślin (mimo wszystko niemobilnych) znalazły się tak daleko od domu? Będzie wiadomo, że wątek słowiański nie jest porzucany, nastąpiła tylko chwilowa wycieczka ;)

 

Coś jakby np: “Srebrne oczy rzeki spojrzały z zainteresowaniem ku sawannie. Źródło wrzasków najwyraźniej nie przynależało do sawanny. Duch spostrzegł, że musiała to być jedna z dusz roślinnych, przybyłych na skrzydłach jaskółek.”

 

To tylko moje zdanie, być może innym się podoba tak, jak jest :D Sam fragment nie jest zły, po prostu wypada gorzej w świetle całego tekstu.

Tenszo – kurczaki, no zapomniałam poprawić zapisu dialogów! Już bemik to wspominała. Tak się skupiłam na przecinkach, że całkiem mi to z głowy wypadło! Poprawię! Przysięgam!

 

 

Emelkali – super, że się podobało!
 
Fajromie – Hmm… Wiąza trochę za bardzo mi się kojarzy z wiązaniem czy też rzucaniem wiązek/wiązanek :). Pomyślę jeszcze nad tym, przejrzę słowniki, może mi coś w oko wpadnie.
Nie bardzo bym chciała tłumaczyć tak wprost, bo… Kurczaki, bo nie lubię :-D Wolę tłumaczenie mniej bezpośrednie, tak, żeby czytelnik musiał trochę pomyśleć.

Hmm... Dlaczego?

Dobra, Tenszo – zapis dialogów poprawiony. Powinno być teraz mniej błędów.

Fajromie – minimalnie zmieniłam scenę na sawannie (”Srebrne oczy zalśniły zdziwieniem, gdy długi język rozpoznał znajomy zapach dusz drzew” – dodałam podkreślone). Wciąż myślę na nowym imieniem dla Węzy, ale po nocnej zmianie jest, kurczaki, ciężko z tym myśleniem…

Hmm... Dlaczego?

Reputacja drzewa w drzazgach – zgrabnie. Upijanie się burzą – genialne. I zdanie perełka: "Pomimo wysiłków nigdy nie zdołał wyrosnąć sobie braci". Gratuluję talentu.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Dziękuję, Fleurdelacour! Nie jestem pewna, czy to talent. Raczej moja fiksacja w poszukiwaniu źródeł (wszystko zaczęło się od migracji ptaków), pomieszana z bezsennością i, co najważniejsze, niespodziewanym przypływem natchnienia. Szczerze powiedziawszy, zimowa scena z Szyszkiem napisała się sama. Zaczęłam klepać w klawiaturę z zamiarem opisania ataku strzyg na bezlistne, opuszczone przez dusze, drzewa. A wyszło, jak widać powyżej, zupełnie inaczej laugh

Choć miło usłyszeć, że ktoś myśli, iż mam talent!

Witaj na portalu, Fleur!

Hmm... Dlaczego?

Co ja mogę napisać, skoro wszystko zostało napisane?

O tyle mi zostaje:

yes

F.S

Foloinie:

laugh

No i bardzo miło, że zajrzałeś!

Hmm... Dlaczego?

Powiedziawszy to,[+] wstała,

 

Z obserwacji swojego świerkowego cienia,[-] obliczył,

 

odparł Szyszek,[+] emanując

 

Niech się idzie utopić! – rzucił w końcu ze śmiechem.[+]

 

Dla ducha świerku,[-] było to zaledwie kilka chwil,

 

kroplami żywicy,[+] a sękate dłonie nerwowo przygładzały burzę napuszonych

 

niewyżyte jakieś! – dusza wiązu aż wzdrygnęła się z obrzydzeniem. 

Duże "D".

 

Ale tych wszystkich ptaków żal.[+]wskazała srebrzystym ogonem ku śpiących w trawach jaskółkom.

 

– Moje siostry cię usłyszą, pani. Albo jeszcze gorzej.[+] tu kora Iwy zaczęła pękać z przejęcia. – Sam Leszy!

 

Wierzba struchlała,[+] widząc poirytowanie Bogini.

 

ziemię,[+] a potem głaz.

 

bardziej jak plantacja,[-] niż las,

 

 wieczory,[+] zdobiąc miękką skórę haftami.

 

 Jak prawdziwy wilk.[+]

 

Ciekawe, że nikt nie zauważył braku kropki na samym końcu tekstu.

 

Co do treści – niestety, mi się nie spodobało tak jak innym. Jest za dobre i strzelam oficjalnego focha ;) Dopieść jeszcze te interpunkcyjne pierdoły i po prostu majstersztyk! Wesołe, wzruszające, bajeczne. No, nie wiem, co mam jeszcze napisać. Tylko bym chwaliła i chwaliła. Po prostu nie dostrzegam w tekście wad, więc lepiej go nominuję i tyle.

Tylko nie "Tęcza"!

Uff… pierdoły dopieszczone!

Kurczaki, Tenszo, sama nie wierzę, że to piszę, ale ucieszyłaś mnie swoim fochem niezmiernie laugh .​

Bardzo, bardzo dziękuję za przeczytanie, poprawki, dobre słowa i do tego jeszcze nominację! Przysięgam, w głowie mi się poprzewraca od tego dobrobytu! Chyba jakiegoś gniota muszę napisać dla równowagi wink

Hmm... Dlaczego?

Drewian! Ani mi się waż!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

– Tak, pani! Nie ważę się, pani! – wyszeptała błagalnie Drewian, padając na kolana u stóp rozgniewanej Bogini.

W duszy zaś modliła się o łaskę, jeśli wspomniany gniot wyjdzie jej zupełnie przypadkiem.

Hmm... Dlaczego?

Jestem dziwnie spokojna, że nie umiesz pisać gniotów. Jestem też przekonana, że gdybyś próbowała udowodnić, że się mylę, Twój komputer zwyczajnie odmówi współpracy. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Za to pan RR mógłby przyjąć mnie pod swoje skrzydła laugh (to tak nawiązując do wątku na shoutboxie)

Hmm... Dlaczego?

Lubisz pisać pod dyktando???

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie bardzo…

 Ale nie ukrywam, że ta niezachwiana i nie powtarzająca się pewność siebie pewnego Autora jest zjawiskiem mnie fascynującym. Chciałabym to zjawisko zbadać, poznać bliżej, ba! – nawet zrozumieć. Aż ślinka mi cieknie na samą myśl o bohaterze, zbudowanym na bazie tak unikalnej formy.

Hmm... Dlaczego?

Powstrzymaj ślinotok i buduj. Buduj, aż zbudujesz. Chętnie przeczytam. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Myślę, że wszytko co trzeba już zostało skomentowane, więc pozostaje mi tylko osobista opinia jako dyżurnego.

Bardzo fajnie, solidnie i z wprawą napisane opowiadanie… w zupełnie nie moim klimacie. :)

Podzielam zdanie o kawałku “afrykańskim”, jako najsłabszym. A że jak już wspomniałem, klimat nie mój, to podczas czytania miałem tym miejscu kryzys przekładający się na odłożenie tekstu “na później”.

Pozdrawiam.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Kurczaki, strasznie mi przykro, że musiałeś przeczytać 50tys znaków nie w Twoim klimacie! Szczerze powiedziawszy, nie sądzę, że ja bym potrafiła zmusić się do takiego wysiłku! Prawdopodobnie zostawiłabym komentarz w stylu “nie przebrnęłam”, zaznaczając tylko wyłapane błędy, lub dzieląc się opinią o stylu.  Więc, Zalthcie, tym bardziej doceniam! I przeczytanie i komentarz :D

Nawiasem mówiąc – zastanawiam się czy, aby ułatwić zadanie dyżurnym, nie należałoby opublikować preferencji tychże dyżurnych? Tak aby autorzy mogli publikować opowiadania poetycko-fantastyczne na dyżurze, dajmy na to Drewian, a nie na przykład Zaltha.

Hmm... Dlaczego?

Oj, przebrnięcie to za mocne słowo, w końcu postawiałem ci 5! (6 byłoby za klimacik. :))

Czytało się dobrze, nie zauważyłem nawet ze to 50k, po prostu, mówiąc językiem jurorów muzycznych talent-show, nie było “ciar”. :)

A dyżur, to dyżur, czytam do końca wszytko, każdy gatunek, poza naprawdę wybitnymi gniotami.

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

No patrz, nawet tej 5ki nie zauważyłam! Dzięki!

A dyżur, to dyżur, czytam do końca wszystko, każdy gatunek, poza naprawdę wybitnymi gniotami.

A to pochwalić, pochwalić trzeba! Zacna postawa dyżurnego :D (kurczaki, zmieniliby nam nazwę, czy coś. Z tymi 5kami i dyżurnymi, to jakbym znowu w szkole była! Trauma, kurcze, taka…)

Hmm... Dlaczego?

A wiesz, Drewian, że to niegłupi pomysł, żeby gdzieś ustawić tabelkę dyżurów i wrzucić tam preferencje dyżurujących. Ja nie przepadam za typowym SF, a często trafia mi się dyżurna konieczność i brnę przez to jak przez kupę kamieni, a Zalth się potyka na Twoim tekście. 

Jedyny problem jest taki, że na jeden dzień wypada chyba trzech dyżurujących – trudno pewnie byłoby się zgrać. Ale w sumie można by spróbować.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przecież głowa mi nie eksploduje jak czasami przeczytam coś z innej beczki. :)

Jak dla mnie, to ciekawe i pouczające doświadczenie. Może kiedyś sam spróbuje coś takiego napisać?

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

 

bemik - dyżurujący mogliby się sami zorganizować. Na początek zrobić np. dni fanasy i sci-fi naprzemiennie, z “obojętną” niedzielą. Dyżurujący mogliby zgłosić preferencje i wybrać dni. A autorzy dostaliby szansę na ekstra punkty za, jak to nazwał Zalth “ciary".
 
Zalth – pewnie, że Ci nie eksploduje! Ale łatwiej się czyta, jeśli robisz to z wyboru a nie z musu :D

Hmm... Dlaczego?

Aż usiadłem. A to przecież nie mój klimat.

 

Pierwszy plusik poleciał za czerpanie z legend i podań ‘słowiańskich’, za odwołanie, bardzo zręczne, do animizmu. I to jakie! Pijany dąb to mój prywatny faworyt, z tą jego radością bycia podwójnym. Mruka pokochałem od razu.

 

Kolejny, tym razem już całkiem wyrośnięty plus, popłynął za konstrukcję, udane i bardzo ładne przeplecenie wątku malarki i jej obrazów, cyklu o ‘snach drzew’ (w zimie!), szklanka i burza, niechęć do zimy i wyjazdy na południe a duchy drzew wędrujące z ptakami w ciepłe kraje. Ech, żebym ja tak umiał.

 

Z plusa zrobił się potężny PLUSIOR, z ogromną koroną, szumiącą zielonymi plusikami, gdy wskoczyłaś do Afryki. Pełny cykl, od wiosennej burzy, po zimę, zamknięty w różnych scenach tego tekstu bardzo ładnie podkreśla ową harmonię i kolejne, niezmienne kroki dzieci Leszego i Jagi pośród pór roku. Dziewuchy, które przez pijaństwo z baobabami przedłużają zimę, to wręcz archetypowe trzpiotki-podlotki – śliczne. No i wstydliwa choroba po baobabich imprezach… :-D

 

I wreszcie cały, wielgachny PLUSODROM za bardzo nienachalne, bardzo subtelnie podany morał, przekaz tekstu, za splątanie ludzi z powrotem z naturą. Bałem się łopaty, a tu proszę, świetnie skomponowane danie.

 

Uważam, że to bardzo dobre opowiadanie.

 

A dobra, ulżę sobie.

(Jajku, pomiłuj)

 

Kurwa, szkoda go na portal.

 

 

:-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Kurwa, szkoda go na portal.

To żeś się, Psychofishu, dobrał z moją siostrą :D. Odpowiem Ci to, co powiedziałam jej, kiedy kłóciłyśmy się o publikację tekstu na portalu:

Ja po prostu wierzę w to forum. Nazwij to zapałem neofity lub naiwnością głupiej, nieprzystosowanej społecznie baby, która spędza dużo za dużo czasu w towarzystwie zwierząt i kompletnie walniętej córki, ale… W ciągu nieco ponad 4 miesięcy, które spędziłam na portalu, poznałam mnóstwo fantastycznych ludzi, tak autorów jak i czytelników. Zapaleńców, poświęcających wolny czas, aby zupełnie bezinteresownie poprawiać błędy, komentować, doradzać, recenzować oraz, zwłaszcza ostatnimi czasy – ulepszać portal. Wyniki tych wysiłków (również Twoich) już są widoczne: redakcja wydaje się odwiedzać forum częściej, piórkowe opowiadanie polecane są na stronie facebookowej NF, ostatnio Jerzy nawet skomentował opowiadanie Gravel! Mam nadzieję, że sytuacja będzie się tylko polepszać a „Korzenie” popłyną na tej fali. A jak nie… Cóż, dostanę kolejną nauczkę do mojej nieustannie rosnącej kolekcji :D

Zupełnie abstrahując od tego, że ja naprawdę nie sądziłam, że mój tekst aż tak się spodoba :D. Bawiłam się przy pisaniu „Korzeni” świetnie (no, może z wyjątkiem sceny śmierci Mruka), co biorąc pod uwagę moje dotychczasowe doświadczenia, oznacza, że opowiadanie nie zostanie przyjęte aż tak ciepło :D

Poza tym – po publikacji „Zanim spadnie pierwszy śnieg” obiecałam Adamowi porządną historię o córkach Leszego. Będąc zupełnie beznadziejnym przypadkiem społecznego nieprzystosowania, zawsze dotrzymuję słowa.

 

Uff… ale się rozpisałam! Z tego wszystkiego zapomniałam podziękować za Twoje odwiedziny, komentarz i dobre słowa – dzięki, Psychofishu! Bardzo, bardzo się cieszę, że Korzenie przypadły Ci do gustu!

Sława!

 

Hmm... Dlaczego?

No, ja się cieszę, że mogłem je przeczytać, ale wydaje mi się, że czytam coś, co z przyjemnością łyknąłbym  i w druku :-)

 

Dobra robota, Drewian! A jak już coś obiecasz Adamowi, to lepiej dotrzymuj słowa… :-D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Psycho, jeszcze się może okazać, że Drewian nie taka głupia, jakby to według niej wyglądało. A nie pomyśleliście, że tekst może zostać posrebrzony, ha? Wtedy dopiero będzie się działo!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

To ja, podobnie jak Zalth, ostrożnie przyznam, że nie do końca moje klimaty. To znaczy chyba za delikatne troszku. Nie przeszkadza mi to jednak w dostrzeżeniu zalet. Napisane jest naprawdę ładnie, tak baśniowo i plastycznie. Przeplatanie się wątków też bardzo mi się podobało. Polubiłam bohaterów, w tym wielokrotnie w komentarzach wspominanych Mruka i Szyszka, ale chyba najbardziej Jagę. Tekst niewątpliwie ma urok i nawet u nie-całkiem-targeta zostawił wrażenie pozytywne :)

 

Bemik! Nawet nie mów takich rzeczy!! Jeszcze zapeszysz!!! wink
 
Teyami – dziękuję za przeczytanie, dostrzeżenie zalet i komentarz! Trochę nieskromnie, ale zgodzę się, że Jaga zaiste wymiata laugh (ale też, jak ma nie? W końcu Bogini jest!)

Hmm... Dlaczego?

Ja zapeszę? Drewian, ja jestem czarownica – przywołuję i zaklinam mc!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik! To czaruj! czaruj, moja Ty najmilejsza! :D

Hmm... Dlaczego?

>> ale niesforna opowieść nie chciała się inaczej utkać. <<

No i bardzo dobrze, że nie chciała. Dostałem piękny patchwork ze zharmonizowanych ze sobą wielkościami i barwami kawałków, patchwork składający się na nierozrywalną całość. Nieco żartobliwie dodam, że całość przedstawiającą stosunek człowieka do przyrody w tak zwanym przekroju wieków – czego się trzeba w trzech czwartych domyślać, ale żadna to wada, bo żadna w tym trudność.

Bardzo podoba mi się zróżnicowanie charakterów i funkcji starych, wiecznie żywych bóstw przyrody. Żadne nie zajmuje się wszystkim i wszystkimi, przeciwnie, wybiórczo – i z pewną dozą selekcji, jak to w naturze. Malarskie wizje drzew, upijających się burzą… Całość zamknięta tak zwanym akcentem optymistycznym – jeszcze nieudolnie, jeszcze schematycznie ludzie do tego podchodzą, ale to dopiero początki…

Mój komentarz jest bardziej opisem wrażeń, niż merytoryczną oceną tekstu, ale uważam, że tekst oparty właściwie na samych grach emocji – fabuła jak gdyby służyła tylko za pretekst do zmian czasu, miejsca i postaci – jak gdyby, powtarzam dla podkreślenia, że to pozór – pod takim kątem najwłaściwiej oceniać.

Autorko, kłaniam się w podziękowaniu za to, że nie boisz się tak pisać. To coraz rzadsza cecha…

Niestety, dysponuję tylko jednym głosem na TAK…

Najbardziej podobała mi się historia podróży wilka i sosnowego ducha i śmierć wilka u korzeni drzewa – to miało w sobie pazur pierwotności. Reszta do mnie mniej przemówiła. Odniosłem przede wszystkim wrażenie, że cząstki o ludziach stylistycznie nie różnią się zbytnio od cząstek o lesie – a nadto że wszyscy zasadniczo mówią i myślą w ten sam, jednak raczej ludzki, sposób. 

I po co to było?

AdamieKB – ​to ja się bardzo cieszę, że Cię opowieść nie zanudziła i nie zagubiła (tak w czasie jak i w patchworkowych fragmentach). Co do pisania w ten sposób – hihi! Obawiam się, że to nie moja pisarska odwaga, ale brak umiejętności :D Początkowo “Korzenie" miały być pełną akcji (nawet sceny walki miały być) opowieścią o dzielnym Szyszku, ale ni cholery mi to nie wychodziło! Dlatego zdecydowałam się pójść na skróty i zrobić z opowiadania galerię obrazów zamiast filmu.

 

Syf.ie – napisałeś:

wszyscy zasadniczo mówią i myślą w ten sam, jednak raczej ludzki, sposób. 

Cudownie, że odebrałeś “Korzenie" w ten sposób. Dokładnie to właśnie chciałam przekazać! W końcu w życiu (tak ludzi jak i zwierząt czy roślin) chodzi w sumie o jedno: żeby znaleźć sobie jakieś miejsce na ziemi i trwać, wypełniając czas pomiędzy narodzinami i śmiercią tym co jest najbliższe naszej naturze. Jedni zajmują się polowaniem, inni malowaniem, rozmowami, podróżami, wychowywaniem dzieci, czy też zwykłym, tak bardzo niedocenianym, spokojnym byciem sobą – człowiekiem, wilkiem, drzewem lub irytującą jaskółką :D

Hmm... Dlaczego?

Dokładnie to właśnie chciałam przekazać!

 

; )

Mnie to trochę przeszkadzało, ponieważ w pewny momencie zacząłem odczuwać monotonię oraz brak jakiegoś zaskoczenia sposobem wprowadzenia kreatur. 

I po co to było?

syf.ie – w takim razie pozostaje mi tylko pogratulować sobie, że (w przypływie frustracji) okroiłam “Korzenie" do obecnej postaci. Na dwa dni przed publikacją było ponad 70 tys znaków – jakbym nie pocięła to by było jeszcze nudniej!

No i bardzo mi przykro, że musiałeś się zmierzyć z monotonią mojego opowiadania. Obiecuję – następnym razem bardziej się przyłożę! Pocieszam się, że przynajmniej historia Szyszka i Mruka się spodobała :D

 

Hmm... Dlaczego?

Kwestia gustu. Natomiast jeszcze raz powiem, że wspomniany wątek zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. 

I po co to było?

Dotarłem wreszcie, siemka!

 

Pierwsza rzecz, jaką zrobiłem po przeczytaniu tekstu, to sprawdzenie, czy mam jeszcze możność go wesprzeć głosem do piórka.

Nie mam, niestety.

 

Są błędy. Nadal. Nie jakoś bardzo dużo, zwłaszcza, że tekścior srogi w gabarytach, ale jednak dostrzegałem. Co chyba znaczy, że powoli zmieniam się z czytelnika w machinę. A to źle. Nie wyłapywałem ich jednak, wybacz proszę, bo… w sumie, bo nie, tak prawd mówiąc. Pamiętam tylko, że na samym początku trafiłem na zdanie, które zatrzeszczało mi jak konary uschniętego drzewa na listopadowym wietrze.

Ani malarka, ani pies nie zdawali się zauważać dobiegającego z głębi domu skrzypienia podłogi

Wydaje mi się, że popichciłaś składnię w tym zdaniu. Powinno być raczej tak:

Ani malarka, ani pies nie zdawali się (nie) zauważać dobiegającego z głębi domu skrzypienia podłogi

A jeszcze ściślej to powinni tego nie słyszeć.

Resztka, to już raczej drobnostki natury interpunkcyjnej (tych zdecydowanie najwięcej), jakieś drobne powtórzenia, gdzieś tam na pewno widziałem literówkę, gdzieś tam błędy przy zapisie dialogów. Nic bardzo złego.

 

Natomiast jeśli chodzi o fabułę, generalnie jest dobrze. Tyle, że niektóre motywy, choć w sumie splatają się w ładną całość, sprawiają jednak wrażenie upchniętych nieco na siłę – ot, choćby ten z duchami drzew na zagranicznym wywczasie czy z przygodą Szyszka z Rudym – przez co jakby niepotrzebnie rozciągają tekst (po Hobbicie jestem trochę za bardzo wyczulony na dłużyzny), a finał zaskoczył mnie o tyle nieprzyjemnie, że poważny, trochę może nawet mrukliwy Adam zasadniczo w niczym nie przypomina niespokojnego, wiecznie ględzącego Szyszka. Wesoła, trochę dziecinna Sławka też zdaje się być przeciwieństwem matronowatej Sławy (bo, jak się domyślam, to dusza lipy zamieszkała w ciele malarki? – innych komentarzy nie czytałem, zdaję się na własną umiejętność czytania ze zrozumieniem). O Mruczku nawet nie wspominam.

Aha, zapomniałem: UWAGA, PRZED CHWILĄ BYŁ PASKUDNY SPOILER!^^

Nie wiem, czy było to zamierzone, by pokazać, że uczłowieczenie w pewnym sensie wypacza naturę… natury, czy po prostu miało uchronić tekst – bądź czytelnika – przed zbyt wczesnym odgadnięciem finału, czy też jest to dopust boży (Jam jest Bóg Twój! Me imię: Autor!), ale mi ta zmiana osobowości nie podeszła.

Żal też motywu obrazów. Snujesz go, a zasadniczo wręcz uwypuklasz, przez cały ludzki wątek, a potem – nic. Abba Fatima, był motyw i ni ma. Szkoda, bo byłem ciekaw, co wyniknie z tego mega-aktu twórczego.

Co mi się podobało w tekście?

Artyzm języka i piękny, wręcz poetycki styl. Niektóre zdania, jak choćby to o wietrze i muzyce piorunów, po prostu zachwycają. Dzięki takim perełkom ofiarowałaś mi to, co w literaturze uwielbiam najbardziej: możliwość zachłyśnięcia się czystym pięknem.

Niektóre sceny były naprawdę piękne. Najbardziej podobała mi się ta, w której Wisła próbowała utopić Mruczka. Zarówno topielica jak i wilk wypadli po prostu genialnie

(Nawet jeśli jego kości spoczną na dnie rzeki, wciąż przecież pozostanie wilkiem. Znał pieśń watahy, pieśń pogoni i krwi. Jeszcze nigdy jej nie śpiewał, nie tak naprawdę, wszak był na to zbyt młody. Wiedział jednak, był pewien, że zaśpiewa ją po śmierci. Zaśpiewa ją rzece i tym przeklętym utopcom. Nauczy się oddychać wodą, nauczy się zapachu topielicy a potem znajdzie jej kości, wykopie je, wygryzie i wyrzuci na brzeg.)

Mistrzostwo. Zresztą chwilę później fragment o tym, jak Mruk wyje po raz – zdawałoby się ostatni – też bardzo piękny i smutny.

Rzadko zdarza się, by ktoś wykreował postać tak wyrazistą jak Twój wilk. W ogóle Mruk od początku do końca (no może nie do końca, ale jego psia wersja już się nie liczy) jest… Mocą. Pięknie opisałaś też jego przyjaźń z Szyszkiem. Scena powrotu przez rzekę, by przyjaciel mógł trafić do domu, jest nie tylko wzruszająca, ale też dobitnie potwierdza to co przed chwilą napisałem – prawdziwa Moc.

A przecież Mruk to nie jest jedyna naprawdę wyrazista postać w Twoim lesie.

Leszy też jest Pro. Łagodny stary bóg, którego spokojnie można by zdefiniować jako Mądrość. Zupełnie jak Fangorn.

Zasadniczo każda postać, której poświęciłaś nieco więcej uwagi, nabiera własnego charakteru – nieco oziębła, ale w gruncie rzeczy dobra Jaga, głupiutka Iwo, przerażająco słodka Wisła i wreszcie wiecznie niespokojny Szyszek, kochający wolność – a tego nie sposób nie docenić.

 

Znajomość słowiańskich wierzeń i swoboda, z jaką się nimi bawisz też robią spore wrażenie.

Podsumowując, naprawdę świetny tekst. Życzę Ci nie tylko tego, żebyś dostała za niego piórko, ale żeby było ono srebrne.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu! Kurczaki, żeś mnie normalnie powalił swoim komentarzem! Super, ze wpadłeś! A jeszcze lepiej, że, suma summarum, Ci się podobało!

Co do różnicy pomiędzy drzewnym i ludzkim Szyszkiem i Sławką – no, kurczaki, wylazło szydło z worka… Od momentu publikacji „Korzeni” śledziłam wszystkie komentarze, trzymając kciuki, że nikt nie zauważy! A raczej – że czytelnicy domyślą się, iż zmiana dokonała się, w pewien sposób naturalnie, na przestrzeni stuleci, pod wpływem czasu i dojrzewania osobowości. Gdyż – zgadzam się z Tobą, Cieniu, w zupełności. W formie obecnej „Korzeni” ewolucja postaci nie jest zarysowana porządnie.

Na kilka dni przed publikacją powyższy tekst liczył sobie ok 70tys znaków i wciąż się rozrastał. Pomysłów było mnóstwo, przygód i zwrotów akcji jeszcze więcej. Gdybym pisała dalej, niechybnie wyszłaby z tego powieść (której pewnie i tak by nikt nie wydał). W związku z tym, zaczęłam ciąć i tak powstały „Korzenie” w obecnej postaci. Pośród wywalonych znaków była również ewolucja Szyszka pod wpływem doświadczeń wojennych, jak również przemiana poważnej i rozsądnej Sławy w bardziej zrelaksowaną, cieszącą się życiem Sławkę.

Czułam się okropnie po wykonaniu tych cięć, ale nie wydaje mi się, że miałam inne wyjście. Gdybym nie powiedziała „Korzeniom” STOP, do tej pory rosłyby w siłę i prawdopodobnie wykończyły swoimi uściskami mój, i tak już dogorywający, wolny czas :D

Ponadto, jak już zgadłeś, nie mogłam mieć zbyt wiele dialogów w malarskim wątku opowieści, gdyż ujawniłoby to przedwcześnie zakończenie opowiadania.

 

Co do życzeń i piórek – buzia w ciup i nic nie odpowiadam (bo zapeszę)!

 

No i dzięki przeogromne za poprawki! W niedzielę może będę miała wolne popołudnie to wprowadzę zmianę w szyku zdania no i przejrzę jeszcze raz pod kątem zapisu dialogów, interpunkcji i powtórzeń.

 

Sława!

Hmm... Dlaczego?

Bardzo mi się podobało! 

I podobało by mi się jeszcze bardziej, gdyby było nie tak rozwlekłe. 

Uwagi RogerRedeye z 25.10.15, 19:33 o nadmiarze przymiotników – popieram.

“Pomimo styczniowego mrozu i śniegu za oknami, w przestronnym pomieszczeniu było ciepło i przytulnie. Zimowe słońce oświetlało ustawioną na środku pokoju sztalugę. Miarowe tykanie zegara i miękkie szuranie pędzla po płótnie odmierzały kwadranse sennej ciszy poranka. Kudłaty pies przysypiał, rozciągnięty w plamie słonecznego blasku a otulona wełnianym swetrem kobieta malowała w skupieniu. Ani malarka, ani pies nie zdawali się zauważać dobiegającego z głębi domu skrzypienia podłogi, akcentowanego od czasu do czasu nerwowym trzaskaniem drzwi szaf i szuflad komód. Poplamiony farbą pędzel zatrzymał się dopiero, kiedy zazgrzytała metalowa klamka a donośny męski głos wykrzyczał:” 

znaków: 679, słów: 93

 

Poza zgodą co do nadmiaru przymiotników mam parę moich uwag:

 

w pomieszczeniu było ciepło i przytulne  ↔  otulona wełnianym swetrem

 

miarowe tykanie zegara . . . . . . . . . . .  zegary chyba zawsze tykają miarowo?

 

szuranie pędzla ↔ malowała w skupieniu

Szuranie pędzlem po płótnie kojarzę raczej z bezwiednymi pociągnięciami szorstkim i suchym pędzlem. Jeśli malowała w skupieniu, to zapewne nie w ciemności, dlatego “oświetlanie” sztalugi zbędne. Poza tym, bezpośredniego oświetlenia sztalugi słonecznymi promykami profesjonalni malarze unikają jak ognia.

 

zauważyć skrzypienie i trzaski?

zauważyć – «patrząc, uświadomić sobie istnienie kogoś lub czegoś» 

może więc lepiej: zdawali się nie słyczeć

 

I jeszcze jedno:

donośny męski głos wykrzyczał: 

hm… wolałbym:

rozległ się męski krzyk: 

Summa sumarum pozwoliłem sobie na następujący skrót:

“Pomimo styczniowego mrozu i śniegu, w przestronnym pomieszczeniu było ciepło i przytulnie. Tykanie zegara odmierzało kwadranse sennej ciszy poranka. Kudłaty pies, rozciągnięty leniwie w smudze słonecznych promieni, przysypiał. Siedząca przed ustawioną pośrodku pokoju sztalugą kobieta pociągała w skupieniu pędzlem po płótnie. Ani malarka, ani pies zdawali się nie słyszeć dobiegających z głębi domu skrzypnięć podłogi, trzaskania szufladami i drzwiami szaf. Ręka kobiety zastygła w bezruchu dopiero wtedy, kiedy zgrzytnęła klamka i zza uchylonych drzwi rozległ się  męski krzyk:”

znaków: 579, słów: 78

 

Nastrój opowiadania jest crème de la crème :)

 

 

 

No to bardzo się cieszę, że się Tobie podobało, Ginogi!

Co do pierwszego akapitu – kurczaki, no ma akapit przekichane. Nic tylko wszyscy chcą go ciąć i skracać :D Ale – zupełnie serio – absolutnie rozumiem Twoje zastrzeżenia (poza tym, że szczerze je doceniam!). W niedzielę planuję przysiąść i popracować jeszcze nad tekstem, to pewnie znów trochę przymiotników poleci :d

Poza tym, bezpośredniego oświetlenia sztalugi słonecznymi promykami profesjonalni malarze unikają jak ognia.

Kurcze, no nie wiedziałam! Kolejny dowód na to, że jak się na czymś człowiek nie zna, to nie powinien o tym pisać :D. Pewnie dlatego, jak pisała Finkla, malarze mają pracownie od północnej strony. Zupełnie z ciekawości – czy wiesz może dlaczego? Czy słońce jakoś uszkadza płótna/farby? Czy tez chodzi o coś innego?

Hmm... Dlaczego?

Owszem, nadmierne promieniowanie ultrafioletowe niekorzystnie wpływa na farby, podobnie jak i na Twoją skórę angry. Ale to nie o ten problem tu biega, chyba że twoja malarka miałaby się męczyć z obrazkiem przez co najmniej parę miesięcy, a słoneczko zastygłoby na nieboskłonie i zapominając o obowiązkach oświetlałoby cały czas to samo miejsce… (O! Proszę, i już mamy temacik na opowiadanko SF :-)) 

Przyczyną unikania bezpośredniego światła słonecznego są ostre cienie, które uniemożliwiają bierzącą kontrolę procesu malowania. Ostre cienie: pędzla, ręki artysty, całej jego postaci…

Dlatego najlepsze pracownie mają okna od północnej strony! Ale okna duże, zapewniające dużo rozproszonego światła.

Okna od południa od biedy też mogą być, ale trzeba je zasłaniać materiałem rozpraszającym światło. Takie rozwiązanie powoduje, że artysta “odcina się” od ślicznych być może widoczków… no ale może i dobrze, bo wtedy może skupić się na tworzeniu… smiley

Dzięki, Ginogi! Człowiek jednak uczy się całe życie!

Hmm... Dlaczego?

Jak zwykle spóźniona, przeczytałam z przyjemnością. Świetnie kreujesz bohaterów, bo każdy, nawet drugoplanowy, jest pełnokrwisty, charakterny, bardzo ludzki (szczególnie drzewa;)). Mniej podobała mi się klamra, tzn. malarka i jej mąż są tacy bezpłciowi w porównaniu z barwnymi mieszkańcami lasu. Jak dla mnie historia mogłaby toczyć się bez nich, choć rozumiem, że są kluczowi dla przesłania. Strach pomyśleć o wnukach, skoro Żywia nie ma już dusz.;) Motyw z pożegnaniem topiącego się Mroka z watahą przypominał mi zawołania klanów albo harcerzy, mają sznyt rycerski te Twoje wilki.:) Za to drzewa odebrałam jako prawdziwych artystów, taką młodopolską bohemę – skojarzenia to moje przekleństwo.:D Piękna historia, aż chce się poczytać więcej.

Super, że zajrzałaś, Rooms! I jeszcze lepiej, że Ci się nie dłużyło!

Bardzo się cieszę, że postacie przypadły Ci do gustu, oraz, że odebrałaś je jako bardzo ludzkie. Właśnie o to chodziło!

Co do rycerskich wilków – ja jestem po prostu zakochana w tych zwierzętach. Są odważne, nieugięte, wierne swoim towarzyszom. Moim skromnym zdaniem, są one (oraz psy) lepszymi, bardziej ludzkimi (w sensie humanitaryzmu a nie biologii) osobami niż przeciętny człowiek.

Hmm... Dlaczego?

Ja również przeczytałem z przyjemnością, ale też pewnym niedosytem. Kiedy zacząłem czytać, pomyślałem “oho, zaczyna się ciekawie”. Ciut dalej: “no no, ciekawe, do czego to wszystko prowadzi!”. No i… no i pod koniec stwierdziłem, że nie bardzo dokądkolwiek :( Sam finał oczywiście spinał obie części i był krokiem w dobrą stronę, ale jak dla mnie – niewystarczającym. Zabrakło chyba konkretniejszego łuku fabularnego (zwłaszcza w części słowiańskiej).

Mimo to czytało się, jak już wspominałem, miło. Zręczny język, fajnie wykorzystujący słowiańską/zwierzęcą estetykę. Ale nad interpunkcją to Ty popracuj ;)

Tym niemniej gratuluję piórka :)

 

I zastrzeżenie: “mszyce twoja mać” (i podobne). Samo wstawienie mszyc bardzo fajne, ale w tej postaci nie ma sensu. Chyba “mszyca twoja mać” – matką jednak może być tylko jedna mszyca naraz. No chyba że życzysz mszyc przodkom adresata, to wtedy “mszyce twoją mać” ;)

„Widzę, że popełnił pan trzy błędy ortograficzne” – markiz Favras po otrzymaniu wyroku skazującego go na śmierć, 1790

No to bardzo się cieszę, że Cię nie zanudziłam Diriadzie!

Co do logiki przekleństw –​pozwolę sobie powstrzymać się od rozważania stosunków rodzinnych mszyc. Bo wiesz, biorąc pod uwagę liczebność potomstwa tudzież stopień skomplikowania cyklu życiowego tych robaczków, musielibyśmy rozważyć nie tylko macierzyństwo biologiczne, ale również, że tak powiem, psychologiczne czy też wynikające z dzielenia jednej gałęzi/liścia :D

Hmm... Dlaczego?

Bardzo ciekawy pomysł. Co prawda moje oczy krzyczą już na samą myśl czytania tak długiego tekstu na komputerze, to jednak udało mi się je zmusić do przeczytania  większej części. Ten świat zwierząt i roślin jest niesamowity, jak z moich dziecięcych marzeń. Dla mnie to udany powrót do czasów, kiedy miałam osiem lat.

A i przepraszam za tak późne komentowanie, ale wcześniej nie zauważyłam przycisku “zapomniałeś hasła?” i męczyłam się z szukaniem starego przez dłuuugi czas.

Zdecydowanie najsilniejszym atutem jest tutaj klimat – jest fenomenalny, aż czuć zapach lasu! I przesłanie, nienachalne, a piękne, bardzo mi bliskie. Mnie szczególnie poruszył fragment o wycince – zwłaszcza, że właśnie przeżywam takie karczowanie drzewek za moim oknem pod budowę bloku ;(

Wplotłaś tutaj mnóstwo drobnych, zabawnych i przesympatycznych motywów, które razem tworzą wspaniałą, kojącą opowieść. Zakończenie ładnie wszystko spina i zaskakuje – w Sławce domyślałam się duszy drzewa, ale Szyszek był dla mnie absolutną niespodzianką, Mruk też. Bardzo mnie to uśmiechnęło na koniec :)

Jeśli chodzi o sugestie, to zgodzę się z Diriadem – zabrakło mi jakiejś głównej osi fabuły, czegoś, do czego całość miałaby dążyć i przez pewien czas obawiałam się, że będą to tylko takie luźno powiązane ze sobą obrazki. 

Późno, ale cieszę się, że w końcu przeczytałam :)

Wybacz Drewian, że lakoniczny komentarz, ale po prostu kręci mi się jeszcze w dyńce. Wyjątkowe, bajkowe, megaklimatyczne opowiadanie. Ugh… muszę zrobić ze sto pompek, żeby wrócić do rzeczywistości. Jak ja to zrobiłem, że nie czytałem wcześniej, hmm… O_o

Gratuluję!

Tekst nie wciągnął mnie na sto procent jak pozostałych, a szkoda. Mimo wszystko doceniam i język, i malowniczość, i wszystkie smaczki i niezłe zakończenie. Tak naprawdę, jakbym na to nie spojrzał, to naprawdę dobre opowiadanie, z którym się chyba trochę rozminąłem.

Tekst przeczytałam z zainteresowaniem, gdyż temat lasu ujęty został w sposób niezwykle interesujący. Długo czekałam, za nim się za nie zabrałam, ale nie żałuję. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Bardzo, bardzo przepraszam za tak późną odpowiedź. Od ponad miesiąca nie miałam czasu, aby zajrzeć na portal, dopiero nadrabiam a jeszcze na dodatek, cały czas dochodze do siebie, po tym jak zobaczyła Korzenie w pierszej dziesiątce portalu!!! Dzięki! Dzięki! Dzięki!

 

Agato – bardzo się cieszę, że pomimo długości tekstu, Twoim oczom starczyło siły na większość :D. Cieszę się tym bardziej, że udało mi się zabrać Cię do świata marzeń!

 

Werweno – super, że przeczytałaś i super, że Korzenie sprawiły Ci radość. Pochwały z Twoich ust (a raczej pióra), są dla mnie tym bardziej cenne, że to między innymi Twoja twórczość zainspirowała mnie do zastosowania narracji opartej na obrazach a nie akcji. Dziękuję!

 

Blackburn – wybaczam! Kurczaki, zaraz i mi się w dyńce zakręci od tych pochwał!

 

Zygfrydzie – cieszę się, że pomimo „rozminięcia”, doceniasz Korzenie – Twoja pozytywna opinia wiele dla mnie znaczy!

 

Morgiano – fantastycznie, że nie żałujesz! Dziękuję za przeczytanie!

Hmm... Dlaczego?

Czytałem to chyba w którymś z czasopism, ale zapomniałem skomentować. Podobało mi się bardziej od betowanej kiedyś Szeptuchy. Jest dobrze, a największym plusem jest tło. Chciało się czytać. Podziwiam, że dokładasz kolejne cegiełki do wymyślonego już świata.

Cudowne! Kupiłaś mnie już początkiem. Malarka, mitologia Słowian, las i humor :) Czego chcieć więcej? Czuję się oczarowana. Nie znam się za bardzo na pisaniu, ale uważam, że Ty robisz to świetnie. Opisy, dialogi, wszystko takie niewymuszone i zgrabne. Gratuluję talentu, pomysłowości i wykonania :)

Ładne :)

Nowa Fantastyka