- Opowiadanie: Archanioł - Horoskop Stężenia Pośmiertnego

Horoskop Stężenia Pośmiertnego

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Horoskop Stężenia Pośmiertnego

Dla typów mego pokroju szpital śmierdzi tylko trupami i ziołami. Zupełnie jakby nos podporządkowywał się wewnętrznym fetyszom. Właściwie to zawsze czułem się, jakbym wchodził do kostnicy, w której ludzi przymuszano do śmierci.

Zastaje mnie pochylonego nad jej ciałem. Zastyga na chwilę, w ataku zdziwienia i naciera szybkim:

– Co pan tu robi?

Daję przebrzmieć agresywnej nucie.

– Rigor Mortis. – Nie rozumie; odchylam się. – Stężenie pośmiertne. Mięśnie, począwszy od górnych partii ciała, zastygają. Ciało nie wytwarza ATP, zużycie jego zasobów powoduje powstanie aktynomiozyny. Wtedy też mięśnie doznają skurczu. W tym wypadku to stężenie kataleptyczne. Znaczy się, natychmiastowe.

– Zaraz, chwila; co to ma znaczyć? – dopytuje się.

Zamieram na chwilę.

– Czego nie zrozumiałeś? ATP? Aktynomiozyny?

– … siostro! Siostro!

Przylatuje, zdyszana, w podkolanówkach. Typowa kwoka – o wymiarach znacznie przekraczających granice wstydu.

– O co chodzi? – jąka.

– Proszę zabrać stąd tego mężczyznę!

– Ale jakiego mężczyznę?

– Tego! W płaszczu! Noż kurwa, człowiek tu siedzi, a pani nie widzi!?

– Nie człowiek – poprawiam. – I nie widzi.

– Nikogo nie widzę – potwierdza me słowa pielęgniarka i niepewnie podchodzi do łóżka.

Podczas gdy ona krząta się przy aparaturze, ten wpatruje się we mnie jak w fatamorganę.

Zastanawia się chwilę i uderza w najbardziej tandetną nutę.

– Jesteś śmiercią?

Wzdycham. Pielęgniarka patrzy na niego, jak na wariata.

– Odradzam dyskutowanie ze mną, póki ona tu jest – mówię. – Ja sobie pójdę po herbatę, a ty pozbądź się tej… kwoki.

Macham dłonią, wstając i wychodząc. Na zewnątrz ruch nieco zmalał. Czasem tylko przebiega orszak ratowników, otaczających nosze z rannym, a za nimi anioł o zaczerwienionych oczach. Jaka wiara, taki kram – mówię sobie. Skrzydlatych jest tu zdecydowana większość. Jednak mimo dominacji chrześcijaństwa, widzę obrazki rodem z greckiej tragedii. A to w kącie umiera podstarzały, tłusty anioł, pieprzący coś o dekadentyzmie. Najwidoczniej ktoś utracił wiarę w boską opatrzność i modlitwę do anioła stróża potraktował w kategoriach dziecięcej zabawy. Na nieszczęście tego tłuściocha – nic mnie to nie obchodzi. Kupuję sobie herbatę z automatu, wsypuję cukier i patrzę jak słodkie opiłki wsiąkają w płyn. Kubek jest plastikowy, w sam raz by wylądować w plastikowym koszu z foliową torbą. Ściany dookoła tak samo do dupy – pomalowane za pół darmo. Podłoga wyłożona krzywą terakotą. Sufit z pajęczyną pęknięć. Donice z kwiatami i automaty na kawę – ten sam syf, plastik i plastik. Cały szpital to wysypisko.

Przyszli lekarze, kazali podpisać mu parę dokumentów. Zdobywa się na zygzak sparaliżowanych rozpaczą dłoni. Wzruszają ramionami.

– Wszystko stracił. Najpierw dom, ukradli mu samochód, teraz żona… tragedia – plotkuje lekarz z tyczkowatą pielęgniarką.

Błogosławię ich środkowym palcem i dopijam herbatę. Tego typu chwile uczą mnie nowych rzeczy. Przede wszystkim – cierpliwości. Tej rozdaję teraz garściami, jak idzie, na prawo i lewo. Będąc pieprzonym bastionem uległości wpatruję się w łóżko ze zmarłą. Czekam na właściwy moment. Na decathexis. Nie trudno je zauważyć. Ludzie zazwyczaj siadają wtedy zrezygnowani, pozornie zmęczeni. Ich ciało rozpłaszcza się na fotelach, krzesłach, łóżkach.

To dźwięk skrzypiącego oparcia nakazuje mi działać.

– Naprawdę ją kochałeś – mówię powoli, materializując się po drugiej stronie łóżka.

Wzdryga się, ruchem oparzonego.

– Oszalałem – stawia sobie diagnozę.

– Nie. Wręcz przeciwnie – zapewniam go spokojnym tonem.

Kuli się, nagle zbiera w sobie. Targają nim sprzeczne emocje. Ich zapach przebija nawet, wyczuwalny tylko dla mnie, smród trupa.

– Czy masz z tym coś wspólnego?

Ręką wskazuje żonę. Uśmiecham się. Przerażam go jeszcze mocniej. Cóż, wiem jak to wygląda.

– Mattias. Chcę ci coś wyjaśnić. Nie jestem tu z miłości, czy jakiegokolwiek innego górnolotnego uczucia. Jestem egoistą. Nie pytaj więc dlaczego tu jestem, bo to nie twój interes. Ale. – Wskazuję ją palcem. – W ramach dobrej woli wiedz, że z szanowną panią Margaret nie miałem nic wspólnego.

Nachyla się i konspiracyjnym szeptem, pyta:

– Jesteś aniołem? – Kręcę głową; odchyla się. – Przyszedłeś po moją żonę, tak? Zabrać jej duszę?

Palcami masuję nos.

– Ja nie przychodzę w sprawie jej śmierci. Tylko twojej.

– Że co?

Unosi się, powoli, budząc uciszony przed chwilą gniew.

– Ty… – brzmi jego wstęp do przekleństw.

Oczyma zataczam krąg. Doskakuje do mnie zza łóżka. Ale nie sięga celu. Przypieprzam mu tak mocno kubkiem po herbacie, że zatocza się do tyłu. Podchodzę, chwytam za kołnierz i usadawiam na krześle.

– Po pierwsze. Zapamiętaj: gdy król wstaje, poddany ryj na ziemię daje.

Wybałusza oczy.

– Po drugie. Nie będę pierdolił się z tobą jak matka z gówniarzem. Więc słuchaj. Gdy miałeś trzy lata pocałowałeś żabę, bo liczyłeś, że zmieni się w księżniczkę. Gdy miałeś dziesięć, macałeś cycki sąsiadki. W wieku lat trzynastu prałeś się z najładniejszą dziewczyną w klasie i chodziło to za tobą parę miesięcy. Gdy miałeś siedemnaście zaliczyłeś pierwszy raz, z gotką na koncercie. Wyrwałeś jej kolczyk i myślałeś, że wsadzi ci go w dupę!

– Jesteś…

– Nie, kurwa, nie jestem śmiercią, ani aniołem, ani niczym podobnym! Jestem Rigor Mortis, a ty, tchórzu musisz sobie wszystko przy-po-mnieć!

Wyrywam go z siedzenia, stawiam na nogi. Podziwia roztwierający się przed nim świat z ustami wyrzuconej na brzeg ryby. Mieli powietrze, próbując coś wydukać. Wypadamy na zewnątrz, robiąc zamieszanie wśród ludzi. Pociągam go przed tłustego anioła.

– Widzisz go?

Mattias kręci głową.

– Ja pierdolę, ja pierdolę – szepczą w tym samym czasie.

Ze wściekłością popycham go dalej, w stronę oddziału intensywnej terapii. Tam wpadamy w kłębowisko wielkich, archanielskich skrzydeł. Gabriel spogląda na mnie, jak na idiotę. A ja, jak na idiotę przystało, stawiam Mattiasa przed nimi.

– Widzisz go?

– Ja… – duka, próbując coś powiedzieć.

Jego źrenice nagle zwężają się. Robi krok w tył. Widać, że zaparło mu dech w piersiach.

– Rigor – szepcze Gabriel. – Czy ciebie pojebało? Wypierdalaj mi stąd, bo zobaczysz co to znaczy chrześcijańska dominacja.

– Czy to był anioł? – duka z siebie Mattias chwilę później.

– Tak. To był Archanioł Gabriel, obok stali Michał i Rafał. Odwiedzali umierających braci.

– Przecież tam były dziesiątki skrzydeł!

– Brawo. Tak się akurat składa, że przez oficjalne potępienie kultu innych archaniołów, kościół wszystkich niemal doszczętnie wyrżnął. Jeden jedyny Uriel, o którym ktoś czasem wspomni, potrafi chodzić. A reszta? Przybite do łóżka dziady.

– Ale dlaczego? Dlaczego ja to widzę?

Przez chwilę kłuję wzrokiem sufit.

– Bo nie jesteś człowiekiem.

– Znaczy się aniołem?!

– Żadnym, kurwa, aniołem! Jesteś bytem! Żadnym człowiekiem, tyle, po prostu.

– Znaczy się, skoro anioły istnieją…

Strzelam go w łeb.

– Debilu. Idioto. Ty sobie nie dedukuj, bo nie mam czasu.

– Więc po co tu jesteś? – pyta, trzymając się za szczękę.

– By przypomnieć ci, drogi kolego, że przez twoje wygnanie, twoje przejście do podziemia, twoją dobrowolną amnezję, przestałeś starać się o wiernych. A gdy ty przestajesz starać się o wiernych, powoli, krok po kroku, umierasz. Najpierw twój świat, a wraz z nim ty.

– Więc nie przyszedłeś mnie zabić? – pyta.

Patrzę na niego dostatecznie długo by chciał uciec.

– Nie. Przyszedłem dać ci w pysk, byś się opamiętał. Że twoja ucieczka, nie zwalnia cię z zasady.

– Jakiej zasady?

Pochylam się.

– Że bez wiernych, nie istniejesz, bożku.

 

Idziemy ulicami miasta. Cały czas zastanawiam się gdzie podążyć. Role się odwracają – tym razem to ślepy prowadzi psa. Mattias nie odstępuje mnie na krok. Przedzieram się przez zaułki, tworząc plany, szukając informacji. Podnoszę gazety, łapię zużyte czasopisma. Z każdą stroną przybywa mi celów. W końcu siadam na ławce przy wysokim biurowcu w centrum. Mattias przysiada obok i patrzy, jak moje dłonie drą gazety.

– Rigor.

– Hm?

– Co ty robisz?

Mattias nie jest pierwszym wścibskim, któremu uratowałem tyłek. Właściwie każdy, dopiero co uświadomiony, oświecony wręcz, wykazywał niezdrową fascynację. Moją osobą.

– Horoskop.

– Nie rozumiem.

Zajęty, machinalnie odpowiadam.

– Kleję losowe słówka z gazet. Akurat mam to szczęście, że zawsze przeczytam coś wartego uwagi.

– Wyjdzie ci bełkot!

– Nie, nie, chłopcze. Nie mi.

Układam kolaż, aż zyskuję satysfakcjonujący mnie kształt.

– Co to jest? – pyta zdziwiony.

– Armin Deillere. Lucius von Klopsky. Arnold Rudin.

– Ale…? Co to…? Co ty robisz?

– Pracuję.

– Mordujesz?

Milczę. Uderza w drugą strunę.

– Ratujesz takich jak ja?

Powoli przytakuję.

– Między innymi.

– Po co?

Mrożę go wzrokiem, jednak nie przestrasza się. Dookoła nas jest tak szaro, tak fatalistycznie i nijako, że trudno przeląc się takiego spojrzenia. Niby jak, skoro całe to przerażenie zawiera się we wszystkim wokół. Tutaj domy są jak po apokalipsie. Mieszkania niczym klatki. Każdy żyje w swoim betonowym uniwersum, uwięziony, stłamszony, wtłoczony. Prowadzi puste życie w pustym świecie, hoduje następne pokolenia pustych ludzi i żywi się nadzieją, że to ma sens. Ale w takie wieczory jak ten – wątpi. Chwyta za piwo, wódkę, narkotyki, byle przerwać olśnienie i zresetować swe gówno warte życie.

– W ten sposób zarabiam na egzystencję.

– Nie rozumiem.

– A ja nie jestem informacją turystyczną.

– Rigor, proszę.

– Ani spełnieniem próśb.

– Rigor…

Szarpię go za kołnierz, wsadzam na ścianę. Wisi jak kukła.

– Mam dość twego memłania, rozumiesz? Spierdalaj przeżywać swe objawienie sam i ratuj swoją dupę. Nie masz wobec mnie długu wdzięczności, ani niczego innego. – Opuszczam go, spoglądam w oczy. – Zapomnij że istnieję. Akurat twoja wiara nie jest mi potrzebna.

 

Stężenie pośmiertne to tylko jedno ze znamion śmierci. Były jeszcze plamy opadowe: sino-wiśniowe lub żywoczerwone zabarwienia ciała pojawiające się w wyniku ustania czynności serca i opadania krwi. Ciało zostaje pozbawione płynów, jego wewnętrznego pokarmu. Zakręcają wodociąg – może to lepiej do ciebie trafi. Pojawiają się po 20-30 godzinach – drobne plamki, głównie na karku i małżowinach usznych. Chyba że denat zmarł nagle – wtedy szybciej. Gdybym cię teraz zabił, miej pewność, że zanim by cię pochowali twoje ciało miałoby takie ozdóbki.

Świat, jak już zapewne wiesz, ma swoje prawa. Wy ludzie kształtujecie swoje, my zaś posiadamy własne. Albo własną, jedną jedyną, złotą zasadę. Bez wyznawców nie istniejesz. Ja, Rigor Mortis, istnieję dzięki tej opowieści. Czyli również dzięki tobie. Wierzysz we mnie – wystarczająco bym istniał. Co więcej, jeśli jeszcze to do ciebie nie dotarło – mam zadanie do wykonania. Więc, jeżeli odważysz się przestać czytać, będę zły. Nie łudź się. Nie jesteś jedyną osobą, która teraz to robi. Nie zabijesz mnie zamknięciem oczu. Może i będę słabszy, gdy to zrobisz, ale przetrwam.

I przyjdę po ciebie.

I, kurwa, lepiej w to uwierz.

 

Muszę jechać metrem – a tego bardzo, bardzo nie chciałem. Dlaczego? Mogłem być niewidzialny, ale ludzie tutaj dają mi taką bombę eteryczną, że zataczam się jak ćpun. Bóstwa, jak oni śmierdzą śmiercią, przemijaniem, gównianym żarciem. Mój nos opycha się ich chorobami, rakami, zdradzieckimi schorzeniami. Metro jest szwedzkim stołem. Tyle że to padlina, chodzące trupy.

Tymczasem ja poluję na Gwiazdojebców.

Wiem, że wszystko ma swoją strukturę. Że w całym świecie pokutuje przekonanie, że hydrze trzeba uciąć łeb, a reszta sama się dokona. Tym razem jednak chcę przejść po nitce do kłębka. Zlikwidować płotki, później grube ryby, na koniec zostawić drapieżników. Mam plan. Ale nie mam nazwisk.

W tym miejscu z pomocą przychodzi opatrzność. Przypadek nie rządzi nawet gazetami, które wałęsają ci się pod nogami. Wystarczy wylosować parę porwanych fragmentów i już, masz co chciałeś.

Armin Deillere. Kanadyjski potentat na rynku mediów. Obrażony na papieża, demonizujący kościół. Założył nawet siatkę researcherów, którzy mają za zadanie szukać ludzi molestowanych przez księży, skrzywdzonych przez egzorcystów. I tak dalej, tak dalej.

Lucius von Klopsky. Urodzony w RPA, dziennikarz, przeciwnik rasizmu. Organizator licznych akcji promujących tolerancję. Także tą seksualną. Jednocześnie dealer narkotykowy. Jego prywatna telewizja stała się miejscem kaźni dla konserwatywnych polityków.

Arnold Rudin. Sportowiec, playboy. Pochodzi z Albanii, zaczynał w Rumunii, dziś gra w Rosji. Ma trzy burdele w samej Moskwie. Przydupas Klopsky’ego, który promuje go ponad miarę.

Wszyscy bez wyjątku – osoby poważane, często przytaczane, obserwowane. Pojawiające się na liście Forbesa, albo udzielające wywiadów znanym telewizjom. Dziś natomiast spotykająca się w jednym miejscu, na jebo-imprezie. Ludzie myślą, że ich dzisiejsze autorytety, bądź jak ktoś to ujął – idole – to rycerze bez skaz. Powiedzmy więc, że jestem tym złym co poluje na dobrych. Naprawdę, nic mnie to nie obchodzi. Ważne by historia toczyła się dalej.

Arnold wydaje się naturalnym celem numer jeden. Dlatego zamiast kulturalnie wysiąść z metra, rozpędzam się i wylatuję przez drzwi z tyłu. To żadna sztuka. Po prostu nie postawili przystanku tam gdzie miałem wysiąść. Otrzepuję się z pyłu i jestem pewien, że ktoś mnie zobaczył. Dobrze, niech nie zapomną. Niech pamiętają o dziwnym facecie z metra.

Ruszam dalej, tunel ma liczne drabinki prowadzące na powierzchnię. Korzystam z jednej z nich i wyskakuję na ulicę. Cisza, pusto. Ale już na następnej – wieczorny ruch, szczyt powrotów do betonowych światów. Podbiegam, zeskakuję niżej. Most ma setki rur, tysiące żelaznych kości. Łapię się i przeskakuję dalej, aż docieram do środka. Wiem, gdzie jest Arnold. Jego Tuareg wściekle odróżnia się od tłumu niskich, miejskich miast. Świat lamp, zieleni walczącej z czerwienią. Jak narkotyk, jak dragowy rajd.

Gdy jest tuż przed, pojawia się czerwone światło. Chce przejechać, ale opadają szlabany. Most podnosi się.

– Witaj w moim świecie, Arnie.

Trzymam się mostu, aż wyniesie mnie wzwyż. Gdy zastyga wysoko, mogę stanąć na jego czubie. Spaceruję po krawędzi, szacuję sytuację. Wiem, że jestem widzialny – pozwalam się obserwować. Pierwsi ludzie wychodzą z samochodów. Samobójca? – pytają.

Lepiej.

Morderca.

Skaczę. Mija mnie szum przestraszonych kobiet, pisk świdruje uszy. Ale opadam na pierwszy samochód i znikam. Wszyscy zlatują się w to miejsce, kobieta za kierownicą krzyczy, drze się niemiłosiernie. Wyciągam broń – chcę by wyglądało to realistycznie. To moja prawdziwa przewaga. Niech giną naprawdę, nie jako ofiary pseudo-wampirów. Ludzie z ich świata zbagatelizują śmierć trójki celebrytów, jeśli nie będą mieć podejrzanego. Więc lansuję się. Przez rok zbierałem odciski palców. Kule wysmarowane są liniami prezydentów, magnatów biznesu, konkurencji i przyjaciół.

Show must go on.

Jeśli przestaniesz czytać, wysmaruje je odciskami twoich rodziców. Jeśli masz dzieci – ich też nie oszczędzę. Wyjdzie na to, że zamordowaliście się nawzajem. I pochowają was jako rodzinę świrów.

Parasol chmur daje mi ochronę przed księżycem. Skóra płaszcza nie błyszczy się w zbłąkanych promieniach. Jestem matowy, realny. Pojawiam się na dachu, parę samochodów dalej. I idę. Karoseria skrzypi, celuję. Widzę, jak pierwszy z goryli zauważa mnie, chce wycelować karabinem ale przeszkadza mu szyba – nie mieści się. Strzelam. Pan prezydent – winny. Dokładam właściciela IKEA. Niech kombinują jakie mieli powiązania. Trzecia kulka ląduje w łbie następnego. Pozdrowienia dla zdobywcy ostatniego nobla w dziedzinie literatury. A żeby było wesoło – dokładam liderem neofaszystów z Niemiec. Znam ułożenie kul na pamięć. Układałem je starannie, godzinami planując zamachy.

To moja największa siła – wchodzę w ich schematy. Jestem namacalnym mordercą. Żadnym wilkołakiem, bestią z legend. Broń palna, to broń palna. Jednak jednocześnie ładuję w ludzi namacalne ślady czyjejś obecności. Ale nie jestem głupi. Nie o odciski palców na kulach tu chodzi, a o samą broń. A tej nie trzeba będzie szukać w rzece. To będzie prezent. Kolejna kulka ląduje w ludzkim ciele. Odskakuje łuska. Zastanawiam się, czy ktoś odnajdzie wszystkie i nie pomyśli, że zwariował.

Trudno. Załatwiam wszystkich. Wyskakuje ochrona z drugiego samochodu. Skaczę, przelatuję na masce i sypię ołowiem. Dosięgam jednego. Zamach ręki, drugi. Leżę i czekam. Nic. Świat nagle przywraca dźwięk, reset matrycy. Pozostaje tylko on. Bije się i szamocze, gdy wyciągam go z samochodu. Próbuje odepchnąć – walę go w potylicę. Chwilę później strzelam w kręgosłup. Traci oddech. Ale nie umiera – umiem celować. Niosę go do mostu – ten powoli opuszcza się. Arnold czuje tylko własny łeb, a tam panuje pustka pomieszana z rwącym bólem. Zwieracze puszczają, czuję jego szczyny i urynę. Idę dalej.

– W normalnych okolicznościach, na twoim ciele wystąpił by tak zwany objaw Plautaufa. Przy ranie wlotowej, a taką jest kula, która utkwiła w twoich kościach, pojawiłoby się zabarwienie, jasnoczerwone. To skutek wymieszania się hemoglobiny z prochem.

Padają strzały. Ludzie uwierzyli w siebie, gdy odwróciłem się od nich tyłem. Ciągnę Arnolda między nogami. Jest jak martwa kukła.

– Mamy całkiem sporą widownię. Zapewne wykonano około dziesięciu połączeń na policję w sprawie tej strzelaniny. Dotrą tu za kilka minut. Przebadano by cię pobieżnie, ledwo minęłaby godzina. Twoje ciało byłoby jeszcze ciepłe, bez plam opadowych, zapewne bez stężenia pośmiertnego.

Most ma za chwilę opaść w dół, złączyć się zębatymi liniami. Wyrzucam Arnolda przed siebie. Wisi na krawędzi, spogląda na mnie wielkimi oczyma.

– Tak byłoby normalnie, ale niestety, twoje ciało nie będzie nadawać się do oględzin.

Bulgocze. Organizm uszkodzony poniżej linii ramion nie traci odruchu oddychania. Arnold słabo protestuje rękoma, ale jest wycieńczony. Mógłby przeżyć, ale do końca życia jeździłby na wózku.

– Nawet nic nie poczujesz, Arnie.

– Nee, nee!

Puszczam, most trzyma go za mnie. Pochylam się i patrzę w jego oczy, zaślinione usta, nabiegły krwią nos.

– Tylko nie pękaj, stary.

 

Nie jestem altruistycznym przykładem braterstwa. Mój rodzaj, jeżeli już wykładamy kawę na ławę, nic mnie nie obchodzi. Wszyscy mogliby wyparować, jeśli tylko miałbym spokój i swobodę działania. No, ale na tym właśnie polegał kłopot. Nie mogli zniknąć, bo to pociągnęłoby za sobą pewne konsekwencje. Jak się okazuje, gdyby zginęła większość z nas, oznaczałoby to zapaść całej idei wiary. Upadek systemu wartości, odejście od pewnego spojrzenia na świat. A skoro Naczelny postanowił, że ludzie mają to w co wierzą, wolę sobie nie wyobrażać, co by było, gdyby przestali wierzyć w cokolwiek.

Dlatego Gwiazdojebcy musieli zginąć.

Wchodzę od strony wejścia służbowego. Kelnerzy krzątają się, kucharze przekrzykują. Zawierucha jak w piekle, każdy wali na każdego, czołowe zderzenia, stłuczki, karambole. Klub jest wprost oblegany. Masa lachociągów. Masa gówna na wysokich obcasach.

Kradnę fartuch, kurtkę zawiesiwszy przy wejściu w przebieralni. Numerek chowam do kieszeni. Sięgam po tacę z dziesiątką kieliszków szampana. W każdym z nich maczam palec. Trzymam parę sekund. Trupi jad ma to do siebie, że w znikomych ilościach może być nawet pożyteczny, chociaż tylko gdy jest przetworzony. Nie jest silnie toksyczny, ale wystarczy, by ktoś mocno zachorował, albo nawet umarł. Natomiast dla Klopsky’ego mam inną niespodziankę.

Niosę cuchnącą tacę. Wypatruję go, ma już kieliszek szampana. Obok trzy panienki, jedna z cyckami niemal na wierzchu. Gdzieś w kącie dziennikarka liże się ze striptizerką. Widać zjazd sobie zrobili. Stawiam przed nimi szampana. Cuchnie gorzej niż uryna. Ta pochodnia smrodu wędruje dalej. Rozdaję szampana ludziom na prawo i lewo. Nikt nie czuje nic dziwnego, dopóki nie wypije. Dlaczego? W powietrzu jest stężenie bąków, perfum, potu i męskiego nasienia. Mieszanka otępiła wszystkim węch. Zataczam się. Dla mnie to bar zombie.

Stawiam przedostatniego drinka i znikam. Podchodzę do Klopsky’ego. Jego czarna twarz uśmiecha się czule do trzech Azjatek. Jestem pewien, że jedna z nich ledwo łapie co mówi, reszta śmieje się dla zachowania konwenansów przed integracyjnym pieprzeniem. Szturcham go. Szampan leci na strój jednej z nich. Klnie, rzuca się wycierać. Robi to powoli, z premedytacją, bo alkohol wylał się na biust. Azjatka chichocze. Jedna przeprasza za wszystkie i idą na chwilę do łazienki. Materializuję się dwa kroki dalej. Woła mnie rozkazującym tonem. Podaję usłużnie tacę, patrzę prosto w oczy. Zamiera, wącha. Nic nie czuć. W końcu, dla niego miałem specjalną ofertę. Nie odchodzę, pytam czy jest zadowolony i czy nie chce czegoś jeszcze. Podoba mu się to, klepie mnie po tyłku. Uśmiecham się. Nagle ktoś w głębi sali pada. Jest zamieszanie, gdzie noga, gdzie głowa, krzyk. Wszyscy ruszają w tamtym kierunku. Tylko Klopsky zostaje, zadowolony z nowej zdobyczy.

– Mam coś dla pana – mówię.

– Tak? – pyta. – A co?

– Postrzał Krönleina.

Marszczy brwi.

– Czyli?

– Specyficzny, spotykany zazwyczaj przy próbach samobójczych postrzał, przy którym mózg wylatuje z rozerwanej czaszki.

Wyciągam broń, przytykam do gardła. Dubeltówka, o lufach jak grube pręty, rozbryzguje jego czaszkę na boki. Mózgowie opada w kawałkach na głowy innych. Tumult, ścisk, ludzie rzucają się do ucieczki. Klub pulsuje błękitnymi światłami, żarzącym się neonem z nazwiskiem Armina Deillere. Muzyka ustaje, wyskakuje ochrona. Ludzie padają na ziemię. Mnie już nie ma. Widzę właściciela klubu, którego zasłaniają dwa lachociągi. Są w zasłoniętej klitce z szeroką sofą i stolikiem. Armin każe im wyglądnąć, rozglądają się przerażone. To gruba ryba – stwierdzam. Jeden z wojowników lobby ateistycznego. To sprawia, że zasługuje na specjalne względy.

Wchodzę, roztrącam je. Wybiegają przerażone. Armin kuli się w sobie. Pyta o co chodzi. O nic – mówię.

– Jak to o nic?

– Skoro mówisz, że bóg nie istnieje, to o nic. Idąc tym tropem myślenia, mnie tu nie ma. Więc nie musisz się martwić.

– Ale ja cię widzę!

– A, no to teraz już możesz zacząć.

Ciągnę go za fraki, zabieram do części dla vipów. Biegnie na mnie dwóch goryli, mam gotowy pistolet. Ojciec Armina zabija ochroniarzy syna! Śmiechu warte.

– Z czego się śmiejesz? – pyta.

– Z przyszłego dochodzenia.

– N-nie rozumiem.

– Nie musisz. W końcu z tobą rozmawiać nie będą.

Jego oczy chcą wyskoczyć zza powiek.

Otwieram drzwi i wchodzę do środka. Widzę potężne łóżko, zasłane karmazynową pościelą. Zamykam na klucz. Rozglądam się, Armin szamocze się nieśmiało. Nagle w ręce błyska mu nóż. Mój but wykazuje się wartym podziwu refleksem. Nos odpowiada trzaskiem. Nagle widzę na podłodze parkę. On bez gaci, ona całkiem naga. Ukrywają się, niezbyt umiejętnie. Celuję i chybiam. Wyrzucam Armina przed siebie, podbiegam, przeskakuję nad łóżkiem i walę pięć kulek. Garnitur zaczyna nasiąkać krwią. Spoglądam na zastygłego Armina.

– Masz jaja? – pytam i wskazuje martwego. – Bo kolega potrzebuje.

Kanadyjczyk rzuca się do drzwi, dziewczyna krzyczy. Strzelam mu w nogę. Pada. Podchodzę i ciągnę go za sobą, aż do łazienki. Tam wszystko błyszczy się złotem. Stylizacja na antyczną Grecję. Kolumny, kafelki i szafki z białego kamienia. Odkręcam wodę w jacuzzi, oba kurki. Zatykam dziurę, otrzepuję zmoczoną dłoń.

– Nie zabijesz mnie – szepcze władca krajowych mediów.

– Czyli jednak jestem? – pytam. – Mieszczę się w twym światopoglądzie?

Oddycha ciężko. W końcu odważa się zapytać.

– Kim ty jesteś?

– Rigor Mortis, specjalista do spraw eksterminacji.

– Że co?

Kręcę oczyma.

– Głupie pytanie, głupia odpowiedź. Zresztą, nie wpadłem tu na pogaduszki, woda ci stygnie.

Zakręcam kurki.

– Słucham?

Wzdycham, wstaję i pociągam go za sobą. Szarpie, uderza mnie mocno w kolano. Klnę. W ramach rewanżu strzelam w drugą nogę. Wyje. Z otwartymi ustami ląduje w wodzie. Szamocze się.

– W ciągu pierwszych trzech minut świadomie wstrzymasz powietrze. Chociaż ty wytrzymasz najwyżej minutę, nie trzeba było otwierać paszczy. Po tym czasie niezależnie od woli spróbujesz złapać powietrze. Tak przez dwie i pół minuty. Następnie nastąpi okres oddechów końcowych – będą krótkie i nastąpi prężenie ciała. Po minucie umrzesz.

Istotnie, po krótkiej walce, wypuszcza ostatnie pęcherzyki powietrza. Ciało mu sztywnieje i czuję w dłoniach, że nie żyje. Wrzucam go całego do wody. Ta mętnieje od krwi z nóg. Otrzepuję ręce, wychodzę. Dziewczyna czeka na mnie, skulona przy drzwiach. W przerażeniu nie potrafiła otworzyć zamka kluczem. Oddycha głośno. Pokazuję by się odsunęła. Otwieram drzwi i znikam. Podchodzę do szatni, tam widoczny, podaję numerek. Ubrana w bikini laska patrzy na mnie dziwnie. Ubieram płaszcz i zmierzam do wyjścia.

– Do widzenia.

Poznaje mnie.

– To co zrobiłeś… – mówi wściekła.

– Tak?

– To samobójstwo. Wszedłeś na drogę bez powrotu.

Lubię ten jad w jej ustach i postanawiam dać jej spokój.

– Na to właśnie liczę, kochana.

Koniec

Komentarze

Niestety, nie dałam rady przeczytać do końca. Nihilistyczny klimat blokowisk, oklepany motyw aniołów i twardy, zbuntowany outsider jako główny bohater – moim zdaniem bardziej typowo to już chyba się nie da.

 

Masz trochę nieścisłości – np.:

– Rigor Mortis twierdzi, że jest stężeniem pośmiertnym a potem nazywa się stężeniem kataleptycznym (czyli skurczem pośmiertnym). Przecież to są dwie różne rzeczy.

– Rigor Mortis jest niewidzialny, ale może sobie kupić herbatkę z automatu? To się chyba nie bardzo trzyma kupy.

 

Czytanie utrudnia również:

 

– pomieszanie czasów;

– nadmierna ilość zbędnych przekleństw;

– zgubione podmioty zdań, a czasem nawet orzeczenia.

 

Szczegóły, które wyłapałam, zanim się poddałam:

 

 

Zastaje mnie pochylonego nad jej ciałem.

Kto?

– Rigor Mortis. – Nie rozumie

kto to mówi?

 

Macham dłonią, wstając i wychodząc

to się nazywa multitasking level 10. Może: „macham dłonią, wstaję i wchodzę”?

 

Podłoga wyłożona krzywą terakotą

terakota to raczej jest droga (bez względu na to czy krzywa czy nie). Jak ma być tanio to daj linoleum.

 

decathexis

nie rozumiem dlaczego tu jest po angielsku? W języku polskim istnieje przecież słowo „antykateksja”.

 

Ich zapach przebija nawet, wyczuwalny tylko dla mnie, smród trupa.

Jakoś niezgrabnie to brzmi. Czy miałeś na myśli, że zapach przebija się przez smród trupa. Czy też, że oba zapachy się materializują i zaczynają się tłuc/przebijać?

 

Podziwia roztwierający

co to znaczy?

 

– Ja pierdolę, ja pierdolę – szepczą w tym samym czasie.

Kto szepce?

 

Mrożę go wzrokiem, jednak nie przestrasza się.

To brzmi dziwnie

 

drobne plamki, głównie na karku i małżowinach usznych.

Dlaczego głównie tam? Przecież położenie plam opadowych zależy od ułożenia ciała.

 

Hmm... Dlaczego?

[…]  czuję jego szczyny i urynę. ==> a to nie to samo?

Przy ranie wlotowej, a taką jest kula […].  ==> rana wlotowa i kula to jedno i to samo?

<><><>  Odpuściłem sobie chyba szybciej, niż zrobiła to Drewian. Od tego momentu tylko skanowałem tekst. Nie trafiłem na nic, co kazałoby mi czytać systematycznie. Zresztą tak podejrzewałem, licząc tagi, bo im więcej grzybów w barszczu, tym trudniej o konkretny smak.

A ja doczytałam do końca, ale ni diabła nie rozumiem, o co chodzi narratorowi.

Czy odciski noblisty znajdują się w jakiejkolwiek bazie danych?

Przypieprzam mu tak mocno kubkiem po herbacie, że zatocza się do tyłu.

Plastikowym kubeczkiem? Cud!

promujących tolerancję. Także tą seksualną.

Tę.

Zwieracze puszczają, czuję jego szczyny i urynę.

Widzę, że już Adam o tym wspomniał, ale NMSP: to one mają różne zapachy?

Przy ranie wlotowej, a taką jest kula, która utkwiła w twoich kościach,

Też: patrz komentarz Adama.

Babska logika rządzi!

Przeczytałam, ale byłabym niezmiennie wdzięczna, gdyby ktoś zechciał mi wyjaśnić, co przeczytałam, bo sama, mimo że się bardzo starałam, nie jestem w stanie niczego pojąć. :-(

 

Nie trud­no je za­uwa­żyć.Nietrud­no je za­uwa­żyć.

 

Cały czas za­sta­na­wiam się gdzie po­dą­żyć.Cały czas za­sta­na­wiam się, dokąd po­dą­żyć.

 

Chwy­ta za piwo, wódkę, nar­ko­ty­ki… – Chwy­ta piwo, wódkę, nar­ko­ty­ki

 

Po­ja­wia­ją się po 20-30 go­dzi­nach… – Po­ja­wia­ją się po dwudziestu – trzydziestu go­dzi­nach

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Most ma za chwi­lę opaść w dół, złą­czyć się zę­ba­ty­mi li­nia­mi. – Masło maślane. Niechby spróbował opaść w górę.

 

– Masz jaja? – pytam i wska­zu­je mar­twe­go. – Literówka.

 

Ubie­ram płaszcz i zmie­rzam do wyj­ścia. – W co ubiera płaszcz???

Płaszcza się nie ubiera! Płaszcz, tak jak inną odzież, można włożyć, założyć przywdziać, ubrać się weń lub odziać, ale, niestety, płaszcza nie można ubrać!

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo, ale to bardzo starałem się zrozumieć. Użyłem wszystkich pokładów wyobraźni, ale… nie, null, niet, nein, wielkie nic. Nie rozumiem. 

F.S

Uff…

O.K.

Wypiłem ten koktajl z: Amerykańskich Bogów, Constatine, Ćwieka, Dominiona i twardzielską wisienką na wykałaczce. Kaca raczej nie będzie, ale nie powiem, żeby smakował.

Drogi Autorze, wyobraźnia jest wspaniała, ale czasami trzeba dać czytelnikowi fory, żeby nadążył za Tobą.

Better luck next time. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Nie napiszę, że przy czytaniu się jakoś bardzo męczyłam, ale opowiadanie ma IMO tendencję spadkową. Gdyby po pierwszej połowie fabuła poszła w bardziej sensownym kierunku, mogłoby wyjść nieźle, a tak, niestety, też pogubiłam się, po co to całe zabijanie, w dodatku do niczego niezmierzające.

Nowa Fantastyka