- Opowiadanie: Miracle9515 - Błękitna Róża

Błękitna Róża

Cześć :) Wrzucam tekst, który napisałam z okazji Dnia Osoby Niepełnosprawnej – i kierując sie wytycznymi moich koordynatorów, co do tekstu, który miał być: prosty, bez przemocy, bajkowy... Wiem, że to nic ambitnego :) Wrzucam, bo chcę, żeby zerknęli na niego ludzie, którzy widzą błędy, których nie widzę ja i powiedzieli, co mogę w nim jeszcze poprawić. Ma on dla mnie wartość warsztatową, jest prosty i niezbyt ambitny, ale i tak chcę żebyście go przecyztali – może się spodoba, dzięki swojej naiwności i nieskomplikowanej fabule :) Miłej lektury! :)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Błękitna Róża

Dawno, dawno temu w pewnym królestwie umarł król. Przed śmiercią wyznał swemu najstarszemu synowi, księciu Stefanowi, ostatnią wolę: nim syn miał objąć tron, musiał ożenić się z dziewczyną wybraną przez jego macochę i by na dwór powróciła jego młodsza siostra, która przed laty udała się na dobrowolne wygnanie.

Wieść o poszukiwaniu żony dla księcia szybko rozniosła się po kraju oraz sąsiednich królestwach. Dotarła ona też do Katriny, siostry przyszłego następcy tronu. Dziewczyna od lat żyła w zamku, usytuowanym w puszczy na granicy państwa, wraz ze swoim mężem, czarnoksiężnikiem Paradoxem.

Mimo odizolowania od ludzi, Katrina nigdy nie czuła się samotna w wielkim zamczysku. W odróżnieniu od zamku, w którym wychowywała się przez osiemnaście lat, tutaj żyła tak jak zawsze tego chciała. Nikt, włącznie z mężem, nie widział w jej sposobie życia nic złego. Nikt nie szeptał za jej plecami ani nie wytykał palcami. Mogła sobie pozwolić na noszenie broni i nikogo to nie dziwiło, podobnie jak jej strój – zamiast sukni zwykle nosiła spodnie do jazdy konnej oraz koszule, w talii przewiązywała się szarfą lub grubym, skórzanym pasem. Często chodziła na polowania i godzinami zaczytywała się w książkach z biblioteki, mieszczącej się vis a vis pracowni jej męża, który (gdy tylko miał chwilę czasu) chętnie wprowadzał ją w tajniki czarnoksięstwa i magii.

To ostatnie przychodziło jej z wyjątkową łatwością, bo ów talent odziedziczyła po zmarłej przed laty matce. A ponadto Katrina posiadała jeszcze jeden osobliwy talent: wzrok, dzięki któremu mogła widzieć istoty nadnaturalne oraz utkane czary.

Można powiedzieć, że wieści spadły jak grom z jasnego nieba. Posłaniec wysłany przez Stefana zgubił się w wielkim lesie, ale na szczęście spotkał wozy z pobliskiej wsi wiozące zaopatrzenie do zamku. Chłopi ze zdziwieniem i małą podejrzliwością przyglądali się przybyszowi – bo nikt bez zaproszenia od lat nie próbował dotrzeć do zamku czarnoksiężnika. Śmiałkowie, którzy próbowali tego dokonać nigdy nie docierali do celu, ponieważ Paradox zaczarował drogę tak, żeby wszyscy nieproszeni goście zbaczali z niej i wyjeżdżali z lasu, oddaleni parędziesiąt mil od traktu wiodącego przez las. Ale chcąc nie chcąc musieli mu pomóc, bo posłaniec nosił królewskie barwy, a to coś znaczyło, nawet dla zwyczajnego chłopstwa.

Kiedy wiadomość dotarła do Katriny, ta od razu postanowiła o wszystkim powiedzieć mężowi, który od kilku dni siedział zamknięty w pracowni. Gdy wyjaśniła mu sytuację, ten nie odwracając wzroku od księgi, spytał:

– Co zamierzasz?

Kobieta otworzyła usta, po czym natychmiast je zamknęła.

A co jeśli ojciec nakazał jej powrót tylko po to, aby zakuć ją w kajdany za zhańbienie królewskiej krwi? Czy ktokolwiek pamiętał jeszcze, że kiedyś była księżniczką? Nigdy zbyt nie radowała ją ta myśl, ale… Z pewnością, gdy tylko wróci wszyscy będą patrzyli na nią z pogardą. Czy to może był kolejny podstęp macochy? Jeszcze raz spojrzała na list, na królewską pieczęć, na podpis jej ojca… Również Stefan nakreślił dla niej kilka słów w osobnym liście. Przez ostatnie trzy lata nie mieli ze sobą kontaktu. Pisał, że oczekuje niecierpliwie jej powrotu. Oprócz Paradoxa, był teraz jej jedyną bliską duszą, tak dawno go nie widziała, z pewnością będzie potrzebował jej pomocy i wsparcia.

– Pojadę – oznajmiła, składając list. – Postaram się o uniewinnienie cię i pozwolenie na powrót do Stolicy.

Mężczyzna skinął głową. Nie był zbyt wyrywny, zawsze spokojnie wyrażał swoje zdanie i na zimno analizował każdą sytuację. Paradox zakrzątnął się wokół swojego biurka, wyjął kilka fiolek ze stojącej nieopodal szafki, zgniótł kilka ziaren w moździerzu, wyjął z sakiewek kilka suchych liści, a następnie wrzucił je do ospale bulgoczącej nad paleniskiem mikstury, a chwilę później kocioł buchnął krwistoczerwonym dymem. Następnie sięgnął do niego, po czym z uwagą zaczął czyścić wyjętą rzecz.

– A ja postaram się zabezpieczyć cię na czas podróży i pobytu w mieście – odwrócił się od swojego warsztatu i wyciągnął w jej stronę zaciśniętą dłoń. Kiedy ją powoli rozwarł, oczom Katriny ukazał się kryształowy naszyjnik. – Może ci się przydać, bo mimo iż masz swój wzrok, istnieją czary i złowrogie zaklęcia, których nie będziesz w stanie przejrzeć…

– Przeczuwałeś?

Paradox nie miewał proroczych snów, zwykle miewał przeczucia. Nie były one precyzyjne – nigdy nie był w stanie przewidzieć dnia, godziny czy roku, w którym coś miało się wydarzyć, ale dotyczyły zwykle konkretnej osoby i jakiegoś wydarzenia: wojny, choroby czy podróży. Dlatego zazwyczaj miał coś przygotowane na daną okazję. Ale nie był nieomylny.

– Przeczułem podróż – jego wzrok powędrował w stronę okna. Ponad drzewami fruwały kruki, przekrzykując się nawzajem. – Ale nie pomyślałbym, że będziesz musiała wrócić do miejsca związanego ze swoją przeszłością…

Katrina wzięła od niego wisiorek i wsunęła go pas, po czym wspięła się na palce i pocałowała go z policzek.

– Wyproszę u brata ułaskawienie. Na pewno się zgodzi…

– Jak to? – Paradox posłał jej niedowierzające spojrzenie.

– W liście stoi jak wół – podała mu pismo, które otrzymała od brata. – „Niesłusznie osądzono twojego małżonka – choć wszystkie dowody na niego wskazywały, w twoich i moich oczach pozostał niewinny, ale znasz prawo: czarnoksiężnik, który dopuścił się zbrodni morderstwa zostaje wygnany ze Stolicy i nie ma prawa powrotu, dopóki nie udowodni swojej niewinności.”

– „Ale jest szansa na udowodnienie jego niewinności. Kiedy przybędziesz do miasta, odszukaj człowieka znanego w magicznych kręgach jako Alchemik. On będzie mógł ci pomóc.” – Doczytał na głos, wzdychając głęboko. Spojrzał jej w oczy. – Alchemik… Jeśli on będzie mógł pomóc, znajdź go. – Ujął jej twarz w dłonie i ucałował w czoło. – Wiedz, że ja nigdy nie miałem do twojego ojca o to żalu. Robił to, co uważał za słuszne, bo nie mogłem udowodnić swojej niewinności…

– Wiem, wiem. Ja już mu to dawno temu wybaczyłam… To wszystko było uknute po to, aby się nas pozbyć.

– Owszem. Moje podejrzenia co do tego się nie zmieniły…

– Tak jak i moje – Katrina odgarnęła włosy opadające na oczy. – Myślę, że podczas mojego pobytu na zamku dowiem się może więcej niż tylko tego, kto zostanie żoną mojego brata…

 

Katrina nigdy nie zapomniała jak pod osłoną nocy wyjeżdżała z miasta, z poczuciem niesprawiedliwości i pogardy wobec wszystkich, którzy przyczynili się do oskarżenia Pardoxa. Nieufność wobec czarnoksiężników była bardzo powszechna – wszystko, co miało cokolwiek wspólnego z magią było traktowane z rezerwą i niechęcią, mimo iż ta sama magia mogła nieraz uratować życie. Wszystko zależało od tego, w jakim celu była używana.

Teraz patrząc na majestatyczne mury otaczające Stolicę czuła się jakby miała wkroczyć do więzienia, z którego uciekła trzy lata temu.

Od prawie dwudziestu minut siedziała na trawie, nieopodal głównego traktu, przyglądając się ściągającym do miasta ludziom. Łączył ich cel podróży, choć pochodzili z różnych części kraju, wspólnie pielgrzymowali na największe święto, które miało się odbyć w ciągu kilku następnych dni.

– Pani?

Katrina spojrzała na swoją służącą, ale natychmiast odwróciła wzrok. Urwała kolejne źdźbło trawy, powoli zaczęła je rozdrabniać na mniejsze części, po czym oznajmiła znudzonym tonem:

– Jeszcze dziesięć minut, nie zamkną bramy przed zmierzchem… Dziś nikogo nie pozostawią poza murami.

Służąca zawahała się, ale posłusznie pokiwała głową i podeszła do dwójki sług oraz posłańca, którzy czekali na rozkazy.

Rozumiała ich niepokój, zaczynało się ściemniać, a planowali wjechać do miasta przed zmierzchem. Była naprawdę zmęczona podróżą, jechali prawie dwa tygodnie, a w czasie podróży musieli na dwa dni zatrzymać się w zajeździe z powodu paskudnej pogody.

Kiedy drastycznie zbliżyli się do murów, Katrina nakazała postój. Znowu zaczęły nią targać wątpliwości związane z przybyciem na zamek. Z jednej strony niesamowicie się cieszyła z powrotu, z możliwości ponownego ujrzenia brata, ale z drugiej przerażała ją wizja spotkania z macochą. Jakim cudem ojciec pozostawał tak ślepy i głuchy przez te wszystkie lata? I dopiero na łożu śmierci miał jakiś przebłysk.

Ale jeśli miała cokolwiek zdziałać, bez wątpienia musiała stawić czoła swoim lękom i przeciwnościom czekającym ją w pałacu.

Nie mogła się zatrzymać w połowie drogi. Zbyt wiele by ją to kosztowało, skoro po raz pierwszy miała szansę na zyskanie dowodów niewinności swojego męża. Stefan również wierzył w jego niewinność i nakazał jej skontaktować się z człowiekiem znanym w czarnoksięskich kręgach jako Alchemik. I jeśli to cokolwiek miało zmienić i zdjąć klątwę z Paradoxa, nie zamierzała nie podjąć takiej próby.

Zerwała się na równe nogi, wskoczyła na konia i oznajmiła:

– Ruszajmy.

 

Miasto tętniło życiem. Radość wypełniała każdy kąt, ludzie tłoczyli się przy kramach i w gospodach, wesoło przekrzykiwali otaczający ich gwar, witając nowoprzybyłych gości.

Pomimo wcześniejszego spięcia, widok ludzi i wesołość bijąca z każdej strony, rozluźniły Katrinę. To nie czas, aby pamiętać o wszystkim, co było złe. Jej wzrok przykuły orszaki zmierzające do pałacu królewskiego. Ich bogactwo było olśniewające. W lektykach i powozach siedziały przyszłe kandydatki na żonę Stefana. Katrina serdecznie współczuła bratu. Sama wyszła za mąż wbrew woli ojca – zamiast poślubić księcia, poślubiła czarnoksiężnika. Jej samowola i brak poszanowania zdania doradców był jednym z powodów niechęci, ale przede wszystkim wielu ludzi pałało do niej nienawiścią, gdyż w ten sposób pokrzyżowała ich samolubne plany.

I dlatego postanowili się na niej zemścić.

Podczas, gdy zwykle czas przejechania konno drogi od bramy do zamku wynosił jakieś czterdzieści pięć minut, tym razem w najlepszym wypadku jechano prawie półtorej godziny – lecz nie było w tym nic dziwnego, skoro zdecydowana większość przybyłych zmierzała do królewskiego pałacu. Na szczęście ten kolejny długi odcinek podróży ominął Katrinę (mimo, iż liczyła na tę dłuższą przejażdżkę, która miała odwlec przekroczenie bramy pałacu i dałaby jej czas na mentalne przygotowanie się) gdyż posłaniec uprzejmie spytał czy miałaby coś przeciwko ogłoszeniu przejazdu członka królewskiej rodziny. Widząc jego zmęczoną twarz, nie miała serca oznajmić, że wolałaby wolną przejażdżkę…

Sunąca powoli karawana rozstąpiła się na boki, robiąc miejsce księżniczce i jej świcie. W tym momencie Katrina zaczęła żałować swojej decyzji. Oczy wszystkich wokół spoczęły na niej, szmer rozmów poniósł się niepokojącą falą wśród tłumu. Niektórzy nawet wskazywali ją palcami.

To był odpowiedni impuls do pognania konia. Nie rozglądała się na boki, nie oglądała za siebie, tylko gnała na przód, z każdą chwilą zmniejszając dystans dzielący ją od bramy. Galopem wpadła na dziedziniec, prawie tratując znajdujących się tam ludzi. Zsiadłszy z konia wzięła głęboki wdech. Przez dłuższą chwilę stała, trzymając się kurczowo uzdy, w obawie przed utratą przytomności.

Dawniej w ogóle nie czuła strachu wobec ludzkich spojrzeń, wytykania palcami, czy szeptów. Teraz, po trzech latach spokoju, ten irracjonalny lęk prawie doprowadził ją do płaczu. Jak Paradox to znosił? Dawniej spędzał czas zamknięty w nadwornym laboratorium, rzadko wychodził, nie brał udziału w nadwornych rozrywkach, jeśli nie było to konieczne. Kiedy wychylił się ze swojej ciemni, zachowywał się jakby nic nie słyszał, potrafił ignorować ludzi.

Ten irracjonalny lęk nigdy nie dotykał Katriny. Dopiero teraz, zupełnie niespodziewanie, kiedy poczuła na sobie palące spojrzenia, zimny szmer rozmów, chciała stąd jak najszybciej uciec. Z trudem przełknęła gulę, która ściskała jej gardło.

 

Już prawie zapomniała, jak wielki i majestatyczny jest pałac. Zamek, w którym mieszkała przez ostatnie lata, wypadał jak skromna przybudówka od strony kuchni pałacu królewskiego. Krocząc korytarzem prowadzącym do sali tronowej, Katrina czuła się śmiesznie mała. Jak mogła przez te wszystkie lata żyć w takim molochu? Zamek Paradoxa był niewielki, tam czuła się jak pani, mogła tam rządzić, a tutaj czuła się niczym szara myszka.

Stefan wpatrywał się w okno, nawet nie zwrócił uwagi, że weszła do środka. Prawie wcale się nie zmienił w ciągu tych trzech lat.

– Wasza Wysokość – Katrina złożyła mu najbardziej wyszukany ukłon, jaki pamiętała z czasów życia na dworze. Choć niechętnie podchodziła do nauki savoir vivre’ u oraz etykiety, znała ich tajniki doskonale – ale niezbyt doskonale je stosowała. Życie księżniczki było ustalone od początku do końca, musiała wszystko wykonywać zgodnie z ustalonym odgórnie planem, dążąc do perfekcji, jednakże Katrina nie była taka. Skutecznie zniweczyła ustalony plan swojego życia.

Stefan zwrócił się zaskoczony w jej stronę, lecz szybko zostało zastąpione przez radość.

– Tak się cieszę, że cię widzę.

– Ja również – Katrina zbliżyła się do niego, po czym objęła z całej siły. – Jak się czujesz, królu złoty?

– Jeszcze nie jestem królem – uśmiechnął się pobłażliwie.

– Jeszcze. Hajtniesz się z jakąś brzydką i tępą jędzą, po czym radośnie wsadzą ci koronę na głowę.

– To nie jest śmieszne, droga siostro – Stefan posłał jej żałosne spojrzenie. – Nie każdy może robić to, co mu się podoba. Nie każdy może się ożenić z miłości…

Katrina nachmurzyła się. Miał rację. Wieczne robienie tego, na co miało się ochotę mściło się na nas prędzej czy później. Ale ona nie żałowała – dziś podjęłaby tę samą decyzję, co trzy lata temu.

– Nie martw się. Będę cię bronić, jeśli chcesz – westchnęła głęboko, obnażając szablę. – Po to chyba mnie tu ojciec chciał ściągnąć.

– Cieszę się, że zdecydowałaś się na powrót – Stefan uśmiechnął się ciepło. – Zamierzasz go szukać?

– Tak.

Do sali wszedł nieznany Katrinie mężczyzna. Zdejmując kapelusz ukłonił się dwornie, na co Katrina odpowiedziała lekkim skinieniem. Na szyi nosił błękitną różę, symbol Gildii Czarnoksiężników ze Stolicy.

– Jesteś Alchemikiem? – Spytała, lustrując go od góry do dołu.

– Proszę wybaczyć śmiałość, ale nie, moja pani – podszedł bliżej i klęknął na jedno kolano, nie podnosząc wzroku.

 

– Wstań – Katrina westchnęła, odgarniając włosy z czoła. – Nie musisz klękać w mojej obecności.

– Wstań, Yeager – oznajmił jej brat. – Jeśli moja siostra tak mówi, masz tak zrobić.

– Wasze wysokości…

– Yeager jest jednym z Wielebnych rządzących Gildią, to on cię zaprowadzi do Alchemika.

 

Myśl, iż nie będzie musiała wychodzić na zewnątrz, do ludzi, nieco uspokoiła Katrinę.

Podziemny tunel był bezpośrednio połączony z Gildią oraz kilkoma istotnymi punktami w mieście. Niedostępny dla zwykłych obywateli, stanowił swobodną drogę poruszania się dla czarnoksiężników oraz tych, którzy woleli się trzymać w cieniu. Katrina wyobrażała sobie to miejsce jako naturalną grotę, a nie wyłożone kocimi łbami, szczelnie zamknięte i czyste przejście. Uczucie klaustrofobii odpędzały rozmieszone co pięćset metrów niegasnące pochodnie. Jednakże na żadnym z rozwidleń nie było drogowskazu – dla osoby nieznającej drogi zgubienie się było niemal oczywistą konsekwencją wejścia do labiryntu bez przewodnika.

Odkąd weszła z Yeagerem do tunelu, nie mogła się wyzbyć wrażenia, że ktoś ich obserwował. Wyczuwała czary w ścianach korytarzy – to były na pewno jakieś wredne zaklęcia pozbywające się intruzów. Więc wcale nie było wykluczone, iż znajdowały się tam zaklęcia szpiegujące.

– Jesteśmy pod miastem? – Spytała, gdy doszli do kolejnego rozwidlenia.

– Tak, moja pani – odparł Yeager.

– Gdzie znajdziemy Alchemika? W Gildii?

– Nie do końca, moja pani.

– Jak to?

– Alchemik był członkiem Gildii. Obecnie przebywa w więzieniu, pod Gildią.

 

Królowa, macocha Katriny oraz Stefana, przyglądała się w fontannie swojej pasierbicy oraz wysłannikowi Gildii poruszającym się po podziemiach. A więc zamierzała odnaleźć Alchemika? Myślała, że ten kryminalista w jakikolwiek będzie w stanie jej pomóc? A jeśli… Uśmiech pełen wyższości, goszczący na ustach królowej, zbladł. Jeśli faktycznie ten łachmyta puścić parę z gęby? Nie, niemożliwe. A jeśli jednak, ta mała łajza go do tego nakłoni…?

Ta sytuacja zaczynała ją coraz bardziej irytować. Dlaczego ta dziewczyna zawsze, ale to zawsze musiała być taka wścibska? Ale niech będzie, niech węszy, wkrótce się to na niej zemści… Yeager nie potrafił wyczuć, że ich obserwowała, zresztą z niego był raczej marny Wielebny – potrafił tylko władać marionetkami, mógł tchnąć w nie życie, jeśli by chciał. I nic poza tym, no może potrafił jeszcze kilka nędznych sztuczek, ale nie znał się na prawdziwej magii.

Nie na takiej, którą władała macocha.

– Sługo, mam dla ciebie zadanie.

W drzwiach komnaty stanął wysoki mężczyzna w czarnej pelerynie.

– Słucham, moja pani? – Spytał, po czym strzelił rozdwojonym językiem niczym batem.

 

– A kogóż to moje oczy widzą?

To był bardzo nieudany żart – wszak Alechmik był niewidomy, a jego oczy dodatkowo przewiązane były paskiem materiału. Wnęka, w której siedział była nieduża, w sam raz dla jednej osoby. Znajdował się wewnątrz kręgu, którego nie mógł przekroczyć, skuty łańcuchami tak, aby nie mógł się ruszyć.

– Czego ode mnie oczekujesz, księżniczko? – Spytał zwracając twarz w stronę Katriny. – A, no tak, chcesz znać prawdę. Boli cię, że niesłusznie oskarżono twojego męża? Ach, to nasze prawo jest bardzo surowe dla takich jak my – podpisujemy umowę z samym królem o bezwzględnej wierności i przyrzekamy mu wiernie służyć w czasie pokoju jak i w czasie wojny. A jeśli złamiemy te warunki – potrząsnął kajdanami krępującymi ręce – kończymy właśnie tak. Takich jak my nie skazuje się na karę śmierci, nawet za morderstwo. Jednak moje grzechy są nieporównywalne z tymi, które ma na sumieniu twój mąż…

– Jest niewinny! – Katrina nie potrafiła powstrzymać się od krzyku. Jej głos poniósł się echem w korytarzach labiryntu.

Szyderczy uśmiech dotychczas zdobiący usta Alchemika, powoli zmienił się w grymas smutku.

– Oczywiście, że tak – wziął głęboki wdech. – A czy możesz to udowodnić w jakikolwiek sposób? – Zamilkł na dłuższą chwilę. – Ano nie. Widzisz, kochana moja księżniczko, jeśli nie masz dowodu na swoją niewinność, a wszyscy, jak jeden mąż, zeznawają na twoją niekorzyść… Czy jest choć cień szansy na to, aby się obronić? Zwłaszcza, gdy parasz się tak plugawym zajęciem jak czarnoksięstwo?

– Król twierdzi, że możesz mi pomóc.

– Który? Ten, który zakuł mnie w kajdany czy ten nieopierzony wróbel, twój brat?

Katrina z trudem powstrzymała się od wskoczenia do środka kręgu i uderzenia Alchemika. Korytarz nieoczekiwanie wypełnił lodowaty podmuch wiatru. Mężczyzna wzdrygnął się i nieoczekiwanie zaczął śmiać. Zarówno Yeager jak i księżniczka cofnęli się o krok do tyłu.

– A i owszem, mogę. Mogę – zasępił się, sprawiając wrażenie jakoby spoglądał w głąb korytarza. – Powiem ci tak: ktoś mi obiecał za przysługę złote góry, wiedzę i sławę, a w zamian dostałem te kajdany… Żeby znaleźć odpowiedź na nurtujące cię pytania musisz wezwać tego, kto odpowiada za całe zło, które spotkało mnie, ciebie, twojego męża i wiele innych osób…

Alchemik otworzył usta, aby coś dodać, ale nie zdołał. Jego głowa opadła na pierś, ciało zwiotczało i osunęło się na ziemię. Katrina z przerażeniem patrzyła na nieruchomą postać.

– Nie żyje – szepnęła. Jej szept zdawał się być krzykiem w ciszy, która ich ogarnęła.

 

Zaraz po tym jak Alchemik wyzionął ducha, Yeager polecił jej zostać na miejscu i sam poszedł po pomoc. Jednak w obawie o jej bezpieczeństwo stworzył krąg ochronny i zabronił jej go opuszczać, dopóki nie wróci. Kiedy Katrina została sama, bezradnie osunęła się na ziemię, było jej słabo i niedobrze. Nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Ale jak do tego doszło? Jakim cudem on mógł tak po prostu umrzeć, wcale nie wyglądał na chorego… Coś wewnątrz, jakieś bliżej nieokreślone przeczucie, które nigdy się nie myliło, podpowiadało jej, iż to nie był naturalny zgon. Jednak przed śmiercią dał jej bardzo ważną wskazówkę. „Żeby znaleźć odpowiedź na nurtujące cię pytania musisz wezwać tego, kto odpowiada za całe zło, które spotkało mnie, ciebie, twojego męża i wiele innych osób” – to zdanie było kluczowe. Ale co to miało znaczyć? Kogo miała wezwać i jak niby?

Spojrzała na martwe ciało Alchemika. Zadał jej zagadkę, tak jakby nie mógł jej udzielić odpowiedzi wprost. Nie chciał jej powiedzieć.

A może nie mógł?

Yeager wrócił z dwójką magów. Po oględzinach miejsca zdarzenia rozkuli Alchemika i położyli na noszach. W tamtej chwili Katrina zobaczyła, że usta nieboszczyka zdobi uśmiech. Nie ten szyderczy, ironiczny uśmiech, który nie schodził mu z ust przez całą rozmowę, ale taki prosty, dobroduszny uśmiech.

Taki, którym chce się komuś życzyć powodzenia, a nie można tego przekazać słowami.

 

Droga do wyjścia ciągnęła się w nieskończoność. Yeager nie naciskał na rozmowę, a Katrina nie chciała rozmawiać o tym, co się stało.

Gdy zbliżali się do wyjścia, oboje zaczęli słyszeć narastający hałas, podniesione głosy, krzyki, nieustanną bieganinę. Co tam się stało? Wojna czy może Stefan się żeni? Kiedy szyli z labiryntu, Katrina natychmiast złapała za rękę jedną ze służących.

– Co to za poruszenie? – Spytała, nie odwracając wzroku od biegających w panice ludzi.

– Pani, król… – zająknęła się. – Król został otruty!

Pociemniało jej w oczach, podłoga osunęła się jej spod nóg niemal natychmiast. Yeager w ostatniej chwili zdołał ją złapać. Przez dłuższą chwilę nie mogła złapać powietrza. Gdy się opamiętała i dotarło do niej to, co powiedziała służąca, mechanicznym krokiem ruszyła do sypialni swojego brata. Kiedy dotarła do drzwi, w których tłoczyli się dworzanie, goście i wiele innych ludzi, nie musiała mówić ani słowa, tłum rozstąpił się przed nią, aby mogła podejść do łoża.

Stefan leżał z otwartymi oczami, wpatrując się w sufit. Był blady, czoło rosił zimny pot, pierś prawie wcale się nie poruszała, jakby w ogóle nie oddychał. Ale żył – Katrina czuła słaby oddech oraz bicie serca. Znowu ją zaćmiło, nogi odmówiły posłuszeństwa i gdyby nie pomocne ręce, które wyciągnęły się ze wszystkich stron, aby ją podtrzymać, z pewnością by się przewróciła. Zrobiło jej się niedobrze, chciała jak najszybciej uciec z pokoju.

Zarówno zgon Alchemika jak i nagłe otrucie jej brata nie były przypadkowe. Za tym stała ta sama zła moc, która sprawiła jej tak wiele bólu trzy lata temu…

Wszyscy, jak na komendę zgięli się w dwornych ukłonach, gdy do komnaty wkroczyła królowa. Katrina z trudem powstrzymała grymas niesmaku. Tym bardziej chciała opuścić to miejsce, nie miała najmniejszej ochoty na przebywanie w tym samym pomieszczeniu, co ta kobieta.

Królowa była blada, zaczerwienione oczy i ślady łez na policzkach znacząco się odznaczały od jej jasnej cery. Była dokładnie taka, jaką Katrina ją zapamiętała: zimna i odrażająca, to było niewiarygodne, że ojciec zgodził się poślubić taką kobietę! Przez wszystkie lata spędzone na dworze Katrina nie mogła znaleźć innego wyjaśnienia tej decyzji, jak tylko zły urok rzucony na ojca.

Nim dziewczyna zdołała zareagować, królowa podeszła do niej i spoliczkowała ją.

– To twoja wina – wychrypiała, pełnym jadu głosem.

Katrina otworzyła usta, aby jej odpowiedzieć, ale nie zdołała, bo macocha kontynuowała ze sztucznym żalem i złością w głosie:

– Twój biedny, schorowany ojciec, biedny i nawiny Stefan, łudzili się, że z dobrą wolą można zmienić człowieka. Wierzyli, że jeśli cię przyjmą z otwartymi ramionami, marnotrawną i niewierną córkę, ukochaną siostrę… – głos jej się załamał, po czym wybuchła płaczem. – Jak mogłaś?! Jak mogłaś posunąć się do czegoś takiego?! Najpierw twój ojciec, teraqz… teraz własnego barat zamierzasz pozbawić życia? Przyznaj się, ty i twój czarnoksiężnik chcecie zagłady tego miasta, naszego państwa! Chcecie przejąć władzę i wszystko zniszczyć…!

Słysząc te słowa, Katrina oniemiała. To było niewiarygodne, co ta kobieta wygadywała. Dziewczyna była pewna, że nikt jej nie uwierzył – jednak myliła się, wystarczyło, że spojrzała na twarze zebranych. Wszyscy patrzyli na nią z taką wrogością i nienawiścią, od której włosy stawały dęba. Po raz trzeci niemal zemdlała, ale teraz zmusiła się, aby zapanować nad swoim ciałem. Musiała być silna. Nie mogła sobie pozwolić, aby ją tak bezczelnie szykanowano.

– Nie ja odpowiadam za śmierć ojca ani tym bardziej za otrucie mojego brata – zaczęła pewnym głosem, lecz przerwała, słysząc histeryczny śmiech macochy.

– Oczywiście, że to ty! – Wrzasnęła kobieta, oskarżycielsko wskazując ją palcem. – Ty jesteś przyczyną wszystkich nieszczęść, które spotkały ten kraj! Wpędziłaś swojego ojca do grobu, ze zgryzoty odmówił przyjęcia lekarstwa mogącego przedłużyć jego życie! I teraz otrułaś biednego Stefana…!

– Nie mam z tym nic wspólnego! – Nie mogła się powstrzymać od podniesienia głosu, była już na granicy wybuchu. Z trudem powstrzymała się przed doskoczeniem do niej i uderzenia. – To nie ja…

Przerwała, czując jak coś ją parzy w okolicy szyi. Kryształowy naszyjnik nieprzyjemnie palił jej skórę i zdawał się zaciskać, niczym pętla na szyi wisielca. To był bardzo zły znak. Musiała stąd uciec. Chwyciła Yeagera za nadgarstek i wypadła z sypialni.

 

Nie było mowy, aby schroniła się w jakimkolwiek zakątku pałacu. Yeager zabrał ją do Gildii. Zamknęli się w jednej z podziemnych pracowni alchemicznych i tam Katrina wyjaśniła mu całą sytuację. Opowiedziała mu o swoich podejrzeniach i o przeczuciu.

Yeager z uwagą przyglądał się naszyjnikowi. Kryształy nadal się jarzyły.

– Chylę czoła przed kunsztem magicznym mistrza Paradoxa – powiedział w końcu z czcią, oddając jej naszyjnik. – To prawdziwy majstersztyk wśród amuletów ochronnych.

– To mnie uratowało – rzekła, zakładając go na szyję. – Nie wiem, co by się stało, gdybyśmy tam zostali… Widziałeś jak zachowywali się zgromadzeni wokół niej? Wystarczyło, że powiedziała słowo – i bach, wszyscy jak zaklęci, zaczęli mnie nienawidzić, widziałam to w ich oczach…

– To jakaś dziwna magia sugestii, nikt nie powinien tak zareagować…

– Właśnie, magia. Jestem niemal pewna, że za tym stoi jakaś magia. Taka, z którą normalnie nie ma się styczności… Ta gęsta, nieprzyjemna aura wokół Stefana wyraźnie dała mi się we znaki. A tak właściwie, to czemu nie podano mu jeszcze panaceum Błękitnej Róży? Przecież to powinno mu od razu pomóc!

– W tym kłopot, moja pani. Ktoś skradł Błękitną Różę i zniszczył wszystkie zapasy leku…

– Kiedy to się stało?

– Dzisiaj.

Katrina otworzyła usta, aby mu odpowiedzieć, jednak się powstrzymała. To wszystko układało się w logiczną całość – te wszystkie zbiegi okoliczności, to nie był przypadek. Jednak nadal brakowało jednego elementu układanki.

– Jeśli moje przypuszczenia są prawdziwe, to za wszystkim stoi macocha – oznajmiła Katrina, powoli spacerując od ściany do ściany. – Śmierć Alchemika, otrucie mojego brata i nagła kradzież Błękitnej Roży oraz zniszczenie zapasów eliksiru… To się łączy.

– Ale w tej teorii jest wielka dziura – westchnął czarnoksiężnik.

– Na wypełnienie której podpowiedź dał nam Alchemik – zauważyła księżniczka, przygryzając wargę. – „Żeby znaleźć odpowiedź na nurtujące cię pytania musisz wezwać tego, kto odpowiada za całe zło, które spotkało mnie, ciebie, twojego męża i wiele innych osób” – rozumiesz? Na początku też nie rozumiałam, ale jeśli by się zastanowić… Macocha nie mogła tego zrobić osobiście, gdyż za trudne i zbyt skomplikowane manewry wchodziły w grę. No i czas – wszystko zbyt zgrywa się w czasie.

– To równie dobrze może być ślepy zaułek…

– Ale nie jest, czuję to. Pomyśl tylko – Katrina chwyciła największy kryształ w naszyjniku. Nadal był ciepły. – Dlaczego kryształy zaczęły się tak jarzyć, niemal parząc mi skórę, gdy macocha atakowała? Choć poczułam to z opóźnieniem przez adrenalinę, to było ostrzeżenie, przed złymi mocami czającymi się za plecami królowej… I to może być bardzo dosłowne stwierdzenie.

– Sądzisz, że…

– Tak. Zaklęcie milczenia nie pozwoliło Alchemikowi wyznać prawdy, dlatego zadał mi zagadkę, której rozwiązaniem będzie imię tego, kto stoi za tymi zbrodniami, za oczernieniem mnie i Paradoxa, za kradzieżą Błękitnej Róży i otruciem Stefana…

– Ale przecież… – Yeager pokręcił głową. – Przecież to nie ma sensu.

– To zagadka w stylu tych, które zadają elfy, kiedy chcą się droczyć ze śmiertelnikami. Rozwiązaniem jest zwykle jedno lub dwa słowa, nie więcej. I to jest coś oczywistego, odpowiedź jest ukryta między wierszami… „Żeby znaleźć odpowiedź na nurtujące cię pytania musisz wezwać tego, kto odpowiada za całe zło, które spotkało mnie, ciebie, twojego męża i wiele innych osób”.

– To jest takie… Jasne i niejasne.

– Wiem. Ale to jedyna podpowiedź, jaką mamy w tej patowej sytuacji.

 

Katrina zaczynała tracić nadzieję czy kiedykolwiek odnajdą odpowiedź.

Doszli do wniosku, że pomocnikiem macochy musiał być jakiś demon, zły duch. Chcąc sobie pomóc, Yeager polecił przynieść wszystkie księgi z opisami demonów, które były znane wszystkim czarnoksiężnikom. Jednak ta pomoc okazała się bardzo marna – imiona demonów miały nawet po pięć słów. To bardzo komplikowało sprawę. Godzinami przeszukiwali księgi, ale bez skutku, nie znajdywali demona, którego imię odpowiadałoby opisowi, który podał im Alchemik.

Katrina usiadła na krześle i przeczesała dłonią włosy, a jej wzrok prześlizgnął się po ścianie i trafił na lustro, w którym ujrzała zmęczone odbicie swojej twarzy. Ścigali się z czasem – jeśli szybko nie odkryją, kto za tym stał, Stefan wkrótce umrze i władzę przejmie macocha, której pierwszy rozkazem będzie wygnanie Katriny lub skazanie jej na karę śmierci.

Może za bardzo to wszystko komplikowali? Może wcale nie chodziło znane z księgi imię… To byłoby zbyt oczywiste, odnaleźć imię w księdze i przywołać. Demony nie posiadały jednego imienia – tak jak większość istot magicznych posiadały wiele imion, dzięki temu mogły bez obaw zdradzać je ludziom… Bo miały jeszcze prawdziwe imię. Prawdziwe imię oddawało naturę i istotę noszącej je osoby.

„Żeby znaleźć odpowiedź na nurtujące cię pytania musisz wezwać tego, kto odpowiada za całe zło, które spotkało mnie, ciebie, twojego męża i wiele innych osób” – to było przecież oczywiste! Katrina zerwała się i podskoczyła do lustra.

Wzięła głęboki wdech i zaczęła mówić:

– Zła Istota, Zła Istota, Zła Istota…

Do pokoju wdarł się lodowaty podmuch, który zgasił część świec. W półmroku, który zapanował, prawie niczego nie dało się dostrzec. Wtem w progu ukazała się wysoka postać, odziana w czarny płaszcz, o jarzących się czerwienią oczach.

– Jestem na twe rozkazy – oznajmił ochrypłym głosem.

Katrina przez dłuższą chwilę wahała się czy powinna się odwrócić. W tym czasie u jej boku zjawił się Yeager, który syknął jej do ucha:

– Co zrobiłaś, moja pani?

– Znalazłam tego, kto udzieli mi odpowiedzi – odparła z pewnością w głosie.

Nie zważając na przerażony wzrok Yeagera, Katrina pewnym krokiem podeszła do wezwanego demona.

– Powiesz mi wszystko, czego zażądam? – Spytała, patrząc mu w oczy. Przestała się go bać, bo zrozumiała, że ma nad nim władzę. Całkowitą i niepodważalną.

– Jak sobie będziesz tego życzyć – przytaknął posłusznie.

Zażądała, aby jej wyznał całą prawdę.

Wyznał, bez zająknięcia. Wyznał wszystko. Katrina nie miała już cienia wątpliwości – za wszystkimi nieszczęściami, które ją spotkały, stała macocha.

– A teraz, oddaj mi Błękitną Różę – wyciągnęła do niego dłoń.

Demon sięgnął pod poły płaszcza i wyjął lśniący, błękitny kwiat, po czym wręczył go Katrinie.

– Zabierz nas do mojego brata – nim zdążyła dokończyć, opanował ich mrok, a gdy się rozstąpił, znajdowali się w sypialni Stefana.

Katrina podeszła do dzbanka z wodą, nachyliła nad nim kwiat, z płatków którego spłynęła kropla błękitnego płynu. Woda w jednej chwili zaczęła lśnić błękitną poświatą. Natychmiast podała ją księciu do picia. Powoli zwilżała jego usta, a gdy czuła, że Stefan zaczął pewniej przełykać, powoli zaczęła wlewać do jego gardła zawartość dzbanka.

Książę zakaszlał, po czym odsunął ręką dzbanek od ust. Powoli usiadł i wziął kilka głębszych wdechów, po czym spojrzał na Katrinę. Dziewczyna z trudem powstrzymywała się od płaczu, odstawiła naczynie i zarzuciła mu ręce na szyję. Nigdy wcześniej nie była tak szczęśliwa.

– A teraz powtórz wszystko, co mi powiedziałeś – zwróciła się do demona.

Kiedy wypowiedziała te słowa, drzwi komnaty otworzyły się z impetem. Do środka weszła macocha w towarzystwie straży. Jej pewność siebie natychmiast zblakła, gdy ujrzała ozdrowiałego Stefana oraz demona spoglądającego na nią swymi krwistoczerwonymi oczami.

– Przegrałaś – oznajmił demon królowej. Po głosie dało się wyczuć, że się uśmiechał. – Dziewczyna odgadła moje prawdziwe imię, nie masz nade mną już żadnej władzy.

Macocha cofnęła się o krok, jednak demon w okamgnieniu znalazł się przy niej i dotknął szponiastą dłonią jej twarz. Kobieta wrzasnęła, zaś jej ciało zmieniło się w pył.

W obecności całego dworu demon wiernie powtórzył każde słowo, które oznajmił po wezwaniu, po czym zakończył, zwracając się do Katriny:

– Pozwól mi odejść. Byłem zbyt długo w służbie tej wiedźmy. Dziś już nikt nie ma wątpliwości, co do twojej i twojego męża niewinności…

– Pozwalam – zgodziła się bez chwili wahania. – I nie obawiaj się, bo nikomu nie zdradzę twojego imienia.

Demon rozpłynął się w powietrzu.

– Nie zasługiwał na puszczenie go wolno – stwierdził Yeager.

– Ja sądzę inaczej – odparł Stefan – One nigdy nie robią takich rzeczy z własnej woli. Został zmuszony do uczynienia tych wszystkich zbrodni, w moich oczach całkowicie go to usprawiedliwia…

 

I wszystko skończyło się dobrze.

Stefan wziął huczny ślub z piękną księżniczką, którą sam sobie wybrał na żonę. Świętowano prawie cały miesiąc, a potem świętowano kolejny, z okazji koronacji na króla.

Paradox został ułaskawiony, król wystosował pismo z przeprosinami i zaproszeniem do Stolicy. W dniu przyjazdu witano go z najwyższymi honorami. Wielebni z Gildii postanowili przyjąć go do swego grona – po wielu namowach i silnych argumentach, zgodził się. Dwa miesiące później Stefan osobiście poprosił go o zostanie jego Drugim Doradcą – tutaj szczególną rolę odegrała perswazja Katriny, bo nie ma co się oszukiwać, Paradox był zbyt skromny, aby przyjmować wielkie tytuły i nagrody.

Yeager porzucił stanowisko Wielebnego, aby otworzyć własną Akademię Czarnoksięstwa, którą król postanowił finansować. Uczniowie tłumnie zjeżdżali z każdego zakątka kraju, aby się kształcić pod jego okiem. Mimo początkowych trudności w skompletowaniu kadry profesorskiej, Akademia szybko rozpoczęła swoją działalność.

Katrina została na dworze swojego brata, gdzie pełniła rolę Pierwszego Doradcy. Systematycznie rozwijała swoje zdolności, aż w końcu zasłużyła na przyjęcie do Gildii, co wkrótce zaowocowało objęciem tytułu Wielebnej.

Stefan władał królestwem długo i sprawiedliwie, a jego potomkowie wspominali ten okres, jako Złoty Wiek Stefana Wielkiego. Pomysł Yeagera zainspirował czarnoksiężników do założenia podobnych ośrodków w innych krajach, przez co zdobył wieczyste uznanie wśród Wielebnych innych Gildii. Katrina i Paradox wspomagali Stefana w jego rządach, odkrywając tajniki magii i propagując kunszt czarnoksięstwa do końca swoich dni, które przeżyli długo, magicznie i szczęśliwie.

Koniec

Komentarze

Hym, co by tu powiedzieć… Bajka bardzo sztampowa, do tego wkładasz u usta królewny słowa zupełnie nieodpowiednie, np “hajtnąć się”. Próbujesz troszkę stylizować, a zaraz potem wyłazi z Ciebie dziewczyna z XXI wieku. I niestety, widzę tu w całości czerpanie z ogólnie znanych bajek, a czegoś Twojego chyba nie dostrzegłam wcale.

Przykro mi, ale tą opowieścią nie kupiłaś sobie mojej uwagi.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

bemik, patrzę na to czysto warsztatowo – i wiem, że takie opowieści nie są w moim stylu :P Jest prosty i nieskomplikowany. Ale, na swoją obronę powiem, że tematem przewodnim Dnia Godności Osoby Niepełnosprawnej było królestwo, rycerstwo, średniowiecze, księżniczki i takie tam, magia i miecz… Nie mój klimat, ale tekst powstał :)To dla mnie też było nie lada wyzwanie – nie lubię za bardzo pisać w takich klimatach i wiem, że muszę ich unikać… Jednakże, również na swoją obronę powiem, że chętnie dowiem się, jakie są w nim błędy :) Dzięki temu będę wiedzieć, czego unikać… Może największym błędem tego tekstu jest to, że w ogóle powstał? 

Dziękuję i pozdrawiam!

Zgodzę się z Bemik, że bajka naiwna. I nie zawiera wiele jakichś Twoich własnych dodatków, czegoś, co pozwoli ją zapamiętać, jak czerwony kapturek albo kot w butach. Tytułowa róża stanowiła niezłą kandydatkę, ale obawiam się, że za słabo ją wyeksponowałaś.

I chyba jest trochę przegadana – początek mi się dłużył, miałam wrażenie, że w kółko podajesz te same informacje. Że Katrina uciekła z domu, że poślubiła czarownika, że u siebie w domu robiła co, chciała i chodziła w spodniach. Naprawdę, nie musiałaś już tłumaczyć, co sądzi o savoir vivrze.

Może marudzę, ale zabrakło mi jakiejś przemiany księżniczki, jakiegoś pokonywania przeszkód. Bo ja wiem, poświęcenia? Myśli o zagadce, myśli, myśli i bach! Zna rozwiązanie i w tym momencie już jest wszystko pozamiatane.

Dotarła ona też do Katriny, siostry przyszłego następcy tronu.

Następcą tronu to on był od urodzenia.

Spytał, po czym strzelił rozdwojonym językiem niczym batem.

Nie umiem strzelać z bata, ale wydaje mi się, że strzelające narzędzie musi być długie. Fizyka. A ponad metrowy język wygląda groteskowo.

To był bardzo nieudany żart – wszak Alechmik był niewidomy, a jego oczy dodatkowo przewiązane były paskiem materiału. Wnęka, w której siedział była nieduża,

Powtórzenie.

Zaraz po tym jak Alchemik wyzionął ducha, Yeager polecił jej zostać na miejscu i sam poszedł po pomoc.

Tu się na moment zgubiłam. Pomoc dla kogo? Alchemikowi nikt już nie mógł pomóc, a księżniczka nie musiała tam sterczeć, mogła zwiać. Jeśli była zagrożona.

Yeager w ostatniej chwili zdołał ją złapać. Przez dłuższą chwilę nie mogła złapać powietrza.

Powtórzenie.

Babska logika rządzi!

Finklo, masz rację – to słaby tekst :) Wolę pisać bajki dla dorosłych, jak choćby mój ostatni tekst o wiedźmie Małgorzacie, w tym klimacie czułam się świetnie :D 

Dziękuję za komentarz i napiętnowanie błędów, kiedy znajdę chwilę, poprawię :) 

Pozdrawiam! :)

» Może największym błędem tego tekstu jest to, że w ogóle powstał?  « <>  Na pewno nie. 

Pisałaś, że tekst o Małgorzacie “lepiej” się Tobie pisał. Klimat odpowiadał. Sądzę, że decydowała o tym świadomość, do kogo adresujesz tekst. Do, umownie, równych sobie. “Błękitną…” adresowałaś, teoretycznie, do bardzo młodych odbiorców, ale nie ustrzegłaś się wplecenia “komplikacji dla dorosłych”, że tak to nazwę – zarówno w stylu, jak treści – no i wyszło, co i jak wyszło, czyli zawieszenie w połowie drogi.

Nie martw się tym. Więcej: popróbuj jeszcze raz, drugi… Kto wie, czy nie wypracujesz “mechanizmu filtracji i podziału”, co do kogo adresujesz.

Hmmmm… Tak :) AdamKB, masz rację, muszę sobie wyrobić taki “mechanizm filtracji i podziału” :) To dobry pomysł :)

Dziękuję i pozdrawiam! :D 

Czytałem wcześniejsze teksty więc wiem czego mniej więcej oczekiwać. Dobrze, że uprzedziłaś co mnie czeka w tym opowiadaniu :)

Wybaczam :D

F.S

Dziękuję ;) Następnym razem będzie lepiej :D 

Pozdrawiam! :D :D 

Ładna ta bajka, jeno rozwleczona ponad miarę i cierpliwość każdego czytającego/ słuchającego. Że mało oryginalna, no cóż, trudno wymyślić nową bajkę, kiedy niemal wszystkie już opowiedziano. Nie przeszkadzała mi jej wtórność, natomiast obezwładniała mnie każda kolejna niedoróbka. Miracle, dlaczego tu jest tyle usterek? Dlaczego?

 

jej męża, który (gdy tylko miał chwi­lę czasu)… – Masło maślane. Chwila to czas.

Proponuję: …gdy tylko miał czas… Lub: …gdy tylko miał wolną chwi­lę

 

Rów­nież Ste­fan na­kre­ślił dla niej kilka słów w osob­nym li­ście.Rów­nież Ste­fan na­kre­ślił do niej kilka słów w osob­nym li­ście.

Listy piszemy do kogoś, nie dla kogoś.

 

wyjął kilka fio­lek ze sto­ją­cej nie­opo­dal szaf­ki, zgniótł kilka zia­ren w moź­dzie­rzu, wyjął z sa­kie­wek kilka su­chych liści… – Powtórzenia.

 

Ka­tri­na wzię­ła od niego wi­sio­rek i wsu­nę­ła go pas, po czym wspię­ła się na palce i po­ca­ło­wa­ła go z po­li­czek. – Ze zdania wynika, że Katrina, wsunąwszy wisiorek za pas i wspiąwszy się na palce pocałowała ozdobę. ;-)

 

Od pra­wie dwu­dzie­stu minut sie­dzia­ła na tra­wie… – Miała zegarek?

 

Jej sa­mo­wo­la i brak po­sza­no­wa­nia zda­nia do­rad­ców był jed­nym z po­wo­dów nie­chę­ci… – Piszesz o dwóch czynnikach, więc: Jej sa­mo­wo­la i brak po­sza­no­wa­nia zda­nia do­rad­ców były jed­nym z po­wo­dów nie­chę­ci

 

nie oglą­da­ła za sie­bie, tylko gnała na przód… – …nie oglą­da­ła za sie­bie, tylko gnała naprzód

 

nie brał udzia­łu w na­dwor­nych roz­ryw­kach… – …nie brał udzia­łu w dworskich roz­ryw­kach

 

Z tru­dem prze­łknę­ła gulę, która ści­ska­ła jej gar­dło. – Gula może tkwić w gardle, ale nie będzie go ściskać.

 

Życie księż­nicz­ki było usta­lo­ne od po­cząt­ku do końca, mu­sia­ła wszyst­ko wy­ko­ny­wać zgod­nie z usta­lo­nym od­gór­nie pla­nem, dążąc do per­fek­cji, jed­nak­że Ka­tri­na nie była taka. Sku­tecz­nie zni­we­czy­ła usta­lo­ny plan swo­je­go życia. – Powtórzenia.

 

Ste­fan zwró­cił się za­sko­czo­ny w jej stro­nę, lecz szyb­ko zo­sta­ło za­stą­pio­ne przez ra­dość. – Co zostało zastąpione przez radość?

 

My­śla­ła, że ten kry­mi­na­li­sta w ja­ki­kol­wiek bę­dzie w sta­nie jej pomóc? – Czegoś w zdaniu zabrakło, natomiast kryminalista zupełnie tu nie pasuje.

 

Jeśli fak­tycz­nie ten łach­my­ta pu­ścić parę z gęby? – Tu też chyba czegoś brakło.

 

wszak Alech­mik był nie­wi­do­my… – Literówka.

 

a wszy­scy, jak jeden mąż, ze­zna­wa­ją… – …a wszy­scy, jak jeden mąż, ze­zna­ją

 

Kiedy szyli z la­bi­ryn­tu, Ka­tri­na na­tych­miast… – Czy szyli z labiryntu jak z łuku? ;-)

 

ślady łez na po­licz­kach zna­czą­co się od­zna­cza­ły od jej ja­snej cery. – Brzmi to fatalnie!

 

Twój bied­ny, scho­ro­wa­ny oj­ciec, bied­ny i na­wi­ny Ste­fan… – Literówka.

 

głos jej się za­ła­mał, po czym wy­bu­chła pła­czem. – …głos jej się za­ła­mał, po czym wybuchnęła pła­czem.

 

Naj­pierw twój oj­ciec, te­ra­qz… – Literówka.

 

nagła kra­dzież Błę­kit­nej Roży… – Literówka.

 

ma­co­cha, któ­rej pierw­szy roz­ka­zem bę­dzie wy­gna­nie Ka­tri­ny… – Literówka.

 

Może wcale nie cho­dzi­ło znane z księ­gi imię… – Tu czegoś brakuje.

Proponuję: Może wcale nie cho­dzi­ło o imię znane z księ­gi

 

Może wcale nie cho­dzi­ło znane z księ­gi imię… To by­ło­by zbyt oczy­wi­ste, od­na­leźć imięksię­dze i przy­wo­łać. De­mo­ny nie po­sia­da­ły jed­ne­go imie­nia – tak jak więk­szość istot ma­gicz­nych po­sia­da­ły wiele imion, dzię­ki temu mogły bez obaw zdra­dzać je lu­dziom… Bo miały jesz­cze praw­dzi­we imię. Praw­dzi­we imię od­da­wa­ło na­tu­rę i isto­tę no­szą­cej je osoby. – Powtórzenia.

 

Wtem w progu uka­za­ła się wy­so­ka po­stać, odzia­na w czar­ny płaszcz, o ja­rzą­cych się czer­wie­nią oczach. – Płaszcz o jarzących się czerwienią oczach?! Uch, to dopiero magia! ;-)

 

Ksią­żę za­kasz­lał, po czym od­su­nął ręką dzba­nek od ust. Po­wo­li usiadł i wziął kilka głęb­szych wde­chów, po czym spoj­rzał na Ka­tri­nę. – Powtórzenie.

 

Dziew­czy­na z tru­dem po­wstrzy­my­wa­ła się od pła­czu, od­sta­wi­ła na­czy­nie i za­rzu­ci­ła mu ręce na szyję. – Zarzucanie ramion na szyję naczynia, to także magia, prawda? ;-)

 

Ste­fan wziął hucz­ny ślub z pięk­ną księż­nicz­ką… – Huczne może być wesele, ślub raczej nie.

 

co wkrót­ce za­owo­co­wa­ło ob­ję­ciem ty­tu­łu Wie­leb­nej. – Tytułu nie można objąć.

Proponuje: …co wkrót­ce za­owo­co­wa­ło nadaniem ty­tu­łu Wie­leb­nej.

 

do końca swo­ich dni, które prze­ży­li długo, ma­gicz­nie i szczę­śli­wie. – Raczej: …do końca swo­ich dni, których prze­ży­li wiele, ma­gicz­nie i szczę­śli­wie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, ładne kwiatki, cała litania – nie popisałam się, nie da się ukryć… 

Nic nie poradzę, trochę mi wstyd, nie, bardzo mi wstyd, że porobiłam takie błędy – postaram się ich w przyszłości unikać, dziękuję, że je napiętnowałaś :)

Solennie obiecuję poprawę :) :D

Dziękuje za komentarz i pozdrawiam! :)

 

Sympatyczna bajka :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka