- Opowiadanie: MPJ 78 - Jestem...

Jestem...

Wyszło mi coś innego niż zwykle, choć bardzo się starałem trzymać w ramach świata który lubię.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Jestem...

Jestem inteligencją, energią, powietrzem, odrobiną krzemu. Pozornie delikatny, ale za mojego życia Ziemia już ponad trzydzieści milionów razy obiegła Słońce. Dla przedstawicieli mojego gatunku, to nic nadzwyczajnego. Wśród swoich uchodzę za młodego. Na północy, takich jak ja nazywano jeszcze nie tak dawno Płanetnikami. Na południu ledwie parę tysięcy lat temu, nazywano nas Baalszaminem. Była tam nawet moja ulubiona świątynia w miejscu nazywanym Palmyrą. Kilkadziesiąt obiegów Ziemi dokoła Słońca temu ludzie odkopali ją spod piasków pustyni. Znów wyglądała malowniczo na tle błękitnego nieba. Jak przed wiekami mogłem zanurzać się w energii, którą ludzie nagromadzili tam dzięki swojej wierze.

 

Jestem gniewem, poczuciem krzywdy i pragnieniem rewanżu. Oni zniszczyli moją ulubioną świątynie. Szybowałem z innymi nad kłosami pszenicy i sosnowymi lasami północy, kiedy inny płanetnik przyniósł nam wieść o tym zdarzeniu. Pomknąłem na południe by osobiście zobaczyć co się stało. Piaski pustyni pokryły rozrzucone kamienie. Pomiędzy nimi kręcili się jacyś ludzie. Przez chwilę myślałem, że chcą coś uratować, odtworzyć to co zniszczone. Oni byli jednak tylko niszczycielami, ich aury emanowały fanatyzmem i chciwością. Przysięgam, że za to co zrobili, zniszczę ich tak dokładnie, jak się tego nie spodziewają.

 

***

 

Aleksander Konstantynowicz Tokariew usłyszał chrząknięcie i otworzył oczy. Miał wrażenie, że zamknął je tylko na chwilę. Rzut oka na zegarek. Ten upierał się jednak bezczelnie, iż kapitan pozwolił sobie na luksus dwugodzinnego snu. Przed nim stał łącznościowiec z meldunkiem, a zza namiotowej płachty dochodził pomruk dział. Palmyrę udało się otoczyć, ale walki nadal były bardzo ciężkie.

– Bladź, zachciało mi się wyjazdu, to mam. – Mruknął do siebie. – Co tam masz dla mnie.

– Komandir – wyprężony na baczność radzista podał mu kartkę – wiadomość z Moskwy.

 

Już nagłówek sprawił, iż Tokariew wyprostował się tak jak jego podkomendny. Wiadomość była bowiem od samego Władimira Władimirowicza.

 

Kapitanie. Zadanie jakie jest przed wami, ma olbrzymie znacznie propagandowe dla naszej ojczyzny. W przeciągu najbliższego tygodnia macie zdobyć Palmyrę tak, aby żadne stanowisko archeologiczne nie zostało zniszczone. Zada to kłam propagandzie zachodu. W celu realizacji tego zadania dostajecie moje osobiste pozwolenie korzystania z pełnej pomocy naszego lotnictwa, oraz wszelkich innych naszych jednostek operujących na tym teatrze działań wojennych. Do waszej dyspozycji będzie też oddana każda broń, jaka znajduje się w Rosyjskich arsenałach. Jeśli wykonacie zadanie tak by zadać kłam oszczerstwom zachodnich mediów, będziecie bohaterem Federacji Rosyjskiej i Kawalerem Order Świętego Andrzeja Apostoła. Niepowodzenia nie przewiduje.

Prezydent Federacji Rosyjskiej

Władimir Władimirowicz Putin.

 

Przeczytawszy rozkaz, rzucił łącznościowi tylko jedno pytanie

– Sztab?

– Zbiera się za pół godziny.

 

W namiocie sztabowym zebrało się kilkunastu oficerów. Kapitan Tokariew uważnie lustrował pozostałych dowódców. Syryjczyk, generał Hasan Szaukat, dowódca 67 brygady pancernej był blady jak kreda. Irańczyk major Mohamed Szusztari dowodzący Sokołami Pustyni, pułkiem specjalnym, złożonym z żołnierzy al Quds i szyickich ochotników, sprawiał wrażenie przygnębionego. Generał rozpoczął.

– Otrzymaliśmy nowe rozkazy. Mamy zdobyć Palmyrę oszczędzając jej zabytki. Bezpośrednie uderzenie nie wchodzi więc w grę. Otoczymy rejon, ale tu – wskazał na mapie – zostawimy lukę, która ma za zadanie skłonić bojowników Kalifatu do wyrwania się z kotła. Przy odrobinie szczęścia wasze lotnictwo ich potem wykończy. – Zwrócił się do Rosjanina.

– To jest dobry plan, ale może się nie udać. – stwierdził Tokariew – Zwiad lotniczy wskazuje, iż w rejonie starożytnych świątyń zbudowano umocnienia polowe. Jest tam też sporo wykopów, służących prawdopodobnie poszukiwaniu starożytnych artefaktów. Wszystko, co tam znajdą, Kalifat sprzedaje potem na czarnym rynku. Nikt nie rezygnuje tak łatwo, ze źródeł zarobku. Istnieje więc wysokie prawdopodobieństwo, że podobnie jak na polach naftowych, jego bojownicy przyjmą tu oblężenie.

– Jeśli tak, to biada nam. – wtrącił Irańczyk – Nie możemy rzucić do ataku piechoty. Bez wsparcia czołgów, artylerii i lotnictwa nasi ludzie zostaną zmasakrowani. Jak zauważą, iż te ruiny wyceniono wyżej niż ich życie, to morale siądzie i zaczną się dezercje.

– Założymy oblężenie – zaproponował generał – jeśli odetniemy im wodę i żywność, zmusimy ich do prób wyrwania się z kotła, albo za jakiś miesiąc się padną z głodu i pragnienia.

– Jeśli oblężenie potrwa tak długo, damy czas Kalifatowi na umocnienie się gdzie indziej. Tak, czy tak, będzie to nas kosztować dużo krwi.

– Druzja miałem sen. Widziałem, jak zdobywamy te ruiny bez strat i na dodatek łamiemy ducha walki wojowników Kalifatu.

– To faktycznie był sen – wtrącił major

– Daj dokończyć. Możemy zrobić tak…

W miarę jak Rosjanin mówił twarze pozostałych oficerów ożywiały się. Pomysł był szalony ale dawał szansę na wykonanie rozkazu w wyznaczonym terminie.

 

Bojownicy Kalifatu triumfowali. Tego dnia odparli już trzecie natarcie asadowskiej piechoty. Abdul, weteran dżihadu, nie podzielał radości swoich towarzyszy broni. Coś mu się nie zgadzało. Syryjczycy, Irańczycy, Rosjanie, kto ich tam wie, atakowali z pewną taką nieśmiałością. Piechota podrywała się do natarcia, ale bez serca. Kawałek podbiegnie, klei się do ziemi i wyjątkowo chętnie wycofuje się z pola pod osłoną zasłony dymnej stawianej przez artylerię. Abdul wojnę znał jak własną kieszeń. Takie ataki są bez wątpienia pozorowane, czyli prawdziwe zagrożenie jest gdzie indziej, ale gdzie? Słońce łagodnie zachodzi, może uderzą nocą? Artyleria nadal strzela i wiatr znosi dym na pozycje wojowników kalifa. Wojownicy wiwatują śmieją się, są wprost pijani szczęściem. Zaraz pijani… To jakiś gaz, natychmiast założył maskę. Choć krzykiem wydawał rozkaz by wszyscy poszli za jego przykładem, niewiele zdziałał. Bojownicy woleli się śmiać z niego, niż go naśladować. Potem po kolei zapadali w sen. Pozycja była stracona. Abdul i kilku szczęściarzy, którzy założyli maski zaczęli wycofywać się do miasta.

 

***

 

Jestem pasterzem i owczarkiem, pędzę przed sobą gęsty obłok, niczym stado owiec. Ludzie, którzy stworzyli tą naziemną chmurę, wymieszali w niej dym ze środkami, które powodują u nich śmiech i sen. Sprawiam by nie rozproszyła się zanadto, ani nie zboczyła z drogi. Łaciate sylwetki specnazowców i irańskich pustynnych sokołów suną za mną po pustyni w stronę ruin. Ci ludzie są narzędziami mojego planu. Dbam więc o nich, na miarę moich możliwości. Docierają do pierwszych stanowisk zajętych przez niszczycieli starożytnej świątyni. W absolutnej ciszy, wiążą śpiących bojowników Kalifatu. Dokładnie i systematycznie sprawdzają każdy okop, każdą stertę kamieni. Skończyli, zanim pomiędzy ruiny a miasto spada deszcz stali i trotylu, niszcząc ruszający kontratak.

 

Jestem widzem i autorem spektaklu. Wstaje świt, na piasku, dokoła kamienia, który był kiedyś ołtarzem ofiarnym, klęczy kilkudziesięciu zakneblowanych mężczyzn. Ludzie, to dziwny gatunek, widzą, to co materialne, a nie widzą energii. Potrafią ją jednak gromadzić. Schwytani emanują szerokim spektrum uczuć: gniewem, strachem ale też i wiarą. Każda z tych emocji generuje energię o innej barwie. Gniew, że dali się tak zaskoczyć ma barwę atramentu. Strach przed bólem, torturami, przesłuchaniem jest szary jak ściany celi, i lepki jak podłoga katowni. Wiara błyszczy niczym złoto i oplata wszystkie inne barwy niczym sieć nie pozwalająca tej części człowieka, która jest z energii rozpaść się. Szkoda, że ludzie tego nie widzą. Nie jestem samotnym widzem, wielu z tych, którzy odbili z rąk niszczycieli ruiny mojej świątyni, też będzie oglądać ten spektakl. Wzięli ze sobą urządzenia potrafiące utrwalić obraz tego co materialne, oraz dźwięk.

 

Jestem nerwowym drżeniem o sukces spektaklu. Do więźniów podchodzi kliku specyficznie ubranych ludzi. Głowy ich zdobią spiczaste czapki, twarze ukrywają plastikowe maski a'la diabełek i potężne mikołajowe brody. Stroju dopełniają szkockie kilty i sandały. Na szczęście, nie założyli do nich skarpet. Nagie ciała wysmarowali samoopalaczem. Ktoś, kto odpowiada za kostiumy, pokpił sprawę. Imitacje kapłanów Baalszamina rażą sztucznością. Wprowadzają ze sobą prosiaka. Przynajmniej on jest autentyczny, przyleciał parę godzin temu z pozostałymi rekwizytami. Zwierzak zostaje szybko zabity, a jego krew zebrano do misy. Żeby nie skrzepła wymieszano ją z alkoholem. Żal z jakim „kapłani” Baalszamina, dokonali tej czynności wyraźnie zdradza ich pochodzenie. Każdy z jeńców zostaje poddany kilku prostym zabiegom. Obcina im się brody, dzięki czemu łatwiej obwiązać szyje namoczonymi rzemieniami. Twarze ich maluje się mieszanką świńskiej krwi i alkoholu. Beznamiętny głos oznajmia wojownikom Kalifatu, co następuje. Kilku z nich wyraziło daleko idącą gotowość współpracy, ci zostaną oszczędzeni. Wszyscy tu obecni zamiast przelewać krew za Allacha uduszą się ku chwale Baalszamina. Technicznie rzecz biorąc odbędzie się to w ten sposób, iż mokry rzemień wysuszy ciepło ciała. Surowa skóra schnąc ściąga się i przy okazji udusi ofiarę. Nawet śmierć w walce nie uchroniłaby ich przed tym losem. Ciała zabitych, podobnie jak złożonych w ofierze spłoną na jednym stosie z wieprzkiem, ku chwale Baalszamina.

 

Jestem zemstą, zimną jak polarny wiatr, bezwzględną i skuteczną. Oni zniszczyli moją świątynię, a ja zniszczyłem ich. Jeszcze żyją ale gasną jak świece na urodzinowym torcie. Szary strach rozrywa złotą sieć wiary. Choć materia, z której są złożeni jeszcze żyje, to ich energia rozpływa się niczym woda z topniejącego bałwana. Mnie nie interesują półśrodki, gdybym zniszczył tylko ich ciała, moja zemsta nie byłaby pełna. Ludzka energia, kiedy pozbawi się ją części materialnej, bywa równie trwała jak przedstawiciele mojego ludu. Właśnie pierwszy z bojowników umarł. Za wcześnie na zaciśnięcie się schnących rzemieni, zabił go więc prawdopodobnie strach. Gdybym nie powziął odpowiednich kroków, jego jak to ludzie mówią duch, mógłby się tu błąkać, przez setki i tysiące obiegów Ziemi wokół Słońca. Teraz jego energia rozsypuje się jak ziarno z rozprutego worka.

 

Jestem opiekunem, matką, ojcem, starszym bratem, siostrą, przyjacielem. Z ruin świątyni, od strony miasta, ze starych cmentarzysk w stronę energii umykającej z umierających bojowników kalifatu, ciągną duchy dawnych wyznawców Baalszamina. Choć nie jestem bogiem, jestem im winien szacunek i opiekę. Zbudowali świątynię, czcili mnie, a ja nurzałem się w energii ich wiary, niczym w złotym morzu. To było więcej niż miłe, więc jeśli mogę, zapewniam im odrobinkę przyjemności. Dzięki temu, że wiara ofiar się rozpadła, oni mogą czerpać z ich energii niczym strudzony wędrowiec ze strumienia. Za parę godzin, kiedy ciała spłoną, po niszczycielach świątyni nie pozostanie żaden ślad.

 

Jestem wiatrem, potokiem złotych liści, tańcem mgły nad jeziorami w których śpią już rusałki. Beztroskim wirem unoszącym kurz nad polna drogą, szelestem ostatnich wrzosów grzejących się w słońcu na leśnych polanach, muzyką kropel deszczu wirujących w rynnach. Jestem szczęściem.

Koniec

Komentarze

Gdyby tak jeszcze Baalszamin podjął się misji szerzenia wiedzy o przecinkach…  To śmieszy i nudzi, pod dziewięćdziesięcioma ośmioma tekstami na sto klepać mantry o przecinkach…

Bardzo misię, to sięgnięcie po istotę mityczną oraz niemal bezpośrednie, jednak nie do wykrycia współdziałanie jej z prowadzącymi wojnę. Powód tej współpracy też bardzo, rzekłbym, w moim stylu. Język dopasowany do treści, lekko zmieniany z fragmentu na fragment. Niemal same plusy.

Mnie też się podoba opowiadanie, szczególnie maniera rozpoczynania każdego niemal akapitu od akcentowania funkcji ducha.

MPJ78 – wiem, że z przecinkami sobie sam nie poradzisz, ale przeczytaj dokładnie jeszcze raz tekst. Trafia się trochę baboli, jakby niedokładna korekta.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Wiem, że powinienem wrzucić tekst najpierw bo betowania i w ogóle ale jakoś tak dawno nic nie napisałem i …. Zobaczę co się da poprawić :)

 

Niech żyje Baal! ;-)

Ciekawy pomysł, przemieszanie duchowości narratora i współczesnej walki też mi się spodobało. Ale masz kilka literówek.

 

Babska logika rządzi!

Uciekając przed literówkami i powtórzeniami przerobiłem końcówkę jednego z akapitów. Teraz drżę niczym Płanetnik, iż zamiast poprawić, pogorszyłem sprawę.

Rzeczywiście ciekawy pomysł, w miarę dobrze się czytało (choć mistycyzm to nie mój klimat). Interpunkcja… ale to już komentowano.

Jest wielce OK. Sam pomysł istot/bogów żywiących się/czerpiących siłę z wiary wyznawców nie jest może niczym nowym, ale nie przypominam sobie, żebym spotkał się z wykorzystaniem go we współczesnych realiach.

Jedno tylko zastrzeżenie: narrator wydał mi się zdecydowanie zbyt ludzki – tak w zachowaniu, jak i w wyrażaniu myśli.

na emeryturze

To jest naprawdę dobre, tylko, kurczę, nie mogę się wyzbyć wrażenia, że gdzieś już słyszałem rozpoczęcie “jestem…” w podobnym kontekście, tylko nie wiem gdzie. Będzie mnie to gryźć i nie da spać :D

F.S

Opowiadanie nie zrobiło na mnie szczególnego wrażenia. Owszem, pomysł był, lektura przykrości nie sprawiła, jeśli nie liczyć kilku usterek i to chyba wszystko, bo historia raczej nie zagości w pamięci na dłużej.

 

Jak przed wie­ka­mi mo­głem za­nu­rzać się w ener­gii jaką lu­dzie… – Jak przed wie­ka­mi, mo­głem za­nu­rzać się w ener­gii, którą lu­dzie…

 

Oni znisz­czy­li moją ulu­bio­ną świą­ty­nie. – Literówka.

 

znisz­czę ich tak do­kład­nie, jak się tego nie spo­dzi­wa­ją. – Literówka.

 

za na­mio­to­wej płach­ty do­cho­dził po­mruk dział. – …zza na­mio­to­wej płach­ty do­cho­dził po­mruk dział.

 

Pal­my­ra była oto­czo­na, ale walki nadal były bar­dzo cięż­kie. – Powtórzenie.

 

nie widzą ener­gii. Po­tra­fią nią jed­nak gro­ma­dzić.Po­tra­fią jed­nak gro­ma­dzić.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Irańczyk major Mohamed Szusztari dowodzący Sokołami Pustyni, pułkiem specjalnym, złożonym z żołnierzy al Quds i szyickich ochotników, sprawiał wrażenie przygnębionego.

Żołnierze Al Quds? Al Quds to Jerozolima po arabsku i tak na początku zrozumiałam. Jeżeli piszesz o “irańskich oddziałach specjalnych” (w cudzysłowie, bo w sumie nie wiadomo kim oni są teraz naprawdę), to używaj formy Nīrū-ye Qods lub Sepāh-e Qods. Jeśli uprzesz się na Al Quds, to robisz poważny błąd rzeczowy. W końcu organizacja ma korzenie w niearabskojęzycznym Iranie. Druga sprawa – można zakładać, że cała organizacja jest szyicka, więc dopisanie “szyiccy ochotnicy” jest trochę jak “masło maślane”.

Tekst nie przypadł mi do gustu, chociaż korzystasz z bardzo lubianych przeze mnie motywów. Nie czuję tekstu – może za bardzo uderzyłeś w patos? 

 

Poprawki naniesione.

 

Odnośnie pułku specjalnego “Sokoły Pustyni”. Taka jednostka faktycznie walczy po stronie wojska Asada. Założyłem, że co najmniej część jej kadry stanowią Irańczycy z Islamskiego Korpusu Strażników Rewolucji. Z tego co pamiętam ich jednostki, które operują poza Iranem noszą nazwę al Quds.

 

Nowa Fantastyka