- Opowiadanie: Wilk który jest - Wieża Przeklętych

Wieża Przeklętych

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Nazgul

Oceny

Wieża Przeklętych

„Szyb­ciej, szyb­ciej”! „Może jesz­cze żyje”?! „Cho­ciaż trupa odbić”! Te myśli ry­wa­li­zo­wa­ły w gło­wie Bolka z od­gło­sa­mi ude­rzeń serca pul­su­ją­ce­go w skro­niach. Biegł w kie­run­ku straż­ni­cy zwa­nej Wieżą Prze­klę­tych. Wspi­na­jąc się po za­le­sio­nym zbo­czu, nie wi­dział już czar­ne­go dymu, który zda­wał się roz­sa­dzać don­żon od środ­ka, gdy do­strzegł z pola bitwy, że stołp pło­nie. „Prę­dzej”! – to słowo zmu­sza­ło umę­czo­ne walką ciało do dal­sze­go, pra­wie nad­ludz­kie­go wy­sił­ku.

Bitwa była wy­gra­na. Sa­ra­ce­ni ustę­po­wa­li już z pola pod Po­itiers. Część z nich ru­szy­ła jed­nak znisz­czyć wieżę, na któ­rej dum­nie po­wie­wa­ły chrze­ści­jań­skie sztan­da­ry. Czy chcie­li po­zo­sta­wić trwa­ły ślad swo­je­go na­jaz­du? Czy znisz­czyć głów­ny punkt ob­ser­wa­cyj­ny wro­gów? Tego nawet nie pró­bo­wał od­gad­nąć. Naj­waż­niej­sze było to, że straż­ni­cy tej strzegł Jan zwany Nie­znisz­czal­nym. Jego opie­kun, przy­ja­ciel, który oto­czył go oj­cow­ską wręcz tro­ską, odkąd jako neo­fi­ta miecz swój sło­wiań­ski zło­żył w służ­bie Bogu i Fran­kom. On jeden od po­cząt­ku trak­to­wał go jako rów­ne­go sobie. On pro­po­no­wał, a był człe­kiem wy­jąt­ko­wo wpły­wo­wym na dwo­rze Ka­ro­la, misję chrze­ści­jań­ską na te­re­ny prze­cię­te po­tęż­ny­mi wo­da­mi Wisły. On, swoim au­to­ry­te­tem, gwa­ran­to­wał kró­lew­ską ko­ro­nę dla wład­cy Wi­ślan tuż po jego chrzcie. Za­wsze, gdy sta­rzy ry­ce­rze krzy­wo na Bolka pa­trzy­li, po­ja­wiał się przy jego boku i kła­dąc rękę na ra­mie­niu, mówił: „On jest ze mną. Kto z nim w spór wcho­dzi, niech wie, że i ze mną jest w zwa­dzie”! Chcąc nie chcąc przy­wy­kli Fran­ko­wie i do tego eu­ro­pej­czy­ka, tym bar­dziej że kopa wojów, którą przy­wiódł ze sobą, biła się dziel­nie.

„Szyb­ciej, szyb­ciej”! Ostat­nie drze­wa, za nimi jesz­cze jeden garb te­re­nu. Tu wpadł wprost na od­dział arab­skich ma­ru­de­rów. „Byle się nie dać teraz zwią­zać walką”! „Prze­bić się tylko i biec ku Wieży Prze­klę­tych”! Runął w za­stęp wro­gów. Roz­trą­cił ich z bru­tal­ną siłą i po­gnał dalej. Zro­zu­mie­li woje za­mysł swego wodza i nie dając się wcią­gnąć w po­tycz­kę, po­pę­dzi­li za nim.

Osią­gnę­li wresz­cie skraj lasu. Otwo­rzy­ła się przed ich ocza­mi po­la­na, za­mknię­ta z trzech stron gę­stym murem drzew, a z czwar­tej zę­ba­mi bia­łych skał. Bolko uniósł wzrok ku szczy­to­wi straż­ni­cy. Przez czar­ny dym do­by­wa­ją­cy się ze środ­ka wieży, spo­strzegł cho­rą­giew zło­tej psz­czo­ły. Opu­ścił wzrok. Na dole kłę­bił się tłum na czar­no odzia­nych wo­jow­ni­ków z rów­nie czar­ny­mi sztan­da­ra­mi, po­kry­ty­mi zie­lo­ny­mi na­pi­sa­mi w sa­ra­ceń­skim ję­zy­ku, któ­re­go nie znał.

Ob­ró­cił się i krzyk­nął do swo­ich:

– Za mną Kruki!

Od­po­wie­dział mu krzyk z kil­ku­dzie­się­ciu gar­dzie­li. Biegł pierw­szy, wpa­da­jąc ry­chło w ciżbę wro­gów, za­sko­czo­nych nad­cią­ga­ją­cy­mi po­słań­ca­mi ry­chłej śmier­ci. Od­sko­czy­li Ara­bo­wie na bok i rzu­ci­li się do uciecz­ki. Wpadł Bolko do wieży i spo­strzegł w mroku śnia­dych wo­jow­ni­ków wspi­na­ją­cych się po drew­nia­nych scho­dach ku górze. Na szczy­cie, są­dząc po od­gło­sach, to­czy­ła się strasz­li­wa walka na śmierć i życie.

„Żyje Jan jesz­cze”! „Zdążę z od­sie­czą”! – Te myśli do­da­ły ja­kiejś po­twor­nej siły zdro­żo­nym człon­kom. Rzu­cił się na scho­dy i na­parł na wro­gów. Ostat­ni sta­nę­li ku niemu twa­rzą, ale gniew i mi­łość sy­now­ska do tego, który może już sa­mot­nie szczy­tu straż­ni­cy bro­nił, spra­wi­ła, że nikt nie mógł mu pola do­trzy­mać. Gdy usiekł kilku naj­ni­żej sto­ją­cych, resz­ta ru­szy­ła ku górze. Nie mogąc prze­pchnąć się przez tłum swo­ich ziom­ków i nie wi­dząc dla sie­bie na­dziei, ska­ka­li wprost w ob­szer­ną duszę scho­dów, ginąc od upad­ku, lub do­bi­ci mie­cza­mi bol­ko­wych ludzi.

Star­cie za­mie­ni­ło się w rzeź sa­ra­ceń­skich wo­jow­ni­ków. Nie wie­dział już Bolko, ilu z nich zabił, ilu sko­czy­ło przed nim w dół, wy­bie­ra­jąc inny, tchórz­li­wy ro­dzaj śmier­ci. Zbry­zga­ny krwią wro­gów do­tarł do szczy­tu scho­dów. Wi­dział już wierzch wieży. Trzej Sa­ra­ce­ni sto­ją­cy na naj­wyż­szych stop­niach, to­czy­li walkę z kimś, kogo nie wi­dział. Ciął strasz­li­wie mie­czem po go­le­niach. Padli wro­go­wie u jego stóp. Je­dy­nie czar­ny sztan­dar, który po­zo­stał gro­te­sko­wo opar­ty o scho­dek, wska­zy­wał, jak bli­sko byli celu. Wy­sko­czył Bolko na po­most i zo­ba­czył Jana z wznie­sio­nym mie­czem. Sto­ją­ce­go po­śród ciał o po­odrą­by­wa­nych człon­kach. Z ostrza spły­wa­ła cien­ką struż­ką krew wro­gów. Ru­szył sło­wiań­ski wo­jow­nik ku niemu, otwie­ra­jąc ra­mio­na, by go uści­snąć i przy­tu­lić do serca. Wtedy Fran­koń­czyk ze­rwał nagle sztan­dar zło­tej psz­czo­ły z masz­tu i sko­czył z wieży.

– Nie­eeeeeee! – krzyk­nął Bolko i po­biegł ku murom. Wy­chy­lił się przez blan­ki. Ni­g­dzie jed­nak ciała ni cho­rą­gwi nie doj­rzał. Tylko cień jakiś po­tęż­ny prze­le­ciał nad jego głową i skie­ro­wał się wprost ku Słoń­cu.

Usiadł Sło­wian przy murze i ża­łość tak wiel­ka wy­peł­ni­ła jego serce, że łez już po­wstrzy­mać nie zdo­łał. Pła­kał długo sku­lo­ny, cia­sno obej­mu­jąc głowę, w któ­rej roz­pacz wzię­ła górę nad wszel­ki­mi in­ny­mi my­śla­mi.

***

Fran­ko­wie przy­szli nad ranem. Wy­mor­do­wa­li bol­ko­wych ludzi szyb­ko i spraw­nie. Jego sa­me­go za­ku­li w kaj­da­ny i po­wle­kli przed ob­li­cze wład­cy.

Na­miot wodza zdo­bi­ły złote lilie na nie­bie­skim tle. Rośli ry­ce­rze wcią­gnę­li Sło­wia­ni­na do wnę­trza i ci­snę­li na glebę, wciąż dzier­żąc w dło­niach łań­cu­chy, które od­cho­dzi­ły od sta­lo­wych kla­mer na jego dło­niach i no­gach. Uniósł głowę. W na­mio­cie pło­nę­ły świe­ce. Je­sien­ny świt wsta­wał po­wo­li, nie dając zbyt wiele świa­tła. Szarp­nię­ciem zmu­si­li go do tego, by uklęk­nął. Po­wiódł wzro­kiem po twa­rzach ry­ce­rzy, z któ­ry­mi po­przed­nie­go dnia wal­czył jak równy pod sztan­da­rem Prze­naj­święt­szej Pa­nien­ki. Pa­trzy­li chłod­no, nie­życz­li­wie, z po­gar­dą. Nie­któ­rzy mieli gry­mas na twa­rzy, który zda­wał się wy­ra­żać słowa: „a nie mó­wi­łem”?

Nie zna­lazł w oczach wo­jow­ni­ków choć­by cie­nia zro­zu­mie­nia, czy li­to­ści. Wzrok jego spo­czął na tro­nie, na któ­rym za­sia­dał ma­jor­do­mus Me­ro­win­gów Karol. Bolko spoj­rzał na po­stać ry­ce­rza sto­ją­ce­go obok wodza. Nie uwie­rzył w pierw­szej chwi­li wła­snym oczom. Za­mru­gał szyb­ko po­wie­ka­mi. Nie mylił się jed­nak. Tuż przy tro­nie Ka­ro­la stał Jan zwany Nie­znisz­czal­nym. Pa­trzył wprost przed sie­bie, jakby nie do­strze­ga­jąc swo­je­go przy­ja­cie­la. Sło­wia­nin szarp­nął się, chciał coś po­wie­dzieć, ale po­cią­gnię­ciem łań­cu­chów, spro­wa­dzo­no go znów do po­zy­cji klę­czą­cej. Kne­bel w ustach sku­tecz­nie unie­moż­li­wił wy­do­by­cie głosu.

– No, no, no – po­wie­dział spo­koj­nym gło­sem Karol. – Gdy­byś ty miał Sło­wia­ni­nie tyle ro­zu­mu i przy­zwo­ito­ści co siły…

– Pa­no­wie – zwró­cił się do ry­ce­rzy – cu­dow­ny dzień za nami! Po­ko­na­li­śmy sa­ra­ceń­ską armię i zmu­si­li do od­wro­tu! Dziś wy­ru­szy­my za nimi i wy­bi­je­my roz­bi­te od­dzia­ły co do nogi. Smak wczo­raj­sze­go zwy­cię­stwa doda nam siły. Chwa­ła Fran­kom i Eu­ro­pej­czy­kom!

– Sława! – krzyk­nę­li wo­jow­ni­cy i unie­śli pu­cha­ry, by speł­nić toast.

Karol opróż­nił kie­lich, otarł usta wierz­chem dłoni i rzekł.

– Nie­ste­ty, zna­lazł się w na­szych sze­re­gach zdraj­ca – za­pa­dła cisza. – Zdraj­ca, który był na tyle głupi, by nie za­uwa­żyć, że bitwa przez Sa­ra­ce­nów już zo­sta­ła prze­gra­na i sta­nął na czele pogan, by zdo­być Wieżę Prze­klę­tych, tę pra­daw­ną straż­ni­cę na­szych po­łu­dnio­wych ru­bie­ży. Gdy ciem­no­skó­rzy nie zdo­ła­li po­ko­nać ma­łe­go od­dzia­łu Jana zwa­ne­go Nie­znisz­czal­nym, sam się na niego z mie­czem w ręku rzu­cił. Za­ata­ko­wał tego, który go przed ob­li­cze nasze spro­wa­dził, który po­mógł mu miej­sce przy stole na­szym zająć, który był mu jak oj­ciec. Ta­kie­go obrzy­dli­stwa wy­ba­czyć nie­po­dob­na!

Za­milkł na chwi­lę i po­pa­trzył na mio­ta­ją­ce­go się na łań­cu­chach Bolka, który sta­rał się gwał­tow­nie za­prze­czyć i dać odpór wy­gło­szo­nym nie­spra­wie­dli­wie za­rzu­tom. Za­pew­nić o swoim od­da­niu, czci i mi­ło­ści sy­now­skiej tak dla Jana, jak i dla Ka­ro­la.

– Jan tylko dzię­ki szcze­gól­ne­mu wspar­ciu i opie­ce ze stro­ny Prze­naj­święt­szej Pa­nien­ki, zdo­łał ze sztan­da­rem zło­tej psz­czo­ły na dół ze­sko­czyć, by nas o zdra­dzie pod­łej po­wia­do­mić. Inne ścier­wa sło­wiań­skie już żeśmy wy­bi­li. Ten tu szu­bra­wiec jeno zo­stał. Dla jego pod­ło­ści śmierć nagła by­ła­by jed­nak zbyt ła­god­na. Wy­słu­chaj teraz mo­je­go wy­ro­ku Sło­wia­ni­nie.

Wódz wstał i po­pa­trzył z góry na Bolka.

– Ja, Karol wódz Fran­ków, ma­jor­do­mus Me­ro­win­gów, który po wczo­raj­szym wal­nym zwy­cię­stwie nad po­ga­na­mi zy­skał po wsze czasy przy­do­mek Młot, ska­zu­ję Cię na śmierć gło­do­wą. Zdech­niesz, do końca roz­pa­mię­tu­jąc swój podły po­stę­pek, w lochu Wieży Prze­klę­tych, którą tak pra­gną­łeś zdo­być! A kraj twój, który zo­bo­wią­za­łem się wes­przeć w chry­stia­ni­za­cji i ow­szem schry­stia­ni­zu­ję: mie­czem!

Tu roz­legł się grom­ki śmiech Fran­koń­skich wo­jow­ni­ków.

– Wy­pro­wadź­cie to ścier­wo, niech go nie widzę – rzu­cił Karol do swo­ich sie­pa­czy.

***

Bolka wy­rwał z pół­snu jakiś nie­spo­dzie­wa­ny od­głos. Prócz niego w celi do­go­ry­wał jesz­cze stary Sa­ra­cen, w któ­rym już pra­wie życia nie było. Nie wie­dział sło­wiań­ski wo­jow­nik kto acz, ani za co kara tak strasz­li­wa go spo­ty­ka. Przy­zwy­cza­ił teraz wzrok do ciem­no­ści i do­strzegł nie­ru­cho­mo le­żą­ce­go współ­to­wa­rzy­sza nie­do­li. Nad nim stał ry­cerz i od­da­wał mocz wprost na pierś star­ca. Gdy skoń­czył, od­wró­cił się i Bolko roz­po­znał Jana.

Ich spoj­rze­nia się spo­tka­ły. Wo­jow­nik zwany Nie­znisz­czal­nym uśmiech­nął się lekko i mruk­nął:

– Aha… – Na­stęp­nie za­krę­cił się szyb­ko kil­ku­krot­nie wokół swo­jej osi, tak, że stał się jedną czar­ną smugą. Gdy wir ustał, oczy Bolka do­strze­gły w miej­scu, w któ­rym wi­dział przed chwi­lą swego by­łe­go pro­tek­to­ra, nie­wia­stę o kru­czo­czar­nych wło­sach. Ru­szy­ła w jego stro­nę, ko­ły­sząc bio­dra­mi. Strój na sobie miała ob­ci­sły, pod­kre­śla­ją­cy po­nęt­ne kształ­ty. Gdy zna­la­zła się bli­żej, do­strzegł, że to, co wziął z po­cząt­ku za po­ły­skli­we czar­ne buty o nie­spo­ty­ka­nym kształ­cie, nie było tym, czym się z po­zo­ru zda­wa­ło. Na końcu zgrab­nych nóg wid­nia­ły po­la­kie­ro­wa­ne ko­py­ta. Płaszcz nie był też płasz­czem, lecz parą zło­żo­nych, bło­nia­stych skrzy­deł, a ca­łość syl­wet­ki do­peł­niał długi, pręż­ny ogon. Przy­wo­dzą­cy na myśl obraz dzi­kie­go a dra­pież­ne­go kota, szy­ku­ją­ce­go się do skoku na wy­pa­trzo­ną ofia­rę.

Dia­bli­ca po­de­szła do niego i przy­kuc­nę­ła. Jej oczy miały kolor in­ten­syw­nie zie­lo­ny. Wy­su­nę­ła dło­nie ozdo­bio­ne dłu­gi­mi pa­znok­cia­mi o krwi­sto­czer­wo­nej bar­wie. Ob­ję­ła nimi głowę ska­zań­ca i pa­trzy­ła nań przez chwi­lę.

– Mój ty pięk­ny Sło­wia­ni­nie. Niech cię nie dziwi moja ludz­ka po­wło­ka. Po pro­stu sikać wolę jako męż­czy­zna, zwłasz­cza w tak pod­łych miej­scach – ro­zej­rza­ła się z nie­sma­kiem po celi.

Głos miała ła­god­ny, głę­bo­ki, bar­dzo miły dla ucha.

– Tyle drogi tu przy­by­łeś, tyle do­wo­dów mę­stwa dałeś, a i głos w ra­dzie za­bie­ra­łeś mą­drze… I nie przy­szło ci do tej pięk­nej, mą­drej i dziel­nej głowy, że to­wa­rzysz tak szla­chet­ny, tak bez­in­te­re­sow­ny i tak od­da­ny, po pro­stu nie może być czło­wie­kiem?

Za­śmia­ła się cicho, a jej pa­znok­cie wplą­ta­ły się w jego włosy. Bolko od­dy­chał ner­wo­wo. Źre­ni­ce miał sze­ro­ko otwar­te, a w prze­peł­nio­nej ja­kimś nie­po­ję­tym stra­chem gło­wie, nie go­ści­ła choć­by jedna myśl. Dia­bli­ca wy­cią­gnę­ła mu kne­bel z ust. Na­chy­la­jąc się tak nie­bez­piecz­nie bli­sko, że czuł jej nę­cą­cy za­pach. Dło­nie miał łań­cu­chem przy­ku­te do ścia­ny, ale czuł, że zdo­łał­by ją schwy­cić. Jakby od­ga­dła jego myśli. Uśmiech­nę­ła się i po­wie­dzia­ła:

– Nic nie zro­bisz Sło­wia­ni­nie. Nawet gdy­bym była zwy­kłą ko­bie­tą, nic byś nie zro­bił, bo tak cię wy­cho­wa­no, w sza­cun­ku dla nie­wiast – znów się za­śmia­ła.

Bolko po­czuł, jak bez­sil­ne dło­nie opa­da­ją mu na starą słomę, którą mu pod­ście­lo­no. Wście­kły na tę sła­bość, nie wie­dząc, co po­wie­dzieć, by de­mo­na zra­nić choć­by sło­wem, ze­brał reszt­kę śliny i splu­nął dia­bli­cy w twarz. Szpo­ny wbiły mu się w ra­mio­na, a jej wzrok zmie­nił kolor na pło­mie­ni­ście czer­wo­ny. Zda­wa­ło się, że za chwi­lę demon roz­szar­pie wo­jow­ni­ka na strzę­py. Jego serce, prze­czu­wa­jąc strasz­li­wy ko­niec, biło tak, jakby chcia­ło ro­ze­drzeć pierś i wy­do­stać się na ze­wnątrz.

Dia­bli­ca pa­trzy­ła na niego przez chwi­lę. Oce­niw­szy, że był to ostat­ni akt oporu, znów po­sła­ła mu uśmiech. Usia­dła na­prze­ciw. Z roz­chy­lo­nych ust wy­su­nął się roz­dwo­jo­ny język i po­wę­dro­wał ku jej czołu, gdzie tra­fi­ła wy­plu­ta ślina. Zgar­nę­ła ją ję­zo­rem i po­sma­ko­wa­ła.

– Mmm… smacz­na – do­da­ła roz­ma­rzo­nym tonem.

– Muszę już odejść Sło­wia­ni­nie. Aha, nie martw się, żad­ne­go na­wra­ca­nia mie­czem two­ich ziom­ków nie bę­dzie. Jak sły­sza­łam – za­śmia­ła się cicho – pań­stwo Fran­ków cze­ka­ją teraz dłu­go­trwa­łe kon­flik­ty we­wnętrz­ne – uśmiech­nę­ła się i pu­ści­ła do niego oko. Na­stęp­nie po­chy­li­ła się i po­ca­ło­wa­ła wo­jow­ni­ka w usta, trzy­ma­jąc jego głowę w szpo­nach.

Po­wsta­ła i coś nie­od­gad­nio­ne­go prze­mknę­ło przez jej twarz.

– Dla­cze­go? – wy­chry­piał Bolko.

– Dla­cze­go cię po­ca­ło­wa­łam? – dia­bli­ca pa­trzy­ła na niego z góry.

Po­krę­cił głową.

– A, o to py­tasz – wska­za­ła wzro­kiem celę, a na ide­al­nej twa­rzy od­ma­lo­wa­ło się na chwi­lę roz­cza­ro­wa­nie. – Za­ło­ży­łam się z jed­nym sta­rym dia­błem, że wstrzy­mam chry­stia­ni­za­cję two­je­go ludu na co naj­mniej dwie­ście lat i sądzę, że to mi się wła­śnie udało – za­śmia­ła się raz jesz­cze.

– No cóż, nie do­wiesz się, kto za­kład wy­grał, bo już cię od dawna wśród ży­wych nie bę­dzie – znów mru­gnę­ła okiem. – Że­gnaj Sło­wia­ni­nie, miły i od­da­ny był z cie­bie to­wa­rzysz.

Czar­ny dym wy­peł­nił celę, a gdy znik­nął, Bolko od­krył, że po­zo­stał sam. Stary Sa­ra­cen do­ko­nał wła­śnie swo­je­go ży­wo­ta, a otwar­te usta wska­zy­wa­ły, że demon od­cho­dząc, wy­darł z niego duszę.

Koniec

Komentarze

Na początku stylizacja kuleje, ale później jest bardzo dobrze. Jest też parę błędnie zapisanych dialogów.

 

Co do fabuły – bardzo dobra, takie klasyczne podejście, bez silenia się na niewiadomo jaką oryginalność. Mocno i na temat. 

 

Udany tekst! Klikam bibliotekę!

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Hej Nazgul! :-)

Dzięki! Znaczy się – wreszcie tekst (prawie) na miarę oczekiwań? Cieszę się! :-)

Dialogi – OK, przejrzę w wolnej chwili raz jeszcze!

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Ja za to wypatrzyłam sporo:

Z ostrza spływała cienką stróżką krew wrogów – yes!yes!yes! – Już drugi raz dzisiaj!

już prawie nadludzkiego wysiłku. Bitwa była wygrana. Saraceni ustępowali już z pola pod Poitiers.

 zobaczył Jana z mieczem wzniesionym ku górze – a może być wzniesiony do dołu?

– Acha… Aha nNastępnie zakręcił się szybko kilkukrotnie wokół swojej osi,

polakierowane kopyta. – diabliczka lakierem dysponowała?

Źrenice miał szeroko otwarte – to ten Bolko faktycznie wyjątkowy był, skoro potrafił kontrolować źrenice

a jej wzrok zmienił kolor na płomieniście czerwony. – o takim cudzie to ja jeszcze nie słyszałam

Wilku, znajdź w Hyde Parku w Hyde Parku wątek o zapisie dialogów. Jesteś już wystarczająco długo na portalu, żeby opanować tę sztukę.

Scena dość ciekawie (choć bez fajerwerków) skonstruowana, stylizacja podobała mi się. Jest nieźle. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ja jestem trochę zmęczony po treningu, więc do interpunkcji nie przywiązywałem większej uwagi. Podobał mi się klimat opowiadania, stylizacja języka nie jest zbyt nachalna. Jeżeli chodzi o fabułę, historyjka ma swój urok.

Z rzeczy, które można by poprawić – wydaje mi się, że opowiadaniu dobrze by zrobił podział na dwie części, gdzie początek drugiej wypadłby na rozmowę z królem, a sama scena wprowadzona została odrobinę dłuższym opisem – takim na zaczerpnięcie oddechu po walce. Rozumiesz ; P

I po co to było?

Motywy stare, a splatasz je w nowy sposób. Interesujące podejście do historii.

Europejczykowi dałabym dużą literę. Wołacze, Wilku, oddzielamy przecinkami od reszty zdania.

Te myśli rywalizowały w głowie Bolka z odgłosami uderzeń serca pulsującego w skroniach.

Hmmm. To nietypowy pod względem anatomii facet się trafił.

Jego opiekun, przyjaciel, który otoczył go ojcowską wręcz troską, odkąd jako neofita miecz swój słowiański złożył w służbie Bogu i Frankom.

Obawiam się, że ze zdania nie wynika, który z nich został neofitą. A potem mam wrażenie, że nadużywasz słowa “On”.

Usiadł Słowian przy murze i żałość tak wielka wypełniła jego serce,

A nie Słowianin?

Babska logika rządzi!

Całkiem ciekawa historyjka. Dobrze napisana. Szkoda bohatera. A chodziło o zwykły zakład… ;-)

Jak zwykle Wilku w Twoim przypadku ciekawa opowieść historyczna okraszona wątkiem fantastycznym. Zawsze czytam je z niesłabnącym zainteresowanie, teraz było podobnie. Ciekawa stylizacja, bohaterowie. Fabuła dość prosta – fakt, a zakończenie mogłoby być odrobinę ciekawsze. Mimo wszystko podobało mi się :)

@Bemik

Zapewniam Cię, że wszystkie diablice dysponują lakierem! Gwarantuję też, że jeśli zechcą, lub przegrają z naturą, wzrok mają płomieniście czerwony! ;-)

Wiesz, to nie jest kwestia długotrwałego pobytu, tylko tego, jak często się pisze. ;-)

Dzięki za uwagi!

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@Syf

Dzięki – przemyślę. To cenna sugestia. Chociaż słyszałem, że łapanie oddechu po walce, to przeżytek. ;-)

Z pozdrowieniem, Wilk

 

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@Finkla

Dzięki za korektę i uwagi. :-) Lubię tę bitwę, bo w jej opisie po raz pierwszy pada słowo Europejczycy (w odniesieniu do posiłków Karola Młota). 

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@Blackburn

Dzięki! :-) Ciekaw jestem, o co się założyli. W “Nieoczekiwanej zmianie miejsc” szło o jednego dolara. ;-)

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@Belhaj

Tradycyjne: WIELKIE dzięki za podtrzymywanie na duchu! :-)

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

W “Nieoczekiwanej zmianie miejsc” szło o jednego dolara.

Zabawne jest to, że podczas lektury pomyślałem o tym samym filmie. :-)

:-D Wiesz, a ja o nim pomyślałem, czytając Twój komentarz. :-D

„Przypadek? Nie sądzę…” ;-)

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Takie klimaty to nie moja bajka, a mimo to Twoje opowiadanie przypadło mi do gustu. Z początku trochę ze stylizacją był problem, ale dalej poszło jak z płatka :) Stare motywy, a jednak czytało się z ciekawością. 

F.S

:-D Dzięki za dobre słowo! Tym cenniejsze, że „nie Twoja bajka”, a jednak dało radę! :-)

Cieszę się – pozdrawiam!

Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Trochę rozdrażniła mnie stylizacja, wydała mi się jakaś taka zrealizowana na pół gwizdka – jakbyś starał się zachować złoty środek między czytelnością, a autentycznością. Szkoda, że nie zaszalałeś w warstwie językowej, bo, jakby nie ptarzeć, to głównie historycznością twoje opowiadanie stoi.

Podobało mi się, przeczytałem z przyjemnością, większych zgrzytów nie uświadczyłem, ale do pełni zachwytu zabrakło mi oryginalności i bardziej rozbudowanej fabuły.

na emeryturze

Hej Gary! Ostatnio, jak szalałem w warstwie językowej, to zderzyłem się z głośnym narzekaniem. Głośnym, choć wyrażonym pismem. ;-) Faktycznie, próbowałem pojechać środkiem. 

Oryginalność – powiadasz, że lakierowane kopyta, to za mało? Pomyślę! :-)

Dzięki piękne za uwagi!

Pozdrawiam, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Tekst daje do myślenia..

Na przyszłość realizm należałoby przemyśleć…

Nie biegam, bo nie lubię

Corcoran – cieszę się, że tekst daje do myślenia. :-)

Jak będziesz miał chwilę, to napisz, proszę, co masz na myśli, mówiąc o przemyśleniu realizmu.

Z góry dzięki!

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Podoba mi się, Wilku, Twoja opowieść, w której fakty historyczne splatają się z fantazją, dając całkiem niezły efekt. Z przyjemnością przeczytałam opisanie epizodu z życia dzielnego Bolka, którego losy rozstrzygnął zawarty kiedyś zakład.

Jak na mój gust, jest zbyt wiele zaimków, a niektóre zdania zdają się być przedziwnie podzielone; np.: Płaszcz nie był też płasz­czem, lecz parą zło­żo­nych, bło­nia­stych skrzy­deł, a ca­łość syl­wet­ki do­peł­niał długi, pręż­ny ogon. Przy­wo­dzą­cy na myśl obraz dzi­kie­go a dra­pież­ne­go kota, szy­ku­ją­ce­go się do skoku na wy­pa­trzo­ną ofia­rę. – Uważam że po ogonie powinien być przecinek, a przywodzący zaczynać się małą literą.

 

Te myśli ry­wa­li­zo­wa­ły w gło­wie Bolka z od­gło­sa­mi ude­rzeń serca pul­su­ją­ce­go w skro­niach. – Nie wydaje mi się, aby w skroniach Bolka pulsowało serce.

Proponuję: Te myśli ry­wa­li­zo­wa­ły w gło­wie Bolka z od­gło­sa­mi ude­rzeń serca, pul­su­ją­cymi w skro­niach.

 

Jego opie­kun, przy­ja­ciel, który oto­czył go oj­cow­ską wręcz tro­ską… – Może wystarczy: Opie­kun i przy­ja­ciel, który oto­czył go oj­cow­ską wręcz tro­ską…

 

tym bar­dziej że kopa wojów, którą przy­wiódł ze sobą, biła się dziel­nie. – Wydaje mi się, że przywiódł wojów, których była kopa, więc: …tym bar­dziej że kopa wojów, których przy­wiódł ze sobą, biła się dziel­nie.

 

Biegł pierw­szy, wpa­da­jąc ry­chło w ciżbę wro­gów, za­sko­czo­nych nad­cią­ga­ją­cy­mi po­słań­ca­mi ry­chłej śmier­ci. – Powtórzenie.

 

spo­strzegł w mroku śnia­dych wo­jow­ni­ków wspi­na­ją­cych się po drew­nia­nych scho­dach ku górze. – Masło maślane; czy mogli wspinać się ku dołowi?

Może: …spo­strzegł w mroku śnia­dych wo­jow­ni­ków, bieżących po drew­nia­nych scho­dach ku górze.

 

Nie mogąc prze­pchnąć się przez tłum swo­ich ziom­ków i nie wi­dząc dla sie­bie na­dziei… – Czy oba zaimki są niezbędne?

Swoi ziomkowie, to chyba masło maślane.

 

ginąc od upad­ku, lub do­bi­ci mie­cza­mi bol­ko­wych ludzi. – …ginąc od upad­ku, lub do­bi­ci mie­cza­mi Bol­ko­wych ludzi.

 

Za­mru­gał szyb­ko po­wie­ka­mi. – Czy istniała możliwość, by zamrugał czymś innym?

 

Ja, Karol wódz Fran­ków […] ska­zu­ję Cię na śmierć gło­do­wą.…ska­zu­ję cię na śmierć gło­do­wą.

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Nie wie­dział sło­wiań­ski wo­jow­nik kto acz… – Nie wie­dział sło­wiań­ski wo­jow­nik kto zacz

 

Tyle drogi tu przy­by­łeś, tyle do­wo­dów mę­stwa dałeś… – Raczej: Tyle drogi pokonałeś, by tu przybyć, tyle do­wo­dów mę­stwa dałeś

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ładna stylizacja, nienachalna. Historia opowiedziana sprawnie, płynnie, bez dłużyzn.

Wydaje mi się (choć mogę się mylić), że w okresie o którym, Wilku, piszesz, Słowianie zasiedlali tereny nie tylko “przecięte wodami Wisły", ale również Odry?

Co do zakończenia – będąc wojującą Słowianką, z trudem powstrzymuję się, Wilku, by do gardła Twojego nie skoczyć i ostrzem dziwerowym Twój kłamliwy język odrąbać. Opóźnienie chrystianizacji Słowian jest rezultatem spisku piekieł?! Czy Ty naprawdę myślisz, że Perun i Weles wraz z całą armia dziwożon, utopców i strzyg, nie wspominając już o niepokonanych, rosłych słowiański mężach i niewiastach, to zbyt mało aby zatrzymać pochód wrażych misjonarzy?!

Eh… Szkoda gadać…

 

Hmm... Dlaczego?

@Regulatorzy – dobry wieczór!

Miło Panią znów widzieć. :-D

Dzięki i za dobre słowo i za uwagi! Poczytam, pomyślę, poprawię, pokłócę się! :-)

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@Drewian

Dzięki za dobre słowo! :-)

Jak widać, czart ma się nieźle, a po Perunie nawet popiół z drzewa trafionych piorunem nie pozostał, więc moje na wierzchu! Diabelski zakład i tyle! :-)

Poważniejąc na ułamek sekundy – z wierzeniami Słowian taki problem, że wiemy o nich… No, zakładamy, że coś tam wiemy. I podziwiam optymizm przedstawicieli środowisk neopogańskich. Jak to jeden z niemieckich slawistów powiedział o “Mitologii Słowian” Aleksandra Gieysztora: “świetna lektura – na dobranoc dla dzieci”. Cóż – tego już nie odzyskamy.

A misjonarze – polecam (jako lekturę do poduszki) na wolną chwilę: K. Bracha, Sztuka misyjnej perswazji. Przykład św. Wojciecha i Ottona z Bambergu, “Almanach Historyczny”, t. 2, 2000, s. 11-25.

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Wilku – czart ma się dobrze, jako że Dziady już za progiem.

Perun w nie największej sile teraz, ale Jare Gody przyjdą i znów Jego moc będziesz mógł podziwiać. Pamiętaj bowiem, Wilku, że Perun ni modlitw ni żertwy nie potrzebuje, gdyż nie człowieczym Bogiem jest lecz mocą ziemi się syci. Zaś buńczuczna Twa odpowiedź nic tylko słowiańską duszę pokazuje. Sława więc, Wilku! Również i ja Cię pozdrawiam.

Ale, poważniejąc, czy sugerujesz, że chrześcijaństwo jest oparte na jakiś bardziej solidnych podstawach niż inne religie świata, włączając w to rodzimowierstwo (zakładam, że to właśnie miałeś na myśli, pisząc o neopogaństwie)?

Hmm... Dlaczego?

Podchodząc do tematu przez pryzmat źródłowy i trzymając się li tylko cywilizacji śródziemnomorskiej, odpowiadam – tak i to bez porównania. Zresztą – wystarczy popatrzeć, co się ostało. Aczkolwiek są motywy, które uwielbiam, typu smoki strzegące Boga w skandynawskich kościołach (w świątyni Wang też). Piękne to przemieszanie. Zresztą dużo kwestii uniwersalnych, takich jak: wyobrażenie, że zarówno bóstwo, jak i człowiek potrzebują domu. Chociaż już Ksenofanes z Kolofonu twierdził, że jeden jest bóg, ani z postaci, ani z myśli ludziom niepodobny (”uważa Trak, że bóg jest rudy, a Etiop, że czarny”).

Rodzimowierstwo – fajny termin. :-D Przypomina mi pytania kolegów archeologów, o przedmiot wykładany na studiach np. historycznych: dlaczego pradzieje, dlaczego ziem i dlaczego Polskich? Zawsze mnie to bawi – czyli ostatnio we czwartek, w trakcie przeglądania planu zajęć w Instytucie Historii Uniwersytetu Jana Kochanowskiego. ;-) Najpewniej przyszło by nam czcić jakieś źródło. Ja mam całkiem niedaleko do źródła św. Agaty u stóp Łysicy. Świętą górę też mam w gratisie i to nie byle jaką (takie zjawisko: syndrom łysych gór – bardzo wdzięczny temat, tym bardziej, że łysa góra mogła być np. polaną ;-) )!

Wiesz, ci Słowianie stali się bardzo solidnym przedmurzem chrześcijaństwa. Co wszelako nie oznacza, że ubożęta przestały funkcjonować, tak w świadomości zbiorowej, jak i w formie realnych bytów.

Patrząc jednak na podstawę – rytów rodzimych zwyczajnie nie znajdziesz, chyba, że w analogiach do mitologii rzymskiej, albo w koślawej postaci. Dlatego też wolę świat demonów schrystianizowanych. Taka ciekawostka z okresu średniowiecza. Demony ludowe działają w poziomie. Szatani w pionie. Jeden uwiedzie w bagna, czy do jaskini, drogę zmyli. Drugi uprowadzi do piekła, lub uniesie w przestworza, jak w łysogórskim exemplum “De abbato a diabolo recepto” (O opacie porwanym przez diabła) z XV wieku.

Widzisz – bez zachowanego rytu, zwłaszcza tam, gdzie miał on charakter wymagający wtajemniczenia, wszystko jest tylko mniej, lub bardziej udaną formą tęsknoty za minionym (i oczywiście stania w opozycji wobec religii dominującej) i niczym więcej. Nie da się odbudować Szkoły Eleatów – bo ich wybito… Nawet całego Ksenofanesa z Kolofonu nie mamy (a fragmenty sprawiają wrażenie, że facet był genialny)… A jakie mamy pisma, czy mitologie słowiańskie? Mówiąc szczerze – żadne. Bolesna strata, wyjątkowo bolesna, choć mamy poważniejsze luki w znajomości dziejów terenów, które przychodzi nam od paru ładnych wieków zamieszkiwać.

Ale Aleksandra Brücknera warto czytać – uwielbiam, kiedy ktoś pisze w tak radykalny sposób. Duży wpływ jego prace wywarły np. na twórczość Stefana Żeromskiego, ale to zupełnie inny film.

Wybacz – rozgadałem się. :-)

Pogodnej nocy! Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Całkiem ciekawa opowieść. Łanie napisana choć na utartych motywach. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dziękuję za dobre słowo!

Motylanoga – a mnie się zdawało, że to taka oryginalna historia. :-D

Stanowczo za mało czytam…

 

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Nowa Fantastyka