- Opowiadanie: Czarna_Nina - Gniewnica

Gniewnica

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Gniewnica

Stali pod lasem. Wszyscy. Mężczyźni i kobiety. Wojowie i wieśniacy. W dłoniach trzymali widły, kosy, miecze, kije. Pochodnie rozświetlały mrok. Czekali. Zanim jednak doszło do krwawej walki, kilka dni wcześniej miało miejsce pewne pozornie nieważne zdarzenie.

 

* * *

 

Kiedy na niebie zabłysła srebrna tarcza księżyca, idący drogą wśród ciemnych pól, Wacuch – chłop pańszczyźniany kniazia Chociemira, poczuł nieprzemożone parcie w dole brzucha. Ściągnął więc lniane portki poniżej kolan i przykucnął pod krzakiem z wiązką trawy w ręce. Zajęty doprowadzaniem do końca tej niechlubnej czynności, nie zorientował się, że ktoś zmierza w jego kierunku.

W jednej chwili Wacuch podskoczył do góry, jak oblany wrzątkiem, wrzeszcząc wniebogłosy. Miał oto przed sobą zgarbionego starca odzianego w czarną sukmanę, który wyszedł wprost z mroku. Nad czołem sterczały mu nieduże rogi, a zamiast stóp miał kozie kopyta.

– Zamilcz – przemówił starzec, utkwiwszy pionowe źrenice czerwonych oczu w przestraszonej twarzy wieśniaka.

– Ktoś ty? – wysapał Wacuch, cofając się w krzaki, jednak spuszczone spodnie skutecznie utrudniały ucieczkę.

– Bies.

W mgnieniu oka starzec chwycił Wacucha za gardło. Pomarszczona dłoń z długimi pożółkłymi paznokciami zacisnęła się wprost na jego krtani.

– Zachciało ci się srać na cudzym polu, co? – zapytał Bies, a jego głos przypominał syk węża. Oddech cuchnął mu zgnilizną. Zwolnił uścisk.

– Tak mnie w kiszkach kręciło, to żem musiał, bo by mnie chyba rozpękło – wybąkał Wacuch, łapiąc powietrze.

Starcza dłoń ponownie odcięła mu dopływ powietrza. Mimo że Bies wyglądał na co najmniej sto lat, obdarzony był nadnaturalną siłą.

– Nie kpij – ostrzegł starzec. – Możesz wybrać: śmierć albo spełnienie mej prośby.

– Zrobię, co tylko zechcesz! – zapewnił pospiesznie Wacuch.

Starzec już go nie trzymał, nie musiał – miał inne sposoby na zatrzymanie swej ofiary w miejscu. Spętany magią mężczyzna nie mógł się poruszyć. Pot perlił się na jego czole, serce biło jak szalone. W gonitwie myśli widział najstraszniejsze sceny.

– Cieszy mnie twa rychła decyzja. – Bies obnażył w uśmiechu rząd zepsutych zębów. Spod sukmany wyjął sznur konopny i podał go chłopu. – Decyzji nie pożałujesz, gdyż otrzymasz nagrodę, o jakiej nigdy nie śniłeś. Zrobisz tak: na chwilę przed wschodem słońca pójdziesz do Lasu na Pograniczu Światów, wybierzesz najwyższe drzewo, wespniesz się na jego konary i… – Resztę starzec wyszeptał wprost do Wacuchowego ucha, tak cicho, że nawet siedząca na gałęzi pobliskiego drzewa sowa, nie usłyszała jego słów.

Tuż przed świtem, zanim jeszcze kur zapiał, nieszczęśnik dotarł do ogromnego boru. Powiadano, że miejsce to było kolebką całej ludzkości, schronieniem i miejscem kultu dawnych bóstw, póki nie stało się domem istot żyjących na pograniczu światów. Odtąd tylko szaleńcy zbaczali z drogi, by zapuścić się w tę nieprzeniknioną, zamieszkaną przez demony knieję. Wacuch od maleńkości słuchał z zapartym tchem bajań prababki o mamunach mających piersi sięgające kolan, krwiopijczych wąpierzach, kłobukach czy utopcach z lubością wciągających dzieci w grzęzawisko. Jednak ze wszystkich historii najbardziej lubił te o niezaspokojonych rusałkach.

– Chciałbym mieć taką rusałkę… – mówił czasem z rozmarzeniem – one są takie urodne.

– Cichaj, gamoniu! – Karciła go prababka. – Nie daj się zwieść pięknemu licu ani słodkim obietnicom. Istot z Pogranicza Światów nie można darzyć zaufaniem. Przylezie w nocy taka rusałka, poczeka, aż uśniesz, a potem owinie swoje długie włosy wokół twojej szyi. Gdy już się poddusisz, przebije ci serce złotym szponem, by wychłeptać ciepłą krew. Pamiętaj, nigdy nie chodź do tego lasu, nie chcesz stracić życia.

Nie bacząc na przestrogę prababki, Wacuch wszedł dziarsko w leśne ostępy. Nie miał wyboru. Mimo że przez całe swoje dwudziestoletnie życie pracował ciężko na roli, nie dorobiwszy się nawet jednej własnej krowy, nie chciał jeszcze umierać. Tym bardziej iż obietnica sowitej zapłaty mamiła go niezmiernie.

Rozejrzał się dookoła, ale ciemność zlewała wszystko w jedną plamę. Las był pełen odgłosów nocnej zwierzyny i wiatru zawodzącego w koronach drzew. Sięgnął do kieszeni lnianych portek po hubkę i krzesiwo, by rozpalić ogień. Jasny płomień wystrzelił w górę snopem iskier. Chłop poczuł się bezpieczniej – może przez to, że zrobiło się jaśniej, a może dlatego, że nie widział świecących sowich oczu, wciąż bacznie śledzących każdy jego ruch.

Wspiął się, choć nie bez trudu, na najwyższe drzewo w zasięgu wzroku. Stanął na omszałej gałęzi, a nogi trzęsły mu się jak galareta. Od zawsze bał się wysokości.

Nad horyzontem pojaśniała jasnoróżowa łuna, zwiastująca nadejście świtu. Musiał się śpieszyć. Wielka czerwona kula słońca była tuż, tuż, więc niewiele brakowało, aby przegapił ten idealny moment i zaprzepaścił życiową szansę.

„Gdy stanę się już tak bogaty, jak nikt inny na świecie, pojadę do zamku kniazia Chociemira, by poprosić o rękę jego córki, Pężyrki” rozmyślał.

Nie wahając się, na końcu sznura, który dostał od Biesa, zawiązał pętlę. Słońce wyłoniło się znad widnokręgu. Wacuch rozmachał rękę, sznur błysnął, a wtedy pojął, że ma do czynienia z czarami. Przez moment poczuł się potężny. Wszechpotężny.

Potem była już tylko ciemność.

 

* * *

 

Kogut na zamkowym dziedzińcu kniazia Chociemira wskoczył na snopek słomy, żeby zapiać, jak to miał w zwyczaju robić każdego ranka. Spojrzał w niebo, tam, gdzie zawsze latem wschodziło słońce. Tym razem jednak go nie dostrzegł, bo wszędzie panował mrok.

Zanim ludzie zobaczyli to, o czym kogut już wiedział, minęło kilka godzin. Gdy piasek w klepsydrze, stojącej przy kniaziowym łożu, skończył się, zaniepokojony sługa obudził swego władcę.

– Panie, gdym otworzył okiennice, za oknem było ciemno – powiedział nerwowo. – To niemożliwe, żeby tego dnia nie wzeszło słonce. Niemożliwe…

Kniaź, mężczyzna ponad pięćdziesięcioletni nigdy nie słyszał, żeby w środku lata o tak późnej godzinie nie było na niebie słońca. Zmartwiony tą wiadomością potarł siwiejącą brodę. Wyjrzawszy przez okno, upewnił się, że sługa mówił prawdę.

Wezwany został najbliższy doradca władcy i dowódca jego wojsk, Raryd. Był to wysoki brunet, noszący na twarzy liczne blizny jako pamiątkę przebytych bitew. Nieodzowne elementy jego stroju stanowiły czarne skórzane rękawice i kapelusz z krogulczym piórem. Wysłuchał opowieści swego pana o słońcu, które tego dnia nie wzeszło i zasępił się tęgo.

– Może to zapowiedź końca świata? – rozważał kniaź, siedząc na łożu z twarzą zwróconą ku otwartemu oknu. – Pewnie to kara dla nas.

– Kara za co? – burknął Raryd, sceptyczny jak zawsze.

– Za to żeśmy odrzucili starych bogów.

– Musi być inna przyczyna. Trzeba zasięgnąć rady wiedźmy. Jeśli dasz mi, panie, wolną rękę, rozwikłam tę sytuację i przywrócę słońce nad naszymi ziemiami.

Kniaź ufał Rarydowi bezgranicznie, ten bowiem nigdy go nie zawiódł. Nawet nie podejrzewał, że doradca mógłby knuć za jego plecami.

– Masz moje błogosławieństwo – odparł Chociemir po chwili milczenia. – Rób, co uznasz za słuszne, bylebyś tylko sprowadził słońce z powrotem.

Raryd kiwnął głową i wraz z kniaziem wyruszyli na szczyt najwyższej góry w okolicy, gdzie w drewnianej chatynce mieszkała wiedźma.

Stara Jewdocha położyła przed sobą martwego gawrona. Rozwłóczyła patykiem jego wnętrzności na drewnianej ławie. Nachyliła się, by poznać wróżbę, ale bielmo na lewym oku utrudniało jej patrzenie.

– Co tam widzisz? – zapytał ostro Raryd. – Pospiesz się, starucho.

Wiedźma splunęła, rozmazując krew na ławie.

– Widzę bór, ogromny bór i wysokie drzewo – wycedziła Jewdocha chrypliwym głosem.

– Więc słońce jest w Lesie na Pograniczu Światów. To te podstępne stwory je ukradły – odparł Raryd.

– Jak to? – zafrasował się kniaź. – Przecież łączy nas pakt, zawarty wieki temu między istotami z lasu a naszymi przodkami. Nikomu nie wolno przekraczać granicy boru ani im, ani nam. Dlaczego nagle stwory miałyby naruszyć to stare prawo?

– Możesz być pewien, mój panie, że niebawem się tego dowiemy.

Jeszcze tego samego dnia Raryd, na czele tysięcznej armii złożonej z wojów i chłopstwa pracującego na okolicznych ziemiach, zajechał pod Las na Pograniczu Światów. W świetle pochodni niewiele było widać. Raryd jednak nie bał się ciemności, bo nigdy nie była mu ona obca. Jedynie jego koń, kary ogier, parskał i zachowywał się niespokojnie, zupełnie jakby wyczuwał, że wraz z linią drzew, kończy się linia realnego świata.

– Oddajcie słońce! – wykrzyknął Raryd, ale nikt mu nie odpowiedział. – Wiemy, że je ukradliście, podstępne ścierwa!

W Lesie coś zaszeleściło. Zebrani zamarli w oczekiwaniu. Na tle ciemnych pni drzew pojawiła się smukła jasna sylwetka. Ich oczom ukazała się młoda kobieta w zwiewnej białej sukience. Włosy miała tak długie, że koniec warkocza ciągnął się za nią po ziemi.

– Jestem Matką Lasu, najstarszą z rusałek – przemówiła. Jej poważny głos, kontrastował z młodzieńczym wyglądem. – Przekroczyłam granicę Lasu, łamiąc stare prawo, ale tylko dlatego, że zdarzenie to jest niezwykłe. Nikt z mieszkańców mojej krainy nie ukradł słońca. Nam również zależy na tym, aby wróciło ono na nieboskłon.

– Łżesz jak suka! – warknął Raryd, tracąc cierpliwość. – Nienawidzicie słońca, bo modlicie się do księżyca, czcząc go jak boga. Wiedźma powiedziała nam, że słońce jest w waszym przeklętym lesie! Oddajcie je albo pożałujecie!

Matka Lasu, widząc, że nie przekona Raryda, odwróciła się i weszła między drzewa. Nim zdążyła zniknąć w gęstwinie, dowódca wojsk, napiął cięciwę łuku. Wystrzelił. Rusałka upadła. Była długowieczna, ale nie nieśmiertelna. Zielonkawa plama krwi zabrudziła białą szatę.

– Ty! – Raryd wskazał palcem młodego woja, stojącego nieopodal. – Przynieś mi jej głowę.

Mychło zawahał się. To była jego pierwsza bojowa wyprawa. Wcześniej był zaledwie pomocnikiem prawdziwego woja, odpowiedzialnym jedynie za siodłanie koni przed bitwami.

Posłusznie poszedł między drzewa, gdzie leżała martwa rusałka. Wyjął miecz, ale nie mógł tak po prostu odciąć jej głowy. Wzdrygnął się. Miała piękną twarz, a jej otwarte oczy wciąż patrzyły w dal.

Za jego plecami pojawił się wściekły Raryd. Popchnął Mychła tak mocno, że chłopak upadł na ciało Matki Lasu, brudząc sobie policzek zielonkawą krwią.

– Chłystek z ciebie! – zagrzmiał dowódca. – Już ja się postaram, żebyś zebrał tęgie baty za to nieposłuszeństwo. Powinienem cię zabić, ale przydasz się na wojnie w pierwszym szeregu.

Wyjął miecz oburęczny i bez zastanowienia, jednym silnym ciosem odciął głowę rusałki. Mychło na moment zacisnął powieki. Usłyszał tylko chrzęst łamanych kręgów. Kiedy otworzył oczy, Raryd trzymał w prawej ręce odciętą głowę. Długi warkocz dyndał bezwolnie.

– Wypowiadam wam wojnę, rozumiecie?! – krzyknął w stronę drzew. – Albo oddacie słońce, albo wrócimy tu i za kilka dni wszystkich was wyrżniemy w pień, a potem puścimy z dymem cały ten przeklęty las!

Zawtórowały mu okrzyki rozjuszonych mężczyzn i kobiet. Tłum unosił w gorę widły, kosy, miecze.

Kiedy po godzinie oczekiwania, nie działo się zupełnie nic, Raryd rozeźlony, że żadna z istot, nie zareagowała na śmierć Matki Lasu, nakazał odwrót. Ludzie zaczęli rozchodzić się do domów.

Późnym wieczorem Mychło, kładł się spać. Ogarek świecy tlił się powoli. W palenisku rozpalono i w chacie było ciepło. Leżał na sienniku, rozmyślając o minionym dniu. Jaka czekała go kara za niewykonanie rozkazu? Tego właśnie miał się dowiedzieć.

Wkrótce zjawiło się dwóch strażników, zabierając go bez słowa. Na dziedzińcu zamkowym czekały dyby. Mogło być gorzej, pomyślał chłopak i nie stawiając oporu, poddał się karze. Przez trwającą nieprzerywalnie ciemność, stracił rachubę czasu. Zasnął na stojąco, mimo bólu pleców.

Obudziło go ostrzegawcze pohukiwanie sowy, krążącej nad dziedzińcem. Chwilę potem zobaczył ogromny cień, przesuwający się po ścianie zamkowej baszty. Poczuł chłodny dreszcz, ale nie mógł się poruszyć.

W tym czasie Kniaź Chociemir spał w swojej komnacie, dręczony koszmarem o rozkładających się ciałach na bitewnym polu. Cień wpełznąwszy przez okno, przybrał kształt chudej postaci z czterema rękoma. Pochylił się nad kniaziem, rozpościerając półprzezroczyste ramiona. Powietrze zaczęło wirować, tworząc lej nad łożem władcy. Czarna energia, która powstała dzięki koszmarowi, została wchłonięta przez Cień. Jedna z rąk wysunęła się, by zacisnąć długie cieniste palce na szyi kniazia. Sowa wpadła przez otwarte okno i łopocząc skrzydłami, próbowała odgonić intruza. Głośne pohukiwanie obudziło Chociemira. Cień zniknął, a wylękniony władca ujrzał tylko sowę. Chwycił ją za nogę. Wtedy stało się coś, co przeraziło go mocniej niż wcześniejszy koszmar. Sowa padła na posadzkę. Gdy kniaź wstał z łoża i zapalił świecę, zobaczył, że pod jego stopami zamiast nocnego ptaka, leży dziewczyna w brązowej sukience, z piórkiem zatkniętym we włosy. Wezwał straże.

– Chciała mnie zabić! – krzyknął oszołomiony kniaź, gdy przybyło dwóch halabardzistów.

– Nie, panie, to nie prawda – odparła szybko dziewczyna. – Przybyłam, by was ostrzec.

– Ona kłamie – powiedział sługa. – Czterech strażników nie żyje. Chciała wymordować nas wszystkich!

Kniaź był zafrasowany. Czy jedna dziewczyna naprawdę mogła zamordować kilku rosłych mężczyzn?

– Jak się nazywasz i skąd pochodzisz? – zapytał.

– Zowa, na cześć sowy, ptaka zowiącego. Mieszkam w Lesie na Pograniczu…

– Wystarczy! – zawołał zły.

– To czarna magia, panie – wtrącił się halabardzista. – Ostrożnie z nią.

– Nie – zaoponowała. – To Cienie, one zbierają koszmary, żeby…

Zowa poczuła uderzenie w kark. Teraz pod ludzką postacią, była zupełnie bezbronna. Nie zdążyła powiedzieć najważniejszego, że widziała Biesa w noc, po której nie wzeszło słońce.

Nieprzytomną dziewczynę zaniesiono do lochu.

– Pilnujcie, aby pochodnia nie zgasła – polecił kniaź. – Inaczej znowu może zamienić się w ptaka i odlecieć.

W całym zamku trwało licznie strat w ludziach. Okazało się, że nie tylko strażnicy nie żyją; zamordowano też dwie kucharki, stajennego i kilku giermków. Rzeź miała miejsce w całej okolicy – na wsiach i w miasteczkach wiele osób nie przeżyło nocy. Ci, którzy przetrwali, skarżyli się na cienie nawiedzające ich we śnie.

– Tak nie może być!- grzmiał Raryd. – Trzeba spalić ten las do gołej ziemi.

– Nigdy nie byłem zwolennikiem rozwiązań siłowych, nie toczyłem też zbędnych bojów, ale nie widzę tu innego wyjścia – powiedział Chociemir. – Masz moją zgodę.

Raryd, nie zwlekając, ponownie zebrał wojsko. Tym razem nie zamierzał odpuścić tak łatwo. Jeszcze raz wezwał do oddania słońca, ale i tym razem nikt nie zareagował.

– Spalić ten las, a każdego, kto zeń wyjdzie, zabić! – rozkazał dowódca.

Mychło, uwolniony z dybów, stał z pochodnią w ręce. Nie chciał podpalać lasu, bo czuł, że to wszystko obróci się na ich niekorzyść.

Między drzewami coś przemknęło. Nieuchwytny cień. Ktoś z tłumu wymierzył strzał, ale chybił. Grot utkwił w pniu brzozy. Liście zaszeleściły jak przy silnym wietrze.

– Ty! – Raryd wskazał niewysokiego woja stojącego po jego lewej stronie. – Idź tam i zobacz co to.

Było pewne, że idzie na śmierć. Przez chwilę nic się nie działo, dopiero gdy woj wszedł głębiej w gęstwinę, zebrani usłyszeli świst. Mężczyzna padł. W rozciętym czole tkwił krótki toporek. Między drzewami mignął zielony kubrak i długa siwa broda Leszego.

– Łapać leśnego dziada! – wrzeszczał Raryd, mierząc z kuszy. – Strzelać, strzelać! Zabić go!

 

***

 

Ziemia zadrżała i poruszyła się niczym żółw ukryty pod grubą skorupą. W zamkowym lochu zgasła pochodnia. Ten moment Zowa wykorzystała, żeby zamienić się w ptaka. Wystraszony strażnik nie zdążył skrzesać ognia, aby udaremnić jej ucieczkę. Uderzony skrzydłami osunął się pod ścianę, a sowa wyfrunęła z lochu.

Znalazła kniazia w jego komnacie.

– Błagam, panie, wysłuchaj mnie! – zawołała, przybierając ludzką postać.

Na jego twarzy malował się wyraz zdumienia.

– Jak zdołałaś wydostać się z lochu? – zapytał, ale nie odpowiedziała.

– To nie istoty z Lasu ukradły słońce. Widziałam Biesa, jak powierzał nieznajomemu sznur i zaklęcie.

– Więc to jednak wy maczaliście w tym palce!

– Nie, panie – pokręciła głową przecząco. – Bies nie jest jedną z istot zamieszkujących naszą krainę. Nie respektował paktu, jest z natury zły i dlatego Matka Lasu skazała go na wygnanie wiele lat temu. Potem ten człowiek, któremu Bies powierzył zaklęcie, złamał stare prawo. Wspiął się na najwyższe drzewo, a tuż przed świtem, rozmachał sznur z pętlą na końcu, by schwytać słońce. Udało mu się to. Przyciągał je coraz bliżej, szepcząc biesowe zaklęcie. Słońce malało i świeciło coraz słabiej, aż stało się okrągłym węgielkiem. Zapadła ciemność. Tylko ja widziałam, jak chłopak, schodząc z drzewa, upadł. Porwano go. Nie wiem, gdzie teraz jest, ale czuję, że musimy go odnaleźć.

Zowa spojrzała na władcę. Był zaskoczony i strapiony jak nigdy dotąd. Rządził od dawna, ale wcześniej nie musiał stawiać czoła takim sytuacjom.

– Gdyby nie ciemność za oknem, nie uwierzyłbym w twą historię – rzekł po chwili. – Czy jeśli odnajdziemy tego człowieka, słońce powróci nad horyzont?

– Tak, ale jeśli nie odnajdziemy go na czas, stanie się coś strasznego. Gdy pakt został złamany, z Lasu wyszła armia Cieni. Nocą zabili wszystkich, którzy śnili koszmary. Cienie wysysają je z ludzi, a potem zanoszą do Lasu. Chcą ją obudzić.

– Kogo? – zapytał z przerażeniem kniaź.

– Gniewnicę. Swoją panią.

Usłyszeli kroki pod drzwiami. Raryd korzystając z zamieszania, opuścił swoje wojsko, by przybyć do zamku. Plan był idealny – warownia niemal pozbawiona straży, wystarczyło tylko przemknąć niezauważenie, zabić kniazia i wrócić na pole walki. Potem miał zamiar ogłosić się namiestnikiem nieżyjącego władcy. Nie wziął tylko pod uwagę jednego – że Chociemir może nie być w komnacie sam.

– Co tu robisz, dowódco? – spytał kniaź. – Czy bitwa już skończona?

Raryd bez słowa sięgnął po miecz. Był zdeterminowany, by wykonać plan do końca – dziewczynę też zamierzał zabić. Zanim zdążył zamachnąć się na swego pana, ten zorientował się i uskoczył w bok. Potknął się, upadając koło łoża. Raryd skoczył za nim. Przeszyłby kniazia na wylot, lecz nie trafił. Zowa wskoczyła mu na plecy, dusząc go za szyję. Palce prawej ręki zaopatrzone miała w ostre ptasie szpony. Raryd krzyknął, gdy przebiła mu oko, oślepiając go. Krew płynęła po jego twarzy cienką strużką.

Ziemia zadrżała ponownie.

– Panie, zabierz mu miecz! – zawołała dziewczyna.

Kniaź przy pomocy Zowy zdołał związać Raryda i zamknąć go w lochu.

Czas naglił.

 

***

 

Na polu przed Lasem trwała walka. Ogromny żmij, pokryty wężową łuską dziesiątkował ludzi. Mychło zdążył w ostatniej chwili skryć się za drzewem, żeby nie zostać pożartym. Nagle poczuł zimny dotyk na swojej łydce. Spojrzał w dół i zobaczył odrażającą twarz utopca. Skóra grubymi płatami odchodziła, ukazując białe kości, oczy były mętne. Ręka pokryta sinymi plamami trzymała jego nogę. Poczuł fetor gnijącego ciała. Niemal krzyknął, choć w życiu widział już niejedno. Utopiec próbował przewrócić chłopaka, więc ten sięgnął po miecz. Chciał odciąć utopcowi rękę, ale ledwo go drasnął. Stracił równowagę i upadł twarzą w listowie. Miecz wypadł mu z dłoni. Topielec ponownie złapał go za nogę. Mychło próbował się wyswobodzić, ale uścisk był żelazny. Upiór ciągnął go powoli wprost do bagna. Chłopak kopał i szamotał się, ale przeciwnik nie dawał za wygraną. Młodzieniec czuł, jak woda bagienna zaczyna wlewać się w cholewki jego butów. Koniec był bliski.

Ziemia zatrzęsła się po raz trzeci, tym razem na tyle mocno, by przewrócić kilka drzew. Korzystając z chwili, Mychło uwolnił się z uścisku utopca. Wrócił po swój miecz. Tym razem nie miał skrupułów, odciął głowę bagiennego stwora, zanim ten zdążył zanurzyć się w bagnie.

Nad polem przeleciała sowa. Kiedy Mychło mrugnął, zobaczył stojącą w oddali dziewczynę w brązowej sukience. Krzyczała coś, ale na polu trwała zaciekła walka i nie zrozumiał jej słów. Leszy rzucał w tłum toporkiem, co chwila kogoś trafiając. Przybiegał, wyjmował ostrze z głowy trupa i chował się za drzewo. Żmij syczał. Jeden z wojów wskoczył na jego ogon, kłując go mieczem. Rany krwawiły, rozwścieczając stwora. Wtedy na drodze żmija stanęła dziewczyna. Powiedziała coś niezrozumiałego, w języku, którego Mychło nigdy wcześniej nie słyszał.

Żmij strącił siedzącego na nim mężczyznę, ale nie pożarł go. Syknął tylko i zaczął pełznąć w stronę Lasu. Ludzie chcieli dziękować dziewczynie, ale ta poszła w ślad za potworem.

Tuż przy bagnie utopców, Zowa zauważyła młodego chłopaka przygniecionego gałęzią. Uklękła obok niego i próbowała ocucić, ale ten nie dawał oznak życia. Z trudem odepchnęła gałąź. Teraz gdy Matka Lasu nie żyła, nie było nikogo, kto mógłby ukarać ją za użycie magii. Wieki temu, istoty zawierając pakt z ludźmi, wyrzekły się posługiwania czarami. Zowa przyłożyła dłonie do klatki piersiowej chłopaka. Trzeba było się spieszyć. W skupieniu przywoływała światło. Gdy rozbłysło w ciemności, przypominało maleńkiego świetlika. Weszło w ciało chłopaka, a ten powoli otworzył oczy. Rozbita skroń przestała krwawić. Gdy doszedł już do siebie, spojrzał pytająco na nieznajomą.

– Muszę iść – powiedziała. – Kniaź oczekuje, że odnajdę słońce, nim będzie za późno… Wracaj do swoich.

Podniosła się z kolan, otrzepując sukienkę.

– Idę z tobą – odparł Mychło, czując nagły przypływ sił witalnych.

– Dobrze, lecz musimy się spieszyć.

Straszliwy huk przetoczył się nad lasem. Oboje spojrzeli przed siebie, gdzie z ziemnej rozpadliny, zaczęła wyłaniać się ogromna postać. Otaczały ją smukłe, tańczące Cienie.

– Za późno – jęknęła Zowa. – Cienie zbudziły Gniewnicę, swoją panią. Jeśli szybko nie znajdziemy słońca, ona zniszczy wszystko.

Ziemia drżała nieprzerywanie, aż pojawiły się pajęcze odnóża Gniewnicy. Były w niej wszystkie koszmary ludzi, których Cienie zamordowały we śnie. Miała ludzką, pozbawioną oczu twarz i tułów pokryty gęstym zjeżonym futrem. Łysa głowa ukazywała czaszkę. Słysząc jej przeciągłe wycie, część ludzi zebranych pod Lasem rozpierzchła się we wszystkie strony. Jednak grupa najmężniejszych wojów pozostała, by stawić czoła potworowi, nawet za cenę własnego życia. Uformowali najskuteczniejszy szyk bojowy, jaki znali, gotując się do natarcia.

Mychło biegł przed siebie, co sił w nogach. Według opowieści dziewczyny, złodziej słońca został porwany przez istoty z Lasu.

– Może być tylko w jednym miejscu – zawołała Zowa, lecąc nad głową chłopaka. – W Trupim Wądole.

Miejsce to znajdowało się w samym sercu boru, był to rozległy jar, którego dno zaścielały kości, należące do wszystkich tych ludzi, którzy niegdyś zabłądzili w lesie.

– Spójrz, tam jest chata. Mieszkał w niej kiedyś wił. – Wskazała dziewczyna.

Mychło zamarł na moment, ale Zowa nie odczuwała strachu – znała te terany, więc musiał jej zaufać. Pchnęła drzwiczki starej chaty. W środku na kupie chrustu leżał nieprzytomny Wacuch. Pilnował go wąpierz przypominający starszego mężczyznę o długich siwych włosach.

– Czego tu szukacie? – Jego głos zabrzmiał ostro.

– Musimy znaleźć słońce. Gniewnica powstała ze snu – powiedziała Zowa. – Pozwól nam zabrać tego człowieka.

– Nigdy!

Wąpierz skoczył na chłopaka jak kot, chcąc przegryźć mu tętnicę szyjną ostrymi kłami. Mychło krzyknął i spróbował odepchnąć napastnika, a wtedy ten skrępował mu ręce. Zowa sięgnęła po nóż, który chłopak miał przy pasku.

– Nie skalasz rąk krwią swojego brata – wysyczał wąpierz. – Razem z Gniewnicą będziemy rządzić tymi ziemiami. Powinniśmy zniszczyć ludzi, którzy uwięzili nas w Lesie.

– Nie! – krzyknęła dziewczyna.

Zamachnęła się z nożem na wąpierza, ten jednak sprawnie uskoczył w bok. Z tyłu rzucił się na niego Mychło, ale szczupłemu młodzieńcowi zabrakło sił, by obezwładnić przeciwnika. Chłopak, uderzony w głowę, runął na klepisko. Zowa, wykorzystując chwilę nieuwagi wąpierza, zatopiła nóż prosto w jego sercu. Ostrze przeszło na wylot.

Wacuch leżący na kupie chrustu wciąż leżał nieprzytomny. Na jego lnianych spodniach widniała wielka wypalona dziura, ukazująca udo, którego skóra i mięśnie spalone były aż do kości. Obok leżał niewielki gorący węgielek.

– To słońce? – spytał z niedowierzaniem Mychło, a Zowa kiwnęła potakująco głową.

– Zgaś świecę – poleciła.

Gdy chłopak wykonał jej polecenie, zamieniła się w ptaka i wyfrunęła przez okno z węgielkiem w dziobie.

Lecąc nad okolicą, widziała wsie i miasta pogrążone w chaosie. Ludzie bezskutecznie próbowali pokonać Gniewnicę, która opuściła już swą kryjówkę. Nikt nie wiedział jak pokonać ogromnego, kroczącego na pajęczych odnóżach, wroga. Wojowie ginęli, jeden po drugim, starając się wymierzyć śmiertelny cios.

Kniaź Chociemir stał na czele wojska. Wiedział, że dłużej już nie dadzą rady stawiać oporu i w końcu Gniewnica wszystkich zabije. Podniósł miecz, który niegdyś dostał od ojca, spodziewając się decydującego starcia. Gniewnica zawyła przeraźliwie.

Zowa straciła ich z pola widzenia. Była coraz wyżej i wyżej. Upuściła węgielek, szepcząc stare zaklęcie.

Jasność rozbłysła nagle. Wszyscy zasłonili oczy, oślepieni. Kiedy otworzyli powieki, po Gniewnicy nie było śladu. Rozpierzchła się niczym koszmar wraz z nastaniem świtu. Ludzie zebrani pod Lasem unieśli głowy. Milczeli, ale ich serca przepełniała radość. Jasne promienie słońca padły też na młodego chłopaka stojącego przed chatą i czekającego na powrót sowy.

 

 

 

Koniec

Komentarze

poczuł nieprzemożone parcie w dole brzucha. – w tym przypadku chyba przemożne 

Pamiętaj, nigdy nie chodź do tego lasu, jeśli chcesz stracić życia. – Pamiętaj, nigdy nie chodź do tego lasu, jeśli nie chcesz stracić życia.

wskoczył na belę słomy – bela słomy to sprasowana słoma, a do sprasowania potrzeba maszyn, więc…

Jest już godzina ósma, bo piasek w klepsydrze wysypał się do końca. – no, no, określanie czasu po piasku w klepsydrze? ciekawe 

rozwikłam tę sytuację – sytuacji się nie rozwikłuje, raczej problem. Sytuację się wyjaśnia (ewentualnie)

Krew płynęła po jego twarzy cienką stróżką. – jest! jest! niech żyje nieśmiertelna! Sprawdź różnicę między stróżką i strużką 

We fragmencie, gdzie Mychło spotyka utopca, powtarzasz ciągle “utopiec” – może zredukuj trochę częstotliwość występowania tego słowa

Wąpierz skoczył na chłopaka jak kot, próbując przegryźć mu tętnicę szyjną swoimi ostrymi kłami. Mychło krzyknął i spróbował odepchnąć napastnika, a wtedy ten skrępował mu ręce

Całkiem sympatyczna baja, choć masz sporo niedoróbek w tekście. Pisz dalej, bo miło się czytało Twoje opowiadanie. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dzięki za uwagi, muszę to poprawić :)

Pisz i pozwól czytać innym :)

Wciągnęło mnie – od początku czytało się płynnie i przyjemnie, fabuła rozbawiła mnie i zaciekawiła. W drugiej połowie tekstu jednak przyjemność lektury nieco zmalała, bo pojawiło się więcej zgrzytów, a dynamika akcji przyspieszyła aż za bardzo, spłycając narrację i wymuszając dużo skrótów, w których gdzieś zagubił się wcześniejszy znakomity klimat.

 

Wezwany został najbliższy doradca władcy i dowódca jego wojsk, Raryd (…) Wysłuchał opowieści swego pana o słońcu, które tego dnia nie wzeszło i zasępił się tęgo. – zastanawiam się, czy Raryd wcześniej nie zauważył braku słońca, że się zasępił dopiero kiedy o tym usłyszał? 

 

– Więc słońce jest w Lesie na Pograniczu Światów. To te podstępne stwory je ukradły – odparł Raryd.

– Jak to? – zafrasował się kniaź. – Przecież łączy nas pakt, zawarty wieki temu między istotami z lasu a naszymi przodkami. Nikomu nie wolno przekraczać granicy boru ani im, ani nam. Dlaczego nagle stwory miałyby naruszyć to stare prawo? – Hm, coś mi się tu nie skleja. Raryd wnioskuje, że stwory z lasu ukradły słońce, a kniaź podaje argument o zakazie przekraczania granicy. Skąd założenie, że stwory musiałyby wleźć na ich ziemie, aby ukraść słońce? Przecież ono sobie świeci ponad nimi, niezależnie od ich paktów…

 

Późnym wieczorem dziadek Mychła, kładł się spać. – skąd ten dziadek? Ani wcześniej, ani później nic o dziadku nie ma…

 

Idź tam i zobacz co to.

Było pewne, że idzie tam na śmierć. – drugie “tam” można wywalić.

 

Zowa wskoczyła mu na plecy, dusząc go za szyję. – hm, “dusząc za szyję” brzmi dość kulawo, chyba samo duszenie by wystarczyło.

 

Raryd krzyknął, gdy przebiła mu oko, oślepiając go. Krew płynęła po jego twarzy cienką stróżką. – duże stężenie zaimków. O stróżce już wiesz ;)

 

Zastanawiam się, jak się ma to:

Mychło (…) Niemal krzyknął, choć w życiu widział już niejedno.

Do tego:

Mychło zawahał się. To była jego pierwsza bojowa wyprawa. Wcześniej był zaledwie pomocnikiem prawdziwego woja, odpowiedzialnym jedynie za siodłanie koni przed bitwami.

Może lepiej: “… w ciągu ostatnich dni zdążył już zobaczyć niejedno”

 

Kiedy Mychło mrugnął oczami – czy mógł mrugnąć czymś innym? ;)

 

Tuż przy bagnie utopców, Zowa zauważyła młodego chłopaka przygniecionego gałęzią – kiedy to drzewo zdążyło go przygnieść? 

 

Miejsce to znajdowało się w samym sercu boru, był to rozległy jar, którego dno zaścielają kości, należą do wszystkich tych ludzi, którzy niegdyś zabłądzili w lesie. – należące?

 

Wąpierz skoczył na chłopaka jak kot, chcąc przegryźć mu tętnicę szyjną swoimi ostrymi kłami – cudzymi nie dałby rady ;)

 

Jak widać, trochę usterek jest, zwłaszcza w drugiej części, jakbyś za bardzo się spieszyła, żeby skończyć. Brakuje mi tam też nieco opisów – oczywiście nie za długich, bo zanadto by wyhamowały akcję, ale choćby w tym momencie, gdzie zmienia się miejsce akcji – na przykład Mychło i Zowa docierają do miejsca uwięzienia Wacucha. Coś tam opisujesz, ale szalenie oszczędnie. Sama walka w szczytowym momencie tez mogłaby być przedstawiona bardziej malowniczo.

Ale sądzę, że jakby poprawić to i owo to tekst byłby naprawdę bardzo, bardzo fajny :)

Masz rację, muszę się przyznać, że chciałam wszystko skrócić, żeby wyrobić się w tych kilkunastu stronach i nie rozwlec akcji. Czuję, że mam dziś Wieczór z Korektą. Dzięki za drobiazgowe uwagi.

Pisz i pozwól czytać innym :)

Zanim jednak doszło do krwawej walki, kilka dni wcześniej miało miejsce – Kilka dni przed krwawą walką miało miejsce… Nie będzie bardziej naturalnie brzmiało?;  )

Wacuch – chłop pańszczyźniany kniazia Chociemira, – wtrącenie powinno rozpoczynać się i kończyć tym samym znakiem interpunkcyjnym, czyli albo dwa przecinki, albo dwa myślniki 

 

Istot z Pogranicza Światów – przyznam, że trochę mi ta nazwa nie pasuje do słowiańskich klimatów

 

Powiedziałbym, że zaznaczenie gwiazdką początku każdej nowej scenki poprawiłoby przejrzystość tekstu. 

 

– Wypowiadam wam wojnę, rozumiecie?! – krzyknął w stronę drzew. – Albo oddacie słońce, albo wrócimy tu i za kilka dni wszystkich was wyrżniemy w pień, a potem puścimy z dymem cały ten przeklęty las!

– skoro władca darzył go zaufaniem, to znaczy, że rycerz musiał być obdarzony zdrowym rozsądkiem, a taki najazd wydaje się nieco nierozsądny ; 0

 

Fajny jest pomysł na ogień jako blokadę magii. 

 

Krew płynęła po jego twarzy cienką stróżką. – eee, no : D

 

Przyłączę się do stwierdzenia, że druga część opowiadania jest słabsza. Na początku było swojsko i nieco przaśnie, co budowało fajny klimat wespół z przywołaniem tych stworów z ludowych wierzeń i udanych nazw własnych. Potem chyba zabrakło sił i konsekwencji, przez co opowiadanie traci na jakości. Historia ostatecznie nie jest specjalnie odkrywcza, więc zasadniczo to nastrój był tu kluczowym elementem i, myślę, uwagę należało skupić nad tym, by go wypielęgnować. 

I po co to było?

I ja się zgodzę, że po tajemniczym rytuale nastrój opowieści zaczyna siadać. Mnie do przewracania oczami doprowadzali faceci, którzy uważali, że lekiem na wszystkie bolączki będzie zabicie kogoś; a to szefowej stworów, a to kniazia… No, co za kretyni…

Jest już godzina ósma, bo piasek w klepsydrze wysypał się do końca. To niemożliwe, żeby tego dnia nie wzeszło słonce.

Czy w Twoim świecie ludzie mierzą czas tak samo, jak my?

Wysłuchał opowieści swego pana o słońcu, które tego dnia nie wzeszło i zasępił się tęgo.

A sam nie zauważył, że ze słoneczkiem coś nie tego? Musiał go władca poinformować? Kolejny bystrzak…

Krew płynęła po jego twarzy cienką stróżką.

A ona dalej stróżuje… Wiesz, to tak popularny i śmieszny błąd, że jesteśmy na niego szczególnie wyczuleni. Popraw w pierwszej kolejności.

Babska logika rządzi!

Początek jest niezły, środek też, ale im dalej, tym słabiej, niestety. Pospiech i wymóg mieszczenia się w założonej objętości robią swoje, czyli psują… Mimo tego, tak “we w ogólności”, opowiadanie nie jest złe, czyta się. Jedynie te byczki, Autorko, te niejednokrotnie komiczne byczki… Łap za klawiaturę, poprawiaj, warto to zrobić, żeby zmieniły się proporcje pochwał do krytyk.

Ok, małe błędziki (stUżki itp), powtórzenia wyeliminowane. Nie jest to jedyna rzecz, jaką w życiu napisałam, więc zapewne nie raz mnie tu zobaczycie.

Pisz i pozwól czytać innym :)

Całkiem dobre, ale im dalej tym gorzej. Mimo wszystko dobre. Sądzę, że jak wyrównasz to naprawdę będzie fajne opowiadanie. 

F.S

Nie sposób nie zgodzić się z wcześniej komentującymi, że im bliżej końca, tym mniej zajmujące staje się opowiadanie. Ale muszę też powiedzieć, że jak na debiut, nie jest źle, a gdyby wykonanie było staranniejsze, byłoby całkiem nieźle.

 

W jed­nej chwi­li Wa­cuch pod­sko­czył do góry… – Masło maślane. Czy mógł podskoczyć do dołu?

 

Sta­rzec już go nie trzy­mał, nie mu­siał – miał inne spo­so­by na za­trzy­ma­nie swej ofia­ry… – Powtórzenie.

 

– Cie­szy mnie twa ry­chła de­cy­zja. – Wacuch decyzję już podjął, więc: – Cie­szy mnie twa szybka de­cy­zja.

Za SJP: rychły «taki, który ma wkrótce nastąpić»

 

Po­czuł chłod­ny dreszcz, ale nie mógł się po­ru­szyć. – Chłód może wywołać dreszcze, ale dreszcze nie maja temperatury.

 

– Tak nie może być!- grzmiał Raryd. – Brak spacji przed dywizem, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Ktoś z tłumu wy­mie­rzył strzał, ale chy­bił. – Strzału nie można wymierzyć. Wymierzyć/ wycelować można bronią.

Proponuję: Ktoś z tłumu oddał strzał, ale chy­bił. Lub: Ktoś z tłumu strzelił, ale chybił.

 

Raryd krzyk­nął, gdy prze­bi­ła mu oko, ośle­pia­jąc go. – Czy oba zaimki są niezbędne?

Wydaje mi się, że aby kogoś oślepić, należy pozbawić go obu oczu.

 

od­ciął głowę ba­gien­ne­go stwo­ra, zanim ten zdą­żył za­nu­rzyć się w ba­gnie. – Powtórzenie.

 

Jeden z wojów wsko­czył na jego ogon, kłu­jąc go mie­czem. – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

Łysa głowa uka­zy­wa­ła czasz­kę. Sły­sząc jej prze­cią­głe wycie… – Czaszka wyła?

 

My­chło biegł przed sie­bie, co sił w no­gach. – Masło maślane. Czy istniała możliwość, by biegł nie przed siebie?

 

Wa­cuch le­żą­cy na kupie chru­stu wciąż leżał nie­przy­tom­ny. – Paskudne powtórzenie, a zdanie dalej znowu: Obok leżał nie­wiel­ki go­rą­cy wę­gie­lek.

 

Lu­dzie bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­li po­ko­nać Gniew­ni­cę, która opu­ści­ła już swą kry­jów­kę. Nikt nie wie­dział jak po­ko­nać ogrom­ne­go… – Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Stuletni Bies – młody jakiś.

Zgadzam się z opiniami wszystkich powyżej. Początek wprowadzał klimat, a na koniec tylko się zabijali, ale w końcu słońce zaświeciło. Liczę na więcej oryginalnych pomysłów w przyszłości, bo masz bardzo dobre zadatki. To opowiadanie jest bardzo wtórne, ale może by się odratowało, gdybyś nie narzucała na siebie limitu. 

Osobiście uważam, że początek był naprawdę niezły. Szkoda, że stwierdziłaś, że trzeba się spieszyć, bo mógł wyjść naprawdę fajny tekst, a tak jakoś popędziłaś zbyt szybko. Następnym razem się nie spiesz nie warto. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Nowa Fantastyka