- Opowiadanie: rapprochement - Lu’uth

Lu’uth

Moja pierwsza próba. Opowiadanie stanowi zamkniętą całość, choć zostawia szeroko otwartą furtkę do kontynuacji, jeśli okaże się wystarczająco poprawne. Starałem się możliwie jak najbardziej wyprać tekst ze wszystkich błędów, jednak jedna para oczu zawsze może coś przeoczyć.

Im więcej Waszych komentarzy i krytyki, tym więcej nauki dla mnie ;)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Lu’uth

Łaty śniegu na polach lśniły w świetle porannego słońca. Z każdym parsknięciem z nozdrzy konia wzlatywał w powietrze obłoczek pary. Do monotonnego dźwięku błota, które chlupotało pod końskimi kopytami, dołączał niekiedy nieśmiały i krótki świergot pierwszych wiosennych ptaków w oddali. Skromne pagórki, wychylające się gdzieniegdzie ponad wrzosowiska, ugory i błota, nikły w porównaniu z ogromnymi górami na horyzoncie, które przytłaczały obserwatora grozą swej masywności. Szczyty czasem rozjaśniały się mocniej na słońcu, migocząc odbitym od lodu światłem do roztaczającej się poniżej krainy, niczym latarnie morskie nad ponurym i cichym pustkowiem.

Ocierające o udo, niewygodne siodło sprawiło, że Lu’uth musiał oderwać wzrok od podziwianych widoków. Poprawił delikatnie pozycję i uniósł głowę. Uwielbiał napawać się mrozem, nawet jeśli oznaczało to szczypanie w nosie przy każdym głębokim oddechu.

– Mości czarodzieju, niebawem dotrzemy na zamek – odezwał się jeździec. – Kapitan chce się z wami rozmówić zanim przystąpicie do pracy.

– Oby warte to było mojego czasu, przebyłem długą drogę – odrzekł sucho.

Prawdę mówiąc, kapitan mógł go jedynie pokierować do miejsca wypadku oraz poinformować o stratach w ludziach i zasobach, z czego tylko to pierwsze było pomocne. Po miesiącach sprawdzania fałszywych tropów i krążenia wkoło bez większych rezultatów, nawet to zdarzenie wydawało się warte podróży. Tak na dobrą sprawę, kogo zainteresowałby wybuch, prawdopodobnie prochu, gdzieś na końcu świata? Szczególnie, że poszukiwana najpewniej nigdy nie podróżowała w te strony. Potarł w zastanowieniu swój orli nos, gdy przejeżdżali pod łukiem kamiennej bramy. Desperacja rośnie, pomyślał. Chwilę potem razem z towarzyszem zeskoczyli z koni. Czarodziej poklepał swojego wierzchowca zanim oddał wodze stajennemu, a zwierzę odpowiedziało cichym parsknięciem. Najwyraźniej nie podzielało sympatii Lu’utha do mrozu i spieszno mu było do cieplejszego boksu.

– Tędy, proszę. – Usłyszał przez ramię.

Pomaszerował przez błoto za swoim przewodnikiem okrytym przepastną szarą opończą. Spostrzegł, że mężczyźnie także z trudem przychodziło odrywanie nóg od kleistego podłoża. Dotarli do niewysokiego, murowanego budynku o surowym i ciemnym wnętrzu. Stęchłe powietrze wypełniło nos. Oczy dłuższą chwilę dostosowywały się do zmiany, przyzwyczajone do pełnego słońca. Siedzący na stołku przy długiej drewnianej ławie jegomość podniósł wzrok od rozłożonych przed nim papierów, gdy towarzysz Lu’utha chrząknął.

– Witam szanownego czarodzieja – przywitał się wstając i odgarniając kilka z niewielu klejących się mu do głowy kosmyków ciemnych włosów. Potarł nos strącając z gęstych wąsów okruchy pieczywa. – Rad jestem, że przybyliście.

– Przejdźmy do konkretów, kapitanie. – Przypomniawszy sobie, że jego wiecznie ściągnięte brwi i orli nos nadają twarzy ponury wygląd, czarodziej uświadomił sobie jak oschle musiało to zabrzmieć. Rozmówca jednak nie wyglądał na zbitego z tropu.

– Tak, tak, konkrety – odrzekł pospiesznie. – Usiądźmy może. – Wskazał wolny stołek po przeciwnej stronie. – Zdobycie zamku nie było tak proste jak się z początku wydawało. Twardy tu klimat i twardzi ludzie. Nawet wspięcie się na mury nic nie rozstrzygnęło. A te wilcze doły, paskudna sprawa, widział je pan, panie czarodzieju?

– Mhm. – Nie widział.

– W połączeniu z wąską zabudową i licznymi ciasnymi przejściami między kamiennymi ścianami… Dużo ludzi straciliśmy, oj dużo. Nawet stary Odd nabawił się…

– Co do wybuchu…

– Wybuchu? Ach! We wieży. Kiedy obrona złożyła broń, dowódca dowiedział się od kasztelana, że na wieży przetrzymuje się coś cennego. Dobry był ten nasz Garim, solidny i rozważny. Zamiast posłać tam jakiś patałachów, co by połowę buciorami zniszczyli a resztę rozkradli, wziął swoją straż i sam polazł. „Jak dobrze pójdzie, przeniosą mnie z tego pustkowia do podmirskiej” mówił…

– Nie przenieśli?

– Ach teraz to mogą co najwyżej jego kości gdzieś przenieść, jak dobrze pozbierają. Ja mówię, on rozważny był, dobry dowódca. Posadzili mnie w jego miejsce, ale ja byłem tylko kapitanem straży, głowy takiej do planowania nie mam, za cholerę się do tego nie nadaję.

– No dobrze, wiadomo coś o tej wieży, kasztelan nic więcej nie mówił? – Lu’uth poprawił sobie kitę włosów zaczepioną w hafty płaszcza na plecach.

– Tyle tylko, że więźniów tam też trzymali w podziemiu. Ale wybuchło na szczycie. – Kapitan pociągnął nosem. – Ten katar jest nieznośny.

– Żaden więzień nie zniknął?

– Nie zniknął. Zresztą kto by się tam przejmował. Przepełnione to trochę różnymi zbiegami, wszyscy myślą, że północą przedostaną się przez linię frontu na zwycięską stronę. Trochę się mylili, skoro tu gniją, ale jeśli uciekali do nas… To tak jakby nasi, nie? Może trzeba będzie ich uwolnić?

Kapitan tępo wpatrywał się w, jak się okazało, puste kartki przed sobą. Posiwiałe włosy oraz drobne zmarszczki, skrywane w kącikach oczu i nieśmiało wkradające się na czoło, nawet jeśli dodawały mu powagi, to na pewno nie mądrości.

– Jak mniemam nie istnieje żaden rejestr więzienny – bardziej stwierdził niż zapytał czarodziej.

– Ano – odpowiedział wyrwany z zamyślenia rozmówca. – Nie! Istnieje, tak. Posłać po niego? – Skinienie głową. – Greg! Greg!

– Tak, panie kapitanie? – Ciemna sylwetka pojawiła się w drzwiach.

– Przynieś mi no tu spis więźniów, ale migiem, nasz gość potrzebuje.

Greg zniknął równie szybko jak się pojawił. Po dłuższej chwili przyniósł ze sobą stos kart. Lu’uth razem z kapitanem rozłożyli je na stole odłożywszy wcześniej puste karty na bok. Jak się okazało rejestr daleki był od uporządkowania. Sporządzony drobnym pismem przedstawiał niemałe wyzwanie w rozszyfrowaniu. Czarodziej zabrał się do przeglądania najbardziej aktualnych, jak mu się zdawało, stron. Były to te nie pożółkłe, na których brud jeszcze niecałkowicie zasechł. Wreszcie odnalazł obiecujący kawałek:

 

„Rejestr więzienny zamku Kardeit, ferdas, rok 689, trzeci wykaz zmian.

 

Brodacz, narodowość: Ark; zmarł.

Ul, narodowość: Faytern; stracony za szpiegostwo, szubienica.

Krzykliwa Zołza, narodowość: nieznana; stracona za próbę ucieczki, szubienica.

 

Pięciu jeńców w barwach Gwelin, znalezieni po ostatniej bitwie. Dwóch się wykrwawiło, jeden stracony za brak współpracy, pozostała dwójka osadzona.

Grupa uciekinierów, bez wojskowych glejtów. Osadzeni po podziale: trzech rosłych mężczyzn w celi z gwelińczykami, starzec, dziecko i cztery kobiety w osobnej celi. Wszyscy narodowości Faytern, poza rudowłosą kobietą, akcent nierozpoznany – w przyszłym tygodniu przesłuchanie, możliwe posądzenie o szpiegostwo.”

 

Być może los w końcu się do niego uśmiechnął.

– Kapitanie, proszę spojrzeć – odezwał się Lu’uth. – Ta kobieta, mógłbym się z nią zobaczyć?

– Kobieta… – Zmrużył oczy. – Eh, niech mi mości czarodziej przeczyta, wzrok już nie ten.

– Była w grupie uciekinierów, musi być zamknięta razem z nimi w celi, rudowłosa. – Lu’uth, będący myślami już przy więzieniu, kompletnie zapomniał, że jego rozmówca najpewniej jest niepiśmienny.

– Możemy zapytać o nią naszych strażników, mieli zająć się przeglądem więźniów zaraz po uprzątnięciu tego bałaganu wkoło wieży.

– Chodźmy zatem.

Świeże i rześkie powietrze uświadomiło Lu’uthowi jak duszno było w pomieszczeniu, z którego wychodził. W drodze do wieży więziennej przyglądał się niskiej zamkowej zabudowie. Wyglądała na solidną, choć na pewno niewysokie mury stanowiły mniejszą pomoc w obronie, niż ich wysokie odpowiedniki w regionach na południe stąd. Na północy wszystko jest ciasne, małe i niskie. Od zabudowy po kobiety – przypomniał sobie słowa swojego dawnego mentora. Chyba miał on trochę racji, przynajmniej jeśli chodziło o to pierwsze. Spomiędzy budynków wyłoniła się mała wieża pozbawiona większości zadaszenia i części ścian na najwyższym piętrze. Jak się okazało, strażnicy nie widzieli rudowłosej kobiety pośród więźniów.

– Jest tu kilkoro uciekinierów, ale wszyscy zamknięci co najmniej od dwóch miesięcy – wyjaśnił krępy żołnierz. – Z tego, co wiemy, w tym miesiącu przybyło tylko dwóch więźniów, ale już ich nie ma.

– Nie ma? – zdziwił się czarodziej.

– Bo to nasi, jak się okazało. Posilają się na piętrze i czekają aż będą gdzieś przydzieleni.

– Trzeba coś dla nich znaleźć. – Kapitan podrapał się po głowie. – Przy okazji możesz z nimi porozmawiać – zwrócił się do Lu’utha.

Weszli razem na górę po skrzypiących drewnianych schodach. Dwaj mężczyźni pochyleni nad miskami, łapczywie połykali swoje porcje.

– To wy jesteście ci nasi uwolnieni żołnierze? – zapytał kapitan pociągając nosem.

Podnieśli się widząc z kim mają do czynienia.

– Tak jest – odparł jeden wycierając rękawem tłuszcz z ust.

– Czy ktoś uciekł z więzienia w dzień wybuchu? – Czarodziej wysunął się zza kapitana. Wytrzeszczyli oczy widząc jego niecodzienny strój.

– Tak. To była ta ruda jędza, co mi palce wyłamała, o – pokazał owiniętą tkaniną dłoń. – Wyprowadziła wieśniaków ze swojej celi krótko po tym jak na zamku zrobił się wielki zgiełk w czasie bitwy.

– To pewnie jak wleźliśmy na mury – wyjaśnił wąsaty dowódca.

– Nie wiadomo dokąd się udała?

– Myśmy jej nie pytali. Nigdy się nie odzywała, a jak już, to szeptem do bab, z którymi siedziała. Nawet obmacać przez kraty się nie dała, stąd ta ręka.

– Dobrze, to mi wystarczy – skrzywił się Lu’uth. – Kapitanie, udam się na górę zobaczyć miejsce wybuchu. Zajrzę wcześniej do stajni i wezmę potrzebne rzeczy. Proszę polecić strażnikom, żeby mi nie przeszkadzali.

– Już to zrobiłem – odparł gładząc się po wąsie. – Proszę mnie wzywać w razie każdej potrzeby, jestem do dyspozycji mości czarodzieja.

Wyszedł z wieży szybkim krokiem zmierzając ku stajni. Może warto było tyle się męczyć. Był niemal pewien, że owa rudowłosa to kobieta, której szuka. Elfka, poprawił się. Nie mógł wyjawiać kim była poszukiwana przez niego osoba, żeby nie siać paniki wśród napotykanych ludzi. Powszechnie uważano elfy za złośliwe demony przybierające czasem postać człowieka, zsyłające choroby i nieszczęścia, porywające dzieci i dobijające rannych na polach bitwy. Wierutne bzdury, mawiał jego mentor. Nie odróżniać elfa od zwykłej zmory, to jak nie rozróżniać maga i czarodzieja.

– Już wyjeżdża? – Głos stajennego wyrwał go z zamyślenia.

– Nie. – Otrząsnął się. – Przyszedłem po potrzebne mi rzeczy, kilka dębowych szkatułek, powinny gdzieś tam być.

– A widziałem jakieś, widziałem. Na prowiant to nie wyglądało – zagadnął solidnej budowy rozmówca. Twarz miał czerwoną od mrozu. – To na jakieś czary?

– Tak, można tak powiedzieć.

– Proszki magiczne!

– Ta. To leżą gdzieś tam?

Stajenny odwrócił się i odszedł do boksu na końcu stajni. Po chwili wrócił z, o dziwo, właściwymi skrzyneczkami.

– Ciężkie to jak diabli. Dużo musi być tych proszków – wyszczerzył się złośliwie. – Powiadają to, że dobry czarodziej do czarowania to niczego nie potrzebuje, ni proszków, ni ziół, sam wszystko robi.

Lu’uth posłał mu nieprzyjemne spojrzenie.

– Mówi się też, że dobry stajenny do czyszczenia konia nie potrzebuje szczoty. Język mu wystarcza. Może następnym razem spróbujesz, na pewno zrobisz z niego wtedy większy użytek, niż teraz.

Wyrwał z ręki stajennego swoje rzeczy, odwrócił na pięcie i szybkim krokiem podążył ku zniszczonej wieży. Wiatr zarzucił na bok jego związane włosy, szarpnął sztywnym płaszczem. Czarodziej przez chwilę walczył z ochotą na nieco bardziej agresywną reakcję w stosunku do stajennego. Mógłbym go lekko podpalić. Chociaż nie, za dużo wysiłku w tych warunkach. Ale odmrożenie stóp byłoby dużo łatwiejsze, rozmyślał. Wrócił jednak myślami do swojej elfki. Z całą pewnością wybuch zatarł większość śladów. Najbardziej zastanawiający był sposób zniknięcia poszukiwanej kobiety. Lu’uth słyszał o zdolnościach teleportacyjnych elfów. Nawet jeśli naprawdę byli zdolni do teleportacji, co wątpliwe, potrzeba by im było wielkiego laboratorium, mnóstwa narzędzi i odczynników. Nawet elf nie jest zdolny do takich czarów w starej, sypiącej się wieży. Chociaż… nie mogę niczego wykluczyć. Lu’uth brał udział w schwytaniu elfa kilka lat wcześniej. Potrzeba było dziesięciu czarodziejów. Dziesięciu znakomitych, wprawnych czarodziejów. Nie każdy przeżył to spotkanie. A teraz jestem sam. Mam się zmęczyć podróżowaniem, moknąć i marznąć miesiącami, a najlepiej gdzieś zaginąć. Przydzielili go do najmniej prawdopodobnej plotki, jaką słyszeli od wielu lat – młoda elfka. Najwyżej trzydzieści lat. Jeśli nie miała styczności z nikim swojego rodzaju, prawdopodobnie niegroźna. Czy wysadzenie szczytu wieży w powietrze oznacza, że miała styczność, czy że tak wygląda niegroźny elf? Minąwszy więziennych strażników podążył schodami na górę. Szkatułki zaczynały mu już ciążyć. Zatrzymał się, widząc światło. W miejscu klapy, która niegdyś prowadziła na ostatnie piętro, znajdowała się szeroka dziura. Lu’uth rozłożył swoje rzeczy na podłodze. Wyjął olejek w szklanym słoiczku i wtarł odrobinę w ręce. Natychmiast poczuł jak rozgrzewa dłonie. Dobrze pamiętał swój pierwszy raz. Myślisz, że jak wytworzysz ogień na czubku palca, to nie sparzysz się tylko dlatego, że to Ty go stworzyłeś?, śmiał się jego nauczyciel. Otóż nie. A oddzielenie swojego ciała od jakiejkolwiek wytwarzanej substancji lub energii wymaga ogromnej wprawy. Jednak z pomocą przychodzi Żarzący Olejek. Dlaczego żarzący? Przekonasz się. Po latach zdołał przyzwyczaić się do pieczenia i swędzenia, które wywoływało wtarcie preparatu w skórę. Umiał co prawda nie sparzyć sobie dłoni, bawiąc się ogniem, ale gdyby coś tam na górze zaczęło się dziać, mógł nie mieć czasu na takie szczegóły, jak dbanie o ręce.

Włożył w kieszenie dwie fiolki z substancjami, które mogły mu się przydać. Drabina skrzypnęła, gdy się o nią oparł, ale wydawała się mocna na tyle, by bez obaw mógł jej użyć. Lu’uth ostrożnie wszedł na górę. Gdy tylko wychylił głowę z otworu, gdzieś po jego prawej stronie zerwały się do lotu spłoszone ptaki. Dostrzegł je kącikiem oka. Wrony? Dobry znak. Jedynymi zwierzętami, które lgnęły do wszelkich miejsc aktywnych magicznie, były kruki, koty i koniki polne. Reszta instynktownie unikała takich zaburzeń otaczającego je świata. Wyjątkiem były oczywiście naturalne węzły energii opanowywane przez opiekunów, leszych lub inne podobne istoty. Takie miejsca zapewniały zwierzętom spokój i bezpieczeństwo. Podobno. Lu’uth spotkał się z nimi tylko na kartach opasłej księgi „Przepływ energii w naturze”, pióra Lemuin Chez, najsłynniejszej w historii badaczki zjawisk magicznych, zasadniczo matki metodologii magii.

Postawił obie stopy na kamiennej posadzce. Szczyt wieży prezentował się wyjątkowo marnie. Z wszechobecnego gruzowiska wystawały w kilku miejscach pozostałości ścian, a zwęglone drewniane belki i spalone doszczętnie meble tworzyły mały labirynt. Przy każdym powiewie wiatru w górę wzbijały się drażniące w oczy pył i popiół. Czarodziej przechadzał się ostrożnie, oglądając pozostałości ostatniego piętra wieży. Dochodziło południe i mróz nie dawał się już tak silnie we znaki. Dodatkowo Żarzący Olejek rozgrzewał mu dłonie. W kilku miejscach dostrzegł ślady wynoszenia ciał zabitych żołnierzy. Najwyraźniej robiono to w pośpiechu. Świadczyły o tym pozostawione na podłodze powyginane miecze, wystający spod sterty kamieni hełm i cała masa oblepionych zaschniętą krwią większych i mniejszych kawałków żołnierskiego rynsztunku. Jeśli dobrze pozbierają, powtórzył w myślach słowa kapitana. Lu’uth wzdrygnął się na wyobrażenie leżących w zakamarkach gruzowiska urwanych kończyn czy mniejszych kawałków ciał. Miał nadzieję nie natknąć się na takie znaleziska. Po dłuższej chwili udało mu się zlokalizować miejsce wybuchu. Osmolona w owalny wzór posadzka wolna była od wszelkiego gruzu i pyłu. Prawdopodobnie to było osobne pomieszczenie. Wybuch wypchnął ściany w zewnętrzną stronę. Po jego prawej ręce mieszanina kamieni, drewna i zaprawy zatrzymała się dopiero na kolejnej ścianie, w połowie ją niszcząc, a w połowie tworząc na niej górę gruzu. Zaś po lewej cały materiał musiał wylecieć poza krawędź wieży i spaść gdzieś poniżej.

Lu’uth odruchowo podrapał się po orlim nosie, gdy włosy znów nieznośnie czepiły się haftów płaszcza na plecach. To był jego niezbyt elegancki odruch w momentach zdenerwowania. Podszedł do krawędzi, przyklęknął i wychylił się spoglądając w dół. Zgodnie z przewidywaniami, w dole, do błota i niewysokich zarośli niedawno dołączyła znaczna ilość gruzu. Wciąż jednak nie wyczuwał nic, co mogłoby być śladem zaklęcia. Czyżby wcześniejsze przeczucie go myliło i zbytnio dał się ponieść emocjom? Wciąż opierając się na jednym kolanie i rękach spojrzał na swoje lekko spulchniałe od olejku palce. I wtedy to zobaczył. Kawałek wytartej sadzy na krawędzi nie będący jego dziełem. Interesujące. Odciski butów pozostawione przez gwelińskich żołnierzy, dokonujących tu pierwszego oglądu kilka dni temu, wskazywały, że nie byli nawet w pobliżu tego miejsca. Oni także nie mogli się przyczynić do stworzenia tego śladu. Zatem ktoś lub coś przed ich przybyciem. Wybuch prawdopodobnie najpierw zmiótł większość ścian i mebli, a dopiero potem jego energia wyzwoliła mały pożar. Odpowiedzią musiało być coś nieoczywistego. Ręka? Gdyby ktoś zawisł na krawędzi, mógłby pozostawić ślad. Nie, zbyt wąskie, nawet jak na kobiecą rękę. I zbyt podłużne. Zaraz, zaraz… Lu’uth rozejrzał się wokół poszukując potwierdzenia swojej myśli. Znalazł drobny, ledwie zauważalny ślad znajdujący się kawałek w głąb wieży, niedaleko. Tak! Lina! Sadza na niewielkim wybrzuszeniu w posadzce także była lekko starta. Lina wycierała miejsca, w których stykała się z podłożem. Krawędź, wybrzuszenie i gdzieś tu musi być… O, jest! Gruba belka, wystająca nieco ponad gruzowisko, wydawała się praktycznie nienaruszona przez ogień. Aż dziw, że nie spostrzegł tego wcześniej. Podszedł nieco bliżej, by móc dokładniej się przyjrzeć. Drewno zachowało się wśród pożogi nad wyraz dobrze, nie licząc osmolonego pierścienia wokół tuż nad miejscem, w którym wystawało z gruzu. A więc jasne. Przywiązała sznur do belki i opuściła się na nim z krawędzi wieży na ziemię, bądź na niższe piętra. Uważała by nie zostawić śladów, ale niewystarczająco dobrze. Na koniec nieco zbyt ochoczo przepaliła zaklęciem linę przy belce tak, że spaliła się cała pętla zamiast samego węzła. Resztę sznura ściągnęła na dół. Nierozwiązana pozostawała sprawa natury wybuchu i tego, co w jego trakcie działo się z elfką, lecz Lu’uth nie przykładał do tego zbyt dużej wagi. Mogła wytworzyć wokół siebie tarczę ochronną. Absorbowałoby to może wiele energii, ale też byłoby wytłumaczeniem, dlaczego zdecydowała się w tak konwencjonalny sposób opuścić wieżę.

Zadowolony ze swoich spostrzeżeń, czarodziej wyprostował się i zaczerpnął powietrza, przymykając oczy. Następnie raźnym krokiem zszedł ze szczytu wieży aż na sam dół, spakowawszy po drodze swoje rzeczy do szkatułek. Przebiegł uśmiechnięty obok strażników przy wejściu, w pełni zdając sobie sprawę, jak dziwny widok przedstawiał. Koniec końców, właśnie obejrzał miejsce bolesnej śmierci ich towarzyszy. Nie miał jednak chęci zachowywać się odpowiednio, gdy po wielu miesiącach nastąpił przełom w jego poszukiwaniach, przez większość przecież skazywanych na porażkę.

Okrążył wieżę i znalazł się na wąskim obszarze pomiędzy ścianami budowli a murem zamku. Przedarł się przez zarośla do miejsca pokrytego gruzem z ostatniego piętra. Po rozejrzeniu się wkoło nie było złudzeń – droga elfki wiodła przez niewielką kratę w murze, stanowiącą boczne wyjście z zamku. Sama furta była od góry do dołu pokryta rdzą, skrzypiała przy każdym ruchu i miała wyrwany, oczywiście kinetycznym zaklęciem, zamek. Wyjście prowadziło na strome skaliste zbocze tuż przy murze. Przebieg wydarzeń nietrudno było odgadnąć. Lu’uth wrócił w zarośla. Teraz potrzebował już tylko jednego. I znalazł to. W jakże typowy sposób. Skrawek zerwanej tkaniny wiszący na jednym z niskich krzewów. A na nim włos. Rudy. Wszystko, czego mógł chcieć. Uśmiechnął się do siebie. Pora wyruszyć na spotkanie z diabłem.

Koniec

Komentarze

Tekst czyta się raczej jak fragment sporej całości – budujesz postacie niespiesznie, jakbyś miał na to miliony znaków. Nie mówię, że to źle, ale współczynnik zdarzeń do liczby liter jak dla mnie trochę za niski. :-)

Pomysł – na razie nie widać nic nadzwyczajnego – ot, poszukiwania kogoś obdarzonego magią. Ale nie wiadomo, co się jeszcze może wydarzyć.

Językowo całkiem przyzwoicie, tylko dopracuj przecinkologię. Pisząc zdanie złożone z imiesłowem, powinieneś rozdzielić obie jego części. Właśnie tak.

Umiał co prawda nie sparzyć sobie rąk bawiąc się ogniem, ale gdyby coś tam na górze zaczęło się dziać, mógł nie mieć czasu na takie szczegóły, jak dbanie o ręce.

Powtórzenie. A przy okazji przykład zjedzonego przecinka – po pierwszych rękach.

Babska logika rządzi!

Finkla, dzięki za wnikliwą lekturę i komentarz.

Błędy już poprawione. Co do treści – możliwe, że przyłożyłem zbyt dużo uwagi do poprawności kosztem treści, przez co tekst trochę się rozmył, stracił zagęszczenie, stał się przezroczysty i typowy. Pewnie gdy przysiądę nad jakąś kontynuacją, oba fragmenty na tym zyskają. Oprócz tego, obiecuję pokazać się w czymś krótszym i treściwszym, może nawet w innej formie, żeby wyłożyć do oceny coś więcej, niż tylko poprawność językową. A nuż pozytywnie zaskoczę, oby! ;)

Cóż… dłużyło się, choć napisane całkiem nieźle. Chyba za duży margines sobie zostawiłeś, bo nie sposób nie zgodzić się z Finklą – bardzo nieśpieszne to opowiadanie.

F.S

Choć uważasz, że opowiadanie stanowi zamkniętą całość, mam nieco odmienne zdanie. Owszem, opisałeś zdarzenie, ale brakło mi szerszego tła, kontekstu. Wiem co się wydarzyło, ale chciałabym także wiedzieć, co było potem, chciałabym bliżej poznać bohaterów. Skoro zostawiłeś otwartą furtkę – prowadź.

Opowiadanie czytałoby się znacznie lepiej, gdybyś nie zlekceważył interpunkcji. Powinieneś też zwrócić uwagę na zbędne zaimki oraz nie zawsze czytelnie konstruowane zdania.

Mam nadzieję, że Twoje kolejne opowiadania będą coraz lepsze. ;-)

 

Ocie­ra­ją­ce o udo nie­wy­god­ne sio­dło skie­ro­wa­ło wzrok ku bliż­szym wi­do­kom. Lu’uth po­pra­wił de­li­kat­nie swoją po­zy­cję i uniósł głowę. – Czy dobrze rozumiem, że siodło widziało??? Czy  Lu’uth mógł poprawić cudzą pozycję.  

Proponuję: Lu’uth poprawił się w niewygodnym, ocierającym udo siodle i uniósł głowę, kierując wzrok ku bliższym widokom.

 

Po­tarł w za­sta­no­wie­niu swój orli nos gdy prze­jeż­dża­li przez łuk ka­mien­nej bramy. – Czy istniała możliwość, by pocierał cudzy nos?

Przejeżdżali przez bramę, ale nie przez jej łuk.

Proponuję: Po­tarł w za­sta­no­wie­niu orli nos, gdy prze­jeż­dża­li pod łukiem ka­mien­nej bramy.

 

Wska­zał na wolny sto­łek po prze­ciw­nej stro­nie.Wska­zał wolny sto­łek po prze­ciw­nej stro­nie.

Wskazujemy coś, nie na coś.

 

Cza­ro­dziej za­brał się za prze­glą­da­nie naj­bar­dziej ak­tu­al­nych… – Cza­ro­dziej za­brał się do prze­glą­da­nia naj­bar­dziej ak­tu­al­nych

 

Po la­tach zdo­łał przy­zwy­cza­ić się do pie­cze­nia i swę­dze­nia jakie wy­wo­ły­wa­ło wtar­cie pre­pa­ra­tu w skórę. – …pie­cze­nia i swę­dze­nia, które wy­wo­ły­wa­ło

 

Je­dy­ny­mi zwie­rzę­ta­mi, jakie lgnę­ły do wszel­kich miejsc… – Je­dy­ny­mi zwie­rzę­ta­mi, które lgnę­ły do wszel­kich miejsc

 

Resz­ta in­stynk­tow­nie uni­ka­ła ta­kich za­bu­rzeń ota­cza­ją­ce­go ich świa­ta. – Piszesz o zwierzętach, więc: Resz­ta in­stynk­tow­nie uni­ka­ła ta­kich za­bu­rzeń ota­cza­ją­ce­go je świa­ta.

 

Lu’uth od­ru­cho­wo po­dra­pał się po swoim orlim nosie, gdy jego włosy znów nie­zno­śnie cze­pi­ły się ha­ftów płasz­cza na ple­cach. To był jego nie­zbyt ele­ganc­ki od­ruch… – Przykład nadmiaru zaimków.

 

droga elfki wio­dła przez nie­wiel­ką kratę w murze, sta­no­wią­ca bocz­ne wyj­ście z zamku. – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, może to nie kwestia lekceważenia interpunkcji, a niewystarczającej uwagi w jej używaniu – tak czy siak, zapamiętam, do poprawy tutaj i w przyszłości.

Co do wypisanych błędów – jak tylko będę miał dłuższą chwilę, edytuję tekst i naprawię co trzeba.

Postaram się, aby dalsze losy bohaterów były przyjemniejsze w lekturze i rozmowy o błędach mogły  jak najszybciej ustąpić miejsca rozmowom o treści. ;)

I ja na to liczę. Powodzenia! ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka