- Opowiadanie: GaPa - 2man

2man

Opowiadania to miało premierę w sieci (na innej stronie) niemal rok temu.

Tekst ma dla mnie posmak jesieni i końca, więc to chyba odpowiedni czas na “zawiśnięcie” tutaj.

Może komuś (nie) przypadnie do gustu i podzieli się opinią?

No i już w drugim akapicie pojawia się Steve McQueen (niestety brak takiego tagu ;)

Zapraszam.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Finkla, AlexFagus

Oceny

2man

Finał ma miejsce gdzieś głęboko w Chinach na początku dwudziestego wieku. Bezgwiezdne niebo to jednolita granatowoczarna otchłań, jedynie tuż nad jaśniejącym horyzontem nieruchomo tkwi kilka chmur. Pomimo nocy widoczność jest zadziwiająco dobra.

Budowli nadano kształt prostokąta z wielkim, częściowo zadaszonym dziedzińcem. Prosty dwuspadowy dach od wewnątrz wsparto dwoma rzędami kolumn. Gdy spojrzymy między nimi wzdłuż dłuższego boku, zdają się nie mieć końca. Wrogowie czają się na dachach, a w oddali znajdują się drzwi. Jeśli Steve McQueen do nich dotrze, ma szansę przeżyć. Rusza i niemal od razu trafia go pocisk. Upada na plecy. Chwyta się drewnianej przegrody i siada. Dotyka miejsca na środku torsu, gdzie na białym marynarskim stroju zakwita czerwony kwiat. Niezgrabnie wali się na bok, aż czapka ląduje na wiekowej posadzce. Lewą ręką przysuwa karabin i z widocznym trudem powraca do pozycji siedzącej. Z mroku dobiegają nawoływania nieprzyjaciół, niezrozumiałe i obce jak głosy egzotycznych ptaków. Steve z widocznym w oczach napięciem unosi broń, będzie walczył do końca.

Nagle zamyśla się, jego ciało wiotczeje, karabin ląduje na nogach. Wypowiada słowa, które nie dają mi spokoju, niemal drżę na myśl o nich. Zdziwiony mówi „Byłem w domu”. Nabiera powietrza i tym samym tonem dodaje „Co się stało?”. Zamyka oczy, oddycha głęboko i powtarza, krzycząc „Co u diabła się stało?!”. Wtedy trafia go druga kula. Ciało się zgina, przez chwilę wydaje się, że zastygnie półsiedząc, przełamany niczym marionetka, jednak powoli przechyla się i gdy spoczywa na obojętnych, kamiennych płytach nie ma wątpliwości, że nie żyje.

Kamera powoli oddala się i widać cały dziedziniec upstrzony znieruchomiałymi sylwetkami. Chyba przechodzą mnie dreszcze, płaczę. Teraz rozumiem ten tekst, dociera do mnie sens tytułu filmu. „Ziarnka piasku”. Jesteśmy jak one, ciskane w różne miejsca. „Byłem w domu. Co się stało. Co u diabła się stało?!”. Jedyne pocieszenie znajduję w tym, że nie jestem sam. Jest nas armia. Armia ziaren piasku przerzucanych z jednego miejsca w inne. To my polerujemy kamienne płyty zdziwieni, zagubieni.

Chciałbym tak jak Steve zerwać się do biegu o wszystko, ale mogę jedynie zasypiać i budzić się do rytmu podniosłej muzyki płynącej ze słabej mocy głośników. Oraz wspominać.

 

• • •

 

Wstaję zły, nie wiem dlaczego. Gestem odganiam poranny awatar telefonu – hologram nagiej dziewczyny. Jest d o s k o n a ł a. Irytuje mnie. Przeszkadza mi regularność rysów i budowy, ale najbardziej drażni brak reklam. Postać ma małe logo producenta wytatuowane na lewej stopie, to wszystko. Jeśli jesteś nadziany możesz spersonifikować awatar, dodać znamię, jedną pierś uczynić delikatnie większą i tym podobne podniecające akcenty. Dziewczyna może być nawet ubrana w markowe ciuchy i na twoje życzenie, przeciągając się powoli, zrzuci z siebie łaszki, ale przede wszystkim możesz ją wytatuować. Logo prawdziwej marki to spora kasa, jednak widok jest wart tych pieniędzy. Moja to model standardowy. Przeganiam ślicznotkę. Obrażona znika, lubieżnie wypinając pupę. Mam ochotę ją przywołać, ale matka wzywa na śniadanie.

Poświęca się – to mówi spojrzenie, którym mnie obdarza. Akurat trwa ten-najważniejszy-moment noweli „Sąsiedzi 451”, najlepszej produkcji w historii branży rozrywkowej, ale ona bohatersko przygotowuje posiłek dla niewdzięcznego syna. Czynność ta zabiera jakieś dwie minuty.

Dostrzegam, że nie działa mikrofon, przez co matka nie może w pełni uczestniczyć w interaktywnym widowisku, ale przecież nie poprosi o pomoc. Gdy wychodzi do łazienki, ustawiam jej co trzeba. Nie gadamy, ona zatopiona w serialu, ja powoli przeżuwam, mikrogestami segregując szybki strumień wiadomości wyświetlany na siatkówce oka, pomieszany z zabawnymi filmikami i informacjami co porabiali znajomi. Jestem rozdrażniony. W powietrzu niemal fruwają błyskawice.

Głupia sprawa. Gdy sięgam do szafki po szklankę w ręku zostaje mi gałka drzwiczek. Przez chwilę wpatruję się w nią a matka dostrzega, co się stało. Bezmyślnie próbuję umieścić urwany element na swoim miejscu, ale cudów nie ma.

– Już wychodziliśmy na prostą – mówi zrezygnowana. – Jedyne wyposażenie tej nory, z którego mogę być dumna, którym mogę się pochwalić, to ten naścienny firmowy komplet szafek kuchennych! – rozkręca się. Jej świdrujący głos wzbiera, jakby pękła niewidoczna tama. Gubi litery, krzyczy histerycznie. – Przecież wiesz, że nie stać nas na zakup dobrych mebli bez gwarancji! We wtorek przychodzi serwisant sprawdzić stan szafek! Pewnie tego modelu już nie robią i będę musiała wymienić wszystkie okucia! Wiesz, ile kasy w to trzeba będzie władować?

Słychać ją jeszcze na klatce schodowej. Wybiegam na dwór. Dzwonię po Jamę. Jama to mój najlepszy kumpel. Podobny jest trochę do awatara, bo jego rodziców stać było na podstawowy pakiet poprawek genetycznych. Ma nawet logo na stopie. Mówi, że jego ojciec zawsze się krzywi, jak widzi ten znak. A ja mu zazdroszczę tej symetrii. Ładny chłopak, jak mówi matka.

– Mój ojczulek miał kiedyś ten, no. Do łączenia rzeczy. Klej. Nie wiem skąd. Może uda się trochę wycyganić. Czekaj tu, zbadam temat – mówi.

Wiadomo, to sprawa nie na telefon. Nosi mnie. Nie mogę usiedzieć na miejscu. Matka wydzwania bez przerwy. Wkurza mnie to, bo mam socjalny abonament. Wyczerpie limit i będę mógł odwiedzać tylko jakieś badziewiaste serwisy z karnej listy. Suka.

Nawet wszechobecny niebieski w szerokiej palecie odcieni nie uspokaja. Udostępniam Jamie moją lokalizację i lecę na automaty. Wykorzystuję darmową sesję na „Bij Marsjanina”. Naparzam czerwone kukły. To przez tych złośliwych Marsjan, o których mówią „wrzód wyhodowany na własnym ciele”, trwa kryzys. Nie damy się ekonomicznie degeneratom z czwartej planety. Walę z kolana w czerwony łeb i mam dość.

– Nieźle dostał w trąbę, nie? – mówię do granatowej skrzynki, gdzie można kupić czas na płatnych automatach.

– Prawdziwy patriota z ciebie. Oferuję zniżkę na…

– Lać czerwoną hołotę! – przerywam automatowi i wychodzę. I tak jestem spłukany.

Tęsknię trochę za moim awatarkiem w porannym wcieleniu. Nazywam ją Gają, to teraz popularne imię. Gdzie ten Jama? Pewnie nic nie wykombinował.

Jak na zawołanie wyłania się na końcu turkusowego chodnika. Jest podrasowany i bardziej odporny na stres, ale dobrze go poznałem i nie zmyli mnie jego wyprostowana sylwetka. Od razu to dostrzegam – wielki cień porażki.

 

• • •

 

Akcja filmu rozgrywa się w Chinach. Steve McQueen gra postać mechanika okrętowego, Jake’a Holmana. To bezsprzecznie najlepszy aktor w obsadzie. Niektórzy przesadzają z gestami, mimiką, a Steve po prostu jest marynarzem, co daje się odczuć. Ma swoją godność, której ani na chwilę nie chce odrzucić, i niewyszukane potrzeby. Jego postać jest szczera, gra bardzo naturalnie.

Nie obchodzi go polityka, co udowadnia na obiedzie z pastorem i oficjelami na początku filmu. Starcy tłumaczą sytuację Chin przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku spierając się, czy obecność kanonierek, które patrolują rzeki w obronie interesów państw zachodnich, jest właściwa. Próbują poznać jego opinię, wskazując, że przecież sam będzie służył na okręcie bojowym, amerykańskiej kanonierce patrolującej chińskie rzeki. On się śmieje gdy jeden z nich w zabawny sposób demonstruje okrucieństwo lokalnych kacyków. „Ja tylko dbam o silnik, cała reszta to tylko pic na wodę. Ja się w to nie bawię”, tak im odpowiada.

To profesjonalista. Po przybyciu na okręt mówi „Najpierw chcę zobaczyć silnik”. Wchodzi do maszynowni, z czułością dotyka wielkich maszyn. „Cześć silniku, jestem Jake Holman” – powiada i widać, że czuje się tam dobrze. Oto jego miejsce, jego świątynia. Tu złożył serce.

 

• • •

 

Tak jak myślałem, Jama nic nie załatwił. Przez chwilę omawiamy sprawę. Jak przyczepić urwaną gałkę do drzwiczek, żeby serwisant się nie zorientował? Jama dzwoni w jakieś miejsca, coś tam mruczy półsłówkami i w końcu mruga do mnie. Nie chce zdradzić o co chodzi. Ruszamy.

Nigdy nie byłem w tej peryferyjnej dzielnicy, mój towarzysz też. Stąpam ostrożnie. Staram się nie rozglądać, tylko zerkam ukradkiem na boki. Czuję obserwujące nas niewidzialne oczy. Panuje tu dziwna atmosfera, jakby powietrze było jednocześnie lżejsze i ostrzejsze. Mieszają się różne zapachy, niektóre odpychające, inne niesamowicie pobudzające. Chce mi się biec i podskakiwać, ale się opanowuję. Czuję się dobrze, wręcz wyśmienicie.

Coś się dzieje z otoczeniem. Znika maska Rozszerzonej Rzeczywistości. Nie widziałem jeszcze tego na taką skalę. Okoliczne budynki tracą piękne, zadbane fasady. Z policzków Jamy znika logo marki luksusowych aut. A próbował wcisnąć kit, że to prawdziwy tatuaż z licencją. Stoi z rozdziawionymi ustami.

Wygląda pewnie tak samo jak ja, gdy oglądałem jego gwarancję. Oczywiście rodzice zabronili mu tego, ale jeden jedyny raz pokazał mi wykonany na ponoć niezniszczalnym materiale certyfikat firmy genetycznej. Jeśli będzie przestrzegał wymienionych w kontrakcie zapisów, z niemal dziewięćdziesięcioprocentową pewnością dożyje dwustu lat. Kto o tym myśli, będąc w naszym wieku? Równie dobrze mogliby tam wpisać nieśmiertelność. A jednak wpatrywałem się z otwartymi ustami i walącym sercem w płaski arkusz wypełniony znakami w tej konkretnej konfiguracji.

Więc stoi zdumiony. Podążam za jego wzrokiem i dostrzegam wielki napis „MARSzcz się”. Bezsprzecznie ręczna robota. Wielkie litery płoną odrażającą, wywołującą odruch wymiotny czerwienią, która kontrastuje z łuszczącą się szarą elewacją budynku. Ściana zmienia kolor z brudnoszarego na niebieski. Napis znika. System odzyskał sprawność.

Kumpel klepie mnie w ramię. Potrząsam głową i ruszamy w ciszy. Najchętniej zawróciłbym, ale Jama miałby używanie, że niby stchórzyłem. Wyłączam wszystkie widżety na siatkówce. Szalenie dziwne uczucie, tak tylko patrzeć oczami.

Nawigacja świruje. Parę razy gubimy się i musimy zawracać, ale w końcu Jama wskazuje drzwi. Obok klatki schodowej starego bloku usytuowano dodatkowe wejście, bez szyldu. Zazwyczaj mieszczą się tam małe punkty usługowe. Wiadomo: sklonujemy twojego szczeniaka (dzieci-nie-zauważą-różnicy), szybkie-tanie-i-naprawdę-naprawdę-niezawodne usługi psychiatryczne (takie same psychomaty, jakimi obstawiona jest szkoła) i te pe. Biorę głęboki wdech, Jama się napina. Wygląda jak kot gotowy do skoku. Wchodzimy.

Wydaje się, że to zwykły osiedlowy spożywczak. Puszki, torebki z żarciem do szybkiego przygotowania, nakładki na telefony, pornokryształy, tego typu duperele wypełniają półki. Pod sufitem umieszczono kilka staroświeckich, wielkich kamer. Za ladą nie ma nikogo. Brakuje nawet licencjonowanego automatu sprzedażowego. Jest za to oczywiście obowiązkowy, wymuszony niesprawiedliwym traktatem handlowym, regał z marsjańskim chłamem. Obok ktoś przyczepił animowaną holowlepkę. Przedstawia kobietę sięgającą po czerwony produkt. Gdy umieszcza go w koszyku, umiera ziemskie dziecko. Tak właśnie jest, do cholery. Każdy to wie, co nie? To przez rywalizację, do której zostaliśmy zmuszeni, matka przesiaduje coraz dłużej w robocie. I to dlatego dziewczyny malują wargi na niebiesko, a ja wyobrażam sobie, że smakują solą i słodyczą.

Z zaplecza dobiega rytmiczny, przytłumiony łomot. Kręcimy się przez chwilę, aż Jama patrzy na mnie i bezgłośnie podejmujemy decyzję. Idę przodem, puls rozsadza czoło. Gdy otwieram drzwi dźwięk nabiera przejrzystości i mocy. Muzyka jest przerażająco głośna, skomplikowana i przestrzenna. Dobywa się z olbrzymich głośników. Nie widziałem jeszcze takiego zestawu. Kolumny mają chyba po dwa metry. Dominują w zagraconym niewielkim pomieszczeniu, zarzuconym masą sprzętu. Ściany są pomalowane na różne kolory, a jedna… wszystkie graty zostały rozsunięte na boki, widać ją całą. Posadzka pochlapana jest farbą w tym samym lśniącym świeżością kolorze co widziany przed chwilą napis „MARSzcz się”. Mam ochotę zwymiotować.

Oparty o ścianę gość wydaje się spać. Zachlapane farbą ręce nikną w kłębowisku niesfornych, dawno niemytych włosów. Cień skrywa twarz.

Chłonę coraz więcej szczegółów, a przejęty Jama ściska mi ramię. Wskazuje dwa telefony, jeden w niosącej spokój błękitnej obudowie, drugi czerwony. Są rozebrane! Czuję się skołowany.

– Sześć pięćdziesiąt za jeden, dwanaście za dualtonowy komplet jin-jang – dobiega mnie głos i dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, że muzyka ucichła. Mój kumpel też podskakuje przestraszony i gapimy się na wyprostowaną sylwetkę.

Gość wstał, jest naćpany. Przekrwione oczy błyszczą. Twarz ma zastygłą, jakby była jeszcze nieuruchomionym przeszczepem. Nie mogę przestać się w nią wpatrywać. Dostrzega to.

– Szesnastego maja zeszłego roku wyłączyła mi się mimika. Ot tak. Podejrzewam jakiś składnik dodawany do pożywienia. Oficjalnie i mniej witam we wnętrzu lampy Ala ad-Dina. Oto me królestwo, domena ćwierć-cieni i zniżek na występny towar. Czym mogę pani służyć? – mówi zrezygnowany, wpatrując się w pusty punkt obok mnie, co nieoczekiwanie rozbawia Jamę. Zaczyna rżeć, napięcie spada. Też nie mogę się opanować i po chwili we trzech tarzamy się po podłodze, powaleni napadem śmiechu.

– Dobrze jest? – pyta po jakimś czasie właściciel.

Zgodnie kiwamy głowami. Bierze rozebrane telefony. Przysuwamy się bliżej.

– Zróbcie miejsce dla pani – mówi.

Jego ręce, długie niczym gałęzie drzewa, rozsuwają nas.

– Widzicie? W środku te same układy, identycznie rozmieszczone na takiej samej płycie głównej. Przyjrzyjcie się. Pani najpierw.

Jama się chicholi.

Wpatruję się we wnętrza telefonów. Nie widzę różnicy. Nigdy nie przyszło mi nawet do głowy, że mają coś w środku, że składają się z części, które da się rozłączyć. Po prostu są. Ten sam element otoczenia co kamień, psychomat, umywalka, kamera. Gość kontynuuje, od czasu do czasu obrzuca nas nieobecnym spojrzeniem. Można odnieść wrażenie, że prowadzi wewnętrzny monolog, coś tam sobie układa w głowie.

– Nie jest łatwo je rozebrać. Mało kogo interesuje nawet, czy to możliwe. Przy próbie majstrowania wylewa się kwas i wysyłany jest sygnał do najbliższej stacji bazowej. Jednak udało się opracować metodę. Ja to wymyśliłem? Czy ktoś przekazał mi niezbędną wiedzę metodą podprogową? Szybkim skondensowanym impulsem, który został rozszyfrowany przez posiadający wiedzę techniczną mózg? A w środku te same podzespoły. Z jednego fabu wyjechały. Oto wielka tajemnica wiary, czerwonych słuchawek nie produkują na Marsie – ogłasza proroctwo, grzebiąc złotawym drucikiem w zębach.

– Chcieliśmy kupić klej. Taka substancja, dzięki której można połączyć dwie powierzchnie – mój głos dziwnie brzmi, jakby wchłaniały go zakamarki pomieszczenia, nim osłabiony trafi do uszu.

– Taka substancja – przedrzeźnia mnie. – Przecież wszystko masz w sieci. Klej można zrobić samodzielnie. Wystarczy trochę poszukać. Odwiedzacie tylko strefę rozrywkową? Poza nią są małe, pełne niespodzianek obszary.

– Ale masz klej albo wiesz jak go wytworzyć? – ponawiam pytanie, głosem już cokolwiek drżącym.

Otwiera usta, by odpowiedzieć. Takim go zapamiętuję. Swoista ludzka stopklatka. Pomiędzy niesfornymi włosami błyszczące oczy, gumowa twarz z wielkim, wypełnionym idealnie równymi zębami otworem pod bulwiastym nosem.

Z przestrzeni za nami wynurza się uzbrojona ręka i gość pada głucho na podłogę. Tymczasem powietrze drży i obok ręki pokazuje się reszta ciała. Niczym niewyróżniająca się kobieta dotyka szyi właściciela sklepiku. Drzwi się otwierają i pewnym krokiem wchodzi uzbrojony agent reklamowy. Ma świetnie wyrzeźbione ciało, markowe ciuchy i najnowocześniejsze wyposażenie, łącznie z karabinem sterowanym impulsem nerwowym. Każdy dzieciak chce być agentem reklamowym.

– Wyziębiony, zatopiony – bardziej twierdzi niż pyta.

– Był kiedyś jednym z nas, ale się przegrzał – ni to tłumaczy, ni to usprawiedliwia się kobieta. – Cel misji osiągnięty. Śnijcie snem sprawiedliwych – dodaje i rzeczywistość rozsypuje się na miriady niepołączonych części, a mnie nie ma w żadnej z nich.

 

• • •

 

Piękna, idylliczna pogoda towarzyszy bohaterowi, gdy spotyka się z młodą nauczycielką, która mu się podoba. Orientalna sceneria podkreśla beztroski nastrój wyprawy. Steve kupuje ptaka w klatce, by dziewczyna mogła go uwolnić. Jest zauroczona tym chińskim zwyczajem.

Podczas spaceru trafiają do parku. Zatrzymują się przed posągiem wielkiego słonia. Rozluźniony Steve rzuca małymi kamyczkami, próbując umieścić któryś na jego grzbiecie. „Co się stanie, jak ci się uda?”, pyta dziewczyna. „Mogę wypowiedzieć życzenie”, odpowiada i wtedy osiąga cel. Dziewczyna się cieszy. „Masz życzenie, czego pragniesz?”. „Nie wiem”. Chwilę po tym dodaje „Może weźmiesz sobie moje życzenie”, a ona się zgadza.

Najbardziej chciałbym być nim właśnie w tym momencie.

 

• • •

 

Pamiętam krótkie wyrywki, jakbym wypływał zaczerpnąć powietrza i był wciągany przez mętną falę, przykrywany niedającymi wytchnienia spienionymi brudnymi bałwanami.

 

Pomieszczenie jest czyste i schludne. Wszystko wydaje się spłowiałe i oddalone. Przypomina to transmisję nadawaną w czasie rzeczywistym z odległego, nic nieznaczącego miejsca.

Obojętnie wpatruję się w rzędy umieszczonych naprzeciwko ekranów.

Na najbliższym w bardzo słabej jakości widać ludzi drążących skały. Śpią, odpoczywają, pracują, otoczeni rudawym pyłem.

Największy bez przerwy wypełniają – sygnowane logiem producenta ekskluzywnych środków higieny osobistej – przygody słynnego agenta reklamowego, dostępne tylko w płatnych kanałach. Na początku każdego pięciominutowego odcinka naga kobieta, seksownie wydymając usta, błaga, by został. Ale on ma misję. Ratuje świat. Inna wdzięczna dziewczyna zaprasza go do siebie. Od niej rozpocznie się następny odcinek. Serial z wyższej półki, tak strasznie chciałem móc go oglądać, a teraz bez emocji obserwuję niesamowite przygody.

 

Wydaje mi się, że przez chwilę oglądam operację przeprowadzaną na właścicielu spożywczaka, od którego chciałem kupić klej, ale kobieta, która go załatwiła, zmienia kanał. Tak mi się wydaje. Odwiedza mnie tylko ona i agent, z którym ją widziałem.

 

Nie przedstawia się. Sporo opowiada. Jej głos ma niską, uspokajającą barwę. Słowa błękitną spiralą oplatają ciało, by rozbić się o gładką posadzkę. Mają posmak mięty.

– Rozumiesz mnie? Trafisz na Marsa. Jest tam inaczej, niż się powszechnie sądzi. To walka o biologiczne przetrwanie. Nie zalewają nas produktami o dumpingowych cenach. Brakuje tam wysoko rozwiniętej produkcji masowej. To w istocie kolonia karna, jak niegdyś Australia. Źródło cennych pierwiastków, które po wydobyciu i wstępnej obróbce są wysyłane do nas. Rozumiesz?

– Patriotycznie jest kupować niebieskie produkty – odpowiadam miękkim głosem. Moje słowa składają się z matowych liter. Gdybym chciał, mógłbym je strącać siłą woli. Okrągłe są wyraźnie lżejsze, te kanciaste mają metaliczny poblask.

– Dociera do ciebie? Mars to my. Nie ma żadnej międzyplanetarnej rywalizacji ekonomicznej. Ba, na początku modne było kupowanie czerwonych produktów, zbierano w ten sposób fundusze na pierwszą komercyjną wyprawę na Marsa. Ta informacja nie jest ukrywana, choć nie jest też eksponowana. Można na nią trafić, jeśli naprawdę wie się, czego szukać, w końcu mamy wpływ na algorytm Wyszukiwarki. A potem cała sprawa ewoluowała, aż w rozmytym procesie zmian wykrystalizowała się obecna sytuacja. Nazwij to sobie jak chcesz: strategia marketingowa, ochrona interesów.

– Ale w sklepach zawsze są tańsze odpowiedniki ziemskich…

– Których nikt nie kupuje. Pomyśl. Przecież ten biedak z nory pod spożywczakiem wszystko ci pokazał. To jeden wielki czerwono-niebieski pic.

Zrezygnowana wychodzi nie pozostawiając śladu zapachowego, a węch mam czuły. Jestem pewien, że technologia ta jest tyleż cenna, co skrywana.

 

W pomieszczeniu siedzi agent reklamowy. Odzywa się głębokim, pewnym siebie basem.

– Ekstraklasa. Tacy jak ona odwalają najtrudniejszą robotę w terenie. Mają najlepsze zabawki. Chwytasz już, że nie wszystko przedstawia się tak, jak myślałeś? Nasza formacja to fasada, za którą ukrywają się prawdziwi siepacze. Odwracamy uwagę. – Mruga do mnie. – Laski oczywiście lecą na nas. Spijamy miód.

 

Tym razem kobieta ubrana jest w bluzkę z krótkim rękawem. Jej ręce są niewidzialne, co sprawia makabryczne wrażenie. Powietrze faluje i bezgłośnie się pojawiają. Wydaje się zmęczona. Przypomina klepsydrę lub Boga mającego w opiece zapętlony wycinek rzeczywistości, którego musi doglądać, bez możliwości zastępstwa. Siada naprzeciwko.

– Twój kolega wraca do rodziny. Dział ekonomiczny prześwietlił ich dochody i stać ich na opłatę przystosowawczą. Dostaną go z powrotem. Z wymazaną pamięcią. Nauczy się od nowa chodzić, mówić. Tak więc lecisz sam. Teraz słuchaj. Mamy problem z paroma orbitalnymi korporacjami plemiennymi. Przejęli kontrolę nad marsjańskimi szlakami. Przepuszczają tylko automatyczne bezzałogowe dostawy. Dlatego wdrażamy nową taktykę. Wyślemy cię w małej, ekranowanej kapsule. Spowolnimy twoje funkcje życiowe i będziesz dryfował, aż trafisz w pole grawitacyjne Marsa, gdzie zostaniesz przejęty. Skup się. Gdybyś się obudził przed dotarciem na miejsce, co może się zdarzyć, uruchomiony zostanie system rozrywkowy. Mają tam masę ciekawych kanałów, wszystkie nowości. Nie masz klaustrofobii, więc powinieneś sobie poradzić z sytuacją. Po prostu czekaj. I tak nie będziesz mógł nic zrobić, więc się nie bój. Masz naprawdę duże szanse.

 

Kobieta znowu mnie odwiedza.

– Nie mogę wrócić do domu?

Łączy dłonie, po czym jedną wykonuje ruch jakby odganiała wyjątkowo powolnego owada.

– Byłeś po prostu w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Nie ma w tym winy naszej czy twojej. – Przez chwilę nie słucham. Zrozumiałem, że przypomina mi matkę. Oto dlaczego. Obie są jak kwiat, który dobrze się zapowiadał, lecz przejrzał bez fazy rozkwitu. Patrzę na nią z czułością, obserwuję drobniutką siatkę zmarszczek, animowaną przez ruch ust. Znowu zaczynam rejestrować dźwięk – …niektórym na Marsie się podoba. Jest tam trochę prymitywnie, ale wart jesteś tyle, ile potrafisz zrobić. No i masz więcej przestrzeni. Nie w sensie dosłownym, bo mieszkasz pod ziemią w tunelach, ale wiesz… – Wzrusza ramionami. – Poprosiłam, żeby po przejściu na emeryturę przenieśli mnie tam. Może nawet się spotkamy?

– A co z matką? Co jej powiecie? – pytam. Gdy otwieram oczy, oprócz mnie w pokoju nie ma nikogo. Tak mi się wydaje.

 

Z zaskoczeniem zdaję sobie sprawę, że usta, z których wypływają poniższe zdania, należą do mnie.

– Wiem, czemu wszystko mi tłumaczycie. Jestem nieistotny. Zwykły śmieć.

Kobieta mierzwi mi włosy. Jej uśmiechu nie potrafię nazwać inaczej jak smutnym.

– Dzieciaczku, tyle tego wszystkiego, to ciągłe bombardowanie mózgu, bez chwili wytchnienia. Błyskotki, do których się ślinisz. Oprzesz się kolorowemu cukierkowi? Bawiłeś się więc w to. Byłeś jak kociak. Miałeś oczy, ale nie widziałeś przez nie. Teraz ślepota minie, a nasze pogadanki to eksternistyczny kurs gorących tematów na Marsie. Wyobraź sobie wielki, brzęczący ul. Gdy zdejmiesz dach i się wsłuchasz w chór cienkich głosików, to właśnie usłyszysz. Wartki potok dwubarwnych historii. A ty dodasz swoją.

Monitory po kolei gasną.

Raz jeszcze mierzwi mi włosy i ze sztuczną wesołością dodaje:

– Znajdziemy ci tam jakąś miłą Marsjaneczkę. Typ kanoniczny, czerwone czułki, owłosione pachy. Będziesz miał dość jej gadaniny i przepadał za spaghetti, które zawsze będzie al dente.

Jej silne palce przyjemnie masują skórę głowy. Chciałbym zwinąć się w kłębek i spocząć w zakolu rzeki czasu. Niech mówi. Dobiega mnie jej szept:

– Chyba zdążę wrzucić ci jeszcze mój ulubiony film, taka ramotka, dostępna poza oficjalnymi kanałami. Poproszę technika, żeby ten cud klasycznej kinematografii wyświetlił się po twoim przebudzeniu w kapsule. Z własnej woli nigdy byś tego nie obejrzał, nawet na ówczesne standardy obraz jest długi, lepiej było trafić do kina z wygodnymi fotelami. Ty nie będziesz czuł dyskomfortu. To będzie twoja pierwsza kosmiczna projekcja, zostaniesz kosmonautą, spodziewałeś się? Podróż się rozpoczyna. Śnij, malutki. – I wtedy, jakby ktoś wypowiedział…

 

Nie mogę się poruszać. Właściwie czuję się jakbym został pozbawiony ciała. Kompletny brak czucia. Mrugam, tu kończą się moje możliwości ruchowe. Poza niewielkim monitorem znajdującym się tuż przy twarzy nic nie emituje ani nie odbija światła. Wszechświat składa się tylko z moich oczu, zawieszonego przed nimi ekranu i pary uszu. Nie słyszę własnego oddechu, jedynie lekko zniekształcony dźwięk niedającego zebrać myśli zapętlonego filmu.

Na początku nie mogę go oglądać, jest przerażająco długi i monotonny, ozdobiony dziwaczną muzyką. Jednak z czasem ulegam hipnotyzującemu rytmowi, wciągam się w leniwie płynącą akcję. Twarze bohaterów są coraz bardziej znajome, bliskie. Wypełniają przestrzeń i czas. Jestem jałową krainą, którą zaludniają.

 

• • •

 

To ja, Jake Holman, pierwszorzędny mechanik okrętowy. Zanim w akompaniamencie trąb wynurzę się z mroku, by wylądować w Szanghaju w celu zaokrętowania się na kanonierce „San Pablo”, zostanę odmieniony. Przestanę dbać wyłącznie o mechanizmy i siebie. Będę miał przyjaciela, poznam miłość, okrucieństwo i chaos. Wypowiem służbę, mówiąc kapitanowi „Ja już nie mam wrogów”. Chwilę po tym zginie, chcąc nas chronić. Również mnie dosięgną dwie kule. Przed śmiercią zdumiony powiem „Byłem w domu. Co się stało. Co u diabła się stało?!”. Następnie zapadnie ciemność, z której wyjdę na ulice Szanghaju. Gdzieś tam czeka na mnie „San Pablo”. Jestem Jake Holman, zdążam na spotkanie innych ziaren piasku. Kto zauważy zniknięcie kilku? Któż może mnie zatrzymać? Kto sieje wiatr, który nas niesie?

 

• • •

 

…… .H………………………………………………………J……………………

…… .o…… J……………… . J……………… . H………… a……………………

J……l…… .a…… J…………a……………… .o………… k……………………

a……m……k……a…………k……H…………l………… e …… . H………… .

k……a…… e…… k…………e……o…………m………… . .…… .o……J……

e……n………… . .e……………… . .l……J… ..a…………… …… .l…… a……

……………………………… .J……m… . a… . .n………………… m……k……

J……………………… .J……a……a… . .k……………………… . a…… e……

a……J……J………… .a…… k……n… . e………… J……J…… . n……………

k……a……a……J……k……e………………………a……a……………………

e……k……k……a……e…………………………… . k……k……………………

…… .e……e…… k……………………………………e……e……………………

………………… . e…………………………………………………………………

 

Oto ja. Jake Holman. Jake. Jake. Jake. To prawda. Prawda? Prawda to Jake Holman. Nie ma tu miejsca na nic innego. Jake. Jake. Jake. To ja. Ja. Ja. Ja. Ja. Jake Holman. Mu-zy-ka!

Koniec

Komentarze

Szanghaj sprzed stu lat zbyt, jak dla mnie, odległy od pozornej kolonizacji Marsa. Nie chwytam.

Chyba, że w tle reinkarnacja.

>>>>>>>><<<<<<<<

Skoro wróciłeś do nas, powyciągaj swoje teksty z archiwum.

Ponura wizja… Czytało się przyjemnie, z zainteresowaniem. A potem przyszła końcówka i wszystko się sypnęło. Przestałam rozumieć, o co tu chodziło.

Dlaczego uważasz, że to jesienny tekst?

Babska logika rządzi!

Może za daleko szukaliście, znając moją przeszłość wytwórczą, gdzie czasem lubiłem sobie za dużo poniedopowiadać… Niedobry ja. Mnie się zdawało, że tekst dość płynnie zmierza do finału. Sam finisz prosty, (od chwili "odpalenia" kapsuły liniowo poprowadzona akcja), uwięziony w murach pierwszoosobowej narracji. Takie z b do c, z c do d (bo a) i pozamiatane. Na koniec zawężanie świata do tego (jak sądzę niespecjalnie) zapętlonego filmu, daru od agentki…  Zdaje mi się też, że parę "fajnych" pomysłów w tekście przemyciłem.

Tak to przynajmniej ja widzę ze swojego stolca, tak że dzięki za komentarze.

A bo wszystko pewnie przez te ".", bez których nie mogłem w miarę sensownie ustawić względem siebie tych Holemanów pod koniec!

Nawet się nie pytam, czy czytaliście w przewietrzonym, wyciszonym pomieszczeniu, okadzonym zapachem sprzyjającym skupieniu, bez meczu nad uchem, bo przecież jesteście zawodowcami. Elitarną jednostką komentująco-pobudzającą.

 

@AdamKB – ale że reinkarnacja? Brrr. "Starocie" powoli wrzucam, już sporo jest.

@Finklo – no takie ma to dla mnie jakieś barwy rdzawe, utracone, jesienne. Taka "brzydka" jesień bez słonecznych fajerwerków i pięknoty barw rozpasania, raczej deszcz uwięziony w brudnej mgle niźli zając wesoło hasający na marchwiowej działce.

 

Ha, a Pani Prokrisowa dawno mi rzekła, iż tak się stać może, prorok jakiś czy co… ;)

pzdr

No i właśnie – dopóki jest prosto, wszystko rozumiem. Od akapitu przed kropkami trochę straciłam łączność z bohaterem. Możliwe, że nie tylko ja (taka hipoteza). A możliwe, że sprawa się rozbija o Holmana, którego nie znam, bo nie oglądam filmów.

Aha, jeszcze chciałam napisać, że tytuł mi się czyta ”tuman”. To było zamierzone?

Babska logika rządzi!

@Finklo

 Od akapitu przed kropkami trochę straciłam łączność z bohaterem.

Hm, jest poniekąd dobrze, zamierzenie takie było ;) – w tym miejscu bohater traci kontakt z samym sobą. Widziałem to tak, że wyświetla mu się ten stary film (główna rola Steve McQueen), wciąż i od nowa, i nie ma tam nic innego, aż w końcu:

Twarze bohaterów są coraz bardziej znajome, bliskie. Wypełniają przestrzeń i czas. Jestem jałową krainą, którą zaludniają. To ja, Jake Holman (…)

Na wiatry jesienne, dlatego cały czas tak kurczowo trzymałem się narracji pierwszoosobowej, by na koniec podmiana “tożsamości” bohatera była oczywista, co złączyłoby ich obu (bohatera filmu i opowiadania) tym monologiem „Byłem w domu. Co się stało. Co u diabła się stało?!”

Taki był plan, potem wiadomo: Oskar, Nobel a nawet nagroda Banku Spółdzielczego w K-stawie. Niech to, Finklo, wszystko psujesz ;)

 

Aha, jeszcze chciałam napisać, że tytuł mi się czyta ”tuman”. To było zamierzone?

Jasne że tak, z podwójnym znaczeniem wyrazu tuman na względzie.

pzdr i dzięki

Aha. Sprytne, sprytne.

No dobrze, żeby trochę ponaprawiać, kliknę Bibliotekę.

Babska logika rządzi!

Aj ja jaj, Finko, czuję się jakbym ciągnąc za ucho wlókł Cię po szkolnym korytarzu, jakbym Cię brukał, przymuszał i tak trajkotał i trajkotał aż w końcu się wyrywasz i krzycząc “no dobra, odczep się już!” lecisz do biblioteki ;)

Hm, jakiś mam wieczór taki śmieszkowy… ja to bym dzisiaj tego Chopena pozapowiadał ;)

dobranockowo

Bez przesady, nie kliknęłam dla świętego spokoju. Gwiazdkę można ignorować, zwłaszcza w natłoku drabbli. Podczas lektury wydawało mi się, że tekst zasługuje na Bibliotekę, później końcówka dała mi, cytując Psycho, puchatego łotdefaka. Ale skoro nie jest z nią (ani ze mną!) aż tak źle, jak wyglądało na pierwszy rzut oka, to wracam do pierwotnej koncepcji.

No i tytuł supersprytny i fajnie wieloznaczny.

Babska logika rządzi!

Oj wiem, rozumiem, czułem że nie do końca zmarnowałem potencjał tej historii, i zwyczajnie po ludzku cieszy mnie Twoja opinia, ale czasem jakiś śmieszny duszek przejmuje mi klawiaturę i każe pisać jakieś mniej lub bardziej oderwane dyrdymałki. Szczególnie po zmroku.

PS – a wiedziałaś, że całym swoim loginem zamaskujesz się u kogoś, kto rozpina bALoNFoKI (jest taki wyraz)?

O masz, znowu… ech, znikam. Błagam, nie odpisuj!

Nie wiedziałam, nie słyszałam nigdy tego wyrazu. Ale można stworzyć inne kombinacje: LAK i FIN, NF I LAK, FAK – LIN… ;-)

 

Edit: Sorry, odpisałam, zanim dopisałeś końcówkę.

Babska logika rządzi!

Faktycznie trochę mamy kombinacji

I różnych wariantów

Na słownik wariacji

Komu czasu zbywa

Lub lube lubi neurony pogonić

Albo jest zmuszony… no chochlik #@$@!!!

 

śpijmy ;)

Przeczytałam, ale gdyby ktoś poprosił, bym opowiedziała tę historię, niestety, nie umiałabym spełnić życzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A ja nadal czuję się, i wyraźnie jestem, głupszy od Finkli.

W tym przypadku na pewno.  :-(

No nie wasza półka (Jose to pewnie się już targnęła.. bo na jej dyżurze), mam przynajmniej nadzieję, że nie zgrzytało stylistycznie itd, że czytało się w miarę płynnie, bo się przykładałem. Może jakiś detal wpadł w oko, wydaje mi się iż kilka udatnych pomysłów zawarłem w tle. Ha, tylko Finkli się udało, bo w sąsiedztwie miała biblioteczkę i tak ją zagadałem, że nie zauważyła krótkiego spacerku ;)

AdamKB, od razu tak sobie pomyślałem że Tobie nie podejdzie. Nie był to rzut kostką, tylko taka >51% pewność. Poziomu mądrości nie komentuję, tego bez wódki nie rozbierzesz ;)

Kurczę, Adamie, nie wypisuj takich rzeczy, bo mi głupio.

Możesz uważnie przeczytać przeczytać pierwsze komentarze GaPy do mnie.

Babska logika rządzi!

Nie moja działka, to pewne. Czytać czytało się dobrze, ale – no ale klapa ze skojarzeniami szerszej natury. Tylko akapit przed gwiazdkami i końcówka mi się zazębiają, lecz bez pewności, że istotnie chodzi o coś, co można nazwać lekko na upartego, walką ze skutkami dyskretnego prania mózgu poprzez seanse filmowe.

>>>>>>>>>>>><<<<<<<<<<<<

A dlaczego Ci głupio? Zawsze tak jest, że ktoś od kogoś w jakiejś dziedzinie jest bystrzejszy. Więc:  :-)  zapisz sobie duży punkt i nie kapryś :-)

Dobrze się czytało, ale daję słowo nie odnalazłem się. Mimo wszystko opowiadanie ma coś w sobie. 

F.S

Podobało mi się. Czytało się dobrze, pasował ponury klimat i przewrotne pokazanie tego jak duży wpływ na nasz los mogą mieć zupełnie błahe sytuacje. Końcówkę zajarzyłam (chyba). Mignęło mi kilka brakujących przecinków i jakiś zgubiony podmiot, ale że czytałam na komórce, to niestety ich nie wskażę.

Klep.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Hm, Adamie, ciekawe, gdzie Cię zaniosło ;)

FoloinStephanus – dzięki za podzielenie się opinią.

AlexFagus – w punkt, właśnie to mnie tak chwyciło w tym filmie, gdy “zwykły” marynarz (Steve McQueen), chłopak z jakiejś dziury na innym kontynencie, leży umierający na dziedzińcu gdzieś w głębi Chin i nagle, jakby się budząc, zdziwiony woła “Byłem w domu. Co się stało? Co u diabła się stało?!“. Dla mnie jeden z mocniejszych tekstów w kinematografii. Taka synteza tych wszystkich “Gdyby (nie) wyszedł z domu chwilę wcześniej…” itp.

pzdr

:-)  Wichry skojarzeń, dyktowanych zainteresowaniami, niosą, gdzie chcą. Często w przeciwną stronę…  :-)

No każdy ciągnie w swoją stronę ;)

3mka

Niby ta wstęga Moebiusa, niby się zapętla, niby analogia Jake’a z glównym hirołem jest, ale jakiś taki nie do końca przekonujący mnie finał. Tekst, z ponurej, konsumpcyjnej wizji przyszłości wywędrował w klimat psychodeliczny. Zapętlił się, biedaczek, w sobie, w Czesiu, ot, trafił go bezmyślny traf. Nie kopnął, raczej spowodował krótkei ‘skrob skrob… A o co tu… aaa. Ach. No tak. Film dobry.’ ;-)

 

Czytało się dobrze, płynnie. Finał mnie jednak zawiódł.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Oj, PsychoFish, Grande Finale, smutny i absurdalny jak pająk rozpinający sieć pomiędzy drzwiami a framugą wychodka ośrodka “Bryza” w szczycie sezonu, rozczarowujący!?!?! i jeszcze “!!”

Niedobry Ty, niedobry… ale film faktycznie dobry ;)

pzdr

GaPa, w gust mi jakoś nie siadło, więc sie nie przejmuj. Z bardziej generalnej strony: kopa na koniec mi zabrakło, bo szturchało cały tekst i spodziewałem się mocniejszego uderzenia. I to oczekiwanie zawiódł finał, moje własne, prywatne ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

“– Chcieliśmy kupić klej. Taka substancja, dzięki której można połączyć dwie powierzchnie[+.]mMój głos dziwnie brzmi, jakby wchłaniały go zakamarki pomieszczenia, nim osłabiony trafi do uszu.“

 

“Najbardziej chciałbym być nim właśnie w tym momencie.“ – bardzo niezgrabne zdanie, trudno się czyta. Wystarczy przestawić wyrazy, by było prostsze.

 

“Tym razem kobieta ubrana jest w bluzkę z krótkim rękawem.“ – z jednym rękawem tylko?

 

GaPa to zawsze jak przywali, to z grubej rury… Kurczę, powiem tak. Ja lubię Ciebie czytać, Grzegorzu. Twoje teksty są zawsze pokręcone, ale choć zwykle jestem fanką prostoty, to w Twoich opowiadaniach łykam dziwactwa i niedopowiedzenia jakoś gładko.

Tym razem początek przypadł mi do gustu. Wprowadzasz czytelnika w daną wizję przyszłości, budujesz świetny klimat. Trzymałeś mnie w 100% do momentu udania się do sklepu, w którym chłopcy szukali kleju. Potem miałam pewien zonk, co dokładnie wydarzyło się w samym sklepie, ale jakoś to przełknęłam, ogarnęłam do czego to prowadzi. I dalej… wysyłają bohatera na Marsa. To też czaję. Ale potem już nie czaję. Nie znam się na filmach wojennych, nie jestem więc w stanie wyłapać żadnych ewentualnych nawiązań i aluzji. Co za tym idzie, rozwiązania opowiadania nie rozumiem kompletnie : ( Szkoda, bo niedosyt pozostaje. Przyjmuję do wiadomości, że to wina mojej niewiedzy i małego rozumku. Ale jednak szkoda… Fajnie byłoby choć raz w 100% Cię zrozumieć ^__--

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Psy­cho­Fish – ja tak trochę z przymrużeniem oka (rybiego? ;)

 

jo­se­he­im – no widzisz, mnie się zdawało że finał do odczytania, a tu co chwila ktoś wykopyrtnięty ;(

Tak ładnie opisałaś, o co biega, że obiecuję drobiazgowo zbadać sprawę i przy następnej wrzucie zarzucę na tekst filtr “jose/Fin.1” (na ile jestem w stanie, jakiś moment “odlotu” muszę załapać w trakcie, tak dla higieny psychicznej, chociaż oczywiście wszystko logicznie gra i jest poustawiane).

Cieszę się jednak-że chociaż klimat nie podpadł ;)

Dzięki, pzdr

GaPo, pamiętam jak dostałam ten tekst na maila, będzie z rok temu. Co dziwne, jakiś czas temu, gdzieś tam w odmętach mojej pamięci, miałam flash back’a, byłam ciekawa, co z nim zrobiłeś. Jeszcze nie czytałam, tzn. nie odświeżyłam pamięci. Uznałam, że najpierw się zaanonsuję w komentarzu, emocje, rozumiesz ;) Po prostu to opowiadanie mocno przypadło mi do gustu. Zobaczymy czy dzisiaj będzie podobnie.

Rozgość się, szanowna Prokrisowo, rozsiądź wygodnie, łyknij napój i wczytaj w literki.

Wielką – nie ukrywam – radość sprawiłby mi Twój komentarz w dowolnym odcieniu.

pzdr

Obijam się, wiem ;) Jutro rozprawię się z tekstem, obiecuję!

Ależ Prokrisowo, proszę nie traktować tego jak obowiązek ;)

Melduję, że przeczytałem i mam mieszane uczucia. Tekst chyba zrozumiałem, jakkolwiek, fragmentami odbiór był, jak dla mnie, trudny. Ale podkreślam: fragmentami.

 

Wyłapałem kilka miejsc, które mi zazgrzytały, a to technicznie, a to wprowadzając niepewność w odbiorze:

Bezgwiezdne niebo to jednolita granatowoczarna otchłań, jedynie tuż nad jaśniejącym horyzontem nieruchomo tkwi kilka chmur. Pomimo nocy widoczność jest zadziwiająco dobra. – Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Albo świta i niebo już nie ma tak głębokiej barwy, za to faktycznie coś widać, albo jest ciemno jak w dupie, nie ma gwiazd, nie ma księżyca, nie widać chmur… Chyba, że całą niekonsekwencję mam złożyć na karb planu filmowego, ale w tym miejscu o tym nie wiem i mam problem z przebrnięciem już przez drugie zdanie.

zakwita czerwony kwiatZakwita-kwiat, prawie powtórzenie.

Nagle zamyśla się – Brzmi, jak dla mnie, jakoś tak, niefajnie. Raz, że zamyślenie nie kojarzy mi się z procesem nagłym, a dwa tak w środku walki…

Teraz rozumiem ten tekst, dociera do mnie sens tytułu filmu. „Ziarnka piasku”. – Mam nadzieję, że i mnie będzie dane zrozumieć, bo na razie ostatnie zdanie bohatera i tytuł filmu jakoś mi nie współgrają. Znaczy niby podejrzewam, że narrator czuje się równie istotny jak ziarnko piasku. Ale z drugiej strony, może narrator jest dosłownie ziarnkiem piasku?

Wiadomo, to sprawa nie na telefon. – Powinno być od nowego akapitu.

I tak jestem spłukany. – Akapit.

Zachlapane farbą ręce nikną w kłębowisku niesfornych, dawno niemytych włosów. Cień skrywa twarz. – Zastanawiam się czy gość ma tak długie włosy, czy też dłonie trzyma za głową. W tym drugim przypadku mam problem, bo twarz skrywa cień, więc znów mi wysiadła wizualizacja.

– Dobrze jest? – pyta po jakimś czasie właściciel. Zgodnie kiwamy głowami. Bierze rozebrane telefony. Przysuwamy się bliżej. – Zróbcie miejsce dla pani – mówi. Jego ręce, długie niczym gałęzie drzewa, rozsuwają nas. Jama się chicholi. – Widzicie? W środku te same układy, identycznie rozmieszczone na takiej samej płycie głównej. Przyjrzyjcie się. Pani najpierw. – To nie jest dobry zapis dialogu. W didaskaliach powinny być jedynie informacje dotyczące mówiącego (ten sam problem już wskazywałem dwukrotnie).

Niczym niewyróżniająca się kobieta – Znaczy nie wyróżnia się niczym, czy też na podobieństwo niewyróżniającej się kobiety?

Jestem Jake Holman, zdążam na spotkanie innych ziaren piasku. – No dobrze, okazało się, że bohater poczuł się nikim. Jednak cały czas nie jestem przekonany do tej paraleli.

 

Tekst ma ciekawy sposób narracji. Po pierwsze jest wyraźna różnica w języku scen filmowych i scen ze świata przedstawionego. W tych drugich dominują krótkie zdania, jakby rwane. Idealnie pasują do świata, w którym werbalizacja zdaje się być sprawą drugorzędną, dominuje przekaz obrazkowo-reklamowy (to w tę stronę chyba zmierzamy…). Sceny świata filmowego budowane są, można by rzec, narracja klasyczną. Jedynie scena ze słoniem trochę, IMHO, zaczyna płynąć w kierunku “nie swojej” narracji.

Jeszcze wracając do sposobu pokazania świata przedstawionego. Są momenty, szczególnie w drugiej części tekstu, że sposób w jaki pokazujesz kolejne sceny, a raczej takie obrazki, zdjęcia, jest tak szybki, kalejdoskopowy, i w dodatku przepleciony emocjami bohatera, że całość, jak dla mnie staje się bardzo ciężka, wręcz psychodeliczna. Mnie to nie odpowiada, ale to zapewne rzecz gustu.

Natomiast w opisie świata przedstawionego przemycasz parę smaczków, o których chętnie poczytałbym więcej. Kwestie gwarancji, całego przemysłu reklamowego, a w sumie to pewnie konstrukcji systemu ekonomicznego, manipulacji genetycznych… No i przede wszystkim kwestia Marsa. To jest to co lubią młode tygrysy. Niestety musiałem obejść się smakiem :-( Ten świat ma potencjał, ale go, IMHO, nie wykorzystałeś – choć jak podejrzewam, bardziej Cię Autorze interesowały inne kwestie.

Sama, puenta, a co za tym idzie przekaz opowiadania nie zrobił na mnie wrażenia. Nie ma błysku, hmm, czegoś nowego. Nie zrobiło na mnie wrażenia również zestawienie przedstawionego świata z przyszłości z filmem z przeszłości. Może źle się wysłowiłem, pisząc Nie zrobiło na mnie wrażenia. Chodzi mi o to, że nie postrzegam tego filmu jako koniecznego elementu opowiadania. Wydaje mi się, że można z układanki wyjąć ten klocek i użyć jakiegoś kompletnie innego i nie spowoduje to zmian w odbiorze, czy też zawalenia się całej konstrukcji.

 

Zacząłem od tego, że mam mieszane uczucia, a skończę na wyrażeniu nadziei, że udało mi się przynajmniej w jakiejś mierze wytłumaczyć dlaczego.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

KPiach – przede wszystkim dzięki, chłopie, za tak mięsisty komentarz.

 

Bez­gwiezd­ne niebo to jed­no­li­ta gra­na­to­wo­czar­na ot­chłań, je­dy­nie tuż nad ja­śnie­ją­cym ho­ry­zon­tem nie­ru­cho­mo tkwi kilka chmur. Po­mi­mo nocy wi­docz­ność jest za­dzi­wia­ją­co dobra. – Nie po­tra­fię sobie tego wy­obra­zić.

SP-niebo-obrazek – mam nadzieję, że ten poglądowy obrazek tłumaczy sprawę – niebo wygląda jak oko studni, jednak z innego ujęcia widać jak świt zaczyna oświetlać niebo (chmurki też tam są, czego zrzut ekranu może nie w pełni oddaje).

 

Nagle za­my­śla się – Brzmi, jak dla mnie, jakoś tak, nie­faj­nie. Raz, że za­my­śle­nie nie ko­ja­rzy mi się z pro­ce­sem na­głym, a dwa tak w środ­ku walki…

Ano właśnie, Steve McQueen pięknie to oddał w tej scenie, to jest mocno odczuwalne. Bierze giwerę, będzie pruł, i nagle… zamyśla się. Po prostu widać, jak nagle uświadamia sobie bezsens tej sytuacji. Bardzo naturalnie to wygląda w tym obrazie.

 

Za­chla­pa­ne farbą ręce nikną w kłę­bo­wi­sku nie­sfor­nych, dawno nie­my­tych wło­sów. Cień skry­wa twarz.

Tak, ten cień skrywa twarz od początku mnie “fikał”, bo jak w tym zdaniu “samochód wyprzedził motocykl”, no i kto teraz jest pierwszy? Ale tak, ma splątane kudły, twarz w cieniu – taki był zamysł.

 

– Do­brze jest? – pyta po ja­kimś cza­sie wła­ści­ciel. Zgod­nie ki­wa­my gło­wa­mi. Bie­rze ro­ze­bra­ne te­le­fo­ny. Przy­su­wa­my się bli­żej. – Zrób­cie miej­sce dla pani – mówi. Jego ręce, dłu­gie ni­czym ga­łę­zie drze­wa, roz­su­wa­ją nas. Jama się chi­cho­li. – Wi­dzi­cie? W środ­ku te same ukła­dy, iden­tycz­nie roz­miesz­czo­ne na ta­kiej samej pły­cie głów­nej. Przyj­rzyj­cie się. Pani naj­pierw. – To nie jest dobry zapis dia­lo­gu.

Moim zdaniem jest OK, dialog nie musi być kanonicznie od nowego akapitu – jeśli nie zmienia się osoba wypowiadająca się. Np: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/dialogi;9127.html http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-kwestii-dialogowych;10140.html

 

Ni­czym nie­wy­róż­nia­ją­ca się ko­bie­ta – Zna­czy nie wy­róż­nia się ni­czym, czy też na po­do­bień­stwo nie­wy­róż­nia­ją­cej się ko­bie­ty?

Ha ha, załapałem o co wnosisz – niczym może też wystąpić jako porównanie (np wspaniały komentarz, niczym KPiacha). W zamyśle chodziło oczywiście o kobietę, która niespecjalnie odstaje od normy. Przy czym druga forma – na podobieństwo niewyróżniającej się kobiety – też w kontekście spełnia zadanie.

 

Je­stem Jake Hol­man, zdą­żam na spo­tka­nie in­nych zia­ren pia­sku. – No do­brze, oka­za­ło się, że bo­ha­ter po­czuł się nikim. Jed­nak cały czas nie je­stem prze­ko­na­ny do tej pa­ra­le­li.

Ładnie w komentarzu ujęła to AlexFagus “Czy­ta­ło się do­brze, pa­so­wał po­nu­ry kli­mat i prze­wrot­ne po­ka­za­nie tego jak duży wpływ na nasz los mogą mieć zu­peł­nie błahe sy­tu­acje. “ – i o to mi chodziło. Gość wyszedł tylko po klej, gdzie go to zaprowadziło? Zupełnie absurdalna sytuacja. “Byłem w domu, co się stało?” – oto (w moim mniemaniu) motto tej historii (i filmu).

 

Są momenty, szczególnie w drugiej części tekstu, że sposób w jaki pokazujesz kolejne sceny, a raczej takie obrazki, zdjęcia, jest tak szybki, kalejdoskopowy, i w dodatku przepleciony emocjami bohatera, że całość, jak dla mnie staje się bardzo ciężka, wręcz psychodeliczna.

No właśnie, mam bardzo silne przeświadczenie, że w tym więzieniu podawali mu jakieś prochy – zapewne żeby mieć spokój, by gość “nie fikał”, stąd takie (jak to ładnie ująłeś) psychodeliczne trochę klimaty.

 

Na­to­miast w opi­sie świa­ta przed­sta­wio­ne­go prze­my­casz parę smacz­ków, o któ­rych chęt­nie po­czy­tał­bym wię­cej.

Tak, wykonałem tu pewną pracę myślową, by wszystko miało ręce i nogi, przy okazji też troszeczkę “wkręcało się” w mózg. No i prawda, rzecz zainteresowań w danej chwili, jak sięgam kolejny raz po jakąś powieść klasyka, to tak zauważam, że tym razem na inne sprawy zwracam pilniej uwagę. Czasem to nawet zależy od nastroju… Coś w ten gust, jak kto głodny, to wszędzie widzi jedzenie. Tym razem padło na taki kontekst…

 

Chodzi mi o to, że nie postrzegam tego filmu jako koniecznego elementu opowiadania. Wydaje mi się, że można z układanki wyjąć ten klocek i użyć jakiegoś kompletnie innego i nie spowoduje to zmian w odbiorze, czy też zawalenia się całej konstrukcji.

Tak, ale mam wrażenie, że jednak efekt synergii występuje, bez filmu tak przedstawiona historia byłaby (w moim mniemaniu) odrobinę za “sucha”, taka jałowa.

 

Za­czą­łem od tego, że mam mie­sza­ne uczu­cia, a skoń­czę na wy­ra­że­niu na­dziei, że udało mi się przy­naj­mniej w ja­kiejś mie­rze wy­tłu­ma­czyć dla­cze­go.

O dzięki, komentarz dużownoszący, bo wcale nie okopuję się na swojej pozycji, z ciekawością odczytuję wszelkie informacje zwrotne.

pzdr

To jeszcze kilka słów wyjaśnień do mojego własnego komentarza.

Jeśli chodzi o tę pierwszą, filmową scenę. Rozumiem, że opisujesz to co widzisz na ekranie. Ale ja buduję sobie wyobrażenie na bazie własnych doświadczeń. Różnica jest istotna, ponieważ scena filmowa została poddana wymogom technicznym z połowy lat 60, w końcu widz miał coś widzieć… Gdy ją dokładnie obejrzysz stwierdzisz, że sposób oświetlenia dziedzińca i podcieni jest kompletnie nierzeczywisty. Włącznie z tym, że pomimo braku sztucznych źródeł światła, znajdziesz cienie padające w różnych kierunkach.

Co do określenia, że McQueen popada nagle w zadumę, to w scenie filmowej nie do końca odbieram to jako zdarzenie “gwałtowne”. Ale w sumie to myślę, że nie ma o co kopii kruszyć, bo mam wrażenie, że popadam w zbytnie czepialstwo.

Co do zapisu dialogów to za Wolańskim:

Wypowiedź dialogową jednej postaci – wraz z uwagami narratora, odnoszącymi się do tej wypowiedzi lub zachowania osoby mówiącej – należy składać w ciągu, niezależnie od długości. (…) Jeżeli natomiast wypowiedź jednej osoby jest przerwana przez narrację, któa donosi sie do zachowania innej postaci niż mówiąca, to wówczas każdy z elementów – tzn. narrację i ciąg dalszy wypowiedzi – należy składać od nowego akapitu.

I na koniec. Pisząc, że film jest klockiem, który można wyjąć z całej konstrukcji, nie miałem na myśli, że z tego motywu można zrezygnować, a jedynie, że można by go zastąpić innym filmem, książką… Może za to wrażenie jest odpowiedzialny fakt, że filmu nie oglądałem (teraz trochę rzuciłem okiem i oglądnąłem finał), z drugiej strony wybrałeś obraz bardzo mało popularny, w każdym razie u nas, więc straciłeś możliwość oparcia się o wzorzec popkulturowy. Natomiast w pełni zgadzam się z Tobą, że zupełnie bez takiego elementu historia byłaby, jak to ująłeś, jałowa. 

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Jeśli cho­dzi o tę pierw­szą, fil­mo­wą scenę. Ro­zu­miem, że opi­su­jesz to co wi­dzisz na ekra­nie. Ale ja bu­du­ję sobie wy­obra­że­nie na bazie wła­snych do­świad­czeń. Róż­ni­ca jest istot­na, po­nie­waż scena fil­mo­wa zo­sta­ła pod­da­na wy­mo­gom tech­nicz­nym z po­ło­wy lat 60, w końcu widz miał coś wi­dzieć… (…) , z dru­giej stro­ny wy­bra­łeś obraz bar­dzo mało po­pu­lar­ny

No właśnie, koń jaki jest każdy widzi. Dlatego zdecydowałem się na megaspojler – po prostu opowiedzenie, o czym jest film. I gdyby jakąś superbajerancką technologią można by się przenieść do “wnętrza” filmu, to właśnie można by ujrzeć w górze – granatowoczarną otchłań, a patrząc na wprost w kierunku głównego wejścia – światła jutrzenki z zarysowanymi chmurkami. Tak, bez wątpienia jest to związane z technologią nagrywania (np wesoło musiało wyglądać nagrywanie scen nocnych w pełnym dniu, tylko z filtrem na kamerze, były takie akcje). Ciebie to wytrąciło – i to też rozumiem, też koń jaki jest każdy widzi – tak było i tak to opisałeś. No i dzięki.

 

Co do okre­śle­nia, że McQu­een po­pa­da nagle w za­du­mę, to w sce­nie fil­mo­wej nie do końca od­bie­ram to jako zda­rze­nie “gwał­tow­ne”. Ale w sumie to myślę, że nie ma o co kopii kru­szyć, bo mam wra­że­nie, że po­pa­dam w zbyt­nie cze­pial­stwo.

Dorzucę tu jeszcze raz:

(…)  wy­bra­łeś obraz bar­dzo mało po­pu­lar­ny, w każ­dym razie u nas, więc stra­ci­łeś moż­li­wość opar­cia się o wzo­rzec po­pkul­tu­ro­wy.

Mało popularny, ale świetnie nadawał się do moich celów. Nie każdy da radę obejrzeć – już trąci myszką. Gra aktorska McQueena mocno się wyróżnia – jest jak przybysz z innej czasoprzestrzeni, gra nowocześnie, naturalnie. Reszta ekipa to jeszcze stara szkoła – ta gestykulacja, mimika. No, ale takie były czasy – 8 nominacji do Oskara. Pomijając ten aspekt starocia – film jest wzruszający i mądry.

Więc wybrałem go bo…

Opowiada, co się dzieje w chwili zamętu.

Finał, na dziedzińcu leżą ciała, symbolizujące możliwe wybory w takich czasach:

Typ pierwszy – "to nie moja gra, ja stoję obok, wy się bawcie”, zresztą ów szef misji, po którego przypływają, ma nawet papier z Genewy, potwierdzający, iż został bezpaństwowcem. Jednakże:

Typ drugi – dowódca, gorzko choć trafnie podsumowuje sytuację, mówiąc coś w deseń: "romantyczne deklaracje nic teraz nie dadzą, teraz jest czas zabijania, a z pani zedrą ubranie i panią zgwałcą". On zna zasady, nie znaczy to że musi grać zgodnie z nimi, po prostu wie jak ten mechanizm działa. Zna konsekwencje, więc świadomie podejmuje wybór. Cóż, równie dobrze mógłby być królem czarnego rynku jak i dowódcą okrętu, próbującego jakoś ten organizm trzymać w kupie i wypełnić misję.

– No i jest typ trzeci – najliczniejszy, nasz bohater, Steve (Jake Holeman) – ziarnko piasku, rzesza bezimiennych, pchana z miejsca w miejsce podmuchami wiatru historii. Świetną alegorią byłaby taka niedzisiejsza zabawka – nakręcana mysz. Jak trafiła w ścianę, prosty mechanizm powodował zmianę kierunku. Nakręcasz takie coś i patrzysz, jak śmiga po pokoju. Ona nie zastanawia się co to za przeszkoda, kto i po co ją postawił. Nie przyjdzie ci do głowy, że nagle ta mysz wciśnie guzik windy, nabędzie hula-hop i zgarnie szmal odwiedzając telewizje śniadaniowe.

Wszystkie inne drogi to wariacje wymienionych trzech typów. Zresztą Steve w końcowej fazie zaczyna dostrzegać inne możliwości, oczywiście już jest za późno. Najpierw mówi "Ja już nie mam wrogów" (ładne, ale w tym momencie naiwne wyzwanie), czyli chce przejść do typu pierwszego – to nie moja piaskownica, zabieram zabawki – jednak po podsumowaniu sytuacji, wygłoszonego przez dowódcę, w chwili, gdy dowódca ginie, przeskakuje do typu drugiego. Wie, że jeśli nic nie zrobią, wszyscy zginą, a jego pani zostanie pozbawiona odzieży i zgwałcona. Cóż, wiemy, co mu chodzi po głowie – to on by ją chciał rozbierać, patrzeć w te roześmiane, rozkołysane piersi, a może nawet, zgodnie z Hollywodzkim mitem happy endu obserwować, jak zgodnie z regułą, posłuszne naturze, sutki odbywają powolną podróż w stronę kolan, co, jak wiemy, z czasem przytrafia się każdej cycatej lasce.

Jego wybór, żeby to on został i osłaniał odwrót, jest r a c j o n a l n y, (precyzja scenariusza), bo Steve (Jake Holeman), choć mechanik, to sprawdził się w walce – dosłownie wyrąbał (sic!) im w ogniu walki przejście przez blokadę rzeki. Więc skoro doświadczony dowódca nie dał rady, no to musi zdać się na siebie, będzie osłaniał swoją panią, może nawet uda się potem do niej dołączyć?

Tu przejawia się mądrość filmu – jak walec szaleństwa rusza, to kosi równo. Dla kuli nie ma różnicy, jaki ofiara ma stosunek do sytuacji – pocisk nie zatrzymuje się przed piersią, nie wyskakuje z niego spocony urzędnik i nie zaczyna: “Oto formularz WP12/a, proszę powiedzieć jak Pan/Pani zapatruje się na…”. Po prostu energia kinetyczna zostaje dostarczona do Twojego ciała i reszta jest matematyką. Więc chociaż spocony Steve|Jake ładnie pruje z karabinu (jest parę niezłych scen, chociażby jak strzela w dach i wpatruje się w to miejsce, a stamtąd po chwili powoli zsuwa się karabin), to na koniec dostaje prosto w pępek. Ma jeszcze czas na podsumowanie życia, jako że był typem trzecim, bez głębszego dumania nad własnym losem – ziarnkiem piasku, które z innymi porwał tuman kurzu i cisnął w to miejsce – to podsumowanie brzmi “Byłem domu. Co się stało?”. Dla mnie mocna rzecz. Dorzucam tu słowami tej agentki własne trzy grosze “Byłeś po pro­stu w nie­od­po­wied­nim miej­scu w nie­od­po­wied­nim cza­sie. Nie ma w tym winy na­szej czy two­jej. “. Hm, wracając do filmu, przecież to Chiny. Jak tam rusza machina chaosu to na tablicy wyników od razu są sześciocyfrowe liczby, Ponury Żniwiarz później zajmie się robotą papierkową, na razie ma masowy ruch w interesie.

 

Napisałem tak rozciągle w ramach podziękowań, bo masz rację co do wskazanych dialogów, zafiksowałem się, że tam narracja dotyczy wyłącznie osoby mówiącej, a tak nie było. Dzięki za upór, wieczorem popoprawiam.

pzdr

Nowa Fantastyka