- Opowiadanie: Dzio - Zagubiony

Zagubiony

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Zagubiony

W końcu urlop. Cały tydzień tylko dla mnie. Po dwóch zarwanych nocach i pracy na pełnych obrotach, teraz czeka mnie upragnione łóżko. Przez cholerne siedem dni, niczym niedźwiedź w zimie, chcę spać. Wleźć pod pierzynę i wyłączyć się całkowicie.

– Dzień dobry. – Usłyszałem całkiem wyraźnie, pomimo naciągniętego na głowę nakrycia. Bez jaj. Jestem sam w mieszkaniu, więc pewnie mi się tylko zdawało. Dla pewności wyjrzałem z ciepłego bunkra, niczym żółw ze skorupy. Rozejrzałem się po pokoju. Nic. Nie zobaczyłem zupełnie nic niezwykłego. Żadnego sępa wiszącego nade mną. Wróciłem do poprzedniej pozycji i do realizacji wspaniałego planu.

– Dzień dobry.

– Co do… – Zerwałem się gwałtownie do pozycji siedzącej. Morderczym wzrokiem prześwietliłem pomieszczenie. Nic. Czyżbym z tego zmęczenia nabawił się omamów słuchowych? Aż mi w gardle zaschło. Odrzuciłem pierzynę i ruszyłem do kuchni. W każdym razie taki miałem zamiar. W drodze po wodę nie planowałem czołowego powitania z krzesłem. Pociemniało mi w oczach. Ból rozsadzał czaszkę. Usiadłem pod ścianą jak ranne, zmęczone zwierzę. Rozmasowując obolałe czoło zastanawiałem się, co się właściwie stało?

– Wszystko w porządku?

– W jak najlepszym – odpowiedziałem wnerwiony.

– To dobrze. Nie wyglądało to zbyt bezpiecznie – rzekł milusi głosik. Tak, milusi. Pierwsze skojarzenie usłyszanego dźwięku. Milusi. Ależ musiałem nieźle przywalić…

– Mnie też nic nie jest, – kontynuował – choć mocno mnie kopnąłeś.

– Kopnąłeś? Przecież tu nikogo, do cholery, niema! – Z nerwów zacisnąłem zęby. Wstrząsnął mną dreszcz. Cholerne stare budownictwo z zimnymi ścianami. Lekko się chwiejąc wstałem i usiadłem na krześle. Zdecydowanie zimnym krześle. W tym mieszkaniu nie ma nic ciepłego. Tylko co się dziwić, skoro mam na sobie jedynie bokserki. Na szczęście przestałem słyszeć głosy, a w każdym razie ten jeden. Zerknąłem tęsknie na legowisko. Wystarczą dwa kroki i znowu poczuję przyjemne ciepło. Miałem wrażenie, że nie pokonam tej trasy. Tak blisko, a tak daleko…

– Pobawimy się?

– Zjeżdżaj, dziadu, z mojej głowy! – warknąłem rozzłoszczony.

– Nie jestem Dziadu, jestem Kolimeks. – Czyli dalej go słyszę. Nie jest dobrze.

– Jak mam zjeżdżać? Jestem zbyt duży, nie dam rady… – Jak gdyby nigdy nic kontynuował. Nie ma bata. Jedyne wyjście z tej sytuacji, to olać wszystko.

– Tu nikogo nie ma, a ja nic nie słyszę. – Tak, trzeba to powtarzać w kółko, a w tedy stanie się rzeczywistością.

– Ja jestem! Zapomniałeś?

– Tu nikogo nie ma, a ja nic nie słyszę. – Proszę, niech to zadziała.

– Nie znam tej zabawy. O co w niej chodzi?

– Zamknij się!

– Gdzie?

– Litości… – Jak tak dalej pójdzie, to oszaleję. Może już jestem wariatem? Myśl, musi być jakiś sposób, na te omamy.

– Nic nie rozumiem. Jakie są zasady? – Trzymajcie mnie, on nic nie rozumie! Za to dla mnie jest wszystko jasne i czytelne. Jestem wariatem… Jeśli tak, to trzeba zachowywać się odpowiednio do stanu umysłu. No to zabawimy się.

– Zasady są takie, nic nie mówisz, nic nie robisz, udajesz, że ciebie nie ma. Koniec zabawy wyznaczam ja. Na przegranego czekają wielkie katusze. – To powinno zadziałać.

– Co to, te wielkie katusze?

– To coś bardzo okrutnego. Lepiej, żeby nigdy nie nastały. Gramy! – Oby się udało. Jest cisza. Dobry znak. Mobilizacja sił i do wyrka. Zegarek wskazuje siedemnastą. Do rana powinno być wszystko w porządku. Trzeba przespać zły czas.

 

***

 

Usłyszałem świst, by po chwili poczuć przeszywający ból brzucha. Instynktownie objąłem się rękami i syknąłem przeraźliwie.

– Co to było? – wychrypiałem.

– To tylko mój ogon – jak gdyby nigdy nic, rzekł głos. Mózg mi szwankuje. Podejrzewam pogorszenie stanu o kolejny objaw szaleństwa. Nie dość, że omamy słuchowe, to jeszcze impulsy do ciała sprawiające ból. Jak tak dalej pójdzie, nie widzę dla siebie przyszłości. Nawet w chwilach słabości i zwątpienia we własną inteligencję, trzeba być mężczyzną. Jeśli ignorowanie zawodzi, należy zastosować inną taktykę. Zebrać więcej informacji, czyli przeprowadzić wywiad. Z wielkim wysiłkiem dźwignąłem się by usiąść. Resztkami nadziei zerknąłem na tarczę zegara. Była siedemnasta dwie. Nadzieja padła.

– Co za ogon? Przecież miałeś nic nie robić. Takie ustaliliśmy zasady. – W każdym razie ja takie ustaliłem, dla świętego spokoju.

– No, ja nic nie robiłem. To ogon. On jest jedyną częścią mojego ciała, która mnie nie słucha. Robi co chce i kiedy chce.

– Świetnie. – Czyli wszystko jasne, dostałem z ogona. Jakby na to nie spojrzeć, dalej brzmi idiotycznie.

– Kto wygrał?

– Nikt. Jest remis. – Myśl, człowieku, myśl. By rozwiązać problem, potrzeba więcej informacji.

– Czego ty właściwie chcesz? – rzekłem patrząc na ścianę.

– Nie wiem. – Po tej odpowiedzi usłyszałem świst i skomlenie. Wolałem nie pytać, bo obawiałem się odpowiedzi. Czasami nie warto poświęcać uwagę na zbędne informacje. Trzeba się skupić na głównym celu.

– Już sobie przypomniałem. Chcę do domu. – Wspaniała odpowiedź. Nie sądziłem, że tak łatwo pójdzie. Chyba się rozpłaczę ze szczęścia.

– No to sobie idź. – Krzyżyk na drogę i kopa w dupę. Wreszcie będę mógł spać.

– Sam nie pójdę. Pójdziesz ze mną? – Czułem, że tak to będzie. Nic nie jest łatwe, a nadzieja już dawno zdechła. Nie miałem wyjścia. Z wielkim wysiłkiem sturlałem się z łóżka i sięgnąłem po ubranie. Siedząc na podłodze wciągnąłem spodnie i założyłem koszulkę. Skarpetek nie chciało mi się szukać. Na czworakach dowlokłem się do drzwi. Trzymając się ściany, niczym ostatniej deski ratunku, doprowadziłem się do pionu. Założyłem laczki i byłem gotowy by pozbyć się natręta.

– To, daleko mieszkasz? – Nie widziało mi się długie włóczenie po mieście, niczym zombie.

– Niedaleko. – Już sam nie wiedziałem, czy to dobra wiadomość. Przekręciłem klamkę i otworzywszy drzwi wykonałem zamach ręką. Miało to prawdopodobnie wyglądać na gest, goście przodem, ale biorąc pod uwagę mój stan, wyszło jak wyszło. Poczułem na stopach smagnięcie czegoś miękkiego. Zdecydowanie nie miałem ochoty, ani siły, żeby pytać o cokolwiek innego, niż jego dom. Zamknąwszy drzwi ruszyłem schodami w stronę wyjścia.

– Gdzie idziesz?

– No, przecież idziemy do twojego domu. – Stanąłem zrezygnowany na półpiętrze obskurnej kamiennicy. Zapach nie zachęcał do dłuższego przebywania w tym miejscu.

– Ale to nie tam. Ja mieszkam tu.

– Gdzie, tu? Na klatce? – Byłem nieco zdezorientowany. Ale czy jest coś, co mnie dziś może bardziej zdziwić, niż rozmowa z kimś kogo nie ma?

– Nie tu, tylko tu.

– A można dokładniej? Przecież tu, niczego nie ma. – Mój obłęd zaczął sięgać granic możliwości. Za chwilę zacznę walić głową w ścianę, a ściana wcale nie wygląda zachęcająco. Farba odchodzi, tynk się sypie, robaki pełzają. Kurwa, gdzie ja mieszkam?

– A, zapomniałem, że jestem dla ciebie niewidoczny. Mieszkam naprzeciwko ciebie.

– Niewidoczny… I wszystko jasne. – Nie wiem co jest gorsze, słyszeć głosy, czy wiedzieć o niewidzialnym… Niewidocznym czymś. Trzeba trzymać się jednej myśli, pozbyć się tego, czymkolwiek to jest. Mobilizując resztki zapasowej energii, ruszyłem w górę pokonując stopnie, niczym wielkie betonowe przeszkody. Stojąc pod drzwiami sąsiada miałem niejako pustkę w głowie. Co niby powiem. Cześć, odprowadzam zgubę, albo witaj sąsiedzie, wiem że się nie znamy, ale czy możesz uchylić nieco drzwi, by niewidoczny wszedł? Nawet dla mnie powiewa wariatkowem. Już widzę u przyszłego rozmówcy panikę i strach w oczach. Nie to co ja, ja się nie boję. Nie mam na to siły…

– No to wchodzimy. – Po tej deklaracji głosu, usłyszałem trzy szybkie i dwa wolne stuknięcia. Co to, tajne kody? Szyfry? Czy co za draństwo? Nagle drzwi się otworzyły i ujrzałem młodą, piękną kobietę. Miała na czole nalepiony plaster z uśmiechniętą buzią. Jakbym nie był w takim marnym stanie, to bym inaczej zareagował, niż otwierając gębę jak jakiś małolat.

– Witaj Kolimeks. Kogo przyprowadziłeś?

– Ty to widzisz!? – rzekłem odblokowując się nieco.

– Wejdźcie chłopaki. Już sobie przypominam. Jesteś Ignacy, prawda?

– Tak – odpowiedziałem niepewnie. Znaczy, imienia jestem pewien, tylko skąd ona mnie zna? Z tego wszystkiego nie wiedziałem nawet, jak znalazłem się w niewielkim saloniku. Wszędzie walały się kartki papieru. Część była zapisana niebieskim atramentem, a część pokreślona ołówkiem.

– Kolimeks, podaj mi niebieskie pudełko, proszę.

– Ty go widzisz? – powtórzyłem pytanie, jednocześnie obserwując poruszający się przedmiot. Pochwyciła go i spojrzała na mnie tymi wielkimi, czarnymi oczami.

– Kolimeksa? Oczywiście, że widzę. – Zaczęła przeglądać zawartość pudełka, by po chwili zamknąć wieczko. Zadarła głowę i uraczyła mnie ślicznym uśmiechem. Poczułem, że wszystko wraca na swoje miejsce. Witaj rzeczywistości, żegnajcie złudzenia i inne stwory. Przy tej kobiecie czuję, że wszystko ma sens.

– To dlaczego ja go nie widzę? – Zadawanie pytań nie powinno stanowić zagrożenia. W końcu co może zdarzyć się gorszego, niż to, co już jest?

– Bo żyjecie w dwóch, różnych światach.

– Jak w dwóch różnych… Jakich znowu światach? – A miało być tak pięknie. Jasno i czytelnie. A tu znowu, jakbym oberwał w łeb patelnią. Nic nie łapię.

– Ech… Może zacznę od początku. Piszę opowiadania, powieści i baśnie, nie mylić z bajkami! Niedawno spadła mi doniczka na głowę, przez co niektóre rzeczy wyleciały mi z pamięci. Do tych rzeczy zaliczam też stwory i inne postacie, które stworzyłam. Teraz powoli, ale stanowczo wszystko odzyskuję. Jest to nieco żmudny proces, ale postępuje w dobrym kierunku.

– Czyli Kolimeks, to jedna z twoich postaci. Teraz, mimo że wszystko brzmi irracjonalnie, zaczynam chyba rozumieć.

– Nie wydaje mi się. Bo widzisz, Kolimeks jest rzeczywistym stworzeniem. Ma niesamowity węch, więc wykorzystuję go, do szukania zagubionych myśli.

– Znaczy się, jeśli on jest rzeczywisty, to co ze mną? Że niby co, ty mnie stworzyłaś i jestem tylko jakimś bohaterem opowiadania? Raczej nie uwierzę w to. Jestem bardzo rzeczywisty. Jestem tak rzeczywisty, że już bardziej być nie mogę. Nie ma takiej opcji, że ten stwór istnieje, a ja nie. – Co też za idiotyczny pomysł? Ja, zmyślony? Dzisiejszy dzień jest szalony. Ona też jest szalona, a szkoda, bo taka ładna. Wszystko da się wyjaśnić. Wszystko powinno dać się wyjaśnić. Wiadomo, zmęczenie, a może jeszcze ktoś mi czegoś do kawy dosypał? Już prędzej uwierzę w to, niż w opcję, że jestem zmyślony. Poza tym naprzeciwko mam mieszkanie, marne, ale jednak mam. Ciekawe jak to wyjaśni?

– Ale to prawda. Wymyśliłam cię. Mieszkania nie masz, zapewne przebywałeś w jakimś pustostanie. Najprawdopodobniej niedaleko.

– Co, w myślach też czytasz?

– Oczywiście, że nie. Ja cię stworzyłam, więc jestem w stanie domyślić się, co zamierzasz powiedzieć, pomyśleć, bądź też zrobić. Przecież to oczywiste. To całkiem normalne, że ciężko ci uwierzyć w istnienie Kolimeksa, ponieważ w twoim świecie nie ma niczego takiego. Tym samym, skoro czegoś takiego nie ma, to nie wiesz jak wygląda. Dlatego jest dla ciebie niewidzialny. Otoczenie, w którym istniejesz, stworzyłam opierając się na relacjach dawnych ludzi. Jeszcze przed Wielkim Bum. Gdzie wszystko było piękne i spokojne. Ludzie mieli co jeść. Chodzi mi o to, że hodowali jedzenie na roślinach, a nie w laboratoriach. To były piękne czasy… Zapewne chcesz dowodu, na potwierdzenie moich słów?

– Jakiś mały dowodzik by nie zaszkodził. – Taaa, Wielkie Bum. Co to, świat bajek? Kto niby uwierzy w takie coś?

– Ech.. No to biorąc pod uwagę fakt, że niedawno zaczęłam tworzyć ciebie i świat w którym żyjesz, to niewiele tego jest. Jeśli powiem, że jesteś architektem, właśnie skończyłeś wielce obiecujący projekt i teraz marzysz o śnie, to uznasz, że ktoś mi to powiedział. Kumpel z pracy, który chciał ci zrobić kawał, albo ktoś inny. No to może z innej strony. Nie jesteś w stanie powiedzieć niczego o swoim najlepszym przyjacielu, a nawet o rodzinie. Jedyne co wiesz o sobie, to imię. Nie wiesz nic więcej, a to dlatego, że nic więcej nie napisałam na ten temat. No i masz znamię w kształcie serduszka na lewym pośladku. Wystarczy?

– Chyba… tak. – Wszystko co mówiła, było zaskakujące i przerażające, bo okazało się prawdziwe. Nic o sobie nie wiem. Co teraz będzie? Poczułem klepnięcie w ramię. Zaprowadziła mnie do innego pomieszczenia.

– Tutaj poczekasz na swoją kolej.

– Dobrze… – Wyszła i zostawiła mnie w niewielkim pokoiku pełnym żrącego dymu. Jestem nikim. Czy może być coś bardziej przerażającego? Usłyszałem rżenie. Na środku dostrzegłem okrągły stolik, a przy nim niewielkiego psa, małego kota i kucyka. Każdy z nich palił cygaro i grał w karty.

– Siemasz człowiek. Siadaj – odezwał się tubalnym głosem kot.

– No rusz się człowiek, zaczynamy nowe rozdanie. Jestem Różowy Konik, to Mruczuś i Szczekuś – poinformował pijackim głosem kuc. Wszystko jest tak szalone, że chyba przestanę myśleć jak człowiek. W ogóle przestanę myśleć… Usiadłem, wetknęli mi cygaro do ust. Postanowiłem nie zadawać pytań. Im więcej wiem, tym bardziej czuję się zagubiony. No i po co mi było słuchać tego głosu?

Koniec

Komentarze

Sympatyczne opowiadanie. Spotkanie pisarza i jego wytworów z punktu widzenia tych drugich to nowy koncept, w każdym razie wcześniej się z czymś takim nie zetknęłam.

Skoro mowa o urlopie, to może miało być opowiadanie na konkurs?

Wleź pod pierzynę i wyłączyć się całkowicie.

Literówka.

Babska logika rządzi!

Zabawne i nieoczekiwane rozwiązanie niepojętej sytuacji. Pomysł całkiem świeży i nieźle wykonany.

 

Po dwóch ze­rwa­nych no­cach i pracy na peł­nych ob­ro­tach… – Po dwóch zarwa­nych no­cach i pracy na peł­nych ob­ro­tach

 

Cho­dzi mi o to, że ho­do­wa­li je­dze­nie na ro­śli­nach, a nie w la­bo­ra­to­riach. – Jak się hoduje jedzenie na roślinach?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dość ciekawy koncept i niezłe wykonanie. Jednak unoszące się nad opowiadaniem opary absurdu to jednak nie moja bajka.

Finkla, dałaś mi do myślenia z tym konkursem. Nie jestem pewna, czy tak do końca opowiadanie spełnia kryteria, ale zdecydowałam się. Najwyżej je odrzucą.

Regulatorzy, zostawiam hodowanie jedzenia na roślinach, bo człowiek w przyszłości może nie wiedzieć jak to dokładnie wyglądało i na czym polegało.

Belhaj, opary absurdu, to bardzo często występujące zjawisko w moich opowiadaniach ;D

Dzięki wszystkim za przeczytanie i skomentowanie.

8-)

Ja zawsze mam rację. Nawet gdy nie mam racji, to ją mam.

Dzio, nie mam nic przeciw hodowaniu jedzenia na roślinach. Wyłącznie z ciekawości zapytałam, jak to się robi. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

,

 

veni, vidi, legi

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jest trochę błędów i niedociągnięć, które warto by poprawić. Nie męczyło to jednak za bardzo. Pomysł fajny, świeży – nie obyło się bez przyjemnego zaskoczenia – a tekst napisany lekko i zabawnie.

Co prawda nie rzuca na kolana, ale wywołuje zarówno zainteresowanie jak i uśmiech. Co najbardziej mi się podobało, to – prócz ładnej autorki, ma się rozumieć – Ignaca próby wyparcia “głosu” z głowy. Ładnie to wyszło.

Gorzej już z samym Ignacem. Lubię postaci będące cynicznymi malkontentami, ale ten tutaj facet zasadniczo jest tylko i wyłącznie malkontentem. Nic innego o nim powiedzieć nie można. A obcowanie z takim szybko przestawało być zabawne, a za to stało się dosyć męczące. Zastanawiam się też, kim – a raczej czym – jest Kolimeks? Jakimś mutantem, który powstał w wyniku Wielkiego Bum? Innej opcji chyba nie ma, skoro mówimy o stworzeniu jak najbardziej realnym, a jednocześnie rozumnym, choć niezbyt bystrym, posiadającym dar wymowy oraz żyjący własnym życiem ogon. Żadna istota o podobnych cechach nie przychodzi mi na myśl…

Rozumiem, że Wielkie Bum wplątało się do opowieści celem uzasadnienia Kolimeksa, ale i tak mi zazgrzytało w tekście. Trochę jakby fantastyka na siłę. A przy tym niepotrzebna, bo wyłażące z głowy pomysły zdecydowanie wyczerpują warunek elementu nadprzyrodzonego w opowiadaniu.

Samo zakończenie – scenka z kucykiem i resztą towarzystwa – też nie bardzo. Jak dla mnie zbyt sztampowa, a przy tym trochę nielogiczna. Skoro postaci uleciały z pamięci autorki, to powinny do niej wrócić w chwili, gdy je zobaczyła w progu swoich drzwi, bo to wtedy je sobie “przypomina”. Nie wiem więc, za czym ta kolejka?

Ale to traktuj proszę bardziej jako drobne zastrzeżenia niż faktyczne czepialstwo, bo koniec końców opowiadanie mi się podobało.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Czytałem na czytniku, dlatego nie miałem okazji wyłapać błędów, a parę ich było.

W każdym razie, niestety, moim zdaniem tekst nie jest udany. Pomysł był dobry, interesujący, ale został źle wykorzystany. Przede wszystkim, wydaje mi się, że za dużo tutaj wypierania głosu z głowy w stosunku do reszty treści. Większość opowiadania to zmagania bohatera z Kolimeksem, które same w sobie do niczego nie prowadzą. Moim zdaniem można było krócej. Potem miła niespodzianka w postaci przedstawienia bohatera jako tego, który nie istnieje, alei zaraz potem zakończenie, chyba trochę bez pomysłu na zakończenie.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Fantastyka – jest

Wakacje – może w niewielkim stopniu, ale są

 

Dzio – fajnie, że zgłosiłaś opowiadanie do konkursu, zawsze warto próbować :) 

Mam wrażenie, że opowiadanie jest trochę nierówne: akcja toczy się niezbyt szybko, rozwija się, rozwija, a potem następuje “Wielkie Bum” w opowiadaniu. Szast – prast i już. 

Pomysł sam w sobie bardzo ciekawy, dawno temu czytałam coś podobnego w “Fenixie” i bardzo mi się podobało. Natomiast, jak słusznie zauważył beryl, można było krócej, ewentualnie odrobinę inaczej. Wielkie Bum mi się podobało, ciekawa jestem, jak wygląda Kolimeks :) A zdanie “Ona też jest szalona, a szkoda, bo taka ładna.” – przefajne :) Monolog wewnętrzny bohatera wyszedł Ci całkiem nieźle i realistycznie. Warto by było jakoś dopracować pomysł i nie opierać go tylko na relacji bohater-Kolimeks… Może na przykład wprowadzić jakieś znikające przedmioty, typu – bohater chce się napić kawy i okazuje się, że kubek jest pusty, a potem i kubek znika? No nie wiem, pokombinuj.

Kilka usterek się pojawiło, ale ogólnie czytało się całkiem przyjemnie. 

Regulatorzy, co tu dużo pisać. Ludzie z przyszłości nie jedno głupstwo mogą palnąć ;p

 

Cień Burzy, ano, zdecydowanie Kolimeks to mutant powstały po Wielkim Bum. Mógłby być jeszcze kosmitą, który nacisnął guziczek i tym oto sposobem spowodował wielkie bum i został za karę zesłany na Ziemię. Na cześć tego zjawiska powstała era, Wielkie Bum ;p To tylko dodatkowa opcja, żeby nie było, że innej opcji nie może być.

Z tym powrotem do właścicieli, a raczej do jej umysłu, to wyraziłam się nieco niejasno. Jak klepnęła go w ramię, to w tej oto chwili powrócił do autorki. Miejsca w umyśle, które nazwałam pokojem. Czekał z innymi odnalezionymi postaciami na chwilę, gdy nadejdzie czas, by o nich stworzyła opowiadanie. Czyli muszę popracować nad tym fragmentem, by był bardziej czytelny.

Ani mi w głowie traktować komentarzy niczym czepialstwo. Wszak czerpię z nich wiedzę, by poprawiać to, co wymaga poprawy. Każdy czyta to samo, ale rozumuje nieco inaczej. Wszelkie sugestie mile widziane ;D

 

Beryl, nuuu jak się nad tym zastanowić i przeczytać to jeszcze raz, po pewnym czasie, to się zgadzam, że nieco przynudziłam w kwestii wypierania głosu z głowy. Zmaganie bohatera z Kolimeksem ma na celu ukazanie, jak można gnębić zmęczonego człowieka. Człowiek zmęczony zrobi wszystko, niekiedy nawet bez zastanowienia, by uzyskać spokój. Na zakończenie był pomysł, tylko realizacja zawiodła.

 

Iluzja, z tymi wakacjami to wiem. Sądziłam, że zaliczę dyskwalifikację. To opowiadanie nie było pisane na konkurs. Zasugerowano mi, bym ewentualnie je tam zgłosiła. Co się tyczy dopracowania opowiadania, to się zastanowię nad tą kwestią. Wiem, że to i owo zmienię, ale co dokładnie w niektórych momentach, to jeszcze nie jestem pewna.

 

Miło mi, że mimo niedociągnięć czytało się w miarę miło i niezbyt męcząco.

Dzięki wszystkim za przeczytanie i komentarze. Przemyślę sprawę i naniosę poprawki. Teraz, zanim coś wrzucę do poczekalni, najpierw umieszczę w becie. Tylko beta ma pewien minus, mało ludzi może wyrazić swoje zdanie… Ale krok po kroku, coś w becie i coś w poczekalni może więcej wpłynąć na poprawność opowiadania.

 

8-)

Ja zawsze mam rację. Nawet gdy nie mam racji, to ją mam.

Nowa Fantastyka