- Opowiadanie: nioc - [Śnieg pluł mi w twarz i postacie istniały jedynie na skraju widzenia]

[Śnieg pluł mi w twarz i postacie istniały jedynie na skraju widzenia]

[pole przedmowa nie może być puste]

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

[Śnieg pluł mi w twarz i postacie istniały jedynie na skraju widzenia]

Jeśli mi nie pozwolą zobaczyć ciebie,

z piachem na twej uliczce rozmawiał będę

Lejla i Madżnun, przeł. Albert Kwiatkowski

 

Śnieg pluł mi w twarz i postacie istniały jedynie na skraju widzenia, a może nie było tam nikogo? Zdarzało się to już przedtem: długie godziny marszu, w których drogę odmierzał bardziej upływający czas niż pokonywana przestrzeń, długie godziny marszu zakończone odnalezionymi wysokimi palami o haczykowatych końcach zwróconych ku sobie. Jeśli były drogowskazami, ta rola została im dawno odebrana i teraz pokazywały każdy możliwy kierunek. W gorsze dni, jak ten, przypominałem sobie, że wymyśliłem to, chcąc się pocieszyć.

Stara, uwięziona w przesądach Ziemia, po tylu latach od Odejścia wydawała się nieobecna, jakby zajęta niedokończonymi sprawami, które pojąć mógłby tylko umysł równie spaczony ciągłymi wybuchami złości, strachu i tęsknoty, owładnięty solipsystycznym przekonaniem o swej wyjątkowości. –fragment pamiętnika, przeczytany w okolicznościach tak niepodobnych do tych, dźwięczał mi w głowie, choć już nie byłem pewny, czy nie więcej w tym moich słów. Czy się pomyliłem? Nie; drobne zarysy sylwetek przecinały horyzont wyblakłą czernią i szedłem coraz szybciej, pozbawiony ciężaru, z powodu którego tu dotarłem. To zresztą zabawna historia.

– No, nie do końca. – Roześmiałem się, w czym wtórowała mi Ania od kilku dobrych chwil. – Napisała, że to rodzaj przejścia, gdzie dostać się na drugą stronę można wyłącznie idąc w dół, cokolwiek to oznacza, ale na pewno, dodała, istota nie sprowadza się do celu, lecz samej drogi. Mam traktować to jak przygodę.

– Tak było w liście? – Znała ten zagadkowy sposób, by grymas twarzy był jednocześnie skupiony i rozchichotany. – I że chodzi o miłość? A po co ten kij, czy to, no, wiesz…?

– Bardzo śmieszne, a widziałaś kiedyś takiego?

– Może to tylko symbol, taki totem. – Zagryzła wargę, nieznacznie, i palce zabębniły o blat, jakby chciała powiedzieć coś więcej. Nic.

– Czyżby ktoś miał dzisiaj sny o plemiennym tańcu wokół totemu-fallusa? – Miękko zbliżyłem się do niej, do jej policzka, tak blisko, że cała przybrała jego kształt, a szybki oddech pozostawił wilgotny ślad. – Całus?

Całus, zimna ślina, skóra nie moja: śnieg. Podnieść się, iść dalej; gdyby tylko móc się podnieść lub chociaż schować, zapomnieć. Nie było wiadomości od nigdy niewidzianej matki ojca, przecież i tak nie żyje, nie żyła już przedtem, gdy wyruszyła badać tych potomków tchórzy, dzikusów bredzących, co potrafili nie więcej niż wbić parę wyciosanych gałęzi w śnieżną skorupę, aż wyginęli. Którą to skorupę sam rozorałem przyniesionym drewnem po dziesiątkach kilometrów poszukiwań identycznego, ale samotnego znaku, aż teraz zginę? Gdyby tylko móc nie myśleć, nie wstawać, nie czuć każdego mięśnia; nie iść jak teraz.

Nie dotrzeć do tych niepostaci. Toporne, wielkości dorosłego człowieka, w części zwęglone, a w części sczerniałe od wilgoci rzeźby, stały wobec siebie na tle karłowatego, białego lasku. Osłonięte dachem, zdawały się doskonałym kontrapunktem, choć docenić to równało się przyznać do porażki. Nie wracałem znaną ścieżką i być może nie wracałem wcale.

*

Gdy dziś wspominam tamten czas, a robię to często, nie umiem powiedzieć, co czułem. Zasłyszane pojęcia potrafią przylec do nas i skrzywić przyszłe doświadczenie, te zachowane zmieniają przeszłość. Choć działa to w obie strony, szczególnie dla kogoś podobnie starego, jak ja: niekiedy mam wrażenie, że wciąż tam jestem, bo pamięć tak silnie związała się ze słowami. Czy się bałem? To niewłaściwe określenie, o ile strach ma podłoże irracjonalne: sytuacja była klarowna niczym lodowata biel i tak też ją widziałem. Cokolwiek nadchodziło, niewiele mogłem zrobić.

(Prawda, przemawia przeze mnie fatalizm, a jego napędza wiek, lecz i na to nic już nie poradzę. Błędne koło, które paraliżuje, ale jako okrąg daje nadzieję na powrót).

Ania mawiała, że moglibyśmy być porzuconymi kawałkami folii, które wirują wokół siebie, zderzają się i opadają. Myślę, że to nazbyt poetyckie porównanie; za dużo w nim nieuprawnionego piękna, a trafne pozostaje jedynie w ułamku: jesteśmy garścią rzeczy i idei, które zebraliśmy, bo tylko przez nie możemy się porozumiewać; reszta – przezroczysta folia. Ale wy wciąż czekacie na opowieść.

*

To, co wziąłem za niskie drzewa ciężkie od opadów, okazało się podniesionymi schronieniami, każde na niewysokim pniu, do którego przymocowano drewnianą podstawę, a za ściany uznano gałęzie, w niewiadomy sposób trzymające się o siebie. Takie zresztą były i drzwi, mimo że większość z nich tworzyła runo leśne; rozkład narzucał się samoistnie i wraz z jego odkrywaniem nadchodziła noc.

Do większości domostw mieściłem się z trudem lub wcale, w końcu jednak znalazłem odpowiednie na tyle, by półsiedząc, półleżąc w śpiworze termicznym, nie czuć zimna. Diody rzucały pomarańczową poświatę, wyganiając na wierzch drobne cienie spomiędzy gałązek; do rana miały być moją publicznością, gdy czytałem, płonnie czekając na sen.

(11.02) Zagubieni, a kolejne pokolenia zdradzane bardziej i bardziej przez malejącą pulę genową, otaczali się mieszanką mitów i obcej im technologii, jakby to wystarczyło za oparcie. Początkowo ich obsesja dotycząca upływu czasu zdawała się czymś generalnym jako przynależna wszystkim społeczeństwom, tu może trochę wzmocniona położeniem, w jakim się znaleźli; teraz wiem, że zbyt dużą uwagę skupiłam na tym, co znane. Oni rzeczywiście starali się przekazać, że nie istnieli (ach, języku, ty chory wykwicie na materii świata!), a raczej istnieli (przeszłość) i nie istnieją (teraz), mimo że sami o tym mówili (mówią), śmiali (śmieją) się i tańczyli (tańczą). Ależ się cieszę!

۱۰᷀●ꜚ᷀▪۰۱●᷀▪•۱•●᷁─•۱•ꜚ●ꞌ•۰۱۰ﺭ•●──

ꞌꜚ᷀᷁۱۱●ꜚ●۱۰᷀▪─۱─●۱᷀᷀᷀᷁۰᷀•▪ꜚ۱●●●●●●

R. nie żyje.

(23.02) Niewiele z tego rozumiem. Nawet nie pozwolili mi się z nim pożegnać. Udają, że opowiadam o kimś, kogo nie ma (no, kurwa, nie ma), kogo nie znają ani nie znali. Jednocześnie są bardzo ożywieni i niespokojni.

(27.02) Notuję wydarzenia z ostatnich dni: do tej pory bez opamiętania katalogowali przynoszone przedmioty, każdemu nadając odmienną nazwę bez względu na niekiedy ich identyczny wygląd (gdyby nie wartość naukowo-historyczna tych zapisków, wykreśliłabym fragmenty, w których przypisywałam im umiejętność abstrahowania czerpiącą z analizy zjawisk wzrokowych). Po śmierci R. – niebywałe – nadali imiona sobie (lecz ignorowali pytania, czy zatem od teraz istnieją, w ogólności trzymając mnie na dystans). Na zebrania musiałam się podkradać, one zresztą też się zmieniły. Żadnej dyscypliny, kolejności głosów, słuchania siebie nawzajem; to była fala zalewających i nakładających się ekspresji. Inaczej podczas pracy – tu skrupulatni jak nigdy, na tyle, że przypominali otępiałych (co zrzuciłam na karb żalu), choć tak naprawdę dawali się całkowicie pochłaniać wykonywanym czynnościom (co ponownie zrzuciłam na karb żalu).

(10.03) Nic tu nie ma, zagadki czy tajemnicy. R. nie żyje, a ja pomyliłam się przypisując im coś więcej niż widziałam, nawet ten specyficzny stosunek do istnienia okazał się ułudą: dali mi językową zabawkę, żebym się odczepiła jako przeszkoda w ich zwierzęcej walce o przetrwanie. Mam nadzieję, że długo nie potrwa.

*

Mieliśmy taką grę na studiach: jedna osoba wymyślała krótką historię, pozostali dopisywali na kartkach jej zakończenie, podpisywali się, i wymieniali tekstami przez losowanie. Następnie, na odwrotach, otrzymane fragmenty w ustalonym czasie należało zmodyfikować (używając wyłącznie słów, które się dostało i ich odmian przez przypadki) tak, by możliwie najbardziej przypominały te własne. Kryteria sukcesu nigdy nie zostały spisane ani wypowiedziane, lecz nieporozumienia zdarzały się rzadko i najczęściej po chwili gasły; punkty przyznawano osobie, która opowiadanie stworzyła oraz graczom-zwycięzcom w danej rundzie. Bywało, że opowieści nijak nie zmierzały do zakończenia – wtedy królowała różnorodność i rozpoczynający zbierał mało punktów. W innych przypadkach objawiała się polaryzacja – dopiski grupowały się w dwa, opozycyjne rodzaje. Z czasem zauważyliśmy, że jeśli opozycje były wystarczająco silne, wygrywali wszyscy: niezwykle łatwo przychodziło przeformułować zaprzeczenia na potwierdzenia i odwrotnie. Najlepiej nadawały się do tego metafory, dla których sens przeciwny uzyskiwano zamianą kolejności członów wyrażenia i odpowiedniej odmiany przez przypadki.

Jak chroniło się je przed odwróceniem? Wpisywało w ogólniejsze metafory. I tak, z perspektywy gry donikąd to nie prowadziło, ale przecież nie była to jedyna gra, w której braliśmy udział; z wielu nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy.

Kiedy zrozumiała to moja babka, nie wiem, lecz w końcu jej się udało.

*

Biel jaśniała na skutek zmęczenia, jakie odczuwałem; zaśnij, zaśnij, rzeźbił wiatr wyrzucanym z zasp pyłem jak wykresy entropii. Drewniane postacie stały zwrócone w kierunku wioski, a ja nie mogłem znaleźć na to odpowiedzi.

Ślady poprzedniego dnia znikły, choć nawet jeśli zostałyby, nie potrafiłbym stwierdzić, które należały do mnie, a które nie; tuż po nocy miejsce wydawało się odnowione, teraz bardziej obce przez gorączkowe poszukiwania wyznaczające obecność niezachowaną w mojej pamięci, że pomyślałbym o zatrzymaniu się tutaj kilku osób, gdyby nie zdrowy rozsądek. Ślady poprzedniego dnia znikły i śladów było więcej niż przedtem.

Zmieniło się nie tylko ułożenie figur, ale – czy widziałem to wcześniej? – tam, gdzie wilgoć pomalowała drewno na czarno, słoje roczne były ciemniejsze niż obszar wokół oraz chropowate, wypukłe. Wypukłe? Na opuszkach palców zaznaczyła się linia, cienka jak po dotknięciu rysika i na tyle niewyraźna, że mogłaby mieścić się pod skórą. Jeśli to były słoje, w jaki sposób dałoby się je uszkodzić? Okrąg kończył się w zbadanym miejscu, przerwany, a jego część została na mojej dłoni,

*

(…) bo istniała wśród nich tradycja, że małżonkowie oddawali się sobie poprzez naniesienie na ciała tatuażu, który tworzył całość dopiero w ich połączeniu. Wzór przechodził na kolejne pokolenia, lecz nie sposób było tego dojrzeć – komplikował się tak, że raczej wszyscy w równym stopniu byli jego przechodnimi fragmentami, (…)

*

jakby chodziło o sam pasożytniczy akt znalezienia nowego nosiciela. Podobne uczucie towarzyszyło mi i później, kiedy pojawił się przede mną dom z nieodsłoniętym wejściem i zajrzałem do środka; czyżbym wczoraj o nim zapomniał, zagubił się między kolejnymi falami spadającego śniegu? Podłoga była brudna, a gdzieniegdzie matowe drobinki wciąż skakały pod dotknięciem, odsłaniając wgłębienia. Temperatura malała wraz z odkrywanymi rysunkami.

Haczykowato zakończony pal wznosił się pośrodku, wokół – dziecinnie wyryte postacie o brzuchach na tyle dużych, że osoby przypominały raczej litery ,,b’’; długie włosy opadały im na ramiona i nie ulegało wątpliwości, że były to kobiety. Nieco z lewej pochód anonimowych ludzi niósł kolejną postać. Leżała, a cztery linie obrysowane po jej bokach składały się na prostokąt; tu, inaczej niż u reszty, głowa była wydrapaną dziurą i zbiegały się w niej śmierć z pustką,

*

(…) jak mógłby to widzieć niewprawiony obserwator: taniec, co się kończy, a po nim ostatni gest ze strony publiczności – zawieszone spojrzenie na odchodzącym ciele. Wczoraj przyszła do mnie córka R. i zaprowadziła do lasu, by słuchać jego szumu. Jest o wiele starsza niż ją zapamiętałam. Spodziewa się dziecka, ona i jej mąż, a wraz z nimi poruszone jest tym całe plemię, (…)

*

wyczekując zbliżającego się nieuchronnie nowego początku, nieśmiałego jak pierwsze gwiazdy, co nadeszły o wiele wcześniej tej nocy. Wraz z nimi przyszła gorączka i torsje, żółć, którą po chwili przykryły wirujące płatki jak fragmenty skóry obejmującej mnie zewsząd. Myśli krążyły po miejscach, jakie dawno opuściłem, a może w jakich nigdy nie byłem, tak zmieszały się ze sobą. Pulsowały żyły na skroniach i wypieki zdawały się wypalać, zapadać i powracać do początkowego stanu. Płomień rozchodził się ze środka i wracał jeszcze większy, większy i większy. Byle nie myśleć, odejść od siebie; na zewnątrz, na zewnątrz.

W ciemność, ale nie… Światło? Krzyki dochodziły z każdego kierunku, a nad nimi unosiło się dudnienie; podmuch wiatru sprowadził ze sobą kolejną falę śniegu. Nie widziałem wioski, ale na wprost jaśniał słup światła. Pot pojawił się na skórze, zimny jakby pochodził nie ode mnie: świat wschodził i opadał w tempie moich upadków, aż zgasł całkiem.

I mogłem tylko słuchać: przez rumor przebijały się odpryski głosów, a przefiltrowane przez mój stan traciły sens tak, że mogłyby pochodzić z obcego języka. Dopiero po chwili świadomość odnalazła strzępki znaczenia w przypomnianym fragmencie niegdyś widzianym na wsadzonej do pamiętnika kartce,

*

(…) w święcie narodzin, które rozgrywało się wokół mnie, i spóźnionym pogrzebie R. tuż obok – ciało wniesiono do zakopanej w ziemi kapsuły, mieszczącej się zaraz poza wioską. Dla niemowląt była druga, nieco od tamtej oddalona; obie łączyły zwoje grubych kabli. Po zabraniu go z niej, wnuk R. zdawał się otępiały, a mnie powiedziano, że dzięki kapsule dokonuje się istnienie (widocznie potrzebowano potwierdzenia aktu narodzin). Jednakże jedna z kobiet, ta, która zazwyczaj trzymała się na uboczu, w pewnym momencie pociągnęła mnie za sobą. Pospiesznie minęłyśmy szałasy mieszkalne i odeszłyśmy w kierunku cmentarza. Wykopana w ziemi dziura, do której miano złożyć ciało R., bardziej nadawała się dla dziecka niż dorosłego człowieka. Istnienie jest granicą, która się obraca, mówiła mi kobieta, a następnie przykładała palec do ust. Plemię uważa ją za szaloną, nazywając ją: ta, która kłamie. Wtedy nie wiedziałam, co o tym myśleć – po śmierci R. nie było nikogo, komu byłabym w stanie zaufać, więc od razu zaniechałam prób szukania odpowiedzi. Teraz wiem, że zbyt pochopnie, lecz wciąż nie jestem gotowa, by pisać o tym, co odkryłam.

Tamtej nocy wróciłam do reszty; malec nie zasnął do końca uroczystości, która stawała się głośniejsza i trwała do rana.

*

po czym odeszła w niebyt.

*

Nigdy nie wygrywałem. Nawet kiedy dotarła pomoc, nie miałem już do czego wracać. Gdybym lepiej się przygotował, rozplanował wszystko do ostatniego szczegółu, może nie skończyłoby się na tej marnej opowieści spisywanej samotnie w ponurym pokoju na orbicie Marsa.

I wiecie, macie rację myśląc, że nie jestem z wami do końca szczery. Ukryłem na przykład to: Drżałam jakby nagle zrobiło się zimno, choć pierwsze pocałunki i drobne muśnięcia językiem mówiły mi, że to w nich leżała przyczyna. Krew przyspieszyła i czerwień, już wcześniej wykwitła na moich policzkach, zmieniła się w purpurę. Dałam się ponieść temu pulsowaniu, które zdawało się nie mieć końca i myśli skakały bezsensownie jak w gorączce, krążąc po miejscach, jakie dawno opuściłam, a może w jakich nigdy nie byłam, tak zmieszały się ze sobą. Pulsowały żyły na skroniach i wypieki zdawały się wypalać, zapadać i powracać do początkowego stanu. Płomień rozchodził się ze środka i wracał jeszcze większy, większy i większy.

W tym zapomnieniu miało miejsce coś jeszcze: z prawej, na tyle rozległe, na ile pozwalał ostry kąt widzenia, wdarło się światło. Dopiero później zauważyłam leżący tam drewniany symbol, o którym opowiadano zawsze z niechęcią. I tym razem R. zbył moje pytania, co przyszło mu tym łatwiej, że nie mogłam wprost wyrazić swoich wątpliwości co do efektu, jaki zobaczyłam; jakże bowiem mógł być prawdziwy? Ale to była szczególna noc z innego jeszcze powodu: R. zatrzymał mnie dłużej, wcześniej powściągliwy, zaczął opowiadać o swoim życiu z wieloma szczegółami, dopytując się, czy powtórzę je w pamiętniku. Obiecałam mu to, a najbliższe minuty wydają się ku temu najodpowiedniejsze.

Pozwólcie zatem, że zwrócę się do kogoś innego.

Aniu, oto, co się stanie: będziemy cię oglądać, jak cicho przemykasz z kuchni do pokoju, tak że im bliżej jesteś, bardziej stajesz się tłem: i czy widzisz to oszustwo? Chciałbym napisać, że nie istniejesz, bo może wtedy mógłbym cię ukryć w każdym słowie. Może wtedy każde z tych słów mógłbym odwrócić jak celną metaforę, żeby cię zobaczyć; może żeby to zrobić na zawsze, nie mógłbym nigdy o tym ruchu wspomnieć?

Wyobraź sobie, że piszę ciężkie, czarne litery. Stawiam znaki, wysokie i zakrzywione na białej jak śnieg kartce, które łączą się ze sobą – to opowieść potrzebuje ich, by się rozwijać, lecz żadne z nich nie jest opowieścią. Chciałbym napisać, że opowieść jest przezroczysta, że istnieją tylko litery, a w mojej podróży nie było nic więcej prócz majaków w gorączce; że ciało nie stało się areną odgrywanego miłosnego wspomnienia jakby rozmową z utraconym kochankiem. I jeśli rzeczywiście, wspomnienie pozostałoby ukryte za wycieńczeniem organizmu. Lecz wtedy moje ciało sprowadziłoby się do przezroczystego naczynia osłaniającego wyryty w drewnianym znaku fragment życia mojej babki, samo pozbawione znaczenia, a ja razem z nim.

Ale gdybym napisał odwrotnie, może nikt by o mnie nie pomyślał? A teraz wyobraź sobie, że tak samo jest ze wszystkim, dzięki czemu się wyrażasz; mały pajęczak wspina się po napiętej skórze i widzę, kiedy się z niego śmiejesz, opowiadasz o nim, zaraz strącasz delikatnie, a później znika pod butem nieuważnego przechodnia. Że słowa potrzebują tego martwego pajęczaka, a ty słów o nim – każde z was, by to jego wysunąć na pierwszy plan, chroniąc siebie; i że kiedy piszę o tym wprost, dzieje się odwrotnie.

Czy sam byłem takim pajęczakiem krążącym wśród tajemniczych znaków, służącym, co użycza swoje członki? Widzisz, jak trudna byłaby odpowiedź. I jeśli nim byłem, uwięziony we wspomnieniu babki opowiadającej o swoich uczuciach dzięki kochankowi, które z nich stało się dla drugiego przeźroczem?

Tęsknię za tobą coraz bardziej, marząc o ponownym spotkaniu w tej powtarzanej w przyszłości opowieści, ale miałaś rację, Aniu, gdy mówiłaś o nas jak o wirujących wokół siebie kawałkach folii; dlatego chowam cię jak literę, którą potrzebuje zdanie. I piszę to zdanie specjalnie, mój pajęczaku.

Koniec

Komentarze

Na pierwszy ogień idzie nieprawidłowy zapis dialogów. Tu są poradniki:

http://www.fantastyka.pl/loza/14

Jeszcze tu wrócę. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

ok

Przeczytałam i, wyznaje to z przykrością, nic nie zrozumiałam. Nie wiem Autorze, co miałeś nadzieję przekazać tym tekstem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie będę się silił na jakieś podsumowanie opowiadania, bo tak jak regulatorzy, mam poważne problemy z wyłapaniem sensu treści. Przeczytałem przezornie aż(!) trzy razy, czy aby jakiś szczegół mi umyka, ale zawsze było tak samo; kiedy już miałem wrażenie, że rozumiem zamysł, następny akapit rujnował całą, moją domyślną koncepcję.

Tak więc przemyślenia zostawię dla siebie.

Z dobrych stron, to pragnę pochwalić świetny warsztat. (oprócz zapisu dialogów który wytknąłem wcześniej, ale widzę że to poprawiłeś)

Pozdrawiam.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Warsztat wystarczy. Zamysł co prawda miałem, ale nie będę go bronić. Szkoda mimo to, że tekst nie działa na poziomie emocjonalnym (abstrahując od intelektualnego, choć rozumiem, że nie da się ich całkiem oddzielić). Pozdrawiam i do kiedyś ;)

Bardzo ładny język. Taki plastyczny. Gratuluję. Jako nowy użytkownik siedzę tu sobie na NF i poczytuję opowiadania.

Odnośnie Twojego opowiadania, pod względem fabularnym zupełnie nie wiem o co chodzi. To raczej wygląda mi na fragment jakiejś dłuższej opowieści.

Mam kota. Ma na imię Pisz.

Dzięki, ale zostawiam już tę fabułę (tutaj). Może innym razem mi wyjdzie, to i tak było opowiadanie-przerwa od innego, którego jednak nie chce mi się pisać.

Ładnie napisane na poziomie języka. Jeśli chodzi o treść, to mam podobnie jak Zalth. Trudne.

I w sumie nie wiem, co napisać. O, podobał mi się mroźny klimat :)

Mam wrażenie, że gdzieś bardzo, bardzo głęboko, w mrokach mojego umysłu jaśnieje jakieś maleńkie światełko zrozumienia. Ale maleńkie jest, maleniunieczkie.

Nie jest z Tobą łatwo, niocu.

Jeśli chodzi o warsztat – jest ok, widać, że pisać potrafisz. Co prawda gdzieś mi brakowało przecinków, gdzieś jakiś mini-babol się trafił (np. dlatego chowam cię jak literę, którą potrzebuje zdanie. – której), ale generalnie jest dobrze.

Natomiast jeśli chodzi o warstwę fabularną – mam wrażenie, że jesteś skomplikowanym człowiekiem, którzy ma w głowie piękne wizje, natomiast nie potrafi ich w sposób zrozumiały przekazać czytelnikom. Bo owszem, można napisać “Ciemność pochłaniała biel, a może sama była przez nią pochłaniana, na zielonych polach nieskończoności”. Ale można też napisać “Krowa stała na łące”. 

Nam, czytelnikom, czasami potrzebna jest taka prosta krowa.

To ładny tekst. Niewątpliwie bardzo ładnie napisane opowiadanie, które nie pozostawia wątpliwości co do wartości twojego warsztatu. Jest to też opowiadanie, którego treści kompletnie nie ogarniam. Więc cóż… wychodzi na to, że wszystko się bilansuje, prawda?

Prawda ;). Dzięki, vyzart i Iluzja. Trudno mi tu szerzej odpowiedzieć, bo, cóż, tak, ten tekst nie wyszedł. I tak, cieszę się, że wyszedł warsztatowo czy językowo. Po prostu będę pamiętał te wszystkie uwagi, ich wymowę – na przyszłość.

Nowa Fantastyka