- Opowiadanie: Anelis - Wybrana

Wybrana

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Wybrana

Na każde dwadzieścia lat pokoju przypadało pięć lat wojny, by brutalność kłębiąca się w ludziach mogła znaleźć ujście. Nikogo to nie dziwiło – cykl powtarzał się od dawna. Urodziłam się pierwszego dnia pierwszego roku pokoju. Dorastałam, ból i przemoc znając jedynie z tekstów, zdjęć, gier czy filmów. Byłam dzieckiem pokoju, lecz wkrótce miał nadejść czas wojny. Dopiero teraz wiem, co to oznaczało dla mnie.

 

*

 

Słabe światło monitora upiornie oświetlało moją twarz, kontrastując z mrokiem panującym w pokoju. Wiedziałam, że już dawno powinnam pójść spać, ale musiałam, po prostu musiałam skończyć jeszcze ten głupi program. Przelatywałam wzrokiem linie pełne słów i symboli, które dla większości społeczeństwa stanowiły niewiele ponad ciąg przypadkowych znaków. Gdzie był błąd? Dlaczego program ciągle kończył się jaskrawoczerwonym errorem? Oczywiście, do tego wyskakiwała jeszcze cała litania warningów, ale kto by się nimi przejmował?

Ziewnęłam ukradkiem, przecierając oczy. Nie, nie poddam się maszynie. Muszę to dzisiaj skończyć i już. Po raz kolejny skupiłam się na jednej z pętli, w której przeprowadzałam najważniejsze operacje. Uważnie czytałam kolejne instrukcje, jakie kazałam robić komputerowi.

– Nie no… Poważnie? – jęknęłam cicho.

Odkryłam, że przypadkowo nazwałam tak samo dwie różne zmienne. I jeszcze dziwiłam się, że nie działa. Pospiesznie pozmieniałam wszystko, jak trzeba, po czym odpaliłam program z testowymi danymi wejściowymi. Na czarnym tle zaczęły wyświetlać się rzędy komunikatów. Pewnie trochę potrwa, zanim pojawi się ostateczny wynik, więc mogłam rozprostować nogi.

Wstałam i przeciągnęłam się po dłuższym czasie siedzenia w bezruchu. Choć miałam na sobie tylko szorty oraz koszulkę, czułam, że kleję się od potu. Tezauria, na której mieszkałam, była dość gorącą planetą, a w lecie nawet klimatyzacja nie zawsze dawała sobie radę.

Zostawiwszy za sobą wykonujący się mozolnie program, wyszłam z pokoju. Cicho stąpałam bosymi stopami po wykładzinie, by nie obudzić współlokatorów. Weszłam do kuchni, gdzie nawet nie zapaliłam lamp. Neonowe reklamy za oknem zapewniały mi dostateczną widoczność. Sięgnęłam po wysoką szklankę i podstawiłam ją pod automat, na którym następnie wpisałam kod napoju cytrynowego. Dodałam do tego jeszcze dwie kostki błogosławionego lodu, po czym w oczekiwaniu na schłodzenie płynu stanęłam przy oknie.

Mimo późnej pory na kilku poziomach dróg wciąż śmigały magnetyczne pojazdy niknące w gąszczu strzelistych wieżowców. Niespodziewanie przemknął również ścigacz, który wzbudził we mnie tęsknotę za moim własnym – zostawionym w rodzinnym domu. Uwielbiałam latać na ścigaczach i byłam w tym dobra. Ech, do wakacji daleko, a dopiero wtedy znów odpalę silnik…

Zerknęłam na wyświetlacz kalendarza na ścianie. Minęła już północ. Dzisiaj około piątej rano rozpocznie się czas wojny. Może się wydawać to dziwną godziną, ale nasza piąta rano oznaczała północ według międzyplanetarnego, standardowego zegara. Nie wiedziałam, co czas wojny zmieni dla nas, zwykłych ludzi. Chyba nic. Gdzieś tam będzie trwała walka o dominację pomiędzy trzema imperiami, lecz cywile pewnie ujrzą ją jedynie poprzez reportaże. Możliwe, że na uczelni odbędzie się kilka uroczystości ku chwale naszego Imperium Redakry. I tyle.

Wracając do siebie, upiłam kilka łyków orzeźwiającego soku. Minęłam krótki korytarz i weszłam do pokoju z nadzieją, że program pokazał już poprawne wyniki. Zerknęłam na monitor. Wciągnęłam gwałtownie powietrze. Szklanka wysunęła mi się z palców i rozprysła na podłodze. Skruszony lód zmieszał się z odłamkami szkła w kałuży napoju. Zaklęłam. Kilka ostrych fragmentów trafiło w moją stopę. Widząc cieknącą krew, niezwłocznie udałam się do łazienki. Ostrożnie wyjęłam szkło, przemyłam zranienia, a następnie na to największe nakleiłam plaster z nanorobotami. Do sprzątnięcia bałaganu zaprzęgłam odpowiedni automat. Na szczęście nikogo nie obudził hałas.

Dopiero wtedy usiadłam przed komputerem. Na prawie całym ekranie widniało okno z jednym słowem napisanym dużą czcionką:

 

UCIEKAJ

 

Przewróciłam oczami. To na pewno moi koledzy obeszli zabezpieczenia i robią mi mało ambitne dowcipy. A ja głupia się przeraziłam. Z rozdrażnieniem poruszyłam palcami po ekranie, a okno się zminimalizowało. Spojrzałam na wyniki, na które czekałam. Zamiast czuć radość z pomyślnie zakończonego testu mojego programu, nie mogłam powstrzymać niepokoju. Zamierzałam dorwać żartownisia.

Poblask wirtualnej klawiatury padał na moje palce, gdy błyskawicznie wklepywałam kolejne instrukcje. I nic. Nie mogłam znaleźć śladu włamania na komputerze. Kurczę, ten ktoś jest dobry. Ale w takim razie, kto to jest? Nie podejrzewałam najbliższych kolegów o takie umiejętności…

No dobra, robi się naprawdę późno, a rano mam zajęcia. Poszłam jeszcze do łazienki, by przemyć spoconą twarz oraz oderwać plaster od zagojonej już ranki. Kiedy wróciłam, czekał na mnie kolejny komunikat:

 

UCIEKAJ

JESTEŚ WYBRANĄ

UCIEKAJ, PÓKI MOŻESZ

 

OK, ktoś przeginał. Jaką, do cholery, wybraną? Wybraną przez kogo? I po co? By robić mi irytujące dowcipy? Że też współczesne komputery miały wbudowane łączę z siecią… Nawet nie mogłam się odłączyć od internetu bez rozkładania całego sprzętu na czynniki pierwsze. Potarłam oczy. Gdy już sięgałam do głównego wyłącznika używanego przeze mnie niezwykle rzadko, bezczelnie wyskoczyło jeszcze jedno okno:

 

ZOSTAŁAŚ WYBRANA

ZA 4 GODZINY STANIESZ SIĘ ZWIERZYNĄ

NIE UŁATWIAJ ZADANIA ŁOWCOM

UCIEKAJ

 

Odruchowo mój wzrok powędrował do zegarka w rogu ekranu. Za cztery godziny zacznie się czas wojny. Ha, ha, bardzo śmieszne. Wprost przezabawny żart. Zdecydowanie wdusiłam czerwony przycisk, a ekran monitora zgasł. Pozbawiony tego słabego światła pokój pogrążył się w ciemności. Nawet przez okna nie wpadał neonowy blask, bo dawno je zasłoniłam. Opadłam na łóżko i zmusiłam się do snu. Odkąd zaczęłam studia, nie sprawiało mi to wielkich trudności.

Natarczywe pikanie obudziło mnie o szóstej. Przez te głupie komunikaty źle spałam, więc miałam paskudny humor. Przyszykowałam się szybko, chwyciłam torbę i pognałam na przystanek. Oczywiście, z jakiegoś powodu mój magnebus spóźnił się aż kwadrans, przez co nie zdołałam dotrzeć punktualnie na wykład. Zatrzymałam się przed zamkniętymi drzwiami, klnąc pod nosem. Nie zamierzałam tam wchodzić tylko po to, by wykładowca wywalił mnie na korytarz. Szlag by to trafił.

Z braku lepszych perspektyw na najbliższe dwie godziny postanowiłam przejść się po ogrodzie, właściwie szklarni uczelni i ochłonąć. Położyłam się na ławce wśród pachnących słodko kwiatów. Przymknęłam oczy na krótki moment.

Przytłumiony odgłos wybuchu natychmiast mnie otrzeźwił. Zerwałam się z miejsca. Za przeszkloną ścianą uczelnianego ogrodu mignął uszkodzony pojazd powietrzny. Ostrożnie podeszłam bliżej okien. Wciąż słyszałam wybuchy i potężne strzały: nie pistoletów, lecz czegoś w rozmiarach torped. Może powinnam uciekać, zamiast rozglądać się za źródłem tych dźwięków, jednak ciekawość brała górę.

Wyjrzałam przez grube szkło chroniące mnie od otwartej przestrzeni pomiędzy wieżowcami. Zamarłam. Przecznicę dalej toczyła się walka pomiędzy zielonymi myśliwcami Imperium Gresawskiego a naszymi, czerwonymi myśliwcami Redakry. W dwóch wieżowcach ziały już dziury od uderzeń pocisków. Właśnie zielony pojazd zaczął wirować, jakby jego pilot stracił panowanie nad maszyną. Po kilku sekundach wpadł prosto w środek budynku pełnego cywili.

Cofnęłam się o krok. Potknęłam o korzeń drzewa. Wylądowałam na ziemi pokrytej miękką trawą, a przed oczami wciąż miałam ogień trawiący miasto. Jak to możliwe? Wojna? Na Tezaurii? Prawda, zaczął się czas wojny, ale… To niemożliwe!

Podniosłam się, dziwnie odrętwiała. Od strony starcia leciała rakieta. Tutaj. W miejsce, gdzie stałam. Rzuciłam się na ziemię. Ogłuszający wybuch wstrząsnął ogrodem. Gdy zdecydowałam się podnieść głowę, ujrzałam rośliny zajmujące się ogniem. Ze szklanej ściany pozostały tylko odłamki.

Pomieszczenie wypełniał żar płomieni przemieszany z zimnym wiatrem wciskającym się przez zniszczone okna. Zmusiłam się do wstania. Poczułam pieczenie w udzie. Jasny materiał krótkich spodenek zaczerwienił się od krwi. Zapewne drasnął mnie jeden z odłamków.

Skup się, dziewczyno – powiedziałam sobie. Wraz z ogniem rozprzestrzeniał się dym. Zakaszlałam, kiedy trochę dostało mi się do płuc. Skup się – powtórzyłam – musisz stąd wiać! Zerwałam się do biegu, póki płomienie nie odcięły mi drogi wyjścia. Błagałam los, by w ogrodzie wraz ze mną nie było nikogo innego. Jeżeli ktoś wypoczywał po drugiej stronie – tam, gdzie uderzyła rakieta… Nie dokończyłam myśli.

Zakaszlałam znowu. Robiło się coraz goręcej. Wokół mnie trzaskały płomienie, waliły się krzewy. Nagle nadpalona gałąź spadła tuż przede mną. Wrzasnęłam. Okrążyłam ją i zmusiłam się do jeszcze większego wysiłku. Nie zwracałam uwagi na ból w zranionej nodze. Po prostu biegłam. Dopadłam drzwi.

– Błagam, działaj – jęknęłam do fotokomórki nade mną. – Błagam! Szybciej!

Wszystko płonęło. Wszystko. Spływałam potem. Kiedy przetarłam twarz, zobaczyłam na dłoni czarny ślad sadzy. Automatyczne drzwi otworzyły się niespiesznie. Wstrząsana kaszlem, wypadłam na opustoszały korytarz. Dopiero, kiedy warstwa metalu oddzieliła mnie od pożaru, uspokoiłam się trochę. Żyłam.

Klęczałam przez chwilę na zimnej posadzce, oddychając powoli, by pozbyć się dymu z płuc. W końcu wstałam i powlokłam się do recepcji tego piętra. Kilku pracowników zmierzało pospiesznie w przeciwną stronę z ręcznymi gaśnicami. Uświadomiłam sobie, że w ogrodzie nie włączył się system przeciwpożarowy. Pewnie uszkodził się podczas wybuchu.

Z kilku sal wychyliły się zdziwione lub przestraszone twarze, które mierzyły mnie jeszcze bardziej zaskoczonym wzrokiem. Najwyraźniej nie widzieli starcia pomiędzy myśliwcami, bo reagowaliby inaczej. Dojdę do recepcji, dowiem się, co się dzieje i wstąpię do pielęgniarki. Może dostanę zwolnienie z całego dnia. Oby. Czułam się ogłuszona. Miałam wrażenie, że powietrzna walka i ucieczka z ogrodu przydarzyły się nie mnie, lecz awatarowi z gry komputerowej.

Wkroczyłam do przestronnego holu. Naprzeciw mnie znajdowała się główna winda uczelnianego wieżowca, a po prawej umiejscowiono recepcję. Trzy kobiety za ladą przyciskały coś szybko na monitorach. W pobliżu nich przechadzała się nerwowo grupa ochroniarzy. Jeden z mężczyzn dostrzegł mnie i mruknął coś do pozostałych, po czym skierował się w moją stronę. Miałam nadzieję, że mi pomoże.

Niespodziewanie zaczęły rozsuwać się drzwi windy. Zdążyłam zobaczyć żołnierzy w zielonych mundurach, zanim nie wrzucono do holu czegoś, co z sykiem wypełniło powietrze czarnym, gryzącym dymem. Krztusząc się, na ślepo wymacałam klamkę toalety, która, jak pamiętałam, znajdowała się obok. Wsunęłam się do środka i osunęłam na posadzkę. Wykaszlałam z płuc dym. Znowu. Oczy mi łzawiły.

Zza zamkniętych drzwi łazienki dobiegły mnie strzały i przerażone wrzaski kontrastujące z wydawanymi sucho komendami. Nagle zapadła cisza. Wstrzymałam oddech. Kiedy się skupiłam, dosłyszałam ciężkie kroki.

– Znaleźć Wybraną! – rozkazał ktoś.

Zastygłam w bezruchu. Serce waliło mi jak oszalałe. Chyba nic nie mogło mnie bardziej przerazić. Wybrana… Zupełnie jak w tych głupich komunikatach z nocy! Już wiem! To wciąż dowcip. Niedługo ktoś wejdzie i powie: „Dałaś się nabrać!”. Nie chciałam, by ktokolwiek tu wszedł. Bardzo nie chciałam. Wolałam założyć, że to nie zabawa. Wszystko wydawało się zbyt prawdziwe.

Najciszej, jak potrafiłam, wstałam. Ujrzałam swoje odbicie w oknie. Wyglądałam strasznie: zaczerwienione oczy, pomazana sadzą twarz, włosy w całkowitym nieładzie, ubranie naderwane, nadpalone oraz zakrwawione. Na ramieniu dostrzegłam oparzenie, lecz nawet nie czułam pieczenia. Oderwałam wzrok od nieciekawego widoku i zamknęłam się w kabinie toalety. Miałam wręcz bolesną świadomość, że tak naprawdę każdy z łatwością się tutaj dostanie, jednak mała przestrzeń działała na mnie teraz uspokajająco.

Wyciągnęłam z torby tablet. W głowie widziałam trzy komunikaty, które dostałam w nocy. Czy naprawdę to miało związek? Na pewno nie. W akademicką bazę danych wpisałam „wybrany czas wojny”, choć byłam przekonana, że nie dostanę żądnych sensownych wyników. Pragnęłam się po prostu upewnić. Zaraz ostatecznie okaże się, że tamte teksty to tylko głupie dowcipy. Na pewno. Z łomoczącym sercem potwierdziłam wyszukiwanie. Na ekranie ukazały się całe masy wyników. W oczy rzuciły mi się nagłówki newsów sprzed ponad dwudziestu lat:

 

WYBRANIEC RANNY PODCZAS POŚCIGU

 

WYBRANY POZOSTAJE NIEUCHWYTNY

 

WYBRANY W RĘKACH BLODENU

 

WYBRANY ODBITY PRZEZ RADAKRĘ

 

WYBRANY ZABITY PODCZAS STRZELANINY

 

Nacisnęłam drżącym palcem ostatni link. Pobieżnie przeglądałam treść, wyłapując sens pojedynczych zdań:

 

…doszło do strzelaniny pomiędzy oddziałami Imperium Gresawskiego i Imperium Redakry…

 

…Wybrany wyrwał się strażnikom…

 

…dosięgły go strzały gresawskich żołnierzy…

 

…choć Wybrany pochodził z Imperium Gresawskiego…

 

…kolejny raz Wybrany nie przeżył końca czasu wojny…

 

Co tu się dzieje? Co tu się, do jasnej cholery, dzieje? Wyłączyłam zasilanie tabletu i z rozmachem wrzuciłam go do torby. Jeżeli ktoś chce mnie dorwać, nie mogę być widoczna w sieci. Ukryłam twarz w dłoniach. Pod palcami poczułam łzy. O co chodziło z tym Wybranym? Musiałam znaleźć anonimową sieć gdzieś w jakimś barze – tam będę mogła poszperać w internecie. Wciąż gdzieś w środku łudziłam się nadzieją, że to jednak dowcip. Może, gdy wyjdę naprzeciw żołnierzy, oni zaczną strzelać we mnie gumowymi kuleczkami… Rakieta uderzająca w ogród była prawdziwa. Mogłam tam zginąć! Zaatakowali nas gresawczycy – to też był fakt.

Przypomniałam sobie pełne akcji gry, w które czasem grywałam. Odkąd studiowałam, poświęcałam im zdecydowanie mniej czasu, jednak i tak w wolnych chwilach brałam w dłonie wirtualny karabin oraz biegałam po postapokaliptycznym świecie.

OK, wyobraź sobie, że jesteś w takiej grze – przemówiłam do siebie w myślach. – Zapomnij, że nie masz dodatkowych żyć. Po prostu za wszelką cenę postaraj się przeżyć i dostać expa na nowe skille. A teraz wdech i wydech. Wdech i wydech.

Nie chciałam stąd wychodzić. Tutaj miałam chociaż złudzenie bezpieczeństwa. Mimo to zmusiłam się do naciśnięcia klamki i opuszczenia kabiny toalety. Stanęłam znów przed lustrem. Powoli zbliżyłam się do umywalki. Z napięciem uruchomiłam malutki strumyczek wody z rozpaczliwą nadzieją, że nikt na zewnątrz go nie usłyszy. Przemyłam pobieżnie twarz, oparzenie na ramieniu oraz rozcięcie na nodze. Następnie podkradłam się do wyjścia z łazienki. Rany, jak bardzo pragnęłam się stąd nie ruszać…

Uchyliłam drzwi. Serce łomotało mi w piersi tak mocno, że chyba każdy by je usłyszał. Ale w pobliżu nie widziałam nikogo. Z dala docierały krzyki, rozpoznałam serię z karabinu. Wzdrygnęłam się. Żołnierze chyba nie są blisko. Wyszłam ostrożnie do holu, w którym nie było już śladu gryzącego dymu. Na posadzce leżały martwe, zakrwawione ciała. To nie była gra, to były prawdziwe trupy. Przycisnęłam dłoń do ust, by powstrzymać cisnący się krzyk. Po policzkach znów spływały mi łzy, a żołądek pragnął pozbyć się skromnego śniadania. Przebiegłam do wciąż otwartej windy i wybrałam „parter”. Skuliłam się na podłodze, wciąż powstrzymując mdłości. Modliłam się, by nie przyszli tu teraz żołnierze. Wreszcie drzwi zamknęły się, a winda prawie niewyczuwalnie ruszyła w dół.

– Parter – oznajmił elektroniczny głos, po czym drzwi się rozsunęły.

Czekali na mnie żołnierze. Wsunęłam się w kąt windy, zaciskając powieki. To koniec.

– Proszę się nie obawiać – usłyszałam uprzejmy głos.

Z wahaniem otworzyłam oczy. To byli nasi żołnierze, uświadomiłam sobie, nasi – czerwoni. Dwóch mężczyzn delikatnie postawiło mnie na nogi. Ich dowódca ujął mnie pod ramię.

– Proszę się nie martwić. Wszystko będzie dobrze – kontynuował. – Opanowujemy sytuację.

Ktoś okrył mnie kocem, bo mimo upału drżałam jak w gorączce. Dałam się poprowadzić na zewnątrz budynku, gdzie czekały wojskowe pojazdy Imperium Redakry. Jestem bezpieczna? Uratują mnie?

– Przepraszam na chwilę – odezwał się dowódca, puszczając mnie.

Mężczyzna odszedł kilka kroków, ale zostało przy mnie czterech żołnierzy z karabinami w rękach. Tymczasem dowódca najwyraźniej słuchał rozkazów padających z malutkiego komunikatora przy jego uchu. Obserwowałam go, owijając się szczelniej kocem.

– Tak jest – odpowiedział cicho żołnierz, lecz zdołałam go usłyszeć. – Tak jest. Zaraz dostarczymy Wybraną.

Zesztywniałam. Wybrana – znowu to cholerne słowo, które prześladuje mnie od północy. Przed oczami ujrzałam zdania z artykułu: „…dosięgły go strzały gresawskich żołnierzy…”, „…choć Wybrany pochodził z Imperium Gresawskiego…”. Nie wiedziałam, o co tu chodziło, ale nie byłam bezpieczna nawet z moimi rodakami. Zerknęłam na towarzyszących mi żołnierzy. Większą uwagę poświęcali otoczeniu niż mnie, jakby nie spodziewali się, że mogę pomyśleć o ucieczce. Dowódca wciąż rozmawiał z przełożonym. Miałam jedyną szansę. Rozejrzałam się gorączkowo. Całkiem niedaleko stał militarny ścigacz z włączonym silnikiem. Chyba nie mógł wiele różnić się od cywilnych, a na ścigaczach w końcu latałam całkiem nieźle. Teraz albo nigdy.

Zerwałam się, rzucając kocem w żołnierzy. Przebiegłam do ścigacza i odepchnęłam stojącego obok, zaskoczonego mężczyznę. Wskoczyłam na siodełko. Nacisnęłam pedał gazu i z trudem wymanewrowałam pomiędzy zaparkowanymi pojazdami. Zaraz mnie zastrzelą. Błagam, żeby mnie nie zastrzelili!

– Nie strzelać! – ryknął dowódca.

Nie mogłam uwierzyć we własne szczęście. Zamiast mnie zabić, żołnierze popędzili do swych maszyn, by rozpocząć pościg. Przyspieszyłam i zostawiłam ich w tyle. Na ulicach nie było prawie żadnych magnetochodów. Skręciłam w bok, potem znowu. Pęd powietrza plątał mi włosy, utrudniał oddychanie. Mocniej wdusiłam pedał. Jeszcze nigdy nie leciałam tak szybko. Moje ścigacze miały ograniczenia prędkości w przeciwieństwie do tego. Mknęłam miejskim labiryntem. Czasem dostrzegałam za sobą ścigających, czasem znikali mi z oczu, ale nie odpuszczali. Ponownie skręciłam gwałtownie. Z wiatrem wyjącym mi w uszach nie słyszałam kompletnie nic.

Nagle oślepiła mnie eksplozja. Odruchowo wcisnęłam hamulec. Z trudem ominęłam wieżowiec i wyleciałam na prostą. Przede mną znajdowało się pobojowisko. W górze walkę toczyły nie tylko myśliwce, ale chyba nawet niewielkie statki kosmiczne. Wieżowce zawaliły się od pocisków, które w nie trafiły. Ulicą biegli wciąż żywi ludzie niezwracający uwagi na nic prócz przetrwania. Wzniosłam się pomiędzy resztki budynków. Przez zniszczoną ścianę wleciałam do czegoś, co kiedyś mogło być biurowcem. Zaparkowałam ścigacza tuż przy krawędzi. Odwróciłam go, po czym wyjęłam z torby butelkę wody. Nim się rozmyśliłam, zablokowałam pedał butelką, a ścigacz popędził przed siebie i wbił się w spalony wieżowiec naprzeciwko.

Pobiegłam w głąb zniszczonych biur. Zapewne wkrótce zjawią się tu żołnierze, więc musiałam się spieszyć. Usiadłam, osłonięta resztkami ścian działowych. Wyciągnęłam tablet.

– Działaj – wyszeptałam, wprowadzając kod uruchomienia.

Ekran posłusznie zaświecił. Zerknęłam na znacznik zasięgu. Dwie kreski. Wystarczy. Ponownie wpisałam te same hasła w poszukiwaniu informacji. Poruszałam palcami po ekranie, przemieszczając się z jednej strony na kolejne. Wybrany – ktoś, kto miał ubarwić czas wojny. Czas wojny nie był tylko wojną, jak sądziłam, był grą, o czym nie powiedzieli nam w szkole. Z łatwością dowiedzielibyśmy się tego ze starych gazet, gdyby tylko ktoś podejrzewał ukryte znaczenie czasu wojny. Tylko skąd mogliśmy wpaść na taki pomysł? W każdym razie, czas wojny wygrywa imperium, które w chwili zakończenia pięcioletniego okresu wojny jest w posiadaniu Wybrańca. Nikt nie wygrał od kilku wieków, bo Wybraniec za każdym razem ginął przedwcześnie. To by wyjaśniało, dlaczego mnie po prostu nie zastrzelili, gdy ukradłam ścigacz. Wybrańca wybierał program komputerowy zaakceptowany przez wszystkie trzy imperia. Ale co się potem działo z Wybrańcem? Czy mógł przetrwać wojnę bez złapania?

Odgłos silników świadczył o przybyciu pościgu. Nie zamierzałam dać się złapać. Ta wojenna gra zdecydowanie mi się nie podobała. Wszystko wskazywało na to, że nie mogę odmówić udziału. Nikt nie zapytał mnie o zdanie.

Wyłączyłam zasilanie tabletu. Usłyszałam, że ktoś się zbliża, miażdżąc odłamki szkła ciężkimi butami. Poszukałam wzrokiem ratunku. Obok mnie stało połamane biurko, a zza niego wystawała ręka z pistoletem. To pewnie martwy ochroniarz. Powstrzymałam mdłości na myśl o kolejnym trupie, którego zobaczę i ostrożnie przesunęłam się bliżej. Nadchodziło parę osób, słyszałam to. Sięgnęłam po pistolet. Ze łzami w oczach wyciągałam broń z bezwładnych, zimnych palców. Zacisnęłam własną dłoń na rękojeści. Trzymałam już takie pistolety w grach. W grach, nie w rzeczywistości. Wstałam powoli. Nieznajomi byli coraz bliżej. Nie dam się pojmać. Nie będę ubarwieniem waszej głupiej gry!

W otworze po wybuchu pojawił się żołnierz w niebieskim mundurze Blodenu. Skierował w moją stronę swój karabin. Bez namysłu nacisnęłam spust. Śmiercionośne impulsy trafiły mężczyznę w pierś. Upadł na ziemię, a jego miejsce zajęli towarzysze. Czy ja go zabiłam? Czy zabiłam człowieka?! Cholera, zabiłam człowieka! Nie mogłam teraz się nad tym skupiać, choć w głowie pobrzmiewało mi echo wystrzału. Pobiegłam w przeciwnym kierunku, strzelając w tył na ślepo. Kluczyłam pomiędzy ścianami dawnych biur. Słyszałam, że do mnie strzelają, ale chyba tylko pociskami ogłuszającymi. Wypadłam na klatkę schodową koło windy. Poślizgnęłam się zaraz na pierwszym stopniu i sturlałam w dół. Podniosłam się, zupełnie nie czując bólu i popędziłam dalej.

Na parterze zastałam wyłamane drzwi do podziemi. Wpadłam do środka, a w zniszczonym schowku ujrzałam kratę do tuneli pełnych kabli ciągnących się pod miastem. Może tam zgubię prześladowców? Podniosłam kratę i wskoczyłam w całkowicie obce miejsce. Większość jarzeniówek jedynie migotała słabo, więc panował tu przerażający mrok. Do tego dochodziło dotkliwe zimno raniące moje odsłonięte ciało.

Zaciskając palce na pistolecie, z trudem łapiąc oddech, pognałam w labirynt ciemnych tuneli.

 

*

 

Przez trzy lata nauczyłam się wielu czynności, o których sądziłam, że nigdy mi się nie przydadzą. Trzy lata pełne nieustannej ucieczki i walki o życie. Wciąż jestem wolna. Żadne imperium nie zdołało mnie złapać. Jednego jestem pewna: wolę zginąć niż im się poddać. Miałam dość czasu, by dotrzeć nawet do tajnych informacji imperiów. Wiem, że jeżeli przeżyję w czyichś rękach, stanę się trofeum, a zarazem własnością tego imperium. Prawa zabraniały eksperymentów na ludziach, ale nie zakazywały wykorzystywać do tego celu trofeów. Dobry powód, by zmusić Wybranych do ucieczki, zamiast do przymierza z jednym z imperiów.

Wiem też, że jeszcze nigdy żaden Wybrany nie dotrwał do końca czasu wojny niezłapany i żywy. Nie łudzę się, że dokonam tego jako pierwsza. Minęły trzy lata, a mnie już brakuje sił. Kilkakrotnie jedynie cudem wyrywałam się z obławy. A pozostały jeszcze dwa lata…

Nie mam pojęcia, kto wymyślił tak głupią grę, ale marzę, by zabić sukinsyna. Tak, szalenie fajna gra: zrobić z człowieka zwierzynę łowną.

Nie kontaktowałam się z moją rodziną, więc nie wiem, czy w ogóle żyją. Chciałabym, żeby nic im się nie stało, lecz rzeczywistość jest brutalna. Stałam się zimna. W moim sercu pozostało miejsce jedynie na wolę przetrwania, determinację i przemożną chęć odegrania się, przeszkodzenia imperiom. Przez trzy lata wymyśliłam nawet, jak tego dokonać. Dzisiaj, po wielu przygotowaniach, zamierzam wprowadzić plan w życie.

Zdecydowanym krokiem idę ciemną jaskinią oświetlaną blaskiem mojej latarki. Słyszę szum niedalekiej, podziemnej rzeki. Po kilku minutach dochodzę do krańca skalnego chodnika, a metr pode mną płynie rwący, choć niespecjalnie głęboki strumień. Skaczę w dół i wśród rozprysków wody zanurzam się prawie po kolana. Na szczęście mam wysokie, nieprzemakalne buty. Prąd pcha mnie w odpowiednim kierunku, ułatwiając marsz. Latarką oświetlam sobie ściany, by nie przegapić włazu. Jest! Kiwam głową z zadowoleniem. Podchodzę bliżej i podłączam łamacz kodów. Kilka minut później właz otwiera się przede mną posłusznie. Jak na Centralną Serwerownię, trochę słabe mają zabezpieczenia. Zostawiam za sobą rzekę, która służy do chłodzenia systemów i ostrożnie wchodzę do niewielkiego pomieszczenia.

Właz zamyka się za mną automatycznie. Rozglądam się. W szafach widzę nieprzemakalne kombinezony oraz sprzęt do badania wody. Nic ciekawego. Skradam się do drzwi. Ponownie używam łamacza kodów własnej roboty, który skutecznie obchodzi wymóg podania numerycznego hasła. Drzwi przesuwają się z cichym sykiem. Trzymam pistolet w gotowości. Korytarz jest jasno oświetlony, co sprawia, że czuję się nieswojo. Wolę mrok od blasku. Jest bezpieczniejszy. Mimo to zostawiam za sobą pomieszczenie z włazem.

– Kto tam jest? – słyszę.

Odwracam się błyskawicznie. Naciskam spust, a ochroniarz pada na ziemię. Nie zabiłam go, tylko ogłuszyłam. Zabijałam już wielu w ciągu tych trzech lat. Przestało to na mnie robić szczególne wrażenie, ale w dalszym ciągu unikam zadawania śmierci. Przecież żołnierze są tylko pionkami – takimi samymi jak ja. Zbliżam się do bezwładnego ochroniarza i wyjmuję mu pistolet, po czym wsadzam go sobie za pasek. Broni nigdy za wiele.

Poruszam się cicho, ostrożnie. Nie widzę kamer, lecz nie wątpię, że tutaj są. Właściwie, dlaczego się skradam? Już wcześniej wiedziałam, że podczas tej misji bez wątpienia zmierzę się z żołnierzami co najmniej jednego imperium. Jestem na to gotowa.

Znam plany centrum na pamięć, więc bez zawahania pędzę białymi korytarzami. Odpycham zagradzających mi drogę informatyków. Przede mną stoi ochroniarz. Bez większego problemu trafiam go ładunkiem ogłuszającym. Docieram na trzecie piętro i strzelam do czterech ochroniarzy pilnujących wejścia. Najwyraźniej nie spodziewali się mnie. Tym razem nie patyczkuję się z łamaczem kodów, tylko podkładam ładunek wybuchowy do pancernych drzwi. Kiedy kryję się przed wybuchem, informatycy z przerażeniem umykają na boki. Kulą się, nawet nie krzycząc. Nie wiedzą, kim jestem. Podnoszą ręce z deklaracją poddania. Nie zwracam na nich uwagi.

Donośna eksplozja wzbudza panikę w pracownikach. Uciekają w popłochu. Dzwoni mi lekko w uszach, ale bez zwłoki wracam do utworzonego właśnie przejścia. Unosi się tam dym. Przechodzę przez niego, by znaleźć się w wielkiej sali pełnej monitorów i informatyków kontrolujących urządzenia. Patrzą na mnie zszokowani.

– Rzuć broń! – krzyczy ochroniarz.

Strzelam w niego. Rzucam się w bok, gdy celuje we mnie dwóch jego kolegów. Trafiam również w nich. Podbiegam na drugi koniec sali, do głównego komputera. Jestem już tak blisko…

Głośny tupot roznosi się echem po centrali.

– Nie ruszaj się! – Ten głos brzmi groźniej.

Odwracam się powoli. Celuje we mnie cały oddział niebieskich żołnierzy. Gwałtowny wybuch ciska mną o podłogę, ale wstaję szybko. Jedną ze ścian rozwalili czerwoni, by dostać się do sali. Teraz także oni kierują we mnie broń. Nie przejmuję się tym szczególnie.

– Poddaj się, a nikomu nie stanie się krzywda! – woła dowódca czerwonych.

– Wy się poddajcie, a ja się nie zabiję – oświadczam spokojnie, przystawiając sobie pistolet do głowy.

Czerwona lampka przy lufie wskazuje na tryb śmiertelny, nie ogłuszający. Dowódcy obu oddziałów wahają się wyraźnie. Doskonale wiem, dlaczego. Od kilku wieków nie było zwycięzcy wojennej gry. Tym razem żadne imperium nie pragnie śmierci Wybrańca. Oni chcą, żebym przeżyła za wszelką cenę.

– Rzućcie broń – rozkazuję – albo się zabiję.

Kiedy nie reagują, zbliżam palec do spustu. Dowódcy natychmiast wskazują podwładnym, by rzucili broń. Dobrze, ale zaraz pewnie wymyślą inny sposób na unieszkodliwienie mnie. Powoli cofam się do wielkiego komputera. W dłoni ściskam drobniutki chip. Z napięciem obserwuję żołnierzy. Widzę, jak dowódcy nie spuszczają ze mnie wzroku i już kombinują, co ze mną zrobić.

Ręką macam za sobą główne urządzenia komputera. Wciskam chip do gniazda. Teraz sprawdzę, czy mój wirus spełni swoje zadanie. Pracowałam nad nim intensywnie przez ponad dwa lata. Poprzez wszechobecną sieć miał wcześniej czy później dostać się do praktycznie każdego komputera na świecie. Wykasuje wszystko i wywoła przeciążenie, gdzie się da: w elektrowniach i statkach kosmicznych przede wszystkim. Ciekawe, jak w takiej sytuacji imperia będą toczyć swoje gierki.

Oczekuję z zapartym tchem. Widzę, jak dowódca czerwonych daje swoim żołnierzom znaki. Nie potrafię obserwować wszystkich jednocześnie. No, szybciej! Wirusie, działaj!

Wszystkie monitory w tym samym momencie wyświetlają jeden komunikat:

 

CHRZAŃCIE SIĘ

 

Uśmiecham się z dziką satysfakcją.

A potem wszystko definitywnie gaśnie.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Nie przemawia do mnie taka zabawa w wojnę. To znaczy, nie wierzę, że dałoby się coś takiego przeprowadzić. Skoro imperium, to pewnie nie demokracja, ale… ekonomicznie taka zabawa wydaje mi się bez sensu. Niewykluczone, że najsilniejsze gospodarczo stałoby się to państwo, które nie brałoby w niej udziału. Za droga ta gra.

północ według międzyplanetarnego, standardowego zegara.

Planety mają różne czasy obrotu dookoła osi, mało prawdopodobne, że dokładnie nasze 24 godziny. Trudno byłoby zsynchronizować różne zegary.

Babska logika rządzi!

Dopokąd nie okazało się, że czas wojny to gra, czytałem z zainteresowaniem. Pomimo tego, że tekstów, w których centralną osobą jest ktoś wybrany przez kogoś do czegoś, znam co najmniej kilka.

Reszta komentarza brzmiałaby bardzo podobnie do komentarza powyżej. Ekonomika… Czas uniwersalny…

 Pomysł z czasem wojny, skojarzył mi się od razu z Orwellem i hasłem “Wojna to pokój”. Niby wybraniec jest ograny, ale reszta jest wystarczająco mocna, by przyciągnąć moją uwagę. Końcówka jednak mogła być bardziej ekscytująca… Nieco się na niej zawiodłem :(

@Finkla. W układzie gdzie masz kilka wrogo nastawionych do siebie galaktycznych mocarstw, takie rozwiązanie (choćby bezsensowne) jest całkiem prawdopodobne. W “1984“ jest wyjaśnione, czemu służą takie militarne zabawy.

lol

Będę się upierać, że nie jest prawdopodobne. :-)

Jeśli mocarstwa są galaktyczne, to dlaczego wojska wszystkich szaleją po jednej planecie? Wyobrażasz sobie, że na Ziemi armie amerykańska, rosyjska i tubylcza przez kilka lat wybijają się wzajemnie w jakimś mieście/ regionie/ kraju, nie przejmując się zbytnio losem ludności cywilnej i nikomu ta sytuacja nie przeszkadza? Gdyby to była planeta niejako “wspólna”, skolonizowana tylko po to, by być poligonem, to w porządku. Ale znowu – drogo ta gra wypada…

W “1984” panował skrajny totalitaryzm, a obywatele nie mieli dokąd uciekać. Zresztą od urodzenia opiekowały się nimi służby dobrze zaprawione w praniu mózgów. W opowiadaniu nic takiego nie ma – że wojna jest grą napisano w starych gazetach, a bohaterka o tym nie wiedziała, bo nigdy się nie zainteresowała. Nawet w jej dzieciństwie dorośli widać nie dyskutowali na ten temat, nie powstawały filmy…

Babska logika rządzi!

Tu nie u Orwella, ale u Wnuka-Lipińskiego trzeba szukać analogii. Odleglejszej, ale bliższej prawdy.

Na początek mam pytanie – czy w języku polskim nie ma odpowiedników słów error i warning?

 

Dla mnie, jak dla Finkli, taka gra wojenna nie wydaje się możliwa.

Co dwadzieścia lat organizują sobie pięcioletnie igrzyska, które demolują całe miasta, na odbudowanie których mają chwilę (nawet nie te dwadzieścia lat). Bo kolejne pokolenie po tym czasie nawet się wojną nie interesowało, wychowało się bez wspomnienia wojny. Taka woja i ekspresowe powojenne naprawy moim zdaniem są zbyt kosztowne. Nie uwierzę. (Wszystkie “wojny” w tym fragmencie zamierzone).

W wybrańca też nie uwierzę. Człowiek losowo wybrany przez komputer – pierwszy lepszy cywil. Rozumiem, że teoretycznie nie musi być komandosem. Wystarczy, że kolejne armie będą go sobie odbijały i pilnowały, by po pięciu latach (na grzyba tak długo?) wygrać, nie dlatego, że wygrało się bitwy, ale ma się u siebie wybrańca. Nie kupuję tego.

Jak i zachowania bohaterki. W szczególności w centrum dowodzenia grą/wojną. To co? Tylko kilku ochroniarzy i sami informatycy? Żadnych wojskowych poza dowództwem? I tak sobie przebiegła te korytarze bez problemów?

 

Na plus mogę dodać, że tekst napisany jest całkiem przyzwoicie (mimo tych kilku nieszczęsnych angielskich wtrąceń, na które mam alergię).

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Opowiadanie jest tak niewiarygodne, wręcz pozbawione sensu, że przez to aż zabawne. Zdaję sobie sprawę, że nie takie były oczekiwania Autorki, ale nic nie poradzę, że Wybrana nie wywarła na mnie żadnego wrażenia, poza niesmakiem.

Wykonanie pozostawia wiele do życzenia.

 

Ziew­nę­łam ukrad­kiem, prze­cie­ra­jąc oczy. – Dlaczego ziewała ukradkiem?

 

Po raz ko­lej­ny sku­pi­łam się na jed­nej z pętli, w któ­rej prze­pro­wa­dza­łam naj­waż­niej­sze ope­ra­cje. W sku­pie­niu czy­ta­łam… – Powtórzenie.

 

czy­ta­łam ko­lej­ne in­struk­cje, jakie ka­za­łam robić kom­pu­te­ro­wi. – …czy­ta­łam ko­lej­ne in­struk­cje, które ka­za­łam robić kom­pu­te­ro­wi.

 

Nie no… Po­waż­nie? – jęk­nę­łam cicho na głos. – Jednocześnie cicho i na głos???

Czy mogła jęknąć, nie wydając głosu?

 

więc po­sta­no­wi­łam wy­ko­rzy­stać ten czas. Wsta­łam i prze­cią­gnę­łam się po dłuż­szym cza­sie sie­dze­nia w bez­ru­chu. – Powtórzenie.

 

Choć mia­łam na sobie tylko krót­kie szor­ty oraz ko­szul­kę… – Masło maślane. Czy szorty mogą być długie?

 

Ok., ktoś prze­gi­nał.OK, ktoś prze­gi­nał.

 

Nawet nie mo­głam się odłą­czyć od in­ter­ne­tu… – Nawet nie mo­głam się odłą­czyć od In­ter­ne­tu

 

Nawet przez okna nie wpa­dał neo­no­wy blask, bo dawno je za­sło­ni­łam. Opa­dłam na łóżko… – Niemal powtórzenie.

 

Wciąż sły­sza­łam wy­bu­chy i po­tęż­ne strza­ły: nie pi­sto­le­tów, lecz cze­goś w roz­mia­rach tor­ped. – Skąd wiedziała, jak brzmią wybuchające torpedy?

 

Wyj­rza­łam przez grube szkło chro­nią­ce mnie od otwar­tej prze­strze­ni po­mię­dzy wie­żow­ca­mi.Spojrzałam przez grube szkło

By wyjrzeć przez szkło, musiałoby ono mieć otwór, przez który można wysunąć głowę.

 

Od stro­ny star­cia le­cia­ła tor­pe­da. – To znaczy, że skąd leciała?

Jeśli się nie mylę, torpeda jest pociskiem podwodnym.

 

Bła­ga­łam los, by w ogro­dzie wraz ze mną nie było ni­ko­go in­ne­go. Je­że­li ktoś wy­po­czy­wał po dru­giej stro­nie ogro­du… – Powtórzenie.

 

Wy­glą­da­łam strasz­nie: za­czer­wie­nio­ne oczy, po­ma­za­na sadzą twarz, włosy w cał­ko­wi­tym nie­ła­dzie, na­de­rwa­ne, nad­pa­lo­ne oraz za­krwa­wio­ne ubra­nie. – Rozumiem, że wyglądała strasznie, że włosy mogła mieć w nieładzie i nadpalone, ale ciekawi mnie, co sprawiło, że były naderwane?

 

Wy­cią­gnę­łam ta­blet z torby. – Czy rzeczywiście tablet był z torby?

Może: Z torby wyciągnęłam tablet.

 

choć byłam prze­ko­na­na, że nie do­sta­nę żąd­nych sen­sow­nych wy­ni­ków. Pra­gnę­łam się po pro­stu upew­nić. Zaraz osta­tecz­nie prze­ko­nam się… – Powtórzenie.

 

tam będę mogła po­szpe­rać w in­ter­ne­cie. – …tam będę mogła po­szpe­rać w In­ter­ne­cie.

 

Przy­po­mnia­łam sobie pełne akcji gry, w które cza­sem gry­wa­łam. – Masło maślane.

 

Ok., wy­obraź sobie… – OK, wy­obraź sobie…

 

Po­wo­li zbli­ży­łam się do zlewu. – W toaletach są umywalki.

 

Pęd po­wie­trza plą­tał mi włosy, jakby nie wy­glą­da­ły już do­sta­tecz­nie źle. – Nie wierzę, że mogła myśleć o stanie włosów.

 

Ulicą bie­gli wciąż żywi lu­dzie… – Czy istniała możliwość, by nieżywi też biegli?

 

Nim się roz­my­śli­łam, za­blo­ko­wa­łam bu­tel­kę przy pe­da­le… – Wydaje mi się, że nie butelkę zablokowała, tylko pedał butelką.

 

zna­cze­nie czasu wojny. Tylko skąd mo­gli­śmy wpaść na taki po­mysł? W każ­dym razie, czas wojny wy­gry­wa im­pe­rium, które w chwi­li za­koń­cze­nia pię­cio­let­nie­go okre­su wojny jest… – Powtórzenia.

 

Po­wstrzy­ma­łam mdło­ści na myśl o ko­lej­nym tru­pie, ja­kie­go zo­ba­czę… – Po­wstrzy­ma­łam mdło­ści na myśl o ko­lej­nym tru­pie, którego zo­ba­czę

 

ostroż­nie prze­su­nę­łam się bli­żej. Zbli­ża­ło się do mnie parę osób… – Powtórzenie.

 

Mi­nę­ły trzy lata, a mi już bra­ku­je sił.Mi­nę­ły trzy lata, a mnie już bra­ku­je sił.

 

Gwał­tow­ny wy­buch rzuca mną na pod­ło­gę… – Gwał­tow­ny wy­buch rzuca mnie na pod­ło­gę

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

“Zaginioną flotę” przeczytałem od deski, do deski, oglądam “Star Warsy” grałem w najróżniejsze strategie kosmiczne od stareńkiego Master of Orion począwszy. Opowiadanie zupełnie pomija coś takiego jak rozmiary kosmosu. Załóżmy, że to bardzo małe imperia, każde mające tylko jedną planetę i to wszystko w tym samym układzie gwiezdnym. Jeśli ogłosi się kto jest wybrańcem to imperium na terenie którego on przebywa zyska bezwzględną przewagę nad pozostałymi. Oni muszą dolecieć, od jakiejś granicy, a miejscowi już tu są. Skoro wojnę wygrywa imperium posiadające wybrańca, to łatwo wyobrazić sobie taką sytuację, że przygotowuje się przed czasem wojny 10 superokrętów kosmicznych (szybkość/zasięg/ładunek zapasów), zanim nadlecą inni, pakuje się na pokład jednego z nich Wybrańca i zabiera go/ją w podróż trwającą przez cały czas wojny. Statków jest 10 mają przewagę dystansu nad ewentualnym pościgiem więc bezproblemowo można by wygrać małym kosztem.

 

In jeszcze jedna uwaga. Skoro wojna jest o wybrańca i jego zdobycie jest jej celem, to nikt nie przeznaczy go na eksperymenty medyczne. Przecież taki numer zdemoralizowałby skrajnie żołnierzy, którzy przez 6 lat ginęli by go/ją ochronić lub pojmać.  

Uginając się pod falą Waszych uwag, chciałam tylko odpowiedzieć na pytanie Śniącej.

 

Na początek mam pytanie – czy w języku polskim nie ma odpowiedników słów error i warning?

Użycie tych słów w języku angielskim jest celowe, bo to slang informatyczny. Większość tego typu zwrotów właśnie się nie tłumaczy, tylko odmienia po polsku.

 

Dziękuję bardzo za to, że poświęciliście czas na przeczytanie i skomentowanie mojego opowiadania. Wszystkie uwagi wezmę sobie do serca.

Może to zależy od firmy, czy grupy, bo u mnie w pracy informatycy mówią i piszą po polsku, czyli używają słów błąd, kod błędu, ostrzeżenie itd. Zresztą w poprzedniej pracy było to samo (międzynarodowa korporacja – tak dla jasności).

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

To może faktycznie zależy. U mnie w pracy akurat wszyscy używają angielskich zwrotów, na uczelni też. Dlatego chciałam oddać ten styl.

Przeczytałam bez bólu, mam podobne wrażenia, jak po oglądaniu większości amerykańskich filmów sf – ładnie wygląda, ale nie trzyma się kupy. Wiele nieprawdopodobieństw jestem w stanie przyjąć na wiarę, jako punkt wyjściowy “co by było, gdyby tak się dało”, ale dwudziestolatka, która daje radę komandosom i to przez trzy lata… ma czas i środki, by opracować superwirus i superprogram do łamania kodów… i jeszcze można by wymieniać.

Natomiast językowo – czyta się gładko i bez specjalnych zgrzytów. Warsztat jest.

Dobrze się czytało :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka