- Opowiadanie: BarbaraJ - Fel omnibus idem

Fel omnibus idem

Wczoraj spotkało mnie wyjątkowo dużo złośliwości ze strony innych ludzi. Ot, zdarza się. Przypomniało mi to jednak o opowiadaniu, które powstało po podobnym dniu...

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Fel omnibus idem

Wszystko zaczęło się krótko przed świętami Bożego Narodzenia.

 

Może sprawy potoczyłyby się inaczej, gdyby… Nie, nie ma sensu tego roztrząsać. Zdarzyło się i już.

 

Tego dnia temperatura spadła znacznie poniżej zera, dlatego bezdomni już wczesnym popołudniem porzucili swoje zajęcia i skupili się na poszukiwaniu ciepłego lokum. Było im ciężko.

Porwani gorączką ostatnich przedświątecznych przygotowań mieszkańcy miasta chodzili wściekli i dużo mniej wyrozumiali. W procesie bezsensownego marnowania ogromnej ilości pieniędzy – na rzeczy, które nikomu się nie przydadzą oraz na jedzenie, którego spora część wyląduje na śmietniku, nie mieli ochoty oglądać tych, dla których te kwoty wystarczyłyby na rok egzystencji.

Do tego piwnice, zazwyczaj całkiem przyjemne miejsce na nocleg lub przeczekanie najgorszych mrozów, teraz zaroiły się od postękujących gniewnie tatusiów, przeczesujących przykryte rocznym kurzem półki w poszukiwaniu lampek choinkowych, które i tak za chwilę okażą się przepalone, i naburmuszonych dzieci, wysłanych na dół po marynowane grzybki przez zajęte w kuchni matki. Oczywiste było, że bezdomni nie mieli tam czego szukać. Przepędzani z miejsca na miejsce, marzli i narzekali.

Ostatecznie rozwiązaniem okazał się Młyn. Ten wielki, opuszczony budynek przy miejskiej wylotówce, trochę cofnięty względem drogi i pozbawiony bezpośredniego sąsiedztwa, już od pewnego czasu dawał schronienie wielu z nich. Do tej pory był dość dobrze strzeżony, gdyż grupa, która przejęła go w posiadanie, nie dopuszczała do swojego lokum byle kogo, jednak w obliczu śniegu i mrozu w końcu się ugięła. Oczywiście, wieści rozeszły się lotem błyskawicy, zawsze się rozchodzą. I teraz, od kilku godzin, pojedynczo lub w małych grupkach, szurając ze zmęczenia zmarzniętymi nogami, bezdomni napływali do Młyna. Szli coraz śpieszniej ciemniejącymi z chwili na chwilę uliczkami. Nieśli fragmenty mebli, papiery, alkohol, coś do zjedzenia. Wiadomo było, że z pustymi rękami się nie przychodzi. Powoli przekraczali wąskie, obwieszone szmatami dla ochrony przed napierającym zimnem wejście i z ulgą zanurzali się w pachnącym stęchlizną i ludzkimi wyziewami, wilgotnym półmroku. Było ich zatrważająco wielu.

***

Zenek pociągnął nosem i wcisnął głowę w ramiona, by chociaż trochę ochronić twarz przed kąsającym mrozem. Przystanął i poprawił szelki plecaka. Zawartość kłuła go w plecy, a ręce omdlewały od dźwiganego ciężaru, jednak już dawno nie był tak zadowolony. Coś go tknęło i zanim skierował się do Młyna, przeszedł się jeszcze po Leśnym. Miał szczęście. Kiedy już prawie wyszedł z osiedla, a zawędrował pod sam las, nieoczekiwanie trafił na świeżą wystawkę. Miał już nieźle wypchane kieszenie i plecak, ale takiej okazji nie mógł przegapić. Od razu w oczy rzuciła się mu wepchnięta w krzaki stara kanapa. Stanowiła niezłą zdobycz. W szarości zapadającego zmroku widział złote nitki pobłyskujące w powycieranym materiale siedziska i śmiesznie powyginane poręcze. Wyglądało na to, że będzie trochę niewygodna, ale nie miało to znaczenia, jeśli mogła zapewnić trochę ochrony przed przenikliwym zimnem, ciągnącym ze ścian i podłóg. Zenek już od dłuższego czasu nie mógł pozbyć się duszącego kaszlu, z nosa ciekło mu niemal bez przerwy od pierwszych chłodniejszych dni i każde udogodnienie było na wagę złota. Postanowił, że zwoła chłopaków i jeszcze dzisiaj przyjdą po nią z wózkiem.

Bliżej drogi leżało biurko z połamanymi nogami i jakieś drobne rupiecie. Uważając, by nie nadziać się na sterczące drzazgi, odłamał do końca mniejsze drewniane fragmenty, odłożył je na kupkę i przyjrzał się pozostałym przedmiotom. Niemal wszystko nadawało się do zabrania. Zwrócił uwagę na stare papiery, których spora paka, związana jutowym sznurkiem, tkwiła w śniegu. Nie zdążyły namoknąć i będą się nieźle palić, poza tym wkład w jego butach już też od dłuższego czasu nadawał się do wymiany.

Bezdomny położył paczkę obok przygotowanego stosu drewna i sięgnął po fragment rozbitych drzwiczek, ciemny i suchy ze starości, kiedy jego wzrok przykuło coś szczególnego. Wyciągnął rękę i wygrzebał ze śniegu małe, drewniane pudełko. Podniósł je do oczu i delikatnie oczyścił zmarzniętymi palcami. Było gładkie, bez jakichkolwiek ozdób, tylko na jednej ściance wyczuł niewielki otwór.

Za plecami Zenka zapaliła się pierwsza latarnia i na ciemnej, polerowanej powierzchni zamigotało jej odbicie. Potrząsnął przedmiotem, jednak ze środka nie dobiegł żaden dźwięk. Szkatułka była tak lekka, że mogła być pusta, ale była ładna i postanowił zbadać ją później. Wsadził pudełko do kieszeni, zebrał resztę łupu i ruszył do Młyna.

***

Koza dawała przyjemne ciepło, a alkohol rozgrzewał od środka. Zenek rozsiadł się na swojej nowej kanapie i przymknął powieki. Zdążył pogrążyć się w błogim odrętwieniu, kiedy szarpnął nim kolejny atak bolesnego kaszlu. Zgiął się w pół pod wpływem wysiłku, oczy zaszły mu łzami. Po chwili odzyskał oddech i splunął na podłogę gęstą, buro-czerwoną flegmą. Wytarł usta rękawem.

– Cholerne gówno – mruknął i uderzył się pięścią w klatkę piersiową, jakby mogło mu to pomóc. Z dnia na dzień było coraz gorzej.

Rozejrzał się. Inni spali, odurzeni alkoholem i ciepłem, które rozkładało na łopatki po całym dniu na mrozie. Jemu odechciało się spać. Cholerny kaszel całkiem go rozbudził.

Na dnie jednej ze stojących w pobliżu butelek dostrzegł resztkę wódki. Podniósł ją do ust i wychylił do dna, czując, jak płyn przyjemnie grzeje mu gardło i koi obolałe wnętrze. Odstawił butelkę i ze stęknięciem oparł się ponownie o twarde oparcie. Rzeczywiście kanapa była niewygodna.

Powiódł wzrokiem po pokoju. W pomieszczeniu panował półmrok, rozjaśniany tylko ciepłym blaskiem bijącym z piecyka i kilkoma świeczkami, których płomienie migotały w przeciągu, rzucając ruchome cienie na poznaczone zaciekami ściany. Niezależnie od pory, zawsze było tu ciemno. Zasłonili okna czym się dało, by chociaż trochę odgrodzić się od mrozu i nie zwracać na siebie niepowołanej uwagi, jednak przez to całkowicie odcięli się od zewnętrznego światła.

Nagle przypomniał sobie o szkatułce. Sięgnął do kieszeni, wyciągnął znalezisko i obrócił w palcach. Pudełeczko zalśniło w płomieniach świec. Czarna powierzchnia wydawała się ciepła. Wstał i podszedł do kozy. Otworzył metalowe drzwiczki, by zyskać więcej światła i przy okazji rozgrzać skostniałe ręce. Na gładkiej powierzchni nie było widać żadnych rys. Mogło się wydawać, że to po prostu jednolity sześcian, kostka, gdyby nie niewielki otwór, który od razu nasuwał myśl o mikroskopijnej dziurce od klucza. Zenek znowu potrząsnął przedmiotem i ponownie nic nie usłyszał. Zniecierpliwiony, rozejrzał się za jakimś ostrym narzędziem.

W tym momencie za jego plecami rozległ się szelest, a po chwili chrypliwy wrzask.

– Dzzie moja wóda?!

Kompletnie pijany mężczyzna wstał ze swojego legowiska, zmrużył oczy w daremnej próbie przeniknięcia panującego wokół półmroku i ruszył przed siebie. Zatoczył się, jednak odzyskał równowagę. Zauważył Zenka i rycząc z wściekłości ruszył w jego kierunku. – Tyyy! Złozieju!

Zaskakująco szybko pokonał dzielącą ich przestrzeń, wziął szeroki zamach, jednak w ostatniej chwili się potknął i całym ciężarem runął na Zenka. Polecieli do tyłu, prosto na rozgrzaną kozę.

Zenek wrzasnął, w powietrzu uniósł się zapach palonego ciała i ubrań.

– Co ty kurwa! – krzyknął histerycznie i odepchnął mężczyznę.

Podniósł do oczu poparzoną rękę i na widok krwawo-czarnych, spalonych tkanek wrzasnął ponownie. Napastnik, kompletnie oszołomiony, patrzył tylko szklanym wzrokiem, chwiejąc się lekko.

Hałas obudził pozostałych. Zenek płakał, trzymając wyprostowaną dłoń daleko przed sobą. Bał się nawet poruszyć, by nie wywołać kolejnej fali oszałamiającego bólu.

Jedna ze śpiących w młynie kobiet podeszła do mężczyzny i pochyliła się, by obejrzeć ranę z bliska. Cmoknęła z wrażenia.

– Trzeba na pogotowie.

Zenek prychnął ze złością. Łzy bólu nieprzerwanie ściekały mu po twarzy. Otarł je rękawem i rozejrzał się po otaczających go gapiach. Nikt nie pokwapił się, żeby mu pomóc. W końcu, nadal płacząc i przeklinając, przecisnął się ostrożnie pomiędzy porozkładanymi gęsto posłaniami i zaczął ciężko schodzić po schodach.

 

Kobieta odczekała, aż umilkną dudniące na drewnianych stopniach kroki Zenka i szybko rzuciła okiem na jego rzeczy. Zauważyła leżący na ziemi czarny przedmiot.

– A to co?

Zaciekawiona, schyliła się i podniosła go do światła. Gładkie ścianki pudełka były miłe i ciepłe, o wiele cieplejsze niż jej lodowate palce.

Nikt inny się nie zainteresował. Po chwili zamieszania wszyscy wracali na swoje miejsca, wszelkimi sposobami starając się zatrzymać zgromadzone ciepło na resztę nocy. Alkohol się skończył i lepiej było ponownie pójść spać.

Kobieta podeszła do piecyka, by zyskać trochę światła. Obejrzała dokładnie kostkę. Nie znalazła zamka ani żadnej szczeliny, w którą dałoby się wcisnąć nóż. W końcu położyła przedmiot na podłodze i spróbowała go rozdeptać, jednak również bez powodzenia. Rozczarowana, wzruszyła ramionami i cisnęła przedmiot do wciąż otwartej kozy.

Nie zauważyła, że kiedy płomienie objęły polerowane drewno, na jego powierzchni zajaśniał skomplikowany wzór, a oczy wrysowanej w nim głowy kozła zapłonęły czerwienią. Nie zauważyła również słów, będących równocześnie ostrzeżeniem i mroczną obietnicą: Fel omnibus idem. Nie miało to zresztą specjalnego znaczenia, bo i tak by ich nie zrozumiała. A potem wszystko potoczyło się błyskawicznie.

Ogień potrzebował kilku sekund, by strawić ścianki szkatuły. Rozległ się nieludzki wrzask, a potem śmiech, kiedy ze spopielonych szczątków wyleciały obrzydliwe strzępy lodowatej ciemności i połączyły się w jedność. W następnej sekundzie cień zawirował i rozpadł się ponownie, tym razem na miliony małych cząstek, które niczym stado tłustych much wzbiły się w powietrze i czarną chmurą wyleciały przez szpary w ścianach. Część wniknęło w ciała bezdomnych. Małe pasożyty wgryzły się w ich dusze, czerpiąc siłę z panującego w nich mroku.

Rozległ się huk, kiedy wybuchła koza, zalewając obecnych fragmentami rozgrzanego do czerwoności żelastwa i płonącymi kawałki drewna. Ludzie, wrzeszcząc z bólu i strachu, poderwali się do ucieczki, jednak płomienie momentalnie objęły całe pomieszczenie. Rzucili się do okien, ale te, pozabijane na głucho, były nie do przebycia. Mimo to rwali deski gołymi rękami, walcząc przy tym między sobą, dopóki ogień nie objął ich w posiadanie. Wnętrze piekła, w jakie błyskawicznie zamienił się młyn, wypełniły wrzaski cierpienia. Na szczęście wspólna agonia trwała tylko kilka minut. Potem nie zostało nic prócz popiołu.

 

Ogień, który tak błyskawicznie się rozprzestrzenił, równie szybko zgasł, strawiwszy wszystko, co było do strawienia. Strażacy zwijali węże, zbierali sprzęt i pojedyncze wozy po kolei odjeżdżały w ciemność. Nikt z powoli rozchodzących się gapiów nie zwrócił uwagi na brudnego mężczyznę z zabandażowaną ręką, który wpatrywał się bez ruchu w ziejące ciemnością, okopcone okna.

Sparaliżowany strachem i ulgą Zenek myślał tylko o swoim szczęściu. Cudem ocalał! Jakakolwiek myśl o szkatułce nawet nie zaświtała mu w głowie. Nie zdawał sobie sprawy, jaką rolę odegrał, jednak Ciemność była sprawiedliwa i wkrótce otrzymał swoją zapłatę. Dzięki temu, co przyniósł w małym, czarnym pudełku, nie umierał długą i bolesną śmiercią na raka płuc, która jeszcze kilka godzin wcześniej była mu przeznaczona.

Nad ranem zdecydował się pójść do pomocy społecznej i napić się kawy. Kolejka była już spora, a on nie miał ochoty czekać. Przeskanował szybko tłum i po chwili dojrzał to, czego szukał. Kuternogę. Dziadek stał cierpliwie i mruczał coś do siebie, gestami pokręconych przez reumatyzm rąk podkreślając co ważniejsze myśli.

Zenek podszedł, wypchnął starego z kolejki i zajął jego miejsce. Był bardzo zaskoczony, kiedy ten zawsze zastraszony, niedowidzący mruk nie wycofał się jak zwykle, tylko postukał go w ramię pokrzywionymi palcami. Kiedy Zenek odwrócił się gniewnie w jego stronę, ten podniósł rękę szybkim gestem i wbił mu w oko widelec. Odczekał, aż ciało upadnie i ponownie stanął w kolejce.

 

Reszta to tylko coraz szersze kręgi na ciemnej wodzie.

 

Ola załkała i ukryła twarz w dłoniach.

– Ty już mnie nie kochasz!

Marek stanął w przedpokoju, wciąż ze świątecznym karpiem w reklamówce i popatrzył bezradnie na kobietę swojego życia, która stała w kuchni wśród rozbabranych przygotowań i zanosiła się szlochem. Ponownie zadał sobie pytanie, jak to możliwe, że w ciągu niespełna roku ich małżeństwa z radosnej dziewczyny zmieniła się w jęczącą, zazdrosną zołzę. 

– Kochanie – zaczął uspokajającym tonem. Wszedł w końcu do kuchni i odłożył rybę na blat. Nie miał ochoty na kłótnię. Wyciągnął rękę, by dotknąć ramienia żony, jednak ta odsunęła się od niego.

– Nie dotykaj mnie! – wrzasnęła piskliwie i uderzyła go w twarz. Cios był mocny, aż zadzwoniły mu zęby.

Mężczyzna podniósł rękę do palącego policzka i spojrzał na kobietę z niedowierzaniem.

– Oszalałaś?!

Ola wpatrywała się w swoją uniesioną dłoń, nie wierząc w to, co robiła. Z jej oczu znowu popłynęły łzy.

– Bo… – zająknęła się – …bo dzwoniła Iga i… i widziała cię z tą kobietą!

Marek poczuł, jak wściekłość ogarnia go gorącą falą i uderza do głowy. Znowu ta idiotka naplotkowała głupot, a jego kretynka oczywiście we wszystko uwierzyła!

Nagle miał dość. Zimna furia sprawiła, że zacisnął zęby.

– Pojebało cię! – syknął wściekle. Chwycił ją za ramiona i potrząsnął. – Nie wiem, czego ta suka ci naopowiadała i nie obchodzi mnie to. Mam już powyżej uszu ciebie i twoich urojeń!

Potrząsnął mocniej. Głowa dziewczyny poleciała gwałtownie do tyłu i do przodu, Ola jęknęła z bólu. Marek zawahał się, jednak nagle przyszło mu do głowy, że przecież zasłużyła na nauczkę. Jego ręce, jakby kierowane własną wolą, błyskawicznie zsunęły się z ramion na szyję żony i zacisnęły z wielką siłą. Kobieta zaczęła walczyć.

Poczucie wyzwolenia, jakie go opanowało na widok jej wytrzeszczonych oczu, było obezwładniające. Czerwona mgła zasnuwająca umysł nie pozwoliła mu dojrzeć zapowiedzi śmierci, która pojawiła się na jej twarzy obok przerażenia, kiedy macająca gorączkowo dłoń kobiety trafiła na kuchenny nóż. Zanim jej świat przesłoniła ciemność, ostatkiem sił wbiła ostrze w szyję męża. Marek wydawał się tego nie zauważać. Dusił żonę, dopóki nie ustały ostatnie podrygi umierającego ciała, dopiero potem osunął się w kałużę własnej krwi.

 

Kolejka rosła z chwili na chwilę. Zniecierpliwieni klienci rozglądali się w poszukiwaniu wolnej kasy, jednak wszędzie było równie pełno.

– Transakcja odrzucona! – kasjerka energicznym ruchem ponownie oderwała świstek, który w akompaniamencie denerwującego chrobotu drukarki obwieszczał kolejną nieudaną próbę zapłaty. – Może nie ma pani środków?!

Młoda kobieta ze łzami w oczach spojrzała na piętrzące się przed nią zakupy, potem na coraz bardziej wzburzonych ludzi za jej plecami.

– Byłam pewna, że mam – szepnęła.

– Słucham?! – zapytała kasjerka ostrym głosem.

Kobieta skuliła się, jakby ktoś ją uderzył, na bladych policzkach wykwitły ceglaste rumieńce.

– Pani! Tu ludzie czekają! – Gruby mężczyzna w opinającym ciało t-shircie pchnął ją lekko swoim wózkiem. Kobieta spojrzała na niego z mieszaniną przestrachu i złości.

– Co pan robi?!

– No dalej, płać pani do cholery! – podniósł głos i poczuła na twarzy kropelki jego śliny. Skrzywiła się z obrzydzenia. Drżącymi palcami wyciągnęła kartę kredytową i bez słowa podała kasjerce.

– Głupia pinda – dobiegło ją zza pleców.

Zacisnęła zęby. Wklepała pin i potwierdziła przyciskiem. Mężczyzna, zadowolony z widocznego poparcia reszty kolejki, nie potrafił się powstrzymać.

– Co się dziwić, blondyna. Takie powinny…

Kolejne wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Kobieta jednym ruchem przeciągnęła za siebie zagradzający jej drogę wózek i z całej siły rąbnęła grubasa w twarz. Jęknął i chciał się cofnąć, jednak wpadł plecami na kolejny wózek. Blondynka natychmiast doskoczyła i kopnęła go w krocze. Mężczyzna zawył z bólu. Twarz nabiegła mu krwią i zaczął osuwać się na podłogę, a wówczas kobieta chwyciła go za włosy i z całej siły uderzyła jego głową o kasę. Trzasnęła kość, z rozbitego nosa trysnęła krew. Blondynka uderzała i uderzała, aż jęki mężczyzny umilkły. W końcu puściła posklejane posoką włosy i z lekko roztargnionym wyrazem twarzy wytarła rękę w spodnie. Wyciągnęła kartę z terminala, zgarnęła zakupy i nie zatrzymywana przez nikogo, spokojnym krokiem skierowała się do wyjścia. Czuła się lekka jak piórko i cały świat wydawał się o wiele piękniejszy niż zwykle.

 

Pan Antoni zawsze uważał się za spokojnego człowieka, a od kiedy przeszedł na emeryturę nie miał żadnych powodów do złości. Z jednym wyjątkiem. Kiedy słyszał dudnienie basów dochodzące z mieszkania poniżej, resztki włosów stawały mu dęba a ręce zaczynały drżeć. Nienawidził tego rodzaju muzyki. Od razu zaczynała boleć go głowa i był zmuszony uciekać z własnego mieszkania.

Kiedyś zebrał się na odwagę i zaczepił chłopaka na korytarzu, jednak ten tylko zaśmiał mu się w twarz. W sumie Antoni mógł się tego spodziewać. Brudne włosy, opadające w strąkach na ciemne oczy i wiecznie skrzywione pogardliwie usta nie budziły zaufania. Chłopak był zepsuty i miał w nosie potrzeby innych. Pan Antoni z ciężkim sercem wycofał się wówczas do mieszkania, jednak w jego sercu zapuściła korzenie gorzka uraza.

Stroił właśnie choinkę, kiedy dudnienie odezwało się ze zdwojoną siłą. Antoniemu trzymana właśnie bombka wypadła z ręki. Spróbował ją złapać i zachwiał się niebezpiecznie na taborecie. Cudem zdołał utrzymać równowagę. Powoli, z bijącym mocno sercem, zszedł z krzesła i osunął się na fotel. Słyszał, jak kryształy dzwonią za szybą meblościanki. Spojrzał w tym kierunku i westchnął z rezygnacją. Nagle, jakby poruszone jakąś nową myślą, jego oczy zwęziły się i błysnęły twardo. Poruszając się mechanicznie i z niezwykłym dla niego zdecydowaniem, mężczyzna wszedł na chwilę do łazienki, potem wyszedł z mieszkania na klatkę schodową i skierował się po schodach w dół.

Chłopak nawet go nie usłyszał. Zaczytany w jakiejś książce, siedział tyłem do wejścia. Długie nogi oparł na biurku i bujał się na krześle w rytm upiornej muzyki. Pan Antoni przeszedł cicho przez pokój i błyskawicznie zarzucił mu na szyję sznur od szlafroka. Zaskoczony chłopak odchylił się gwałtownie do tyłu i zawisł na pasku, kiedy krzesło upadło na podłogę. Rozległ się trzask, Antoni zacisnął pętlę jeszcze mocniej. Chłopak szarpał się jeszcze przez chwilę, jednak zaskoczenie zwyciężyło siłę młodości i w końcu zwisł bezwładnie, z siną twarzą i wybałuszonymi oczami. Antoni odrzucił ciało, które opadło na podłogę z głośnym stuknięciem. Dokładnie zamknął za sobą drzwi. Wspinając się po schodach, gwizdał „Jingle Bells”. Czuł się wspaniale.

 

Jeszcze nigdy wcześniej Święta nie były tak przepełnione złością i agresją, a później… później nie było już żadnych świąt.

Koniec

Komentarze

Skojarzyło mi się z “Królową Śniegu” – przez te nieprzyjemne odłamki. No i trochę z puszką Pandory. Nie porwało, ale nie przepadam za horrorami, może dlatego. A może to przez brak jakichś porywająco oryginalnych pomysłów.

Tego dnia było szczególnie zimno, dlatego bezdomni już wczesnym popołudniem porzucili swoje zajęcia i skupili się na poszukiwaniu ciepłego lokum. Było im ciężko.

Powtórzenie.

podniósł głos i poczuła na twarzy kropelki jego śliny.

Chyba trzeba nie lada determinacji, żeby napluć w twarz komuś, od kogo oddziela nas sklepowy wózek z zakupami.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za wskazówki, poprawiłam powtórzenie.

Co do śliny… nie będę się zagłębiać w temat, ale zdarza się :)

Faktycznie musiała to być potężna dawka złośliwości…

Zbiorek fatalnie kończących się scen z pozornie normalnego życia wywarł na mnie wrażenie. Nie potrzeba straszyć specjalnie, z rozmysłem – wystarczy opisać, jak ludziom odbija… Ba! nawet szkatułek z demonem nie potrzeba.

Ładnie to napisałaś, Barbaro, a przy okazji uchyliłaś rąbka tajemnicy, skąd w ludziach tyle agresji i niczym nieuzasadnionej niechęci, a czasem wręcz nienawiści, do innych. I to nie tylko w okolicach świąt.

Tylko… Czy aby na pewno siły nieczyste maczają w tym kopytka?

 

i ze stęk­nię­ciem oparł się po­now­nie o twar­de opar­cie. – Powtórzenie.

Może: …i ze stęk­nię­ciem opadł po­now­nie na twar­de opar­cie.

 

i nie zwra­cać na sie­bie nie­po­wo­ła­nej uwagi… – Czy uwaga może być powołana lub nie?

Proponuję: …nie zwra­cać na sie­bie zbędnej uwagi… Lub: …i nie zwra­cać na sie­bie uwagi niepowołanych

 

Jedna ze śpią­cych w mły­nie ko­biet… – Wcześniej pisałaś wielką literą – Młyn.

Taki zapis występuje jeszcze w dalszej części tekstu: Wnę­trze pie­kła, w jakie bły­ska­wicz­nie za­mie­nił się młyn

 

i pło­ną­cy­mi ka­wał­ki drew­na. – …i pło­ną­cy­mi ka­wał­kami drew­na.

 

Męż­czy­zna pod­niósł rękę do pa­lą­ce­go po­licz­ka i spoj­rzał na ko­bie­tę z nie­do­wie­rza­niem. – Osza­la­łaś?! Ola wpa­try­wa­ła się w swoją unie­sio­ną dłoń, nie wie­rząc w to, co ro­bi­ła. – Powtórzenie.

Może w ostatnim zdaniu: Ola wpa­try­wa­ła się w swoją unie­sio­ną dłoń, nie pojmując tego, co ro­bi­ła.

 

Po­czu­cie wy­zwo­le­nia, jakie go opa­no­wa­ło… – Po­czu­cie wy­zwo­le­nia, które go opa­no­wa­ło

 

nie po­zwo­li­ła mu doj­rzeć za­po­wie­dzi śmier­ci, która po­ja­wi­ła się na jej twa­rzy obok prze­ra­że­nia… – By nie było powtórzenia, proponuję: …nie po­zwo­li­ła mu doj­rzeć za­po­wie­dzi śmier­ci, pojawiającej się na jej twa­rzy obok prze­ra­że­nia

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie jakoś nie poruszyło. Nie jest napisane źle, czytało się całkiem gładko, ale nie poczułem żadnej grozy. Zbiór scenek połączonych jakimś zamysłem, ale w zasadzie nie wciągających za bardzo. I motyw Zwyczajnym-Ludziom-Odwala-I-Zaczynają-Zabijać też już spotykany w tekstach i filmach.

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

To tajemnicze pudełko było całkiem intrygujące do momentu otworzenia. Późniejsze sceny z niedobrymi ludźmi robiącymi niedobre rzeczy wydały mi zbyt luźno z sobą powiązane, by mnie zaciekawić.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Nowa Fantastyka