- Opowiadanie: BarbaraJ - Zając

Zając

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Zając

…Było morze, w morzu kołek,

a na kołku był wierzchołek…

Jechałam nad morze. Na mój pierwszy urlop od trzech lat, cudem wciśnięty w napięty grafik własnej działalności gospodarczej.

Niecierpliwość wygnała mnie jeszcze przed świtem i teraz mogłam rozkoszować się pustą drogą, która, poprzetykana łatami i nierównościami, wiła się przede mną w malowniczych meandrach, zapewniając nieustającą rozrywkę.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie przyplątał się ten cholerny zając. Piosenka tłukła mi się nieustannie pod czaszką i nawet fragmenty melodii wyrywały się na wolność. Słoneczko powoli malowało okolicę na kolorowo, szosa pusta, a w samochodzie rozbrzmiewało

…Było morze, w morzu kołek,

a na kołku był wierzchołek.

Na wierzchołku siedział zając

I nóżkami przebierając śpiewał tak…

I od początku. Nawet nie byłam w stanie wyjść poza pierwszą zwrotkę. Od kilku godzin cholernik się mnie tak trzymał. Oczyma wyobraźni widziałam pluskające delikatną falą morze i ponadgryzany korozją, pokryty solą i zielonymi glonami palik falochronu. Na nim siedział puchaty zając, majdał łapkami i spoglądał na mnie z wyzywającym uśmiechem. Obraz był tak wyrazisty, że niemal przesłonił mi szosę.

Zdarza się, myślałam. Dotrę na miejsce, zajmę się urlopem i piosenka pójdzie w zapomnienie. Jak to mówią, nadzieja matką głupich.

Dojechałam. Dostałam pokój. To była tradycyjna i mocna “jedynka”: jedna wersalka, jeden stolik, jedno krzesło i jeden metr przestrzeni poza tym. Rzuciłam bagaże i czym prędzej wyszłam na plażę.

A tam tłumy. Pfff! Aż się w pierwszym odruchu cofnęłam.

No dobra. Jest lato, w sumie niczego innego nie można się było spodziewać. Zapanowałam nad chęcią natychmiastowego odwrotu i znalazłam wolny kawałek piasku. Złożyłam na pół ręcznik, bo cały się na tym dostępnym fragmencie nie mieścił, i usiadłam.

…Było morze…

Niczym uporczywy ból głowy, brzęczący komar w środku nocy…

Przymknęłam oczy i skupiłam się na odgłosach plaży. Spośród wycia jakichś silników, kilku rodzajów muzyki, krzyków i pisków dzieci oraz nawoływań zdenerwowanych rodziców starałam się wyłuskać szum morskich fal. Żywiłam nieśmiałą nadzieję, że pozwoli mi oczyścić umysł ze służbowych śmieci, no i w końcu pozbyć się denerwującego pasażera na gapę.

Na próżno. Czułam, jak powoli zaczyna tikać mi powieka.

W końcu zerwałam się na równe nogi. Z zaciśniętymi zębami przedarłam się przez ludzki dywan, oślizgłe, śmierdzące zdechłymi rybami glony przy brzegu i rzuciłam się w fale. Zanurkowałam, potem kolejny raz. No kurrrwa!

– Czego pan mnie szturcha?! – wyplułam z siebie razem z morską wodą w stronę grubego faceta, właściciela jadowicie zielonego dmuchanego krokodyla. Grubas uparcie wpływał mi nim na głowę, kiedy tylko wynurzałam się na powierzchnię.

– To p-pani niech p-patrzy, g-gdzie wyp-pływa! – odpyskował z prędkością zacinającego się karabinu maszynowego.

Twarz nabiegła mu czerwienią. Próbował z godnością utrzymać się na krokodylu, jednak sprawa była beznadziejna. Zwierzę wykonano ze śliskiej gumy i raczej z przeznaczeniem dla niższej klasy wagowej. Miałam ochotę na porządną pyskówkę, a facet aż się o to prosił, jednak na ten widok zrezygnowałam i tylko rzuciłam mu pogardliwe spojrzenie, po czym z potężnym chlapnięciem zniknęłam pod wodą. 

Cholerny puchaty zwierzak wyłonił się z zakamarków umysłu, kiedy tylko opuściłam gardę.

 

Wieczorem wybrałam się na spacer. Musiałam odpocząć od zgiełku polskiego, ehm, kurortu, który w połączeniu z piosenką brzęczącą bezustannie w mojej głowie stawał się nie do zniesienia.

Słońce powoli zachodziło, rzucając na plażę płonące cienie. Krok za krokiem, szłam coraz dalej i dalej, odgłosy cywilizacji pozostawiłam w końcu za sobą. Było ciepło, morze szumiało, fale delikatnie obmywały bose stopy i kradły spod nich piasek.

…Było morze…

– Odpierdol się! – wrzasnęłam w ciemność. Zacisnęłam pięści. Czułam, jak paznokcie wbijają mi się w dłonie.

– Aaaaaaaa! Wynocha! – krzyczałam, aż do zachrypnięcia. – Wynocha! Won!

W końcu się rozkaszlałam, oklapłam i usiadłam, gdzie stałam. Spodnie na tyłku natychmiast wchłonęły morską wodę. Świetnie. Pod pośladkiem wyczułam jakiś drobny kształt, muszelkę lub kamyczek. Wyciągnęłam cholerstwo i cisnęłam ze złością w fale. Nawet nie plusnęło.

Nagle coś przykuło moją uwagę. Zmrużyłam oczy, żeby lepiej widzieć. Nie było całkiem czarno, w międzyczasie zdążył pokazać się księżyc i teraz spoglądał na mnie z politowaniem widocznym na dziobatej twarzy.

Zacisnęłam na chwilę powieki i spojrzałam jeszcze raz. Dreszcz przeszedł mi po plecach. W głębi morza, na tle nieba rysował się wyraźnie jakiś dziwny kształt. Poruszył się. I znowu.

Sparaliżowana nagłym strachem obserwowałam, jak stworzenie nagle odbiło się od falochronu, na którym najwidoczniej siedziało, i poszybowało w moją stronę. Usłyszałam głuchy odgłos, kiedy wylądowało centymetry ode mnie. Wciągnęłam głęboko powietrze, nie mogąc uwierzyć w to, co widzę.

– No, wreszcie – sapnął z zadowoleniem wielki zając i odrzucił do tyłu długie uszy, które podczas lądowania opadły mu na oczy.

Był ogromny. Jak na zająca, oczywiście. Gdybym stała (dobrze się złożyło, że akurat tak nie było, bo w tej chwili nie mogłam ręczyć za siłę nośną własnych nóg, właściwie chyba nawet przestałam je czuć), sięgałby mi pewnie powyżej pasa. Lekka bryza poruszała gęstym, szarobrązowym futrem.

– Witaj. – Skinął głową.

– …??? – odparłam.

– Przybywam z misją. A ty zostałaś wybrana, by wraz ze mną zapobiec katastrofie – uzupełnił rzeczowym tonem.

W dalszym ciągu nie było mnie stać na nic poza milczeniem i bolesnym wytrzeszczaniem oczu.

– No, kobieto! – Zdenerwował się w końcu. Wyraźnie rozmowa nie rozwijała się po jego myśli. – Weź się w garść i wyduś coś z siebie w końcu!

– Dobrze mówisz po polsku – wyskrzeczałam przez ściśnięte gardło. Jakoś tylko to jedno przyszło mi do głowy. No bo w sumie dlaczego miałby mówić po polsku, to nie był amerykański film, gdzie wszystkie ufoludki lądują w Nowym Jorku i płynnie władają angielskim.

– Nie jestem kosmitą! – oburzył się zając.  

„Jeszcze czyta w myślach?!” Znowu mnie zatchnęło.

– No dobrze, widzę, że musimy powoli – westchnął po chwili, zdołowany. – Niedobrze, że jesteś taka nieodporna na wstrząsy. Idź sobie teraz, prześpij się, spróbujemy jutro. Przyjdź tu po śniadaniu, o ósmej. Z tyłu są takie krzaczki, tam na mnie zaczekaj.

Zanim mnie odblokowało, zdążył rozpłynąć się w nocnych cieniach. Może to i dobrze, gdyby zaczął kicać, mogłabym tego nie znieść.

Nie mam pojęcia, jak trafiłam do pokoju. Jednego byłam pewna, nie wybierałam się jutro na żadne spotkanie z wyimaginowanym zającem. Nie byłam nienormalna.

 

– Odwal się, dobra? – rzuciłam ze złością. – Nie możesz przyczepić się do kogoś innego?

Tkwiłam w zarośniętym nieużytku za domem moich gospodarzy, bo zając wykopał mnie z pokoju o ósmej trzydzieści. W dziennym świetle wcale nie wyglądał lepiej. W sumie to ciekawe, jak bardzo przerażający może być puchaty zwierzak.

Bydlak tylko zachichotał złośliwie.

– Zrób sobie różdżkę, przyda ci się – poradził.

– Co?! – Wytrzeszczyłam na niego oczy.

– Różdżkę. Taką dla czarodziejów. – Najwyraźniej znakomicie się bawił.

Stałam, nie rozumiejąc, o co mu chodzi. Przez głowę przeleciało mi coś o włosiu jednorożca i włóknie z czyjegoś serca. Czy on oszalał?!

Chyba wyczytał to z mojej twarzy, bo tylko pokręcił głową.

– Żadne takie, moc jest w tobie, po prostu potrzebujesz antenki, przedłużenia.

Nadal gapiłam się bez ruchu. Chyba weszło mi to w krew.

– No, dalej! – ryknął w końcu. Całe rozbawienie znikło, w jego głosie zabrzmiały teraz groźne, stalowe tony. Otoczone futerkiem, koralikowe oczy zajarzyły się czerwono. – Bierz jakiś patyk i do roboty!

Spłoszona, chwyciłam najbliższą gałązkę i zgięłam ją, by urwać kawałek. Trafiłam na coś świeżego i giętkiego, kora nie chciała ustąpić. Walczyłam przez chwilę i byłam bliska rozszarpania cholerstwa zębami, kiedy włókna w końcu puściły. Stałam teraz jak głupek z badylem w ręku. Gałązka, postrzępiona z jednej strony i z kilkoma trzęsącymi się zielonymi listkami z drugiej, w niczym nie przypominała różdżki, jaką znałam z filmów.

Zając tylko przewrócił oczami.

– No dobra – westchnął – niedługo się pojawią. Musisz się przygotować.

– Kto?!

– Łysi.

Spojrzał na mnie i najwidoczniej w końcu do niego dotarło, że jednak musi mi coś wyjaśnić, bo oparł się o pień drzewa i kiwnął na mnie, żebym usiadła. Chyba zmęczyło go ciągłe zadzieranie głowy. Posłusznie osunęłam się na trawę.

– „Łysi” to mafia z drugiej strony. Mam na myśli mój świat. Musisz wiedzieć, że im częściej wy, ludzie, o czymś myślicie, im dokładniej to wizualizujecie w tym świecie, tym bardziej realne staje się to w naszej rzeczywistości. Aż w końcu powołujecie to coś do życia. Nawet nie wiesz, jaki to porąbany świat – westchnął ponownie. – Ja jestem czymś na kształt waszej policji… tylko bardziej skutecznym. – Uśmiechnął się z wyższością.

Milczałam. Wymownie. Byłam w tym coraz lepsza.

– Latem, niestety, błona dzieląca dwa światy, wasz i nasz, rozciąga się, czasem nawet pęka, a w tym miejscu tworzą się drzwi. Niektóre jesteśmy w stanie utrzymać zamknięte, jednak inne… – Wzruszył puchatymi ramionkami. – Dlaczego latem? Te wasze grupowe, pijane imprezy przy ogniskach, przyśpiewki przy gitarze, do tego trochę dopalaczy… Nawet sobie nie wyobrażasz, jak intensywne wizje produkujecie. A że jesteście wówczas wyjątkowo monotematyczni, jest to zjawisko niemal na granicy współdzielonej świadomości i proces tworzenia odbywa się w błyskawicznym tempie. Powstaje fala uderzeniowa energii twórczej, która napiera na błonę i ją niszczy.

Spojrzał na mnie, jego nos poruszał się wyjątkowo szybko. Trudno było mi odczytać, czego jest to oznaką, w końcu znaliśmy się tylko jeden dzień.

– Nie cierpię lata! – wrzasnął niespodziewanie i ze złością urwał trawkę, która cały czas uporczywie kołysała się tuż przy jego oku. No, w końcu odsłonił trochę bardziej ludzką… hm, niech będzie, twarz. Mordkę.

– Ale czego oczekujesz ode mnie? – Odważyłam się zapytać.

– Potrzebuję kogoś, kto wmiesza się w tłum na plaży i zamknie drzwi, kiedy zaczną się otwierać. Z oczywistych względów sam nie mogę tego zrobić. – Uśmiechnął się krzywo.

– I to niby mam być ja?! – wykrzyknęłam ze zgrozą. – Ja przecież nie mam pojęcia o żadnych drzwiach i w ogóle o niczym!

– Tu się zgodzę – stwierdził, a jego głos aż ociekał sarkazmem. Rzuciłam mu urażone spojrzenie. Nie przejął się.

– Wiem, że jesteś cokolwiek… wybrakowana jak na agentkę, ale nie mamy wyboru.

– I co ja niby…? – Czułam, że odpowiedź mi się nie spodoba.

– Musisz wyjść na plażę i znaleźć drzwi zanim się otworzą na tyle, żeby Łysi mogli się przedostać. Wiemy mniej więcej, kiedy nastąpi przesilenie i w którym miejscu, na bieżąco monitorujemy błonę. Problemem są te wszystkie zasieki na plaży. Płotki, wiatrołapy i namiociki. Co wy ludzie macie za problem? – Pokręcił głową. – Przez to trudno jest dojrzeć szczelinę. Musisz patrolować teren i wypatrywać znaków.

Zrobiło mi się słabo. Przecież ktoś mnie w końcu zwinie do czubków, kiedy z badylem w dłoni będę szwendać się po plaży i zaglądać ludziom do grajdołów!

Westchnęłam.

– I co potem?

 

Ciekawe, czy ktoś mi za to zwróci, myślałam ze złością. Udręczona, lazłam plażą, naręcze wielokolorowych chust zsuwało mi się z ramienia, a powiązane sznurkiem tanie, badziewne okulary przeciwsłoneczne kłuły w bok. Było mi gorąco, pot zalewał oczy i nawet nie miałam jak go wytrzeć. Co rusz wpadałam w jakiś dołek, zdradziecko ukryte pozostałości fosy zadeptanego zamku, potykałam się o porzucone sandały, zabawki i ręczniki. Czułam, jak zaczyna wypełniać mnie furia.

– Proszę pani! – Okrzyk w pobliżu mojej prawej stopy wyrwał mnie z zamyślenia. Spojrzałam w dół.

– Po ile te chustki? – Opalona na głęboki bordowy kolor kobieta podnosiła się właśnie z pozycji leżącej. Biust wylewający się z rozwiązanego stanika kostiumu porażał bielą; pani najwyraźniej lubowała się w barwach narodowych. Chustka na pewno jej się przyda, ale raczej rekomendowałabym prześcieradło typu „king size”.

– Czterdzieści złotych – odparłam przez zaciśnięte zęby. Szybkim spojrzeniem obrzuciłam przy okazji pobliski teren. W końcu nie na biznesy tu przyszłam.

– Co tak drogo? – zdziwiła się kobieta i sięgnęła, by pomacać szmatki.

– Najwyższa jakość.

– Eeee, drogo. – Nie ustępowała baba. – Za dwadzieścia bym wzięła, tą niebieską.

– Nie, dwadzieścia to za mało, mogę zejść na trzydzieści pięć. – Też nie ustępowałam, jak przykrywka to przykrywka.

– Trzydzieści złotych…

Już jej nie słuchałam. Kawałek dalej, w niewielkim zagłębieniu niemal pod samym wiatrołapem o wyjątkowo gryzących się kolorach, powietrze zaczęło podejrzanie drgać. Zamarłam.

Powietrze utworzyło mieniący się wirek. Wydawało się gęste, oleiste. Piasek dmuchnął na wszystkie strony.

Wyciągnęłam moją, pożal się boże, różdżkę.

Zrobiłam krok do przodu. W ustach poczułam metaliczny posmak. Włoski na ramionach stanęły dęba. Jeszcze chwila…

Rozległ się dźwięk jakby rozdzieranego płótna. Szczelina powoli zaczęła się otwierać i w tym samym momencie poczułam, jak wzbiera Moc. Nie moc, a Moc, może nawet MOC, tak silne było to doznanie.

Potęga zogniskowała się głęboko w moim wnętrzu (najwyraźniej okolice żołądka stanowią centrum wszystkich mocniejszych odczuć) i zaczęła płynąć w kierunku różdżki. Listki na końcu gałązki zwinęły się, potem poczerniały i rozsypały w proch.

– Ble! – Cofnęłam się ze strachu i obrzydzenia, kiedy znikąd pojawiła się szponiasta łapa. Pokryta różową skórą i rzadką, białą sierścią, wyglądała jak kończyna gigantycznego gryzonia.

Cienkie linie framugi migotały coraz wyraźniej.

Spięłam się w sobie i wycelowałam różdżką w formujące się coraz wyraźniej drzwi. Żadne zaklęcia nie były potrzebne, wypowiadanie słów byłoby tylko niepotrzebną stratą energii i koncentracji. Wypaliłam.

Ufff…! Poczułam nagłe szarpnięcie, kiedy moc wyrwała się na wolność. Zapchana ludźmi plaża straciła na wyrazistości. Miałam wrażenie, jakbym o pół kroku przeniosła się w jakiś inny wymiar. Na kilka strasznych sekund błona zrobiła się przezroczysta i mogłam dojrzeć kłębiące się za nią stwory. Naciskały na cienki materiał, pchały się w kierunku rozdarcia.

Energia potężnym strumieniem przepływała przeze mnie i, zwielokrotniona przez różdżkę, uderzała w błonę. Potwory w popłochu zaczęły się cofać i tratować towarzyszy. Rozległy się obrzydliwe kwiki i jęki, doszedł mnie metaliczny, mdląco słodkawy zapach. Błona się zamykała. W ostatniej sekundzie zauważyłam jeszcze, jak coś wielkiego i szarego rzuca się na zasklepiające się wyjście… Po chwili wszystko zniknęło.

Nogi się pode mną ugięły i usiadłam ciężko na piasku. Nie mogłam uwierzyć, że właśnie ocaliłam świat.

– No, proszę pani!

Oszołomiona, podniosłam wzrok. Nade mną stała baba od chustki.

– To co, za trzydzieści pani sprzeda?

Koniec

Komentarze

zgiełku polskiego ehm kurortu, ===> weź “ehm” w przecinki.

– No kobieto! – ===> wrzuć przecinek.

>>>><<<<<<<

– Wiem, że jesteś cokolwiek… wybrakowana jak na agentkę, ale nie mamy wyboru. ===> spadłem z krzesła. Z nagłej radochy. Ależ bezpośredni i szczery ten zajączek…

>>>>><<<<<<<

Cóż mam napisać o tekście “tak we w ogólności”? Że taki, jakich tu brakuje? Lekki, uśmiechający czytelnika, a jednocześnie podsuwający pewną całkiem poważną myśl, refleksję? No dobra, to tak napisałem. Pytania były retoryczne.

Przecinki dodane, dziekuję. Cieszę się, że tekst się podobał. Ja bawiłam się przy nim doskonale :)

Racja, tekst jest lekki, szybko się czyta i z uśmiechem. I faktycznie mało takich elementów się zdarza, a szkoda. Jestem za, podobało się :D

/Then waken by rumble ancient wind-mariner /Howled loudly crushing his freezed dark lungs as bellows /Calling all ashy hordes hidden in caves below /To unchain the beast meant to be the beginner.

Bardzo sympatyczne opowiadanie, bardzo nietuzinkowy pomysł z zającem. Oj, wiem dobrze, jak ta piosenka potrafi się zapętlić… ;)

Przeszkadza mi tylko, że chyba nie do końca zakumałam, kim są Łysi.

 

Mnie banan nie schodził z buzi przez całe czytanie. Od pierwszego zdania, od natręctwa pioseneczki. Też czasem tak mam, na szczęście nie pojawiają mi się żadne postacie. Chociaż może fajnie by było , jakbym mnie odwiedził jakiś mały książę. Ale gorzej, gdyby wpadł cały tabun prawdziwych Cyganów (tych od koni, których żal, a może to Cyganów żal?)

Bardzo miły tekścik, taki właśnie letni (od lata, nie od temperatury). Super pomysł z wykorzystaniem zająca. 

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ha, wokół jest tyle nonsensów i groteski, że tylko brać ;)

A “Łysi” to nazwa zorganizowanej grupy potworów, “mafii” zza błony. Dlaczego “Łysi”? Zapraszam do zapoznania się z dalszymi zwrotkami piosenki o zajączku. Nie mogłam tego nie wykorzystać :)

Sympatyczny tekścik. Podobał mi się pomysł. Negocjacje z Zajączkiem też fajne. Zakończenie mniej – ot, wzięła, wykonała zadanie, wróciła do handlu obnośnego…

Oj, Barbaro, czy Ty nie wiesz, że takie upie natarczywe piosenki są zaraźliwe? ;-)

Było morze, w morzu kołek…

Babska logika rządzi!

Piosenka straszna, zając uroczy, opowiadanie nad wyraz przyjemne, w dodatku napisane bardzo porządnie. ;-)

 

urwał traw­kę, która cały czas upo­rcz­li­wie ko­ły­sa­ła się tuż przy jego oku. – Literówka.

 

Pro­ble­mem są te wszyst­kie za­sie­ki na plaży. Płot­ki, wia­tro­ła­py i na­mio­ci­ki. Co wy lu­dzie macie za pro­blem? – Po­krę­cił głową. – Przez to wszyst­ko trud­no… – Powtórzenie.

 

Za dwa­dzie­ścia bym wzię­ła, nie­bie­ską.Za dwa­dzie­ścia bym wzię­ła, nie­bie­ską.

Choć przyjmuję do wiadomości, że baba mogła mówić nie całkiem poprawnie. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niezła humoreska, nadaje się do kolorowej prasy. Pozdr.

regulatorzy, dziękuję za poprawki  – to “uporczliwe/-ywe” będzie mi się śnić po nocach :)

Zostawiam “tą”, akurat tu było zamierzone :)

 

Bardzo się cieszę, że opowiadanie się podoba. To jedno z tych, które “napisały się same”, było gotowe jeszcze zanim zaczęłam pisać, w trakcie doszły tylko niektóre smaczki. 

Muszę teraz rozgryźć, jak ten stan osiągać częściej ;)

Podobało się, nawet bardzo. :)

Fajny lekki tekścik. Wiem, że limit znaków był, ale troszkę szkoda, że nie było dłuższe tak na przynajmniej 30 tys. znaków. Można by wykorzystać trochę ten świat zza zasłony. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Przemyślane i dobrze wykonane. Podoba mi się perspektywa, którą wykorzystałaś. Nie mam też poczucia niedosytu. Wydaje mi się, że dobrze, że świat zza zasłony tam pozostał. Cóż, no nie mam więcej dodania, bo zgadzam się też z wcześniejszymi pochwałami. Bardzo przyjemne opowiadanko. 

Przyjemne i pozornie lekkie. Nastrój irytacji spowodowanej nie do konca udanymi wakacjami oddany doskonale.

Niech Wszechświat Wam błogosławi...

Podobało się. Sympatyczne, wakacyjne, porządnie napisane. Klimatem przypomniało mi świetne króliczkowe opowiadanie lakeholmena. Tylko przypomnienie tej irytująco przyczepliwej piosenki powinno być karalne;)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Trochę nie moje klimaty (znaczy się magia, różdżki… Bo wakacje to już zdecydowanie tak), ale czytało się fajnie. No i dzięki za ostrzeżenie. Jak zobaczę jakiegoś zajączka – obrót na pięcie i w długą.

Bardzo sympatyczny tekst, uśmiech towarzyszył mi cały czas. Piosenka straszna, ale znam ten ból ;) U mnie to są smerfy " kto się boi Gargamela niechaj zaraz idzie spać" i "uwaga dzieci To Gargamel "

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

Patrząc przez pryzmat okoliczności, że jest to opowiadanie konkursowe, można chyba powiedzieć, że jest przyzwoite ; p

Mnie się średnio podobało. Tj. pomysł z przejściem od piosenki do zająca jest fajny, natomiast wykonanie – jakby mniej. Chodzi o to, że narrator przyjmujący perspektywę bohatera pierwszoosobowego pokazuje nam swoje myśli, dotyczące tej sytuacji, a one już nie są tak interesujące lub zaskakujące, jak być powinny po zderzeniu się z takim absurdem.

I po co to było?

Bacha! Łap kropkę!

 

.

 

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ale potwierdzam – dokopiemy się do każdego tekstu, a każdy uczestnik konkursu otrzyma “nagrodę” w postaci komentarza od Cienia, …

(Iluzja)

angel

Hahaha :D

 

Oj, Barbaro, rozwaliłaś mnie :D

 

A komentarz od Cienia to w zasadzie powinnam nazwać Nagrodą, bo potrafi tak pięknie opisać swoje wrażenia, że powinien być Naczelnym Recenzentem w naszym portalu.

(jak ja mu zazdroszczę…)

 

A kropki, to trochę tak jakby pisał “Tu byłem. Cienio Burzalik.” Wiesz, teki prequel ;)

Tak to też zinterpretowałam :) Ale kontekst wyszedł świetny :)

Opowiadanie świetne, bardzo przyjemnie się czytało i wprowadziło mnie w dobry humor :-) Szkoda, że nie dłuższe. Scena chodzenia po plaży, szukania przejścia i samej walki o ocalenie świata mogłaby być dłuższa, z nieprzewidzianymi komplikacjami i zwrotami akcji. Ale domyślam się, że limit znaków kazał już wiosłować do brzegu. Szczerze gratuluję opowiadania i zazdroszczę swobodnego stylu :-)

Rewelacja! Świetny pomysł i fajne wykonanie.

Bardzo podobał mi się dystans narratorki do siebie i świata. Klimat wakacji nad polskim morzem oddany perfekcyjnie; pełne współ.czucie:) Kiedy pierwszy raz pojechałem nad morze w sezonie (dzieci) i zachciało mi się wybiec z samochodu prosto na plażę, też miałem ochotę obrócić się na pięcie, a nawet wrócić do auta;) Potem wprowadziliśmy regułę: na plażę do godziny 10, a potem po godzinie 16.

Również mam minimalne wątpliwości, co do finału, ale nie zmienia to faktu, że bardzo, ale to bardzo mi się podobało. Zając przedni. Odświeżenie „hitu” zasługuje na nagrodę w konkursie, względnie wyrzucenie z portalu;)

Gratulacje.

empatia

Bardzo dziękuję. Co do finału, niestety, komisja nie chciała się ugiąć w kwestii ilości znaków ;) A za piosenkę sama bym siebie wyrzuciła, takim czymś robi się ludziom krzywdę ;) 

Było może,

W „może” kropka

A więc może,

Start od środka?

 

A w środku była kicha. Czyli fabuła. Znaczit pomysł sam w sobie całkiem fajny i elegancko się sprawdza w zestawieniu z humorystyczną otoczką (zresztą na poważnie napisać podobną historię byłoby niepodobieństwem, bo tak czy siak wyszedłby absurd, niekoniecznie zjadliwy), ale jednak czegoś zabrakło w realizacji. Co na pewno, to tych kilka niedomówień, które tak naprawdę tylko drażnią czytelnika, a nie skłaniają do namysłu ani nie kuszą możliwością własnych interpretacji.

Dlaczego bohaterka? Kim była? Dlaczego została wybrana? Skąd wzięła swoją moc? Jak i kiedy nauczyła się „Cowabunga!” swoim patykiem? Poleciałaś z całym tym motywem tak bardzo po płaskim, że mnie to trochę nawet zirytowało. Finał również zupełnie nie taki, jak trzeba. Za prosty, zbyt płytki, bezemocjonalny i zdecydowanie za krótki… Hmmm… Zasadniczo, to zupełnie jak stosunek w kiblu podrzędnej dyskoteki z dziewczyną, która ma na imię Ewa… albo Ela? Coś na „E” w każdym razie…

Oczywiście, tak jak w podobnych przygodach łazienkowych, tak i w pomyśle, że walka o ocalenie świata może być wypranym z patosu i fajerwerków zupełnie niczym specjalnym – robota jak robota – ma pewien urok. Tutaj jednak mnie to nie przekonało. Jedno, co mnie jeszcze zastanawia – ale tak już bardziej hobbistycznie niż z czepialstwa – to to, czy Zając pojawił się w naszym świecie, bo bohaterka non toper go sobie nuciła, czy też ona go sobie nuciła, bo Zając chciał się znaleźć w naszym świecie i jakoś wpłynął na jej podświadomość?

Na plus należy Ci przypisać bohaterów. Zarówno sfrustrowana biznezwomen, od której aż wonieje ironią, jak i wredny, upierdliwy, sarkastyczny zając wypadają świetnie i tworzą bardzo interesującą parkę.

Dobra, środek już mamy. To teraz początek. Na początku jest styl i wykonanie. A te aspekty “Zająca” mnie urzekły. Opowiadanie jest lekkie i bardzo przyjemnie naskrobane, więc czyta się zasadniczo samo. Co więcej, od samego początku podczas lektury człowiek się uśmiecha i nie może przestać jeszcze długo po jej zakończeniu. I to nie tylko dlatego, że jest zabawnie – a jest zabawnie, ale o tym za moment – ale też i bardzo sympatycznie. Po prostu. Twoje poczucie humoru również do mnie trafia. Nie jest to jakieś bardzo wyszukane – dowcip raczej opisowy niż sytuacyjny – ale też i nie prostackie, żenujące czy po prostu głupie. Czyli takie zupełnie w sam raz, zwłaszcza, że wszystko wypada naturalnie i faktycznie bawi.

No i na koniec warsztat. A ten również in plus. Idealnie chyba nie było, ale zupełnie, ale to zupełnie nie raziły żadne błędy czy niedoróbki. A te też potrafią masakrycznie zepsuć odbiór tekstu.

Podsumowując, wyszło bardziej niż dobrze. Infantylność i niedopracowanie fabuły to słaba strona tekstu, ale nie na tyle słaba jednak, by go w moich oczach zupełnie pogrążyć, bo cała reszta wypadła świetnie i, generalnie, “broni się”.

Doskonale się bawiłem podczas czytania, dziękuję.

 

Peace!

 

Post Scriptum:

Żadne takie, moc jest w tobie, po prostu potrzebujesz antenki (…)

A która jej nie potrzebuje? ;)

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, dziękuję za ocenę, uwagi wezmę sobie do serca. Cały czas szlifuję warsztat, uczę się co i jak przedstawiać, żeby dotrzeć do odbiorcy, każda wskazówka jest cenna.

Dość dużym wyzwaniem jest napisanie tekstu, który byłby równocześnie dowcipny i interesujący. Jak pisałam wcześniej, trochę ciasno mi było w limicie znaków, musiałam przyciąć pewne sceny i pomysły, możliwe, że tekst na tym trochę ucierpiał. Ale i tak go lubię :)

Ha, a może pojawi się jakiś ciekawy konkursik na opowiadanie bez limitu znaków… ? ;)

 

Jeśli się pojawi, to ja wezmę w nim udział prędzej jako podjurny niż jurek. Chyba, że zrobię myk i ograniczę liczbę opowiadań konkursowych do pięciu i kto pierwszy, ten lepszy.^^

A sztuka napisania ciekawo-zabawnego tekstu udała Ci się elegancko. Nic, tylko pisać, pisać i jeszcze raz pisać.

 

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Barbaro – jak mogłaś? No pytam się JAK MOGŁAŚ??

 

Piosenka o zajączku nie chce mnie opuścić mnie od… od momentu kiedy przeczytałam Twoje opowiadanie. Czyli dość długo. A że w dodatku nie pamiętam całości, to jest dodatkowo upierdliwa :)

 

Opowiadanie samo w sobie oceniam bardzo wysoko. “Rzucanie się w fale” na początku trochę mi zgrzytnęło, bo z naszym Bałtykiem najpierw trzeba się hmm… oswoić. A być może tylko ja muszę i patrzę przez pryzmat zimnowodnych doświadczeń ;)

Zając jako bohater podobał mi się najbardziej, co do głównej bohaterki to mam trochę zastrzeżeń. Nie podpytywała za bardzo długouchego, jakoś tak potulnie wszystko przyjmowała na klatę. Wiem, wiem, limit znaków i tak dalej, ale można by to było jakoś bardziej prawdopodobnie ująć.

Akcja rozwija się na początku powoli, a potem zmierza do bardzo szybkiego finału, szast-prast i po krzyku. Brakowało mi też informacji, co się stało dalej z Zającem. Stwierdził, że jest swego rodzaju “policjantem”, ale co dokładnie robił, gdy nieszczęsna “agentka” zamykała dziurę badylkiem? Trochę szkoda, że nie domknęłaś tego wątku.

Ciekawa jestem jak opowiadanie wyglądało w wersji oryginalnej :)

Masz bardzo lekkie pióro, przez co opowiadanie czytało się z przyjemnością. Było zabawnie, wesoło, przypomniało mi się, dlaczego nie jeżdżę nad polskie morze :D

 

Jedno z bardziej wakacyjnych opowiadań  :) Dobra robota, Barbaro!

 

Konkurs bez limitu znaków… hmmm… Chętnie poobserwuję, bo nie chcę popełnić jurorskiego samobójstwa :D

 

A że w dodatku nie pamiętam całości, to jest dodatkowo upierdliwa :)

Iluzjo, to wkleić Ci tekst czy wystarczy jakiś link? ;-)

Babska logika rządzi!

:D Hahaha oj, Finklo, nie trzeba :)

 

Sprawdzałam, bo musiałam się dowiedzieć, kim są Łysi :)

Ale dzięki, wiedziałam, że można na Ciebie liczyć :D

Szefowo, odnośnie tego, co stało się z Zającem, myślę, że w tym zdaniu kryje się odpowiedź:

 

W ostatniej sekundzie zauważyłam jeszcze, jak coś wielkiego i szarego rzuca się na zasklepiające się wyjście… Po chwili wszystko zniknęło.

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, ja to zdanie czytałam i zrozumiałam, tylko brakuje mi jakiegoś rozwinięcia.

Takiego hmm pogłębienia jego roli. Bo tak przyszedł, kazał zrobić “antenkę”, potem rzucił się na wejście (w jakim celu btw? Żeby je bardziej zamknąć?) i tyle? Mało jakoś…

Co nie zmienia faktu, że opowiadanie mi się podobało, a piosenkę wciąż od czasu do czasu nucę. Może Zając zjawi się osobiście i złoży raport o tajnych działaniach ;)

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka