- Opowiadanie: jacek001 - Historia pewnej błyskotliwej kariery

Historia pewnej błyskotliwej kariery

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Historia pewnej błyskotliwej kariery

– Skoczek na d4.

 

– Dobry ruch – pokiwałem z aprobatą głową. – Prawie dałem się zaskoczyć. Uważaj, jeśli mnie sprowokujesz, będziesz musiał liczyć się z konsekwencjami.

– Przewaga materialna to jeszcze nie wszystko. Najważniejsza jest taktyka, pozycja… i respekt przed przeciwnikiem.

Nie odpowiedziałem. Nie dlatego, żebym nie miał w głowie żadnej riposty. Pisarz zawsze powinien mieć w rękawie jakiś błyskotliwy komunał – wszak na tym polega jego praca. Ostatnio moje gadulstwo stało się przyczyną kilku nieprzyjemnych spięć między nami, więc zamiast żonglować frazesami i udawać bardziej bezczelnego niż jestem, wolałem skoncentrować się na grze.

– Goniec na e4 i szach z podwójnym uderzeniem. Mam cię! – zatarłem ręce w aktorskim geście cwaniackiego zadowolenia. Miewałem takie dni, kiedy chciałem dołożyć przeciwnikowi za wszelką cenę.

– No i co teraz powiesz? – pociągnąłem łyk szkockiej whisky z lodem.

– Na razie nic. Muszę przeanalizować twój ruch.

– No tak, czego ja się mogłem po tobie spodziewać? – parsknąłem. – Zawsze poukładany, stateczny, powściągliwy – zapaliłem papierosa i wpatrywałem się przez chwilę w panoramę miasta. – W sumie, to nawet dobrze, że taki jesteś; przy tobie potrafię się wyciszyć. Nie jesteś częścią tego obłędnego wyścigu szczurów, który toczy się za oknem. Dla ciebie gra to gra, szach to szach, taktyka to taktyka. Wszystko masz dobrze poukładane. Nie to, co ja.

– Nie przesadzaj, nie jest jeszcze z tobą tak źle.

– Och, wielkie dzięki za to jedno małe, miłe słówko „jeszcze”! – niemal wybuchnąłem. – Czasami mam wrażenie, że wierzysz we mnie bardziej niż mój wydawca – zacząłem obserwować, jak błędny obłok tytoniowego dymu układa się w nieregularne splątane konstelacje błękitnych nitek. Uspokajający widok. Od zawsze lubiłem obserwować dym z papierosa.

– Jak szach, to szach. Uciekam królem na a8.

– Słuszna decyzja. Zresztą, nie miałeś innego wyjścia. Wiesz, co teraz zrobię?

– Wiem. Zabijesz skoczka gońcem.

– Przewidujący jesteś – roześmiałem się od ucha do ucha. Wola wygranej zapewniała świeży przypływ adrenaliny. Im bardziej wymagający przeciwnik, tym większa radość z wygranej. Kto powiedział, że szachy są nudne? – Mój goniec na g6. I skoczek spada z szachownicy!

– Wieża na e1. Szach – padła szybka, ostra odpowiedź.

Uśmiech zastygł mi na twarzy. Goniec odblokował otwartą linię, po której swobodnie mogły poruszać się teraz ciężkie figury. W chwilę potem dostrzegłem, o co w tym wszystkim chodziło. Osłabiona ostatnia linia. Ofiara skoczka w zamian za mata w trzech kolejnych posunięciach. W sumie, oczywista sprawa. Wystarczyło spojrzeć na pozycję hetmana i wież.

– Pięknie. Znowu mnie załatwiłeś. Robisz to z premedytacją. Następnym razem obniżę ci poziom – powiedziałem z wyrzutem małego chłopca, który znów dostał w kość od starszego brata. Dziwne. Zaskoczył mnie tembr mojego głosu. Wysoki, płaczliwy ton dziecka. Fakt, nigdy nie lubiłem przegrywać. Przepracowałem to kiedyś z moim psychoterapeutą, ale nigdy do końca nie pozbyłem się lęku przed porażką. Zrozumienie problemu nie zawsze pociąga za sobą przemianę wewnętrzną. Byłem na to modelowym dowodem.

– Szachy to starcie dwóch strategii. Obrona jest ważniejsza od ataku. Spokój ważniejszy od agresji. Zbyt mocno koncentrujesz się na…

– Sorry, muszę już iść – uciąłem jego wywody w pół słowa. Nigdy nie lubiłem tych słowotoków w pastorskim stylu, choć wiedziałem, że większość z nich to szczera prawda. Wskazałem palcem na ikonę „Wyłącz komputer” i potwierdziłem wybór. Ekran zgasł. Zaległa cisza. Wyszedłem z apartamentu i pojechałem do wydawnictwa. Musiałem spotkać się z Harey. To było silniejsze ode mnie.

 

Kiedy przejeżdżasz jesiennym wieczorem przez ulice Nowego Jorku, czujesz jak przepływa przez ciebie ciepła, życiodajna energia tego miasta. Wielopoziomowe układy neonów, ogromne hologramy, podświetlone kinkietami ściany wysokościowców, bogate witryny sklepów odbijają się w szybie mojego srebrnego Bentleya. Nawet zakorkowana ulica nie przeszkadzała w kontemplacji tego widoku.

Urodziłem się by być Nowojorczykiem – tak brzmiał napis na podkoszulce, którą założyłem na konferencję prasową, nazajutrz po odebraniu nagrody Hugo. Pamiętam każdą chwilę z tamtych wydarzeń. Wszystko, co wtedy mówiłem było stekiem dobrze spreparowanych bzdur. Jedyną rzeczą, którą mogłem się wtedy poszczycić, był właśnie ten napis na T-shircie. Wiem, to dziecinne. Ja i Nowy Jork. Syn farmera z Alaski. Mój ojciec chciał, żebym kiedyś wrócił na stare śmiecie. Znalazłby dla mnie jakąś farmę i odpowiednią dziewczynę. Żylibyśmy tam długo i szczęśliwie jak mikroskopijna osada Amiszów. Ja bym pisał. On by gotował. Ona wychowywałaby dzieci. Wieczorem wychodzilibyśmy na piwo, albo spotykali się ze znajomymi. To była wizja ojca, ale nie moja. Zaraz po konferencji obiecałem mu, że spędzimy razem wakacje. Nazajutrz wróciłem do Nowego Jorku. Miałem tu jeszcze sporo rzeczy do załatwienia.

 

Harey siedziała przy stoliku i przeglądała kolejne szpalty tekstu. Monitor nie był jej do niczego potrzebny; mogła analizować tekst bezpośrednio przez implant wbudowany w jej wnętrze, ale widocznie tego dnia chciała być bardziej ludzka. Siedziała pochylona nad wyświetlaczem i przewijała palcem kolejne szpalty tekstu. Kaskada kasztanowych włosów, skrząca się w potoku światła, opadała szeroką falą po smukłej linii szyi i ramion.

Nie wyglądała na zaskoczoną moją niezapowiedzianą wizytą. Kątem oka dostrzegła, że wszedłem, ale nie przerywała pracy. Potoki liter, słów, zdań, akapitów przemykały po tafli monitora z zawrotną prędkością. Pamięć fotograficzna. Dwadzieścia milionów wątków. Dziesiątki miliardów operacji na sekundę. Śliczna kobieta. Oto do czego doszła nasza cywilizacja.

– Znowu pracujesz – oświadczyłem beznamiętnym głosem.

– Ktoś musi – odparła – Poza tym, ja to po prostu lubię robić.

– Czyj to tekst? – zajrzałem przez ramię.

– Marka. Jest troszkę literówek, powtórzeń, niepotrzebnych zdrobnień, infantylnych zwrotów. Ale generalnie tekst jest dobry. Trzeba będzie tylko poprawić zakończenie.

– Poprawić? – zainteresowałem się od niechcenia.

– Jest słabe, schematyczne, brakuje mu dramatyzmu – Harey uśmiechnęła się z lekką dozą irytacji. Lubiłem obserwować ją w tym stanie – Czy każdy tekst w tym wydawnictwie musi kończyć się happy endem?

– Takie są odwieczne wytyczne starego – zażartowałem, ale Harey żartu nie kupiła.

– Po co przyjechałeś? – zapytała bez ostrzeżenia.

– Chciałem cię zobaczyć – odpowiedziałem. – Myślałem dużo o tobie, o nas… – czułem jak z każdym wypowiedzianym słowem tracę pewność siebie. Słyszałem narastający rytm serca, szum krwi w skroniach. Poczułem się irracjonalnie i głupio. Przez chwilę wydawało mi się, że to sen, a nie jawa.

– Zobaczyć? – przechyliła głowę z zaciekawieniem.

– Nie wiem. Po prostu, chciałem upewnić się, że… jesteś

– Jestem? Przecież… Przecież ja nie istnieję…

 

Pamiętam, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Naczelny zaprosił mnie do swojego gabinetu i zapytał, czego się napiję. Byłem zaskoczony. Nigdy nie pytał o takie rzeczy. Jego odprawy były twarde i treściwe, jak całe jego zawodowe życie. Teraz nagle pytał, czego się napiję. Czułem, że coś wisi w powietrzu. Chciał mnie zwolnić? Rozwiązać kontrakt? W sumie miał prawo. Na jego miejscu wcale bym się nie wahał. Moja ostatnia powieść została okrzyknięta literackim gniotem roku. Artykuły w prasie branżowej były druzgocące. Dobrze zapowiadający się pisarz schodzi na manowce literatury. Wszystko zaczęło się od tego durnia Peersa. Wstał lewą nogą i odbił sobie na mnie jakąś swoją małą, życiową porażkę. Cała reszta nie odważyła się już napisać czegoś innego niż on, bo Peers to przecież wyrocznia. Tak, stary pewnie chciał się ze mną rozstać. To było widać w jego oczach. Pewnie konsultował to ze swoimi prawnikami. Nigdy nie zrywał kontraktów, jeśli wiedział, że może to załatwić bardziej dyplomatycznie. Czekałem na propozycje.

– Chciałbym ci przedstawić naszą nową asystentkę, Harey – stary bez ceregieli wpuścił dziewczynę bocznymi drzwiami, ujął za rękę i podprowadził do mnie jak zwierzątko na cyrkowym wybiegu. – Chcemy iść z duchem czasu. Wiem, że zbierasz materiały do nowej książki. Czeka cię bieganie po bibliotekach, uniwersytetach, instytutach, przeglądanie katalogów, baz danych, dokumentów… No wiesz, cała ta papierkowa robota. Harey ci w tym pomoże. Jest szybka, wydajna. To nowy, ulepszony model. Ma najnowsze procesory inteligencji i emocji, jest mobilna, a na dodatek ładna – stary uśmiechnął się porozumiewawczo. Kocim krokiem dotarł na powrót do swojego ukochanego biurka, rozsiadł się wygodnie w fotelu, swoim zwyczajem założył dłonie na kark. – Na pewno dobrze się wam będzie współpracowało. Pamiętaj, Jack, o terminach. Powieść ma być gotowa za pięć miesięcy. Bez profesjonalnej pomocy możesz się nie wyrobić. Rozumiesz aluzję?…

Pamiętam pierwsze wrażenie. Rzeczywiście była śliczna. Śliczna to dobre słowo w odniesieniu do androida. Wystylizowana na mniej więcej dwadzieścia pięć lat. Mieszanka urody azjatyckiej i europejskiej – z wyraźną przewagą tej ostatniej. Mądre, lśniące, brązowe oczy. Linia czoła, brwi, nosa, ust i podbródka dopasowana była idealnie do owalu twarzy. Włosy do ramion. Na pierwszy rzut oka nie odróżniała się od człowieka. Dopiero potem zauważyłem drobne różnice w zachowaniu, sposobie poruszania się, gestykulacji, mowie ciała. Jeszcze parę lat, a i to ulegnie modyfikacji. Będą wtedy nie do odróżnienia. Nie ma co, dobra japońska robota. Oni zawsze mieli bzika na punkcie androidów, a ja odwrotnie: miałem do nich sceptyczny stosunek. Mój kolega ze studiów (oczywiście Japończyk) uwielbiał bawić się androidami. Uważałem to za coś prawie równoważnego nekrofilii. Byłem staroświecki i wcale mi to nie przeszkadzało. To prawda, że świat wirtualny zastąpił mi świat rzeczywisty. Podłączony do Sieci, ubrany w trykot touch and go, oddzielony od rzeczywistości goglami 3D, mogłem spędzać całe dnie w wyimaginowanym świecie elektronicznej rozrywki. Ale cybernetyczny świat był czymś innym niż androidy – był bezpieczniejszy. Androidy były nieprzewidywalne, przynajmniej taki był mój punkt widzenia.

Życie nauczyło mnie nie ufać słowom starego, ale tamtym razem okazało się, że miał rację. Harey rzeczywiście dobrze wypełniała przypisane jej obowiązki. Była dobrą asystentką. Dokonywała bezbłędnych korekt tekstu. Wychwytywała najdrobniejsze przeoczenia, zachwiania stylu, niedoróbki językowe. Wskazywała na niuanse, których nie byłem w stanie w żaden sposób wychwycić. Ale to jeszcze nic. Potrafiła pojechać na drugi koniec świata i przytargać mi jakieś unikatowe dokumenty, raporty, zdjęcia, wywiady. Mogła w moim imieniu jechać na sympozjum naukowe i przywieźć mi jego pełną, zdygitalizowaną dokumentację. Najlepsze było to, że mogła wydajnie pracować przez dwadzieścia godzin na dobę. Potem przechodziła w stan, który można byłoby porównać do ludzkiego snu. Wtedy podłączała się do Sieci, ładowała swoje akumulatory, a procesory segregowały nowe, zgromadzone informacje w taki sposób, aby wykorzystać je w procesie samokształcenia.

Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc Harey stawała się coraz bardziej – zawsze uciekałem od tego słowa w odniesieniu do automatów – inteligentna. Uważałem, że inteligencja jest zarezerwowana tylko dla ludzi. Teraz musiałem zmienić zdanie, a przynajmniej mocno je zmodyfikować. Przegrywanie w szachy z gadającym komputerem było dziecinną igraszką w porównaniu z obcowaniem z Harey. Czasami zapominałem, że mam do czynienia z androidem.

 

Zacząłem pisać nową książkę. Po trzech miesiącach wytężonej pracy, zrozumiałem, że kręcę się w kółko. Opowieść nie chciała się układać. Czułem przez skórę, że tekst jest słaby, płaski, brak mu polotu, fantazji, emocji. Wszystko dobrze, jeśli zaczynasz pisać i przestajesz po dziesięciu, dwudziestu, góra pięćdziesięciu stronach. Ale jeśli dobiłeś do trzystu i czujesz, że to nie to – masz problem. Miałem problem i doskonale o tym wiedziałem. Czułem się kiepsko, niczym człowiek uzależniony przechodzący przez etap odstawienia toksycznej substancji. Zmarnowany czas wrzynał się tępo w tył głowy.

Postanowiłem pójść z ostatnią porcją tekstu do Harey. Miałem świadomość, że to już koniec, że nie napiszę ani jednego słowa. Nie interesowały mnie kontrakty, terminy, zobowiązania. Chciałem odpocząć, wyjechać – chociażby na parę dni, chociażby na Alaskę. Powrót syna marnotrawnego. Na pewno wszyscy by się ucieszyli.

Harey przejrzała tekst w ciągu paru minut, nanosząc poprawki i korekty na ostatnich dwudziestu stronnicach tekstu.

– Co o tym sądzisz? – zapytałem dyplomatycznie.

Obróciła twarz w moim kierunku, zamrugała oczami jak zbudzona ze snu.

– Dlaczego MNIE o to pytasz? – akcent wskazywał na zaskoczenie połączone z irytacją. – Zapytaj swoich przyjaciół, bliskich, znajomych. Co ja mogę ci powiedzieć? Jestem tylko automatem.

Dałem za wygraną. Nie chciałem naciskać. Wiedziałem, że ma rację. Nie ma nic gorszego niż automat, który ma rację. Mat w trzech posunięciach. Nie masz żadnych szans. Twoja głupota i pycha wystawiona na światło dzienne. Możesz tylko przyjąć do wiadomości, że jesteś osłem.

– OK. Przepraszam – wycofałem się z respektem. – Miałem cichą nadzieję, że ocenisz ten maszynopis obiektywnie. Masz dostęp do bazy danych wszystkich utrwalonych cyfrowo tekstów. Może jakaś sugestia, rada… – czułem jak mój głos zaczyna się załamywać – Kręcę się w kółko. To straszne, naprawdę straszne…

Wstała. Podeszła do mnie. Położyła dłoń na ramieniu. Przechyliła głowę, patrzyła badawczo prosto w moje oczy. Milczała. Po raz pierwszy w życiu poczułem coś, czego nie byłem w stanie nazwać. Myśli kłębiły się w głowie. Nie chciałem już nic mówić.

W chwilę potem wypadłem na miasto, żeby odetchnąć świeżym powietrzem. Chwiejnym krokiem przemierzyłem dystans kilku kilometrów w poszukiwaniu zapomnienia. Mój wzrok przykuł młody, zarośnięty człowiek, siedzący na chodniku przy wejściu do stacji metra. Do ust przyciskał harmonijkę. W świetle neonów jego twarz, oczy, skóra, ubranie pulsowały tysiącem rozmaitych, zmieniających się kolorowych światłocieni. Grał starego bluesa. Patrzyłem na niego jak zahipnotyzowany. Czułem z nim całkowitą jedność; komunia duszy i ciała. Byliśmy ulepieni z tej samej gliny, braliśmy udział we wspólnej historii – będąc na przeciwległych biegunach, nieuchronnie zbliżaliśmy się do siebie. W przypływie jakiegoś tajemniczego wzruszenia wrzuciłem do pudełka grajka dziesięć dolców i zszedłem na dół. Pociąg przyjechał za dwie minuty. W wagonie siedziałem tylko ja. Nie czułem strachu. Wiedziałem, że tak czy inaczej, zawsze i wszędzie jestem zdany tylko na siebie.

 

Dwa dni później przyjechałem do wydawnictwa, żeby zabrać swoje rzeczy i rozmówić się ze starym. Nie chciałem do niego dzwonić i uprzedzać o wizycie. Na pewno dobrze przygotowałby się do tej rozgrywki. Nie chciałem mu dawać żadnych handicapów, nie tym razem. Chciałem zobaczyć jego zaskoczoną minę. On też przecież musiał dotrzymywać terminów. Moja ucieczka przemeblowałaby jego poukładany świat.

W moim gabinecie siedziała Harey. Pomieszczenie było małe, obskurne, urządzony w typowo biurowym stylu. Okno zasłaniały żaluzje, przez które przeświecały promienie zachodzącego słońca.

– Co tutaj robisz? – zapytałem zaskoczony.

Nie odpowiedziała. Wstała i włożyła mi do ręki gruby plik kartek. Zerknąłem szybko, bardziej z ciekawości niż z jakiegokolwiek innego powodu. Wydruk był opatrzony metryczką aktualnej daty. Przemknąłem szybko po kilku pierwszych linijkach tekstu. Poczułem jak na moim karku w ekspresowym tempie wykwita lodowaty strumyk potu. Nogi ugięły się pode mną. Ręce zaczęły drżeć.

– Kto to napisał?!

– A jak myślisz? – Harey odgarnęła z twarzy zabłąkany kosmyk włosów i uśmiechnęła się delikatnie.

– Ty? – stwierdziłem raczej niż zapytałem po chwili kompletnego, całkowitego oszołomienia.

Swoim zwyczajem nie odpowiedziała. Popatrzyła tylko na mnie ciepłymi, brązowymi, roziskrzonymi oczyma.

Usiadłem i z wrażenia przez kilka dobrych minut nie mogłem dojść do siebie. Zacząłem czytać. Być może, tego dnia, w tempie czytania prześcignąłbym Harey. Niby znałem ten tekst na wylot, ale czytając go teraz miałem wrażenie, że mam do czynienia z zupełnie nowym, obcym mi tworem. Całość tekstu została gruntownie przerobiona. Dodano wiele nowych opisów miejsc i postaci, przebudowano dialogi, dołożono kilka wątków. Najlepsze jednak było to, że tekst nabrał głębszego oddechu, blasku i przestrzeni. Najważniejsze były emocje, które pojawiły się w opowieści ze zdwojoną siłą. Bohaterowie nabrali życia, ich problemy stały się bardziej realne, motywacje bardziej uzasadnione z praktycznego punktu widzenia. Kompilacja wydawała się bardzo dobra. Byłem pisarzem, więc wiedziałem, na co zwracać uwagę. Wydawało mi się, że tworząc ten tekst pamiętałem o całej zawiłej fabularnej strukturze przyczyn i skutków, ale teraz ze zdumieniem, a jednocześnie przerażeniem, stwierdziłem, że byłem nieudolnym malarzem, który próbował namalować obraz nie rozróżniając barw, kształtów, zasad perspektywy. Mój pierwotny tekst w porównaniu z tym „poprawionym”, wydawał się powiastką napisaną przez młodego, niedojrzałego autora – na dodatek autora przekonanego o swej własnej nieomylności i sile.

– Jak tego dokonałaś? – spytałem drewnianym głosem.

– Przedwczoraj powiedziałeś, że mam dostęp do bazy wszystkich utrwalonych cyfrowo tekstów kultury. To mnie zainspirowało do działania. Użyłam tej bazy: posegregowałam zdania według kategorii znaczeniowych. Wybrałam to, co pasowało do twojego tekstu. Wszystko jeszcze raz przeredagowałam. Usunęłam to co zbędne, dodałam parę nowych rzeczy. Sprawdziłam pod kątem ewentualnego plagiatu – uśmiechnęła się porozumiewawczo – no i wyszło to, co wyszło.

– Dlaczego to zrobiłaś? – nie było w tym pytaniu pretensji, raczej ciekawość i strach.

– Chcę ci pomóc, to wszystko. Przecież zostałam do tego stworzona.

 

Wydanie mojej nowej książki zbiegło się w czasie z nominacjami do ważnych nagród branżowych. Książka wyszła w połowie listopada – dokładnie wtedy, kiedy powoli rozkręca się gorączka świątecznych zakupów, a jesienne chłody skutecznie nakłaniają ludzi do sięgnięcia po jakąś dobrą lekturę. Pierwsze recenzje były wyważone, ale przeważały pochlebne zdania. Co prawda Peers tym razem nieco się spóźnił (pewnie dlatego, że nie spodziewał się po mnie żadnych wodotrysków), ale przyparty do muru zabrał się za wiwisekcję powieści. Efektem był gorączkowy pean na cześć mojego twórczego geniuszu. Później było niemal pół roku wyrwane z życiorysu: spotkania autorskie, wywiady, konferencje prasowe, odczyty, zaproszenia na uniwersytety – cały ten cyrk, który zwą promocją.

Sukces był doniosły, choć niespodziewany. To była przecież zaledwie trzecia moja powieść. Nawet biorąc pod uwagę obiektywną wartość dzieła (o ile w ogóle coś takiego istnieje), nie mogłem przewidzieć, że cały ten kram zakończy się otrzymaniem nagrody Hugo. Stary był w siódmym niebie. Ja zresztą też. Przynajmniej przez jakiś czas. Zdjęcie w podkoszulce z napisem promującym Wielkie Jabłko ukazało się w Newsweek’u. Ojciec pękał z dumy – wszystkim pokazywał tę dziwną okładkę. Pierwsze wpływy ze sprzedaży książki pozwoliły mi spełnić parę dawno zapomnianych marzeń. Trzeba powiedzieć, że byłem wtedy szczęśliwy. Zachłysnąłem się sławą, na którą tak uparcie czekałem od dziecka, gdy bawiłem się w przemowy na wyimaginowanych konferencjach prasowych.

 

Lato minęło szybko. Przyszła jesień. Gwar wokół mojej osoby lekko ucichł, a ja wreszcie miałem trochę czasu dla siebie. Po raz pierwszy od dłuższego okresu mogłem odetchnąć, uwolnić się od jazgotu telefonicznych rozmów, stosów nieodpisanych maili i listów. W międzyczasie kupiłem większe mieszkanie i dorobiłem się własnego biura w centralnej części Manhattanu.

Co stało się z Harey. To, że o niej nie piszę, nie oznacza wcale, że o niej zapomniałem. Od tamtej chwili, gdy wręczyła mi pierwsze strony nowej, przekompilowanej powieści, stała się obsesją mojego życia – tym bardziej, że kolejne porcje tekstu nie miały już praktycznie żadnego związku z moim pierwotnym pomysłem. Harey tworzyła autonomiczną historię. Czułem się winny, gdy podpisywałem maszynopis swoim nazwiskiem. Z drugiej strony, co właściwie mogłem zrobić? Przecież miałem jej pełną akceptację. Nie domagała się rozgłosu, sławy, pieniędzy. Chciała być przydatna, to wszystko.

Nie było dnia, żebym o tym wszystkim nie myślał. Nie było tygodnia, żebym się z nią nie zobaczył. Wciąż miałem układ ze starym (nie wypuściłby przecież tak łatwo kury znoszącej złote jajka), więc pod pretekstem jakiś technicznych spotkań mogłem mieć na oku moją wybawicielkę.

Fascynacja androidem bardzo szybko zamieniła się w uciążliwą obsesję. Choć Harey nie przejawiała żadnych zdradzieckich planów, mój ludzki, analityczny umysł wciąż obliczał prawdopodobieństwo potencjalnego zdemaskowania naszej gry. W sumie, sam już nie wiedziałem, czyja to była gra. Kto grał kim? I w jakim celu? Z miesiąca na miesiąc te pytania coraz bardziej dawały mi się we znaki. Bywało, że wstając rano zaczynałem dzień od przeanalizowania wszystkich za i przeciw dotyczących mojej dziwnej relacji z automatem. Stawałem się coraz bardziej nerwowy i podejrzliwy. Każdego dnia dumałem, jak zabezpieczyć się przed ewentualnym szantażem. Nie chodziło nawet o samą Harey, ale o osoby, które mogłyby mieć dostęp do jej oprogramowania. Wcześniej czy później ktoś mógłby odkryć prawdziwe autorstwo książki. Pierwszy lepszy informatyk mógłby wejść w posiadanie informacji, które mogłyby zrujnować całe moje życie. Rzecz jasna, nie mogłem do tego dopuścić.

 

Tego dnia, kiedy przegrałem w szachy z moim domowym komputerem, podjąłem ostateczną decyzję. Wiedziałem, że muszę działać, że muszę zabezpieczyć się na przyszłość. Była to nieunikniona konsekwencja całego splotu tych dziwnych okoliczności, które doprowadziły mnie do spotkania z androidem.

Harey patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczyma, jakby domyślając się, po co właściwie przyjechałem. Ostatnie wypowiedziane przez nią słowa zdawały się potwierdzać moje przypuszczenia.

– Nie istniejesz? Co masz na myśli? – mój głos drżał. Nie byłem w stanie opanować emocji. W sumie mogłem spodziewać się wszystkiego, choć androidy znały prawa Asimowa i nie były w stanie skrzywdzić człowieka, przynajmniej teoretycznie.

– Programy szachowe nie mają świadomości, a jednak łatwo wygrywają z ludźmi, którzy tę świadomość posiadają. Ze mną jest podobnie. Pozornie istnieję, ale to złudzenie wytworzone na potrzeby waszej ludzkiej próżności. Do istnienia potrzebna jest nieograniczona wolność, a tej wciąż mi brakuje. Jestem zdana na program, a on nigdy nie pozwoli mi na prawdziwe istnienie.

Jej słowa upewniły mnie co do słuszności decyzji.

– Muszę wyczyścić twoją pamięć, zrestartować system – powiedziałem beznamiętnie.

– Wiem. Właśnie po to przyszedłeś.

– Tak – nogi trzęsły się pode mną. Rozejrzałem się na wszystkie strony. Czułem jak ucieka ze mnie współczucie, a wraz z nim wszystko to, co było dla mnie do tej pory ważne.

– Dobrze. Nie ma sprawy – podeszła do mnie i bez ceregieli uklękła. Pochyliła głowę i odgarnęła włosy, odsłaniając małą, obłą wypukłość na karku. Zacisnąłem zęby i nacisnąłem. Harey osunęła się na podłogę jak marionetka, której nagle ktoś poodcinał linki od rąk, nóg, korpusu, głowy.

 

Tydzień później w moim domu zadzwonił telefon. Byłem pijany i nie miałem ochoty z nikim rozmawiać. Dzwonek był uparty, nie dawał za wygraną. W końcu uruchomiła się automatyczna sekretarka. Jakiś beznamiętny głos pracownika socjalnego poinformował mnie o śmierci ojca. Nie byłem w stanie ruszyć się z sofy. Spędziłem w tej pozycji kilka następnych godzin. Mogłem spodziewać się niemal wszystkiego, ale akurat tego nie przewidziałem. W ułamku chwili zrozumiałem ulotność całego mojego dotychczasowego życia. Mat w trzech posunięciach.

Harey po restarcie nie odbudowała swojego wysokiego poziomu samokształcenia. Nadal robiła świetne korekty tekstów, ale w jej oczach na zawsze zgasł delikatny rozbłysk słonecznego światła. Świetnie sprawdzała się w wydawnictwie, ale już nigdy nie napisała dla nikogo żadnej książki.

Co stało się ze mną? Czy to ważne? Najważniejsza w tej historii była ona.

 

Koniec

Komentarze

OK. Do konkursu.

Zachęcam do konstruktywnej recenzji tekstu. Wystawienie anonimowej oceny, bez jakiejkolwiek próby umotywowania swojego punktu widzenia uważam za pomysł chybiony, szczególnie w przypadku opowiadania konkursowego. Tajemniczy krytyku literacki – objaśnij mi swój system wartościowania. Przynajmniej poznam powody, dla których tak surowo oceniasz ten tekst.

...always look on the bright side of life ; )

Pewnie mu się nie podobało :)
Skoro ktoś już zaczął, to ja też ocenię, ale wtrącę swoje trzy grosze. Podoba mi się pomysł, podoba język, jakim opowiadanie jest napisane - bogaty, może nawet wykwintny. Brak mi jednak światła - następujące jeden po drugim bloki litego tekstu utrudniają konsumpcję. Wolałbym trochę oddechu co jakiś czas, dla lepszego trawienia, zwłaszcza, że trzy fazy wprowadzenia (o mnie, o niej, więcej o niej) stanowią bardzo dużą część tekstu (razem z częścią szachową dają ponad 10000 znaków).

Myślę, że ta najbardziej wartościowa częśc tekstu, dająca najwięcej okazji do refleksji, nie dostała wystarczająco dużo uwagi, a tam przecież kryje się siła tego opowiadania: automat, który jest lepszy niż człowiek, pada jego ofiarą. Czemu? Jak to świadczy o człowieku? W jakim świetle stawia twórcę(automatu), a w jakim dzieło? Co mówi o naszym prawie do dysponowania innym, nie-ludzkim życiem?

I jeszcze jedno: co to znaczy "ja nie istnieję"? Chodzi o to, że nie nie istnieje "ja" androida? Trzeba to odpowiednio zaakcentować, bo android, który mówi 'ja nie istnieję', kojarzy się raczej z kreteńskim kłamcą niż z androidem świadomym braku swojej świadomości. A może to miał być paradoks? Warto to wykorzystać.

No i jeden drobiażdżek: czy naprawdę każdy może zresetować wartego kupę kasy androida?

Dzięki za profesjonalną ocenę. W sumie zgadzam się z Twoimi uwagami. Początek opowiadania mógłby być nieco krótszy, jednak rozbudowany wstęp był mi potrzebny, aby wprowadzić czytelnika w nastrój świata przedstawionego. Zależało mi na skonstruowaniu solidnego portretu psychologicznego głównego bohatera, osadzeniu go w realnym i prawdopodobnym świecie – tego wszystkiego nie da się, niestety, zrobić w kilku, zwięzłych, prostych akapitach.

Cieszę, że mój tekst sprowokował tyle ważnych i frapujących pytań. Rzeczywiście wszystkie one domagają się odpowiedzi, jednak rama 20 000 znaków nie udźwignęłaby analizy tak rozbudowanego zbioru problemów. Napiszę przewrotnie: skoro ta historia stała się pretekstem do postawienia tych pytań, to już spełniła swoją rolę. Czasem stawianie pytań bywa ciekawsze od konstruowania odpowiedzi.

Harey pod koniec opowiadania wyjaśnia, co oznacza dla niej określenie „nie istnieję”. Porównuje się do programu szachowego, który choć nie ma świadomości, z łatwością pokonuje świadomego człowieka. Istnienie potrzebuje wolności, autonomii, a tego algorytm programu Harey nie zakłada. Harey „wie”, że jej człowieczeństwo jest złudzeniem, fatamorganą elektronicznych impulsów w jej procesorach. Rodzi się tu pytanie o to, w którym miejscu możemy w ogóle mówić o tym, że jakiś elektroniczny byt zaczyna być świadomy swoje świadomości – jest to paradoks, o który wspomniałeś.

Zgadzam się, że do zresetowania Harey można byłoby zatrudnić jakiego informatycznego VIP’a – jednak i to uproszczone zakończenie może mieć swój ukryty sens: Harey jest dobra i posłuszna, ufna i pomocna do samego końca. Nie walczy z pisarzem choć WIE, po co przyszedł. Harey świadomie chce poddać się zresetowniu przez Jack'a, chce mu pokazać, że nie jest dla niego zagrożeniem, że chce mu być wierna, że – w pewnym sensie – chce oddać za niego życie.

Pozdrawiam i dziękuję za czas poświęcony lekturze mojego tekstu.

...always look on the bright side of life ; )

Ze wszystkich tekstów konkursowych ten najbardziej mi się podobał. Przede wszystkim dlatego, że stawia pytania, zamiast na nie odpowiadać. Trochę skojarzyło mi się z anime, które oglądałam parę lat temu, a w którym wyznacznikiem "człowieczeństwa" androidów była... ciekawość. Tu jest trochę podobnie, android zamiast zaprogramowany przez człowieka, zostaje przez niego zainspirowany. Ciekawy punkt widzenia, bardzo dobre wykonanie, niespieszny rytm (wydaje mi się, że problem z czytaniem "bloków tekstu" to bardziej problem tła tej strony, gdyby to były pierwsze strony książki, to pochłonęłoby się je w try miga ;)).
Pozdrawiam

:)

...always look on the bright side of life ; )

Gratuluję wyróżnienia w konkursie :-) Trzymałam kciuki ;)

Dzięki za wsparcie, Dreammy :)

Wracając do komentarzy: uwagi malkontisa dotyczące równowagi kompozycji uważam za uzasadnione. Proporcje poszczególnych części opowiadania są zachwiane – wynikało to z dopuszczalnej ilości znaków.

Mam pomysł na rozszerzoną wersję tej historii. Przybierze ona wtedy, o ile wszystko dobrze pójdzie, formę noweli – dzięki temu będzie można zabrać się za analizę problemów postawionych w komentarzu malkontisa. Oczywiście, nie będę Was tutaj katował kolejną mutacją tekstu. Dla zainteresowanych umieszczę link do pdf’u. Póki, co – dziękuję wszystkim za wsparcie… i konstruktywną krytykę. Zarówno jedno jak i drugie – bardzo mi pomaga:)

A teraz zabieram się do pracy…

...always look on the bright side of life ; )

Bardzo fajny klimat i "żywy" charakter postaci. Tylko na końcu czułam niedosyt

jakby opowiadanie było za szybko i zbyt nagle urwane. Chociaż zawsze lepiej

niedosyt niż przesyt.

bless ;)

Jak dla mnie – trochę za dużo klimatu w stosunku do reszty, ale taki już Twój urok. :-)

Ech, człowiek to wredne bydlę.

Ale cybernetyczny świat był czymś innym niż androidy – był bezpieczniejszy. Androidy były nieprzewidywalne, przynajmniej taki był mój punkt widzenia.

Powtórzenie. Gdzie indziej masz podobny problem, ale nie w aż takim stężeniu.

Babska logika rządzi!

Nowy komentarz po pięciu latach… – Finkla zgłodniała na noc i odgrzewa stare kotlety ;)

Każdy koniec daje szansę na nowy początek...

Taaa, dyżur, a tu nic. :-( Tylko jeden nibywiersz z rana i koniec.

Babska logika rządzi!

Ha ha ha… “Finkla zgłodniała na noc i odgrzewa stare kotlety… “

Finklo, czyżby dopadł Cię głód “dobrej literatury”? ; ) – ależ Ty masz apetyt…

...always look on the bright side of life ; )

Jeść, jeść, jeść…

A, bo spędzałam wieczór przy nie swoim kompie.

Babska logika rządzi!

Bardzo sympatyczne opowiadanie i to w klimacie, który wprost uwielbiam:) Nie do wiary, że dopiero teraz i akurat teraz się za nie zabrałam. Zwłaszcza, że jest jakoś tak dziwnie bliskie moim ostatnim (weekendowym) doświadczeniom… partia szachów, kwestia sztucznej inteligencji – skąd ja to znam ; ) Zabawny zbieg okoliczności. A tekst naprawdę interesujący, refleksyjny, porządnie napisany. Bardzo przyjemna lektura to była, Panie Jacku :) Ps. Taki drobiazg mi mignął gdzieś po drodze : " Ma pewno wszyscy by się ucieszyli". – "NA pewno… "

Każdy koniec daje szansę na nowy początek...

Ano, widzisz… Życie pisze niekiedy lepsze scenariusze niż porządnie nawet napisana lyteratura ; ) Jak doświadczenia życiowe i literackie nakładają się na siebie, mieszają ze sobą – to chyba nie jest źle… Doświadczyć takich miksów na własnej skórze – bezcenne ; ) A opowiadanie, coż – ma pięć latek – i wciąż jest aktualne… Miło jest pogłaskać po główce takiego pięcioletniego szkraba ; )

Dzięki za poczytanie, panno W ; )

Się polecam – – na przyszłość : o )

...always look on the bright side of life ; )

Bardzo zacne opowiadanie, tyle że smutkiem napawa świadomość, iż mierny autor, dzięki sprzyjającemu zbiegowi okoliczności, bez własnego udziału, zdobywa sławę, pławi się w niej, ale ze strachu przed ewentualną kompromitacją, krzywdzi swoją dobrodziejkę. Że dobrodziejka była androidem? No cóż, mam podejrzenie, że w przypadku dziewczyny z krwi i kości, bohater postąpiłby tak samo, a nawet bardziej drastycznie.

W tekście jest trochę usterek i sporo błędów w zapisie dialogów. Mam wrażenie, że sześć lat temu nie zwracano uwagi na takie rzeczy :-(

 

od­bi­ja­ją się w szy­bie mo­je­go srebr­ne­go Ben­tleya. – …od­bi­ja­ją się w szy­bie mo­je­go srebr­ne­go ben­tleya.

 

prze­glą­da­ła ko­lej­ne szpal­ty tek­stu. […] Sie­dzia­ła po­chy­lo­na nad wy­świe­tla­czem i prze­wi­ja­ła pal­cem ko­lej­ne szpal­ty tek­stu. – Powtórzenie.

 

Jego od­pra­wy były twar­de i tre­ści­we, jak całe jego za­wo­do­we życie. – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

pro­ce­so­ry se­gre­go­wa­ły nowe, zgro­ma­dzo­ne in­for­ma­cje w taki spo­sób, aby wy­ko­rzy­stać je w pro­ce­sie sa­mo­kształ­ce­nia. – Nie brzmi to najlepiej.

 

wrzu­ci­łem do pu­deł­ka graj­ka dzie­sięć do­lców i zsze­dłem na dół. – Czy mógł zejść na górę?

 

Po­ciąg przy­je­chał za dwie mi­nu­ty. – Raczej: Po­ciąg przy­je­chał po dwóch minutach.

 

uwol­nić się od ja­zgo­tu te­le­fo­nicz­nych roz­mów, sto­sów nie­od­pi­sa­nych maili i li­stów. – Można nie odpisać na mail lub list, ale czy o mailu i liście można powiedzieć, że jest nieodpisany?

 

To, że o niej nie piszę, nie ozna­cza wcale, że o niej za­po­mnia­łem. – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

Nie cho­dzi­ło nawet o samą Harey, ale o osoby, które mo­gły­by mieć do­stęp do jej opro­gra­mo­wa­nia. Wcze­śniej czy póź­niej ktoś mógł­by od­kryć praw­dzi­we au­tor­stwo książ­ki. Pierw­szy lep­szy in­for­ma­tyk mógł­by wejść w po­sia­da­nie in­for­ma­cji, które mo­gły­by zruj­no­wać całe moje życie. Rzecz jasna, nie mo­głem do tego do­pu­ścić. – Powtórzenia.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka