- Opowiadanie: joseheim - Interes

Interes

Niektórym tekst już znany, ale może ktoś jeszcze się skusi, bo gdzież można się doczekać tylu komentarzy, ile na portalu NF? Otóż, nigdzie!

 

Zapraszam tedy do lektury :)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Interes

– Su­ge­ro­wał­bym, żebyś oddał mi wresz­cie pie­nią­dze – za­gad­nął bez zło­ści Bre­men, prze­glą­da­jąc za­war­tość swo­ich juków. – Albo i nie, jeśli ko­niecz­nie nie chcesz, by­le­byś w naj­bliż­szej wio­sce kupił jakiś pro­wiant. Bo mnie zo­sta­ła tylko jedna su­szo­na ryba.

– Ja mam jesz­cze ka­wa­łek sera. I broń Boże nie ukra­dłem two­ich pie­nię­dzy, mi­strzu – od­po­wie­dział po­god­nie Cha­ves.

– My­śla­łem, że in­kwi­zy­to­rom za­le­ży przede wszyst­kim na praw­dzie – mruk­nął Bre­men i wes­tchnął. – Ale jak sobie chcesz. W naj­bliż­szym cza­sie mu­si­my zatem coś upo­lo­wać albo za­ro­bić, bo zanim do­trze­my do Hem­mo­or, dwa razy zdech­nie­my z głodu.

– Na pewno coś wy­my­śli­my – po­cie­szył go in­kwi­zy­tor. – W końcu je­steś czło­wie­kiem lasu, znasz się na grzyb­kach, ko­rzon­kach i ta­kich tam…

Bre­men wzniósł oczy do nieba i po­pra­wił mo­co­wa­nia juków. Cha­ves wła­śnie skoń­czył ob­si­ki­wać ogni­sko. Wsta­wał świt. Cze­kał ich ko­lej­ny długi dzień po­dró­ży przez prak­tycz­nie pła­ski kra­jo­braz. Wśród zło­tych po­ła­ci pól raz na jakiś czas po­ja­wia­ły się za­gaj­ni­ki i rzędy drzew, ale poza tym nie było na czym za­wie­sić oka. Sze­ro­ka, piasz­czy­sta droga bie­gła pro­sto na za­chód.

Bre­men wsko­czył na sio­dło, a sie­dzą­cy dotąd na łęku bury kocur wspiął mu się na ramię.

– No, to ru­szaj­my! – Cha­ves, jak zwy­kle, nie tra­cił hu­mo­ru. Do­pro­wa­dza­ło­by to mi­strza do szału, gdyby tylko co­kol­wiek mogło na­ru­szyć jego sto­ic­ki spo­kój.

Od celu po­dró­ży dzie­li­ło ich jesz­cze kil­ka­na­ście dni. Przy za­chod­nim trak­cie aż do gra­ni­cy nie było ani jed­ne­go du­że­go mia­sta, tylko wsie, po któ­rych nie ocze­ki­wa­li żad­nych re­we­la­cji. Jak się oka­za­ło – nie­słusz­nie.

Po kilku go­dzi­nach, kiedy pa­lą­ce słoń­ce wspię­ło się na naj­wyż­szy punkt na nie­bo­skło­nie, na­tknę­li się na coś wiel­ce in­te­re­su­ją­ce­go.

– Hmm… – za­czął Cha­ves, za­trzy­mu­jąc się przed wbi­tym w zie­mię obok drogi palem, do któ­re­go ktoś przy­bił deskę z nie­zbyt uda­nym ma­lun­kiem. – Jeśli mnie wzrok nie myli, mamy tu do czy­nie­nia albo z pre­zen­ta­cją mier­ne­go ta­len­tu miej­sco­we­go ar­ty­sty, albo z przy­pad­kiem osady na­wie­dza­nej przez po­two­ra.

Bre­men pod­je­chał bli­żej.

– Praw­dę po­wie­dziaw­szy, nie je­stem w sta­nie roz­po­znać, co to… – mruk­nął, przy­glą­da­jąc się bo­ho­ma­zo­wi. – Ma chyba wię­cej głów niż łap.

– No, nie do­wie­my się, do­pó­ki nie za­py­ta­my. – Cha­ves wska­zał ręką wid­nie­ją­ce nie­opo­dal za­bu­do­wa­nia wio­ski. – Skoro ktoś po­wie­sił ogło­sze­nie, to zna­czy, że ktoś chce za­pła­cić. Mó­wisz i masz, mi­strzu! Wspo­mi­na­łeś wszak o ko­niecz­no­ści do­ro­bie­nia…

– Spryt­nie. – Bre­men po­pę­dził ko­był­kę do le­ni­we­go stępa. – Tylko że zanim ktoś za­pła­ci, ktoś inny tego po­two­ra bę­dzie mu­siał ubić…

– Ostat­nie­go za­bi­łem ja – przy­po­mniał in­kwi­zy­tor.

– Tak, ale to ja po­słu­ży­łem za przy­nę­tę.

Cha­ves tylko się za­śmiał.

 

• • •

 

– Men­dy­mo­ra, panie – rzekł po­nu­ro soł­tys. – Cho­dzi toto sa­mo­pas, bydło na­pa­da i tych, co w polu pra­cu­ją, a i wio­ski nie oszczę­dza. O zmierz­cha­niu wy­ła­zi, że strach gębę za próg wy­sta­wić!

Zna­leź­li się w re­pre­zen­ta­cyj­nej cha­cie osady, która nie wy­glą­da­ła wcale le­piej od zwy­kłych chat, i nawet nie było w niej gdzie usiąść. Z każ­de­go kąta tego sioła wy­glą­da­ła bieda aż pisz­cza­ło. I jesz­cze coś gor­sze­go od biedy – nie­uf­ność i za­co­fa­nie.

– No, do­praw­dy – mruk­nął Cha­ves pod nosem. – Z men­da­mi to rze­czy­wi­ście strach… Le­piej jedź­my dalej, bo i nas po­ka­rze.

– Ile? – za­py­tał mistrz, igno­ru­jąc in­kwi­zy­to­ra.

– My nie mamy za dużo, panie. – Chłop zmie­szał się, po­dra­pał po łysej gło­wie. – Po­dat­ki, dzie­się­ci­na, na życie nie star­cza…

– Bez obaw – rzu­cił po­god­nie Cha­ves zza ra­mie­nia Bre­me­na. – Man­ty­ko­ra zje jesz­cze kilku, to wię­cej akrów dla ży­ją­cych do ob­ra­bia­nia zo­sta­nie. I do­by­tek do roz­da­nia. Nie?

Soł­tys skrzy­wił się, splu­nął na kle­pi­sko.

– Trzy sztu­ki sre­bra.

Mistrz spoj­rzał w sufit. Le­żą­cy na jego ra­mie­niu kot ziew­nął prze­cią­gle.

– Nie za wy­so­ko sobie cenią żywot ludz­ki w tej oko­li­cy, nie są­dzisz? – spy­tał, od­wra­ca­jąc się do in­kwi­zy­to­ra. Ten gor­li­wie przy­tak­nął, a soł­tys po­czer­wie­niał.

– Pięć!

Widać było po jego minie, że cier­pi praw­dzi­we męki, wy­po­wia­da­jąc te słowa.

– Pięć i kwa­te­ra oraz wy­ży­wie­nie na czas po­lo­wa­nia na po­two­ra – spro­sto­wał Bre­men. – Jeśli nic nie zdzia­ła­my, oczy­wi­ście za­pła­ty nie bę­dzie. Jeśli zgi­nie­my, cóż, wasz pech. To, albo uj­rzy­cie nasze syl­wet­ki na tle za­cho­dzą­ce­go słoń­ca.

– Zgoda – wy­du­sił soł­tys. Bre­men wy­cią­gnął ku niemu rękę, choć miał po­waż­ne wąt­pli­wo­ści, czy po­wi­nien w ogóle go do­ty­kać.

Po przy­pie­czę­to­wa­niu umowy wy­szli z chaty, przed którą ze­bra­ła się już cał­kiem spora grupa ga­piów. In­kwi­zy­tor za­kla­skał w dło­nie, zanim Bre­men zdą­żył prze­strzec, by się nie wy­głu­piał.

– Panie i pa­no­wie! – oznaj­mił, uci­sza­jąc szem­rzą­cy nieco tłu­mek. – Ten oto obec­ny tu mistrz Bre­men pod­jął się szla­chet­ne­go za­da­nia wy­ba­wie­nia was ze szpo­nów strasz­li­wej be­stii! Już wkrót­ce zo­sta­nie­cie oca­le­ni! Ra­duj­cie się!

Wie­śnia­cy nie wy­glą­da­li na ura­do­wa­nych. Wręcz prze­ciw­nie, za­cho­wy­wa­li się dość dziw­nie. Szcze­gól­ną uwagę zwra­cał chłop sto­ją­cy nieco z tyłu, poza wia­nusz­kiem zgro­ma­dzo­nych, spo­glą­da­ją­cy na przy­by­łych z nie­skry­wa­ną an­ty­pa­tią. W tym aku­rat nie było nic nie­zwy­kłe­go, ale męż­czy­zna sam w sobie wzbu­dzał nie­po­kój. I Bre­men nie miał wąt­pli­wo­ści, co go po­wo­du­je.

– Wi­dzisz go? – mruk­nął do Cha­ve­sa. Ten, bez zbęd­ne­go roz­glą­da­nia się, od­parł pół­gęb­kiem:

– Wi­dzieć widzę. Chłop jak chłop. Czemu?

– Nie, nic – od­parł mistrz.

Osada, w któ­rej się zna­leź­li, wy­glą­da­ła na za­po­mnia­ną przez cały świat. Stało tu kil­ka­na­ście brud­nych cha­łup, ko­ściół, otwie­ra­ny tylko co nie­dzie­lę i od świę­ta, kuź­nia oraz wa­lą­ca się go­spo­da. Na jej szyl­dzie za­pew­ne ten sam ar­ty­sta, który stwo­rzył wa­ria­cję man­ty­ko­ry, pró­bo­wał na­ry­so­wać pro­sia­ka. Można się tego było do­my­ślić tylko dla­te­go, że ko­śla­wy napis obok gło­sił „Pod Dzi­kim Wie­przem”.

– Nie­zbyt udana nazwa – oce­nił Cha­ves.

– Jeśli tylko dają jeść, wszyst­ko mi jedno, jak tę budę na­zwa­li.

Wnę­trze było dość prze­stron­ne i za­ku­rzo­ne. Kle­pi­sko za­ście­la­ły kości, śmie­ci i wy­li­nia­łe psy. Karcz­ma ewi­dent­nie nie przę­dła zbyt do­brze, mimo że stała przy głów­nym go­ściń­cu. Po­li­ty­ka księ­cia Fal­ken­see nie była przy­ja­zna Bad El­ster i Se­vra­no­wi, a ci, któ­rzy cią­gnę­li na za­chód, z re­gu­ły nie na­le­że­li do bo­ga­czy.

– Nie ma złota, nie ma stra­wy – rzekł sto­ją­cy przy kon­tu­arze męż­czy­zna, spo­glą­da­jąc nie­chęt­nie na przy­by­łych. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści obe­rży­stów świa­ta był chudy jak szcza­pa.

– Nie ma stra­wy, jest man­ty­ko­ra – od­parł na­tych­miast Cha­ves, wie­dząc, że pół wio­ski z soł­ty­sem na czele, które wla­zło za nimi do karcz­my, uważ­nie słu­cha. – Jak sądzę, po­sła­li­ście do sto­li­cy po pomoc, jed­nak pies z ku­la­wą nogą się wami nie za­in­te­re­so­wał. Ale bez obaw, Ko­ściół nigdy nie za­wo­dzi, gdy trze­ba pomóc bliź­nie­mu!

Karcz­marz od­ru­cho­wo zro­bił krok do tyłu, skrzy­wio­ny jakby wypił kie­li­szek octu. Zmi­ty­go­wał się na­tych­miast, ale było już za późno. In­kwi­zy­tor uśmiech­nął się zło­śli­wie.

– Ten oto mistrz Bre­men – kon­ty­nu­ował – jest zna­nym na całej po­świę­co­nej ziemi eg­zor­cy­stą! Jej Świą­to­bli­wość Kar­dy­nał Al­ma­da, wy­wie­dziaw­szy się o nie­szczę­ściu, upro­si­ła go oso­bi­ście, by wy­ru­szył bro­nić wa­szych du­szy­czek!

Bre­men prze­wró­cił ocza­mi, sły­sząc te wszyst­kie kłam­stwa. Obej­rzał się na wie­śnia­ków. Wy­glą­da­li, jakby za­sta­na­wia­li się, czy nie le­piej by­ło­by zabić przy­by­szy i za­ko­pać ciała gdzieś za sto­do­łą.

Lud nie ko­chał Ko­ścio­ła, jeśli ktoś lubi eu­fe­mi­zmy.

– Dość – rzekł mistrz cicho, ale sta­now­czo, nie chcąc do­pu­ścić do otwar­te­go kon­flik­tu. – Za­trzy­ma­my się w go­spo­dzie i zjemy tu po­si­łek. Gdy od­naj­dzie­my be­stię, zgła­dzi­my ją i do­sta­nie­my za­pła­tę, zwró­ci­my za noc­leg i za wszyst­ko, co zjemy. A teraz ro­zejdź­cie się. Ro­zejdź­cie się! – dodał gło­śniej, bo wie­śnia­cy nadal stali nie­ru­cho­mo. Pod­kre­ślił prze­kaz zdej­mu­jąc rę­ka­wi­cę i prze­cze­su­jąc dłu­gie włosy od­sło­nię­tą dło­nią. Wid­nie­ją­cy na jej grzbie­cie czar­ny ta­tu­aż w kształ­cie rów­no­ra­mien­ne­go krzy­ża zro­bił swoje.

Miesz­kań­cy wio­ski, szem­rząc, opu­ści­li go­spo­dę. Bre­men i Cha­ves znaj­do­wa­li się dość da­le­ko od To­vi­ry i jed­no­cze­śnie wy­star­cza­ją­co bli­sko Czer­wo­ne­go Boru, by po­waż­nie oba­wiać się na­pa­ści ze stro­ny ludu. Mistrz dzi­wił się in­kwi­zy­to­ro­wi, że ten zdra­dził ich pro­we­nien­cję. Nie omiesz­kał mu tego po­wie­dzieć.

– Głu­piec! – syk­nął, gdy wszy­scy wie­śnia­cy wy­szli, a karcz­marz znik­nął gdzieś na za­ple­czu. – Kre­tyn! Do­brze bę­dzie, jeśli nam tylko na­plu­ją do zupy, a nie spró­bu­ją za­szlach­to­wać we śnie! Co ci do łba strze­li­ło?

Cha­ves za­śmiał się tylko.

– Po co te nerwy, mi­strzu? Tobie prze­cież i tak nic stać się nie może, a i ja w razie czego sobie po­ra­dzę, nie bój nic.

Bre­men po­krę­cił głową.

– Po­cze­kaj tylko, wytnę ci taki sam numer w Se­vra­nie – mruk­nął wie­dząc, że Cha­ves oba­wia się tego księ­stwa.

– Aku­rat, sam bę­dziesz miał pełne gacie ze stra­chu.

– Aku­rat, nic mi nie mogą zro­bić.

– To, że nie mogą cię zabić, nie ozna­cza jesz­cze, że ruda wiedź­ma nie może uznać cię za wiel­ce cie­ka­wy obiekt do eks­pe­ry­men­to­wa­nia – od­ciął się Cha­ves.

– Jak tylko skoń­czy tor­tu­ro­wać tego ma­łe­go in­kwi­zy­to­ra, który przy­pad­kiem za­błą­dził na jej zie­mie…

Do­ga­du­jąc sobie cze­ka­li, aż obe­rży­sta poda cien­ką po­lew­kę z jed­nym ka­wał­kiem mięsa, o który za­gra­li w morę, chleb kon­sy­sten­cją przy­po­mi­na­ją­cy glinę oraz piwo, sma­ku­ją­ce jak siki. Na nic lep­sze­go nie mogli li­czyć i ni­cze­go wię­cej się nie spo­dzie­wa­li.

Było wcze­sne po­po­łu­dnie, więc po­sta­no­wi­li za­brać się do pracy od razu. Zo­sta­wi­li ba­ga­że w izbie wska­za­nej przez pa­choł­ka, który zo­stał przy­dzie­lo­ny przez soł­ty­sa (za­strze­ga­jąc przy tym, że jeśli zgi­nie choć jedna rzecz, chło­pak stra­ci uszy i jaja). Potem spraw­dzi­li, czy chło­pi na­le­ży­cie obe­szli się z ko­był­ką mi­strza i gnia­dym wa­ła­chem in­kwi­zy­to­ra.

– Wła­ści­wie nadal nic nie wiemy – za­uwa­żył Cha­ves. – Poza tym, że zwie­rzę uzna­ne za man­ty­ko­rę nęka wio­skę. Może by tak kogoś prze­py­tać?

– No, in­kwi­zy­to­rzy znani są z za­da­wa­nia pytań – za­drwił Bre­men.

Po­nie­waż jed­nak miesz­kań­cy wio­ski za­trza­ski­wa­ny­mi drzwia­mi i okien­ni­ca­mi jasno dali do zro­zu­mie­nia, że nie mają ocho­ty na roz­mo­wy, Bre­men z Cha­ve­sem udali się pro­sto do soł­ty­sa.

– Gdy­bym ja wie­dział, że sza­now­ni ry­ce­rze z Ko­ścio­ła… – burk­nął chłop, przy­gry­za­jąc wargę.

Bre­men po raz wtóry od­niósł wra­że­nie, że w tej wio­sce coś jest nie tak. I nie cho­dzi­ło tylko o zwy­kłą nie­chęć pro­stych ludzi wy­zy­ski­wa­nych przez Ko­ściół.

– Opo­wiedz­cie nam, soł­ty­sie, o man­ty­ko­rze – rzekł, za­cho­wu­jąc myśli dla sie­bie. – Skąd wie­cie, co to za stwór? Jak wy­glą­da? Kto ją wi­dział? Ilu ludzi za­bi­ła? Czy kto­kol­wiek prze­żył? Jak długo to trwa?

– Trzech, panie – od­parł chłop po na­my­śle. – Trzech po­żar­ła. Jam nie wi­dział, ale paru in­nych tak. Ponoć be­stia od za­cho­du za­wsze przy­cho­dzi, łeb dzi­kie­go zwie­rza i kor­pus ma, skrzy­dła bło­nia­ste, ogon długi a ja­do­wi­ty. Po nocy cza­sem wyje po­tę­pień­czo i lu­bu­je się w mło­dych ja­łów­kach. Za­gry­zła dziew­kę, która gęsi wio­dła, jed­ne­go chło­pa i jed­ne­go ta­kie­go, co to pró­bo­wał ją ubić. Nie po­do­łał, dźgnię­ty kol­cem ze czte­ry dni scho­dził w ma­li­gnie, tra­wio­ny tru­ci­zną. Poza tym po­czwa­ra ino z da­le­ka stra­szy, wszy­scy już na­uczy­li się przed nią kryć.

– No, opis by się zga­dzał – mruk­nął mistrz, gdy zna­leź­li się po­now­nie na za­ku­rzo­nym, za­la­nym słoń­cem po­dwó­rzu.

– Tak? – spy­tał uprzej­mie Cha­ves. – Nie patrz tak na mnie, je­stem in­kwi­zy­to­rem. Szko­lo­no mnie w czym innym. Nie znam się na wa­szych po­gań­skich boż­kach i zja­wach. Od tego są eg­zor­cy­ści.

Bre­men po­krę­cił głową. Od czasu do czasu za­sta­na­wiał się, czy za­bra­nie ze sobą Cha­ve­sa na pewno było do­brym po­my­słem. Po­mi­ja­jąc rzecz jasna fakt, że bez niego nie miał­by po­ję­cia, dokąd iść.

– Tak – wes­tchnął. – Opis ma ręce i nogi. Tu­dzież ogon i skrzy­dła. Jeśli to rze­czy­wi­ście man­ty­ko­ra, naj­pew­niej kryje się w ja­kiejś ja­ski­ni czy jamie i wy­cho­dzi, gdy zgłod­nie­je. Trze­ba by wy­słu­chać świad­ka i po­szu­kać śla­dów. I naj­praw­do­po­dob­niej, nie­ste­ty, zro­bić za przy­nę­tę. Te pa­sku­dy są in­te­li­gent­ne i wred­ne, z tego, co sły­sza­łem.

– Co­kol­wiek po­wiesz, mi­strzu – zgo­dził się po­god­nie Cha­ves. Było mu wszyst­ko jedno, co się bę­dzie dzia­ło, byle się dzia­ło.

Świa­dek, który wi­dział be­stię na od­le­głość mniej­szą niż „gdzieś na ho­ry­zon­cie”, we­dług słów soł­ty­sa prze­żył tylko jeden. Chło­piec, który sie­dział na drze­wie i pod­glą­dał ką­pią­cą się w stru­mie­niu gę­siar­kę, kiedy ta zo­sta­ła za­ata­ko­wa­na.

Chło­piec był ra­czej słaby na umy­śle. Zna­leź­li go ko­pią­ce­go pa­ty­kiem dołek nie­da­le­ko stud­ni.

– Gęsi się roz­bie­gły – rzekł, po­pro­szo­ny o opi­sa­nie prze­bie­gu zda­rze­nia. – O tak, ucie­ka­ły, że hej, szyb­ko jak nigdy!

– No tak – po­wie­dział Bre­men cier­pli­wie. Cha­ves, mimo że był in­kwi­zy­to­rem, jakoś nie gar­nął się do prze­słu­chi­wa­nia. – I co dalej? Wi­dzia­łeś zwie­rzę?

– O tak, wiel­kie jak byk, panie! – Chło­pak się oży­wił. – Przy­cza­jo­ne takie, wło­cha­te, same pa­zu­ry i zęby! Skrzy­dła jak roz­ło­ży­ło, to omal żem nie sko­nał, panie, ze stra­chu. Le­d­wie żem z dębu nie spadł!

– I co?

– Jak to co? Nic. Po­two­ra dziew­kę oba­li­ła, za­du­si­ła, brzuch roz­dar­ła i prze­pa­dła, gdy się na­żar­ła. Prze­cze­ka­łem noc całą na drze­wie, bo to o zmierz­cha­niu było.

– Kiedy to się wy­da­rzy­ło? – za­py­tał jesz­cze Bre­men uzna­jąc, że ma szczę­ście, że do­wie­dział się aż tyle.

– Dwie nie­dzie­le temu – od­parł dzie­ciak po chwi­li, sta­ra­jąc się podać czas wedle nowej, ko­ściel­nej miary.

– Be­stia tu od mie­sią­ca sobie po­czy­na – rzekł Cha­ves, który w mię­dzy­cza­sie wy­py­ty­wał kogoś in­ne­go, a teraz wró­cił do mi­strza. – Pierw­sza osoba zgi­nę­ła mniej wię­cej wtedy, zaś ten śmia­łek, co pod­jął się wo­jo­wa­nia, zo­stał zna­le­zio­ny dzie­sięć dni temu. I jesz­cze jedno – dodał in­kwi­zy­tor cicho, kiedy po­my­lo­ny chło­pak od­biegł do swo­ich zajęć i zo­sta­li sami. – To wszyst­ko, co usły­sze­li­śmy, to tylko fa­sa­da.

– Wiem – od­parł rów­nie cicho mistrz. – Było wię­cej za­bi­tych. Nie mówią nam nawet po­ło­wy tego, co wie­dzą.

– Dziw­ne – wes­tchnął Cha­ves. – Bo jeśli chcą, by ktoś zabił tę be­stię za nich, po­win­ni współ­pra­co­wać. Może i boją się nas, ale chyba nie bar­dziej niż man­ty­ko­ry? Bo my od­je­dzie­my, a ona zo­sta­nie, jeśli coś się nam nie uda…

Bre­men za­sta­no­wił się. Całe lata po­świę­co­ne za­wia­dy­wa­niu leśną wio­ską na­uczy­ły go wiele. Przede wszyst­kim o na­tu­rze ludz­kiej.

– Kryją kogoś – po­wie­dział i po­my­ślał o męż­czyź­nie, który stał z dala od wszyst­kich, mie­rząc go nie­przy­ja­znym wzro­kiem. – Py­ta­nie tylko, czy ten ktoś ma zwią­zek z man­ty­ko­rą, czy może z czymś zu­peł­nie innym.

 

• • •

 

Za­pa­dał zmierzch. Mistrz i in­kwi­zy­tor wy­ru­szy­li by obej­rzeć za­ko­le rzeki, nad któ­rym po­twór na­padł gę­siar­kę, ale nie zna­leź­li nic cie­ka­we­go. Ślady za­dep­ta­li wie­śnia­cy, a wszyst­kie ciała były już dawno po­cho­wa­ne.

– Ale oko­li­ca za­iste jest ma­low­ni­cza – za­uwa­żył Cha­ves, jakby kon­ty­nu­ując dys­ku­sję, która nie miała miej­sca.

Bre­men wzru­szył ra­mio­na­mi. Wieś jak wieś. Dużo pól, rzeka, rzad­kie za­gaj­ni­ki w ni­czym nie przy­po­mi­na­ją­ce jego pusz­czy. Tę­sk­nił za Czer­wo­nym Borem.

Księ­życ stał wy­so­ko na nie­bie. Zboże szu­mia­ło, cze­sa­ne wia­trem, a płyt­ka rzeka szem­ra­ła cicho. Wra­ca­li wła­śnie do wio­ski, chcąc zjeść wie­cze­rzę, gdy wtem po rów­ni­nie po­pły­nę­ło nie­ludz­kie wycie. Trwa­ło dość długo, by do szczę­tu zmro­zić krew w ży­łach; było pełne żalu i obiet­ni­cy mordu. Kiedy prze­brzmia­ło, noc przez chwi­lę trwa­ła cicho, a potem po­wró­ci­ła do życia jak gdyby nigdy nic.

– Och, och – udał pa­ni­kę Cha­ves. – Nie­mi­łe. Czy aby wilk? Bo ra­czej nie man­ty­ko­ra.

Bre­men nie od­po­wie­dział. Sły­szał wilki z wa­ta­hy Wil­cze­go Pa­ste­rza ty­sią­ce razy, ale żaden nie brzmiał jak ten.

 

• • •

 

Mistrz ze­rwał się tuż przed świ­tem. Coś nie po­zwa­la­ło mu spać, acz­kol­wiek mógł to być bury kot, upo­rczy­wie ukła­da­ją­cy mu się na twa­rzy. Bre­men spraw­dził za­war­tość ba­ga­ży, po­prze­kli­nał w my­ślach po­chra­pu­ją­ce­go na są­sied­nim bar­ło­gu in­kwi­zy­to­ra, wresz­cie za­szedł do głów­nej izby karcz­my, by obu­dzić go­spo­da­rza i za­żą­dać śnia­da­nia. Do­stał przy­pa­lo­ną ja­jecz­ni­cę, taki sam jak po­przed­nie­go dnia gli­nia­sty chleb i kawał wy­su­szo­ne­go na wiór mięsa. Koń­czył już, kiedy nad­szedł Cha­ves, prze­cią­ga­jąc się i zie­wa­jąc.

– Bie­rze­my konie i ru­sza­my szu­kać śla­dów – oznaj­mił Bre­men, wsta­jąc z ławy. – Na­tych­miast.

– Oczy­wi­ście – zgo­dził się in­kwi­zy­tor, zer­ka­jąc na reszt­ki śnia­da­nia mi­strza. – Po wczo­raj­szej ko­la­cji i tak nie bar­dzo mam ocho­tę na spe­cja­ły miej­sco­wej kuch­ni.

 

• • •

 

Po czte­rech go­dzi­nach ro­bie­nia coraz więk­szych kół wokół wio­ski, nadal tkwi­li w mar­twym punk­cie.

– No do­brze – rzekł Cha­ves, znie­chę­co­ny. – Dys­po­nu­jesz może ja­kimś taj­nym, ma­gicz­nym spo­so­bem tro­pie­nia po­gań­skich be­stii, mi­strzu? Przy­cho­dzi ci do głowy co­kol­wiek ge­nial­ne­go? Bo jak nie, to bę­dzie­my tak krą­żyć do końca świa­ta albo do­pó­ki nie zdech­nie­my z głodu. Bo w tej karcz­mie wię­cej żreć nie będę.

Bre­men otarł pot z czoła. Z nieba lał się nie­mi­ło­sier­ny żar.

– Ge­nial­ne­go planu nie mam – przy­znał – ale myślę, że warto za­py­tać, czy ktoś coś wi­dział w tej osa­dzie, o, tam. – Wska­zał ręką na za­chód, gdzie znaj­do­wa­ło się nie­wiel­kie sku­pi­sko chat.

– Słusz­nie – zgo­dził się in­kwi­zy­tor. – Sam mia­łem to za­pro­po­no­wać.

– Aha. Pew­nie.

– Zdzi­wił­bym się, gdyby wio­ski po­ło­żo­ne w tak nie­wiel­kiej od­le­gło­ści od sie­bie nie miały tych sa­mych pro­ble­mów – cią­gnął nie­zra­żo­ny Cha­ves.

– Sprawdź­my więc.

Po­kłu­so­wa­li w stro­nę za­bu­do­wań, które z go­ściń­cem łą­czy­ła nie­zbyt wy­raź­na polna droga. W po­rów­na­niu ze wsią, w któ­rej się za­trzy­ma­li, ta osada była ze czte­ry razy mniej­sza. Po­mi­mo tego, zda­wa­ła się sa­mo­wy­star­czal­na: miała wła­sny młyn i kuź­nię, nie było tu za to ko­ścio­ła.

A na dro­dze przed pierw­szy­mi cha­łu­pa­mi stał słup, do któ­re­go ktoś przy­bił deskę z wi­ze­run­kiem po­two­ra. Bre­men i Cha­ves dłuż­szą chwi­lę kon­tem­plo­wa­li ma­lu­nek nim zde­cy­do­wa­li się za­brać głos.

– Jak są­dzisz, czy to jest kwe­stia braku umie­jęt­no­ści czy wy­obraź­ni? – za­py­tał wresz­cie in­kwi­zy­tor.

Na­szki­co­wa­ny wę­glem stwór był ku­dła­ty i zę­ba­ty. Nie po­sia­dał ani ka­wał­ka skrzy­deł, ani grama wę­żo­we­go ogona.

– No tak… – Bre­men od­gar­nął włosy z czoła i prze­cią­gnął się w sio­dle. – Czy tylko mnie się wy­da­je dziw­ne, że dwie są­sied­nie wio­ski na­wie­dza­ne są przez dwa różne po­two­ry?

 

• • •

 

– Wil­ko­łak, panie – rzekł po­nu­ro soł­tys. – Cho­dzi toto sa­mo­pas, bydło na­pa­da i tych, co w polu pra­cu­ją, a i wio­ski nie oszczę­dza. O zmierz­cha­niu wy­ła­zi, że strach gębę za próg wy­sta­wić!

– Nie­wąt­pli­wie – rzekł znu­żo­nym tonem Cha­ves. Wy­mie­ni­li z mi­strzem zre­zy­gno­wa­ne spoj­rze­nia. Wy­słu­cha­li dość nie­uważ­nie resz­ty tego, co soł­tys miał do po­wie­dze­nia, a potem, zanim in­kwi­zy­tor zdą­żył od­mó­wić, Bre­men oświad­czył, że z chę­cią po­dej­mą się za­da­nia. W za­mian za pro­wiant na całą drogę do Hem­mo­or.

– Osza­la­łeś?! – za­py­tał Cha­ves, kiedy już po­zna­li oko­licz­no­ści na­pa­ści i wy­bra­li się na po­szu­ki­wa­nia chło­pa, który ty­dzień wcze­śniej zo­stał po­gry­zio­ny. Opie­ko­wa­ła się nim wio­sko­wa wiedź­ma, Heide. To zna­czy – ofi­cjal­nie ciot­ka, ale Bre­men nie uro­dził się wczo­raj i wie­dział, czym neu­tra­li­zu­je się ugry­zie­nia wil­ko­ła­ka.

– Tylko ani słowa – po­wie­dział mistrz do in­kwi­zy­to­ra, pod­kre­śla­jąc wypowiedź bar­dzo wy­mow­nym ge­stem pod­rzy­na­nia gar­dła. – I nie osza­la­łem – dodał po chwi­li. – Widzę w tym coś więcej, szerszą perspektywę, wy­obraź sobie. I szan­sę dla nas obu, ko­ściel­ny po­mio­cie. Więc siedź cicho. Jeśli nie mo­żesz albo nie chcesz pomóc, przy­naj­mniej nie prze­szka­dzaj! A ja idę po­roz­ma­wiać z wiedź­mą.

Zo­sta­wił Cha­ve­sa i za­pu­kał do drzwi chaty, ob­wie­szo­nej nie­win­ny­mi z po­zo­ru zio­ła­mi.

W progu po­wi­ta­ło go nie­chęt­ne spoj­rze­nie nie­mło­dej już ko­bie­ty. Z jej punk­tu wi­dze­nia mistrz był sta­no­wią­cym po­ten­cjal­ne za­gro­że­nie in­tru­zem po­zba­wio­nym au­to­ry­te­tu. Bre­men jed­nak nie przej­mo­wał się na­sta­wie­niem wiedźmy. Ukuł pewną teorię, widząc pustą chatę na skraju wioski, z oknami zabitymi deskami oraz tojad i gałęzie srebrnego świerku wiszące pod dachem domostwa czarownicy.

– Pokój temu do­mo­wi. Przy­słał nas soł­tys, aby­śmy po­roz­ma­wia­li z chło­pa­kiem na temat wil­ko­ła­ka – rzekł bez ogró­dek Bre­men. Upew­nił się, że jego rę­ka­wi­ce do­brze za­kry­wa­ją całe dło­nie.

– Nie lza – od­burk­nę­ła ko­bie­ta. Za­ję­ta była przy­go­to­wy­wa­niem po­traw­ki z kró­li­ka. Na dłu­gim stole pod ścia­ną stało kil­ka­dzie­siąt mi­se­czek, bu­te­le­czek, dzban­ków i pa­czu­szek. Noz­drza mi­strza wy­peł­nił zna­jo­my, świ­dru­ją­cy za­pach. – Zło­żon nie­mo­cą, w go­rącz­ce leży.

– W księ­ży­co­wej go­rącz­ce – uzu­peł­nił Bre­men, roz­glą­da­jąc się po­dejrz­li­wie do­oko­ła. Tak na­praw­dę nie in­te­re­so­wa­ła go roz­mo­wa z ofia­rą. Cie­kaw był ra­czej, czy w za­cho­wa­niu wiedź­my roz­po­zna choć nutę po­czu­cia winy. – Ro­zu­miem. Czy może w takim razie ty wiesz o czymś, co by­ło­by po­moc­ne w schwy­ta­niu po­two­ra? – za­py­tał, sta­ra­jąc się brzmieć twar­do i po żoł­nier­sku. Uznał, że tak bę­dzie le­piej. W końcu cisi i spo­koj­ni męż­czyź­ni ko­ja­rzy­li się wszyst­kim z Ko­ścio­łem.

– O tak. Po­twór jest szpar­ki i gry­zie – od­par­ła gder­li­wie ko­bie­ta i osten­ta­cyj­nie od­wró­ci­ła się ple­ca­mi, by zaj­rzeć za za­sło­nę, za którą ktoś leżał.

– Ro­zu­miem – od­parł mistrz po­now­nie i na od­chod­nym rzu­cił: – Gdyby po­ja­wił się tu choć jeden za­plu­ty pa­trol z To­vi­ry, jak nic za­wle­kli­by cię przed ob­li­cze kar­dy­na­ła, wiesz? Jak dalej bę­dziesz su­szy­ła zioła na ganku, a nie na strysz­ku, i wy­sta­wia­ła mik­stu­ry na widok pu­blicz­ny, to pew­ne­go pięk­ne­go dnia za­pła­cisz za to głową. Po tym, jak już cię spalą na sto­sie. Może sam na cie­bie do­nio­sę? Kto wie, za to też są na­gro­dy.

Wy­szedł z dusz­ne­go wnę­trza i, nie oglą­da­jąc się na Cha­ve­sa, udał się na głów­ny plac wsi, gdzie zo­sta­wi­li wierz­chow­ce.

– I co? – za­py­tał in­kwi­zy­tor, do­ga­nia­jąc go po chwi­li.

– I nic – mruk­nął Bre­men, gdy za­wró­ci­li w stro­nę pierw­szej wsi. – Mamy do za­bi­cia man­ty­ko­rę i wil­ko­ła­ka do schwy­ta­nia. Pro­po­nu­ję zająć się tym pierw­szym, bo bę­dzie trud­niej­sze.

– Cóż… – Cha­ves uśmiech­nął się jed­nym z nie­przy­jem­nych in­kwi­zy­tor­skich uśmiesz­ków. – Co­kol­wiek po­wiesz, mi­strzu.

 

• • •

 

Ran­kiem, po ko­lej­nej nie­wy­god­nie spę­dzo­nej nocy i po­sił­ku rów­nie ape­tycz­nym, co pierw­szy, Bre­men pod­jął de­cy­zję. Udał się pro­sto do chaty męż­czy­zny, który zwró­cił jego uwagę już pierw­sze­go dnia.

– Witaj – za­ga­ił przy­jaź­nie.

Chłop sie­dział we wnę­trzu chaty. Nie po­fa­ty­go­wał się, by wstać i wyjść do go­ścia, za­ję­ty przy­go­to­wy­wa­niem strzał do łuku. Spoj­rzał na mi­strza spode łba i nie od­po­wie­dział. Wręcz pro­mie­nio­wał nie­chę­cią.

– Jak widzę, nie je­steś zbyt roz­mow­ny – cią­gnął nie­zra­żo­ny Bre­men. – Nie szko­dzi, nie za­mie­rzam za­da­wać ci setek pytań, co zresz­tą o niebo le­piej zro­bił­by mój to­wa­rzysz in­kwi­zy­tor. In­te­re­su­je mnie bo­wiem tylko jedna kwe­stia. Co, u licha, łączy cię z Heide?

Męż­czy­zna ani drgnął, ale mor­der­czy wyraz jego oczu po­wie­dział mi­strzo­wi, że tra­fił w sedno.

– Po­zwól, że opo­wiem, jak to mogło być. – Bre­men roz­siadł się wy­god­nie na sto­ją­cej pod oknem ławce i za­czął gła­skać kota, który przy­wę­dro­wał tu za nim i teraz wsko­czył mu na ko­la­na. Mistrz nie wi­dział, co robi chłop, ale wy­da­wał się kom­plet­nie roz­luź­nio­ny. – Do pełni bra­ku­je jesz­cze ty­go­dnia, praw­da? Gdyby nie to, nie ła­ził­byś teraz sa­mo­pas i może nie po­wią­zał­bym tego i owego. Ale tu je­steś, a ja zo­ba­czy­łem, żeś kimś wię­cej niż zwy­kły czło­wiek. Co nie zmie­nia faktu, że mogę tylko spe­ku­lo­wać. Zna­czy, zmy­ślać.

Bre­men sta­ran­nie igno­ro­wał dźwię­ki do­cho­dzą­ce z wnę­trza chaty. Brzmia­ły tro­chę tak, jakby wie­śniak prze­bie­rał w cięż­kich, me­ta­lo­wych na­rzę­dziach.

– Przy­znaj, co ta­kie­go uczy­ni­łeś? Zba­ła­mu­ci­łeś jakąś młód­kę? A może za­wio­dłeś na­dzie­je samej Heide? Z pew­no­ścią zro­bi­łeś coś, co za­ostrzy­ło za­targ po­mię­dzy dwie­ma wio­ska­mi. Nie­waż­ne zresz­tą, liczy się efekt: wiedź­ma prze­klę­ła cię, a ty w od­we­cie za­czą­łeś na­wie­dzać jej osadę. Nie mogąc sobie z tobą po­ra­dzić, bo wła­sne twory za­wsze naj­trud­niej zwal­czyć, wy­ho­do­wa­ła bądź we­zwa­ła dru­gie­go po­two­ra, by wal­czył prze­ciw­ko tobie. Śmiesz­ne. Do­praw­dy, prze­za­baw­ne.

Bre­men uchy­lił się, gdy coś wy­strze­li­ło w jego kie­run­ku. Mło­tek prze­le­ciał mu koło ucha, a dzier­żą­cy go chłop le­d­wie utrzy­mał rów­no­wa­gę. Mistrz chwy­cił za owło­sio­ne, grube łap­sko i po­cią­gnął. Syk­nął, gdy kot wpił mu pa­zu­ry w nogi.

Wie­śniak prze­le­ciał przez okno i wy­lą­do­wał cięż­ko na ple­cach, a bury kocur spadł mu pro­sto na twarz. Męż­czy­zna wrza­snął, po czym na­tych­miast za­milkł, gdy po­czuł ostrze noża nie­bez­piecz­nie bli­sko gar­dła.

– Wiesz, że obie­ca­li mi za cie­bie na­gro­dę? – za­gad­nął Bre­men nie­zo­bo­wią­zu­ją­cym tonem. – Za­mie­rzam ją do­stać. Ale naj­pierw man­ty­ko­ra.

Wstał, scho­wał nóż. A potem od­szedł, po­gwiz­du­jąc i mając szcze­rą na­dzie­ję, że ziar­no padło na po­dat­ny grunt.

 

• • •

 

– Na­praw­dę nie ro­zu­miem, czemu mamy to robić – gde­rał Cha­ves pod wie­czór, gdy zbie­ra­li w za­gaj­ni­ku drew­no na ogni­sko.

– A co, tak ci się po­do­ba­ło za­kwa­te­ro­wa­nie w karcz­mie? Przy­naj­mniej po­ży­wi­my się jak lu­dzie. – Mistrz ru­chem głowy wska­zał le­żą­ce­go nie­opo­dal w tra­wie za­ją­ca. – Poza tym mamy ro­bo­tę do wy­ko­na­nia.

– To zna­czy? – Cha­ves znie­ru­cho­miał i zmie­rzył Bre­me­na po­dejrz­li­wym spoj­rze­niem.

– To zna­czy, że po­iry­to­wa­łem wiedź­mę i po­iry­to­wa­łem wil­ko­ła­ka, więc przy odro­bi­nie szczę­ścia oboje przy­bę­dą tu dziś w nocy, by się nas po­zbyć – od­parł mistrz, wy­raź­nie z sie­bie za­do­wo­lo­ny. – Ewen­tu­al­nie jutro lub po­ju­trze. Dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu.

– Nie­zbyt ape­tycz­ne, te pie­cze­nie. To zna­czy, że tym razem obaj bę­dzie­my przy­nę­ta­mi?

– Spra­wie­dli­wość musi być.

– Ale to ty ich zi­ry­to­wa­łeś – za­uwa­żył słusz­nie in­kwi­zy­tor.

– Tak, ale to ty chcia­łeś po­dró­żo­wać ze mną dla roz­ryw­ki. Siedź więc cicho i nie ma­rudź.

Cha­ves sie­dział więc cicho i nie ma­ru­dził, jeśli nie li­czyć mam­ro­ta­nia pod nosem.

Na­cię­li i uzbie­ra­li dość drew­na, by móc rozpalić po­kaź­ne ogni­sko. Konie na wszel­ki wy­pa­dek zo­sta­wi­li w wio­sce – mo­gły­by spa­ni­ko­wać i paść łupem któ­re­goś z po­two­rów.

Zje­dli za­ją­ca. Gdy za­padł zmrok zmie­nia­li warty, drze­miąc na prze­mian, ale przez całą noc nie wy­da­rzy­ło się ab­so­lut­nie nic.

O świ­cie Bre­men usiadł na brze­gu rzeki i za­brał się do ło­wie­nia ryb – w końcu mu­sie­li coś jeść. Przy za­ko­lu, gdzie prąd był bar­dzo le­ni­wy, zła­pał dwa spore oko­nie, kilka pło­tek i wę­go­rza. Gdy Cha­ves się obu­dził, mistrz wy­słał go do wio­ski, by przy­niósł mąkę i jaja. Nie­za­leż­nie od dal­szych losów po­lo­wa­nia na po­two­ry mogli mieć pew­ność, że na razie nie będą gło­do­wać.

Dzień spę­dzi­li wy­le­gu­jąc się w cie­niu za­gaj­ni­ka, ob­jeż­dża­jąc konno obie osady i znowu drze­miąc. Bre­men po­wo­li za­czął do­cho­dzić do wnio­sku, że jego plan nie jest tak dobry, jak są­dził.

Pod wie­czór, gdy Cha­ves znu­dził się już grze­ba­niem pa­ty­kiem w ogni­sku i oga­nia­niem się od bu­re­go kota, po­wie­dział:

– Tak wła­ści­wie, to nie ro­zu­miem. Prze­cież ci z tam­tej wsi muszą do­sko­na­le wie­dzieć, kim jest wil­ko­łak. Że też po niego nie przy­szli za dnia.

Mistrz za­sta­no­wił się.

– Tamta osada liczy mniej miesz­kań­ców – od­rzekł. – I pew­nie nie wszy­scy ze­bra­li­by się na od­wa­gę, by pójść z wi­dła­mi pod dom wil­ko­ła­ka. Na­tych­miast by ich prze­pę­dzo­no, jeśli nie coś gor­sze­go.

– No to czemu ci dru­dzy, skoro jest ich wię­cej, nie po­szli na man­ty­ko­rę?

– A ty, gdy­byś był chło­pem, chciał­byś sta­nąć na­prze­ciw ro­ze­źlo­nej man­ty­ko­ry?

– No do­brze, to jesz­cze tylko jedno: skąd wie­dzia­łeś, że tam­ten chłop to wil­ko­łak?

Bre­men wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Widzę takie rze­czy, odkąd noszę to – po­wie­dział, uno­sząc prawą dłoń. Na środ­ko­wym palcu wid­niał pier­ścień z czte­re­ma ru­bi­na­mi. – Po­two­ry to moja spe­cjal­ność.

Umil­kli na chwi­lę.

– Do pełni bra­ku­je jesz­cze pię­ciu dni – za­uwa­żył wresz­cie in­kwi­zy­tor. – Mamy tu sie­dzieć tak długo? Nuda.

– Wil­ko­ła­ki mogą prze­mie­nić się w do­wol­nej chwi­li. Ale jeśli się mylę, to za­iste, tro­chę tu po­sie­dzi­my. Nic nie tra­ci­my. Mam zresz­tą na­dzie­ję, iż oboje, i wil­ko­łak, i wiedź­ma, zro­zu­mie­li, że nie ru­szy­my się stąd, do­pó­ki nie do­sta­nie­my tego, po co przy­szli­śmy.

– Aha. – In­kwi­zy­tor prze­cią­gnął się i uło­żył na swoim po­sła­niu. – Świet­nie. Jeśli mamy tu sie­dzieć do pełni, to ty czu­waj całą noc, jeśli wola, ale ja za­mie­rzam się wy­spać. Do­bra­noc.

Mistrz wes­tchnął. Spoj­rzał w do­peł­nia­ją­cy się księ­życ i po na­my­śle uznał, że Cha­ves ma rację. Tej nocy też nic się nie wy­da­rzy.

Za­snął spo­koj­nie, z kotem mru­czą­cym tuż przy uchu, a w kilka go­dzin póź­niej obu­dzi­ło go po­tęż­ne ude­rze­nie i cie­pły po­piół z wy­ga­słe­go już ogni­ska na twa­rzy.

 

• • •

 

Było ciem­no, choć oko wykol – księ­życ znik­nął za chmu­ra­mi. W mroku do­oko­ła ko­tło­wa­ły się ja­kieś kształ­ty, sły­chać było war­cze­nie, mla­ska­nie, zgrzyt pa­zu­rów i Bóg jeden wie, co jesz­cze.

Bre­men po­czuł, jak prze­ska­ku­je nad nim coś wiel­kie­go i cięż­kie­go. Od­ru­cho­wo wtu­lił się bar­dziej w zie­mię, a co za tym idzie, w po­zo­sta­ło­ści wy­ga­słe­go ogni­ska. Zaraz potem kich­nął, gdy po­piół do­stał mu się do nosa.

Nim zdą­żył za­kląć, coś ude­rzy­ło go po­now­nie i prze­tur­lał się po tra­wie do­brych kilka łokci. Przy­warł do pod­ło­ża. Nic wię­cej się nie wy­da­rzy­ło, więc zer­k­nął w górę, by oce­nić sy­tu­ację.

W ciem­no­ści, przed nim, trwa­ła walka.

Gdy jego wzrok przy­wykł do mroku, Bre­men uj­rzał dwa zma­ga­ją­ce się ze sobą po­two­ry.

Jak idio­tycz­ne by się to nie wy­da­wa­ło, wy­glą­da­ło na to, że z ja­kie­goś po­wo­du be­stie rzu­ci­ły się na sie­bie na­wza­jem, za­miast na ludzi. Man­ty­ko­ra była szyb­ka i zwrot­na, ata­ko­wa­ła po­dob­ną do lwiej pasz­czą i ogo­nem, na końcu któ­re­go znaj­do­wał się ja­do­wi­ty kolec. Mniej­szy wil­ko­łak nie po­wi­nien mieć z nią szans – a jed­nak wal­czył dziel­nie. Sil­niej­szy i bar­dziej wy­trzy­ma­ły, naj­wy­raź­niej był też od­por­ny na tru­ci­znę. Trzy­mał man­ty­ko­rę za łeb, pró­bu­jąc skrę­cić jej kark, ta zaś raz po raz sma­ga­ła go łu­sko­wa­tym ogo­nem.

Bre­men ro­zej­rzał się, jed­nak ni­g­dzie w oko­li­cy nie do­strzegł Cha­ve­sa. Uznał, że in­kwi­zy­tor wy­czuł pismo nosem i za­wcza­su skrył się w za­gaj­ni­ku nie­opo­dal. To było cał­kiem w jego stylu – ob­ser­wo­wać wy­wo­ła­ny zamęt z bez­piecz­nej od­le­gło­ści.

Wil­ko­łak zawył po­tę­pień­czo, gdy man­ty­ko­ra na­głym szarp­nię­ciem uwol­ni­ła się z uchwy­tu i przy­ci­snę­ła go całym cię­ża­rem. Spró­bo­wa­ła mu od­gryźć głowę, pod­czas gdy czło­wiek-wilk usi­ło­wał wy­rwać jej ogon. Na swój spo­sób ob­ser­wo­wa­nie tej sceny wy­da­ło się mi­strzo­wi za­baw­ne.

Wy­pluł po­piół i wstał, by się otrze­pać. Wy­brał zły mo­ment. Aku­rat wtedy wil­ko­łak zrzu­cił z sie­bie man­ty­ko­rę, od­py­cha­jąc ją w kie­run­ku Bre­me­na. Mistrz upadł, przy­gnie­cio­ny ciel­skiem be­stii, tra­cąc na chwi­lę od­dech. Gdy go od­zy­skał, po­słał w stro­nę za­chmu­rzo­ne­go noc­ne­go nieba wią­zan­kę prze­kleństw.

Man­ty­ko­ra na­tych­miast ze­rwa­ła się, w ogóle nie prze­ja­wia­jąc za­in­te­re­so­wa­nia czło­wie­kiem, i rzu­ci­ła po­now­nie na wil­ko­ła­ka. Ten zawył i rów­nież ru­szył do przo­du. Bre­men czym prę­dzej wstał i po­biegł w stro­nę za­gaj­ni­ka.

Po­mię­dzy drze­wa­mi za­stał krztu­szą­ce­go się ze śmie­chu in­kwi­zy­to­ra.

– Bar­dzo za­baw­ne – wark­nął, otrze­pu­jąc się i wy­plą­tu­jąc z wło­sów źdźbła trawy. – Do­praw­dy wy­bor­ne. We­so­ło ci?

– I to jak – za­pew­nił Cha­ves, nie prze­sta­jąc chi­cho­tać. – Nie wiem, co było lep­sze, czy to, jak za pierw­szym razem wrzu­ci­ły cię w ogni­sko, czy to jak teraz prze­ta­rza­ły cię po ziemi. Twar­dy masz sen, mi­strzu, żeś nie spo­strzegł za­wcza­su, co się świę­ci…

– Sam się sobie dzi­wię.

Przez chwi­lę obaj pa­trzy­li, jak wil­ko­łak z man­ty­ko­rą toczą walkę. Żadne z nich nie mogło zdo­być wy­raź­nej prze­wa­gi.

– Cie­ka­we, że nie do­szło do tego wcze­śniej – mruk­nął in­kwi­zy­tor, już cał­kiem opa­no­wa­ny. – W końcu impas trwa od ład­nych paru ty­go­dni. Ech, ci chło­pi, nie po­tra­fią nawet pod­jąć de­cy­zji. Pół­środ­ki to droga do­ni­kąd.

– Sko­roś taki mądry, fi­lo­zo­fie, to chwy­taj za miecz i ukróć tę farsę – za­pro­po­no­wał Bre­men. – Bo wy­glą­da na to, że one same nie do­pro­wa­dzą spra­wy do końca. Jeśli chce­my zgar­nąć na­gro­dę, to trze­ba zabić man­ty­ko­rę.

– A wil­ko­ła­ka?

Mistrz wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Jak nie pój­dzie po do­bro­ci… – od­parł. – A zresz­tą jak chcesz. To wpraw­dzie czło­wiek, w pew­nym sen­sie, ale ja tam do niego przy­wią­za­ny nie je­stem. Wszyst­ko mi jedno, jak skoń­czy.

Cha­ves wy­cią­gnął z po­chwy miecz i zwa­żył go w dłoni.

– W tej karcz­mie wpraw­dzie go­tu­ją podle, ale pie­nią­dze obie­ca­li…

– A za­pa­sy i tak miała do­star­czyć druga wio­ska – przy­po­mniał Bre­men.

– Nie za­mie­rzasz mi pomóc, co? – upew­nił się in­kwi­zy­tor, wy­cho­dząc przed linię drzew.

– Nie. Wiem, że jesz­cze nie­raz zdo­łasz mi za­leźć za skórę i że już wkrót­ce wy­my­ślisz coś, by mnie zde­ner­wo­wać, więc dziś za­mie­rzam wy­cią­gnąć się na tra­wie i od­po­czy­wać.

– Ale to ja za­bi­łem to twoje… nue, czy jak mu tam – rzekł z pre­ten­sją Cha­ves.

Bre­men uło­żył się wy­god­nie, tak, by mieć dobry widok na pole. Chmu­ry roz­stą­pi­ły się nieco, więc jakże dra­ma­tycz­nej sce­nie walki przy­świe­cał teraz księ­życ.

– Świet­nie, to ozna­cza, że masz wpra­wę w za­bi­ja­niu po­two­rów. No, dalej, pokaż na co stać ry­ce­rza Ko­ścio­ła.

In­kwi­zy­tor wes­tchnął. Uznał, że na jego ko­rzyść dzia­ła fakt, iż be­stie są tak bar­dzo za­ab­sor­bo­wa­ne sobą na­wza­jem… może nawet nie za­uwa­żą, jak się bę­dzie zbli­żał…

Mistrz nie miał do tej pory wielu oka­zji, by ob­ser­wo­wać Cha­ve­sa w walce, ale to, co już wi­dział, wy­star­czy­ło do wy­ro­bie­nia sobie opi­nii. A opi­nia była taka, że gdyby tylko Bre­men nie nosił pier­ście­nia, na­praw­dę bałby się o swoje życie, prze­by­wa­jąc w to­wa­rzy­stwie in­kwi­zy­to­ra.

Nie cho­dzi­ło o to, że Cha­ves był szcze­gól­nie silny czy zwin­ny. Nie po­siadł żad­nej ta­jem­nej tech­ni­ki, nie miał prze­wa­gi dzie­sią­tek lat do­świad­czeń, nic z tych rze­czy – po pro­stu wy­da­wał się za­wsze wie­dzieć, co zrobi jego prze­ciw­nik. Nigdy nie stał tam, gdzie tra­fia­ły ciosy, sam zaś po­tra­fił skie­ro­wać miecz do­kład­nie w miej­sce, w które po­wi­nien. Za­kra­wa­ło to na magię, ale prze­cież coś ta­kie­go jak magia nie ist­niało. Cha­ves uni­kał walki jak mógł, kiedy jed­nak już do niej do­cho­dzi­ło, koń­czył star­cie tak szyb­ko, jak tylko po­tra­fił.

Teraz było po­dob­nie. In­kwi­zy­tor bez po­śpie­chu pod­szedł do trwa­ją­cych w zwar­ciu po­two­rów. Gdy te go spo­strze­gły, pry­snę­ły w dwie prze­ciw­le­głe stro­ny – wil­ko­łak byle dalej, a man­ty­ko­ra wprost na nad­cho­dzą­ce­go czło­wie­ka. Cha­ves zaś w ostat­niej chwi­li po pro­stu wy­sta­wił miecz przed sie­bie tak, że man­ty­ko­ra sama się na niego na­dzia­ła. Niby pę­dzi­ła do przo­du, niby dla zmył­ki przy­pa­dła do ziemi, chcąc zmie­nić kie­ru­nek ataku, ale miecz in­kwi­zy­to­ra już tam był. Wbił się pro­sto w roz­war­tą, pełną zę­bisk pasz­czę.

Man­ty­ko­ra za­ry­cza­ła dziko, szar­piąc się w lewo i w prawo, potem od­sko­czy­ła do tyłu, uwal­nia­jąc się od ostrza. Z pyska buch­nę­ła krew.

Cha­ves stał nie­po­ru­szo­ny. Gdy z boku za­szar­żo­wał na niego wil­ko­łak, z nie­wia­do­mych wzglę­dów nagle sprzy­mie­rza­jąc się z man­ty­ko­rą, in­kwi­zy­tor po­stą­pił o krok w bok i ciął sze­ro­ko mie­czem. Sztych lekko za­ha­czył o plecy wil­ko­ła­ka, po­zo­sta­wia­jąc w nich płyt­ką, ale długą ranę.

In­kwi­zy­tor bawił się. Bre­men wie­dział o tym i wy­da­wa­ło mu się to co­kol­wiek nie­etycz­ne. Wie­dział też, że to był pokaz ze spe­cjal­ną de­dy­ka­cją dla niego sa­me­go.

Man­ty­ko­ra sko­czy­ła znowu, a zaraz po niej wil­ko­łak. Ata­ko­wa­ły z prze­ciw­nych stron, jed­nak nawet teraz Cha­ves nie wy­glą­dał na prze­ję­te­go. Za­krę­cił się, trzy­ma­jąc miecz rów­no­le­gle do ziemi, na wy­so­ko­ści ra­mie­nia, że aż płaszcz za­fur­ko­tał. Zgrzyt­nę­ło, za­wy­ło i za­ry­cza­ło, a potem oba po­two­ry po­now­nie od­stą­pi­ły, krwa­wiąc z ko­lej­nych ran. In­kwi­zy­tor nie zo­stał nawet dra­śnię­ty. Dla mi­strza ob­ser­wu­ją­ce­go star­cie z od­le­gło­ści wy­glą­da­ło to jak ta­niec.

Cha­ves zro­bił nagle wypad do przo­du, przy­klęk­nął na jedno ko­la­no i ciął gdzieś w trawę, jakby za man­ty­ko­rą. Do­pie­ro po chwi­li Bre­men zo­rien­to­wał się, czemu – po­twór za­pła­kał gło­śno, a był to płacz pełen zdu­mie­nia i bólu. In­kwi­zy­tor od­ciął mu ogon. Nie trwał jed­nak w bez­ru­chu, tylko na­tych­miast cof­nął się do po­zy­cji wyj­ścio­wej, od­wró­cił w kie­run­ku wil­ko­ła­ka i, w nie­mal akro­ba­tycz­nej pozie, uni­ka­jąc wy­cią­gnię­tych ku niemu łap, wbił miecz w śro­dek klat­ki pier­sio­wej be­stii.

Kiedy man­ty­ko­ra, osza­la­ła z wście­kło­ści, wy­sko­czy­ła do przo­du, Cha­ve­sa już nie było tam, gdzie stał przed chwi­lą. Zro­bił prze­wrót w bok a be­stia, za­miast na inkwizytora, wpa­dła nie­spo­dzie­wa­nie na wil­ko­ła­ka i prze­ora­ła pa­zu­ra­mi jego pysk.

Wypad do przo­du, jesz­cze jedno mach­nię­cie mie­czem i po tra­wie po­to­czy­ła się głowa. Ku zdzi­wie­niu man­ty­ko­ry, była to głowa wil­ko­ła­ka. Be­stia nie dzi­wi­ła się jed­nak zbyt długo, bo Cha­ves wy­ko­rzy­stał mo­ment jej bez­ru­chu i ciął przez gar­dło. Upa­dła, char­cząc, obok ciała czło­wie­ka-wil­ka.

Mistrz uznał, że teraz może już opu­ścić schro­nie­nie wśród drzew i pod­szedł do to­wa­rzy­sza.

– Wiesz, na czym po­le­ga pro­blem? – za­py­tał Cha­ves, z roz­tar­gnie­niem wy­cie­ra­jąc ostrze mie­cza o trawę.

Bre­men wolał nie wie­dzieć, więc mil­czał.

– Lubię za­bi­jać – wy­znał in­kwi­zy­tor. – Tylko że sta­ram się tego za czę­sto nie robić. Wcho­dzi w krew, ro­zu­miesz. Można się uza­leż­nić.

Bre­men nadal mil­czał. Nie wie­dział, czy uczy­nił wła­ści­wie, po­zwa­la­jąc Cha­ve­so­wi na roz­pra­wie­nie się z po­two­ra­mi. Sam mógł zro­bić to rów­nie do­brze, w do­dat­ku bez roz­te­rek mo­ral­nych.

Ich obo­zo­wi­sko było kom­plet­nie zruj­no­wa­ne. Z braku lep­szych po­my­słów spa­ko­wa­li więc ekwi­pu­nek i po­szli nad rzekę. In­kwi­zy­tor obmył się z krwi, którą zbro­czy­ły go po­two­ry, a potem obaj usie­dli na brze­gu, pró­bu­jąc coś zło­wić. Po ja­kimś cza­sie spo­mię­dzy trzcin z ci­chym sze­le­stem wy­chy­nął bury kocur i wspiął się mi­strzo­wi na ramię. Po­wo­li za­czy­nał wsta­wać świt, stop­nio­wo roz­rze­dza­jąc mrok nocy.

– Wiesz, wie­śnia­cy chyba nie będą nam szcze­gól­nie wdzięcz­ni – ode­zwał się Cha­ves, z po­wąt­pie­wa­niem oglą­da­jąc ma­leń­ką płot­kę, którą wła­śnie zdjął z ha­czy­ka.

– Pew­nie nie – zgo­dził się Bre­men. – Ani jedni, ani dru­dzy. Ale za­pła­ta nam się na­le­ży. Będą się bali jej nie dać, bo jak tu po­sta­wić się dwóm ko­ściel­nym, któ­rzy po­two­ry ubi­ja­ją?

– Jeden z nich ubił – przy­po­mniał in­kwi­zy­tor.

– Tym bar­dziej, jak tu po­sta­wić się jed­ne­mu ko­ściel­ne­mu, który sam ubił dwa po­two­ry?

– Za­wsze mo­gli­by­śmy po pro­stu od­je­chać…

– Czyż­byś źle zno­sił krzy­we spoj­rze­nia? – zdzi­wił się zło­śli­wie mistrz. – Za­baw­ne, wszak ja ci ich nie szczę­dzę i masz się, póki co, świet­nie. Poza tym po­trze­bu­je­my pie­nię­dzy.

– Wiedź­ma nas prze­klnie.

– Och tak? Myślę, że już bar­dziej się nie da.

Znów za­pa­dło mil­cze­nie.

Przed nimi była jesz­cze długa droga i Bre­men ko­lej­ny raz za­sta­no­wił się, czy słusz­nie po­stą­pił, przyj­mu­jąc Cha­ve­sa do kom­pa­nii.

– No nic – wes­tchnął wresz­cie, wsta­jąc i skła­da­jąc wędkę. Prze­cią­gnął się. Uznał, że od sa­me­go my­śle­nia nikt jesz­cze da­le­ko nie za­szedł, a w po­je­dyn­kę po­dró­żo­wać jakoś mar­kot­no. Zresztą kim niby był, żeby oceniać innego człowieka? – Nie ma na co cze­kać, roz­dziel­my się i chodź­my zde­ner­wo­wać soł­ty­sów. Wo­lisz głowę man­ty­ko­ry czy wil­ko­ła­ka?

Koniec

Komentarze

No to ja należę do tych, którzy już się kiedyś zapoznali.

Motywy nienowe, w finale powiew świeżości, ale też nie takiej miętowej, żeby zaskoczenie zwaliło czytelnika z nóg.

Niemniej jednak tekst napisany porządnie (się wie!) i przyjemny w czytaniu.

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finklo, za słówko : ) Tym samym już mam przynajmniej jedną nieznaną dotąd opinię więcej : )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Przeczytałem. Pozdrawiam.

A nie skomentowałam tego na Esensji (dobrze zapamiętałam?)? Wydawało mi się, że napisałam kilka słów. Ale mogło mi się coś pomerdać. To chyba dawno było…

Babska logika rządzi!

Tylko Psycho zostawił komentarz na Esensji ; >

 

Ryszardzie, dzięki za wizytę. Szkoda, że nie szepnąłeś nawet najmniejszego słówka, co sądzisz ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Też czytałem. Też pozdrawiam.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Ja też czytałam, a że nie skomentowałam wcześniej…

 

Ogólne wrażenia mam pozytywne, chociaż tekst ani nie grzeszy oryginalnością (ale jak rozumiem, nie o to chodziło), ani ironią. Trochę szkoda, że nie pokusiłaś się o większą grę z konwencją, pożongoowanie tymi stereotypami. Napięcie między bohaterami jest nieźle pokazane i w sumie sama fabuła też niczego, chociaż ja miałam wrażenie, że coś im zbyt łatwo przychodzi rozwiązanie zagadki. Finałowa walka też niezbyt przypadła mi do gustu: w mojej opinii ten “taniec” Chavesa był trochę pójściem na łatwiznę, opisanym tak, że równie dobrze mógłby walczyć mieczem, jak i piłą łańcuchową.

 

Natomiast humor jest przedni, główni bohaterowie krwiści a język poprawny, więc punkt jak najbardziej się należy.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

O, a ja nie kliknęłam? A wydaje mi się, że chciałam. Dziwne…

Babska logika rządzi!

Jestem fanką przygodówek, dobrze napisanych i nieprymitywnych, więc i tę przeczytałam z zainteresowaniem. 

Ale marudzić będę. ;) Mam wrażenie, że wszystko tu poszło za szybko – i fabularnie, i nawet językowo. Był tam taki fragmencik, w którym napisałaś, że jeden z bohaterów pomyślał sobie (ponownie), że coś z tą wioską nie tak (i nie chodziło tylko o potwora). A ja sobie wtedy pomyślałam, że szkoda, że nie opisałaś tej wioski tak, że czytelnikowi udzieliłby się niepokój bohatera. To był świetny pretekst do wprowadzenia takiego właśnie niepokojącego klimatu, którego moim zdaniem zdecydowanie zabrakło. 

Tajemnica została wyjaśniona za szybko i za łatwo, za mało dałaś tropów, które sprawiłyby, że czytelnik chciałby się w intrygę zagłębić. Ostatnia walka Chavesa może krótka nie była, ale za łatwa na pewno. Bohaterowie może i ciekawi, ale o ile przez cały czas czytania miałam wrażenie, że już samo użycie słowa “inkwizytor” powinien sprawiać, że czuję grozę, to dopiero pod koniec dałaś znać, że rzeczywiście ma on coś nierówno pod sufitem i właściwie dopiero wtedy się tą postacią zainteresowałam. A tu finito.

 

Ale na bibliotekę na pewno starczy. Chociaż czuję niedosyt, bo jest fajnie, a mogło być super, gdyby nie było tak szybko.

@Mirabell – ten tekst wcale nie miał stanowić zabawy konwencją, tak jakoś samo wyszło : ) Ale niewątpliwie miał być lekki i rozrywkowy więc, mimo niedociągnięć, mam nadzieję, że rolę swoją spełnia. Jestem przekonana, że dzisiaj napisałabym go inaczej… Ale nie ma co gdybać, bo to zawsze można powiedzieć o opowiadaniu napisanym kilka lat wcześniej. Serdecznie dziękuję za wizytę, poświęcony czas i punkt ; )

 

@Finkla – Tobie też dziękuję za bibliotekę!

 

@Ocha – mogę tylko pokornie spuścić wzrok i głowę, że poszłam – czy też moi bohaterowie poszli – na łatwiznę. Niepokojące klimaty z pewnością nie są moją mocną stroną. Może powinnam pokusić się o przerobienie pewnych rzeczy, ale chyba nie ma to żadnego sensu. Pozostaje, jak zawsze, wyciągać wnioski na przyszłość i nie powielać błędów. Dlatego właśnie zdecydowałam się udostępnić tutaj to opowiadanie, by poznać Wasze opinie. Esensja – cóż, no, fajnie, że wzięli, ale feedbacku to nie ma tam żadnego ; /

Ocho, Tobie również dziękuję za bibliotekę, lekturę, czas stracony na te czarne znaczki i szczerą opinię (niekoniecznie w tej kolejności : )

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Znacie? No to posłuchajcie…

Zupełnie mi nie przeszkadza, że opowiadanie nie jest oryginalne, a zawarte w nim motywy znane i opiewane wielokrotnie. Mam wrażenie, że tu nie chodziło o odkrycie Ameryki, a raczej zabawienie czytelników porządnie napisanym, dowcipnym tekstem. I ten zamiar powiódł się znakomicie.

Byłam piąta.

 

Chłop zmie­szał się, po­dra­pał po łysej czasz­ce. – Na pewno mógł się drapać po czaszce?

 

Mło­tek prze­le­ciał mu koło ucha, a dzier­żą­cy go chłop le­d­wie utrzy­mał rów­no­wa­gę. – Czy chłop nadal dzierżył lecący młotek i dlatego ledwie utrzymał równowagę?

 

O świ­cie Bre­men usiadł na brze­gu rzeki i za­brał się za ło­wie­nie ryb… – …i za­brał się do ło­wie­nia ryb

 

i prze­tur­lał się po tra­wie o do­brych kilka łokci. – …i prze­tur­lał się po tra­wie do­brych kilka łokci.

 

Sko­roś taki mądry, fi­lo­zo­fie, to chwy­taj za miecz i ukróć tę farsę… – Sko­roś taki mądry, fi­lo­zo­fie, to chwy­taj miecz i ukróć tę farsę

 

przy­klęk­nął na jedno ko­la­no i ciął gdzieś w trawę, jakby za man­ty­ko­rę. – Chyba miało być: …jakby za man­ty­ko­rą.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie wiem czemu, ale wydawało mi się, że bohaterów jest trzech: Bremen, Chaves i inkwizytor ;) Zasugerowałam się chyba za mocno pierwszym akapitem. Przyjemne w czytaniu fantasy, chociaż motywy mało oryginalne. Też miałam wrażenie, że rozwikłanie zagadki przyszło zbyt szybko i zbyt łatwo. Przydałoby się trochę podsycić napięcie a nie, że tu poszli tam poszli i wszystko wiedzieli. Opis walki Chavesa z potworami mi się podobał.

Przeczytałem. Jednak niedawno napisałem podobne opowiadanie, więc po przeczytaniu twojego mój entuzjazm jest ograniczony :P

Nie mogłem się połapać ilu jest bohaterów (i chyba nie tylko ja). Można by doszlifować dialogi i budowanie napięcia. Nie jest z tym źle, ale może być lepiej. Bremen był za sprytny, dowiedział się zbyt wiele w zbyt krótkim czasie. Ale za to Chaves na końcu pozamiatał, to plus :)

Podsumowując to jest całkiem zgrabnie napisane. W sam raz do poduszki. Dobranoc.

lol

Tak, kiedyś czytałem i – jeśli dobrze pamiętam – opinię na priv wysłałem. Więc tu po prostu nabiję sobie statystyki, a co! Przeczytałem, skomentowałem – więc mogę! ;)

Sorry, taki mamy klimat.

Ja czytałam, ale dawno i już nie pamiętam, co mówiłam. Wpadnę jak będę miała chwilę, może sklecę coś większego ;).

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

52 odwiedziny zarejestrowanych użytkowników i tylko tyle komentarzy? No jak to tak :) To w sumie dosyć zabawne, że znalazło się aż kilka osób w grupie “czytałem wcześniej, teraz tylko dodaję komentarz” :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Ja też czytałem wcześniej (w sobotę znaczy)! Opek trochę przypominał mi Twój kawkowy tekst – tzn. mówię o stylu narracji, absolutnie nie mam na myśli wtórności. Hm, hm, co bym mógł odkrywczego dodać…

 

Największy minus: bohaterowie generalnie idą jak po sznurku. Za prosto im się wszystko układa. Nawet oni sami wydają się rozbawieni tak niską trudnością zadania. Pamiętaj – nie ma strachu, nie ma przygody! ;p Gdyby nie to mogłoby być świetnie, obecnie uważam, że jest dobrze (a mając w pamięci Twoje inne teksty to jest to “zaledwie dobrze”). ;)

 

Z opowiadania mało dowiadujemy się o bohaterach, mam wrażenie, jakby tekst miał być częścią jakiejś większej historii. W zasadzie chyba jedyna interesująca informacja na temat jednego z nich pojawia się dopiero na koniec tekstu. Także jeżeli dobrze zgaduję, to w nagrodę za niezwykłą błyskotliwość możesz mi podesłać jakieś inne opowiadania o nich. ;p

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

A mówiłam, żebyś pisała o Bremenie? :P

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

O, rzeczywiście, miałam jak  Elanar, tylko z jakiegoś dziwnego powodu nie napisałam. Też fakt, że nagle, tak trochę ni z tego ni z owego, na końcu z Chavesa zrobiłaś kogoś “więcej” sprawił, że poczułam, że to chyba fragment czegoś większego, a bohaterów przedstawiłaś już wcześniej. 

Tylko mnie właśnie bardziej Chaves przez to zainteresował, o Bremenie trudno mi coś rzec.

Kochani, serdecznie Wam dziękuję za tak (brzydko) zwany feedback. Odpowiem Wam wszystkim, odpowiem każdemu z osobna, ale na razie jestem tak rozpieprzona przez pracę, że nie mam siły myśleć o pisaniu, nawet pisaniu komentarzy. Także nie czujcie się opuszczeni, jestem wdzięczna za każde Wasze słowo. Odezwę się jak tylko dam radę.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Także nie czujcie się opuszczeni…

Joseheim, czy Ty czujesz się opuszczona, czy praca rozpieprza Cię w aż tak widoczny sposób?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dobrze napisane, rozrywkowe fantasy. Może nie jest oryginalne, ale o jej sile stanowi przede wszystkim styl i dialogi. Mam wrażenie, że to nie jest pierwsze opowiadanie z tymi bohaterami w rolach głównych. 

Ok, wróciłam z urlopu.

Reg, chodziło mi nie o to, że ja się czuję opuszczona, tylko że Wy możecie się poczuć opuszczeni przeze mnie, a bardzo bym tego nie chciała : )

 

Po kolei:

 

@Reg – dziękuję za poprawki. Większość wcieliłam w życie. Dziękuję też za piąty głos oraz cieszę się, że opowiadanie uważasz za rozrywkowe : )

 

@Bella – na początku nie wiedziałam, o co Ci chodzi, ale teraz rozumiem, że o fragment, który pokazał się na stronie głównej. No cóż… Słabo u mnie z napięciem, więc wszyscy macie absolutną rację, że bohaterom poszło za łatwo. Muszę nad tym popracować ; ( Ale fajnie, że opis walki Ci się spodobał, bo walki to też nie jest moja mocna strona.

 

@Janadalbert – w sumie masz odczucia podobne do Bellatrix, jak widzę. Mogę tylko spuścić głowę, wstydząc się niedociągnięć i uśmiechnąć się, że mimo wszystko generalnie czytało się dobrze ; )

 

@Seth – ; )

 

@Cet – czekam zatem na coś większego, jeśli znajdziesz chwilkę ;p

 

@Elanar – “W zasadzie chyba jedyna interesująca informacja na temat jednego z nich pojawia się dopiero na koniec tekstu.“ – która informacja, Elanarze? ; ) Bardzo jestem ciekawa.

Znowuż zarzut, że za łatwo im idzie. Słuszny zarzut. Kajam się.

 

Gwoli wyjaśnienia mogę tylko dodać, że dwa opowiadania z Bremenem i Chavesem, które napisałam, stanowią poboczne i nic nie znaczące małe przygody dziejące się w zupełnie nie-wiedźmino-podobnym świecie. Może będzie z tego kiedyś dłuższa forma – z 1/3 mam już napisaną, tyle że wymaga kompletnego przebudowania, w myśl zasady, że “przed 30-tką raczej nie ma co się zabierać za pisanie książek, bo i tak wszystko trzeba będzie potem poprawiać” ; p No i generalnie Bremen zawsze ma pod górkę, więc niechże chociaż w opowiadaniu mu coś pójdzie łatwo…

 

@Ocha – wstyd się przyznać, że Bremena, głównego bohatera, ja sama lubię mniej niż kilka innych postaci z tego świata, w tym Chavesa. Jak sądzicie, czy to jest dziwne?

 

@Belhaj – dziękuję Ci bardzo za opinię, cieszę się, że się podobało.

Co rozumiesz pisząc, że to “nie jest pierwsze opowiadanie z tymi bohaterami”? Innego raczej nie miałeś okazji nigdzie czytać, a w każdym razie nie mojego autorstwa ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Sama piszesz że napisałaś dwa opowiadania z Bremenem i Chavesem :)

Po prostu od początku czytania “Interesu” miałem wrażenie, że bohaterowie zostali już gdzieś wcześniej przedstawieni, a to kontynuacja ich przygód.

A, o to chodziło ; ) No tak, to prawda, wszystko prawda.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Czekam więc na kolejne opowiadania z tego uniwersum :)

Niewiele jest zdań, które potrafią sprawić autorowi więcej radości. Dziękuję, Belhaju =^.^=

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

:)

wstyd się przyznać, że Bremena, głównego bohatera, ja sama lubię mniej niż kilka innych postaci z tego świata, w tym Chavesa. Jak sądzicie, czy to jest dziwne?

 

Trzeba zmienić głównego bohatera. :) 

Nie da się ; ) Ale w sumie da się zrobić tak, by nie było konkretnego głównego bohatera, tylko by wątki różnych osób przeplatały się ze sobą mniej więcej na równi. O!

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dość klasyczna historia, którą czytało się całkiem przyjemnie. Na plus na pewno relacja między dwójką bohaterów. Trochę na minus – zgodzę się tu z innymi, że rozwiązanie zagadki przychodzi trochę za łatwo.

Zygfrydzie, podobnie, jak to czyniłam wcześniej, mogę tylko podziękować serdecznie za wizytę, ucieszyć się, że lektura nie była dość paskudna, by zarzucić ją po kilku akapitach (fajnie, że dobrze odebrałeś “relację” ; ) oraz pochylić pokornie głowę i przeprosić za to, że bohaterowie poszli na łatwiznę… ; (

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Zareklamuję się również tutaj. W Esensji pokazało się dziś drugie opowiadanie z duetem Bremen-Chaves.

A teraz antyreklama: Psycho już je czytał i strasznie zjechał. Jeśli sądziliście, że tu poszło bohaterom za łatwo, to pewnie uznacie, że tam było jeszcze łatwiej ; p Niemniej będę wdzięczna za komentarze, jeśli zechcecie tam zerknąć ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Przeczytałam “Drogę przez las”. No, łatwo im poszło. ;)

Ocho, dziękuję za lekturę : ) Przyjmę to za komplement ukrywający dyplomatycznie wady opowiadania ; ) Nie martw się jednak, nie mam co do tego tekstu wielkich złudzeń : >

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jak już sporo razy pisałam, bardzo lubię takie przygodowe historie. I tę czytało mi się dobrze. Dobrze napisana, niektóre zdania rozbawiły nawet mnie. Tylko nie wiem, po co piszesz takie fajne wprowadzenie, wprowadzasz nawet klimat (no, trochę więcej mroku może by się przydało, ale to już moje osobiste upodobania ;)), a potem wszystko kończysz szybko, bo przecież Twoim bohaterom wystarczy kiwnąć paluszkami, żeby całą intrygę i zastosowane przeciw nim moce obrócić w perzynę. No, ramiona mi trochę opadły w rozczarowaniu. ;P

Ale to już przecież wiesz.

Dzięki za komentarz : ) Najbardziej podoba mi się zdanie: “niektóre zdania rozbawiły nawet mnie.“ ; D

 

I tak, wiem, wszystko to wiem ; ( Dlatego właśnie nie pisałam więcej “pobocznych” opowiadań z tego świata, bo uznałam, że “przygody” jakie mogą spotkać Bremena w drodze, nie mające związku z główną linią fabularną, wypadną bez sensu. Mogę tylko obiecać, że nie wszystko zawsze przychodzi im tak łatwo, bo zwykle bohaterowie mierzą się z kłopotami nieco wyższego kalibru, na które zwykły człek, nawet utalentowany, jak Chaves, i dysponujący “wspomagaczem”, jak Bre, niewiele mogą poradzić.

Ale to oczywiście bezcelowe i mętne tłumaczenia autora, dla czytelnika danego tekstu nie mające znaczenia. Ot, odwaliłam fuszerę, a nawet dwie, i tyle ; ) Przynajmniej staram się wyciągnąć z tego wnioski na przyszłość. Rzucajcie na mnie gromy ile wlezie, nie zaszkodzi mi, a powinno pomoc ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Super opowiadanie. Klasyczne i zabawne, fajnie się czyta. Pozdrawiam ;-)

Mordelinhexie, ponownie dziękuję za lekturę i komentarz. Naprawdę mi miło, że pierwszy przeczytany przez Ciebie tekst sprawił, że niemal natychmiast sięgnąłeś po drugi. To wielki komplement.

Również pozdrawiam :)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Obiecałem, że zajrzę, więc jestem. No.

 

– Na pewno coś wymyślimy – pocieszył go inkwizytor. – W końcu jesteś człowiekiem lasu, znasz się na grzybkach, korzonkach i takich tam… / Najpierw jest Bremen, potem Chaves, potem inkwizytor. Serio, rękę bym dał sobie uciąć, że jest ich trzech. Nie dwóch. Użyj najpierw połączonego podmiotu “inkwizytor Chaves”, a potem rozbij to sobie na dwa wymienne: “inkwizytor” i “Chaves”

 

Doprowadzałoby to mistrza do szału, gdyby tylko cokolwiek mogło wyprowadzić go z równowagi / Powtórzone. Jeżeli celowo, to nieudanie

 

Od celu podróży dzieliło ich jeszcze kilkanaście dni. Przy zachodnim trakcie aż do granicy nie było żadnego dużego miasta, tylko wsie, po których nie oczekiwali żadnych rewelacji

 

Ile? – zapytał mistrz, starannie ignorując inkwizytora / Znaczenie jednak trochę nie takie. Albo “zapytał, ignorując inkwizytora”, albo “zapytał, starając się ignorować inkwizytora”

 

Zgoda – wydusił z siebie sołtys

 

Wieśniacy nie wyglądali na szczególnie uradowanych. Wręcz przeciwnie, zachowywali się dość dziwnie. Szczególną uwagę zwracał chłop

 

W przeciwieństwie do większości oberżystów świata, był chudy jak szczapa

 

Wyglądali, jakby zastanawiali się teraz, czy nie najlepiej byłoby zabić jego i Chavesa i zakopać ciała gdzieś za stodołą / 1. Dość oczywiste, że teraz. 2. Poprawne sformułowanie: nie lepiej byłoby. 3. Zamiast “jego i Chavesa” lepiej “przybyszy” lub “intruzów”, “obcych” itp., tak będzie krócej, zwięźlej, bez “jego” i bez dublowania “i”. Na koniec wychodzi: Wyglądali, jakby zastanawiali się, czy nie lepiej byłoby zabić przybyszy i zakopać ciała gdzieś za stodołą

 

Dość – rzekł cicho, ale stanowczo / Podmiot. Bremen rzekł cicho, ale stanowczo

 

Mieszkańcy wioski, szemrząc, opuścili gospodę. Bremen i Chaves znajdowali się dość daleko od Toviry i jednocześnie wystarczająco blisko Czerwonego Boru, by poważnie obawiać się napaści ze strony ludu. Mistrz dziwił się inkwizytorowi, że ten zdradził ich proweniencję. Nie omieszkał mu tego powiedzieć.

– Głupiec! – syknął, gdy wieśniacy z ociąganiem wyszli / Już raz napisałaś, że wieśniacy wyszli, nie ma sensu dublować

 

…mruknął, wiedząc, że Chaves obawia się tego księstwa

 

Dogadując sobie czekali, aż oberżysta poda im cienką polewkę

 

Zostawili bagaże w izbie wskazanej im przez pachołka…

 

Ponieważ jednak mieszkańcy wioski zatrzaskiwanymi drzwiami i okiennicami jasno dali im do zrozumienia, że nie mają ochoty na rozmowy, udali się prosto do sołtysa / Zbędne “im”. Dodaj podmiot do “udali”. Ponieważ jednak mieszkańcy wioski zatrzaskiwanymi drzwiami i okiennicami jasno dali im do zrozumienia, że nie mają ochoty na rozmowy, Breman i Chaves udali się prosto do sołtysa

 

Bremen po raz wtóry odniósł wrażenie, że w tej wiosce coś jest nie tak. I nie chodziło tylko o zwykłą niechęć prostych ludzi wyzyskiwanych przez Kościół.

– Opowiedzcie nam, sołtysie, o mantykorze – rzekł tylko

 

Mistrz i inkwizytor wyruszyli, by obejrzeć zakole rzeki, nad którym potwór napadł gęsiarkę, ale nie znaleźli tam nic ciekawego

 

Coś nie pozwalało mu spać, aczkolwiek mógł to być bury kot, uporczywie układający mu się na twarzy

 

Zdziwiłbym się, gdyby wioski położone w tak niewielkiej odległości od siebie, nie miały tych samych problemów

 

Pomimo tego, zdawała się być samowystarczalna: miała własny młyn i kuźnię, nie było tu za to kościoła

 

Wysłuchali dość nieuważnie reszty tego, co sołtys miał im do powiedzenia

 

– Oszalałeś?! – zapytał Chaves, kiedy już poznali okoliczności napaści

 

Widzę większy obraz / A tu piiiiiękna kalka z angielskiego. “Patrzę na problem z szerszej perspektywy”. Coś w tym stylu

 

Już w progu powitało go niechętne spojrzenie niemłodej już kobiety / Jedno wytnij

 

Z jej punktu widzenia mistrz był stanowiącym potencjalne zagrożenie intruzem pozbawionym autorytetu. Bremen jednak nie przejmował się jej nastawieniem / Breman jednak nie przejmował się nastawieniem wiedźmy

 

Ukuł pewną teorię, widząc pustą chatę z oknami zabitymi deskami na skraju wioski oraz tojad i gałąź srebrnego świerku wiszące pod dachem domostwa czarownicy / Ukuł pewną teorię, widząc pustą chatę na skraju wioski, z oknami zabitymi deskami, z tojadem i gałęziami srebrnego świerku wiszącymi pod dachem

 

Bremen rozsiadł się wygodnie na stojącej pod oknem chaty ławce i zaczął głaskać kota / Kontekst, zbędne

 

Nacięli i uzbierali dość drewna, by przez całą noc móc palić pokaźne ognisko. Konie na wszelki wypadek zostawili w wiosce – mogłyby spanikować i paść łupem któregoś z potworów.

Zjedli zająca. Gdy zapadł zmrok, zmieniali warty, drzemiąc na przemian, ale przez całą noc nie wydarzyło się absolutnie nic

 

…księżyc zniknął za chmurami, które pojawiły się nie wiadomo kiedy. W mroku dookoła kotłowały się jakieś kształty, słychać było warczenie, mlaskanie, zgrzyt pazurów i Bóg jeden wie, co jeszcze

 

Zakrawało to na magię, ale przecież coś takiego jak magia nie istnieje / Konsekwencja czasu narracji: Zakrawało to na magię, ale przecież coś takiego jak magia nie istniało

 

…pozostawiając w nich płytką, ale długą ranę

 

Zrobił przewrót w bok, a bestia, zamiast na niego, wpadła niespodziewanie na wilkołaka i przeorała pazurami jego pysk / …zamiast na inkwizytora…

 

…o nic – westchnął wreszcie, wstając i składając wędkę

 

Zresztą kim niby jest, żeby mieć prawo oceniać innego człowieka? / Zresztą kim niby był, żeby oceniać innego człowieka?

 

Jest fantasy. Jest para wędrownych zabijaczy potworów. Są wioski na krańcu świata. A w tych wioskach tajemnice. Nie czytałem żadnych komentarzy, ale będę strzelał – były porównania do wiedźmina? No cóż, chyba nie da się tego uniknąć, fantasy prawie zawsze jest porównywane do Sapkowskiego, a już fantasy z zabijaniem potworów w ogóle.

Wskazałaś ten tekst jako twoim zdaniem najlepszy pod względem bohaterów i relacji między nimi. I rzeczywiście – relacja pomiędzy Bremenem a Chavesem, pełna uszczypliwości, trochę szorstka, trochę kpiąca, jest najmocniejszym punktem tekstu. Fajnie pokazujesz, jak się ze sobą dogadują pomimo odmiennych charakterów, i że w sumie to właśnie różnice są czymś, co ich łączy, co sprawia, że są sobie nawzajem potrzebni. Na plus jeszcze to, że udało ci się przemycić trochę informacji o ich przeszłości, nie za dużo, ale wystarczająco, by zarysować tło.

Fabularnie, przyznaję, zawiodło mnie zakończenie. Spodziewałem się czegoś bardziej gorzkiego i w ogóle jakiegoś twista z potworami.

Językowo zgrabnie, ale np. sporo powtórzeń, co trochę mnie zdziwiło, bo takiego problemu nie było w “Chłopcu pięknym i młodym”, może dlatego, że “Interes” jest tekstem starszym i w późniejszych już ten problem opanowałaś.

Na tym właściwie mógłbym skończyć, ale… Zakładam, że komentowanie nie jest po to, żeby głaskać autora po głowie, tylko po to, żeby go szczypać, żeby mu było niewygodnie, żeby musiał kombinować i iść dalej. Dlatego zapytam – co z tego tekstu ma wynieść czytelnik? Co z niego wynika? Po co go napisałaś? Z pewnością zdawałaś sobie, że poruszasz się tutaj w “wiedźminowej” konwencji, dlaczego więc zostałaś w jej ramach, zamiast przerobić utarte schematy na swoje, zabawić się nimi, przekręcić, dodać coś nowego? Bo to jest dobry tekst, ale. No właśnie ale.

Rorschach, na początek przewrotnie zapytam – czy czytelnik zawsze musi wynieś coś z tekstu? ;) Ja tam akurat cenię sobie opowiadania, które są wyłącznie rozrywkowe, o ile nie są głupie i są dobrze napisane.

Na przykład co kto wynosi z kryminałów? Bo przecież nie nową wiedzę i refleksję nad ludzką naturą, nie? Nie wspominając o obyczajówkach, romansach, powieściach sensacyjnych itp. Kiedy piszę, po prostu chcę opowiedzieć historię, która mi przyszła do głowy.

 

Że zaczęłam od końca, to teraz od początku – serdecznie Ci dziękuję za wizytę! Dzięki za poświęcenie czasu, w tym czasu na wynotowanie wszystkiego, co wpadło Ci w oko. Przejrzałam Twoją łapankę i w sumie chyba zgadzam się ze wszystkim, nie zauważyłam niczego, czego bym miała bronić. Bo czegóż tu zresztą bronić – nadzaimkozy i powtórzeń? ;) Boli, że tyle tego znalazłeś, tym bardziej, że tekst przeszedł w Esensji korektę ; p Faktem jednak jest, że to tekst stary, napisany… no, pewnie z dziesięć lat temu. Co oczywiście niewiele tłumaczy, bo powinnam sama być dość sprawna, by przynajmniej część z tego, co znalazłeś, wyłapać i poprawić.

 

Teraz tak – Bremen i Chaves są częścią uniwersum, które mam w głowie bardzo rozbudowane. Są częścią czegoś, co może kiedyś będzie książką, a ten tekst miał być tylko dla mnie odpoczynkiem, odskocznią, takim sobie żartem. I to, że oni akurat tu natrafiają na jakieś potwory i się z nimi rozprawiają niewiele się ma do fabuły głównej opowieści, więc kiedy po raz pierwszy przeczytałam, że ktoś mi zarzuca inspirację wiedźminem… byłam zdumiona! Dopiero potem przyszła refleksja, że no kurde, rzeczywiście, dla kogoś, kto widzi to opowiadanie jako pierwsze i bohaterów nie zna, to nie jest nic więcej, tylko powtórka z Geralta. Mało tego, fakt, że Chaves jest inkwizytorem sprawił, że wręcz zdaniem niektórych wyszedł mi z tego miks Sapkowskiego z Piekarą! XD Z tego też powodu na fali, tym razem dla żartu świadomego, napisałam jeszcze jedno opowiadanie z Bremenem, Chavesem i potworami (”Droga przez las”, dostępne na Esensji), a potem rzuciłam ich w cholerę, bo za dużo miałabym przy nich roboty. W każdym razie nie, nie inspirowałam się tu ani Geraltem, ani Mordimerem. I pozostaje mieć tylko nadzieję, że kiedyś to światu pokażę w pełniejszej formie.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Rorschach, na początek przewrotnie zapytam – czy czytelnik zawsze musi wynieś coś z tekstu? ;)

A ja całkiem nieprzewrotnie odpowiem, że tak naprawdę, to czytelnik nie musi nic. ;)

Na serio zaś – rozrywka, czy też inaczej ujmując zwykła frajda z lektury to też wartość wyniesiona, w dodatku niebagatelna i całkiem niezwykła. Sam czytam mnóstwo książek, których zadaniem jest właśnie zapewnić rozrywkę. Bez rozrywki nie byłoby fajnie. Więc naprawdę doceniam. Ale jeszcze jak mi autor przy okazji rozrywki dorzuci do głowy coś więcej, nie wzgardzę. I na dłużej opowieść zapamiętam, i wyżej ją potem ustawię w osobistym rankingu, i w ogóle będę bardziej czytelniczo zadowolony.

A tutaj, w tym tekście, miałaś wg mnie całkiem ładne pole do dodania jakiejś refleksji o naturze ludzi i potworów – czy do zabawienia się z konwencją fantasy – i to już by była ciekawa wartość dodana.

Rozumiem jednak, że nie to było celem, skoro pisałaś tekst jako luźną, lekką odskocznię od większego projektu.

Że zaczęłam od końca, to teraz od początku – serdecznie Ci dziękuję za wizytę! Dzięki za poświęcenie czasu, w tym czasu na wynotowanie wszystkiego, co wpadło Ci w oko. […] Faktem jednak jest, że to tekst stary, napisany… no, pewnie z dziesięć lat temu. Co oczywiście niewiele tłumaczy, bo powinnam sama być dość sprawna, by przynajmniej część z tego, co znalazłeś, wyłapać i poprawić.

Tu nie powiem nic nowego – autor nie zawsze wszystko widzi w swoim tekście, nic w tym złego, czasem potrzeba czasu i leżakowania, a czasem kogoś, kto przyjdzie i wskaże potknięcia palcem. Miło mi, że mogłem pomóc.

I pozostaje mieć tylko nadzieję, że kiedyś to światu pokażę w pełniejszej formie.

Trzymam kciuki.

Są różne opowiadania; przy jednych jak najbardziej staram się coś pokazać (ostatni tekst, który ukończyłam, dotyczył np. samotności starego człowieka), przy innych nie mam takiego celu, bo po prostu mam akurat pomysł na coś lekkiego, a przy jeszcze innych w ogóle się nad tym nie zastanawiam ;)

 

Jeszcze raz dzięki za wizytę!

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bardzo porządna rasowa fantasy. Jest walka, nieustraszeni i niezwyciężeni bohaterowie, wartka akcja, potwory. Fajnie wyje mantykora. Serio. Prawie ją słyszęsmiley Soczyste dialogi. Można by zarzucać, że to stereotypowe, wpisuje aż do bólu w konwencję, jednak wydaje mi się, że akurat to Autorka chciała osiągnąć. Z tego punktu widzenia pewna sztampowość nie jest wadą, lecz zaletą. Myślę, że wielu czytelników fantasy (jeśli nie większość) tego oczekuje, zwłaszcza młodszych. Kiedyś łyknąłbym to jak ciepłą bułeczkę, albo smakowity kawałek mięska.

Niemniej zgodzę się z niektórymi wcześniejszymi komentatorami, że bohaterom idzie zbyt łatwo, zarówno jeśli chodzi o rozwikłanie zagadki (Bremen), jak i pokonanie potworów (Chavez). Inkwizytor jest killerem jeszcze lepszym od Conana. On te stwory po prostu zjada na śniadanie. Ale to jeszcze ujdzie. Bardziej uwiera mnie to, jak szybko intrygę rozpracował egzorcysta. Rozumiem jak rozpoznał wilkołaka. OK. Dzięki pierścieniowi, który pokazał kumplowi. Ale jak zorientował się w całej reszcie (szczególnie co do kluczowej roli wiedźmy)? Jego przenikliwość mnie przerasta.

To, że bohaterowie tak wręcz od niechcenia pokonują wszelkie trudności, tłumaczę sobie tym, że to dla nich tylko rozgrzewka przed poważniejszą przygodą (albo odpoczynek po niej). Tą większość całość ma już pewnie Autorka w głowie, albo dopiero tam się rodzi. W każdym razie życzę bohaterom, aby mieli w kolejnych (albo poprzednich) zmaganiach trochę bardziej po górkę, a Autorce życzę odwrotnie.

Od strony językowej nie ma się czego przyczepić, choć przeczytałem uważnie, a opowiadanie nie jest krótkie. Opowiedziane nie tylko poprawnie, lecz z taką swobodą, że wchodzi leciutko, jak jogurt Danone (uwaga – lokowanie produktusmiley). Fajne zwłaszcza dialogi Bremena z Chavezem, które są solą tego opowiadania. Ich cięty język pasuje do starych wyjadaczy, co to już z niejednego pieca jedli chleb. Pewnie za jakiś czas będzie można to powiedzieć i o Autorcesmiley

Pozdrawiam, joseheim!

@Mjacku – dzięki za wizytę pod kolejnym opowiadaniem ;)

Ten tekst to pewien paradoks, bo faktycznie po prostu miał być lekką i rozrywkową przygodą, a jednocześnie nijak nie oddaje tego, co w domyśle ma się dziać w fabule powieści rozgrywającej się w tym świecie, którą kiedyś na peeewnooo napiszę ; p No ale to nieważne, oczywiście, bo opowiadanie powinno bronić się samo.

Generalnie mogę tylko ucieszyć się, ponieważ wszystkie elementy, które wymieniłeś jako te, które zagrały, miały właśnie takie być (sztampowe, haha), a przy tym przeprosić, że bohaterom wszystko idzie za łatwo. No trudno, niech im dla odmiany coś w życiu wyjdzie :)

Fajnie, że językowo jest w porządku i że wchodzi lekko (jeśli ktoś lubi akurat Danone ; p), a jeszcze fajniej, że dialogi grają.

Jeszcze raz dzięki!

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

pewnego pięknego dnia zapłacisz za to głową. Po tym, jak już cię spalą na stosie.

Utną głowę zwęglonym szczątkom? :p

 

Wilkołak zawył potępieńczo, gdy mantykora nagłym szarpnięciem uwolniła się z uchwytu i przycisnęła go całym ciężarem. Spróbowała mu odgryźć głowę, podczas gdy człowiek-wilk usiłował wyrwać jej ogon…

Wow, fajny, dramatyczny fragment.

 

…Na swój sposób obserwowanie tej sceny wydało się mistrzowi zabawne.

;_;

 

 

Zapowiedziałem się pod tym opowiadaniem sto lat temu i oto nastąpił ten dzień (właściwie to środek nocy), kiedy wreszcie przeczytałem. :p

Przejrzałem pobieżnie komentarze i zgadzam się, że nie ma w tym opowiadaniu niczego nowego. Że idzie za łatwo – Bremen “po prostu wie”, kto jest wilkołakiem, a ten drugi po prostu macha sobie mieczem i dwa potwory padają z odciętymi łbami. Relacja dwójki głównych bohaterów pozostała dla mnie irytująco niedookreślona, bo niby sobie dogryzają, za chwilę są względem siebie bardziej życzliwi. Takie trwanie w rozkroku, moim zdaniem. Liczyłem też, że wyjawisz co nieco, dlaczego podróżują razem, kim są dla siebie, co ich łączy. No ale niestety.

Niemniej jednak czytało mi się bardzo dobrze i naprawdę mnie wciągnęło. Bardziej do gustu przypadła mi pierwsza połowa tekstu, gdy tajemnica była dopiero budowana; fajnie to wyszło.

 

 

Wow, że też ktoś tu jeszcze zajrzał ;D

 

Problemem tego tekstu (i jeszcze jednego opowiadania z Bremenem i Chavesem w rolach głównych, tu akurat nieopublikowanego) jest to, że to tylko nic nie znaczący epizod wycięty z zupełnie innej, niezwiązanej z zabijaniem demonów, większej historii. Dlatego biorę na klatę wszystkie zarzuty o niedookreślenia i o to, że właściwie nie wiadomo, o co chodzi. I dlatego też po napisaniu dwóch tych pobocznych opowiadań uznałam, że nie ma sensu się w to bawić, tylko napisać (kiedyś) powieść i tyle ; p Kiedyś to zrobię, true story, a na razie po prostu bardzo się cieszę, że się wciągnąłeś i że dobrze Ci się czytało, bo to jak na mój gust w każdym czytaniu najważniejsze ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Też mi się wydaje, że przy powieściowej objętości ta historia zyskałaby na klarowności. Materiał IMO masz ciekawy. Trzymam kciuki. :)

Dzięki!

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nowa Fantastyka