- Opowiadanie: Mr_D - 1308 owieczek

1308 owieczek

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

1308 owieczek

Szymon zajrzał do lodówki. Jego butelka wody niegazowanej była w połowie pełna. Napił się gazowanej. Lena taką lubiła. On nie, ale drażniło go, że jej butelka była ledwie napoczęta. Dopił do połowy, odstawił i wrócił do sypialni.

Lena. Jego narzeczona. Dziwne, ale najlepiej pamiętał nie jej chochlikowate oczka czy filuterny głos, ale sposób poruszania się. Wystudiowany? Naturalny? Szymon nigdy nie mógł zdecydować, i to nie tylko kiedy patrzył, jak chodzi, bez wysiłku stawiając stopy na jednej linii, pobudzając go tym mocniej, im spokojniej kołysała biodrami. Nawet w poprawianie włosów czy przymykanie powiek potrafiła włożyć jakąś przedziwną, nieokreśloną treść. Obdarowany przelotnym uśmiechem szczęśliwiec gubił się w domysłach, co też mógł oznaczać ten gest, zwykle przecież prosty i bezwiedny. Ponieważ jednak sama sprawczyni zamieszania myślała już o czymś zupełnie innym, to, jeśli chciało się za nią nadążyć, nie było czasu na głębszą analizę, jednak gdzieś na dnie umysłu zostawał drażniący ślad, którego tak ciężko było się pozbyć tym nielicznym, którzy próbowali.

Szymon rozebrał się do bokserek i wskoczył do łóżka. Za każdym razem, kiedy spał sam, co ostatnio zdarzało się coraz częściej, ciężko mu było nie myśleć o pustej poduszce obok. Wyobrażał sobie zazwyczaj, gdzie jest Lena i co robi. Rozpatrywał różne scenariusze, które później, o ile udało mu się zasnąć, jego umysł odtwarzał w tych rodzajach snów, które męczą, zamiast przynosić wytchnienie.

Dziś nie mógł spać z innych powodów. Musiał odpocząć jednak choćby po to, żeby wytrzeźwieć – rano samochód nie poprowadzi się sam.

Wyobraził sobie zieloną łąkę, na niej drewniany płotek, przez który właśnie przeskakiwała idealnie biała, uśmiechnięta, podobna do chmurki owca. Potem następna i następna.

Cztery, pięć, sześć…

Sen nie nadchodził. Starał się skupić na owieczkach, ale tak naprawdę planował krok po kroku jutrzejszy poranek, a było nad czym myśleć. Dobrze, że chociaż łazienka już wysprzątana.

 

 

Tysiąc sto piętnaście, tysiąc sto szesnaście…

Kiedy plan był gotowy, wreszcie mógł całą świadomość skupić na liczeniu. Powieki zaczęły mu opadać.

Tysiąc trzysta osiem, tysiąc trzysta dziewięć, tysiąc trzysta dziesięć… Moment, a było już osiem?

Jeszcze raz. Tysiąc trzysta osiem, tysiąc trzysta dziewięć, nie, wróć, tysiąc… tysiąc…

Nagle reklamówka w rogu pokoju zaszeleściła. Ledwie dźwięk przebrzmiał do końca, Szymon wiedział, że tysiąc trzysta ośmiu owieczkom może już tylko życzyć udanej orgii. Bo właśnie poszły się wszystkie jebać.

Szelest wydała reklamówka, w której trzymał buty na siłownię. Leżała pod ścianą obok szafy – po raz pierwszy pożałował, że nie posłuchał Leny, kiedy kazała mu „chować gdzieś te śmierdziele”.

Rozbudzony, zaczął nasłuchiwać, czy jakaś ćma nie obija się o ściany. Nic. Przeciąg, uznał w końcu. Albo tak po prostu, plastik się odgiął. Zdarza się.

Zdarza. Szkoda, że akurat teraz, szkoda tysiąc trzysta ośmiu owieczek. Chociaż, z drugiej strony, owieczka nie zając.

Tysiąc trzysta osiem, tysiąc trzysta dziewięć…

Kolejny szelest sprawił, że Szymon poderwał się z łóżka. Jednak nie ćma, nie przeciąg – tym razem usłyszał wyraźnie, że coś chodzi po podłodze.

Zapalił światło, ale nie zobaczył uciekającego karalucha ani pająka. Zresztą wątpił, czy kroki takich robali byłby w stanie usłyszeć. Może jakiejś wielkiej tarantuli…

Wzdrygnął się.

Podszedł bliżej i kopnął lekko reklamówkę. Nic się nie poruszyło. Podniósł ją, wyjął buty, zajrzał nawet do jednego i do drugiego. Pusto.

Cokolwiek to było – a musiała to być mysz, bo co innego – uciekło. Będzie musiał zgłosić to w administracji, niech przyślą deratyzatora.

Rzucił zawiniątko w przeciwległy kąt i wrócił do owieczek. Był pewien, że liczbę tysiąc trzysta osiem zapamięta do końca życia. Zaczął się nawet zastanawiać, czy nie ma ona jakiegoś tajemnego znaczenia.

Tym razem nic nie zaszeleściło. Gdyby Szymon nie był wyczulony właśnie na ten dźwięk, pewnie nie zwróciłby uwagi na drobne tup-tup-tup-tup.

Próbował to zignorować.

Tysiąc trzysta osiem, tysiąc trzysta dziewięć…

Tup-tup-tup-tup.

Starał się nie myśleć o spłaszczonym kadłubku wielkości piłki do golfa, taszczonym przez cztery pary włochatych odnóży.

Tysiąc trzysta osiem…Tysiąc trzysta osiem…

Tup-tup-tup-tup. Jakby bliżej łóżka?

Zaklął. Tupot ucichł, ale rozległ się znowu, kiedy Szymon zaczął się podnosić. Zapalił światło. Pusto. Wydawało mu się, że ostatnie kroczki dobiegły go zza szafy. Zbliżył się do niej i rozpłaszczył twarz przy ścianie, próbując dojrzeć coś w głębi. Spróbował przesunąć szafę, ale była za ciężka. Może gdyby ją wybebeszył… Ale i tak stary dąb musiał ważyć swoje.

Miał zresztą lepszy pomysł. Wyciągnął wysłużonego Zelmera, którym odkurzał jeszcze jako dziecko w rodzinnym domu. Jego rodzice, jak większość Polaków, znali kogoś, kto kiedyś kupił Rainbowa. Sprzedawca, który dostał ich numer, był na tyle perswazyjny, że Zelmer, ustąpiwszy pola cudowi techniki i obwoźnego marketingu, wkrótce łapał kurz, ale już bez prądu. Z przedwczesnej emerytury wyrwał go Szymon, przywożąc do nowego mieszkania.

Pamiętał, jak nie znosił tego urządzenia w dzieciństwie. Jak nie cierpiał swoich kolejek sprzątania, tego warkotu, który podróżował za nim od pokoju do pokoju. Nie pomyślałby wtedy, że pewnego dnia poczuje ulgę, podłączając to ustrojstwo do prądu.

Do boju, Ascalonie, święty Jerzy cię potrzebuje! Przebij się przez smocze łuski, zgładź ziejącą ogniem gadzinę!

Szymon pomyślał o małej myszce, która zapewne kuli się wystraszona za szafą i wzruszył ramionami. Jaki święty Jerzy, taki smok.

Zdjął końcówkę, wcisnął guzik z kółkiem i kreseczką, po czym wsunął metalową rurę za szafę. Nawet gdyby „smok” zaczął skakać, wierzgać i ziać ogniem, Szymon nie usłyszałby tego przez rozlegający się warkot. W pewnej chwili jednak poczuł, że coś obija się o wnętrze rury.

Wyłączył urządzenie, lekko zdziwiony. Nie sądził, że starym Zelmerem da się wciągnąć mysz, liczył raczej, że ucieknie wystraszona i nie wyjdzie z dziury do rana, a przynajmniej aż on nie zaśnie. Zaczął nawet zastanawiać się, jaki przedmiot mógł im wpaść za szafę, kiedy usłyszał, że coś się rusza wewnątrz odkurzacza.

Westchnął. Trzynasty. Środa, ale jednak trzynasty.

Zaczął rozważać różne opcje. Nie zostawi przecież myszy w środku, bo przegryzie worek, albo, co gorsza, plastikowy wąż. A jeśli nawet nic nie przegryzie, to ma tam biedna siedzieć, aż zdechnie z głodu? Szymon zawsze uważał, że ludzie, którzy męczą zwierzęta, to nieludzkie ścierwa.

Nie ma rady, stwierdził. Sierpniowa noc nie powinna być chłodna. Narzucił szlafrok, założył kapcie i odłączył odkurzacz. W końcu to tylko dwa piętra, najprościej będzie ją wypuścić na dworze. Po namyśle odczepił metalową rurę od węża.

Wyszedł na klatkę, zapalił światło. Schodził powoli, wsłuchując się w dźwięki wydawane przez mysz. Nie było to skrobanie zębów o plastik, jak się obawiał, ale i tak jej desperacka szamotanina sprawiła, że poczuł się winny.

W połowie drogi wierzgania ustały. O dziwo, zaniepokoiło go to, zamiast uspokoić. Jak się okazało, niebezpodstawnie – kolejne dźwięki dobiegały już nie spod pokrywy, a z węża. Więzień próbował zbiec.

Szymon bez namysłu złapał za koniec giętkiej rury i ścisnął ją, ile mógł. Po chwili mysz dotarła do jego dłoni, gdzie bezskutecznie próbowała przecisnąć się dalej. Postawił odkurzacz na podłogę. Żeby uwięzić mysz w wężu, zacisnął go z drugiej strony wolną ręką. Zaczął nią poruszać, żeby końcówka wyskoczyła z uchwytu, jednocześnie próbując przytrzymać odkurzacz nogami.

Wyobraził sobie, że ktoś otwiera teraz drzwi na klatkę i widzi go, w szlafroku, mocującego się ze starym Zelmerem w środku nocy. Próbował też wyobrazić sobie rozmowę, która musiałaby w takim scenariuszu nastąpić. Zaczął mocniej szarpać wężem – lubił krępujące sytuacje w filmach Allena, ale nie kiedy sam brał w nich udział.

Udało się. Zaczął schodzić, zaciskając dłonie po obu stronach plastikowej rury. Ręce miał zajęte, ale przynajmniej nie musiał już taszczyć całego urządzenia.

Szymon stawiał właśnie stopę na trzecim schodku, kiedy zgasło światło. Zdążył przytrzymać się poręczy, łapiąc równowagę, ale wypuszczając końcówkę węża z ręki.

W ciemności rozległo się pospieszne tup-tup-tup.

Trzynasty, cholera. A niby środa.

Zrezygnowany, cofnął się kilka kroków, wymacał włącznik. Światło wróciło, ale więzień już nie. Dla przyzwoitości zszedł na dół, ale dał za wygraną, kiedy zobaczył otwarte drzwi do piwnicy. Za duży obszar na nocne poszukiwania.

Szymon miał już wracać, kiedy przemknęło mu przez myśl, że skoro jest już na dole, to może upewnić się, że zamknął stojący przed blokiem samochód. Chyba sprawdzał… Tak, na pewno zamknął. Sprawdzanie dwa razy tylko rozleniwia umysł. Lepiej raz, a dobrze.

Podniósł odkurzacz i wrócił do domu.

 

 

Znowu leżał w łóżku, znowu wziął się za liczenie owieczek. Znowu nie dane mu było odejść od tysiąc trzysta ośmiu, ponieważ zaczął się zastanawiać nad pewnym mało istotnym szczegółem: czemu ta mysz ani razu nie pisnęła jak mysz? Próbował nie myśleć o tym i skupić się na liczeniu, co naturalnie przyniosło odwrotny skutek.

Na pewno da się to prosto wyjaśnić, tłumaczył sobie. Na przykład… Na przykład…

Przekręcił się na drugi bok.

To nie była mysz?

Szymon westchnął, wstał i powlókł się w stronę szafy, do której wstawił odkurzacz. Szansa, że został tam jakikolwiek ślad po zbiegłym stworzeniu, była znikoma. Zresztą, wcale nie chciał tam nic znaleźć. W tej chwili mógł po prostu wierzyć, że to była mysz i mieć święty spokój. Jedyne, co mógł zyskać, sprawdzając, to potwierdzić swoje lęki. Znał mechanizm.

Tak jak te kilka godzin temu, kiedy Lena brała prysznic i nie słyszała, że na jej telefon właśnie przyszła wiadomość. Mógł wierzyć, że to od koleżanki. Sprawdzenie tego w najlepszym razie mogło się skończyć chwilowym stłumieniem lęków, które prędzej czy później i tak wrócą. W najgorszym… No właśnie.

Szymon aż za dobrze znał ten mechanizm, ale ta wiedza w niczym mu nie pomagała. I tak zamierzał szukać śladu po „więźniu” bardzo, ale to bardzo dokładnie. W granicach rozsądku. Może odrobinę dalej.

Wystawił odkurzacz, z którego wyjął płócienny worek. Zaniósł go do kuchni, rozłożył na podłodze folię spożywczą i wziął ostry nóż, którym rozciął materiał.

Lena musiała po sobotnich porządkach opróżnić worek, bo kurzu i kłaków było niewiele. W pewnym momencie wydawało mu się, że po raz drugi tego dnia znalazł coś, czego wcale nie chciał znaleźć. Wśród potłuczonych kawałków szkła zobaczył biało-czerwony kawałek materiału, który wziął za miniaturowy kubraczek. Taki, który mógłby założyć liliput, człowieczek tak mały, że zmieściłby się w rurze od odkurzacza. Kubraczek, który liliput zrzuciłby, żeby nie krępował ruchów przy próbie ucieczki.

Zdziwienie jeszcze nie zdążyło przekształcić się w strach, kiedy Szymon spostrzegł swoją pomyłkę. Nie był to kubraczek liliputa, tylko skrawek białej etykiety wódki „Vouchanov”, poplamionej krwią Leny. Zaśmiał się z ulgą.

Ta ulga za jakiś czas minie. Kiedy znów będzie leżał w łóżku, przypomni sobie, że choć miniaturowy kubraczek coś by udowadniał, to już jego brak o niczym nie świadczy. Szymon spróbuje wtedy skupić się jeszcze chwilę na owieczkach, przeskakujących przez płotek na zielonej łące. Ale nie pomyśli o tym, że skakanie przez płotki nie jest naturalnym zachowaniem owcy. Będzie zbyt skupiony na myszy, która ani razu nie pisnęła. W końcu zorientuje się, że nie zaśnie, dopóki nie znajdzie zbiega. Kiedy pomyśli o piwnicy, jeszcze po raz ostatni spróbuje skupić się na zielonej łące, ale owieczki nie będą już nawet skakać. Będą tylko patrzeć na niego czarnymi, pustymi oczami. Żeby chociaż beczały jak owce, pomyśli Szymon, ale one będą milczeć, milczeć i patrzeć.

Lecz to wszystko będzie później, a w tej chwili, stojąc w kuchni, Szymon był odprężony. Wrzucił rozcięty worek wraz z zawartością do kosza. Zanotował sobie, żeby na wszelki wypadek wyrzucić śmieci, kiedy rano będzie schodził do samochodu. Kładąc się do łóżka, przypomniał sobie, że ostatnio nawala mu centralny. Na moment ponownie ogarnęła go chęć, by zejść na dół i upewnić się, że wszystko pozamykał. Drzwi kierowcy na pewno – a bagażnik?

Sprawdzał, a sprawdzanie dwa razy rozleniwia umysł. Lepiej raz, a dobrze. W końcu jeśli nie będzie ufał sobie, to komu?

 

Koniec

Komentarze

tysiąc trzysta ośmiu owieczkom // tysiąc trzysta ośmiu owieczkom ===> ja tam się nie znam, ale coś mi nie pasuje…

W starego typu odkurzaczach nie potrzeba rozcinać worka, by poznać jego zawartość.

 

Jakichś większych błędów nie znalazłem, bo skupiłem się na samej… hm, akcji. A drugi raz żeby coś znaleźć jakoś czytać no nie bardzo…

Zamysł chyba rozumiem, ale śmiem wątpić, czy cel osiągnięty został.

Nie porywa. :(

I dziwne jakieś to zakończenie…

/Then waken by rumble ancient wind-mariner /Howled loudly crushing his freezed dark lungs as bellows /Calling all ashy hordes hidden in caves below /To unchain the beast meant to be the beginner.

Otagowanie tekstu jest, moim zdaniem, mylące. Nie znalazłam w opowiadaniu wiele grozy, a raczej zacięcie humorystyczne. Wszak napędzane oparami alkoholu dywagacje bohatera o owieczkach, sprzęcie Zelmera, sprzedawcach odkurzaczy czy gigantycznych pająkach mogą być tylko śmieszne. Powszechnie wiadomo, że śmiech jest największym wrogiem strachu, ergo, autorze, jeśli zamierzasz wzbudzać grozę, powinieneś się trzymać z daleka od wszelkich akcentów humorystycznych.

Na początku opowiadania bardzo dużo czasu poświęciłeś butelkom wody i narzeczonej. Nie bardzo rozumiem dlaczego? Nie wydaje się, że pierwsze dwa akapity wnoszą wiele do samego tekstu a są nudne i przegadane (zwłaszcza opis sposobu chodzenia Leny).

W sumie jednak, opowiadanie jest dość sprawnie napisane i czyta się bez większego trudu. Akcji wiele nie ma, zakończenie jest takie trochę ni z gruszki ni z pietruszki. Odebrałam to raczej jako ćwiczenie pisarskie na temat pijackich zwidów czy też zachowań kompulsywno-obsesyjnych, niż skończony utwór literacki. Nie jestem pewna, czy taki był Twój zamiar, autorze?

Hmm... Dlaczego?

Zgadzam się z przedpiścami: i z uwagą o starych odkurzaczach, i o braku fabuły. Dołożę, że bohater mógł po prostu zetknąć ze sobą dwa końce rury. I niech sobie tajemnicze coś biega w kółko. Konstrukcję można utrzymać jedną ręką. I żeby prawie spaść ze schodów, bo światło zgasło? Co za fajtłapa…

chcąc za nią nadążyć, nie było czasu na głębszą analizę,

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotów.

Babska logika rządzi!

AdamieKB: można odmieniać wszystkie człony liczebnika, a można tylko jednostki i dziesiątki (jak tu) z tego co wiem. W jak “starego” typu odkurzaczach? Tzn. czemu mój bohater nie mógł mieć takiego, który trzeba rozcinać?

The Unchained: dzięki za odwiedziny, przykro mi, że nie podeszło, a jak rozumiesz zamysł?

Drewian: w opowiadaniu miała być groza, jeśli nie było, to moja nieporadność, nie mylne otagowanie:) Nie mam pewności co do “powszechności” tego sądu o śmiechu i strachu. Wydaje mi się, że humor może się przydać w każdym typie opowiadania, jeśli go umiejętnie zastosować. Wielkie dzięki za obszerny komentarz, jeśli mógłbym Cię jeszcze wykorzystać, to mam jeszcze jedno pytanie (a propo dwóch pierwszych akapitów) – co uważasz, że stało się z tą narzeczoną?

Finkla: dzięki za przeczytanie, błąd poprawiłem. Ale argument, który dołożyłaś trochę z rodzaju “jakby wiedział, że się przewróci, to by się położył”:)

Skoro tak twierdzisz, to pewnie tak jest. Ja tam, jak napisałem, za bardzo się nie znam… :-)

Poszukaj takiego odkurzacza u znajomych emerytów. Na pewno będzie miał otwarty, przelotowy worek.

Ale jakiego? Tzn. skąd wiesz, jaki mój bohater miał odkurzacz???

BTW – masz jakieś wrażenia po tekście? (nawet, albo i przede wszystkim, jeśli go nie skończyłeś)

Panie D, sądzę po sobie. Ja bym zrobiła pętlę z rury. To dla mnie rozwiązanie tak oczywiste, że każde bardziej skomplikowane wydaje się dziwne. W końcu wolna ręka przydaje się do otwierania drzwi i takich tam… Ale OK, bohater mógł na to nie wpaść. Kiedyś wszak widziałam dziewoję, która próbowała odcedzić groszek konserwowy metodą zrobienia jednej małej dziurki w puszce i postawienia jej do góry nogami w zlewie. A potem po prostu czekała, aż zalewa wykapie. Byłam w szoku.

Schody. Nie tak dawno znosiłam rower, kiedy wyłączyło się światło. Jakoś w ogóle nie rozpatrywałam opcji spadania ani nawet rzucenia tych kilkunastu kilogramów żelastwa. Bez przesady, gasnące żarówki to nie jest wydarzenie tak nadzwyczajne, żeby nerwowo podskakiwać…

Babska logika rządzi!

Co do powszechności opinii o śmiechu i strachu – źródeł Ci nie podam, ale każdy jeden poradnik dla rodziców zaleca, aby z lękami nocnymi dzieci radzić sobie poprzez jakieś tam humorystyczne czy też zabawne podejście. Zakładam więc, że jest to powszechna opinia. Poza tym – spróbuj się śmiać i bać jednocześnie. Nie bardzo się da :D

Co do narzeczonej – zanim o nią zapytałeś, podejrzewałam, że po prostu nie ma jej w domu, ewentualnie zdecydowała się rozstać z pijusem Szymonem. Po Twoim pytaniu podejrzewam, że ją Szymon utłukł? Zgaduję, że butelką po wódce Vouchanov? Następnie schował jej ciało w bagażniku samochodu?

Jeśli taki właśnie był przebieg wydarzeń, obawiam się, że nie przedstawiłeś tego zbyt dobrze. Proponowałabym więcej wskazówek sugerujących bardziej permanentną nieobecność Leny. Jej krew na nalepce i fakt, że Szymon śpi sam to troszeczkę za mało. Może Twój bohater mógłby mieć jakieś krwawe wspomnienia? Wyrzuty sumienia? Albo, nie wiem, zastanawiać się kiedy ciało Leny zacznie śmierdzieć?

Hmm... Dlaczego?

Przeczytałam i zastanawiam się, w którym miejscu powinnam dostrzec grozę, bo prawdę powiedziawszy, nie zauważyłam jej w ogóle.

Mogę tylko domyślać się, co zaszło między Szymonem i Leną, i dlaczego chłopak jest zadowolony, że łazienka już posprzątana, a jednocześnie ma świadomość, że rano powinien być trzeźwy, by móc jechać.

Natomiast nie rozumiem zamieszania z polowaniem na niezidentyfikowanego tuptacza i próbą wysiedlenia go.

 

na dnie umy­słu zo­sta­wał draż­nią­cy ślad, któ­re­go tak cięż­ko było się po­zbyć… – …któ­re­go tak trudno/ niełatwo było się po­zbyć

 

cięż­ko mu było nie my­śleć o pu­stej po­dusz­ce obok. – …trudno mu było nie my­śleć o pu­stej po­dusz­ce obok.

 

bo prze­gry­zie worek, albo, co gor­sza, pla­sti­ko­we­go węża. – …bo prze­gry­zie worek, albo, co gor­sza, pla­sti­ko­wy wąż.

 

Znowu leżał w łóżku, znowu wziął się za li­cze­nie owie­czek.Znowu leżał w łóżku, znowu wziął się do liczenia owie­czek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Osobliwe to opowiadanie, wielce osobliwe.

Niby jakiś dramat bohatera w tle, związany z dziewczyną, a jednak na pierwszym planie liczenie owieczek i perypetie z tupiącym czymś. Dla mnie, fabularnie, to takie pitu-pitu.

Chyba, że tekst ma zacięcie filozoficzne? Bo ja wiem? Może bez ukochanej osoby nie możemy ruszyć do przodu, zatrzymujemy się na 1308 owieczkach? I ta chęć sprawdzenia drugi raz czy samochód zamknięty i natychmiast negowanie tego zamiaru przez bohatera – takie niezdecydowanie, a w konsekwencji bezruch.

 

Czy to opowiadanie o marazmie samotności? 

No, chyba, że po prostu o delirce ;-)

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Mr_D: idąc za tagami i ogólnym wrażeniem co do tekstu, a także powtarzajac po przedpiścach, wg mnie zamysł był, żeby napisać coś, co trochę potrzyma w napięciu, lekko przestraszy i zaskoczy na końcu takim niedopowiedzeniem. Zgadłem? ;)

/Then waken by rumble ancient wind-mariner /Howled loudly crushing his freezed dark lungs as bellows /Calling all ashy hordes hidden in caves below /To unchain the beast meant to be the beginner.

Finkla: ja bym się zadowolił prowizorycznym rozwiązaniem, wiedząc, że za 15 sekund to stworzenie i tak wypuszczę. Skoro uważasz, że w sytuacji bohatera nie zareagowałabyś nerwowo, to znaczy, że spieprzyłem budowę sceny dużo wcześniej. W takim razie dzięki za wyjaśnienie.

 

Drewian: nie mogę się śmiać i bać w tym samym momencie, ale czytanie nie trwa jeden moment, bo to proces. W każdej dobrej tragedii są elementy komiczne, w każdej komedii tragiczne, dla uwydatnienia kontrastem, choćby po nic innego. Myślę, że tak samo da się zrobić z horrorem, mało tego – wiem, bo w najlepszych horrorach jakie czytałem zawsze były jakieś elementy komiczne. Sztuką jest dobrać je w odpowiedni sposób, i nie twierdzę, że tę sztukę posiadłem:) ale dzięki Twoim uwagom zrobiłem jakiś kroczek w tę stronę.

Jest dokładnie tak jak piszesz, Szymon zabił Lenę butelką. Chciałem, żeby to było jasne, skoro nie jest, znaczy zrobiłem coś nie tak.

 

Regulatorzy: miałem nadzieję, że będzie jasne, co zrobił Szymon, skoro nie jest, to, jeszcze raz, moja kulpa. Szczególnie, że poświęciłem temu sporo uwagi, bo mój pierwszy beta-czytacz uczynił ten zarzut.

Faktycznie, nieożywiony wąż odmienia się inaczej:) Dzięki za wizytę i uwagi.

 

The Unchained: właśnie po raz pierwszy próbowałem zrobić coś innego:) Wyjątkowo chciałem, żeby można było na podstawie tekstu wywnioskować, że Szymon zabił Lenę.

 

Nazgul: Wow, filozoficzne? Raczej chciałem przedstawić zmianę obiektu fiksacji, z lekko niecodziennym wydarzeniem na pierwszym planie. Oczywiście, skoro muszę to tłumaczyć, to znaczy, że próba była nieudana, teraz tylko zastanawiam się, czy na poziomie strategii, czy taktyki. Dzięki za wizytę.

Kurcze, na to bym nie wpadł :D

/Then waken by rumble ancient wind-mariner /Howled loudly crushing his freezed dark lungs as bellows /Calling all ashy hordes hidden in caves below /To unchain the beast meant to be the beginner.

Nawet ciekawe. W interesujący sposób odwróciłeś uwagę czytelnika od zabójstwa przez tę akcję z myszą :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Mr_D, ależ ja rozumiem, co Szymon zrobił Lenie, prawdopodobnie po odebraniu i przeczytaniu wiadomości do niej. Nie pojmuję natomiast tego, co działo się potem. Bo to, co słyszał i na co polował, to chyba nie był tupot białych mew. A może był? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wicked G: dzięki.

 

Regulatorzy: uff, czyli przynajmniej to jest jasne. A to stworzonko, czy było myszą? Nie wiem, nie planowałem odpowiadać na to pytanie.

Jak dla mnie, Mr_D, stworzonko było tuptaczem. I niech tak pozostanie. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O właśnie, dokładnie:)

Rozumiem zamysł opowiadania i chyba mogę powiedzieć, że jest całkiem ciekawy. Gorzej wyszło z wykonaniem, bo klimat czuć tak tylko tyci-tyci. Wydaje mi się, że to jest kwestia zarówno budowy scen, jak i narracji, która zbyt miota się między wymuszonym humorem a niedopowiadaniem grozy.

Poza tym – ale to luźna uwaga – jeżeli ją zdzielił butelką w łeb, to tam bywszędzie było na tyle dużo krwi, że po zbieraniu okruszków szkła cały odkurzacz od środka byłby czerwony  ; P

Ponadto taki pedant zapewne sprawdziłby, że krew zostaje – nawet po zmyciu, więc nie byłby taki szczęśliwy : P

I po co to było?

Dzięki za wizytę. Ja sobie wyobrażałem, że zdzielił ją, póki była w wannie, ciało w jakimś worku zniósł do samochodu, krew zmył (w końcu większość powinna wylądować w wannie), a jak wanna wyschła to odkurzył.

Co masz na myśli mówiąc, że krew zostaje?

Miota się – obrazowe określenie, przemyślę to.

O ile gładką powierzchnię wanny chyba da się zmyć, o tyle krew zostanie w fugach, na zasłonce, w odpływie wanny, w kamieniu na armaturze i tak dalej. Mówiąc krew, mam na myśli plamy co prawda niewidoczne gołym okiem, ale świecące pod luminolem  : P

I po co to było?

A, że w tym sensie. W sumie to byłaby dobra scena pokazująca jego charakter, jakby czytał o tym w jakiejś zapyziałej kafejce internetowej, kupił luminol i próbował chemicznie usunąć ślady.

Tylko dzynks w tym, że ja nawet nie wiem, czy on wrócił z tej piwnicy:)

Opowiadanie może nie przestraszyło mnie, ale ta cała mysz była całkiem intrygująca. Zwłaszcza że to wcale nie musiała być mysz, a biorąc pod uwagę okoliczności, odczytuję to raczej jako skutek chwilowo wyostrzonej ostrożności/niepokoju bohatera. I według mnie wątek z Leną został wystarczająco jasno pokazany, więcej naprowadzających wtrąceń by to raczej popsuło.

więcej naprowadzających wtrąceń by to raczej popsuło.

No właśnie też takie miałem wrażenie:) Dzięki za komentarz Teyami.

Nowa Fantastyka