- Opowiadanie: janadalbert - Prolog

Prolog

Fragment dłuższej, jeszcze nienapisanej historii. Tylko sam wstęp. Nie będę dokładnie wyjaśniał kto kim jest, ani o co poszło.

To jest mój pierwszy w miarę składny tekst. Krytykę wysłucham, ale proszę o wyrozumiałość :)

Oceny

Prolog

Przy leśnej drodze obozował oddział żołnierzy. Zaledwie kilka wełnianych namiotów pomiędzy drzewami, oraz niewielkie, dogasające ognisko pośrodku. Choć słońce powoli rozjaśniało niebo nikłym blaskiem, to w gęstym lesie panowała jeszcze noc. Jeden z wartowników dostrzegł w mroku jakąś sylwetkę, zmierzającą od wschodu w ich kierunku.

Postać była odziana w grubą szatę. Tak znoszoną i pełną łat, że nawet w dziennym świetle trudno byłoby stwierdzić jaki miała kolor. Twarz obcego skryta była pod głębokim kapturem, u jego boku natomiast kołysała się torba wyszywana muszelkami. Gdy szedł, za jego plecami gromadziła ciemność.

Gałęzie szeleściły pod stopami nieznajomego. Dwaj wartownicy, pierwsi dostrzegli przybysza. Wyższy i chudszy wartownik, szturchnął w ramię swojego towarzysza, który chwiejnie wspierał się na pice. Beczkowaty wartownik wzdrygnął się zbudzony z drzemki i spojrzał niechętnie na obcego. Chciał zatrzymać go, lecz nie potrafił wykrztusić z siebie słowa.

Patykowaty strażnik pierwszy podszedł do przybysza.

– Witaj, strudzony wędrowcze! – przywitał go szczerząc zęby w uśmiechu. Był młodym i niedoświadczonym rekrutem, a zdaniem kolegów, nie zaliczał się też do ludzi bystrych. – Czego chcesz? Dokąd się wybierasz?

Obcy zatrzymał się, spojrzał na niego z pod kaptura, w miejscu oczu błysnęły dwie złowrogie iskierki.

– Niczego nie chcę, chłopcze. – Głos miał niezbyt przyjemny, chropowaty i chłodny. – I czas mi w drogę.

Rekrut wzruszył ramionami i pokazał ręką, żeby szedł dalej. Wędrowiec stał przez moment w miejscu i już miał odejść, gdy drugi strażnik przypomniał sobie czemu tu stoi i zdusił w sobie strach.

– Hej, przygłupie! Nie pamiętasz o rozkazach? – odezwał się do chłopaka. – Co mówił nam kapitan?

– No, ale nie mówił o uczciwych ludziach… – zaczął patykowaty rekrut.

– Ktoś kto włóczy się lasem po nocy, w takich dziwnych szmatach to jest uczciwy według ciebie? He? – przerwał mu beczkowaty, wściekle tocząc ślinę. – Powiedział wyraźnie, by zatrzymać wszystkich, którzy podejdą na odległość rzutu kamieniem. Nie do nas należy myślenie. Od twojego gdybania wymiotów się nabawię. – Splunął, po czym zwrócił się do obcego. – Ty tam! Kim jesteś i co tu robisz?

Przybysz nie odpowiedział. Szata zadrżała na nim, a potem zamarł.

– Wolisz milczeć tak? – spytał z drwiącym uśmiechem. – Lepiej to dla nas i niż dla ciebie. Ty! Bierz go i do kapitana z nim.

Z pod kaptura dobiegł ich charkot. Strażnik zawahał się chwilę, lecz obcy poszedł za nimi. Bez oporu pozwolił się prowadzić przez obóz do namiotu dowódcy. Beczkowaty brutalnie wepchnął do środka przybysza tak, że prawie go przewrócił.

Kapitan odziany w brudny, poplamiony wams i siedział na pryczy. Obok leżał niewielki bukłak wydzielający ostrą woń, natomiast na podołku kwitła ciemnoczerwona plama. Kapitan podniósł głowę, przetarł przekrwione oczy i wstał, chwiejąc się lekko przy tym.

– Co się dzieję? – spytał kapitan. – Chyba nie przeskrobaliście mi znowu czegoś?

– Nie, kapitanie – odparł gruby strażnik. – Złapaliśmy tego tutaj jak przekradał się koło obozu.

– Ale przecież się nie… – Chciał zaprotestować ten chudszy, ale umilkł pod groźnym spojrzeniem kolegi.

– Najpewniej jakiś włóczęga. – ciągnął dalej beczkowaty strażnik. – Albo jakiś zbieg, niech mnie kule biją. Przedstawić się nie chce, ani nic. Coś ma na sumieniu w każdym razie.

– Dobrze, niech ci będzie. Tylko ucisz się na chwilę – przerwał mu kapitan po czy zmrużył oczy i w skupieniu przyglądał się obcemu.

 – Coś ty za jeden i czego szukasz? – spytał kapitan.

– Nazywam się Irwin – powiedział przybysz, po chwili milczenia. – Jestem podróżnikiem, wędrującym na zachód. Nie spodziewałem się natknąć tu na żołnierski obóz.

– No cóż, nie nasza wolą jest gdzie i co robić – odrzekł kapitan. Nie miał ochoty rozmawiać z tym człowiekiem. Był dziwny i sprawiał nieprzyjemne wrażenie – Polujemy tutaj na takich co sami polują, lecz bez pozwolenia. Na zwierzynę, czy ludzi… Mi to obojętne. – Zmierzył obcego spojrzeniem. – Zdejmij ten kaptur, jeżeli jesteś choć trochę uczciwym człowiekiem.

Irwin podniósł ręce i odsłonił twarz, kaptura jednak nie zdjął. Twarz miał pomarszczoną i ogorzałą. Lewy policzek szpeciła brzydka, nieregularna szrama biegnąca przez oko i sięgająca kącika ust. Kapitan z sykiem wciągnął powietrze.

– O żesz… – wyrwało się mu. – Życie musiało dać ci się we znaki. Pierwszy raz widzę coś tak paskudnego.

– Wiele paskudnych rzeczy mi się przytrafiło – zgodził się Irwin. – Skoro już wiecie, to co chcieliście wiedzieć, pozwolicie mi udać się w dalszą drogę, panowie.

Odwrócił się by wyjść, lecz żołnierze zagrodzili mu drogę.

– Dokąd tak ci spieszno, panie Irwin? – spytał kapitan. – Zostań z nami jeszcze trochę. Mówiłeś, że dokąd się udajesz?

– Podróżuję na zachód. Mam tam pilne sprawy do załatwienia.

– Tak? Gdzie dokładnie? Na zachód  stąd już nie uświadczysz, żadnych ludzkich siedzib. Dalej są góry, a za nimi tylko przepaść. Czego mógłby szukać tam ktoś taki jak ty?

– To jest moje zmartwienie. – powiedział obcy. – Ale skoro już musisz wiedzieć to właśnie stamtąd pochodzę. Zza gór.

Słowa nieznajomego zawisły ciężko w powietrzu. W namiocie robiło się chłodniej. Kapitan roześmiał się, po czym zawtórował mu beczkowaty strażnik. Irwin zachował milczenie.

– A to ci heca! – powiedział kapitan, gdy skończył się śmiać. – Więc przebyłeś Wyklęte Góry, tak? Może powiesz, że przebyłeś przepaść jakby nigdy nic? A ja prawie dałem ci wiary.

– Nie żartuj sobie, bo nie ma z czego. – oparł Irwin. – Nie mam czasu na przerzucanie się słówkami z każdym, kto mnie zatrzyma przy drodze…

Przybysz wykonał ręką złożony gest. Obszerny rękaw zsunął się z dłoni ukazując kolejne szramy, oraz siatkę cienkich blizn. Strażnicy cofnęli się zasłaniając twarze, kapitan z donośnym przekleństwem, wywrócił się na pryczę. Niespodziewanie obcy wydał z siebie zduszony okrzyk, po czym złapał się za głowę i zgiął w pół. Nie był zdolny do ruchu. Kapitan podniósł się chwiejnie na wpół wystraszony, na wpół wściekły.

– A to co do cholery ma znaczyć? – wykrzyknął. W głosie brzmiała lekka panika. – Cholerny czarownik… Jednak słaby jakiś jesteś. Nawet uroku nie potrafisz na nas dobrze rzucić, he?

– Nie możesz mnie zatrzymywać – powiedział Irwin, walcząc o każdy oddech. – Nie możesz. Inaczej znów stanie się to…

Gruby strażnik uderzył go drzewcem piki w kark. Irwin upadł na ziemię.

– Łżesz, głupcze! – odrzekł kapitan, wykrzywiając twarz w mściwym grymasie. – Lepszych bajeczek się po tobie spodziewałem. Nie obchodzi mnie, czy jesteś przestępcą, czarownikiem, czy jedynie głupcem. Jesteś cholernym kłamcą i to beznadziejnym, tfu!

Kapitan splunął pod nogi przybyszowi, po czym powiedział do wartowników:

– Wy dwaj, zabierzcie go precz! Tam gdzie resztę!

Strażnicy wzięli przybysza pod boki i wywlekli na dwór. Obcy drżał, próbował mówić, lecz z ust wylewał się bełkot. Zaprowadzili go do innego namiotu. W jego wnętrzu siedziało dziesięciu innych ludzi związanych, brudnych i obdartych. Część z nich spała, inni gapili się ponuro na strażników i na szamocącego się przybysza. Skrępowali obcemu ręce, nogi i zostawili leżącego na ziemi. Beczkowaty strażnik kopnął Irwina na odchodnym.

Więźniowie, którzy byli przytomni ciekawie przypatrywali się przybyszowi.

– Hej ty! – odezwał się cicho jeden, ze szczęką pełną wielkich, żółtych zębów. – Coś ty za jeden?

– Daj mu dojść do siebie, Kieł – powiedział inny. – Widzisz, że oćwiczyli staruszka.

– Odczep się Ruga. Zawsze coś do mnie masz. Jak nie to, to o co innego. Czepiasz się bardziej, niż tamten wojskowy.

– Cisza tam! – Dobiegł z zewnątrz ostry głos wartownika. – Albo będziecie maszerować z workami na głowie.

Kieł i Ruga konturowali spór przyciszonymi głosami. Inni jeńcy powoli wybudzali się z niespokojnej drzemki. Wkrótce wnętrze namiotu wypełnił cichy gwar rozmów tych, którzy jeszcze mieli siłę mówić. Mało kto zwrócił jeszcze uwagę na dziwnego wędrowca, który wciąż drżał.

– No weź, nie przesadzaj – rzekł Kieł. – Ty tak zawsze, a potem okazuje się, że nie było czym się martwić.

– A jak mówiłem by poszukać jakiejś nory, a nie nocować przy gościńcu? – odparł Ruga. – Takie lanie, jak dali temu tutaj, wyszło by ci na dobre.

– A co? Moja wina, że gościńcem akurat przechodziło wojsko? I z przeklętym ważniakiem na czele?

– Co mnie to obchodzi? – rzucił Ruga, wściekły nie na żarty. – Przez twój zakuty łeb skończymy w jakiś śmierdzących lochach. Lub na szubienicy. Nie mają litości dla staruszków, to i kłusownikom takim jak my też nie darują. Na świętych Panów! Temu co jest!?

Wszyscy teraz z uwagą obserwowali dziwnego przybysza. Jego ręce i głowa trzęsły się jakby dostał padaczki, oczy stanęły w słup.

– Ej ty, słyszysz mnie? – spytał spanikowany Ruga. – Nic ci nie jest? Strażnik! Pozwól na chwilę!

Obcy wydał z siebie tylko nieartykułowany odgłos. Twarz wciąż miał wykrzywioną z bólu. Natomiast z zewnątrz ponownie dobiegł ich wściekły głos strażnika.

– Zamknijcie się, gamonie! Pożałujecie jak nie będziecie cicho.

– Szlag, zróbcie coś! – powiedział jeden z więźniów.

Ruga nie wiedziałby co zrobić, nawet gdyby miał wolne ręce. Atak obcego w tym momencie nasilił się. Starzec zrobił się czerwony na twarzy, a potem siny. Wyrzucał z siebie słowa z nieznanego języka, o ciężkim i przepełnionym mocą brzmieniu. Blizna na twarzy i te na rękach zaczęły pękać. Gdy wymawiał kolejne sylaby, we wnętrzu namiotu wzbierała ciemność mimo, że już świtało i powinno robić się jaśniej. Więźniowie zrobili się nerwowi, ktoś powiedział „czarownik”, inny potwornie zaklął. Mrok gęstniał coraz bardziej wokół nich. „Nie.” pomyślał Ruga „To oczy mi się kleją.”

Obcy znów krzyknął. Do namiotu wpadł żołnierz, z grubą szyją i nozdrzami jak u byka.

– Ostrzegałem, teraz będzie… – Nie powiedział co będzie gdyż znieruchomiał nagle, zbladł, oczy zaś wyszły mu na wierzch na widok krwi. Obcy spojrzał na niego ostro, zupełnie przytomnie, choć nadal był skrzywiony. Ruga czuł się ociężale, jakby nie spał od wielu dni. Oczy zamykały mu się, powoli i nieubłaganie, pomimo niezwykłości tego czego właśnie był świadkiem.

– Wybaczcie. Nic więcej nie mogę zrobić – powiedział Irwin. Jego oczy rozświetlał złowrogi błysk.

Strażnik o byczym karku złapał się nagle za głowę. Z zewnątrz dobiegł ich wrzask, chwilę potem kolejne. Jeden z więźniów nagle oklapł w więzach bez przytomności. Głuchy łoskot czyjegoś upadku. Ruga miał przeczucie, że jeżeli nie podda się nagłemu przypływowi senności, przydarzy mu się coś o wiele gorszego niż szubienica.

Nieznajomy przestał się trząść. Natomiast strażnik zachowywał się jakby i jego dopadła tajemnicza choroba przybysza. Zrobił się blady jak ściana, z pod tuniki i nogawek wypłynęły strużki czerwonej krwi…

Ruga nie pamiętał co się działo potem. Świat przesłoniła ciemna mgła, kończyny odmówiły posłuszeństwa. Gdy obudził się, minęła reszta nocy i dzień, a on Ruga leżał na wznak pomiędzy szczątkami żołnierskiego obozu. Liny na jego przegubach tajemniczo zniknęły. Część więźniów i strażników wciąż była pogrążona w głębokim śnie. Ruga dostrzegł szczątki tych, którzy nie mieli szczęścia. Szybko odwrócił wzrok, o mało nie pozbywając się ostatniej kolacji.

Ciała zabitych były rozszarpane, jak cięte setkami noży i przerobione na miazgę. Ziemia była przesiąknięta krwią, Ruga uciekł. Człowieka o imieniu Irwin, nie było.

Koniec

Komentarze

Janadalbercie, skoro to nie jest skończone opowiadanie, bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przepraszam, zapomniałem odznaczyć. Już poprawiłem.

lol

Hm, fabularnie trudno ocenić, bo to oczywiście tylko wstęp. Myślę, że założenia prologu spełnia – wprowadza znaczące (jak sądzę) postaci, przedstawia jakąś tajemnicę, która może zaintrygować – jeśli trafi w gust i wrażliwość czytelnika. W mój trafiło nie do końca (mówię o aspekcie fabularnym), jednak trochę ciekawości wzbudziło i sądzę, że gdyby był ciąg dalszy – i byłby lepiej napisany – to co najmniej kilka jeszcze kartek bym przeczytała ;)

 

Natomiast technicznie jest niestety słabo. Ale to prawo pierwszego tekstu.

 

Wyeliminuj powtórzenie, trochę ich jest. Przykłady:

Na zewnątrz dobiegł ich wrzask, jeden z więźniów nagle oklapł w więzach bez przytomności. Rozległ się kolejny wrzask w obozie. – tu dodatkowo niepoprawna konstrukcja, wrzask dobiegł raczej “z zewnątrz”

 

Nieznajomy cały we krwi przestał się trząść. Natomiast strażnik, jakby doświadczał ataku tej samej choroby, która nawiedzała przybysza. Zrobił się blady jak ściana, z pod tuniki i nogawek wypływały strużki ciemnoczerwonej krwi

 

Druga sprawa to umykający podmiot, lub inna ważna część zdania (w ich nazwach ekspertem nie jestem ;/) na przykład:

Atak obcego w tym momencie nasilił się, zrobił się czerwony na twarzy, a potem siny. – wynika z tego, że atak w jakiś sposób zrobił się czerwony i sina. W dodatku na twarzy ;)

Starszy i gruby strażnik brutalnie wepchnął przybysza do namiotu, tak że ten prawie się przewrócił. – tu z kolei mam wątpliwości, czy przewrócił się przybysz, czy namiot.

Związali obcemu ręce i przytwierdzili do reszty więźniów. – trudno mi sobie wyobrazić, w jaki sposób przytwierdzają jego ręce do reszty więźniów.

 

Wielokrotnie budujesz niepoprawne i nieco dziwne zdania, takie jak:

Słońce zachodziło, on Ruga leżał na wznak pomiędzy szczątkami żołnierskiego obozu. – dlaczego “on Ruga”?

Wyrzucał z siebie słowa z nieznanego języka, o ciężkim i przepełnionym mocą brzmieniu – raczej “słowa w nieznanym języku” lub “słowa pochodzące z nieznanego języka”

Gdy wymawiał kolejne sylaby, we wnętrzu namiotu wzbierała się ciemność mimo, że już świtało i powinno robić się jaśniej. – raczej “wzbierała ciemność”, bez “się”.

Obcy roztaczał wokół siebie aurę, która każe ludziom jak on schodzić z drogi. – to już ciężko odratować, trzeba napisać od nowa ;)

 

Zadbaj też o spójność logiczną tekstu i konsekwencję w tym, co piszesz. Szczególnie początek pod tym względem zupełnie nieudany:

“Nad gęstym lasem panowała jeszcze noc. Słońce schowane za horyzontem, rzucało już na niebie swój blask (…)

Postać była odziana w grubą, purpurową szatę, tak znoszoną i pełną łat, że trudno było już dostrzec jej kolor.”

Ok, była noc, łuna nad horyzontem, ale skoro noc, to jednak ciemno, oni widzą gościa z daleka i są w stanie stwierdzić, że szata jest purpurowa? W dodatku, kiedy i bez ciemności trudno dostrzec jej kolor? 

Potem:

Dwóch wartowników dostrzegło w mroku lasu obcego, kroczącego drogą od wschodu (…)

Wyższy i chudszy wartownik, szturchnął w ramię swojego niższego, ale grubszego towarzysza i pokazał palcem wędrowca. Niski i gruby wartownik wzdrygnął się zbudzony z drzemki i spojrzał niechętnie na obcego.

Te zdania przeczą sobie, bo najpierw mówisz, że dwóch dostrzegło, a potem okazuje się, że jeden, dopiero potem obudził drugiego. 

I dodatkowa uwaga – skoro opisujesz jednego jako wyższego i chudszego, to naturalnym jest, że drugi jest grubszy i niższy, nie trzeba tego pisać. A kiedy decydujesz się odnosić do postaci za pomocą charakterystycznych cech, to lepiej wybrać jakieś rzeczywiście charakterystyczne – np. gładkolicy i beczkowaty byliby ciekawsi niż chudszy i grubszy.

I potem:

Chciał zatrzymać go lecz nie mógł wykrztusić słowa. Obcy roztaczał wokół siebie aurę, która każe ludziom jak on schodzić z drogi (…) – zdanie dziwaczne, ale wnioskuje z niego, że gruby poczuł sie onieśmielony albo wystraszony, czy w inny sposób poczuł respekt wobec przybysza. Co totalnie nie trzyma się kupy z tym, jak się zachowuje kilka linijek niżej, kiedy się “ocknął”. Co takiego sie stało, że nagle nie czuł potrzeby zejścia przybyszowi z drogi?

I jeszcze taki przykład:

Był rozwiązany, a wokół nie było żywej duszy. Leżało w pobliżu kilku ludzi, więźniów i strażników pogrążonych w głębokim śnie. – to w końcu spali, czy nie żyli? Bo z tego, że “nie było żywej duszy” wynika, że to trupy, ale trupy nie śpią raczej.

 

Błędy są, pracy sporo, ale pisz dalej. Ciekawa jestem, czy masz już plan na rozwinięcie tej opowieści.

Werwena doceniam że chciało ci się przebijać przez te moje krzaki. Mogę sobie wyobrazić jakie to męczące i tym bardziej dzięki za wskazanie błędów. Niektóre znam, ale sporą część zauważyłem dopiero teraz. Skorzystam w przyszłości :)

Co do rozwinięcia obawiam się, że z tego raczej wyszłaby powieść :( Mam plan… czy też coś w tym rodzaju. Takie ogólniki jak: “Bohaterowie stają przed królem“, “Timmy wpadł w zasadzkę“, “Karl uczy się czarować“ a pomiędzy nimi zostawiłem luz.

lol

Dawaj więcej. Ciekawie się zapowiada, a błędy można wyeliminować (kill’em all).

F.S

Miałem trochę czasu to prowadziłem nieco z proponowanych poprawek. Przerobiłem co dziwniejsze zdania (niektóre wykreśliłem). Lepiej jest teraz z powtórzeniami i zapisem. Dużo pewnie brakuje do doskonałości, to też ponawiam prośbę o zerknięcie na tekst :)

lol

Jako prolog, może być. Zaciekawiłeś mnie, Janadalbercie, ale poza tym, że fragment wymaga dopracowania, niewiele mogę o nim powiedzieć.

 

Po­stać była odzia­na w grubą szatę. Tak zno­szo­ną i pełną łat, że nawet w dzien­nym świe­tle trud­no by­ło­by stwier­dzić jaki miała kolor. Twarz ob­ce­go skry­ta była pod głę­bo­kim kap­tu­rem… – Początki niebezpiecznej byłozy.

 

Twarz ob­ce­go skry­ta była pod głę­bo­kim kap­tu­rem, u jego boku na­to­miast ko­ły­sa­ła się torba wy­szy­wa­na mu­szel­ka­mi. – Zbędny zaimek.

 

Ga­łę­zie sze­le­ści­ły pod sto­pa­mi nie­zna­jo­me­go. – Szeleszczą liście, gałęzie pod nogami raczej chroboczą.

 

Dwaj war­tow­ni­cy, pierw­si do­strze­gli przy­by­sza. Wyż­szy i chud­szy war­tow­nik, szturch­nął w ramię swo­je­go to­wa­rzy­sza, który chwiej­nie wspie­rał się na pice. Becz­ko­wa­ty war­tow­nik wzdry­gnął się zbu­dzo­ny z drzem­ki i spoj­rzał nie­chęt­nie na ob­ce­go. – Powtórzenia.

Skoro jeden z wartowników drzemał, nie mógł dostrzec przybysza.

Może: Wysoki, chudy war­tow­ni­k pierw­szy do­strze­gł przy­by­sza i szturch­nął w ramię beczkowatego/ krępego kolegę, chwiej­nie wspa­rtego na pice. Ten, zbu­dzo­ny z drzem­ki, wzdry­gnął się i spoj­rzał nie­chęt­nie na ob­ce­go.

 

Obcy za­trzy­mał się, spoj­rzał na niego z pod kap­tu­ra… – Obcy za­trzy­mał się, spoj­rzał na niego spod kap­tu­ra

 

– Ni­cze­go nie chcę, chłop­cze – Głos miał nie­zbyt przy­jem­ny, chro­po­wa­ty i chłod­ny – I czas mi w drogę.– Brak kropek na końcu zdań. Skoro rozpoczynasz wielką literą, wcześniejsze zdanie powinna kończyć kropka.

Ten błąd występuje w tekście wielokrotnie.

 

Wę­dro­wiec stał przez mo­ment w miej­scu i już miał odejść, gdy drugi straż­nik przy­po­mniał sobie czemu tu stoi i zdu­sił w sobie strach. – Powtórzenia.

Czy można stać i nie być w miejscu?

 

Od two­je­go gdy­ba­nia wy­mio­tów się na­ba­wię… – Od two­je­go gdy­ba­nia wy­mio­tów dostanę

Wymiotów raczej nie można się nabawić.

 

Le­piej to dla nas i niż dla cie­bie. – Zdanko chyba do remontu.

 

Z pod kap­tu­ra do­biegł ich char­kot.Spod kap­tu­ra do­biegł ich char­kot.

 

Ka­pi­tan odzia­ny w brud­ny, po­pla­mio­ny wams i sie­dział na pry­czy. Obok leżał nie­wiel­ki bu­kłak wy­dzie­la­ją­cy ostrą woń, na­to­miast na po­doł­ku kwi­tła ciem­no­czer­wo­na plama. – Plama mogła kwitnąć, ale nie na podołku.

Za SJP: podołek daw. «wgłębienie tworzące się z przodu w spódnicy, w sukni lub w fartuchu przy uniesieniu ich brzegów lub przy siadaniu»

 

– Co się dzie­ję? – spy­tał ka­pi­tan… – Literówka.

 

Na zwie­rzy­nę, czy ludzi… Mi to obo­jęt­ne… – Na zwie­rzy­nę, czy ludzi… Mnie to obo­jęt­ne

 

– O żesz… – wy­rwa­ło się mu… – O żeż – wy­rwa­ło się mu

 

Kieł i Ruga kon­tu­ro­wa­li spór przy­ci­szo­ny­mi gło­sa­mi. – Pewnie miało być: Kieł i Ruga kon­tynuo­wa­li spór przy­ci­szo­ny­mi gło­sa­mi.

 

Wy­rzu­cał z sie­bie słowa z nie­zna­ne­go ję­zy­ka… – Wy­rzu­cał z sie­bie nieznane słowa

 

Zro­bił się blady jak ścia­na, z pod tu­ni­ki i no­ga­wek wy­pły­nę­ły struż­ki czer­wo­nej krwi… – Zro­bił się blady jak ścia­na, spod tu­ni­ki i no­ga­wek wy­pły­nę­ły struż­ki krwi

Czy istniała możliwość, by płynęła krew o innej barwie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Błędy i niefortunnie skonstruowane zdania już ci nasze panie wskazały.

 

Mamy jakieś zawiązanie akcji, tajemniczego Bliznowatego “Ciemności krocz ze mną” i taką potężnie standardową jatkę.

 

Książki bym nie kupił w obawie, że trafię na jakąś średnio napisaną sztampę: zagrożony świat, spór o wielką stawkę, przepowiednię czy coś w tym guście. Jak dla mnie, flaki i ciemność plus tajemnica nie dają wystarczającej zachęty do dalszej lektury.

Pomarudziwszy, napomknę tylko, że dobrze, ciekawie napisana sztampa rozrywkową jak najbardziej mi pasuje. A warsztat akurat jest wyuczalny. Spróbuj może od opowiadania między 10000 a 20 000 znaków, jeden główny bohater, jeden główny wątek plus maks jeden poboczny i wio, ćwiczenie rozpoczęte.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dobra widzę, że więcej z tego tekstu nie wycisnę. Teraz jestem zalatany, więc nie mogę usiąść i poprawić tego raz a dobrze. Tak więc sorry za zawracanie gitary.

@PsychoFish Rozumiem twoje obawy, ale polemizowałbym. Pierwsze primo – Ta "powieść" jest w sferze marzeń. Nic nie jest z góry ustalone. Drugie primo – Odbija się miejscami kliszą, ale gdy patrzę na całość tej historii nie powiedziałbym, że jest kompletnie sztampowa. Dobry warsztat mógłby to zniwelować. Dlatego poprzestałem na samym prologu :P

 

lol

A ja dlatego piszę o ćwiczeniu warsztatu. Tu na portalu np. Emelkali świetnie rozgrywa klisze. Niby nic oryginalnego, a czyta się zacnie. Dobry warsztat uratuje ci sztampę :-)

 

A co do całości mogę mieć tylko obawy, bo jej nie znam. Clue programu w tym, by początkiem zahaczyć czytelnika, wciągnąć go w opowieść.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Mnie się taki prolog podoba :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka