- Opowiadanie: Armored - Zabierajcie swoich i wynocha!

Zabierajcie swoich i wynocha!

Jeden z moich dziwniejszych pomysłów, to na pewno. Miłego czytania życzę i zjedzcie mnie żywcem, proszę.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Zabierajcie swoich i wynocha!

Zaczęło się tak niewinnie. Nikt nie podejrzewał, że masowa histeria, jakiej świat jeszcze nigdy nie zaznał, zacznie się od małych białych igiełek, które nagle zaczęły wyrastać z ziemi na wszystkich kontynentach. Mówiono o nietypowej roślinie, nowym organizmie, który, choć niepozorny, ze względu na swą liczebność może stanowić zagrożenie dla upraw. W tych pierwszych dniach obawiano się właśnie tego, że nowa „trawa” będzie wypierać pożyteczne rośliny. Niektórzy rolnicy zaczęli nawet zbierać niechciane chwasty ze swoich pól, mimo zaleceń różnych specjalistów, by nie dotykać nowych roślin, dopóki pierwsze wyniki badań nie nadejdą z laboratoriów. To właśnie ci rolnicy pierwsi zwrócili uwagę na fakt, że ta dziwna trawa nie ma korzeni. Białe źdźbła wystają po prostu luźno z ziemi. Z dziwnego kuriozum, o którym parę brukowców wspomniało mimochodem, białe igły urosły do rangi newsa na pierwsze strony światowych gazet. Ludzie na całej planecie zaczęli interesować się nowym zjawiskiem i praktycznie od razu opinię publiczną zalały nowe fakty, jak to, że „roślina” pojawia się zarówno w pokrywie lodowcowej, jak i w piaskach najgorętszych pustyń. I wcale nie ogranicza się do wystawania z gruntu, lecz pokłady białych igieł rosną nawet głęboko pod powierzchnią ziemi. Coraz mniej danych wskazywało na to, że ludzkość rzeczywiście ma do czynienia z nową rośliną. Zaczęto wątpić w ogóle w to, czy jest to organizm żywy, choć przecież z dnia na dzień igły były coraz większe. W Internecie zaroiło się od teorii spiskowych, wśród których oczywiście nie zabrakło tych dotyczących kosmitów i nowej broni testowanej przez rząd. Większość ludzi jednak zorientowała się, co tak naprawdę wyrasta na ich podwórkach jeszcze zanim pierwsze oficjalne wyniki badań trafiły do mediów. W ziemi zaczęły rosnąć kości.

*

Tom pochylił się nad ściółką i poczuł jak przechodzą go dreszcze. Wiedział, że uprzątnięcie lasu to jego obowiązek, ale wstręt do śmierci, a więc i do wszystkiego, co było z nią związane, skutecznie go od tego odwodził. Poza tym w głębi duszy wciąż miał nadzieję, że fantomowe kości znikną tak nagle, jak się pojawiły. Póki co nikt nie był w stanie wytłumaczyć tego fenomenu, więc nie było to aż tak nieprawdopodobne.

Leśniczy zacisnął zęby i zmusił się do sięgnięcia po jedną z kości. Minęły już dwa tygodnie i stało się jasne, że każda niewielka igła z czasem przeobrazi się w swój pełnoprawny odpowiednik. I wcale nie były to szczątki psów, czy kotów. Każda próbka, która trafiała do laboratorium była ludzka. Zresztą teraz już chyba nikt nie miał co do tego wątpliwości.

Czaszka, którą Tom trzymał w ręce, była jeszcze malutka, ale z pewnością nie należała do żadnego zwierzęcia.

Mężczyzna rozejrzał się. To, co usłyszał w mieście było prawdą. Nie było miejsc, w których rosłyby same żebra, lub miednice. Może i kości nie były ze sobą połączone i wciąż nie osiągnęły pełnych rozmiarów, ale i tak wszędzie wokół widział zaczątki kompletnych szkieletów.

Tom ostrożnie odłożył czaszkę dokładnie w to samo miejsce. Nie chciał posprzątać lasu z jeszcze jednego powodu. Jeszcze jednej właściwości fantomowych kości, która sprawiła, że ludzie na całym świecie zaczęli wpadać w panikę. W jakiś dziwny, pokręcony sposób jemu dała ona nadzieję.  

 Ostrożnie stawiając stopy, by nie poruszyć żadnej z leżących kości, Tom ruszył w głąb lasu. Świat może sobie szaleć ile chce, ale obchód sam się nie zrobi.

*

Ludzie zawsze szukają wyjaśnienia. Czy chodzi o wielką ognistą kulę, która codziennie pojawia się i znika za horyzontem, czy o to w jaki sposób zmieniają się pory roku – wszystko musi mieć powód. Nauka nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego nagle z ziemi zaczęły wyrastać szkielety. Zamiast uspokoić ludzi jakimkolwiek logicznym argumentem, ona zrobiła dokładnie odwrotnie. Przeraziła ich jeszcze bardziej.

W dwa tygodnie po pojawieniu się fantomowych kości został potwierdzony pierwszy przypadek zidentyfikowania szkieletu. Szybko okazało się, że wszystkie pasują genetycznie do ludzi, którzy zmarli. Im głębiej w pokrywie ziemskiej pojawiały się kości, tym dawniej żyła osoba o pasującym DNA. W tym okresie jeszcze nikt nie pokusił się nawet o szacunkowe określenie liczby szkieletów, ale nie przeszkodziło to w postawieniu najbardziej radykalnych, pesymistycznych i niewiarygodnych hipotez.

W skorupie ziemskiej powstawały kości każdego człowieka, który chodził po Ziemi. 107 miliardów szkieletów, które nagle pojawiły się znikąd.

Nic dziwnego, że ludzie odwrócili się od takiej nauki. Jak często bywało w historii, odpowiedzi dostarczyła religia. Szkielety to znak od Boga, ostrzeżenie dla grzeszników. Kościoły nagle zaczęły pękać w szwach, nie zabrakło w nich nawet najbardziej zdeklarowanych ateistów. Wiara zapobiegła masowej histerii i anarchii, przynajmniej dopóki szkielety nie osiągnęły pełnych rozmiarów. Dopiero po tym, co stało się dalej, ludzie nie wytrzymali.

*

– Ani kroku dalej. Odwróć się bardzo powoli.

Słysząc charakterystyczny odgłos przeładowywanej strzelby mężczyzna bardzo skrupulatnie wykonał polecenie.

Widząc przerażoną twarz starego kolegi Tom opuścił broń.

– Na cholerę się tak skradasz Marco? Tylko dzisiaj przegoniłem stąd trzy pielgrzymki! Myślą, że skoro w lesie pojawiło się więcej kości niż w wiosce, to mogą uznać to za jakieś ich święte miejsce.

– Powinieneś przynajmniej spróbować ich zrozumieć. – Marco wypowiadał słowa bardzo powoli, jakby bał się, że każdym z nich może spowodować wybuch. – Każdy radzi sobie z tą sytuacją na swój sposób. Ty może nie potrzebujesz Ruchu Odnowienia Ciała, ale ludziom to naprawdę pomaga. Powinieneś przejść się na któreś z wieczornych nabożeństw do wioski, a nie siedzieć w odosobnieniu w tej swojej chatce w środku lasu.

– Nie mam zamiaru słuchać tych bredni! – Tom wykrzywił twarz w gniewnym grymasie. Trwało parę sekund nim wreszcie zrozumiał. – Zaraz… Przyszedłeś tutaj jako ich negocjator? Masz mnie przekonać żebym ich wpuścił?!

– Zrozum, bardzo chętnie chodzilibyśmy na cmentarz, gdyby to tam pojawiło się aż tyle szkieletów. – Marco dla odmiany wyrzucił z siebie potok słów, jakby bał się, że Tom przerwie mu w każdej chwili. Ponadto wzniósł ręce w uspokajającym geście samemu nerwowo zerkając na strzelbę co parę sekund. Leśniczy niechętnie obserwował te wszystkie sygnały sugerujące, że jego niedawny przyjaciel uważa go za niebezpiecznego czubka. – Niestety szkielety pojawiają się niedaleko miejsc śmierci, więc nie powinno cię dziwić, że akurat tutaj jest ich tyle.

Tom spuścił wzrok. Przeklęty las, tak nazywali go w wiosce. Samobójcy zjeżdżali się tu z całego kraju, żeby powiesić się na gałęzi, lub podciąć sobie żyły pod jakimś ładnym drzewem. Nikt nie wiedział dlaczego. Tom został leśniczym, bo łudził się, że bycie blisko lasu pomoże mu to zrozumieć. Niestety na próżno.

Marco, biorąc jego milczenie za dobrą monetę, postąpił krok naprzód. I jeszcze jeden.

– Nikomu nie jest łatwo. W tych ciężkich czasach wszyscy powinniśmy sobie pomagać nawzajem. Obiecuję, że zostawimy wszystko tak jak zastaliśmy.

 – Ty…?

Marco zatrzymał się w pół kroku słysząc zadziwiająco spokojny głos leśniczego. Z jakiegoś powodu przeszedł go zimny dreszcz.

– Profesor biologii? Ten który nauczał dzieci w szkole teorii ewolucji? – kontynuował Tom, bez emocji wpatrując się w Marco. – Ktoś taki będzie biegał po lesie i modlił się do kości samobójców? Brzydzę się tobą, Marco.

– Wszystko się zmieniło – burknął urażony profesor. – Próbowałem podchodzić do tego racjonalnie, pobierałem próbki, robiłem badania. Widocznie gleba absorbowała nasze DNA podczas procesu rozkładu. Wszystko po to, by teraz je odtworzyć. Ale w jaki sposób to się dzieje i dlaczego? Nauka jest tutaj bezsilna! Natomiast Ruch Odrodzenia Ciała przynajmniej daje nam znaczenie. Wyjaśnia, że to wszystko ma sens. Nie znikamy zupełnie po śmierci, natura zwraca nas światu. Po każdym człowieku coś zostaje, choćby nie wiem jak dawno temu żył.

 Przez chwilę Marco znów przypominał dawnego siebie – profesora próbującego, z właściwym sobie uporem, wyjaśnić młodym umysłom zagadki świata. Z tą różnicą, że teraz brzmiał bardziej jak szalony prorok, niż szanowany nauczyciel.

– Natura zwraca nas światu mówisz? – Tom uśmiechnął się sarkastycznie. – A może robi to, bo ma nas dość? To taki znak dla nas od matki Ziemi: „Nie chcę was więcej widzieć, zabierajcie swoich i wynocha!”.

– Powód nie ma znaczenia. Liczy się to, że…

Marco urwał wpół słowa, wytrzeszczając oczy na coś u stóp Toma. Leśniczy opuścił wzrok i poczuł, że przechodzą go ciarki. Gdy już opanował początkowy odruch każący mu uciekać jak najdalej, uklęknął i wyciągnął drżącą rękę.

Czerwonawa narośl, która wykwitła na środku klatki piersiowej szkieletu była miękka w dotyku. W dodatku cały czas się rozrastała oplatając małymi żyłkami kolejne żebra i sięgając w przestrzeń w kierunku innych kości, aby połączyć je w jednym ciele.

– To coś idzie dalej – wyszeptał Marco. – Odbudowuje tkanki. Jak…?

Tom spojrzał w bezradne oczy profesora. Sam również był przerażony, ale równocześnie przepełniło go inne uczucie. Euforia. Wcześniej nie miał pojęcia, dokąd całe to szaleństwo zmierza. Teraz również nie wiedział, ale jeżeli na samych szkieletach się nie skończyło, to może…

– Ruch musi się o tym dowiedzieć. – Marco cofnął się, nie spuszczając wzroku z obrastających w mięśnie kości. – To da nam nowe perspektywy, musimy tu przyjść i…

– Nie! – Tom wyprostował się i znów wymierzył w profesora. – Nie ważcie się tu postawić nogi. Założę pułapki na obrzeżach lasu, możesz to powtórzyć swoim kolegom!

Czego tak zaciekle bronił? Wciąż brakowało mu odwagi, żeby przyznać się do tego nawet przed samym sobą.

*

Dopóki kości były tylko kośćmi, rządy były w stanie z grubsza utrzymywać porządek. Próbowały nawet nieudolnie zapanować nad sytuacją, a mianowicie udawać, że problemu nie ma. Ciężarówki jeździły dniami i nocami wywożąc kości do masowych grobów. Potem, gdy okazało się to niemożliwe ze względu na ich ilość, przerzucono się na piece hutnicze. Nikt już nie przejmował się etyką, chciano po prostu pozbyć się tego, czego nie można było zrozumieć. Szybko przekonano się, że wszelkie takie próby są na nic. W miejscu, z którego usunięto szkielet, od razu z ziemi wychylał się kolejny. Kości było po prostu za dużo.

Wszystko to było niepojęte, ale do zniesienia. Ludzie bali się, ale przecież nic tak naprawdę im nie zagrażało. Dlatego ogólnoświatowa panika wybuchła dopiero, kiedy na kościach pojawiła się tkanka miękka. Wcześniej łudzono się, że może gdy szkielety osiągną pełen wzrost, wszystko się skończy. Teraz okazało się jasne, że kości przeistaczają się w pełnoprawne ciała. Zupełnie jakby proces rozkładu przebiegał w drugą stronę. A zwłoki przerażały ludzi o wiele bardziej, niż bezpłciowe, anonimowe szkielety.

Zamieszki ogarnęły cały świat, zaczęto palić i niszczyć rosnące ciała z jeszcze większą zaciekłością. Upadły ugrupowania religijne, a nawet niektóre rządy. I nie chodziło już nawet o strach przed zwłokami. No bo w końcu kto mógł zagwarantować, że na tym się skończy?

*

Błoto bryzgało na boki pod nogami Toma, gdy ten biegł ostrożnie omijając ciała. Dotychczas pogoda była po jego stronie. Póki padało, ludzie z wioski nie mogli spalić lasu. I, tak jak podejrzewał, bali się wejść do środka po wypadkach przez które paru z nich trafiło do szpitala. Tom zawsze tępił kłusowników, ale teraz w duchu dziękował im za te wszystkie pułapki na zwierzęta, które skonfiskował.

Mimo sprzyjających okoliczności Tom wiedział, że kupił sobie zaledwie trochę czasu. Gdy strach zwycięży nad rozsądkiem, wejdą i tak nie bacząc na to, ile nóg ugrzęźnie w potrzaskach. A wtedy zniszczą wszystkie ciała, które znajdą. Musiał się pospieszyć.

Nie uratuje ich wszystkich. Zresztą i tak nie chciał. Na szczęście, choć ciała wciąż wyglądały makabrycznie, dało się już z grubsza rozróżnić poszczególne osoby, a przynajmniej powiedzieć jakiej płci były. To już mu zawężało obszar poszukiwań o połowę.

Trupy przyglądały się jego beznadziejnej misji obojętnymi, pustymi oczodołami. Ich pozbawione tkanki tłuszczowej twarze wykrzywiały się do niego, to z błagalną prośbą, to znów z rozbawieniem. Z każdą godziną Tomowi trudniej było przechodzić między tymi wszystkimi umarłymi. Powinien z czasem się przyzwyczaić, ale było dokładnie odwrotnie. Im bardziej ludzkie stawały się zwłoki, tym bardziej go przerażały.

W końcu nie wytrzymał. Przystanął pod drzewem, oparł się o pień i zwymiotował. Po raz kolejny zastanowił się, czy nie lepiej byłoby po prostu wpuścić tu tych wszystkich ludzi i pozwolić im zrobić swoje. Bo co jeżeli mieli rację? Co jeżeli rzeczywiście ci zmarli obudzą się jako bezmózgie zombie? Wtedy okaże się, że skazał ludność wioski na zagładę. A przecież, pomimo chwilowego spięcia, nie życzył im źle. Choć oni pewnie by go ukrzyżowali, gdyby dał im szansę.

Leśniczy oparł głowę o mokrą korę. To pozwoliło mu ukoić myśli. Przypomnieć sobie, dlaczego to robił. Być może dostał drugą szansę. Tym razem nie może jej zmarnować. Otworzył oczy i wtedy ją zobaczył.

Leżała parę metrów dalej. Taka naga i bezbronna. Taka martwa.

*

W końcowej fazie rozwoju ciał ludzkość podzieliła się na dwie grupy. Byli ci, którzy wciąż walczyli z martwym wrogiem, paląc umarłych i organizując się w obozy na zdrowej ziemi; czyli przekopanej i oczyszczonej z trupów przynajmniej na kilkadziesiąt metrów w głąb.

Druga grupa powstała, gdy ciała rozwinęły się na tyle, że wyglądały po prostu jakby spały. Ci ludzie wierzyli, że zmarli obudzą się w końcu z pełną świadomością i kategorycznie przeciwstawili się niszczeniu zwłok.

Spór pomiędzy grupami zadziałał niczym impuls w świecie ogarniętym skrajnym przerażeniem. Na całej planecie zaczęły wybuchać wojny. Konflikty pojawiły się zarówno pomiędzy krajami, jak i w lokalnych społecznościach. Całe miasta były pacyfikowane przy pomocy armii w wyniszczających wojnach domowych. Eskalacja działań zbrojnych prowadziła nieuchronnie do użycia głowic jądrowych, jednak ogarnięci szałem ludzie zdawali się tego nie zauważać.

Martwi zaś przyglądali się spokojnie, jak z ich powodu żywi mordują się nawzajem. Do ciał, które wyrosły z ziemi, szybko dołączyły kolejne, należące do tych których pochłonęła Ostatnia Wojna.

*

Skończyło się. Ostatni pocisk utknął w nodze jakiegoś młodzika, który podszedł za blisko chatki. Nastolatek z krzykiem pokuśtykał do swoich. Wieśniacy rozbili obóz i przez parę dni Tom miał spokój, schroniwszy się w leśniczówce. Oni tymczasem, odstraszani przez wystrzały z jego strzelby, zajęli się „sprzątaniem”. Ciała, których przez ostatnie tygodnie tak zawzięcie chronił, zamieniły się w jednolitą czerwoną miazgę.

Teraz jednak skończyli i przyszła kolej na niego.

– Otwieraj, Tom! – Głos Marco wydawał się zniekształcony przez megafon, wciąż jednak słychać w nim było słabo ukrywaną groźbę. – Wiemy co trzymasz w środku. Nie możemy pozwolić ci z tym uciec.

– Zbliżcie się, a podziurawię was na wylot! – odkrzyknął przez otwarte okno, celując w kierunku grupki, która szybko rozpierzchła się i ukryła za drzewami.

Wprawdzie nie miał już amunicji, ale nie musieli o tym wiedzieć. Zresztą oni nie mieli broni palnej, inaczej już dawno zrobiliby z niej użytek. Widocznie komenda policji miała więcej rozumu niż ta hołota i postanowiła się nie przyłączać. Tom był im za to wdzięczny, choć nie miałby nic przeciwko temu, żeby jednak wykonywali swoją pracę i zapanowali nad tymi ludźmi.

– Nie jesteś typem mordercy, Tom. – Marco wyraźnie usiłował brzmieć jak negocjator. Dlaczego ci durnie myśleli, że skoro obaj znali się wcześniej, to jego akurat posłucha? – Wyrzuć ciało, a zostawimy cię w spokoju. Nie utrudniaj nam zadania, i tak musimy jeszcze przekopać las, zanim to wszystko się zacznie. Wolimy, żebyście nie wyskoczyli na nasze plecy, gdy będziemy to robić.

– Szybko zmieniasz strony, Marco. Jeszcze niedawno się do nich modliłeś, a teraz je niszczysz. – Tom spojrzał w panice na kanapę. Leżała tam. Wyglądała zupełnie jakby spała. Jak w dniu swojej śmierci. Potrzebował grać na zwłokę jeszcze przez chwilę i może…

Może co? Nagle ożyje i się do niego uśmiechnie? Sam siebie oszukiwał. Ciała już chwilę temu osiągnęły pełną „dojrzałość” i wciąż nic się nie działo. To był koniec. Nie będzie ani apokalipsy zombie ani cudownego przebudzenia. Nie powinien był w ogóle rozważać takiej możliwości, kiedy po raz pierwszy usłyszał o tym, że każdy szkielet naprawdę należał do jakiegoś umarłego. Najrozsądniej będzie oddać im zwłoki i uratować się. Przecież to i tak nie ona.

– To na nic, prawda? – wyszeptał do ciała leżącego na kanapie. – Nie przekonam samego siebie, że to co robię jest bez sensu, nieważne jak logicznych argumentów użyję.

Tom urwał, nasłuchując. Na zewnątrz rozległy się szelesty ludzi, którzy ostrożnie zbliżali się do chatki. W tej chwili jeszcze przeskakiwali od drzewa do drzewa, bojąc się każdego kroku. Gdy zorientują się, że leśniczy nie strzela, przebiegną resztę dystansu.

– Chciałem tylko wszystko naprawić. – Tom poczuł, że do oczu napływają mu łzy. – Zrozumieć dlaczego to zrobiłaś. Bez żadnego pożegnania. Nawet listu. Podobno samobójcy piszą listy, żeby zapewnić bliskich, że to nie ich wina. Widocznie chciałaś, żebym dowiedział się, że było odwrotnie.

Szmer wzmógł się. Ludzie podchodzili coraz śmielej.

– Chyba zabrałem się do tego od złej strony. Od początku powinienem był się skupić na sobie. Zorientować się, kiedy przestało nam wychodzić. Kiedy zaczęłaś cierpieć.

Szmer przerodził się w tupot. Ci najbliżej zaczęli krzyczeć, żeby dodać sobie nawzajem odwagi.

– Wtedy nie byłem przy tobie. – Tom wyprostował się, przetarł oczy i zamknął okno. Przez szybę zobaczył nienawistne twarze ludzi, którzy biegli, żeby mu ją odebrać. – Ale teraz cię nie opuszczę.

Naparł na drzwi całym ciałem w momencie, kiedy pierwszy człowiek postanowił wybić sobie na nich bark. Framuga wytrzymała, ale Tom odleciał na podłogę. Zaraz się pozbierał i znów zajął pozycję. Pięści zabębniły o drewno. Chwilę później okno pękło z przerażającym trzaskiem, a jego odłamki posypały się na wszystkie strony. W dziurze pojawiła się łopata. Zanim zdążyła zniknąć, Tom złapał za trzonek i wyrwał ją napastnikowi. Zaraz też zdzielił nią pierwszą twarz, która ukazała się za resztkami szyby.

Tymczasem miarowy łomot, od którego cała chata skrzypiała coraz bardziej, przerodził się w trzask, drzwi zaś otworzyły się i uderzyły o ścianę. Tom naparł na przeciwnika, który w nich stanął, usiłując nie dopuścić do tego, żeby wszedł i wpuścił resztę.

Żaden z siłujących się mężczyzn nie zauważył, że klatka piersiowa kobiety leżącej na kanapie zaczęła miarowo podnosić się i opadać.

Koniec

Komentarze

Hu, rzeczywiście bardzo odjechany pomysł.  Według mnie – oryginalny i intrygujący. To na duży plus. Podobnie konstrukcja bohatera, który robi to co robi, żeby uporać się z przeszłością. Podoba mi się też eskalacja zjawiska i konsekwencja, oraz kompozycja, dzięki której stopniowo ukazujesz kolejne ważne informacje – głównie myślę o tych, dotyczących bohatera.

 

A takie rzeczy mi się nie spodobały:

 

W tych pierwszych dniach obawiano się właśnie o to, że nowa „trawa” będzie wypierać bardziej pożyteczne rośliny. – raczej: obawiano się właśnie tego, że…

 

W Internecie zaroiło się od teorii spiskowych, wśród których oczywiście nie zabrakło kosmitów i nowej broni testowanej przez rząd. – hmm, jakoś mi nie pasuje, że wśród teorii nie zabrakło kosmitów i broni. Może lepiej: (…) wśród których oczywiście nie zabrakło tych dotyczących kosmitów i nowej broni testowanej przez rząd.

 

Większość ludzi jednak zorientowała się, co tak naprawdę wyrasta z ich podwórek jeszcze zanim pierwsze oficjalne wyniki badań trafiły do mediów. – niezbyt zręczne sformułowanie. Raczej: co wyrasta na ich podwórkach

 

Tom pochylił się nad ściółką i poczuł jak przechodzą go dreszcze. Czuł, że uprzątnięcie lasu to jego obowiązek, ale wewnętrzny wstręt do śmierci, a więc i do wszystkiego, co było z nią związane, skutecznie go od tego odwodził. – powtórzenie. Kiedy wstręt jest wewnętrzny a kiedy zewnętrzny? ;)

 

Leśniczy zacisnął zęby i zmusił się do wzięcia jednej z kości do rąk. Minęły już dwa tygodnie i stało się jasne, że każda niewielka igła z czasem przeobrazi się w pełnoprawną kość.  – Powtórzenie.

 

Tom ruszył w głąb lasu. Świat może sobie szaleć ile chce, ale obchód lasu sam się nie zrobi. – tu też ;)

 

Dopiero widząc, co dzieje się dalej, ludzie nie wytrzymali. – pomieszanie czasów. Gdzieś wcześniej też się trafiło.

 

Przez chwilę Marco znów przypominał dawnego siebie z właściwym sobie uporem akademickiego profesora próbując wyjaśnić młodym umysłom zagadki świata. – Hmm, podejrzewam że miało być jakoś tak: Przez chwilę Marco znów przypominał dawnego siebie –  akademickiego profesora, próbującego z właściwym sobie uporem wyjaśnić młodym umysłom zagadki świata.

 

Leśniczy opuścił wzrok i z wrażenia o mało co nie wypuścił strzelby. – źle brzmi.

 

Tom spojrzał w bezradnie oczy profesora. – Literówka.

 

Marco cofnął się nie spuszczając wzroku z obrastających w mięśnie kościach. – Przecinek po “się”. Kości.

 

W czasach rozwiniętej cywilizacji horrory o mumiach i wampirach odeszły w niepamięć, ale był jeden nierdzewiejący temat, który zawsze przerażał. Ludzkość bała się apokalipsy zombie. – Sądzę, że to zdanie jest niepotrzebne, mówi o oczywistym.

 

A wtedy zniszczą wszystkie ciała, jakie znajdą. – Które.

 

W końcowej fazie rozwoju ciał ludzkość podzieliła się na dwie grupy. Byli ci, którzy wciąż walczyli ze swoim martwym wrogiem[+,] paląc umarłych i organizując się w obozy na zdrowej ziemi, czyli przekopanej i oczyszczonej z trupów na przynajmniej na kilkadziesiąt metrów w głąb. – Usterki jak zaznaczone. Natomiast przecinek przed “czyli” chyba zamieniłabym na myślnik.

 

Druga grupa powstała, gdy ciała rozwinęli się na tyle, że wyglądali po prostu jakby spali. – Ciała, a więc: rozwinęły, wyglądały, spały.

 

Tom poczuł, że do oczu wzbierają mu łzy. – Raczej: że do oczu napływają mu łzy lub: że w oczach wzbierają mu łzy.

 

Nie sądzę, żebym Cię zjadła, ale mam nadzieję, że coś z tego uznasz za przydatne ;)

Ciekawy pomysł, który utrzymał mnie przy lekturze. Mam kilka wątpliwości, co do czasu akcji i jak dane wydarzenia po sobie postępują. Wszystko idzie linearnie, ale kiedy wstawiłeś Ostatnią Wojnę, to lekko się zaskoczyłam, że Toma i Marco spotykamy w tym samym lesie, robiących to samo. Rozumiem, że wojna nie musiała mieć wpływ na ich region świata (ale biorąc pod uwagę okoliczności, to chyba nie bardzo). Ale spodziewałabym się jakiejś zmiany. Zresztą, nie dajesz nam żadnych detali na temat wojny, oprócz jej rozpoczęcia i zakończenia. Myślę, że można by było to trochę rozwinąć. Ile czasu ci martwi ludzie się regenerowali? No i ile wojna trwała, że dopiero po jej zakończeniu budziło się jedno z ciał. 

I jeszcze w nawiasie – chyba nie musiałeś pisać o apokalipsie zombie. To mały detal, ale bez wypowiadania go wprost zyskał być na zaciekawieniu czytelnika. Na mnie na pewno by tak zadziałało. Zresztą, w pewnym momencie bałam się, że napiszesz zombie. 

Mnie też pomysł się bardzo spodobał, ale mam wrażenie, że to nie jest skończony tekst – urwałeś w połowie :-) z jednej strony fajnie, gdyby się miało okazać, że to jednak są zombie (moim zdaniem łatwo by było tu skręcić w bardzo sztampowe rozwiązania), a z drugiej strony szkoda, gdyby miała tu powstać oryginalna historia.

Sama wizja “małych białych igiełek” i tego, co dzieje się z nimi potem, jest świetna.

Od strony technicznej – mogło być lepiej, ale wprawa przychodzi z każdym kolejnym napisanym-poprawionym-przemyślanym tekstem. Werwena podaje kilka przykładów, a ja dorzucę od siebie jedno przeoczenie:

Druga grupa powstała, gdy ciała rozwinęli się na tyle, że wyglądali po prostu jakby spali.

 

Oryginalna koncepcja. Odrobinę zwariowana, ale mi to nie przeszkadza. 

Dobry jest i patent z ukazaniem spersonalizowanej historii. Niby wielka wojna w tle, ale prawdziwy dramat to ten bohatera. I, oczywiście,  znakomite zamknięcie opowiadania.

 

Pozdrawiam! 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Dziękuję zarówno za krytykę, jak i pochwały. Mój warsztat potrzebuje wsparcia w równym stopniu co moje ego :-)

Deirdriu – jednak wciąż nie jestem przekonany co do nieciągłości w czasie. Rzeczywiście fakt, że nazywamy konflikt Ostatnią Wojną może implikować, iż wiemy jak się skończy, ale mogą to być również po prostu domysły. W końcu każdy wie, że gdy w grę wchodzą atomówki zwykle nie ma już potem co sprzątać. Co do nich to pilnowałem się. Tekst mówi, iż eskalacja działań zbrojnych dopiero zapowiadała użycie ładunków jądrowych. Także nasz mały zaściankowy lasek mógł spokojnie jeszcze nie odczuć działań wojennych.

BardzoGrubaLola – chodziło mi właśnie o zostawienie otwartego zakończenia. Przykro mi, jeśli wyszło “zbyt” otwarte, ale postanowiłem uniknąć rozwiązania sporu: zombie, czy prawdziwi ludzie ;-)

Wszystkim dziękuję za czas poświęcony na czytanie moich wypocin i żmudne wypisywanie moich błędów. Mam nadzieję, że nie były dla was bardzo rażące :)

Armoredzie, nie namawiaj ludzi do kanibalizmu… ;-)

Pomysł świetny, oryginalny, budził różnorodne skojarzenia – zęby zasiane w jakimś tam micie, “ciała zmartwychwstanie”…

Interpunkcja nieco utyka.

Wcześniej nie miał pojęcia gdzie całe to szaleństwo zmierza.

Dokąd. Jeśli mamy związek z ruchem, to dokąd. A przed nim przecinek.

Babska logika rządzi!

O, Werwena sobie uświadomiła, że moc jest z Nią. :-)

Babska logika rządzi!

Tak właśnie! Niesamowite uczucie ;)

Taka nagroda za poprawienie błędów :)

To też prawda ;)

Armoredzie, całkiem lubię otwarte zakończenia :-) moim zdaniem tutaj ono się sprawdza w kontekście tej dużej historii (wojna, zombie/ludzie), ale zostawia historię Toma w zawieszeniu. Ja koncentrowałam się głównie na niej, więc pewnie dlatego pozostało mi “ooo… ale jak to? to co teraz z nim będzie?” ;-)

Świetny pomysł. Początek zaintrygował, a później czytelnik zastanawiał się, jak daleko to wszystko zajdzie. Wizja dosyć przerażająca, ciekawie ujęta w tytule. I mnie, w przeciwieństwie do Loli, bardziej podobał się właśnie ten wątek, więc i otwarte zakończenie mi podpasowało.

Wszystkim niestety dogodzić się nie da. Przyjmuję z pokorą, że zakończenie ma mocne i słabe strony, ale i tak już teraz nic nie zmienię, to by było nie fair :)

Co do nich to pilnowałem się. Tekst mówi, iż eskalacja działań zbrojnych dopiero zapowiadała użycie ładunków jądrowych. Także nasz mały zaściankowy lasek mógł spokojnie jeszcze nie odczuć działań wojennych.

Właśni mi chodzi o te podkreślenie. Bo doszłam, że mogło chodzić ci o to, ale jedno zdanie mogłoby pomóc, aby nie było żadnych wątpliwości :)

ps. też lubię otwarte zakończenie. Moim zdaniem bardzo adekwatne.  

Jasne, że zakończenie samo w sobie nie wymaga żadnych zmian – kwestią gustu jest, co bardziej do kogo przemawia/ gdzie się kieruje uwagę. Twoje opowiadanie mnie wciągnęło i do pewnego momentu szło właśnie w ciekawy portret psychologiczny na szerokim niepokojącym tle, więc postanowiłam zgłosić głos odrębny co do urwania wątku Toma :-)

Ale wiesz, to takie moje skrzywienie – zastanawiałam się ostatnio, co lubię w literaturze, i wyszło mi, że właśnie w miarę wiarygodne i złożone postaci (na tle wydarzeń, nie same w sobie, bo wtedy może powiać nudą :)).

Dla mnie bomba. Pomysł, przeprowadzenie narracji w taki sposób (ogół-szczegół-ogół-szczegół), wykorzystanie lasu samobójców (Aokigahara?). Jestem kontent:)

Trzy fragmenty wg mnie nie trzymają poziomu reszty opowiadania. Dwa z narracji ogólnej, jeden dydaktyczno-oczywisty, drugi dydaktyczno-mocnodyskusyjny

Ludzie zawsze szukają wyjaśnienia. Czy chodzi o wielką ognistą kulę, która codziennie pojawia się i znika za horyzontem, czy o to dlaczego zmieniają się pory roku – wszystko musi mieć powód.

Dopóki kości były tylko kośćmi, rządy były w stanie z grubsza utrzymywać porządek. Próbowały nawet nieudolnie zapanować nad sytuacją, a mianowicie robić to, co potrafiły najlepiej. Udawać, że problemu nie ma.

I jedna wypowiedź leśniczego, która jest trochę zbyt bardzo racjonalna i poukładana biorąc pod uwagę sytuację, dało się więcej emocji z tego wydusić.

– Chyba zabrałem się do tego od złej strony. Przyjechałem tutaj i zostałem leśnikiem, żeby być blisko ciebie i przeanalizować twoje zachowanie. Zamiast tego powinienem się skupić na sobie. Przypomnieć sobie, kiedy przestało nam wychodzić. Kiedy zaczęłaś cierpieć.

I jeszcze tu chyba przecinek powinien być?

Brzydzę się tobą[,] Marco.

Bardzo dobry pomysł, nieco gorsze wykonanie.

Czytało się całkiem nieźle – zaciekawiłeś mnie i potrafiłeś tę ciekawość utrzymać do samego końca, a nawet nieco dłużej. Brakuje mi tylko jakiegoś wyjaśnienia, co było powodem pojawienia się rosnących kości.

 

W tych pierw­szych dniach oba­wia­no się wła­śnie tego, że nowa „trawa” bę­dzie wy­pie­rać bar­dziej po­ży­tecz­ne ro­śli­ny. – Czyżby nowa „trawa” była w jakikolwiek sposób pożyteczna i to już niemal od chwili, gdy wyrosła?

 

Z nie­ty­po­we­go ku­rio­zum, o któ­rym parę bru­kow­ców… – Masło maślane. Czy bywają typowe kurioza?

 

Le­śni­czy za­ci­snął zęby i zmu­sił się do wzię­cia jed­nej z kości do rąk. – Czy istniała możliwość, by leśniczy wziął kość nie używając rąk?

 

Każda prób­ka, jaka tra­fia­ła do la­bo­ra­to­rium była ludz­ka.Każda prób­ka, która tra­fia­ła do la­bo­ra­to­rium, była ludz­ka

 

w to samo miej­sce, z któ­re­go ją wziął. Był jesz­cze jeden powód, dla któ­re­go nie chciał po­sprzą­tać lasu. Jesz­cze jedna wła­ści­wość fan­to­mo­wych kości, z po­wo­du któ­rej lu­dzie… – Powtórzenia.

 

czy o to dla­cze­go zmie­nia­ją się pory roku – wszyst­ko musi mieć powód. Nauka nie po­tra­fi­ła wy­ja­śnić, dla­cze­go nagle… – Powtórzenie. 

 

Wszyst­kim nam jest cięż­ko. W tych cięż­kich cza­sach… – Powtórzenie.

Może: Nikomu nie jest łatwo. W tych cięż­kich cza­sach

 

Marco za­trzy­mał się wpół kroku sły­sząc za­dzi­wia­ją­co spo­koj­ny głos le­śni­cze­go.Marco za­trzy­mał się w pół kroku, sły­sząc za­dzi­wia­ją­co spo­koj­ny głos le­śni­cze­go.

 

Ten który na­uczał dzie­ci w szko­le o teo­rii ewo­lu­cji?Ten, który na­uczał dzie­ci w szko­le teo­rii ewo­lu­cji?

 

Tu już nauka jest tutaj bez­sil­na! – Dwa grzybki w barszczyku.

 

W do­dat­ku cały czas się roz­ra­sta­ła opla­ta­jąc ma­ły­mi żył­ka­mi ko­lej­ne żebra i się­ga­jąc w prze­strzeń w kie­run­ku in­nych kości, aby po­łą­czyć je w jedno ciało. –W do­dat­ku cały czas się roz­ra­sta­ła, opla­ta­jąc ma­ły­mi żył­ka­mi ko­lej­ne żebra i się­ga­jąc w prze­strzeń, w kie­run­ku in­nych kości, aby po­łą­czyć się w jedno ciało.

Trudno połączyć kości w ciało.

 

Mimo sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ści Tom wie­dział, że za­le­d­wie kupił sobie tro­chę czasu. – Raczej: Mimo sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ści Tom wie­dział, że kupił sobie zaledwie tro­chę czasu.

 

ale oni nie mu­sie­li o tym wie­dzieć. Zresz­tą oni rów­nież… – Powtórzenie.

 

nie ważne jak lo­gicz­nych ar­gu­men­tów użyję. – …nieważne jak lo­gicz­nych ar­gu­men­tów użyję.

 

Za­miast tego po­wi­nie­nem się sku­pić na sobie. Przy­po­mnieć sobie… – Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Deirdriu – może rzeczywiście nie jest to tak oczywiste jak mi się zdawało, postaram się to jakoś poprawić.

regulatorzy – kiedyś nastanie dzień, kiedy mój warsztat pisarski dorówna moim pomysłom, ale to jeszcze nie dzisiaj :) A tajemnicę kości specjalnie pozostawiam nierozwiązaną

Mr_D – tak na to nie patrzyłem, musze przyznać. Postaram się jakoś dopasować te akapity do realiów w najbliższym czasie.

Na poprawki będziecie musieli trochę poczekać, bo siedzę teraz w górach i piszę komentarz z komórki. Poprawki pojawią najpóźniej w niedzielę, ale pewnie i wcześniej ;)

Armoredzie, nie mam najmniejszych wątpliwości, że niebawem Twoje opowiadania będą doskonałe pod każdym względem. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

fantomowe kości znikną tak nagle[,+] jak się pojawiły.

nie ważne

"Nie” z przymiotnikami piszemy razem. “ Nieważne”.

 

Świetny pomysł, trochę błędów w wykonaniu i tak naprawdę, jak dla mnie, jedna poważna słabizna: monolog Toma, teatralny i sztuczny do bólu. Imho to trzeba rozwiązać inaczej, półsłówkami, może Marco odniesie się do czegoś w trakcie przemowy przez megafon, może jakaś retrospekcja? Tak jak jest teraz, to moim zdaniem jest kiepsko rozegrane.

 

W ogóle, to uważam, że to jest pomysł na dużo większe opowiadanie, z bardziej rozbudowaną historią Toma i być może kogoś jeszcze. Ja bym tekst zdjął z portalu/cofnął do Bety i poważnie nad nim popracował, bo ma, imho, spory potencjał na druk.

 

P.s. Biblioteka przy założeniu, że poprawisz błędy tak, jak obiecujesz.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

I ja przeczytałam z zainteresowaniem. Pomysł wydał mi się naprawdę fajny, jednak ja jestem członkiem frakcji, która mówi: otwarte zakończenie mnie nie satysfakcjonuje, to dopiero początek historii.

 

Teraz tak: dlaczego Tom i Marco? Z ciekawości zapytam, gdzie to się dzieje? Nie mogłoby, dla odmiany, w Polsce? Czy Tomasz i Marek brzmieliby gorzej i zachowali się inaczej?

 

Dwa: co to w ogóle za rzeczywistość, że leśniczy sztuk jeden potrafi powstrzymać całą wioskę przed wejściem do lasu? Widziałeś kiedyś las na własne oczy? Przecież to jest absolutnie niewiarygodne i niewykonalne.

Podobnie niewiarygodne wydało mi się “oblężenie” chatki. Jeśli tym ludziom naprawdę by zależało, z jednym leśniczym poradziliby sobie w trymiga.

Poza tym – choć nadal nie wiem, gdzie to się, dzieje – nie można ot tak zostać sobie leśniczym. Jestem dziwnie spokojna, że trzeba mieć kwalifikacje. W Polsce – wykształcenie kierunkowe. No i jakiś leśniczy wcześniej tam był, a zatem Tom musiał go wygryźć. Chociaż to ostatnie najłatwiejsze do wyjaśnienia, bo kto normalny chciałby pracować w Lesie Samobójców i odcinać kolejnych wisielców?

Zachowań społecznych też trochę nie kupuję. Sądzę, że to wymagałoby rozbudowania i głębszego przemyślenia…

 

Podsumowując – bardzo mi się podoba pomysł, ale pewne rozwiązania po prostu do mnie nie trafiają, bo są dość naiwne i nie są w stanie się same obronić. No i ciekawa jestem ciągu dalszego. Dla mnie to nie jest koniec ; )

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bardzo ciekawy pomysł, dobrze prowadzona narracja, wciągnęło.

W ramach czepialstwa: Zgrzytało to powstrzymywanie wszystkich przed wchodzeniem do lasu przez jedną osobę. Chyba że to zagajnik jakiś był. Przy tym ileś tam osób wylądowało w szpitalu przez sidła – i nic? Pozwalali jednej osobie robić bezkarnie krzywdę innym? Jeśli przyjmiemy, że to przez anarchię Tom nie miał kłopotów z policją – co powstrzymywało wieśniaków przed wcześniejszym samosądem? To, że gość miał strzelbę?

Tak czy inaczej – podobało się.

Jak poprawisz błędy, daj znać, to klepnę Bibliotekę.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

PsychoFish – według mnie monolog Toma pasuje do kogoś, kto właśnie przeżywa załamanie i chce się komuś zwierzyć, nawet jeśli jego słuchaczem jest tylko ciało. A w każdym nie wiem, czy wymiana zdań między Marco i Tomem przyniosłaby efekt o który mi chodziło :/ Co do cofnięcia opowiadania, to myślę, że teraz już to nie ma sensu, ale miło mi, że uważasz, iż nadawałoby się na druk :)

joseheim – nie wiem czemu, ale przy pisaniu opowiadań mam awersję do polskich imion. Kiedy kraj nie jest ważny dla fabuły, to staram się wybrać jakieś neutralne. Historia Toma mogłaby się dziać wszędzie, nie ma znaczenia gdzie to akurat jest naprawdę. Co do obrony lasu (AlexFagus, też ci to nie pasowało), to przecież leśniczy nie musiał “zaminować” całego obwodu. Wystarczyłyby uczęszczane ścieżki, tak żeby wyłapać pierwszych maruderów i wystraszyć resztę. Potem, przynajmniej przez jakiś czas wszyscy baliby się tam wchodzić, żeby przypadkiem nie trafić w jakąś zabłąkaną pułapkę. Zaś oblężenia chatki przecież nie było. Wieśniacy przyszli do niego dopiero kiedy zniszczyli resztę ciał. Logiczne jest, że zostawili go na koniec, biorąc pod uwagę fakt, że miał przecież strzelbę. Gdy już zrobili swoje, to ostatecznie po niego przyszli. W końcu co do zostania leśnikiem bez wykształcenia – jak mówiłaś, niewielu pewnie chciałoby tam pracować, więc myślę, że z braku lepszych kandydatów władze przymknęłyby oko na kogoś bez wykształcenia, ale który może pilnować lasu. I sprecyzuj proszę, co zgrzyta w zachowaniach społecznych. Według mnie są w porządku, ale mogę się mylić. Nad ciągiem dalszym może się zastanowię, ale niczego nie obiecuję :)

Co do innych błędów, to wszystko poprawione, piszcie jak coś jeszcze przegapiłem.

 

Przeczytaj ten monolog na głos komuś i upewnij się, że nie brzmi pretensjonalnie :-)

 

Pomysł i wstępną wersja sugerują, że po mocnej redakcji mógłby być druk. W obecnej formie, wydaje mi się, nie.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No… może troszkę. Ale wciąż uważam, że ma jednak swój urok. 

Dziękuję wszystkim za komentarze i za bibliotekę (yay!). Szczerze to nie spodziewałem się, że akurat tym tekstem zapunktuję :)

Potrzebował grać na zwłokę jeszcze przez chwilę

 

To zdanie wspaniale komponuje się z treścią :D

 

Co do opowiadania – pomysł rzeczywiście zacny, z tych artystycznych, których nie da się wymyślić na poczekaniu, w każdej chwili…

Realizacja również niezła, choć w zakończeniu niestety zawiodłeś. Rozumiem, że była to najtrudniejsza część, która mogła pozostawić lepsze lub gorsze wrażenie z opowiadania, a Ty po po prostu nie podjąłeś żadnej decyzji.

Skoro dziewczyna zaczęła oddychać to najbardziej oczywiste są dwie możliwości – odrodziła się, albo wstała z martwych jako coś w rodzaju zombie. Obie sytuacje nie wzbudzają już większych emocji (no chyba, że umarlaki zaczęłyby się kotłować pod ziemią, to byłoby całkiem makabryczne).

Zabrakło ci czegoś genialnego na końcu, Armored ;P

 

Niemniej, czytało się bardzo przyjemnie, z zainteresowaniem, także jakby cię olśniło co do dalszych losów tego równoległego świata, to pisz śmiało, będę pierwszym, który się na to rzuci :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Tekst bardzo przyjemny, wciągnęło mnie to Cmentarzysko. Po zakończeniu spodziewałam się czegoś nie banalnego czyli nie zombi. W mojej wyobraźni albo Matka Ziemia przywróciła światu normalnych żywych  tak, aby ponownie prowadzili normalną egzystencję albo jakieś demony maczały w tym paluchy  cheeky

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

Pomysł jest super, opowiadanie na poziomie. Ale mam jedno ,,ale”. Jak tylko zacząłem czytać, pierwszą rzeczą jaką pomyślałem było niech tylko nie chodzi w tym wszystkim o kobietę, niech tylko nie chodzi w tym wszystkim o kobietę… – powtarzałem to w głowie jak mantrę i połowie tekstu, gdy było zdanie oznajmiające, że szkielety zyskują formę pozwalającą na określenie płci, już wiedziałem o co chodzi. Wątek tajemnicy wynurza się z opowiadania jak spławik wraz z rybą, czyli rozwiązaniem. Bardziej pasowałby mi tutaj jakiś ciekawszy wątek, może córka? Ten główny wątek był nie dość, że przewidywalny, to także mało uwydatniony. Po tekście wiemy jak, ale nie wiemy dlaczego. To mnie nieco sfrustrowało, ale w ogólnym rozrachunku zaliczam spędzony przy Twoim dziele czas na plus. Pozdrawiam!

 

Ps. Poszperałem trochę w necie i według różnych wyliczeń na świecie zmarło 107 miliardów ludzi (dokładnie 107602707791, taką liczbę znalazłem) – czyli na jedną żyjącą osobę przypada ok. 15 zmarłych. Niezły tłok. Fajnie byłoby przeczytać taką informację w Twoim opowiadaniu. 

Racja, dane statystyczne znacząco przybliżyłyby problem. Aż mi głupio, że sam o tym nie pomyślałem :/ W każdym razie dziękuję, liczba już się znalazła na właściwym miejscu. I cóż, motyw kobiety istniał od zawsze, nie warto z nim walczyć , bo i tak się nie wygra :)

Wydaje mi się, że wszystkie wyliczenia z dokładnością do jednego zmarłego muszą być śmieszne. Bo jak zdecydować, w którym momencie zaczął istnieć gatunek Homo sapiens? Skąd pewność, że uwzględniliśmy każdego człowieka, nawet tych sprzed tysięcy lat? Neandertalczycy też włączeni? Czy jeśli znajdziemy jakieś trzytysięcznoletnie zwłoki w lodzie trzeba będzie aktualizować opowiadanie?

Babska logika rządzi!

Hej, nie mówię o tej dokładnej liczbie, bo to też wydaje mi się naciągane. Ale przybliżenie do miliarda już wydaje się być w miarę racjonalne

A, z dokładnością do miliarda brzmi rozsądnie.

Babska logika rządzi!

Podobało mi się :)

 

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka