- Opowiadanie: Dzikowy - Wyprawa

Wyprawa

Jak last minute, to last minute.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Corcoran

Oceny

Wyprawa

Pogoda była paskudna. Nic w tym dziwnego, skoro wszczędzie wokół płonęły pożary. Nawet nie tyle pożary, co jeden ogromny pożar, bo płomienie za oknem tworzyły jednolitą ścianę biegnącą przez suburbia aż do pobliskich lasów. Popiół sypał niczym śnieg, pokrywając grubą, żrącą warstwą dachy samochodów, chodniki, latarnie i parapety. Podpalił już budę z piwem, spopielił trawniki i żywopłoty. Obecnie martwopłoty.

Wyrwałem się z zadumy. Prądu już nie było, dlatego w pierwszej kolejności należało opróżnić chłodziarki. Wyjąłem z zamrażarnika wkłady do lodówki turystycznej, chwaląc siebie za przezorność lub zdolności profetyczne, na nich położyłem po kolei kurczaka, kiełbasę, zamrożoną na kość polędwicę, całego kurczaka, którego kiedyś przyniosła mi sąsiadka.

– Matka mi przywiozła, a ja nie jem mięsa. Weźmiesz? Bo się zmarnuje – spytała kiedyś.

To wziąłem i teraz będę miał pyszny obiadek.

Zamknąłem skrzynkę i sięgnąłem po szmaciane torby „100% biodegradowalne”. Nie patrząc na terminy przydatności wrzucałem do niej po kolei ketchup, musztardę i chrzan, mleko w kartonie, garstkę przypraw, chleb baltonowski – krojony, sok pomarańczowy i puszkę piwa. Mało, ale może dostanę gdzieś po drodze. Tknięty złym przeczuciem odkręciłem kran. Dupa! Wody też już nie było. Dopisałem wodę do listy zakupów.

Podniosłem obie torby, żeby sprawdzić, czy je uniosę, bo Hanka pewnie mi nie pomoże. A to przecież nie było wszystko, co musieliśmy spakować. Hanka jest kochana, ale jak się obrazi, to straszna z niej zołza, a dziś będzie strasznie zołzowata, bo teraz stoi przy drzwiach balkonowych i wyje. I po co? Meteoryt pierdolnął gdzieś na Pacyfiku, nie u nas, więc ja na jej miejscu bym się raczej cieszył.

Przeszedłem na palcach do pokoju… Że co? Nie jestem pantoflem, o nie, ale nie cierpię, jak mi baba nad głową pierdoli.

Otworzyłem szafę, z górnej półki zdjąłem plecak i zacząłem wygrzebywać różne wygodne, ciepłe i trwałe ubrania. Niektóre nie były już tak trwałe, szczególnie stare swetry, ale może mole też wybije, jak wychodząc otworzę okna i wpuszczę tu trochę żrącego powietrza. Spodnie, pięć par skarpetkek wełnianych, garść majtek. Z ubraniami Hanki było trudniej. Jej szafa była pełna. Czemu przed każdym wyjściem narzekała, że nie ma się w co ubrać, skoro z półek wylewało się kolorami kiecek, spodni, koszul, koszulek, bluz, szali?

– Co chcesz zabrać z ubrań? – spytałem krzycząc przez pół mieszkania.

– Nigdzie nie jadę – odpowiedziała tak cicho, że ledwo ją usłyszałem.

– Pierdolisz! – odszczeknąłem i począłem wrzucać do plecaka ubrania jak leci. Seksowne, ciepłe, seksowne, wygodne, seksowne… Z szuflady wyjąłem trochę bielizny. Z majtek stringi, bo przecież musimy oszczędzać miejsce. Na ubrania rzuciłem dmuchany materac, wygrzebałem jeszcze namiot i dwa śpiwory. Chyba już wszystko.

Podszedłem do Hanki.

– Możemy wychodzi – powiedziałem łagodnie całując ją w tył głowy. Tak nią rzuciła, że mało mi nie rozbiła nosa.

– Nigdzie nie idę, już mówiłam.

– Chodźmy – powtórzyłem spokojnie, chociaż już się we mnie gotowało.

– E, e – odmówiła infantylnie. Zrobiła tak celowo, bo wiedziała, jak tego nie cierpię!

– Kochanie, bardzo ciebie proszę, żebyś się ubrała, zanim nam całkiem garaż zasypie i wtedy już nigdzie nie pojedziemy. Czy możesz się ubrać? – Rozmawiałem z nią jak z dzieckiem. Wierzcie mi, gdyby nie okoliczności i gdyby nie to, że naprawdę mi zależało, to by już to talerze latały jak ten popiół za oknami.

– Misiu, czemu nie uciekniemy jak nasi sąsiedzi? Do schronu, tak jak kazali w radio.

– Ależ Ptysiu. Tam już z pewnością nie ma miejsca, poza tym my też uciekamy, prawda? Ten budynek może się zawalić, dlatego znajdźmy sobie jakieś spokojne miejsce nad jeziorkiem. Nie zrezygnuję z tego pikniku tylko dlatego, że jest koniec świata. Bardzo cię proszę.

Staliśmy milcząc. Hanka się uspokoiła, już nawet nie łkała, a ja delikatnie głaskałem ją po ramionach. W końcu skinęła.

– Dobrze, ale pokaż mi, co tam spakowałeś. – Odsunąłem się, żeby ją przepuścić do plecaka.

Wyszliśmy z domu cztery godziny później.

 

 

Koniec

Komentarze

“…skoro wszczędzie wokół płonęły pożary.“ – Wszczędzie? : ) Poza tym nie wydaje mi się, aby pożar mógł płonąć. To ogień płonie. Pożar szaleje, sieje zniszczenie itp.

 

“Popiół sypał niczym śnieg, pokrywając grubą, żrącą warstwą dachy samochodów, chodniki, latarnie i parapety. Podpalił już budę z piwem, spopielił…” – Popiół podpalił i popiół spopielił?

 

Podoba mi się “martwopłot” : )

 

“Wyjąłem z zamrażarnika wkłady do lodówki turystycznej, chwaląc siebie za przezorność lub zdolności profetyczne, na nich położyłem po kolei kurczaka, kiełbasę, zamrożoną na kość polędwicę, całego kurczaka, którego kiedyś przyniosła mi sąsiadka.“ – po kolei:

  1. To jest zamrażalnik, a nie zamrażarnik.
  2. Wygląda to dla mnie tak, jakby bohater kładł produkty spożywcze na swoich zdolnościach profetycznych ; / Nie możesz rozłożyć tego zdania na dwa?
  3. I miał dwa kurczaki?
  4. A poza tym powtórzenie.

“…sięgnąłem po szmaciane torby „100% biodegradowalne”. Nie patrząc na terminy przydatności wrzucałem do niej po kolei ketchup“ – torby w liczbie mnogiej, więc do nich, nie do niej

 

“to straszna z niej zołza, a dziś będzie strasznie zołzowata

 

“skoro z półek wylewało się kolorami kiecek, spodni, koszul, koszulek, bluz, szali?“ – nie rozumiem tego zdania : (

 

“– Co chcesz zabrać z ubrań?[+!] – spytałem[+,] krzycząc przez pół mieszkania.“

 

“Z majtek stringi, bo przecież musimy oszczędzać miejsce.“ XDDD

 

“– Możemy wychodzi[+ć] – powiedziałem łagodnie całując ją w tył głowy.“dostaw gdzieś przecinek, bo nie wiadomo, czy łagodnie powiedział, czy łagodnie ją pocałował.

 

No i nie boi się bohater tak wyłazić na to “żrące powietrze”? Odporny jest, czy jak?

 

“to by już to talerze latały jak ten popiół za oknami.“ – to – to? Po o to drugie to?

 

“W końcu skinęła.“ – Czym?

 

Ok, tyle czepialstwa. Fajnie się zapowiada, o ile to jest początek czegoś dłuższego, ale jak na samodzielny twór to mnie nie satysfakcjonuje. Zabawne, owszem, ale to ledwo scenka, a nie kompletna całość. No i chyba się spieszyłeś, że tyle byków nawaliłeś : )

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ja czuję się zadziwiony twoją trafnością obserwacji. Choć pewnie można by przedłużyć, i tak  jestem zaskoczony (jak zwykle), że w przy tak króciutkim tekście zdołałem się tak nieźle ubawić.

 

Do kilku linijek przed końcem szorcik doskonały, choć pewnie dość hermetyczny – nie spodziewaj się aplauzu.

Trochę się dziwię, że “bohater” słysząc:”nie jadę”, nie podarł stringów i nie połknął ich kawałków, nie poskakał po walizce, nie zdarł pazurami tapet i gładzi, nie zmienił się Anihilatora-zagładcę Wszechświata.

Pewnie dlatego końcówka “cztery godziny później” mnie nieco rozczarowywuje.

Tak czy siak, brawo, za “tę fajnę i niezwykłę obserwacyjność”. :)

Pozdr. 

 

P.S. Znów pisałeś na kolanie w kwadrans?

– Możemy wychodzi – powiedziałem łagodnie całując ją w tył głowy.

ć  ,

 

EDIT: Ta opinia, oczywiście, nie zwalnia cię przed zastanowieniem się nad proponowanymi poprawkami ;)

Nie biegam, bo nie lubię

– Dobrze, ale pokaż mi, co tam spakowałeś. – Odsunąłem się, żeby ją przepuścić do plecaka.

Chyba lepiej wyglądałoby to tak:

– Dobrze, ale pokaż mi, co tam spakowałeś.

– Odsunąłem się, żeby ją przepuścić do plecaka.

>>>><<<<<<<<

Scenka rodzajowa ładnie odmalowana.

Obecnie martwopłoty.

Sześć. Dałbym bibliotekę, ale ja grafoman jestem i nie mogę ;D

 

Reszta też fajna, ale to martwopłoty wygrały.

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

– Odsunąłem się, by (ją) przepuścić (ją) do plecaka. – Może tak?

Nie biegam, bo nie lubię

Martwopłoty świetne, reszta do mnie nie przemówiła. No i opisałeś nie urlop, tylko zaplanowany piknik, ale tym niech się jurorzy martwią. Gdzie bohater zamierza szukać tego jeziorka, to nie wiem.

Babska logika rządzi!

Hej, tak… nie. Nie spieszyłem się, ale tak: 15 minut. Niech odpocznie do jutra i poprawię.

Dzięki za odwalenie za mnie niewdzięcznej roboty. :)

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

No i opisałeś nie urlop, tylko zaplanowany piknik, ale tym niech się jurorzy martwią.

Może te zmartwienia nie będą aż tak nieprzyjemne, przecież Jurorzy sami napisali: 

Nie chodzi nam tutaj o porę, tylko o wypoczynek, urlop, wyjazd.

 

P.S. A ty, Dzikowy, się lepiej nie odzywaj, gdy pracuję nad twoim wizerunkiem.

;D

Nie biegam, bo nie lubię

Przyjemna scenka, ale tylko scenka. Neologizm zacny.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Słusznie, SzyszkowyDziadku.

Ale, biorąc pod uwagę te cztery tysiące znaków, nie spodziewałem się  :)

Nie biegam, bo nie lubię

Meteoryt pierdolnął gdzieś na Pacyfiku, nie u nas, więc ja na jej miejscu bym się raczej cieszył.

Przeszedłem na palcach do pokoju… Że co? Nie jestem pantoflem, o nie, ale nie cierpię, jak mi baba nad głową pierdoli.

Jak dla mnie dwa wulgaryzmy zbyt blisko siebie, tym bardziej, że w różnych kontekstach.

Ogólne wrażenia mam dobre, chociaż nie wiem czy istnieje gatunek comedy SF :D

Trochę krótko, a fabuła, mimo początku, dość przyziemna. Cały tekst miły i sympatyczny, ale raczej nie zapada w pamięć na dłużej.

Prawie spadłam z kanapy, takie pitu-pitu: kurczaczki, torebki, coś chyba nawet o jakimś pożarze było. Ba nawet brzmiało jak klęska żywiołowa, ale co tam mamy czas na pakowanie, na zakupki, miło się płynęło przez słowa, aż żeś nie pierdolnął (tym meteorytem) wtedy już nie wytrzymałam – chyba pół bloku postawiłam na nogi szczerze ubawiona, ale kwintesencją było 

– Pierdolisz! – odszczeknąłem i począłem wrzucać do plecaka ubrania jak leci. Seksowne, ciepłe, seksowne, wygodne, seksowne… Z szuflady wyjąłem trochę bielizny.

Jakie to pragmatyczne.

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

Miałem niedawno ten dylemat. Proponuję “…meteoryt przyjebał w…”

:)

Nie biegam, bo nie lubię

Uśmiechnąłem się kilka razy. Zdarzyło się parę błędów i literówek które nie wpływają na odbiór całości. Puenta miażdży :) 

Fajna scenka, chociaż raczej nie zapamiętam jej na dłużej. Trochę przeszkadzały błędy typowe dla tekstów wrzuconych zbyt szybko, które już wypisała Jose. Za to to ze stringami super :D

Mnie się spodobało. Takie i życiowe i absurdalne jednocześnie. 

 

A szczególnie spodobała mi się ta szalejąca zagłada i: 

-Misiu (…)

-Ależ Ptysiu (…)

 

No urocze jak nie wiem! ;)

Dodam na swoje usprawiedliwienie, że dziś sprawdziłem 600k znaków tekstu i zrobiłem spelczeka. Szorcik na autoodtrutkę.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Nienawidzę pakowania się, ale szort podobał mi się, mimo że właśnie o pakowaniu się traktuje. ;-)

 

Spodnie, pięć par skar­pet­kek weł­nia­nych, garść maj­tek. – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

“martwopłoty”

http://talkingpointsmemo.com/news/jon-stewart-to-media-you-re-not-punny

“– Możemy wychodzi – powiedziałem“ – ć?

“to by już to talerze latały jak ten popiół za oknami.“ – tu?

 

Czytało się przyjemnie, ale puenta nie powala. Mógłbyś ją trochę lepiej przygotować. Tzn. opis armagedonu jakiś bardziej sugestywny by się przydał, żeby czytelnik nie tylko zarejestrował go intelektualnie, ale żeby jakieś uczucia wzbudzał. Wtedy końcówka miałaby z czym kontrastować.

Wyrwałem się z zadumy.

Chyba nie można samemu się wyrwać z zadumy ;)

kurczaka, kiełbasę, zamrożoną na kość polędwicę, całego kurczaka, którego kiedyś przyniosła mi sąsiadka.

Powtórzenie, czy zamierzone? Jeśli tak, to wypadałoby napisać, czy ten pierwszy kurczak też cały i skąd się wziął.

 

Bardzo przyjemnie się czytało. Ja też nie znoszę się pakować i też wolałabym piknik od schronu ;)

 

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Uśmiechnęłam się przy martwopłotach, przy stringach też, chociaż jako kobiecie trochę mi zęby zgrzytnęły. On dla siebie – ciepłe swetry i skarpety, a równocześnie ukochaną skazuje na przeżywanie armagedonu z nitką dentystyczną w pupie… Eh… :)

Możemy wychodzi

 

Ć jak Ćwikła zjadłeś.

 

Fajna historyjka. Misie, ptysie, meteoryty. Raczej nie zmieni mojego patrzenia na świat, ale doceniam kunszt autora i jakość pracy wykonanej w 15 minut : o.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Bardzo sympatyczny tekścik. Był pomysł, który konsekwentnie został zrealizowany, a kilka momentów było naprawdę przednich. Martwopłoty wygrywają ;)

Dzikowy, masz z poprawianiem, jak ogłaszaniem wyników jednego, że tytułu nie wspomnę, konkursu? Tak pytam, bo może bym i kliknęła tę Bibliotekę, ale na razie nie wypada…

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Tajest, ale dajcie mi najpierw wrócić z pogrzebu na końcu Polski. :)

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Pogubiłam się, ale nie – nie sędziuję w Last minute, czyli mogę spokojnie się wypowiedzieć :)

 

Przyznaję, że ubawił mnie ten tekst. Piknik w obliczu apokalipsy i ten stoicki spokój Misia:) Szkoda tylko, że ta apokalipsa tak bardzo bardzo w tle, kontrast nieco słaby. A z drugiej strony jednak jest kilka perełek, jak np. 

Niektóre nie były już tak trwałe, szczególnie stare swetry, ale może mole też wybije, jak wychodząc otworzę okna i wpuszczę tu trochę żrącego powietrza.

czy

Z majtek stringi, bo przecież musimy oszczędzać miejsce.

Zwłaszcza w kontekście jego swetrów :) 

 

Oryginalna nie będę, bo i mnie martwopłoty bardzo przypadły do gustu :) 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A mnie się i martwopłoty i zamrażarnik podobały :-)

 

Uśmiechałem się szczerze, od chodzenia na palcach i obrzydzenia na pantofel bardzo szeroko, przy liście spakowanych rzeczy suszyłem ząbki na całego. Bardzo ładna scenka rodzajowa. Pointa też. Podoba mi się stoicki pragmatyzm Misia, dialog z określeniami rozpowszechnionymi przez słynną scenę w Pulp Fiction i ten Armageddon w tle.

 

Mam jedno ale: czy czasem po tych czterech godzinach pożar już by ich nie pożarł? Ewentualnie miejscówki nad jeziorem nie spopielił? Może warto dorzucić jakieś zdanie, myśl typu “Kałuża jest dobrą godzinę na zachód stąd, zdążymy z grillem i pluskaniem nim ogień dotrze i tam.” a czas pakowania skrócić do dwóch godzin lub na wstępie zaznaczyć, że ogień postępuje powoli?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

.

(Festiwal Kropkowania uważam za otwarty).

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dziki, daj znać, jak wrocisz i poprawisz, bo mię tu palec nad Biblioteką swędzi :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Wróciłem od razu do nowej pracy. Bardziej męczącej niż się z początku spodziewałem. Muszę się wdrożyć, bo po całym dniu na kilku monitorach na internety już patrzeć nie mogę, co dopiero na własne teksty.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Klimat jak z Milusia, jakiś spin-off? :)

Poprawki wystawione jak na tacy, tylko spijać śmietankę, rozumiem, że nowa praca wciągnęła… :)

Niestety, nie porwało. Dowcip jakiś w tym jest, i owszem, ale – choć czytało się z zainteresowaniem i uśmiechem – finalnie jednak nie rozbawił na tyle, żeby zachwycić. Odniosłem też wrażenie, że praca bardziej niż na Last Minute, była pisana na konkurs First Minute, i to niestety widać: niedociągnięcia i jakieś tam drobne niezgrabności językowe na tyle liczne, że już rzuciły się w oczy. Podobał mi się za to styl – choć może trochę za dużo wulgaryzmów – i ogólnie ironiczne, a przy tym dosyć nietuzinkowe zestawienie problemów domowych i globalnych.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Fantastyka – jest

Wakacje, urlop, wypoczynek – naciągany, ale powiedzmy, że jest.

 

Podbiły mnie martwopłoty – genialne, fantastyczne, cudowne nowe słówko, brawo!

Wiele bardzo fajnych obserwacji, ostatnie zdanie zwłaszcza :) Uśmiałam się.

Natomiast tekst ma kilka usterek, może nie bardzo poważnych, ale i tak warto się za nie zabrać. Wypunktowali je poprzedni komentujący, więc powtarzać nie będę.

Psychorybka zauważył też pewną nieścisłość logiczną, dotyczącą tempa postępowania pożaru i „szykowania się” bohaterów. Warto byłoby gdzieś wcisnąć jakieś zdanie doprecyzowujące temat.

No i cóż – wakacyjnego klimatu też zabrakło. Bardziej chodziło nam o to, aby opisać to, co się dzieje/kiedyś działo w trakcie wypoczynku, a nie same przygotowania. Mimo to, według mnie kryterium jednak jest spełnione.

Ogólnie – jestem całkiem zadowolona z lektury – pomysł był fajny, wykonanie nie jest złe (ale do poprawy), tylko jednak wakacji trochę mało.

Nowa Fantastyka