- Opowiadanie: Blue_Ice - Być jak Fertysz

Być jak Fertysz

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

AdamKB

Oceny

Być jak Fertysz

Ptaki ucichły.

Jego ulubiony duński zegar ścienny z głosami ptaków o każdej godzinie – zamilkł.

Nie włoży nowych baterii. To bez sensu.

 

Rozważał pozostawienie listu. Chciał tę decyzję podjąć tuż przed lotem do Solilandu, żeby w razie czego nie przekombinować jego treści. W końcu jednak oparł się pokusie jakichkolwiek wyjaśnień. Mogłyby skierować światło w niewłaściwą stronę, spowodować spekulacje, czyjeś wyrzuty sumienia, czy błędne skojarzenia.

 

A sprawa przecież była prosta. Chciał umrzeć. Kto by to zrozumiał, zaakceptował? Dalej nie da rady. Nie z własnym zabójcą w głowie.

Żaden psycholog ani psychiatra nie potrafił mu pomóc. Nikt nic nie wiedział. „Nie spotkał się z tym”. Jeden obraz o ostrych krawędziach, jedna wizja, jedno, jedyne natręctwo w głowie. I nic więcej. Żadnych więcej objawów.

Zabójczy drobiazg.

A może po prostu Robert nie potrafił nikomu o sobie opowiadać?

 

 

*

 

Pomiędzy lądowaniem na głównym lotnisku Solilandu, a dotarciem na miejsce, minęło kilkanaście godzin, oraz prawie trzysta kilometrów suchego lądu. Podróż nie zrobiła na Robercie zbyt wielkiego wrażenia, raz dlatego, że pokonywał tę trasę już dwukrotnie, dwa – z powodu ostateczności sytuacji.

Jadąc zakurzonym autobusem mógłby przyglądać się czarnoskórym, są tacy łudząco, łagodząco inni. Jednak ich oczy… możliwe, że odnalazłby w nich bliźniaczy ból. Te promyki zrozumienia, gesty bezinteresownej życzliwości.

Tak, ludzie mogli stworzyć zagrożenie dla jego ostatecznej decyzji.

 

Wysoka kobieta, stojąca obok, uśmiechnęła się i podniosła koszyk świeżych daktyli. Chustka na jej głowie była oazą na tle zapoconych szyb. Czarna dama potrząsnęła zachęcająco owocami o błyszczącej skórce, w tym samym momencie zakołysał się schowany w niebieskiej sukience biust, zapewne z mlecznej czekolady, z dwoma rodzynkami zamiast sutków. Jej ciemnobrązowe ciało opowiadało pradawną historię słońca i skóry pełnej cienia.

Robert nie przyjął daru i odwrócił wzrok tak szybko, jak pozwoliła mu na to męska natura.

 

Wysiadł przy osiedlu z niskimi domami, które zdawały się być tak lekkie, że byle nocna bryza mogła je zdmuchnąć. W oddali majaczyły góry, unurzane w słonecznej mgle.

Razem z nim wysiadło kilkoro ludzi, w tym daktylowo-czekoladowa kobieta. Nieśpiesznie oddalała się żwirową drogą, wiodącą ku owym skorupkom. Raz się odwróciła i pomachała mu na pożegnanie. Poczekał, aż się oddali i wyciągnął z plastikowej torby (jedynego bagażu), mapę. Dość niewyraźną, skserowaną ze znalezionego w książce skanu dokumentu. Spędził miesiąc na wyznaczaniu obszaru i upewnianiu się co do współrzędnych geograficznych. Miał swoje sposoby, znał odpowiednich specjalistów, informatorów, jak to dziennikarz. Miejsce znajdowało się około dziesięciu kilometrów od drogi prowadzącej z Mahaja do Ilen, na terenie dawnego miejsca kultu Fertyszów. Narysowany na mapie zygzak zapowiadał najpierw tereny luźno zabudowane, a później odbicie na zachód i kawałek dzikiej sawanny.

Rozejrzał się. Drzewa rozpłaszczały się pod rzeką nieba, tworząc żywe puchary na wilgoć. Słońce patrzyło na niego pod dziwnym kątem. Grymas uśmiechu przemknął mu po twarzy i zaraz zniknął, jak mały, płochliwy wąż wśród traw. Soliland. Pamiętał szalone, mało kosztowne wyprawy, swego czasu owocujące efektownymi zdjęciami, rozchwytywanymi przez najlepsze czasopisma. Podobno fotografie Roberta zawierały „coś poza oczywistym pięknem zdejmowanych miejsc”. Cóż, kiedy ich autor nie mógł “tego czegoś” wyłapać. Tak, jakby za każdym razem wychodziło mu przypadkiem – i ten przypadek z niego kpił.

A może to nóż z jego koszmarnej wizji odcinał go od tej wiedzy, tak, jak i od wielu innych rzeczy.

 

Poczuł, że ma przepoconą koszulę i sucho w ustach. Sięgnął po butelkę wody, ale przypomniał sobie, że świadomie się w nią nie zaopatrzył.

Kiedy ostatnie budynki zniknęły, wyjął drugą mapę, tym razem narysowaną ręcznie i dokładniejszą, chociaż amatorską. Kompas ojca też się przyda. Wkraczał na najdzikszy odcinek drogi.

Patologiczne niedospanie przyginało go do pylistej ziemi. Lęk zataczał kręgi w jego sercu, jakby pestka decyzji wpadła do śpiącego stawu, a przekłuta tafla nie mogła zapomnieć.

Odwrócił się, aby się upewnić, że wciąż nikt i nic za nim nie idzie.

Nie szedł za nim nawet cień.

 

 

*

 

 

Sam wybrał sobie rodzaj śmierci. Nie chciał bólu, nie chciał gwałtu, nic nienaturalnego. Wiedział, że jest jak oni, Fertyszowie, legendarne plemię afrykańskie, niegdyś żyjące w tych stronach. Fertysz. Fertig to po niemiecku: gotowy, ale może to przypadkowa zbieżność językowa. Nieliczne wiarygodne informacje mówią, że plemię wciąż istnieje, tylko przeniosło się w bardziej niedostępne rejony solilandzkich rajów, niedługo po tym, jak świat odkrył ich tajemnicę. Mianowicie członkowie tego plemienia żyli w zgodzie nie tylko z życiem, z naturą – ale i ze śmiercią. Kiedy czuli, że już czas, udawali się w miejsce, ku któremu Robert właśnie podążał, tam kładli się na ziemi i umierali. Trochę jak śmiertelnie chore zwierzę, szukające odosobnienia, aby spokojnie dokonać żywota.

Tak, właśnie tak, wrastali w swoją ukochaną ziemię. A później ich chowano.

Członkowie plemienia Fertyszów byli niskiego wzrostu i nosili długie włosy. Kobiety upinały je spiralnie, tworzyły z nich jakby stożkowy kapelusz i usztywniały gałązkami lilokrzewu. I jeszcze jedna rzecz – wszyscy mieli zielone oczy. Oczy trawy soczystej, nierealnej.

 

 

*

 

Po czterech godzinach marszu, coraz wolniejszego, bo bez jedzenia i picia – dotarł do oznaczonego przez siebie punktu na mapie. Nierówny teren, gdzieniegdzie skąpo zadrzewiony, nieopodal wyschnięte koryto niewielkiej rzeki, ożywającej w porze deszczów.

Coś go ugryzło czy użądliło, zostawiając nabiegły krwią ślad, ale nie dbał o to. Myśl o cięciu, codzienna zmora, raz po raz raniła jego umysł. Tym razem jednak podjął walkę, w której może już tylko wygrać. Obraz nigdy nie wróci. I nie przejdzie też na innych, niczym wirus. Obrazów nieistniejących przecież się nie dziedziczy.

 

Kilka razy przychodziły mu też do głowy najbliższe osoby: ojciec, matka, brat… I Anna… Kilku kumpli z pracy i jeszcze ze studiów…

Ale odrzucał te myśli, niczym petycje nieutrafione w odpowiedni czas.

 

Miejsce wydało mu się pozbawione aury, z wyjątkiem kilku drzew akacji, rozłożystych, poskręcanych i zastygłych w nieco wyuzdanych pozach. Łysawy wzgórek, prawdopodobnie jedno ze świętych miejsc Fertyszów, wyglądał całkiem zwyczajnie. Ale nie spodziewał się przecież nastroju sądu ostatecznego.

Zapatrzył się chwilę w skąpe i rzadkie kępki trawy, przypominające włosie ze szczotki do zamiatania. W oddali, na tle gór niezauważalnie przechodzących w delikatne chmury o prawie identycznej barwie, dostrzegł nieruchome stado zebr. Drżące powietrze grało w jego oczach czarno-białym wzorem jak grafika op-artu.

Nagle zamarł. Tuż obok zobaczył wyraźnie odciśniętą stopę. A konkretniej, odcisk buta. Przetarł oczy i starał się zebrać myśli. „Pewnie mi się coś roi w upale” – pomyślał. Wszedł na wzgórek i położył się na wznak.

Czy właśnie tak to robili? Przychodzili tu i po prostu się kładli, aby umrzeć. Układali się do snu.

I czekali.

Nie … na nic już nie czekali.

 

Wysoko zobaczył kołującego sępa, ziarnko pieprzu w oku prażącego słońca.

Zamknął oczy.

Dopadło go natychmiast. Kiedy się kładł, było najgorzej. Wzbudzający dreszcz obraz ostrego noża, tnącego głęboko jego skórę. Zazwyczaj na ramieniu. Czasem na udzie, czy brzuchu.

I nic więcej. Tylko tyle i aż tyle.

Wizja pojawiała się również wtedy, kiedy doświadczał silnych emocji. Co oznacza, że psuł mu jakiekolwiek doznania, które mogłyby sprawić, że chce się żyć. Nóż zagłębiał się w jego ciele również wtedy, kiedy pojawiał się problem. Automatycznie. Dociążał obciążenia, stawiał kropkę nad słabym, drżącym „i”. Jako władca absolutny, mógł wszystko, był wszędzie. Nigdzie i wszędzie.

Patologicznie niewyspany i znękany psychicznie Robert czuł się na właściwym miejscu. Plan zaczynał wcielać się w życie. „Przychodzili tam, kiedy czuli, że już czas” – przypomniał sobie słowa z książki ojca. Na samym dnie jego serca, gdzieś tam było słońce, czuł to. Tam właśnie musiał dotrzeć. Czuł, że wrasta w ziemię, a ziemia przyjmuje go – z wdzięcznością i zrozumieniem. Czy światu potrzebny jest człowiek z nożem w mózgu?

Ciało ciężkie, tak samo, jak myśli. Myśli, stopniowo tracące ciężar, zanikająca świadomość ciała…

Jaka będzie ostatnia myśl?…

 

 

*

 

 

Niski, długowłosy mężczyzna pochylił się i wyczuł oddech leżącego.

– Śpi. Mocno śpi. – powiedział w dialekcie Fertyszów do stojącej obok kobiety. Był prawie karłem z luźnym, sięgającym kolan warkoczem, zatkniętym za pasek czarnej niby-spódnicy i silnym, zwartym ciele. Kobieta, nieco wyższa i delikatniejszej budowy, miała na głowie stożek włosów o kolorze nocy. Lekkie zaokrąglenia niknęły w owiniętym wokół bioder szalu z różowego jedwabiu, nieco przykurzonego.

– Usiądźmy już. Długo był na słońcu i jest osłabiony – czas goni! – odezwała się kobieta.

– Zaczynajmy zatem, Mio.

Uklękli przy Robercie i zaczęli przesuwać dłońmi nad jego ciałem. Od czasu do czasu na chwilę nieruchomieli, żeby za chwile znów uważnie skanować. Kilka razy dłonie lekko się musnęły, nałożyły na siebie, zderzyły.

Po chwili przestali, wymieniając znaczące spojrzenie. Kiedy w milczeniu znów wyciągnęli ręce, tym razem skupili się na jednym miejscu. Gdy tylko kwartet ich dłoni znalazł się nad czubkiem głowy śpiącego, zaczęli szeptać w podekscytowaniu, kiwając głowami. Znaleźli to, co chcieli. Wyciszyli się, zamknęli oczy, a wyraz ich twarzy zdradzał najwyższe skupienie.

Trwali tak kilka słonecznych minut.

W pewnym momencie ptak, którego przedtem Robert uznał za sępa, wylądował pod akacją i rozłożył skrzydła na całą szerokość, robiąc krótkie show. Jego pióra mieniły się tęczowo niczym łuski makreli. Miał dziób orła, ale łapy przypominały raczej łabędzia, z fioletową błoną między pazurami. Zwierzę zatrzepotało z gracją, ponownie składając skrzydła, odchyliło głowę i wydało z siebie głośny, przeciągły krzyk. To zapewne słynny Wiskuo, czyli Ptak Który Daje Cień. Jego gatunek powoli wymierał, należało więc dać mu najwyższą ochronę – czyli traktować jak równego sobie.

Mia i Tio odsunęli się od śniącego w słońcu Roberta i przywołali Wiskuo gestem. W śmiesznych, ciężkawych podskokach, wyglądających, jakby kulał, ptak przemieścił się na wzgórek i rozłożył nad Robertem chmurę skrzydeł.

 

Fertyszowie oddalili się w kierunku drzew, gdzie leżał duży, skórzany wór. Tio sięgnął do środka i wyjął duży nóż podróżny. Następnie Mia pogrzebała chwilę, żeby wydobyć miniaturowy bukiecik ziół, przypominających zapachem cynamon, szary, miękki rulonik, oraz zamknięte naczynie przypominające duży owoc kiwi.

Jak dobrze, że byli przygotowani na każdą sytuację.

Że byli gotowi.

 

– Tio, jesteś pewien, że dobrze odczytaliśmy?. – Mia z zakłopotaniem dotknęła swoich włosów, jakby nagle się zaniepokoiła, że budowla runie.

– Tak. Przecież obydwoje zobaczyliśmy to samo. Nie może być mowy o pomyłce. – Tio popatrzył na przyjaciółkę z czułością. – Nie martw się, kochana. Intuicja i wizjo-czułość to nasz najcenniejszy dar. Dzięki niemu przetrwaliśmy! – Mówiąc to, podniósł nóż w geście zwycięstwa.

– Masz rację. Zresztą, cóż to nowego? Ci biali, którzy tu docierali, to ludzie owładnięci przez myśli. – Mia położyła sobie prawą rękę na sercu i smętnie opuściła głowę.

Obydwoje znów podeszli do Roberta i Wiskuo.

– Dobrze, że akurat mamy nóż. Inaczej trzeba by posyłać Wiskuo do wioski. – stwierdził Tio, ostrożnie sprawdzając ostrze opuszką kciuka. Zabłysło w słońcu. Wiskuo, czuwający z rozłożonymi skrzydłami nad śpiącym, jakby rozbudzony błyskiem noża, spojrzał na nich jak samica chroniąca młode na gnieździe. Potem jednak posłusznie odsunął się, przekrzywiając głowę. Mia schowała na chwilę buteleczkę i rulonik w fałdę opinającego ją szala, roztarła bukiecik ziół w smukłych dłoniach i podstawiła Robertowi na moment pod nos. Potem do akcji przystąpił Tio. Delikatnie pomacał lewe udo leżącego, mocniej chwycił rękojeść noża, sekundę się zawahał, po czym wykonał szybkie, dość głębokie cięcie. Odrzucił nóż i jedną ręką mocno ścisnął skórę wokół rany, żeby zatamować krew, drugą ręką zaś, która trochę drżała, dał znak Mii. Kobieta podeszła i szybko obwiązała udo Roberta, sypiąc pod bandaż resztę ziół przyśpieszających kojenie.

 

Gotowe.

 

Mia i Tio uśmiechnęli się do siebie i wzięli się za ręce. Wiskuo nastroszył z radości tęczowe pióra, po czym strzepnął z nich niewidoczny pył. Podskoczył i przefrunął na akację.

 

Nóż wylądował z powrotem w worku, ślady zostały zasypane.

– Oni pewnie myślą, że chodzimy w butach. – zaśmiała się Mia, zginając wdzięcznie nogę w kolanie i wskazując na spód stopy, który wyglądał trochę jak pięta warana.

– Oni dużo myślą, Mia. I nie wszystkich swoich myśli są panami – powiedział sentencjonalnie Tio, po czym wydobył z worka butelkę z wodą i umieścił ją pod ramieniem Roberta.

– Myślisz, że się wydostał? – upewniała się kobieta.

– O, na pewno. Dostałem się po podskórza, gdzie zazwyczaj utykają na dobre i nie mogą wyjść. Cudzodemony są malutkie jak ziarnka czerwonego pieprzu i nawet się nie czuje, kiedy dostają się do czyjejś duszy.

– Cudzodemony? – zdziwiła się Mia. – Tak się właśnie nazywają?

– Tak. Demony, które czasem mylą drogę. Zwiedzione błędnymi sygnałami, jakie czasami wysyłają ludzie, którzy utracili kontakt ze swoją duszą, albo go nigdy nie nawiązali. Trafiają w niewłaściwe progi, ale szybko się orientują, że zabłądziły – i chcą się wydostać! W tym celu ogromnieją, jakby dobijają się od wewnątrz do świata. To przytrafiło się Robertowi.

– Jak ty się świetnie na tych wszystkich duchach i duszkach znasz, drogi Tio! – zachwyciła się Mia. – Jest ich tyle, że ja bez ciebie już dawno bym się w nich pogubiła!

Zaczęli się śmiać. Śmiali się coraz głośnie, wydając z siebie przy tym dziwne, nosowe odgłosy – i nie mogli przestać. Mia pierwsza się opanowała.

– No, czas na nas! – zdecydowała – i pociągnęła Tio żartobliwie za warkocz, kóry wymsknął się zza paska. Przyjaciele puścili się pędem w stronę zachodzącego właśnie słońca. Jego barwa przypominała wnętrze arbuza.

– Kto pierwszy do wioski! – krzyknął Tio.

Mia pobiegła za nim, rozkładając ręce na boki, niczym Wiskuo swoje tęczowe skrzydła. Zaraz jednak przypomniała sobie, że musi zabezpieczyć swoją fryzurę. Zdjęła szal z bioder i w biegu owinęła go wokół głowy. Miała zamiar wyprzedzić Tio. Przecież spryciarz nie może wygrać dwa razy z rzędu!

“Tych dwoje się nigdy nie zestarzeje” – jak mówili o nich bracia Fertysze.

 

*

 

Wiskuo patrolował okolicę z wysokości ostatniego konara akacji. Zanim odfrunął, patrzył za biegnącymi. Jego dusza podpowiadała mu, że Mia pięknie wygląda naga, z bladoróżowym welonem opływającym ciało jakby wycięte z nocy, która jeszcze nie przyszła.

Robert spał snem Fertysza. Głębokim i oczyszczającym.

Wiskuo dostrzegł też zebry. Skierowały się w tym samym kierunku, co Tio z Mią. Stado, liczące prawie dwieście sztuk, w biegu zbiło się razem jeszcze ciaśniej i w pewnym momencie nawet zmęczone własną czerwienią słońce przybrało barwę biało-czarnych pasów.

Ptak Który Daje Cień znał duszę ludzką. W końcu latał w chmurach razem z rojami ludzkich marzeń i wizji. Kiedy rozpinał swoje ogromne, tęczowe skrzydła, sam wyglądał jak chmura.

 

A może nią był?

 

*

 

 

Roberta obudził rwący ból.

„Co się dzieje?!” Usiadł zbyt gwałtownie i zaczęło mu się kręcić w obolałej głowie. W bladym świetle wieczoru dostrzegł dziwny, szarawy bandaż na udzie. Poruszył nogą i syknął. Powiódł wzrokiem wokół siebie w poszukiwaniu jakichś śladów, wskazówek. Jedyne, co zauważył, to butelka wody w zasięgu ręki. Niewiele myśląc chwycił ją, odkręcił i łapczywie wypił całą zawartość.

Z trudem wstał i drżącymi rękami sięgnął do kieszeni, sprawdzając, czy mapy wciąż tam są.

W półprzytomnej gonitwie myśli dopiero po kilku minutach przypomniał sobie, jak i dlaczego znalazł się w świętym miejscu. I w tym samym momencie zorientował się, że jego ostre natręctwo już go nie atakowało. Cięta zmora odpuściła.

Nie wiedział co się wydarzyło, ale póki co, nie miał czasu do stracenia – w nocy Soliland mógł pokazać mało gościnną twarz. Rana, głód, pragnienie – to wszystko z każdą minutą zmniejszało szanse na bezpieczną drogę powrotną. O rozwiązaniu zagadki szarego bandaża pomyśli później, kiedy już będzie bezpieczny.

 

Ruszył w stronę najbliższej osady.

Miał ogromną ochotę na świeże daktyle.

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Ciężko mi napisać o tym kawałku.  Bardzo dobry początek. Bardzo dobry fragment o przyjściu Fertyszów. Tekst jednak odbieram jako szalenie nierówny. Są w nim fragmentaryczne perełki. Czasami jednak czyta się to trochę jak literaturę romantyczną, przy czym potrafisz zestawić patos z kolokwializmami i nie jest to działanie zamierzone formą.

 

Na pewno literówka i interpunkcja są do poprawy. Mogłabyś też popracować trochę nad kondensacją treści. Niektóre zwroty (np. “logiczne”) są niepotrzebne, niektóre fragmenty wydają się istnieć bez celu. Sam wydzielony epilog jest dobry, ale to, co dzieje się wcześniej chyba odrobinę zbyt naiwne, a może płaskie, nie wiem… Sam pomysł na fabułę mnie nie powalił. Zapowiadało się interesująco, ale potem zrobiło się jakoś trochę nie tak. 

 

Właśnie zajrzałam do Smoka Raya. Masz zdolność do budowania urokliwych miniatur i chyba faktycznie tutaj Ci się to trochę rozwlekło. 

"Success usually comes to those who are too busy to be looking for it" H.D. Thoreau

 

  • Ankhu – bardzo dziękuję za przeczytanie i komentarz. Być może troszkę się rozwlekło dlatego, że częściowo to jest tekst ułożony wcześniej w głowie, ale częściowo też wynik “pisania na żywo”. Pomogłoby mi bardzo, gdybyś napisała, które fragmenty wydają Ci się zbędne, czy po prostu nieudane. Pozdrawiam!

 

OK, ale to już jutro. Odpalę komputer zamiast tabletu i powklejam :)

"Success usually comes to those who are too busy to be looking for it" H.D. Thoreau

:) :) Dzięki wielkie – dobranoc!

Ładnie zbudowałaś klimat, czuć Afrykę. Z fabułą znacznie lepiej niż ostatnio, ale wielu rzeczy można się zbyt wcześnie domyślić. No, masz kliszę “chory biały człowiek znajduje nieoczekiwaną pomoc u dzikusów” i sam klimat jej nie wybroni.

Miejsce znajdowało się mnij więcej dziesięć kilometrów

Literówka.

Babska logika rządzi!

– Finklo – dziękuję za słowa. Co do domyślenia się – tak, myślę, że coś w tym jest. Co zaś do zdania “chory biały człowiek…” itd. – nie przyszłoby mi do głowy, że tak można to podsumować. Niezupełnie chory, pomoc dosyć specyficzna, a dzikusy chyba zbyt nasączone bajką, żeby pozostać tylko dzikusami? Wiskuo chyba też się uchyla temu wyrokowi? ;)

“Sam klimat” … no, starałam się zawrzeć tam trochę więcej ;)

Oczywiście, Ty możesz widzieć ten tekst inaczej. 

I dzięki za podsunięcie miejsca literówki…

Pozdrawiam! :)

Fajna otoczka, ale jako całości czegoś tu brak.

Oczywiście nie traktuj moich komentarzy jako wyrocznię, ale myślę, że coś takiego jak poniżej mogłoby utwór trochę poprawić.

 

Czasem to będą drobnostki, np. tutaj:

Poczuł, że ma przepoconą koszulę i sucho w ustach. Sięgnął po butelkę wody, ale przypomniał sobie, że świadomie się w nią nie zaopatrzył.

Logiczne…

No to w drogę!

Myślę, że po wyrzuceniu z tego Logiczne… No to w drogę! utwór wcale nie straci na wartości, a wręcz pozbędziesz się wrażenia nieudolności w konstruowaniu tekstu.

Do przemyślenia jest też cały obraz wędrówki Roberta do miejsca przeznaczenia. Czemu on ma służyć? Może mogłoby się wydarzyć wtedy jeszcze coś z tym nożem albo cokolwiek innego.

 

Natomiat ten fragment:

Wiskuo w tym czasie patrolował okolicę z wysokości przedostatniego konara akacji. Zanim odfrunął, patrzył za biegnącymi. Jego dusza podpowiadała mu, że Tia pięknie wygląda naga, z bladoróżowym welonem opływającym ciało jakby wycięte z nocy, która jeszcze nie przyszła.

Dostrzegł tez zebry. Skierowały się w tym samym kierunku, co dwoje Fertyszów. Stado, liczące prawie dwieście sztuk, w biegu zbiło się jeszcze ciaśniej razem i w pewnym momencie nawet zmęczone własną czerwienią słońce przybrało barwę biało-czarnych pasów.

jest imho całkowicie zbędny i niczego nie wnosi do opowiadania. Na końcu dopowiadasz jeszcze o Wiskuo, więc jeśli miałby to być taki fragment wzbudzający refleksję, to moim zdaniem całkowicie spełnia tę rolę końcowa część.

 

I końcówka do przemyślenia. Może też nawet sam zabieg leczenia. Np. byłoby ciekawie, gdybyś mogła zderzyć jakoś wierzenia dot. Fertyszów z tym, co oni naprawdę robią i dlaczego. Skąd się wzięło nieprawdziwe przeświadczenie i jak funkcjonuje prawdziwe. A może ono jest prawdziwe, tylko że Robert rozumiał je opacznie. Z tego można zrobić całkiem niezły, głębszy fragment. Natomiast końcówka właśnie też jest taka trochę bez wysiłku. Wydaje mi się, że lepiej by było już uciąć opowiadanie w momencie, gdy Robert się obudził i zobaczył zawiązaną nogę. Ew. dodać jedno zdanie, że sobie poszedł, np. w kierunku zachodzącego słońca (czy coś tam). Czytelnik i tak by wiedział, że ozdrowiał, a Ty byś uniknęła mówienia za dużo. :)

"Success usually comes to those who are too busy to be looking for it" H.D. Thoreau

@Ankhu – ogromne dzięki!!

 

Dzisiaj świeższym okiem spojrzałam na całą końcówkę. Uznałam, za Twoją podpowiedzią, że właściwie to już są tylko dopowiedzenia, bo reakcje Roberta wydają się oczywiste i całkowicie do przewidzenia. Ciachnęłam prawie wszystko i podszlifowałam miejsca CIĘĆ, coś tam pozamieniałam i kilka słów dopisałam w uszczuplone miejsce ;)

Poszło o to, że tym razem nerwowo unikałam niedopowiedzeń i skrótów, bo ponoć mam do nich zbyt dużą słabość. Ale chyba przedobrzyłam w drugą stronę. Jak widać, w tym tekście mnie też przydał się nóż – dzięki za pożyczenie go ;)) :D

 

Jeszcze raz dziękuję – mam nadzieję, że teraz jest lepiej. Pozdrawiam!

 

P.S. Chyba następnym razem najpierw wrzucę tekst do betowania, zwłaszcza, jeśli będzie dłuższy. ..

 

= Gwidon : jeśli tu jeszcze jesteś… – nie jestem pewna, co masz na myśli, ale teraz brakuje jeszcze więcej – całej partii tekstu ;) Może to troszkę poprawi ogólny wizerunek opka. Dzięki za przeczytanie! Otoczka to moja specjalność … :P

Pozdrawiam :)

Super. Końcówka teraz dużo lepsza ^^

"Success usually comes to those who are too busy to be looking for it" H.D. Thoreau

Miejsce wydało mi się pozbawione aury – mu

Jeszcze chyba gdzieś jakaś literówka mi wpadła w oko, ale już nie pamiętam gdzie. 

W kilku miejscach rozjechały się zapisy dialogów, np.:

Mocno śpi. – powiedział w dialekcie Fertyszów  – bez kropki – i tak jeszcze kilka razy. 

 

Podobał mi się motyw fotografii :) Szkoda, że taki maleńki. 

Jednak z resztą mam problem. Opowiastka wydaje mi się zbyt bajkowa, zbyt prosta i szablonowa (o kliszy wspomniała Finkla). Myślę, że ciekawiej byłoby dać coś więcej o Fertyszach.

I jeszcze jedna rzecz mnie uderzyła i zabrzmiała fałszywą nutą. Klimat afrykański, tajemnicze plemię afrykańskie, a sentencja z tygrysem bengalskim pojawia się w wypowiedzi. Nie kupuję tego.

Żeby nie było, że tylko marudzę, to przyznam, że czytało mi się płynnie i ten afrykański klimat jest rzeczywiście wyczuwalny. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

@ śniąca – dzięki za przeczytanie i uwagi. Literówkę poprawiłam, bengalskiego też (zbyt duży skrót myślowy). Potknięcia w zapisie dialogów wzięły się z tego, że przedtem strasznie walczyłam z nimi w openoffice. Z godzinę próbowałam zwalczyć automatyczne wypunktowywanie i takie tam– nie udało mi się. Musiałam poprawiać dopiero tutaj, po wklejeniu – został najwyraźniej tego ślad.

W dalszym ciągu nie bardzo wiem, co zrobić z oceną, że Fertyszowie to klisza. Wydaje mi się, że oprócz może tekstów z gatunku bizarro (zresztą lubię też ten typ fikcji) każdy z nas do pewnego stopnia operuje motywami, które już się gdzieś pojawiały. Chodzi o to w jaką materię ten motyw wpleciemy i co z nim zrobimy. To, co zrobiła para Fertyszów odbiega od zwykłej pomocy choremu. Zaczynam żałować, że skierowałam światło na Afrykę, bo skojarzenia wbijają Fertyszów w koleinę. Gdyby tło było inne, problem kliszy by pewnie się nie pojawił ;) A tak a propos – to jest zupełnie zmyślona kraina, ten Soliland, także niewiele trzeba by było, by “pozbyć się” Afryki z tekstu. Kilka zwrotów pyska samolotu i Mia i Tio są trollami :P Muszę tę lekcję zapamiętać ;)

Pozdrawiam!

Mnie nie do końca chodziło o dosłowność tej kliszy – czyli czarny leczy białego. Gdybyś z nich zrobiła trolli w jakimś innym nibylandzie, ale pozostawiła tę samą akcję i zachowanie – klisza nadal by pozostała. Tyle tylko, że zamiast czarny ratuje białego byłoby magiczna istota ratuje człowieka. 

Mnie bardziej przeszkadzała ta bajkowa prostota – hokus pokus nieznane ludki jakiś zrobiły i Robert obudził się uzdrowiony i nawet nie pamięta, że był chory. Motyw noża tnącego skórę, co jak rozumiem sprowadza Roberta do Solilandu, by wypełnił przeznaczenie, jest, ale też jakoś rozmyty. Myślę, że sam ten pomysł ma potencjał, a Fertysze wręcz jeszcze większy. Gdyby tylko jakoś inaczej to rozwinąć, coś więcej o nich dodać, doprawić jakąś tajemnicą, uchylić jej rąbek Robertowi. Nie wiem, sama wymyśl – to w końcu Twój pomysł i Twoja opowieść :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dobre!

 

Spokojna, ale z charakterem prowadzona narracja. Do tego refleksyjna i wzruszająca historia.

 

Jedynie do przemiany bohatera mam mieszane odczucia. Udany, wręcz kultowy motyw ze zmierzeniem się z własnym demonem. Tylko dlaczego jest nim… nóż? Scenka jak go kroją i przyprawiają ziołami… nie, nie! To powinno być coś bardziej alegorycznego.

 

Ale przeczytałem z przyjemnością! Twój najlepszy tekst! (z tych, które przeczytałem…)

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Mam jak Finkla. Ładnie zbudowany klimat, ale klisze mocno go psują. No i zakończenie jest mocno przewidywalne :) Ogólnie jednak na plus :)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

@śniąca – dzięki za komentarz. Dzięki niemu zorientowałam się, że przy ciachnięciu końcówki z poprzedniej wersji wprawdzie zamknęłam kurek z wodą, ale przy okazji zgubiła się jedna ważna rzecz. Otóż nie, to nie było hokus-pokus, kiedy Fertyszowie zrobili to, co zrobili. Cała rzecz polega na tym, że właśnie chciałam skierować uwagę na to, w jaki sposób, na jakiej zasadzie to, co zrobili pomogło na problem Roberta. I oczywiście, że nie było tak, że on nie pamiętał – bo to też ciachnęło się razem z usuniętym fragmentem. Dopisałam brakujące elementy, powinno pomóc. 

Co do ewentualnego potencjału Fertyszów i rąbków tajemnicy – zgadzam się, mogłam to rozwinąć, poopowiadać o Tio i Mii. Prawdę mówiąc, najbardziej zależało mi na tym właśnie odczarowaniu natręctwa przez konkretny “zabieg”.

 

I jeszcze: no tak, gdyby pomogły trolle, sens pomagania by został… no ale to na tej zasadzie ktokolwiek, jakikolwiek stwór by pomógł, powiedziałabyś to samo, nieprawdaż? ;) A gdybym napisała, że Robert sam sobie pomógł, że nastąpiło samo-uzdrowienie, też by się okazało, że samo-uzdrowienie już było. Cokolwiek nie zrobię, motyw antidotum na [z pozoru] beznadziejny przypadek cały czas by się Wam kliszował :)))) ;) Już chyba nic z tym nie zrobię, przepadło :D

Bo to nie o sam fakt pomocy mi chodziło, tylko o to czym ta pomoc była, jak zadziałała.

 

Tak czy inaczej, pewnie najlepiej by zrobiło pociągnięcie Fertyszów za język ;)))

Pozdrówka ;)

@Nazgul – dziękuję! :) Cieszę się z tego promienia słońca :)

 Co do przemiany – właśnie skończyłam korektę końcówki, bo po usunięciu rozwleczonego nieco fragmentu, uciekło coś istotnego – o czym napisałam wyżej do Śniącej…

Dla mnie naprawdę istotny jest fakt CO pomogło na natręctwo z nożem. A dlaczego z nożem? Nie wiem, jak odpowiedzieć na to pytanie, konkretnie wybrałam natręctwo w postaci wizji cięcia nożem dlatego, że znam osobę, która takiego natręctwa doświadczała…

Prawdę mówiąc – to też piszę do ewentualnie czytających ten komentarz Twoich przed– i popiśców – czy pomogłaby Robertowi para Fertyszów, czy pomógłby chmurskrzydły Wiskuo, czy jakakolwiek inna istota, jest dla mnie dużo mniej istotne – ważne przy pomocy jakiego zabiegu myśl przestała atakować. Autentycznie jest to dla mnie w tym tekście kluczowe. A nie życie dzikich w Afryce ;) Gorzej, że mogło mi się nie udać uwypuklenie tej sprawy… :( Pozdrawiam! :)

@ Emelkali – dzięki :) Rozumiem. Akurat kiedy sama czytam teksty innych, patrzę nie tylko na elementy najbardziej oryginalne, ale przede wszystkim na to, w jaki sposób i jakim językiem zostały poprowadzone, zrealizowane elementy już znane, bądź jakoś kojarzące się. Sposób – to sposób musi być oryginalny, bo i tak wszystko już było ;)) Biorę sobie to jednak bardzo do serca, bo i serdecznie nienawidzę banałów – brzydzę się nimi, jak kleszczami i osami ;) Ale nie sposób ominąć każdej rafy. Ja zazwyczaj wpadam na rafę zbytniej metaforyki, skrótowości i niejasności fabularnych. Dobrze czasem wpaść na jakąś inną rafę :P ;))) Pozdrawiam :)

 

To może właśnie rozwiń ten wątek z nożem? Bo właściwie nie wiadomo trochę, czy to tylko natręctwo, czy coś więcej – i z jakiego powodu. A potem następuje nagle to leczenie i już ;)

"Success usually comes to those who are too busy to be looking for it" H.D. Thoreau

@ ankhu … uff… tak, i zdążyłam! Uchylić rąbka tajemnicy, znaczy. Po drodze jeszcze zmodyfikowałam swoją koncepcję, bo zdałam sobie sprawę, że jest trudno przetłumaczalna na język polski :P

Oj, to była błyskawiczna improwizacja. Ależ Wy macie tym razem ze mną ubaw…

Nie wiem, czy teraz jest lepiej, czy gorzej – na pewno praca nad tym tekstem z Waszym odzewem nie poszły na marne. Dzięki.

Pozdrawiam ;)

 

 

 

Ooo… ? Hm. Wybaczcie off-top, ale – to ile jest teraz czasu na edycję? Zbyt dawno mnie tu nie było jednak…

Oj, dawno… Na nowej stronie edycję masz nielimitowaną. ;-)

Babska logika rządzi!

Aaa… to stąd te optymistyczne namowy, żeby to i tamto jeszcze wprowadzić, rozszerzyć… uwypuklić, pogłębić. :)

No, raj prawdziwy, rzeczywiście. Dzięki za info.

To ma sens. W końcu poczekalnia to nie biblioteka…

Przeczytałam bez przykrości, choć usterki nieco przeszkadzały.

Opowieść nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia, ale pewnie jestem odporna na afrykańską magię.

 

Czar­na dama otrzą­snę­ła za­chę­ca­ją­co owo­ca­mi o błysz­czą­cej skór­ce… – Literówka.

 

za­ko­ły­sał się scho­wa­ny w nie­bie­skiej su­kien­ce biust, za­pew­ne z mlecz­nej cze­ko­la­dy, z dwoma ro­dzyn­ka­mi po­środ­ku. – Czy rodzynki były na szczytach biustu, czy pośrodku, między piersiami? ;-)

 

Cóż, kiedy ich autor nie mógł ‘tego cze­goś’ wy­ła­pać. – Czy to cudzysłów?

 

I jesz­cze jed­nak rzecz – wszy­scy mieli zie­lo­ne oczy. – Literówka.

 

„Pew­nie mi się coś roi w upale”. – po­my­ślał. – Zbędna kropka po cudzysłowie.

 

Do­cią­żał ob­cią­że­nia i sta­wiał krop­kę nad sła­bym, drżą­cym „i”. – Czy to celowe powtórzenie?

 

Długo był na słoń­cu, jest osła­bio­ny, ważny jest czas. – ode­zwa­ła się ko­bie­ta. – Zbędna kropka na końcu wypowiedzi.

 

za­czę­li prze­su­wać dłoń­mi nad jego cia­łem. Cza­sa­mi dłoń jed­ne­go albo dru­gie­go na chwi­lę nie­ru­cho­mia­ła, żeby za chwi­le znów uważ­nie ska­no­wać. Kilka razy dło­nie pary Fer­ty­szów lekko się mu­snę­ły… – Czy to celowe powtórzenia?

 

Tio, je­steś pe­wien, że do­brze od­czy­ta­li­śmy?. – Zbędna kropka po pytajniku.

 

spraw­dza­jąc ostrze opusz­ką kciu­ka. Ostrze za­bły­sło w słoń­cu. – Powtórzenie.

 

Ro­bert spał snem fer­ty­sza. – Chyba powinna być wieka litera.

 

„Co się dzie­je?!”. – Zbędna kropka.

 

w nocy So­li­land po­ka­zy­wał mógł po­ka­zać mało go­ścin­ną twarz. – Dwa grzybki w barszczyku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@ regulatorzy – olbrzymie dzięki :) Chochliki (?) usunęłam z pola widzenia ;)

 

Hm, właściwie ja też opieram się magii afrykańskich smaków. A w każdym razie, nie fascynuję się tym od dziecka itd. Prawda jest taka, że o ile sobie dobrze przypominam, to plemię o takich zwyczajach rzeczywiście gdzieś istniało/istnieje. Ojciec mi o nim opowiadał (od razu dodaję, że on sam nigdy nie był w Afryce, a rodzinnie wszyscy zawsze kochaliśmy Skandynawię, więc trochę inny klimat ;))).

Nie wiem, czy dobrze zrobiłam, dopisując demoniczne wytłumaczenie noża. No, ale w tamtej, oryginalnej wersji, rzeczywiście to PO PROSTU podziałało, na zasadzie dokonania natręctwa i w ten sposób pozbycia się go (taki był mój główny zamysł). Tylko co, jeśli ktoś chciałby wysnuć z tego zbyt daleko idące wnioski psychiatryczne? :P :D

Pozdrawiam! :)

na zasadzie dokonania natręctwa i w ten sposób pozbycia się go

A czy nie powinno się to odbyć z większym udziałem świadomości pacjenta? Bo tak to nadal wygląda na hokus-pokus.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bez wysnuwania zbyt daleko idących wniosków psychiatrycznych, że zacytuję Autorkę, można się z powodzeniem obyć. Fachowa wiedza nie jest potrzebna, gdy w tekście operuje się symboliką. Ba, może nawet skłonić do wzruszenia nad tekstem ramionami…

Bez obaw, nie wzruszam ramionami. Klisze? Niech sobie będą. Trzy konie z rzędami tej / temu, kto napisze coś, w czym ani jeden znany element nie zaistnieje…

Nie mam zamiaru wgłębiać się w szczegóły. Zwyczajnie nie chce mi się tego czynić, bo zepsułoby to całościowy obraz, sumaryczną refleksję, nie wiadomo zresztą, czy zgodną z zamierzeniem, oczekiwaniem Autorki – że bardzo daleko odeszliśmy w swej mądrości od jej na pół magicznych początków, źródeł. Tak daleko, że nie potrafimy sobie poradzić z własnymi słabościami, lękami, że nadajemy im zbyt wielkie znaczenie i ulegamy pokusom ostatecznego rozwiązania.

Ale, na szczęście, mogą nas znaleźć, spotkać Fertysze.

Obok tematu: wyciągnij z Archiwum Karrollitę.

@śniąca – ale to nie jest pacjent. To nie są lekarze. Nie ten świat, nie ta bajka. Pozdrawiam.

@AdamKB – tak, dziękuję za te kilka słów.

 

Ja chyba nie wiem jednak, co się technicznie dzieje na tej stronie…wydawało mi się jakos przedwczoraj, że widzę jakiś punkt…? teraz go nie ma. A nie miałam jak zareagować, bo byłam poza domem i bez hasła do NF… :(

A skoro jest edycja po wsze czasy, to muszę jeszcze kilka korekt tutaj wprowadzić…

 

Karrollitę z archiwum? Tzn. jak to się robi? Bo nie wiem, co masz na myśli – ale miło, że pamiętasz, że trochę ludzi o niej pamięta ;))

Jeszcze raz dzięki za komentarz! Pozdrawiam :)

…A nie, jednak jest ten punkt. Dzięki! :)

Chwila, moment. Coś mi nie pasuje. Karrollitę znalazłem właśnie podczas przeglądania, na chybił trafił, archiwum, a w Twoim profilu widnieje w dziale Poczekalni. Podwójnie odnotowana? Licho wie.

Hm…no nie wiem…Może coś było z przejściem ze starej strony na nową… Coś mi się tam gmatwało przy przenosinach, na linii kopia robocza– publikacja, jak również nie przeniosły się komentarze do tekstów, m.in. właśnie do Karrollity… wydawało mi się, że Brajt miał pomóc to zmienić… ale nic więcej się nie wydarzyło :( I tak wisi samotnie, jakby nikt nigdy się nią nie interesował… :(

Pomału nabieram przekonania, że coś zaczyna się nadpsuwać w wewnętrznej mechanice portalu.

Wiesz, uwaga użytkowników skupia się praktycznie na tekstach najnowszych. Zejdzie opowiadanie z pierwszej strony Poczekalni, Biblioteki i najnowszych komentarzy i już jak gdyby go nie było…

Cóż… moim zdaniem jest trochę tak: jeśli ktoś chce przeczytać dobry tekst, to szuka w Bibliotece. Po co miałby przeglądać poczekalnię i wybierać coś do poczytania, jeśli już jest wybrane za niego. Prawda jest taka, że do tekstów poczekalni zaglądają: dyżurni, “znajomi między-tekstowi” i ewentualnie wrzucający własne teksty klikną coś obok, poniżej czy powyżej…reszta to czysty przypadek. A starsze teksty to już w ogóle nie załapią się na Bibliotekę, są jak kontakty, które przepadły w starym telefonie komórkowym… :( Także, teraz są tak jakby dwie z góry podzielone warstwy tekstów do czytania – lepsza i gorsza. Nie jest tak?

Przepraszam, już nie ględzę…

To nie jest cała prawda. Regulatorzy i Adam zaglądają do setek tekstów nawet, jeśli nie muszą. Jest sporo aktywnych użytkowników, którzy czytają – sprawdź w rankingu komentatorów.

Starsze teksty też trafiają do Biblioteki, nie tylko te z piórkami – najstarsze jest opko Adama z 2010. Gdzieś od połowy 2012 te bez pierza mają w Bibliotece przewagę. I mnóstwo starych tekstów czeka na liście zgłoszonych, aż jakiś bibliotekarz się zlituje i zajrzy.

Babska logika rządzi!

Ale faktem jest, że Karrollita umarła… śmiercią pozabiblioteczną.

A bo namieszałaś, wstawiając tekst drugi raz, zamiast przenieść go z kopii roboczych. Jeśli jakiś bibliotekarz go kiedyś czytał, to może nie mieć ochoty na powtórkę, a starego komentarza nie widać, więc nie wiadomo, czy się podobało… Złota gwiazdka nikomu się nie zaświeci, bo komentarzy prawie nie ma…

Ale, skoro Adam prosił o wyciągnięcie z archiwum, może mu się spodobała aż do kliknięcia. Na liście zgłoszonych do Biblioteki teksty domyślnie ustawione są od najświeższego głosu.

Babska logika rządzi!

Ja nic nie mieszałam. Nie mogłam sobie poradzić z przeprowadzką na nową stronę (bo wtedy też miałam dłuższą przerwę) i pytałam co i jak mam robić. Nie byłam nawet świadoma, że tekst pojawił się “dwa razy”. A komentarze Brajt, z tego, co pamiętam, obiecał, że postara się przenieść.

Zapytaj beryla albo DJ, czy po usunięciu wstawionej na nowo “Karrollity” możesz edytować “stary” tekst z takim skutkiem, że razem z nim pojawią się związane z nim komentarze.

IMO, i bez usunięcia powinno się udać. W końcu nie ma zakazu wstawienia dwóch tekstów o tym samym tytule.

Babska logika rządzi!

Ale to miałoby niewielki sens, myliłoby jak diabli, tam seria komentarzy, tutaj tyle, co kot napłakał…

Wiesz, Adamie, można wstawić stary tekst, a jeśli operacja zakończy się sukcesem, usunąć nowszą kopię.

Brajt uprzedzał, żeby nie wstawiać ponownie starych tekstów, bo się zrobi bajzel z komentarzami…

Babska logika rządzi!

@Finkla – Wątek Brajta, ten “techniczny”, dotyczący przenosin, miał z tysiąc wpisów, jeśli nie więcej. Każdy miał jakiś problem (ja też) – nie sposób było tego wszystkiego przeczytać! Nie każdy też mógł być stale na straży fantastycznej, żeby umieć od razu płynnie wszystko ogarnąć. Ja w ogóle pamiętam, że mocowałam się z hasłem i musiałam mailować do Niego (Brajta). Poza tym, jak już wspomniałam, obiecał przenieść komentarze pod tekst. Komentarzy dalej nie ma. A ja nie jestem mocna w techniczne klocki. Co to znaczy “ponownie” wstawiać? Ja mam np. rzeczony tekst u siebie w kopiach roboczych – i, o ile pamiętam, po zmianie z kopii roboczej na publikację – w poczekalni. Niczego nie wstawiałam dwa razy i nie bardzo nawet wiem o co chodzi. Co to znaczy, że “jest w archiwum”?

Ratujcie…

Chyba przejdę do Karrollity, bo tutaj trochę offtopuję, przepraszam.

Hm, ten “Fertysz Song” trochę jeszcze wymagał korekty… Niniejszym odrobiłam straty, mam nadzieję. Teraz powinno się czytać gładziej.

 

Nowa Fantastyka