- Opowiadanie: CountPrimagen - Folzja

Folzja

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

kam_mod

Oceny

Folzja

“Wszystko ma swój koniec.”

 

 

20 października, godzina 17:50

 

Kolejny raz pomarańczowe słońce chowa się za horyzontem, topiąc w ciemności pomarańczowe niebo. Teraz jest już ciemne i nie przykuwa uwagi, ja jednak wiem, że wciąż jest pomarańczowe. Dla mnie już na zawsze pozostanie pomarańczowe.

Siedzę przy oknie, patrzę na opustoszałe ulice i pytam się – na co mi była ta ciekawość? Czy naprawdę musiałem zaglądać w miejsca, których nawet legendy nie znają? Ale z drugiej strony, czy ktokolwiek inny by się temu oparł, gdyby był tak blisko? Może ty, czytelniku? Wątpię…

To już ostatnie chwile mojego życia i powiem ci, że koniec jawi mi się jako zbawienie. Wypieram pogrążające mą świadomość uczucie folzji i oczekuję śmierci. Czy całe miasto umrze przez moją głupotę? A może cała planeta? Jakie będą konsekwencje mego nieszczęsnego czynu? Nie wiem.

Co w takim razie powinienem zrobić? Niczego już nie naprawię, ale może zapiszę swoją historię by ktoś, kiedyś, mógł ją przeczytać i nauczyć się na moich błędach. Spojrzeć na tę jaśniejszą stronę życia i oczyścić umysł… Wyzbyć się uczucia folzji. Tylko czy jest to w ogóle możliwe, skoro płyta została odsunięta? Skoro jedno spojrzenie na zawartość dołu przywoła to piękne, smutne do rozpaczy wspomnienie?

Jakie wspomnienie? – pytasz, drogi czytelniku? Opowiem ci, a jakże… Opowiem o znaczeniu słowa folzja. Przynajmniej to nie powinno zaszkodzić…

 

*

 

Historia, którą pragnę  wam przekazać, wydarzyła się dzień wcześniej, zanim powietrze zmieniło kolor na pomarańczowy. Mimo że dziwne zjawisko powtarza się od lat tego właśnie dnia – dwudziestego października – wciąż żaden naukowiec nie był w stanie stwierdzić, jaka jest jego przyczyna.

Potwierdzone zostały zaledwie cztery fakty – oranż pokrywa nieboskłon począwszy od północnej dzielnicy, czyli okolic getta w którym mieszkam, w przeciągu godziny miesza się z powietrzem całego miasta i wreszcie – znika wraz ze zmrokiem. Czwarty fakt, pytacie? Cóż… To złożony problem, powiedzmy jednak, że kontakt z oranżem prowadzi do ciężkiej depresji, która przy najgorszym możliwym scenariuszu skutkuje śmiercią.

Doprawdy, trudno rozstrzygnąć, czym jest to spowodowane, jednak pomarańcz musi w jakiś sposób ingerować w pracę mózgu. Sprawia, że człowiek, który ma z nim kontakt popada w marazm, otępienie. Przestaje mu zależeć na czymkolwiek, łącznie z własnym życiem, odpuszcza. I wreszcie umiera… Czy to w wyniku wypadku czy samobójstwa, koniec jest zawsze taki sam.

Niebezpieczne zjawisko od ponad stu lat prześladowało miasto, zbierając żniwo wśród ciekawskich dzieci, pacjentów szpitalnych (szczególnie psychicznie chorych, którym wydaje się, iż doświadczają oświecenia) jak i bezdomnych (z wyłączeniem odpornych na nie narkomanów i alkoholików).

Naukowcy niezmiennie próbują zrozumieć, dlaczego część ludzi w kontakcie z oranżem umiera, podczas gdy inni – na przykład ćpuny – przeżywają dwudziestego października jak każdy inny dzień.

Brak sukcesów na tym polu poskutkował wprowadzeniem ochrony tymczasowej – maseczek na twarz, które choć nieskomplikowane, zapewniają bezpieczeństwo. Stanowią barierę między oranżem, a ludzką psychiką, która w swej omylności, utożsamia zjawisko ze skażeniem powietrza. Nic bardziej mylnego! Gdyby choroba atakowała drogą wziewną, cierpieliby nie tylko ludzie, ale i zwierzęta, których zachowanie wcale nie odbiega od normy.

Świat tego dnia wygląda niesamowicie, widziany jakby przez pomarańczowy filtr. Jaskrawy i tajemniczy. Ktoś nie znający tego zjawiska mógłby pomyśleć, że jest to efekt klasycznego zachodu słońca, ale wierzcie mi – jest zupełnie inaczej! Wyobraźcie sobie, że spoglądacie na świat przez okulary o pomarańczowych szkłach, a jednak wydaje się, że nigdy nie widzieliście dokładniej. Dostrzegacie istotę każdej rzeczy, jej prawdziwe oblicze, całe piękno. Powietrze iskrzy jakby było naelektryzowane, faluje niczym woda na spokojnym jeziorze. Pachnie łagodnie i słodko – kwiatami. Lśni jak tysiące słońc.

Mimo że wrażenie jest nieziemskie, niewielu poświęca czas na podziwianie go. To trochę jak fascynacja Wigilią – dla dzieci jest czymś niesamowitym, na co czekają przez cały rok, dla dorosłych – kolejną chwilą w życiu. Dlatego, gdy powietrze robi się pomarańczowe, wszystkie dzieci wlepiają oczy w świat za oknem, a ich opiekunowie dbają tylko, by nie wyszły na dwór. Bo wszystkie dzieci niezmiennie bardzo to pociąga i jest przyczyną sporadycznych tragedii.

No cóż, macie już mniej więcej świadomość, jak traktujemy i jak radzimy sobie z pomarańczowym powietrzem… Przejdźmy zatem do mojej historii.

 

19 października, godzina 11:35

 

– Wracaj, ty mały skurwysynu! – wrzasnęła moja matka do młodszego brata, nieświadoma, że w ten sposób obraża samą siebie. Sądząc po odgłosach, które rozległy się w następnej kolejności, brat nie posłuchał i matce pozostało wrócić do domu. Mruczała coś pod nosem, a w palcach obracała jedyny skarb rodzinny – medalik na przetartym rzemyku. Natychmiast weszła do kuchni i zapaliła kolejnego papierosa, ostatnio paliła zdecydowanie za dużo.

– Nic nie słucha ten twój brat. Przemówiłbyś mu do rozsądku, wiesz, że ojciec nie ma czasu.

Spojrzałem na nią kątem oka znad książki i bez słowa wróciłem do lektury. Mój należący do nizin społecznych ojciec był górnikiem i rzeczywiście w domu niemalże nie bywał. By zapewnić nam godziwy byt, a także odciąć się od popadającej w szaleństwo żony i nieszanujących go dzieci, zazwyczaj wybierał nocne szychty w sztolni, dnie poświęcając na odsypianie bądź spotkania z przyjaciółmi przy tanim piwie i jeszcze tańszym winie. Jeśli za cokolwiek go podziwiam, to właśnie za picie tego wina. Sam zapach może już odstraszyć, a połączenie go z mdło słodkim smakiem sprawia, że napój jest niemalże niezdatny do spożycia.

Dzisiaj na przykład, w ten właśnie sposób spędzał czas wolny. Nieobecny od kilkunastu godzin, zapewne w ogóle nie zaszczyci nas swoją obecnością i nie zahaczając o dom pójdzie do pracy. Czy to z mieszkania kumpla, czy może z pokoju kochanki – tego nie wiedziałem i niewiele mnie to obchodziło. Gorzej, że z powodu jego nieobecności będę musiał zająć się bratem. Wierzcie mi kochani, to bardzo nieznośny bachor.

– Pójdziesz ty po brata? Czy będziesz się wgapiał w te litery? – pytała dalej matka.

Ponownie na nią spojrzałem i westchnąłem na widok pokrytej zmarszczkami twarzy, wypłowiałych zmęczonych oczu i poprzetykanych siwizną włosów. Lekko rozchylone usta przytrzymywały papierosa, ukazując pieńki zepsutych zębów. Żal patrzeć. Matka nie przekroczyła jeszcze pięćdziesiątki, miała własny dom i do niedawna również pracę. Jak mogła tak się zapuścić? Dlaczego?

Nie znałem odpowiedzi na te pytania. Być może dlatego, że za mało z nią rozmawiałem, być może z powodu jej szaleństwa. To środowisko za bardzo mnie jednak wyniszcza. Sprawia, że się duszę, zabija kreatywne myślenie i ambicję. Folzja. Wszystko dookoła jest takie samo, jakby zamrożone w czasie – wszyscy każdego dnia wykonują te same denne czynności, jakby był to jakiś pieprzony rytuał. Jedzą, śpią i się pieprzą. Na więcej nie starcza im intelektu.

Z tych powodów zamknąłem się w sobie i odizolowałem od otoczenia. Czytałem, by wreszcie wyjechać na studia, opuścić tę szaroburą kamienicę. Tę dzielnicę. To miasto. Choć właśnie owe uczucia stanowią osnowę opowieści, chyba za bardzo odbiegam od tematu.

Wiedząc, że jeśli niczego nie zrobię, nigdy nie da mi spokoju, zamknąłem z trzaskiem książkę i wstałem. Kuchenne krzesło jęknęło z ulgą, jakby jego katorga skończyła się raz na zawsze – nic bardziej mylnego, za chwilę usiądzie na nim matka. Na jego nieszczęście, było jedynym kuchennym krzesłem jakie mieliśmy.

Podszedłem do lodówki i uchyliłem jej poobijane drzwiczki. Zawiasy zgrzytnęły z irytacją – mówię wam, ten dom ma mnie dość! Nie zważając na ich skargi spojrzałem do środka i po chwili zastanowienia wyjąłem puszkę taniego piwa. Należało do ojca, ale wątpiłem, by miał do mnie jakieś pretensje. Tylko ja nadawałem sens jego życiu.

Matka wodziła za mną zniecierpliwionym spojrzeniem, czekając aż wreszcie wyjdę. Ja jednak wziąłem jeszcze jabłko z koszyka na blacie i umyłem je w strumieniu brudnej od rdzy wody. Chciałem wytrzeć w ścierkę, ale jeden rzut oka upewnił mnie, że wtedy dopiero bym je ubrudził. Wzruszyłem więc ramionami i wyszedłem do przedpokoju.

Wszędzie śmierdziało pomidorową, której miskę matka wylała tydzień temu. A raczej rzuciła ową miską w wymykającego się brata. Nie trafiła. Miska wspaniałym lotem pokonała połowę przedpokoju, po czym lądowała twardo na wykładzinie rozlewając dookoła zawartość. Posprzątać nie było oczywiście komu, dlatego pomidorowa wsiąkła pozostawiając po sobie ciemniejszą plamę, nitki makaronu i wszędobylski zapach. Woń, której się już chyba nigdy nie pozbędziemy.

Nie zatrzymując się wyszedłem z domu (buty od początku miałem na nogach, w mieszkaniu taki syf, że nie opłaca się ściągać), prosto na klatkę schodową. Tutaj klasyka – brudne, trzeszczące schody, worki ze śmieciami przed drzwiami mieszkań, odchodzące od ścian płaty popękanego, beżowego tynku. Ohyda. Starając się wstrzymać oddech na jak najdłużej, zbiegłem po schodach z drugiego piętra na nieco schludniej wyglądające podwórze.

Parking dla tych wybrańców którzy posiadali samochód, ścieżka z rosnącymi przy niej drzewami, trzepak, zdewastowany przez miejscową hołotę (i mojego brata) plac zabaw, no i to, co było tu najbardziej na miejscu – kryty blaszaną wiatą śmietnik. Jakiś żulik właśnie korzystał z jednego z kontenerów, zaciekle poszukując kawałków metalu, czy puszek na sprzedaż. Był bardzo zmotywowany, właściwie większość jego ciała tkwiła w śmierdzącym pojemniku.

Wreszcie odwrócił się i uśmiechnął do mnie, prezentując uzębienie gorsze od mojej matki, na co krótko skinąłem mu ręką. Koszulka Supermana – znałem tego żula (czy raczej byłem świadom jego istnienia, znajomość z żulami nie jest tym, co uważałbym za chwalebne) i dlatego też nie wystrzelił w moim kierunku pytania: „Jakieś drobne dla włóczęgi, kierowniku?”. Miał świadomość jaki jestem biedny. Nic krzepiącego.

Zastanowiłem się, gdzie też mógł zawędrować mój porzucony przez Boga brat po czym niezdecydowanie ruszyłem w kierunku wyjścia z getta – bramy mojego świata. Tak, napisałem to z pełną świadomością. Dwie kamienice naprzeciwko siebie, między nimi podwórze które wam przed chwilą opisałem, dookoła mur. Tak wyglądało nasze getto, tu mieszkali wszyscy moi znajomi i znajomi moich znajomych. Większość chodziła (a przynajmniej była zapisana) do tej samej, oddalonej o dwieście metrów szarej szkoły i do tego samego sklepu na rogu. Nazywał się „U Romana”, na cześć swego właściciela, a naszego boga. Roman stanowił pomost między gettem, a resztą świata. Był odpowiednikiem Charona, który jednak zamiast dusz, prowadził skazanych na potępienie. I to w jednym kierunku – do naszego światka. Był jedynym człowiekiem, który znał ludzi nie związanych z gettem. Który zadawał się trochę z nami, a trochę z nimi.

Wspominam o Romanie, gdyż był on pierwszą osobą o której pomyślałem. Były dokładnie cztery powody, dla których mój brat mógł do niego pójść, czyli: alkohol, spotkanie z kumplami, hazard i poszukiwanie nielegalnej pracy. Kolejność jest nieprzypadkowa, brat nie był osobą zbyt pracowitą… Ale któż poza mną w getcie był?

Idąc ulicą kopałem śmieci i rozkoszowałem się jednym z ostatnich ciepłych dni. Wiatr przyjemnie smagał mi włosy, słońce ogrzewało skórę. Już wkrótce miała się zacząć Coroczna Ostateczna Walka o Przetrwanie, znana w szerokim świecie jako zima. Jak zwykle zabierze najsłabsze jednostki do piekła (bo z getta do nieba nie prowadziła żadna droga, nawet przez Romana), a opuszczone domy wypełnią się imigrantami – legalnymi i nielegalnymi. Wtedy, na wiosnę, kiedy to żule wychyną ponownie na ulicę niczym przebiśniegi zapowiadając cieplejsze dni, rozpocznie się akcja Odstrzel Czarną Dupę. Nazwa dość niefortunna, gdyż nie ma nic wspólnego ze strzelaniem, a osoby do których jest kierowana, niekoniecznie muszą być rasy negroidalnej. Świetnie nadadzą się również Mulaci, Wietnamczycy, Cyganie… Lista jest długa, chodzi w każdym razie o to, że oczyszczamy getto ze wszystkich którzy nam się nie podobają na wszelkie możliwe sposoby. Wolna amerykanka.

Kiedy już pozbędziemy się ostatniego intruza, a policja przymknie tych, którzy nie byli zbyt sprytni w okazywaniu tym ludziom naszej gościnności, nadejdzie druga fala imigrantów. I znów powtarzamy akcję, jeśli trzeba… Zwykle jednak nie trzeba, renoma naszego getta przekracza jego mury. Następuje zatem etap przyjaźni i poznawania nowych sąsiadów – jeden z przyjemniejszych okresów życia w getcie.

Teraz, w październiku, trwają natomiast przygotowania do zimy, wszyscy imają się drobniejszych i większych prac, by zaoszczędzić trochę grosza i zapewnić sobie (swojej rodzinie?) bezpieczną zimę. Stąd pomysł, że mój brat mógł zawędrować do Romana.

Opuściłem getto przez bramę, skręciłem w prawo, poszedłem do samego skrzyżowania. Będąc przy murze getta, czułem się niemal jak w jego obrębie. Zresztą, chyba nie tylko ja miałem takie wrażenie – przypadkowi przechodnie przechodzili drugą stroną ulicy.

Na rogu dwóch ścian getta, przy skrzyżowaniu, znajdował się sklep „U Romana”. Poza tym, hipotetyczny turysta mógł również zwiedzić warzywniak, którego właścicielką była Babcia (tak, z dużej litery). Była to jedyna rzeczywiście stara osoba mieszkająca w getcie i miała plecy mocniejsze nawet niż Roman. Była naszą wiedźmą, guślarką, mędrczynią, wodzem naszego klanu. Z racji wieku wszyscy jej słuchali. Wyglądała zaś tak, że większość rodziców straszyła nią swoje dzieci – gruba, rozlazła, z żółtą, pomarszczoną jak stara cytryna skórą i wodnistymi oczkami ukrytymi za okularami przeciwsłonecznymi. Paskudne babsko, ale ją kochaliśmy…

Szkoła znajdowała się niewiele dalej, trzeba było tylko przejść przez skrzyżowanie (co dla dzieci było niemal jak wejście w dorosłość, pierwsze rozstanie z gettem…) i minąć dwa budynki. O szkole nie będę jednak opowiadał. Dla mnie to już przeszłość, a historia która mi się przytrafiła, nie ma nic z nią wspólnego.

– Dobry – mruknąłem, gdy tylko pokonałem dwa wyszczerbione stopnie i otworzyłem zakratowane drzwi.

– Cześć, Cichy – przywitał się Roman. – Co słychać?

– Brata szukam.

– Nie było go tutaj. Mam natomiast ciekawą robótkę, jakbyś był zainteresowany… Coś akurat dla ciebie. Dobrze płatnego. Idealnego przed zimą.

– Pomyślę – odparłem, szykując się do wyjścia.

– Może wymkniesz się z getta – dodał Roman na odchodnym, znając moje zamiary.

Przynęta nie chwyciła. W tej chwili byłem zajęty poszukiwaniem brata, a nadzieja na opuszczenie getta ledwie się tliła, zbyt wątła, by słowa sklepikarza zdołały ją rozpalić. Folzja. Już wtedy ją czułem, choć nie wiedziałem jeszcze, jak mocno…

Zniechęcony poszukiwaniami wróciłem do getta i skierowałem się w głąb tego pożerającego człowieczeństwo potwora. Doprawdy, byłem w stanie winić to miejsce za to, co zrobiło z zamieszkującymi je ludźmi. Winiłem je za całe zło jakie mnie w życiu spotkało. Nienawidziłem go.

Gdzieś przede mną stała paczka wygolonych osiłków. Każdy z puszką piwa w ręku i skrętem w ustach. Gadali, pluli na ziemię i wykłócali się czyj pies jest groźniejszy. Niejeden zastanowiłby się, czy nie zawrócić, nie zejść im z drogi. Ja się nie bałem – to byli moi koledzy. Niechciani koledzy.

– Cześć, Cichy – przywitał się jeden z nich.

– Przechodził tędy Dawid? – spytałem.

– Tak, tak… Do Tunelu polazł. Coś nie w nastroju jest dzisiaj – odpowiedział inny osiłek, z ogromnym rottweilerem na smyczy. Obroża psa nabijana była grubymi, srebrnymi kolcami.

– Olej go i chodź z nami Cichy – dodał inny, dla odmiany z bulterierem na łańcuchu. – Poznam cię z Błękitną.

– Kiedy indziej – mruknąłem i minąłem ich. Skoro mój brat poszedł do Tunelu, nie miałem za wiele czasu. W każdej chwili mógł stać się niezdolny do czegokolwiek poza oddychaniem i ślinieniem się. Wybrał trawkę, a może i coś gorszego. Tunel nie cieszył się dobrą reputacją nawet wśród mieszkańców getta.

Minąłem zaniedbaną, od lat nieużywaną studnię i rząd obskurnych balkonów, na których sąsiedzi suszyli pocerowane, znoszone, dziedziczone z pokolenia na pokolenie ubrania. Niektórzy obserwowali mnie z okien zmęczonymi, pustymi oczami, pozostali ignorowali, zatopieni we własnych ponurych myślach.

W głębi getta znajdowała się rupieciarnia. Tutaj mieszkańcy wyrzucali (i stąd pobierali) sprzęt domowego użytku, taki jak krzesła, kanapy, lodówki i szafki. Następnie przedmioty owe powinny zostać zabrane przez przyjeżdżające raz na kwartał służby, ale prawdę mówiąc nie pamiętam, by w trakcie mojego życia ktokolwiek odwiedził getto. Sprzęt niszczał pomału na słońcu i w deszczu, o ile nie został przygarnięty przez kogoś biedniejszego niż poprzedni właściciel. Jeśli tak się nie działo, przydatność tych rzeczy wykorzystywali już tylko włóczędzy, spędzając dnie i noce w naszej poczciwej rupieciarni. Teraz również moim oczom ukazała się trójka bezdomnych, siedzący w pozbawionych sprężyn, zapadniętych fotelach i raczących się tanim winem. Minąłem ich bez słowa. Mojego ojca na szczęście z nimi nie było.

Obszedłem rupieciarnię, kierując się do ukrytej za nią wyrwy w murze. Nie mam pojęcia w jaki sposób powstała, niemniej dzięki jej istnieniu mieszkańcy getta zyskali dodatkowe wyjście z tego więzienia woli. Uważając by nie złamać nogi, przeskoczyłem pokruszone cegły i pogięte, przerdzewiałe pręty zbrojeniowe, po czym zbliżyłem się do nasypu kolejowego. Nadjeżdżał pociąg.

Poczekałem aż przejedzie i przeszedłem przez wciąż drżące tory. Żar rozgrzanego metalu czułem pomimo butów – pociąg był długi, a moje obuwie pamiętało przynajmniej trzech właścicieli. Podobnie jak reszta garderoby było zmęczone swą zbyt długą egzystencją.

Linia kolejowa przebiegająca zaledwie dwa metry od ścian getta, stanowiła kolejny czynnik pogarszający jakość życia w dzielnicy. Niezwykła popularność jaką cieszyła się wśród pociągów sprawiała, że mieszkańcy nie mieli lekkiego życia. Smród i hałas. Niezmiennie, bezustannie.

Po torowisku walały się śmieci, wśród których dominowały oczywiście pety i butelki po piwie, sporo było też ludzkich odchodów i pokrywającego kamienie szczelną, cuchnącą powłoką moczu. Smród był potworny, ja jednak byłem przyzwyczajony. Właściwie ciągle oddychałem zanieczyszczonym powietrzem, przywykłem.

Kiedy już upewniłem się, że bezpiecznie przekroczyłem pole minowe, zszedłem z nasypu i zagłębiłem się w niewielkim lasku. Wyznaczona przezeń droga była w całości dziełem mieszkańców getta. Nikt poza nami tędy nie przechodził.

Parę metrów dalej, z prawej strony minąłem polanę, na której o tej porze znajdowały się tylko przeżarte przez mole, podziurawione materace i wygaszone ognisko. Obok stało kilka pieńków do siadania i imitująca ławkę kłoda.

Rozległa polana umożliwiała zgromadzenie niemal wszystkich mieszkańców getta i była dla nas miejscem wesel, a nawet festynów, o ile tak dostojnym terminem można opisać nasze małe święto. Zwykle raz do roku, a czasem niestety rzadziej, wydawaliśmy „U Romana” większość zaoszczędzonych pieniędzy, by kupić pęta kiełbas, bochny chleba i oczywiście całe galony alkoholu. Dorośli rozpali ogromne ognisko, przy którym bawiliśmy się cały wieczór i noc, umilając sobie życie muzyką, rozmowami i różnymi grami, których na festynie nie powinno przecież zabraknąć. Tak, uczestnictwo w festynie było najwspanialszą chwilą, jakiej mogłeś, drogi czytelniku, zaznać w getcie.

Tym razem polana była pusta i nieuprzątnięta. Dobrze, nieuprzątnięta jest zawsze – nie ma sensu o tym wspominać… Wśród śmieci dostrzegłem sylwetkę Heńka Wszawej Brody – jak zwykle narąbanego w trzy dupy, nieprzytomnego. Niegdyś razem z moim ojcem pracował w kopalni, jednak przez problemy z alkoholem został odprawiony i od tej pory czas spędzał już chyba tylko na polanie. Nie wróżyłem mu kwiecistej przyszłości, ale komóż bym taką wróżył? Czyż życie każdego z nas nie potoczy się tę samą ścieżką? Czy każdy nie skończy w ten sam sposób? Pogrzebany w plugawej ziemi getta? Naznaczony przeklętym stemplem folzji?

Bez wahania minąłem polanę i śpiącego Heńka, przy którym prędzej spodziewałem się zastać ojca, niż brata. Mozolnie przedzierałem się przez wyłożoną popękaną kostką brukową ścieżkę, ze swej drogi odgarniając monstrualne łodygi pokrzywy, ostrożnia polnego i krwawnika pospolitego. Chwasty. Najpiękniejsze rośliny getta.

Omijając znaczące ścieżkę psie odchody, wyszedłem na zaniedbaną drogę do Starego Dworca. Budynek znajdował się niecały kilometr dalej, a prowadził do niego Tunel, w którym być może znajdę brata.

Dworzec stracił na znaczeniu około stu lat temu (dowiedziałem się tego od Babci), kiedy to postawiono nowy budynek i zrewolucjonizowano transport kolejowy naszego miasta. Używane dotychczas linie kolejowe straciły na znaczeniu, perony zostały przeniesione, a lokomotywy wymienione na nowsze modele. Stare wagony, jak i cały budynek dworca, stały się schronieniami dla wszelkiej maści kloszardów i ćpunów, wśród których znajdowali się również ci niebezpieczni dla społeczności. Również tak blisko z nimi spokrewnionej jak my – mieszkańcy getta. Dlatego właśnie mój niepokój o brata narastał. Tunel był miejscem zasiedlonym przez takich właśnie ludzi. Obcych nam i wrogich.

Dawne torowisko znałem równie dobrze, co każdy mój znajomy, czy to ojciec, czy brat, czy nawet Heniek. To tutaj każdy z nas spędzał dzieciństwo – ganiał się z kolegami, bawił w chowanego i przelizywał pierwszą dziewczynę. Pewnie właśnie tu, wśród nieużywanych torów i porastającej je, dziewiczej roślinności znajdę za kilka godzin osiłków z psami i Błękitną… I może się do nich przyłączę? Wszak do tego czasu brat powinien już bezpiecznie siedzieć w domu.

Ze względu na podmokły grunt przeprawa nie była zbyt wygodna, jednak znajomość terenu sprawiła, że nieco później stanąłem u wejścia do Tunelu. W głębi duszy modliłem się, by Dawid wciąż gdzieś tam był – nie uśmiechała mi się wycieczka do Starego Dworca. Niby nie miałem przy sobie niczego cennego, ale zamieszkujący go ludzie słynęli z tego, że lubili spuścić wpierdol dla samej przyjemności czynienia krzywdy. Znałem przypadki, gdy pobili niewinnego człowieka, rezygnując nawet z okradania go. To było przerażające – choćby ofiara próbowała przekupić swoich oprawców, nie przyniosłoby to żadnego skutku…

– Cichy. Kopę lat – przywitał się ze mną człowiek u wejścia do Tunelu. Po tonie jego głosu wywnioskowałem, że wcale nie cieszy się na spotkanie ze mną. Nieważne.

– Był tu Dawid? – spytałem.

– Ano był, był… Pewnie jest jeszcze gdzieś na dole, wbijaj Cichy, śmiało…

Skorzystałem z zaproszenia i stawiając ostrożnie stopy na popękanych, mokrych od wody, moczu i wymiocin stopniach zszedłem na samo dno Tunelu.

Było to naprawdę przerażające miejsce pełne nieszczęśliwych ludzi, czytelniku, z pewnością nie życzę ci, byś kiedykolwiek się tu znalazł… Nieoświetlone, mierzące niecałe dwa metry przejście wypełnione było leżącymi przy ścianach, pojękującymi ludźmi. Odór niemytych ciał unosił się niczym chmura zarazy, wywoływał odruch wymiotny już przy pierwszym wdechu. Jęki i szlochy dopełniały obrazu nędzy i rozpaczy, zwiastowały przykry koniec każdego z tych nieszczęśników. Przerażało mnie, jak potencjał ich życia został zmarnowany przez nałóg, jak z własnej woli odebrali sobie nadzieję na lepsze jutro. Byli marionetkami mściwej przyszłości, ludźmi skazanymi na śmierć w męczarniach… Gwałtowniej, bardziej boleśnie, a jednak podobnie do nas – mieszkańców getta. Folzja. Znaczenie tego terminu coraz częściej rozbrzmiewało w mej głowie, choć nadal nie znałem samej nazwy.

Dochodzące z dworu światło było tak nikłe, że aby rozpoznać, czy sylwetka przy ścianie należy do klienta, czy pośrednika, z którym najpewniej próbowałby się skontaktować Dawid, musiałem pochylić się nad twarzą, a nawet wyszeptać kilka słów. Jak pewnie zdążyliście się zorientować, nie należę do zbyt rozmownych osób.

Wilgoć i przebiegające między nogami szczury nie były niczym nowym w Tunelu. Popiskujące, opasłe kształty bezustannie kursowały między kratkami odprowadzającymi nieczystości, a ciałami nieprzytomnych, umierających ofiar narkotyków. Były szare, grube i szczęśliwe – ludzie wprost przeciwnie.

Starając się nie narazić żadnemu ze zwierząt szedłem w głąb Tunelu, aż wreszcie napotkałem pośrednika – podobnie jak pozostałych, mężczyznę okrywały łachmany, siedział jednak względnie spokojne, a w jego oczach, zamiast głodu, dominowała ekstaza.

– Kto ty? Chcesz czego?

– Szukam brata. Gówniarz. Jasne włosy, niebieska kurtka, czysty – powiedziałem, choć brat na miano czystego z pewnością nie zasługiwał. – Na imię mu Dawid.

– Taaaak, wiem o kim mówisz – odparł pośrednik, wyraźnie niezadowolony, że mu przeszkadzam. – Był tutaj, skierowałem go do Starego Dworca.

– Dzięki – odparłem, w ponurym nastroju kierując się w głąb Tunelu. Ten dzień stawał się coraz gorszy. Co Dawidowi odbiło, by kupować narkotyki? Muszę przyspieszyć, może jeszcze zdołam go powstrzymać.

– A ty niczego nie chcesz? – pytał mnie jeszcze mężczyzna. – Mogę ci załatwić Mocarza, Cipacza… Nawet Krokodyl się znajdzie, jeśli nie jesteś przy kasie…

– Nie – odparłem z taką stanowczością, że pośrednik zamilkł. Krokodyl… Tani substytut heroiny, narkotyk od którego gnije ciało. Tego zdecydowanie nie chciałem próbować.

Wyminąłem proszącego mnie o drobne wykolejeńca, wyślizgnąłem się z rąk kolejnego, który dla odmiany chciał mnie okraść (nie powiodło mu się, gdyż nie miał z czego, ha ha ha), wreszcie przedarłem się do wyjścia z Tunelu. Tego po przeciwnej stronie od getta, wychodzącego na Stary Dworzec. Brrr.

Monumentalna, a zgarbiona i słaba, przedwieczna, a wciąż pełna złowróżbnej energii, fasada głównego budynku spoglądała na mnie pustym wzrokiem ciemnych okien. Obłupanego tynku. Potrzaskanych kolumn i rozbitych dachówek. Po placu walały się odłamki cegieł, szkło potłuczonych butelek i papierzyska. Gazety, broszury, reklamówki, wszystko w potępieńczym tańcu na wietrze utraconej przeszłości tego miejsca.

Obraz, który przed wami roztaczam jest może nieco przerysowany, dobrze jednak oddaje wrażenie, jakie zrobił na mnie Stary Dworzec. Był potworem równie przerażającym co getto, młodszym, bardziej dzikim i nieobliczalnym. Tak mi się przynajmniej wówczas wydawało, czy jednak nie dlatego, że sam nosiłem insygnia górniczego osiedla? Jak by na to nie patrzeć, byłem cząstką przedwiecznego potwora, który mnie zrodził… Folzja odezwała się w mym sercu silniej, niż dotychczas. Gorycz i frustracja człowieka, który stanął naprzeciw przeszkody, której nie jest w stanie przekroczyć.

Przygnała mnie tu potrzeba odnalezienia brata, dlatego – choć wiedziałem, jak głupio postępuję – podszedłem do głównego gmachu. Gazety szeleściły, ocierając się o moje nogi. Dawid musiał gdzieś tu być.

Wnętrze Starego Dworca – obszerna sala z potrzaskaną posadzką i skrytymi w mroku zakątkami, przywitała mnie smrodem równie paskudnym co w Tunelu, zawiesistą, napiętą atmosferą i pytaniem:

– A ty tu czego mały? – chrypnął mężczyzna, zbliżając się do mnie. – Zgubiłeś się w katakumbach kolejarzy? My tu wszyscy jesteśmy kolejarze, he he. Rozumisz?

– Szukam brata – powtórzyłem zdanie, niczym mantrę. Który to już raz dzisiaj? Mężczyzna nie sprawiał wrażenia zainteresowanego, szczerze mówiąc, wyglądał jak ćpun, albo zombie. Ziemista cera, rozbiegane oczy, zaciskające się bezustannie ręce, którym dla dopełniania wizerunku brakowało jedynie tkwiącej między palcami szyi ofiary. Pożerana przez martwicę noga – ofiara Krokodyla. Ćpun, na dodatek na głodzie.

– Brata szuka! – roześmiał się, nie dając mi przedstawić opisu Dawida. Dołączyło do niego kilku kolejnych ćpunów, otaczając mnie ze wszystkich stron.

Moja relacja może się wydawać nadzwyczaj opanowana, biorąc pod uwagę sytuację, w jakiej się znalazłem, wyjaśnię wam więc przyczynę mojego spokoju: Wywodzę się z getta, ludzie mnie nienawidzą. Uczęszczając jeszcze do szkoły (nadzwyczaj pilnie, w przeciwieństwie do moich rówieśników), nieraz spotykałem się z upokorzeniem i niechęcią, kpinami i pomstami. Również z bólem. Nauczyłem się z tym żyć. Jedyny żal, jaki w tej chwili czułem, związany był z moją własną głupotą. Uwierzyłem mężczyźnie, który swojego klienta skierował do Starego Dworca, gdzie nie miał prawa przebywać żaden diler… Dlaczego ja mu w ogóle uwierzyłem? Czy Dawid również mu uwierzył? A jednak – pełen pogardy dla tego środowiska, mierzący dalej i wyżej, pełen ambicji, a jednak przepełniony folzją, pozwoliłem, by moja czujność stępiała, dałem się nabrać ćpunowi w stanie maniakalnym. Wstyd.

Pierwszy cios padł ni stąd, ni zowąd, prosto w głowę. Zatoczyłem się do tyłu, uniosłem ręce w obronnym geście, jednak napastnicy mieli przewagę… Pięciu na jednego, słabego mnie. Inteligencika. Cichego.

Zrozumiawszy swą klęskę, opuściłem gardę i uśmiechnąłem się sardonicznie do oprawców. Nie dam im satysfakcji, nie będę płakał, prosił o litość. To i tak nic ni da…

Pięść. But. Otwarta dłoń i znowu kopniak. W głowę, nerki, ręce, którymi mimowolnie starałem się osłaniać. Plwocina na policzku. Wreszcie ciepła, spływająca po czole krew. Od razu skojarzyła mi się z miską zupy pomidorowej. Dlaczego? Chyba już tracę świadomość…

Stary Dworzec roześmiał się grzmotem porywistego wiatru, zakpił z mej głupoty. Gazety i reklamówki szeleściły, wtórując mu obelżywą owacją. Głosy ćpunów stopniowo milkły…

 

20 października, godzina 7:10

 

Właściwie nie wiedziałem która była godzina kiedy odzyskałem przytomność, przyjmijmy jednak, że siódma dziesięć. Dlatego, że obudziłem się zaledwie kilka minut przed wschodem słońca. Na moje nieszczęście… Na nieszczęście całego świata.

Motywowany śpiewem ptaków (czyli wzgardliwymi głosami gawronów), podniosłem się chwiejnie i rozejrzałem. Torowisko. Nie wiem dokładnie gdzie, ale zapewne nieopodal Starego Dworca. Dlaczego się tu znalazłem? Może uciekałem? A może ćpuny zabrały mnie w to miejsce z jakiegoś powodu? Nie mam pojęcia, aktualnie większym zmartwieniem był stan mojego ciała. Obolałe, okrwawione i drżące z zimna. Pod koniec października noce były już chłodne.

Dochodząc do wniosku, że w pierwszej kolejności muszę wrócić do domu i zadbać o zdrowie, rozejrzałem się próbując określić położenie. Przy oddychaniu nieznośnie bolały mnie żebra, jedno, a może kilka, z pewnością było złamane. Miałem zawroty głowy i widziałem niewyraźnie – zapewne doznałem wstrząśnienia mózgu, oby nie gorzej… Cóż, nie będę zanudzał cię moim stanem, czytelniku, gdyż nie to stanowi kanwę tej opowieści.

Gdy już upewniłem się, że dam radę wrócić do domu, przekroczyłem zagradzające drogę krzaki i dotarłem do zarośniętych, nieużywanych torów. Jeden rzut oka uświadomił mi, w którą stronę powinienem iść.

Stąpając ostrożnie po podkładach kolejowych, zbliżałem się krok po kroku do celu. Prawdę mówiąc, znajdowałem się bliżej getta niż myślałem, jednak drzewa zasłaniały mi widok budynków, a intuicja wciąż kuliła się obolała gdzieś, w głębi umysłu. Dlatego szedłem wzdłuż torów, szukając jakiegokolwiek charakterystycznego punktu.

I kiedy słońce wychynęło zza horyzontu, ozłacając korony drzew poświatą, moim oczom ukazała się oranżowa plama. Niczym nowotwór pożerający zdrową tkankę, rozrastała się przysłaniając prawidłowe, przezroczyste powietrze. Śmiercionośne skażenie rozprzestrzeniało się zastraszająco szybko, z każdym podmuchem wiatru zdobywając kolejne metry.

A ja nie miałem maski. Zgroza przerwała pętające mą wolę otępienie, zerwałem się do biegu. Nie na ślepo, w las, tylko bezpośrednio ku źródłu pomarańczowej aury. Z głupią nadzieją, że być może zdołam zablokować jej napływ, z ciekawością, skąd się wydobywa.

Naturalnie, przemknęła mi myśl o ucieczce, zdołałem jednak zachować zdrowy rozsądek i nie zawróciłem. Zjawisko rozszerzało się zbyt dynamicznie, wiedziałem o tym równie dobrze, co wszyscy wstający ze świtem ludzie w mieście. Ledwie wzejdzie słońce, świat jest pomarańczowy… Oranż rozrasta się bardzo szybko, niedostrzegalnie…

Jak się zapewne domyślacie, dopisało mi szczęście, choć gdyby nie to, że byłem tak blisko celu, zapewne od dawna leżałbym półmartwy przy torach, zrozpaczony czekając na śmierć. I nie poznalibyście tej historii.

 Stało się jednak inaczej – odruchowo wstrzymując oddech, pozwoliłem by ogarnęła mnie pomarańczowa aura i zawierzając intuicji, poszedłem w kierunku, z którego jak mi się wydawało wzleciał pierwszy kłąb oranżu.

.

Zrobiłem pierwszy wdech tego świństwa… I żyję. Smak ma gorzki, jednak pachnie kwiatami… Zdumiewające jaką gorycz czuję, jak potężnieje z każdym wdechem. Rozpacz za porzuconą nadzieją. Frustrację z powodu getta – środowiska, które uniemożliwia mi rozwój… Bo cóż mogę osiągnąć, będąc napiętnowany? Nikt mnie nie będzie chciał zatrudnić, bez pieniędzy nie poradzę sobie na żadnych studiach, co mnie czeka? Folzja po kres?

To był grób. Zrozumiałem to, gdy tylko dostrzegłem starą, kruszącą się, betonową płytę. Była solidna, a jednak przez środek przechodziła odsłaniająca zawartość szczelina. Drobne pęknięcie, które najwidoczniej wystarczyło, by pomarańcz rozlał się na świat.

Będąc świadom, jak głupio w tej chwili czynię, zbliżyłem się jeszcze bardziej i położyłem poranione ręce na płycie. Słabłem coraz bardziej, życie zdawało mi się już tylko błahostką, a jednak ciekawość wciąż gorzała. Co jest pod spodem?

Stękając z wysiłku odsunąłem mniejszy fragment pękniętego bloku i przeciągnąłem go po trawie, odsłaniając płytki dół.

……………………………………………………………………………………….

Będąc dzieckiem słyszałem, że dusza ludzka po śmierci wcale nie musi opuścić naszego świata. Jeśli uczucia umierającej osoby okażą się dostatecznie silne, mogą zatrzymać ową eteryczną cząstkę, przywiązać ją do miejsca w jakiś sposób ważnego dla tej osoby. Przekształcić duszę w ducha… Istnieje wiele takich historii, dlatego uspokoję cię, czytelniku – to nie jest opowieść o duchach. To, co ujrzałem w dole, było raczej wspomnieniem, znajomą mi pamiątką…

Skupiłem wzrok na skrywanej w ciemności zawartości dołu i nagle, jakby pomarańcz rozgonił mrok, dostrzegłem złoty medalik. Taki zwykły, na rzemyku, z klapką, która umożliwiała umieszczenie we wnętrzu zdjęcia. Medalik mojej mamy.

Nie rozumiejąc, jak to w ogóle możliwe, wyciągnąłem drżącą rękę i otworzyłem go, spoglądając na fotografię. Tę samą, przedstawiającą mężczyznę w sile wieku i dwie dziewczynki. Dwie dziewczynki. Szczególnie tę jedną, która, która… Była taka szczęśliwa. Niespotykane, by twarz ta należała do mieszkańca getta. Dziewczynka nie pasowała do tego obrazka, była szlachetną skazą na plugawym obrazie rzeczywistości. Nadzieją wśród beznadziei, deszczem radości i gradem ambicji. Dobrem wcielonym…

Według rubryk nazywała się Helena, jednak poza nauczycielami nikt tak się do niej nie zwracał. Dla mamy była Helcią, dla kolegów – Helą, sąsiedzi zwali ją Elen, natomiast ukochana siostra mówiła Lusia. Dla mnie jednak, jak i dla jej ojca, do którego należy to wspomnienie, już na zawsze pozostanie Nel.

 

~~~

 

19 października, godzina 19:45, kiedyś

 

Mój dom, moje getto. Stare osiedle górnicze, tak ciasne, a jednak przytulne, pomyślałem, siorbiąc gorącą zupę. Pożywną, gęstą od pływającego w niej ryżu pomidorową, która przynajmniej na chwilę oszuka mój głód. W budce dróżnika i tak będę musiał coś przekąsić.

– Masz tu pieczeń i trochę ziemniaków, Andrzej – powiedziała moja siostra Dorota, stawiając na stole szczelnie opakowany garnek z kolacją. – Podgrzej sobie jak zgłodniejesz.

– Żaaaarłok. Je obiad na kolację – powiedziała Nel, śmiesznie wydymając policzki. Siedziała na krześle naprzeciwko, jak to Nel, na kolanach, a nie pośladkach i wpatrywała się we mnie. Moja ukochana, jedenastoletnia córeczka. Promyczek światła przenikający skażone górniczym pyłem powietrze.

– Uważaj, żeby i ciebie tatuś z rozpędu nie pożarł na kolację – odparłem, kończąc pomidorową. Nel zareagowała swym charakterystycznym, melodyjnym śmiechem, w którym pobrzmiewały niemal nieuchwytne tryumfalne nuty. Urzekający dźwięk, który potrafił rozweselić każdego mieszkańca getta, nawet w najbardziej podły dzień.

– Odprowadzę cię, tato – dodała, zeskakując na podłogę, odgarniając z twarzy jasne kosmyki. Zachowywała się jak mała dama, byłem przekonany, że wyrośnie na piękną kobietę.

Postępując w ślad za moją Nel, wziąłem w jedną rękę garnek, w drugą torbę, nasunąłem buty i wyszedłem z mieszkania. Korytarz jak zwykle zaśmiecony, na ścianie przyschnięta plama wymiocin. Siedząca na schodach, paląca papierosy młodzież. Mijając grupkę, Nel z przestrachem zasłoniła usta rączkami, wciąż jednak oddychała przez nos. Westchnąłem…

Na zewnątrz jesień już na dobre zawładnęła światem. Bezmiar żółtych, brązowych i pomarańczowych liści zaścielił chodnik malowniczym dywanem natury. Nel z satysfakcją przebierała w nim nogami, zauroczona szelestem, wydawanym przez zeschłe liście.

Opuściliśmy bramę getta i nie oddalając się od muru, ruszyliśmy w dół ulicy, w kierunku przejazdu kolejowego. Mijając ludzi, spoglądałem na ich wykrzywione niechęcią twarze. Mieszkaniec getta, nędzarz, zakała, prostak, złodziej – te myśli odbijały się w obliczach przechodniów, jak w najczystszym zwierciadle. Biedne, brudne dziecko, latorośl alkoholików – dostawało się również Nel.

Nawet nie wiecie, jak się mylicie, pomyślałem ze złością, widząc jak pogodnie podchodzi do wszystkiego dziewczynka. Przeskakiwała pęknięcia i linie łączące płyty chodnikowe, podnosiła kasztany i żołędzie, każdego mijanego człowieka raczyła uśmiechem i serdecznym „Dzień dobry”. Była urocza, czysta, dobrze wychowana. A jednak wszyscy spoglądali na nią z jawnym obrzydzeniem, odsuwali się ze wstrętem. Bękart z getta.

Opinia ta, choć krzywdząca, ma jednak swoje uzasadnienie. Mieszkania o najniższym możliwym standardzie, osiedle otoczone murem, brak stałego dostępu do ciepłej wody i prądu – to wszystko sprawiło, że w getcie osiedlili się ludzie ubodzy, często górnicy z dużymi rodzinami na utrzymaniu. Później zaczęli przychodzić imigranci i z roku na rok reputacja osiedla się pogarszała.

Epitety, którymi obrzucały mnie spojrzenia ludzi „lepiej sytuowanych” z pewnością mogły odnosić się do części z moich sąsiadów, ale z pewnością nie wszystkich. Niektórzy byli po prostu ubogimi, ciężko pracującymi ludźmi…

– Wujek Mieczysław! – krzyknęła Nel, tonąc w objęciach o głowę wyższego ode mnie mężczyzny. Staliśmy przed wejściem do budki dróżnika, obok nas przejeżdżały nieliczne samochody, zwalniając przy przekraczaniu nierównego przejazdu. Otwarte rogatki wskazywały niebo.

– Działo się coś ciekawego? – pytanie poprzedziłem krótkim uściskiem ręki, gdy tylko Mieczysław uwolnił się od Nel.

– Nic specjalnego – dróżnik wzruszył ramionami. – Na jutro zapowiedziano kontrolę, ale dopiero około dwunastej, ciebie już nie będzie… Nocą ma też przejeżdżać transport węgla, bądź czujny.

– Do elektrowni? Może wreszcie i my dostaniemy prąd – mruknąłem bez większych nadziei. Spojrzenie jakim obrzucił mnie Mieczysław, najdobitniej mówiło, jak naiwnie to zabrzmiało.

– Wujku! Wujku! – Nel szarpała go za rękaw, próbując zwrócić uwagę. – Pójdziesz ze mną pozbierać kwiatki? To już ostatnie w tym rooooku…

– Nel, wujek nie ma czasu. Nadchodzi zima… Siostra z tobą pójdzie.

– A na barana mnie poniesieeeesz? Wujku!

– Ależ oczywiście – roześmiał się Mieczysław, bez wysiłku unosząc ją nad głowę i usadawiając sobie na barkach. – To my będziemy się zwijać, Andrzej. Nie martw się, odprowadzę małą bezpiecznie do domu. Spokojnej nocy.

Pomachałem im na pożegnanie, po czym wszedłem do budki i rzuciłem torbę na fotel. O Nel nie martwiłem się ani trochę – Mieczysław był moim przyjacielem i kochał dziewczynkę równie mocno, co pozostali sąsiedzi. Z nim na pewno będzie bezpieczniejsza, niż gdyby miała wracać sama.

Sprawdziłem, czy w międzyczasie nie otrzymałem sygnału od dyżurnego ruchu, na torach panował jednak spokój. Samochody mozolnie, jeden za drugim, przekraczały przejazd, niknąc za krawędzią okna. Obserwowałem. Czekałem.

Praca dróżnika była monotonna i z każdym rokiem coraz mocniej odczuwałem związane z nią znużenie. Oczekiwanie na sygnał, wyjście, opuszczenie szlabanów. Znów chwila oczekiwania, tym razem na pociąg. Podniesienie rogatek. Powrót do budki i odnotowanie tego w dzienniku. Sporadycznie monitorowanie stanu technicznego torów i zwrotnic.

Praca pozostawiała więc dużo czasu na rozmyślania, co jawiło mi się zarazem jako błogosławieństwo, jak i przekleństwo. Mając czterdzieści lat na karku aż za dobrze poznałem getto, jego dobre i złe strony. Jako ojcu, przede wszystkim zależało mi na szczęściu moich dzieci, na akceptacji ich przez społeczeństwo. Wysiłki zdawały się jednak spełzać na niczym – moja starsza córka – Pola – z każdym dniem coraz bardziej wpadała w bezdenne, ociekające folzją szczęki getta, traciła szacunek i miłość do świata. Zaczynała odczuwać fatalizm, który towarzyszy każdemu z nas.

Nel była inna – złe doświadczenia zdawały się ją raczej mobilizować, niż dołować. W przeciwieństwie do Poli spoglądała zawsze na tę jaśniejszą stronę życia, ufając, że cała reszta rozwieje się jak zły sen. Przy tym, nie miała w sobie ani grama pychy – kochała całe getto i wierzyła, że zamieszkujący je ludzie zasługują na coś lepszego. Pragnęła, by mieszkańcy reszty miasta dostrzegli w nich to, co ona.

Wspierana jakby przez samego Boga, wpadła na pomysł, który miał opromienić tę naszą jamę folzji, uzdrowić schorowane, skażone nienawiścią ludzkie serca.

Drrrrrrrrrrr!, odezwał się dzwonek, przerywając tok moich myśli. Sygnał od dyżurnego ruchu, czas zamknąć rogatki.

Zarzuciłem na grzbiet odblaskową kurtkę, włączyłem sygnalizatory, złapałem dwa pachołki i opuściłem budkę. Ostatnio koleje wpadły w dołek finansowy i zarząd był zmuszony zwolnić część personelu, dlatego na moją głowie spadła opieka nad szlabanami po obydwu stronach torów.

Chcąc w pierwszej kolejności zatrzymać ruch pojazdów, ustawiłem pachołki na drodze przy rogatkach od strony budki, dając znaki samochodom, że zamykam przejazd przebiegłem na drugą stronę i zamknąłem szlaban. Następnie wróciłem i powtórzyłem tę czynność, zabrałem pachołki. Wróciłem do budki, by odnotować zamknięcie przejazdu i oczekiwać pociągu. Sygnalizatory zostawiłem oczywiście włączone.

Dyżurny jak zwykle odezwał się z dużym wyprzedzeniem, dlatego zostało mi jeszcze trochę czasu przed przejazdem taboru. Odpowiednio dużo, by uśmiechnąć się na myśl o jutrze i o widoku aksamitek Nel, które ugaszą gorejącą w sercach społeczeństwa pogardę dla getta. Mimowolnie cofnąłem się pamięcią rok wcześniej, do czasu, gdy piękna idea stała się obsesją mojej córki.

 

~~~

 

Przerażająco żywe, przenoszące całą moją jaźń do odległej przeszłości drugiej dekady XX wieku wspomnienie pomału zblakło i zniknęło. W tej chwili zrozumiałem też, dlaczego medalik wydaje mi się taki znajomy. Identyczny ma moja matka. Z identycznym, przedstawiającym mężczyznę i dwie dziewczynki zdjęciem, na takim samym rzemyku. Gdy o niego spytałem, odpowiedziała, że to pamiątka rodzinna. Czyżby…?

Nie zdążyłem zastanowić się nad odpowiedzią, gdy mój umysł wypełniła kolejna wizja. Tym razem wydarzenia cofnęły się o kolejny rok, do „początku”, o którym wspomniał ojciec.

 

~~~

 

19 października, godzina: 13:20, dawniej

 

Brązowo-złote, opadłe liście harcowały po dachu, jakby nie liczyło się nic, poza ich wzajemną gonitwą. Były wolne, mogły w każdej chwili stąd odejść, uciec do lepszego, piękniejszego miejsca. Bardzo im tego zazdrościłam, choć w wieku piętnastu lat wiedziałam, że nie można żyć marzeniami.

W rękach ściskałam medalik na rzemyku – dokładnie taki sam, jaki miała Lusia. Jedyna pamiątka, skrywająca w środku zdjęcie rodzinne – my dwie i tata. Kochany tata, za którego modliłam się codziennie…

Po raz kolejny przyjrzałam się fotografii i pomyślałam, jakby to było, gdyby i mama się na nim znalazła… Stop! Przecież miałam nie marzyć! Mama była ćpunką i pewnego dnia odeszła na Torowisko. Znikła z naszego życia, a jej miejsce zajęła ciocia – siostra taty.

No dobrze, może nie zajęła. Po prostu żyła obok. Nie do końca zainteresowana, ciocia…

– Słuchasz mnie? Heeeej! Poooola! – pisnęła jasnowłosa dziewczynka, ciągnąc mnie za rękaw koszulki.

– Słucham, słucham, Lusia – parsknęłam. – Nie musisz tak krzyczeć. Patrzyłam na pana Daleckiego. Znów pił…

– Jest nieszczęśliwy – westchnęła Lusia. – Pani Dalecka zniknęła…

– Ona umarła. Zresztą, była taką samą alkoholiczką jak on, nic w tym dziwnego.

Korzystając z ostatnich ciepłych dni jesieni, siedziałyśmy w naszym ulubionym miejscu na dachu kamienicy getta, rozmawiałyśmy i z bezpiecznej odległości obserwowałyśmy ludzi. Zdarzało się, że na podwórzu działy się naprawdę ciekawe rzeczy. I wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie to, że Lusia czasem decydowała się wtrącić. Tak było i tym razem.

Nie zdążyłam wypowiedzieć kolejnego zdania, gdy podniosła się i nie oglądając za siebie poszła na klatkę schodową. Wiedząc już, czego należy się spodziewać, ruszyłam jej śladem na sam dół, do pana Daleckiego.

– Daj spokój Lusia! Nie pomożesz mu!

– Oczywiście, że nie. Ale sprawię, by sam sobie pomógł – odparła spokojnie, nadal brnąc przed siebie.

Pan Dalecki nie wyglądał na zainteresowanego jakąkolwiek pomocą. Gdy przed nim stanęłyśmy, grzebał zawzięcie w śmietniku, chowając w nim niemal całą, otoczoną gąszczem brudnych włosów, głowę.

– Proszę pana! – krzyknęła Lusia. – Panie Dalecki!

Pijak odwrócił się niepewnie, spojrzał na jej tryumfalnie uśmiechnięte, pełne sympatii oblicze i zawahał się.

– Njeestem wnaztrou Elen – wymamrotał.

– Niech pan spojrzy na siebie! Cały brudny! – westchnęła, wyciągając białą haftowaną chusteczkę. Pan Dalecki i ja, jak zahipnotyzowani patrzyliśmy, jak zbliża się i wyciera naznaczoną brudem, sadzą i zaschniętymi wymiocinami twarz pijaka.

Nieskazitelny materiał pokrył się brązowo-czarnymi plamami, i wydawało się, że razem z brudem zmywa również zmartwienia i słabości pana Daleckiego. Mężczyzna zapłakał, a Lusia uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

– Musi być pan silny. Tata zawsze mówił, że jest pan silny. A mama mówiła, że jako jedyny na osiedlu, ma pan garniur! Ładne ubranie znaczy się – zmieniła koncepcję. Jej głos rozbrzmiewał przyganą i wiarą, brudna chusteczka symbolizowała cierpienie Daleckiego, które Lusia zdecydowała się z nim dzielić.

– Jest pan w zarządzie osiedla – dodała. – Jak pozostali członkowie poradzą sobie bez pana?

Człowiek tak głęboko pogrążony w depresji jak pan Dalecki, z pewnością w odpowiedzi wzruszyłby ramionami, albo stwierdził, że bez niego praca będzie szła sprawniej, ale nie w takich okolicznościach. Nie, gdy przed nim stała Lusia – rozzłoszczona i zmartwiona, z brudną chusteczką w zaciśniętej piąstce.

– Przepraszam, Elen… Ja… Ja… Dam z siebie wszystko! – sapnął, momentalnie trzeźwiejąc. – Jeszcze mnie zobaczysz w tym garniturze!

– Tak – stwierdziła bardziej niż powiedziała Lusia i na tym rozmowa się zakończyła. Pan Dalecki wrócił do domu, my dwie – na dach. Nie było pewne, czy ten incydent zmieni coś w jego życiu, prawdopodobieństwo było jednak całkiem duże. Zbyt często to widziałam, by wciąż wątpić. Lusia miała w sobie coś tak niesamowicie inspirującego, że sprawienie jej zawodu, zdawało się czynem podłym i okrutnym. I ludzie, choć czasem złamani, podnosili się i walczyli. Dostrzegali piękniejszą stronę życia.

– Przestań wreszcie to robić – zrugałam ją, gdy zajęłyśmy już swoje miejsca wśród tańczących liści. – Co ty sobie myślisz?! Nie uratujesz całego świata!

– Nie. Ale chciałabym uratować przynajmniej to osiedle, Pol. Zamieszkują je naprawdę mili, wartościowi, mądrzy ludzie. Kocham ich. Pragnę, by inni też ich pokochali, by przynajmniej dali im szansę. Wiesz, o co mi chodzi, Pol?

– Wiem, ale to niemożliwe – warknęłam, zirytowana jej naiwnością. – Będziesz starsza, to zrozumiesz, Lusia. To niemożliwe. Nienawiść do nas jest zbyt głęboko zakorzeniona, byś mogła cokolwiek zmienić. Dzieci są chowane w przekonaniu, że w getcie mieszka samo bydło i zakały społeczeństwa… I nie mów na to miejsce osiedle, do diaska! To brzmi, jak coś normalnego, a getto nie jest normalne. To patologia.

Zamilkłam, czekając na jakąś odpowiedź, na zwieszenie głowy w zwątpieniu… Nie, Lusia nadal patrzyła na mnie wyczekująco, nadal z podbarwionym tryumfem uśmiechem na ustach, z wiarą w wesołych oczach. Czekała.

– A więc jak chcesz to zrobić? Cóż takiego pięknego, widzisz w naszym… osiedlu?

Lusia wyciągnęła chusteczkę, którą wcześniej wytarła twarz pana Daleckiego i przycisnęła do nosa czysty rąbek. Odetchnęła i podała mi z zachęcającym uśmiechem. Zawahałam się, siostra jednak nie odpuszczała, poszłam więc jej śladem i powąchałam chusteczkę.

– Co czujesz? – spytała Lusia.

– Co? Nie wiem… To mydło, w którym pierze ciocia, nie wiem co tak…

– Świeżość. Chusteczka pachnie bardzo ładnie, świeżo i delikatnie. A przecież jest brudna i trzymałam ją w kieszeni – wzruszyła drobnymi ramionkami.

– No i…? – podjęłam, zniecierpliwiona.

– Naprawdę nie zwróciłaś na to uwagi, Pol? Że wszystko tu ładnie pachnie. Twoja koszulka i moja sukienka. Spodnie taty, obrus w kuchni. Czapka pana Mieczysława, którą mogę wąchać do woli, gdy mnie nosi… Wszystko, Pola.

– Wspaniale – mruknęłam. Tego mogłam się spodziewać po Lusi – nie mających znaczenia pierdół. – Takie mamy cudowne mydło?

– Też tak myślałam – odparła dziewczynka niezrażona. – Ale to nie mydło jest cudowne, a nasza woda! Ta ze studni przy śmietniku. Byłam tydzień temu u Babki i dowiedziałam się, że jest ona wyjątkowo miękka i dlatego tak wspaniale nadaje się do prania, czy parzenia herbaty. Jest dobrem, które nasze osiedle ma na własność, Pol!

– Nawet jeśli, to co z tego? Chcesz sprzedawać mrożoną herbatę z getta? Nikt i tak jej nie kupi, wszyscy będą myśleć, że to nasze siki…

– Nie, nie mrożoną herbatę. Chodź, to ci pokażę!

Sama nie rozumiejąc po co to robię, wstałam i w ślad za nią zeszłam z dachu. To prawda, nie miałam aktualnie nic lepszego do roboty, ale żeby szwendać się i wysłuchiwać dziecięcych mrzonek? Po co? Wtedy tego nie wiedziałam, miałam więc masę szczęścia, że zaufałam intuicji, czy może pokierowała mną zwyczajna sympatia do siostry. Dzięki tej decyzji widziałam najpiękniejszą rzecz w swoim życiu.

Wyszłyśmy z kamienicy i Lusia zamiast ku bramie, skierowała się w przeciwnym kierunku – w głąb getta. Myślałam, że naszym celem jest wspomniana studnia, jednak moja siostra bez wahania ją minęła, zamiast tego podchodząc do przejścia w murze na tyłach. Prosto za granicę getta, na Torowisko – siedlisko mętów i ćpunów.

– Chyba żartujesz! Ja tam nie idę! Tata zabronił!

– Nic nam się nie stanie – odparła Lusia, choć w jej głosie pobrzmiewało zwątpienie. – Nie idziemy daleko… Chodź, Pol.

Wiedząc, że nie zrezygnuje, westchnęłam i zawierzyłam jej raz jeszcze. Lusi nie trzeba było dwa razy zachęcać. Przeskoczyła pierwszą linię torów ze śmiechem wznosząc ręce ku górze, wyminęła dół w ziemi, odgarniając zarośla przeszła do lasku w którym czasem robimy ognisko (tylko, gdy jesteśmy w dużej grupie i czujemy się bezpieczni). Wykorzystując ścieżki, które strach myśleć kiedy poznała, zagłębiła się jeszcze bardziej w Torowisko, klucząc wśród nieużywanych linii kolejowych.

Wycieczka się przedłużała i chociaż wciąż był środek dnia, zadecydowałam, że wystarczy. Oddalać się bardziej, byłoby nierozważnie. I tata byłby na mnie zły, że nie upilnowałam siostry.

– Koniec Lusia, musimy…

– Tak, koniec – siostra uśmiechnęła się do mnie promiennie. – Jesteśmy na miejscu.

Drapiąc sobie ramiona, przecisnęłyśmy się między dwoma krzakami, wychodząc u podstawy największego nasypu w otoczeniu getta. Na jego szczycie biegła linia nowiutkich, lśniących torów, zaś zbocza porastały nieliczne, pomarańczowe kwiatki i kępy trawy.

– Babka powiedziała, że to aksamitki rozpierzchłe – wyjaśniła Lusia. – Wcześniej było ich znacznie więcej, te które widzisz, są ostatnie tego lata… Za to najlepsze – dodała, zrywając jeden kwiat i wąchając go z ukontentowaniem.

Poszłam za jej przykładem, i rzeczywiście – aksamitka pachniała wspaniale – łagodnie, a zarazem orzeźwiająco, jej delikatne płatki drgały na wietrze. Wyobraziłam sobie całe łany kwiatów porastające zbocza nasypu i rozczuliła mnie ta myśl. Rzeczywiście, musiało to wyglądać pięknie. W szarej rzeczywistości getta nie było miejsca na taki zapach i widok.

– Lusia… Przyznaję, że to miejsce jest wspaniałe, ale w jaki sposób chcesz sprawić, by ludzie je docenili i odebrali jako zaletę getta?

– Pokaż jej, Elen – za moimi plecami rozległ się zachrypnięty głos starej kobiety.

Wzdrygnęłam się i odwróciłam szybko – to była Babka.

– Dzień dobry, Babuniu – przywitałam się. – Nie spodziewałam się, że i ty tutaj będziesz…

– Twoja siostra prosiła mnie o pomoc i radę – odparła staruszka. – Dziecko ma naprawdę ciekawy pomysł, myślę, że warto dać mu szansę. Patrz!

Odwróciłam się akurat na czas, by zobaczyć jak Lusia wyciąga z kieszeni podłużny flakonik i zrobioną ze sznurka pętlę. Ukłoniła się teatralnie, zanurzyła końcówkę w wypełniającym ją roztworze, wyjęła i… łagodnym, stanowczym ruchem rzuciła bańkę mydlaną. Cóż to jednak była za bańka! W całości pomarańczowa, z pływającymi na jej powierzchni pąkami, wirami i refleksami, intensywnie pachnąca aksamitkami. Chwiejna, a zarazem trwała, przypominała twór nie z tego świata. Niczym magiczna kula zachęcała do wypowiedzenia życzenia i obiecywała jego spełnienie, jakkolwiek nierealne by nie było. Kierowana lekkim jesiennym wiatrem, pławiła się w powietrzu – ucieleśnienie kreatywności, marzeń i fantazji. Odbiła się od drzewa i zamiast pęknąć – zmieniła tylko kierunek swej wędrówki.

– Przyznaj, że ładna – powiedziała zadowolona z siebie Lusia. – Babka mówi, że dzięki wyjątkowo miękkiej wodzie z naszej studni, te bańki nie będą pękać!

– To jest… – sapnęłam, nie mogąc znaleźć słów. – To jest zachwycające, Lusia! To cud! Jakbyś tylko zrobiła ich więcej… I jeszcze są niezniszczalne!

– Nie przesadzajmy, kochanie – chrząknęła Babka. – Elen trochę nagina moje słowa. Woda i moje proszki sprawiają, że bańki będą bardziej trwałe, wciąż jednak można je przebić, same z czasem też zanikną…

– A ten zapach? I kolor? Jak to osiągnęłyście?

– Ekstrakt z kwiatów aksamitek – wyjaśniła Babka, a Lusia gorączkowo kiwała głową. Uśmiech na jej twarzy był tryumfalny jak nigdy. – Niestety na pomysł Elen wpadła dopiero parę dni temu, większość aksamitek już przekwitła, stąd miałam za mało materiału do zrobienia większej ilości… Starczyło go na tę jedną bańkę.

– Ojej… – zmartwiłam się, nie odrywając oczu od dzieła Lusi, wciąż pławiącego się w powietrzu nad naszymi głowami. – To co zrobimy?

– Poczekamy, Pol – odparła Lusia z werwą. – Babka mówi, że najlepsze są te ostatnie kwiaty, te które rosną teraz, dlatego zbierzemy je, przeczekamy zimę, a jak aksamitki znowu rozkwitną – wrócimy do pracy.

– Jak będziemy zbierać kwiaty całą wiosnę i lato, jestem pewna, że wyciągu wystarczy na stworzenie tysięcy baniek – dodała Babka.

– A wtedy pójdziemy na dach i zaczniemy je puszczać – rozmarzyła się Lusia. – Nad miastem będą latały pomarańczowe bańki mydlane i ludzie zobaczą, że są dziełem naszego osiedla. Nie będą więcej źle o nas myśleć, Pol! Przecież nie możemy być źli, skoro tworzymy tak piękne rzeczy!

– Tak! – zgodziłam się ze łzami wzruszenia w oczach i pomogłam zbierać kwiaty.

 

~~~

 

Atmosfera gęstniała z każdą chwilą, ciepły, mokry od potu medalik tkwił w mojej zaciśniętej pięści. Pomału zaczynałem rozumieć i byłem coraz bardziej przerażony. Folzja nachylała się nade mną i śmiała obelżywie – drwiła ze mnie, kolejnego głupca który uwierzył, że może ją pokonać.

Nadeszło ostatnie wspomnienie, ponownie należące do ojca dziewczynek. Oddalone zaledwie o kilka godzin od pierwszego. Nie chciałem na to patrzeć, ale musiałem. Byłem im to winien.

 

~~~

 

 

20 października, godzina 8:00, kiedyś

 

Ziewnąłem potężnie i przetarłem zmęczone oczy. Noc była koszmarna – jeśli się zdrzemnąłem, to nawet tego nie pamiętam. Wyjrzałem przez okno i odetchnąłem z ulgą na widok Konrada. Spóźnił się, jednak nie zamierzałem robić mu z tego powodu wyrzutów – za bardzo chciałem już wrócić do domu.

– Wyglądasz jak siedem nieszczęść – mruknął zamiast powitania. Był niskim, łysiejącym mężczyzną w okularach, o zadziwiająco piskliwym głosie. Elegancik, prawdę mówiąc niezbyt go lubiłem.

– I tak też się czuję, Konrad. Pociągi nie dały usnąć choćby na chwilę, samochody również jeździły jakby był środek dnia. Nadal nie przejechał transport węgla, na który czekają w elektrowni. Nie wiem o co chodzi, ale opóźnienie mają już solidne. Bądź czujny.

– Ta robota nie wymaga czujności, tylko wąskiej wyobraźni, Andrzej – gderał Konrad. Był w złym humorze. Jak zwykle. – Ta robota…

– Sygnał – przerwałem mu, słysząc dźwięk dzwonka. Dyżurny ruchu uratował mnie od wysłuchiwania narzekania Konrada – byłem mu winien wdzięczność.

Delektując się pierwszymi minutami wolnego, patrzyłem jak zasapany i mamroczący pod nosem, wciąż w swym eleganckim płaszczu, Konrad chwyta pachołki i biegnie opuszczać szlabany.

– To pewnie ten cholerny węgiel! – krzyczał, niezdarnie poprawiając okulary.

Wzruszyłem ramionami, zabrałem z budki torbę oraz pusty garnek po kolacji i już miałem wracać do domu, gdy podbiegł do mnie chłopiec w uniformie służb kolejowych.

– O co chodzi? – spytałem zdezorientowany. Do dróżników nie wysyła się gońców – to spokojna, pozbawiona emocji i wrażeń praca.

– Jest problem – mruknął nieufnie. Był zdyszany i wyraźnie zaniepokojony, jednak zauważył, że jestem z getta i jego nastawienie momentalnie uległo zmianie. – Lazłem wzdłuż torów, patrząc czy wszystko w porządku. No bo kontrola dzisiaj. I tak się składa, że nie jest. Jacyś kolesie kręcili się przy pierwszej zwrotnicy, krzyczeli i bili się. Pewnie są od was. Mogli, hmm, przestawić tę zwrotnicę. Dyżurny kazał mi poinformować, byście zatrzymali pociąg.

– Do diaska – mruknąłem. Chyba to jednak nie koniec roboty. W tych okolicznościach nie mogłem zostawić Konrada samego. – Słyszałeś?! Zatrzymaj pociąg, włącz światła awaryjne! Ja idę sprawdzić zwrotnicę!

– Co?! – sapnął Konrad, spocony i rozgniewany. Chyba szlaban mu się zablokował. – A, idź w cholerę!

– Dzięki, możesz wracać – powiedziałem do chłopaka i bez zwłoki pobiegłem truchtem wzdłuż torów. Pierwsza zwrotnica była blisko, niestety znajdowała się na terenie Torowiska – nieużytków, które wiele lat temu stały się królestwem narkomanów i bezdomnych. Znajdowały się tam liczne bocznice i przebudowane linie kolejowe, które prowadziły donikąd. Do tej pory „mieszkańcy” nie sprawiali żadnych problemów służbom kolejowym i być może dlatego zdecydowano się pozostawić pierwszą zwrotnicę – umożliwiała ona zmianę trasy pociągu na tor awaryjny, który prowadził prosto do lokomotywowni, gdzie maszynę można było poddać odpowiednim naprawom i modernizacjom.

Sytuacja nie wyglądała groźnie, gdyby jednak spóźniony transport węgla zamiast do elektrowni trafił do lokomotywowni, konsekwencje z pewnością byłyby odczuwalne. Szczególnie dla dróżników – Konrada, a także dla mnie, jako tego, który rozmawiał z gońcem. Musiałem temu zapobiec za wszelką cenę. Dla człowieka z getta nie będzie litości.

Wkrótce później znalazłem się na nasypie – wygodne, równe podkłady pod nogami, lśniące w blasku porannego słońca szyny i prosta droga przede mną. Pogoda wciąż była piękna jak w lipcu, obwieszone złotem drzewa rozświetlały krajobraz, a nieliczne, pomarańczowe kwiaty na nasypie dodawały swój własny akcent do tego obrazka. Aksamitki mojej córeczki.

Przed moimi oczami zamajaczyła zwrotnica. Wokół było pusto – ktokolwiek przy niej majstrował, już sobie poszedł. Zwolniłem do szybkiego marszu, próbowałem wyrównać oddech. Nie przyszło to łatwo – choć formę zachowałem całkiem niezłą, wiek pomału dawał o sobie znać.

– Akurat pod koniec mojej zmiany, hołota musi… – mruknąłem na widok rozbitych butelek, gdy dźwięk za plecami sprawił, że ciarki przeszły mi po plecach. Jeden długi ton syreny lokomotywy – baczność. Czyli maszynista mija przejazd kolejowy i ostrzega o swoim manewrze ludzi znajdujących się w pobliżu torów.

– Kurwa, nie zatrzymał go! – krzyknąłem spanikowany, ponownie zrywając się do biegu. Modliłem się, by zwrotnica była prawidłowo ustawiona, tylko to mogło teraz uratować sytuację. W przeciwnym razie już mogłem sobie szukać nowej pracy. A kto zatrudni człowieka z getta, w dodatku zamieszanego w incydent z pociągiem? A jeśli nie znajdę pracy, to kto zapewni utrzymanie Poli i Nel?

Świat jakby zamarł, a wraz z nim moje serce, na widok przestawionej zwrotnicy. Turkot kół potężniał z każdą chwilą – świadom swego spóźnienia maszynista zapewne zapomniał o ostrożności i zamiast na tory, patrzył głównie na zegarek.

Błyskawicznie oszacowałem sytuację i oburącz złapałem wajchę zwrotnicy. Wystarczyło ją przestawić… Jeden ruch i pociąg pojedzie do miejsca przeznaczenia, a ja wciąż będę miał pracę… Skończy się na strachu, a później będzie tylko śmiech przy piwie…

– Ooo, tatuś! Pomóż nam zbierać kwiatki! Już prawie skończyłyśmy! – rozległ się śpiewny, znajomy głos. Dochodził z dołu nasypu, tak cichy, a jednocześnie na tyle silny, by przedrzeć się przez potężniejący z każdą chwilą ryk lokomotywy. Był stanowczo za blisko.

 Trzy długie tony syreny – sygnał hamowania. Maszynista najwidoczniej zrozumiał, że sytuacja wymknęła się spod kontroli, a ja wciąż mocowałem się ze zwrotnicą.

– Nel! – krzyknąłem panicznie, a pociąg z piskiem hamulców, łoskotem tłoków i nerwowym tańcem korbowodów wjechał prosto na nieprzygotowany rozjazd. Rozgrzane koła z chrzęstem i jękiem uderzyły w przestawione zaledwie do połowy iglice, zmiażdżyły je i przez ułamek sekundy myślałem, że na tym koszmar się skończy. Pociąg był jednak zbyt rozpędzony, opuścił szyny i z ogłuszającym hałasem zwalił się z nasypu. Najpierw wciąż dająca sygnały syreną lokomotywa, następnie załadowane węglem wagony. Czarny grad i fala stali zmiotły piękne pomarańczowe kwiaty, zabrały ze sobą głos Nel i mój szloch. Pozostała martwa cisza.

Na czworaka, z rękami i kolanami zdartymi do krwi, ze łzami i pyłem na twarzy przekroczyłem powykręcane, rozgrzane tory i sam nie wiedząc jak, sturlałem się z nasypu. Wprost w miejsce, gdzie ledwie chwilę temu słyszałem głos córki.

Dotarłem do krawędzi wagonu i ledwo utrzymując się na roztrzęsionych nogach przeszedłem na druga stronę. Uczucie folzji dławiło mnie, pogrążało w rozpaczy. Wiedziałem, co zobaczę, ale nie chciałem się z tym pogodzić. Nie potrafiłem.

– Błagam cię, Boże, nie rób mi tego… Błagam cię… – powtarzałem, choć wiele lat temu porzuciłem wiarę. Te słowa umożliwiły mi jednak zrobienie ostatnich kroków. Uniosłem głowę.

Pola stała na skraju nasypu, dobre dwadzieścia metrów dalej. Oczy szeroko otwarte, z martwym wyrazem gdzieś na ich dnie, ręce opuszczone wzdłuż ciała, u stóp kałuża pomarańczowego piękna – aksamitki, które upuściła, ogarnięta zgrozą.

To spojrzenie wyrażało więcej niż jakiekolwiek słowa, mogło oznaczać tylko jedno. Odwróciłem się i padłem na kolana, przy mojej drugiej córeczce, przy Nel. Leżała obok mnie, do połowy przygnieciona wagonem, na posłaniu ze zbroczonych czerwienią jej krwi aksamitek.

– Nel, o Boże, Nel… – jęknąłem, dotykając jej twarzy. Poprzez koronę jasnych włosów przezierał błękit oczu. Wypełnionych bólem i miłością. Patrzących zarazem na mnie, jak i gdzieś dalej, w niebyt. Uśmiech rozkwitł na jej twarzyczce jak ostatnie tego lata aksamitki. Był zarazem piękny i smutny. I wbrew wszystkiemu – wciąż pełen wiary.

– Proszę Nel, proszę cię… – jęknąłem, a łzy w moich oczach wezbrały, spływając po policzkach. Gdy pierwsza z nich opadła na jej buzię, dziewczynka poruszyła się i westchnęła.

– Patrz, pokażę ci… Jak pięknie nasz świat… lśni… – szepnęła tak cicho, że musiałem nachylić głowę, by ją usłyszeć.

Woń aksamitek wezbrała, ogarniając Nel kokonem zapachu. W jej rączce wciąż tkwiły rozbite fragmenty fiolki, a ekstrakt, który w nim gromadziła, wymieszał się z krwią i kwiatami. Wsiąkł w ubranie i włosy, znacząc je oranżowym połyskiem.

Wiatr targał kosmykami, z każdym podmuchem wyrzucając coraz więcej pomarańczowych baniek – dużych i malutkich, osiadających na ciele Nel i takich, które wzbijały się ku niebu, stanowiąc świadectwo jej sukcesu. Wszystkie jednako trwałe i niczym lustro obijające pomału gasnący uśmiech mojej córeczki. Urzeczony własnym dziełem uśmiech w którym próżno byłoby szukać żalu. Nigdy go nie zapomnę.

W tej chwili zrozumiałem, że to koniec. Jedyna nadzieja getta, jedyna osoba, która potrafiła sprzeciwić się uczuciu folzji i czerpać spontaniczną radość z życia, odeszła.

Nie ja – główny winny katastrofy, nie pan Dalecki – alkoholik, nawet nie Mieczysław, którego przeszłość brukały zarzuty zbyt agresywnie wyrażanej homofobii, tylko dziewczynka, która wierzyła w nas wszystkich. Która potrafiła nas pokochać takimi, jacy byliśmy i wierzyć w nas do samego końca. Która była jedynym sensem mojego życia.

W tej chwili uczucie folzji ogarnęło mnie jak nigdy wcześniej, zdusiło swymi twardymi paluchami napiętnowania. Otumaniło oddechem przepełnionym goryczą. Ogłuszyło wrzaskiem osamotnienia. Przytłoczyło świadomością, że nie wyrwę się ze schorowanej społeczności do której należę, że nie wyrwie się nikt, nawet ona – Nel.

Pomarańczowe bańki z aksamitek, unoszące się wokół martwego ciała dziewczynki. Zapach kwiatów. Folzja. I pusty, bezradny krzyk. Niczego więcej już nie było.

 

20 października, godzina 8:05

 

Z każdym uderzeniem serca, z każdym oddechem, czułem to coraz mocniej. Nie wyrwę się. Nie ucieknę. Zostanę na zawsze wśród tych ludzi, tak samo jak oni pogardzany, tak samo napiętnowany. Folzja, a więc tak wygląda w swej pełnej, właściwej formie. Uczucie tak przykre, tak dołujące w swej istocie, że większość ludzi nie zna nawet nazwy. Rozpacz i rezygnacja spowodowana świadomością, że pomimo indywidualnych predyspozycji los jest odgórnie określony, nierozerwalnie związany ze wspólnotą.

Otworzyłem oczy i zawyłem z żalu, momentalnie zapominając o ranach i stłuczeniach. Wszystkie moje nadzieje przekreślone, wyszydzone przez przeznaczenie. Powietrze ponownie było pomarańczowe, intensywne jak nigdy dotąd. I tym razem nie zniknie wraz z nastaniem nocy, tym razem jego źródłem nie jest medalik, a ja sam. Nie zniknie dopóki nie umrę, gdyż wreszcie zrozumiałem, co czuł pogrążony w folzji ojciec. Współczucie i zrozumienie sprawiło, że jego uczucia scaliły się z moimi. Przekształciły w coś tak plugawego i nieszczęśliwego, że granice miasta nie będą w stanie tego zatrzymać.

Niczym tsunami przykryje ląd, siejąc spustoszenie, pozostawiając po sobie zgliszcza w ludzkich duszach. Nic nie zatrzyma folzji…

– A więc ty przeżyłaś – szepnąłem, przypatrując się wizerunkowi Poli w medaliku. Wyglądała na obrażoną. – Jako jedyna, zgorzkniała i zbolała, pozostałaś w getcie, rodząc dzieci, które były moimi przodkami… Przekazywana z pokolenie na pokolenia pamiątka wreszcie trafiła do mojej mamy. Czyli ten egzemplarz, medalik Nel… ściskał w ręce ojciec, patrząc na umierającą córkę…

Nie myśląc już o niczym, rzuciłem pamiątkę z powrotem do dołu, odwróciłem się od kamiennej płyty i ruszyłem do domu. Kto umieścił pod nią medalik? Co się stało z ojcem dziewczynek? Tego nie dowiem się nigdy, uczucie ciekawości straciło jednak dla mnie wartość. Nic nie miało już znaczenia.

 

*

 

20 października, godzina 20:00

 

To byłoby tyle, drogi czytelniku. Choć dla mnie nie ma to już najmniejszego znaczenia, Ty może wyniesiesz z tej opowieści odpowiednią naukę i zaczniesz częściej spoglądać na tę jasną stronę życia. Bo folzja, wierzę w to święcie, ma wiele twarzy i nie wiadomo, kiedy cię dopadnie.

Dlatego zapamiętaj, że szczypta optymizmu, każdy nacechowany życzliwością gest może poprawić samopoczucie zarazem tobie, jak i osobom w twoim otoczeniu. Bądź dobry dla ludzi, a ludzie ci pomogą. Kochaj środowisko, a ono przyniesie ci radość z przebywania w nim. To, co jest wewnątrz ZAWSZE wychodzi na zewnątrz. Promieniuje. Elektryzuje. Wzbogaca powietrze, glebę, wodę i ludzkie serca. Miej to na uwadze i nie poddawaj się. Niech natura i kosmos ci sprzyjają.

Ja tymczasem zakończę swoje życie, gdyż w moim sercu nie ma już miejsca na nic poza folzją. Umrę jednak z cieniem nadziei, że akt ten usunie pomarańczową aurę z tego świata, na powrót pozwoli marzyć i wierzyć. Żegnaj.

 

*

 

– Hi hi hi. Niczego nie zrozumieliście. Hi hi hi – śmiała się Babcia, zajmując swoje stałe miejsce za koszami z warzywami. W ręku trzymała ciastko, które zamierzała zjeść z okazji swoich sto siedemdziesiątych urodzin. Mogła sobie na to pozwolić, dziś żaden klient nie odwiedzi już jej warzywniaka.

– Tak się starałaś, Elen, a oni wciąż odbierają to negatywnie. Folzja, phi! Pomarańczowa aura, nic innego jak świat widziany przez jedną z twoich baniek. Zarodek szczęścia, który już nigdy nie zakwitnie, nie wyda owoców…

– Oni tego nie rozumieją, ale ja tak, kochanie – dodała, tym razem dużo ciszej. – Ujrzałam twą radość, wiarę w lepsze jutro… i przyrzekłam, że nie umrę, póki się nie ziści. W końcu zobaczę człowieka z getta, którego inni ludzie przywitają uśmiechem i uściskiem dłoni! Obiecuję, Elen!

Koniec

Komentarze

Jeśli chodzi o technikalia, to zwróć uwagę na powtórzenia. nie ma ich zbyt wiele, ale sie trafiają. No i interpunkcja – tu sie przyda solidna korekta. Zdania nie zawsze układają się najzręczniej, ot choćby na początku – 

Kolejny raz pomarańczowe słońce chowa się za horyzontem, topiąc w ciemności pomarańczowe niebo. Teraz jest już ciemne i nie przykuwa uwagi, ja jednak wiem, że wciąż jest pomarańczowe. Dla mnie już na zawsze pozostanie pomarańczowe.

To znaczy, że słońce jest ciemne i nie przykuwa uwagi, czy niebo?

 

Sama historia – dobra wróżka, uparcie starająca się nadać odrobinę blasku otaczajacej ją, potwornie gównianej rzeczywistości… Wszystko na marne, nie tyle przez smutny koniec, jaki spotyka dziewczynkę, ale przez to, że ludzie w swej zapamiętałej ohydo-depresji biorą jej, mające nieść pocieszenie, dzieło za coś zupełnie przeciwnego… Podoba mi się. Potrafisz ładnie posmucić, a ja lubię takie rzeczy.

Wkradają sie jakieś nieścisłości – dlaczego Cichy, będąc wycofanym intelektualistą, miał taki szacun wśród kolesi z osiedla? Co się ostatecznie stało z jego bratem? Dlaczego grób Nel był na Torowisku? (a może to nie był grób, tylko jakoś tak nieuważnie czytałem…)

Mimo ewidentnego przegadania (choć w zasadzie to nie jest wadą, taki zabieg dość dobrze zgrywa się z depresyjnością koncepcji), czytało się całkiem dobrze.

Pozdrawiam!

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Mogę się podpisać pod opinią Thargone’a; ciekawa historia (lecz ja wolę weselsze), ale przegadana. Końcówka wydała mi się zbyt łopatologiczna, ale może na tym miał polegać jej urok.

Nad interpunkcją warto jeszcze popracować.

Babska logika rządzi!

Podoba mi się, mimo że lektura była nieco nużąca, szczególnie na początku opowiadania, kiedy detalicznie opisujesz wszystkie poczynania bohatera szukającego brata i niezwykle dokładnie pozwalasz poznać getto i okolicę. Domyślam się, że to zabieg celowy, dzięki któremu starałeś się wiernie oddać atmosferę tego miejsca, ze wszystkimi otaczającymi je szczegółami. Po pewnym czasie owa drobiazgowość chyba przestała mi przeszkadzać i pozostała ciekawość, co dalej.

Mimo wspomnianego przegadania czytałam z przyjemnością, która byłaby znacznie większa, gdyby nie mnóstwo usterek, potknięć i nie zawsze najlepiej skonstruowanych zdań. Potraktowana po macoszemu interpunkcja, także nie ułatwiała czytania.

 

Jakie wspo­mnie­nie?, py­tasz drogi Czy­tel­ni­ku?Jakie wspo­mnie­nie? – py­tasz drogi Czy­tel­ni­ku.

 

tego wła­śnie dnia – 20 paź­dzier­ni­ka… – …tego wła­śnie dnia – dwudziestego paź­dzier­ni­ka

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

od pół­noc­nej czę­ści mia­sta, czyli oko­lic getta w któ­rym miesz­kam, mie­sza się z po­wie­trzem ca­łe­go mia­sta… – Powtórzenie.

 

kon­takt z oran­żem pro­wa­dzi do cięż­kiej de­pre­sji, która przy naj­gor­szym moż­li­wym sce­na­riu­szu, skut­ku­je śmier­cią. Do­praw­dy, cięż­ko roz­strzy­gnąć… – Powtórzenie.

Może w drugim zdaniu: Do­praw­dy, trudno roz­strzy­gnąć

 

Są­dząc po od­gło­sach, jakie roz­le­gły się w na­stęp­nej ko­lej­no­ści… – Są­dząc po od­gło­sach, które roz­le­gły się w na­stęp­nej ko­lej­no­ści

 

i bez­po­śred­nio z miej­sca po­by­tu pój­dzie do pracy. – Zdanie brzmi jak cytat z policyjnego raportu.

Może: …i bez­po­śred­nio stamtąd, gdzie właśnie/ teraz jest, pój­dzie do pracy.

 

któ­rej miskę matka wy­la­ła ty­dzień temu. A ra­czej rzu­cił ową miską… – Literówka.

 

zbie­głem po scho­dach z dru­gie­go pię­tra na któ­rym miesz­ka­li­śmy i wy­bie­głem na po­dwó­rze. – Powtórzenie.

 

uśmiech­nął do mnie, pre­zen­tu­jąc uzę­bie­nie gor­sze od mojej matki… – W czym matka bohatera była gorsza od uzębienia żulika?

 

Wspo­mi­nam o Ro­ma­nie, gdyż był on pierw­szą osobą o ja­kiej po­my­śla­łem.Wspo­mi­nam o Ro­ma­nie, gdyż był on pierw­szą osobą o której po­my­śla­łem.

 

….za­głę­bi­łem się w nie­wiel­kim skwer­ku. Wy­zna­czo­na prze­zeń droga była w ca­ło­ści dzie­łem miesz­kań­ców getta. – Z tego wynika, że skwerek wyznaczył drogę, a mieszkańcy getta wykonali ją.

Czy w skwerku można się zagłębić?

 

jed­nak zna­jo­mość te­re­nu spra­wi­ła, że wkrót­ce póź­niej sta­ną­łem u wej­ścia do Tu­ne­lu. – ….że już wkrót­ce sta­ną­łem u wej­ścia do Tu­ne­lu. Lub: …że nieco póź­niej sta­ną­łem u wej­ścia do Tu­ne­lu.

 

Obraz, który przed wami ry­su­ję jest może nieco prze­ry­so­wa­ny… – Paskudne powtórzenie.

Może: Obraz, który przed wami roztaczam jest może nieco prze­ry­so­wa­ny

 

Jakby na to nie pa­trzeć, byłem cząst­ką przed­wiecz­ne­go po­two­ra… – Jak by na to nie pa­trzeć

 

Szu­kam brata – po­wtó­rzy­łem po wtóry to zda­nie, ni­czym man­trę. – Bezsensowne masło maślane.

Wystarczy: Szu­kam brata – po­wtó­rzy­łem zda­nie, ni­czym man­trę.

 

przyj­mij­my jed­nak, że 7:10.przyj­mij­my jed­nak, że siódma dziesięć.

 

przedar­łem się przez ro­sną­cy mi na dro­dze krzak i do­tar­łem do za­ro­śnię­tych… – Powtórzenie.

Może wystarczy: …przedar­łem się przez krzak na drodze i do­tar­łem do za­ro­śnię­tych

 

Na­tu­ral­nie, myśl o uciecz­ce prze­mknę­ła mi myśl… – Powtórzenie?

Może: Na­tu­ral­nie, prze­mknę­ła mi myśl o ucieczce

 

co wszy­scy wsta­ją­cy o świ­cie lu­dzie w mie­ście. Le­d­wie wsta­je dzień… – Powtórzenie.

 

Wie­dzia­łem o tym, jak tylko do­strze­głem tę starą, zmur­sza­łą, be­to­no­wą płytę. – Beton nie murszeje; murszeje drewno.

 

Jeśli uczu­cie, które czuła umie­ra­ją­ca osoba… – Powtórzenie.

 

za­uro­czo­na sze­le­stem, jakie wy­da­wa­ły ze­schłe li­ście. – …za­uro­czo­na sze­le­stem, który wy­da­wa­ły ze­schłe li­ście. Lub: …za­uro­czo­na sze­le­stem, wy­da­wa­nym przez ze­schłe li­ście.

 

Opu­ści­li­śmy bramy getta… – Ile bram opuścili?

 

Na­stęp­nie wró­ci­łem się i po­wtó­rzy­łem tę czyn­ność… – Na­stęp­nie wró­ci­łem i po­wtó­rzy­łem tę czyn­ność

 

-To jest… – sap­nę­łam, nie mogąc zna­leźć słów. – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

To by­ło­by na tyle, drogi Czy­tel­ni­ku.I to by­ło­by tyle/ wszystko, drogi Czy­tel­ni­ku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Thargone → bardzo Ci dziękuję za wizytę, poświęcony czas i wyczerpujący komentarz. Doceniam, szczególnie, że w pięć minut przeczytać się tego nie da…

Nie przykuwa uwagi niebo, natomiast w kwestii Twoich pytań – zrezygnowałem z dokładniejszych wyjaśnień właśnie po to, by nie przynudzać. Wydawało mi się, że opowiadanie nie jest przegadane, choć widać się przeliczyłem…

Kolesie z getta szanują Cichego ze względu na jego charyzmę. Jest milczący, ale jest czołową jednostką osiedla i inni to czują.

Na Torowisku nie było grobu Nel, chyba że uznać ten dół za grób jej duszy… Podejrzewam, że pogrążony w folzji ojciec porzucił tam medalik. Być może przypadkiem, być może na pamiątkę. Cichy tego nie wie i ja też ;)

Cieszę się natomiast, że poczułeś smutek ;D To właśnie chciałem osiągnąć!

 

Finkla → również Tobie należą się serdeczne podziękowania i wdzięczność :) Mam nadzieję, że jakoś Cię ta lektura wzbogaci!

Znowuż zarzut przegadania… To chyba wina mojego gawędziarstwa, ale uznałem, że drastyczne skrócenie pierwszej części byłoby szkodliwe dla atmosfery. Albo po prostu nie umiem krócej :/

Niemniej wezmę to sobie do serca, podobnie jak Twoją opinie w kwestii zakończenia… Może rzeczywiście powinienem pozwolić na większą dowolność interpretacji..

Chociaż mym pierwotnym zamiarem było umieścić tu ukryte zakończenie – czcionkę fragmentu z Babcią zamienić na kolor biały, by ukazywał się dopiero po zaznaczeniu przez czytelnika ;D Niestety, stronka nie pozwala na takie eksperymenty…

 

Reg → ponownie składam wyrazy wdzięczności i kłaniam się w pas. Wierzyłem w Ciebie, wiedziałem, że pomimo dużej objętości nie poskąpisz pomocy :)

Właśnie ze względu na Ciebie przeprowadziłem dwie wnikliwe korekty, a następnie przekazałem opowiadanie pięciu kolejnym beta testerom, spośród których trzech miało zwracać uwagę na tego typu błędy. I cóż – zawiedli. Pomału zaczynam rozumieć, dlaczego masz tu tylu wyznawców…

A interpunkcji wcale nie traktuję po macoszemu, bardzo się starałem :(

Niemniej, cieszę się, że potrafiłem wzbudzić w Tobie zainteresowanie, na przyszłość postaram się pisać bardziej zwięźle (błe) ;P

Dziękuję po stokroć! :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Niemniej wezmę to sobie do serca, podobnie jak Twoją opinie w kwestii zakończenia… Może rzeczywiście powinienem pozwolić na większą dowolność interpretacji..

Trochę nieprecyzyjnie się wyraziłam. Nieco ubódł mnie ten moralizatorski kawałek – jak masz żyć, panie nie-premierze. Tylko tu wszystko jest wyłupane. Reszta w porządku. :-)

Babska logika rządzi!

Primagenie, jak zwykle ogromnie się cieszę, że mogłam pomóc, a uwagi okazały się przydatne, :-)

Dobrze o Tobie świadczy, że dbasz o jakość tekstu i we własnym zakresie starasz się wyeliminować jak najwięcej błędów. A że niektóre potknięcia pozostały… No cóż, jestem przekonana, że z czasem w Twoich opowiadaniach będzie coraz mniej niedoskonałości, a interpunkcję też ujarzmisz. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finkla → Hahaha :D Trochę zbyt cukierkowo, co? Dla mnie też, pomyślałem sobie jednak, że ogółowi bardziej spodoba się taka skończenie pozytywna idea… Szkoda tylko, że to opowiadanie jest zbyt długie, by więcej ludzi przez nie przebrnęło. Może kiedyś wydam je w tomiku opowiadań, to zbiorę więcej recenzji i się przekonamy co lepsze ;)

 

Reg → Bardzo przydatne! Twoje uwagi pozwalają mi się rozwijać i za to właśnie jestem szczególnie wdzięczny. Wiem już na przykład, że czasem powinienem pisać TAKŻE, a kiedy indziej – TAK ŻE ;D

Zawsze dbam o jakość, dla mnie liczą się tylko absoluty… Niestety…

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Czwarty raz tu zaglądam, błąkam się po tekście, może coś zmieni pierwsze zdanie o nim… i nic z tego. Jak nie trafił w jakikolwiek czuły punkt moich percepcji, tak nie trafia. Nie potrafię uwierzyć w charaktery bohatera i Nel, w ich postępowanie i cele, bo skąd mieli się tam wziąć, kto lub co ich tak ukształtowało wbrew środowisku, wbrew wymogom przetrwania w nim. Jednocześnie rozumiem, a przynajmniej wydaje mi się, że rozumiem tak zwane przesłanie – ta opozycja sprawia, że nie mam nic mądrzejszego do napisania.

AdamKB → Cóż, pozostaje mi podziękować za poświęcony czas i opinię, szczególnie, że z moimi opowiadaniami Ci nie po drodze… Ale do trzech razy sztuka, może jeszcze Cię zaskoczę ;)

Mogło nie trafić w czuły punkt, szczerze mówiąc przed napisaniem oczekiwania miałem znacznie większe i do końca nie podołałem :/

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dużo racji w słowach o trafieniu w czuły punkt. Celne trafienie, nawet jeśli zaboli, zmienia optykę. Nie czarujmy się, raz na korzystniejszą, raz przeciwnie, ale zawsze skłania do zmiany perspektywy i, w konsekwencji, zdania. problem w tym też, że te czułe punkty nie są raz na zawsze określone, umiejscowione i zaktywowane – gdy masz katar, nawet Pratchett nie rozbawi…

Święta racja :) Na przykład w czuły punkt mojego ojca trafiłem, bo skojarzył Nel z córeczką kuzyna, która jest teraz w podobnym wieku…

W sumie, jeśli Cię to nie poruszyło, to może nawet dobrze… Uczucie folzji jest Ci obce AdamKB, jesteś szczęśliwym człowiekiem :) I mam nadzieję, że katar Ci nie dokucza, pozdrawiam!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Przedziwne to opowiadanie.

 

Zaczynam dostrzegać schemat w twoich opowiadaniach – dużo dzieci, które nie brzmią jak dzieci, i uderzenie łopaty na koniec XD I poezja, jakie ty cudowne zdania produkujesz! Jak mi się spodobała ta u stóp kałuża pomarańczowego piękna <3 Hej, i wiesz co? Nie było z tym jeszcze tak źle tu, jak w Papierowych!

 

Pierwsze akapity, pomijając nieszczęsne powtórzenia, zasysają – podobała mi się zarzucona przynęta i nimb tajemnicy otaczający folzję.

 

Szczególnie pierwsza połowa wymaga solidnych cięć – przez długi czas byłam przekonana, że osią utworu będą poszukiwania brata, wątek, którego nawet nie zakończyłeś.

 

Aha, szczegółowość poczynań głównego bohatera jest niesamowita i z początku mnie męczyła (nagromadzenie “łem”), ale stopniowo się wkręciłam. Polubiłam Cichego. Fajny chłopak :) 

 

Interpunkcja chwilami szwankuje.

(Planowałam na tym zakończyć, ale dodam jeszcze trzy grosze, bo nie mogę uwierzyć, jak mogłeś pogubić aż tyle przecinków przed słowem który xD) 

 

To chyba wszystko. Klik ode mnie.

www.facebook.com/mika.modrzynska

O_o

 

Chyba zaczynam rozumieć, dlaczego ten portal nazywa się fantastyka.pl…

Niemniej, droga Kammo – jakbyś koniecznie chciała przeczytać jakieś dłuższe opowiadanie, z przyjemnością polecę Ci coś lepszego od moich starych wypocin ;)

Co nie zmienia faktu, iż jestem zaszczycony, żeś zechciała tu zajrzeć. No proszę, a ja planowałem napisać to od nowa za jakieś dziesięć-piętnaście lat…

 

nie mogę uwierzyć, jak mogłeś pogubić aż tyle przecinków przed słowem który xD

Ależ ja ich nie pogubiłem! Podejrzewam, iż nie wstawiłem ich z pełnym przekonaniem i premedytacją :D

 

Dzięki serdeczne.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Nowa Fantastyka