- Opowiadanie: SpaceWarfare - Ku nieskończoności

Ku nieskończoności

Witam serdecznie!

Piszę od czasu do czasu opowiadania Science-Fiction i stwierdziłem w końcu, że można by wyjść z tą twórczością do ludzi i zobaczyć, co o niej sądzą.

Jako debiutancki tekst zamieszczam tu jedno ze swoich opowiadań Hard SF. Wiem, że gatunek raczej niszowy, ale może znajdą się zainteresowani.

Pozdrawiam i życzę miłej lektury.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Ku nieskończoności

Powoli odzyskiwałem świadomość. Pewnie nie spałem już od paru chwil, ale dopiero teraz zdałem sobie z tego sprawę. Wybudzanie zawsze jest stopniowe. Nie działa jak nagłe ocknięcie się z koszmaru. Koszmarem jest raczej to, co następuje chwilę później.

Pierwszym, co poczułem było przenikliwe zimno. Potem doszedł głód i ból całego ciała. Nic dziwnego, w końcu nie używałem go od bardzo dawna. Wiem, że z każdą chwilą będzie nieco lepiej, ale w tym, co teraz czułem nie było absolutnie nic miłego.

Zmusiłem się, żeby otworzyć oczy. Były suche i mocno piekły. Pomieszczenie rozjaśniały świecące brzydkim, ciemnożółtym światłem lamki umieszczone w narożnikach. Oprócz ich blasku, pokój wypełniała delikatna poświata kilku komputerowych ekranów. To dobry znak – ciągle działają. Wszystko inne też na pierwszy rzut też wydawało się w porządku. W końcu ciągle żyłem, więc musiało być w porządku.

Próbowałem wstać, ale po kilku niezgrabnych próbach poddałem się. Lepiej dać sobie jeszcze trochę czasu. Moje ciało musi na nowo przypomnieć sobie, co do czego służy.

 

***

 

Co byście zrobili mogąc żyć milion lat? Albo dziesięć milionów, może nawet sto? Możliwości byłby wręcz nieskończone, prawda? Odwieczne marzenie o długowieczności spełnione. Żyć dużej niż całe cywilizacje, zobaczyć niemal wszystko i doświadczyć niemal wszystkiego. Czy taka okazja nie byłaby czymś wspaniałym?

Nie dla mnie. Jestem na statku. Ciasnym statku. Bardzo ciasnym i jeszcze bardziej zepsutym statku. Sam, dryfując wciąż w tym samym kierunku. Chyba tak właśnie wygląda piekło. Samotność, pustka i cała wieczność przed sobą do myślenia o tym, co było i o tym, czego już nigdy nie będzie.

Jest rok sto trzydzieści jeden tysięcy osiemset dwudziesty trzeci czasu ziemskiego. Nie wiem niestety, czy ktokolwiek oprócz mnie jeszcze go używa. Ostatni raz kontakt z rodziną planetą miałem w dwa tysiące osiemdziesiątym ósmym. Trochę mogło się od tego czasu pozmieniać.

Tak naprawdę, jestem o wiele młodszy niż powinienem. Mój wiek biologiczny to około czterdzieści pięć lat. Ciało na szczęście nie zużywa się zbyt szybko. Nic dziwnego, w końcu większość czasu przesypiam. Albo inaczej – większość czasu nie żyję. To będzie chyba bliższe prawdy.

Kiedyś oczywiście wiodłem inne życie. Byłem astronautą, wcześniej pilotem wojskowym. Zupełnie jak pierwsi kosmiczni herosi pokroju Gagarina czy Sheparda. Pod koniec lat osiemdziesiątych zostałem wybrany do załogi pierwszego statku hibernacyjnego. Mieliśmy lecieć aż do Pasa Kuipra, okrążyć Eris i wrócić. To miał być pierwszy etap przygotowań do lotu międzygwiezdnego. W układzie Epsilon Eridani, niecałe jedenaście lat świetlnych od Ziemi, odkryto planetę z ciekłą wodą i atmosferą tlenowo – azotową. Kolonizacja była kwestią czasu.

Planowany czas mojej misji wynosił czterysta trzy dni. Jak widać, nieco się przeciągnęła.

Do około stuczterdziestego dnia wszystko szło dobrze. Po opuszczeniu ziemskiej orbity zapadliśmy w sen i komputer kierował nas ku Eris. Najpierw przyspieszyliśmy do zawrotnych niemal czterech promili c, a potem dryfowaliśmy aż nadeszła pora, by obrócić statek i zacząć hamowanie. Wtedy coś poszło nie tak.

Do dziś nie wiem, co to właściwie było. Doszło do eksplozji, załoga została awaryjnie wybudzona i podjęliśmy próbę ratowania statku. Wszyscy zginęli w pożarze. Wszyscy oprócz mnie. Przeżyłem, bo byłem zbyt wolny. Nie dobiegłem na czas do śluzy i zostałem odcięty. To ocaliło mi życie.

Statek nigdy nie zaczął hamować. Minął Eris w niewielkiej odległości i pomknął dalej w próżnię. Z jednym pasażerem na pokładzie i zniszczonym systemem łączności.

 

***

 

Pierwszym, co zrobiłem po wyjściu z komory hibernacyjnej było znalezienie czegoś do jedzenia. Na szczęście, pokarmu mi nie brakowało. Nawet po niemal stu trzydziestu tysiącach lat na statku zostało jeszcze sporo jedzenia. Ponieważ miał to być pierwszy dłuższy lot z załogą w hibernacji, założono, że coś może nawalić i na wszelki wypadek dostaliśmy racje na każdy dzień lotu. Prawie półtora roku jedzenia dla pięciu osób. Do wypadku zjedliśmy zaledwie kilka porcji. Potem zostałem sam, więc teoretycznie miałem racje na siedem i pół roku. Ciągle sporo mniej niż żyję w tym środowisku, ale przecież ogromną większość czasu przesypiam. Wciąż mam ponad dziewięćdziesiąt procent zapasów.

Wrzuciłem w siebie to zimne, niedobre i zawierające „wszystko co potrzebne astronaucie” jedzenie i zająłem się sprawdzaniem czy wszystko działa jak należy. Albo raczej czy to, co zostało ze statku działa jak należy.

Wbrew pozorom, zostało dość dużo. Wybuch zniszczył głównie napęd, komunikację i pomieszczenia na tyle statku. System podtrzymywania życia wciąż działa, wirówka wytwarza przyjemne pół G, a generator dostarcza nawet więcej energii niż mi potrzeba. Moja komora hibernacyjna również spisuje się na medal. Inne być może też działają, ale zupełnie nie miałem ochoty ich sprawdzać.

Diagnostyka trwała niecałą sekundę. Tyle czasu potrzebował komputer pokładowy, żeby zebrać raporty z rozproszonej po pokładzie sieci urządzeń. Odpowiedź pozytywna: to, co zostało ze statku działa jak należy. A to prowadzi do konkluzji, że pewnie uda mi się tu jeszcze trochę pożyć.

Ten dzień zdecydowania różni się od innych. Mój nastrój jest całkiem dobry w porównaniu z tym, czego zwykle doświadczam. No bo jak może się czuć człowiek, który samotnie mknie przez próżnię bez żadnego celu, możliwości powrotu i nadziei, że ktoś może mnie uratować. Przecież wszyscy widzieli: krótki błysk, utrata łączności, nigdy więcej kontaktu. Zresztą nawet gdyby chcieli, nie daliby rady zorganizować misji ratunkowej do Pasa Kuipera.

Tak więc, czuję się dobrze. Powód jest prosty – w końcu coś przełamie monotonię. Od co najmniej stu tysięcy lat realizowałem schemat: wstać, coś zjeść, sprawdzić systemy, pogapić się w gwiazdy, iść spać. Dziś specjalnie wstałem wcześniej, choć wcześniej oznacza w tym przypadku, że spałem tylko pięćset czterdzieści dziewięć lat, dwieście siedemdziesiąt dni i sześć godzin. Przeważnie śpię około tysiąca lat. Chciałbym móc dłużej, ale gdy przesadzę, to potem czuję się wyjątkowo źle. Dzisiejsze wstawanie wcale nie należało do najgorszych.

Gdy minąłem Eris, byłem przekonany, że dalej jest już tylko pustka. Przeleciałem przez Obłok Oorta i opuściłem Układ Słoneczny nie trafiając na absolutnie nic. Późnej uświadomiłem sobie, że coś jednak wyjdzie mi na spotkanie. Gdzieś tam w próżni czeka na mnie 19 Arietis, czerwony olbrzym odległy od Ziemi o ponad czterysta osiemdziesiąt lat świetlnych. Nie wiem, czy istnieje tam jakiś układ planetarny, ale przelecę dość blisko, ledwie trzy miliardy kilometrów od gwiazdy. Jestem więc pierwszym człowiekiem, któremu dane było wziąć udział w misji międzygwiezdnej.

Oczywiście, wcale nie musi to być prawdą. I niemal na pewno nie jest. Jestem jedynie pierwszym, który wyruszył. Ziemianie mieli mnóstwo czasu, żeby mnie wyprzedzić i dotrzeć choćby do Eridani.

Od jakiegoś czasu jestem już w sąsiedztwie Arietis. Do maksymalnego zbliżenia zostało mi jednak całe czterdzieści dni. Chciałem dać sobie dużo czasu na obserwację układu, o ile cokolwiek tu powstało. Przez osiemdziesiąt dni, które mam zamiar nie spać, przebędę ponad siedem miliardów kilometrów. Jeśli są tu jakieś planety, powinienem je zauważyć.

Niezwykle cieszy mnie, że podkład obserwacyjny nie został uszkodzony. Ciężko go właściwie nazwać pokładem – to tylko mały pokoik z dwoma mocno wypukłymi oknami dającymi ładny widok na wszystkie strony. Zdecydowanie moje ulubione miejsce na statku. To tam przesiaduję, gdy nie śpię.

Niestety, jeśli cokolwiek zobaczę, pewnie będę musiał zachować to dla siebie. Nie ma możliwości wysłania ze statku żadnego komunikatu. Mogę robić notatki i zostawiać je w komputerze, ale jeśli nikt nie przejmie jego dysku, wszystko przepadnie. Co mi jednak pozostało? Zakładam, że wiedza o Arietis odejdzie wraz ze mną, ale to nie znaczy, że nie warto jej zdobywać. Każda śmierć pociąga za sobą utratę jakiejś wiedzy, a mimo to ludzie nawet na starość pragną nowych doznań i umiejętności.

Zaraz mam zamiar zobaczyć w końcu coś więcej niż bladoczerwoną kropkę na wiecznie czarnym niebie. Zmierzając na pokład obserwacyjny czułem narastającą ekscytację. Ponieważ pomieszczenie znajdowało się na osi statku, nie mogłem liczyć na pomoc siły odśrodkowej wirówki i nieco niezdarnie odbijałem się od ścian.

Gdy w końcu wszedłem do środka, wiedziałem dokładnie, w którą stronę spojrzeć. W końcu czekałem na ten moment kilkadziesiąt tysięcy lat. Nie musiałem być jednak przygotowany. Arietis nawet z kilku miliardów kilometrów była niezwykle jasna. Po raz pierwszy od tak dawna widziałem gwiazdę z bliska. Coś, co na Ziemi było niezauważalnym fragmentem codzienności, dla mnie stało się spełnieniem marzeń.

Bez wątpienia była piękna. Świeciła łagodnym, pomarańczowo-czerwonym blaskiem typowym dla czerwonych olbrzymów – wielkich gwiazd będących u schyłku ewolucji. Było w tym świetle coś hipnotyzującego. Wyobraźnia podpowiadała mi nawet, że czuję na skórze jej ciepło.

 

***

 

Nie wiem, ile tam trwałem nieruchomo i wpatrywałem się w tę kulę gorącego helu. Przestałem, gdy uczucie głodu stało się silniejsze niż fascynacją nowością całej sytuacji. Wróciłem po kolejną rację do wirówki, ale jadłem ją już w pokoju obserwacyjnym. Na wszelki wypadek zabrałem też parę innych.

Kiedy nie myślałem o Arietis, moje myśli zaprzątała Ziemia. Zastanawiam się, czy wciąż tam jesteśmy. A jeżeli jesteśmy, to co robimy? Ilu nas jest? Gdzie mieszkamy? Co osiągnęliśmy? Odkąd opuściłem planetę minęło niemal sto trzydzieści tysięcy lat. To prawie tyle, ile istnieje gatunek Homo sapiens. Dziesiątki razy więcej niż istnieją cywilizacje. Tysiąc razy dłużej niż era kosmiczna, którą pamiętam.

Możemy być wszędzie i potrafić wszystko. Pokonać śmierć, roznieść życie po całej galaktyce, czerpać energię z całych gwiazd i tworzyć nowe światy. Może zawarliśmy w końcu trwały pokój i razem robimy rzeczy wspanialsze niż jestem w stanie wymyślić mając milion lat na myślenie.

Albo możemy nie być. W większej skali, cywilizacje trwają dość krótko. Mogła nas zabić katastrofa albo wykończyliśmy się sami. Historia ludzkości to historia wojen, podczas których sięgaliśmy po coraz większą energię. Już parę razy zegar zagłady niemal wybił dwunastą.

Jeśli jednak wciąż jesteśmy, pewnie już wiemy, czy żyjemy sami, czy jest ktoś jeszcze. Mieli dość czasu by nas zauważyć, albo by dać się dostrzec nam. Jeśli są, to jacy są? Toczymy wojny czy żyjemy w przyjaźni? A może egzystujemy obok siebie bezskutecznie próbując się porozumieć?

Żyję prawdopodobnie dłużej niż ktokolwiek inny, ale przez moje okno na świat widać tylko gwiazdy. I choć są niezwykle piękne, są również martwe. Tęsknię za czymś żywym.

Wydaje mi się, że wciąż żywię nadzieję na ratunek. Ludzie niemal na pewno zbudowali szybsze statki. Niemal na pewno dotarli w końcu do Eridani. Niemal na pewno na tym nie poprzestali. Może polecieli jeszcze dalej i kiedyś obudzi mnie nie nastawiony na tysiąc lat budzik, lecz załoga badająca artefakt, który nie wiadomo skąd przybył do ich kawałka kosmosu. A może dotarli też do Arietis i statek z ciekawskimi naukowcami już leci mi na spotkanie?

Czasem zastanawiam się, czy to, że nikt mnie nie uratował nie świadczy przypadkiem o upadku naszej cywilizacji. Nie da się powstrzymać ludzkiej ekspansji, rozwoju technologii, ciekawości. Ktoś, kiedyś, jakimś cudem powinien mnie zauważyć. Powinien się zainteresować. Powinien przylecieć. Czasu było aż nadto…

 

***

 

Pięć dni później wciąż spędzałem większość czasu obserwując Arietis. W wirówce jedynie spałem, myłem się i wprowadzałem notatki do komputera. Cały czas żałowałem, że nie mam teleskopu. Kiedyś oczywiście mieliśmy całkiem niezły do dyspozycji. Był przymocowany do kadłuba na tyle statku. Jednak po wypadku nie udało mi się już niestety otrzymać żadnego obrazu. Próby skonstruowania czegoś o podobnym działaniu z dostępnych materiałów też spełzły na niczym. Wygląda na to, że do obserwacji mogę używać jedynie własnego wzroku.

Póki co, nie zauważyłem tu nic oprócz samej gwiazdy. Jeśli istnieją planety, ich wypatrzenie nie będzie łatwe. Zupełnie jak dla obserwatora na Ziemi nie jest łatwe wypatrzenie Marsa czy nawet Jowisza, jeśli nie wie jak ich szukać. Na pierwszy rzut oka nie różnią się od innych gwiazd.

Wiadomo natomiast, że planety się przemieszczają. Gwiazdy oczywiście też, jednak ich ruch jest dużo wolniejszy. Obserwując niebo przez dłuższy czas można zauważyć mnóstwo ciekawych szczegółów. Postanowiłem pójść tą drogą i co kilka godzin starałem się rysować jak najdokładniejszą mapę. Dużo lepsze byłby zdjęcia, ale niestety nie dysponuję nawet najprostszym aparatem.

Braki w sprzęcie ani umiejętnościach nie zrażają mnie jednak do ciężkiej pracy. Znowu mam zajęcie i jakiś cel. To zdecydowanie lepsze niż przesypianie większości życia w lodowatej trumnie.

 

***

 

Po trzech tygodniach całodziennych obserwacji i doskonalenia sztuki rysowania kropek zacząłem nabierać podejrzeń, że Arietis ma planety. A przynajmniej jedną planetę. Wraz z upływem kolejnych dni podejrzenia zamieniały się w coraz większą pewność, że mój tajemniczy obiekt faktycznie porusza się po orbicie gwiazdy. Nie było mowy o określeniu wielkości ani składu atmosfery. Nie mam w oczach aparatury do analizy spektralnej. Mogę tylko obserwować zmianę położenia w czasie.

Mógłbym jednak obliczyć jej odległość od gwiazdy. Jeśli moje mapy będą w miarę dokładne, będę w stanie mniej więcej oszacować orbitę. Znając prawa Keplera mógłbym też spróbować wyznaczyć masę. Nie dysponuję jednak dokładnymi parametrami do równania, więc równie dobrze mógłbym po prostu strzelać.

Skupiłem się więc na orbicie. Odkąd nabrałem pewności, że faktycznie codziennie gapię nie na planetę, zacząłem spędzać więcej czasu przed komputerem w wirówce. Nie chciałem jednak odpuszczać obserwacji, więc dojście do jakiejkolwiek godnej zaufania wartości zajęło mi parę dni.

W ten właśnie sposób dołączyłem do grona odkrywców egzoplanet. Choć istnieje oczywiście szansa, że 19 Arietis b (sam rozważałem nazwanie jej Spes od rzymskiej bogini nadziei) na Ziemi znana jest już od ponad stu tysięcy lat.

Żałowałem, że nie dam rady dowiedzieć się o niej niczego więcej. Brak mi odpowiedniego sprzętu i mocy obliczeniowej. Gorsza była jednak myśl, że nigdy nie podzielę się z nikim radością odkrycia. Zabiorę go w swojej świadomości dalej w kosmiczną pustkę, gdy tylko te ekscytujące chwile dobiegną końca.

 

***

 

Od wybudzenia z hibernacji minęło  już czterdzieści dni. Dzisiejsza doba miała być jednak wyjątkowa. Za moment mój statek minie Arietis w minimalnej odległości. Udało mi się ją oszacować na około dwa tysiące czterdzieści siedem milionów kilometrów. Mimo to, znaczenie tej chwili było prawie wyłączne symbolicznie. To wciąż bardzo daleko. Gwiazda nadal będzie tylko niewielkim dyskiem na niebie.

Sam fakt mijania Arietis jest dla mnie nieco przygnębiający. Od tej chwili będę się od niej wyłącznie oddalał. Z dnia na dzień jej blask będzie coraz słabszy, a szanse na wartościowe obserwacje coraz mniejsze. Pozytywne emocje zaczną słabnąć i znów będę musiał mierzyć się z przygnębiającą wizją niekończącej się samotności. W końcu pójdę spać na kolejne tysiąc lat, żałując, że mój organizm nie wytrzyma dłuższego zamrożenia.

W tej chwili stałem jednak z głową przyklejoną do wypukłego iluminatora i patrzyłem w przestrzeń. Czerwony olbrzym wciąż hipnotyzował mnie niemal tak samo mocno, jak pierwszego dnia.

Ciekawe czy jest tu jakieś życie? Może kiedyś powstały choćby proste wirusy lub bakterie. A może nawet udało im się ewoluować, rozwinąć cywilizację i opuścić rodziny układ w obawie przed spuchniętym, umierającym słońcem.

Ciekawe czy my kiedyś tu dotarliśmy? Jestem pierwszym człowiekiem w tym kawałku kosmosu czy byli już inni? Może nadal są? A może już dawno się znudzili i polecieli szukać kolejnego domu?

Nie sądzę, bym kiedykolwiek się dowiedział. Mogę tylko obserwować.

 

***

 

Spędziłem w układzie Arietis sto siedemdziesiąt cztery dni. Ponad dwa razy dłużej niż planowałem. Decyzję o pójściu spać podjąłem dopiero, gdy z pomarańczowo-czerwonego dysku zmieniła się w bladoczerwoną plamkę. Wtedy wiedziałem, że nic więcej już nie zobaczę.

Znalazłem kolejną planetę. Znajduje się na bliższej orbicie i świeci słabiej niż Spes, więc pewnie jest mniejsza. Wydaje mi się, że jej światło ma lekko niebieski odcień. A może to tylko ja bardzo pragnę zobaczyć coś podobnego do dawno utraconego domu. Mimo wszystko, lubię czasem myśleć, że na tej chyba błękitnej planetce jest woda. Woda oznacza życie. A przynajmniej szansę dla życia.

Aha, Spes ma księżyc. Może nawet dwa, choć mój wzrok nie jest już tak dobry jak kiedyś, bym był tego pewny.

Niczego więcej się nie dowiedziałem. Nikt nie przybył na ratunek, nikt nie dał choćby najmniejszego śladu istnienia. Opuszczam układ tak samo samotnie, jak dotarłem tu kilka miesięcy temu. Myślę jednak, że dobrze spędziłem ten czas. Mimo piekła, na jakie zostałem skazany, wciąż myślę, że kosmos jest piękny. Choć jest tak milczący i bezwzględny, nigdy nie przestanę przyglądać mu się z zachwytem.

Może się wydawać, że po minięciu Arietis najlepsze mam za sobą. Że dalej nie ma już nic oprócz bezkresu pustki. Że będę musiał powrócić do rutyny krótkich chwil bycia przedzielonych tysiącem lat niebycia.

Ale nawet na największej pustyni trafi się czasem oaza. Póki żyję, póki jestem w ruchu, zawsze będę dokądś zmierzał. Poświęciłem ostatnio trochę czasu na obliczenia. Na mojej ścieżce jest kolejna gwiazda. Jest daleko i nie mogłem nawet znaleźć jej nazwy, ale istnieje. Jeśli statek wytrzyma, jeśli wystarczy jedzenia, jeśli nie zniknę w błysku jakiejś supernowej, w końcu się spotkamy.

Więcej niż dwanaście tysięcy lat świetlnych. Ponad trzy miliony lat lotu. To bardzo, bardzo długo, ale w moim sercu wciąż tli się nadzieja. Dobrze mi z myślą, że coś ekscytującego ciągle może się przydarzyć.

Póki co, kładę się spać. Zniknę na kolejne tysiąclecie nieświadomie dryfując ku nieskończoności.

Koniec

Komentarze

Klasyka. Niezłomny badacz kosmosu, którego nic nie doprowadzi do załamania, obłędu i czego tam jeszcze. Kiedy tak pisano? Już nie bardzo pamiętam…

To nie zarzut dowolnego typu, to tylko konstatacja. Bo taka heroiczna postawa jednak mieści się w granicach prawdopodobieństwa.

Gorzej wygląda techniczna strona tekstu. Przecinkologia leży na prawym boczku i postękuje. Liczby w tekstach beletrystycznych zapisujemy w 99,999% przypadków słownie. Tym bardziej, że jest to rodzaj monologu, w tym zaś przypadku “nie mówi się cyframi”, że tak to nazwę.

Jak na “dzień dobry na portalu” nie tak źle i myślę, że jeśli popracujesz nad wyżej wymienionymi kwestiami, następne teksty będą zwyżkowały.

Aha, jeszcze coś. jak jeszcze raz nazwiesz twardą SF literaturą dla niszowców, będziesz u mnie podpadnięty na całe trzy tygodnie i siedem minut. SF to najszlachetniejszy gatunek, o! :-)

No, nie nazwałabym tego tekstu twardą SF.

Zaskoczył mnie teleskop na zewnątrz statku. Szlag by go nie trafił przy starcie, żaden pył nie popsuł podczas podróży?

Wybudzanie zawsze jest stopniowe. Nie działa jak nagłe odzyskanie świadomości po przebudzeniu z koszmaru.

Powtórzenie.

W układzie Epsilon Eridani, niecałe 11 lat świetlnych od Ziemi, odkryto planetę z ciekłą wodą i atmosferą tlenowo – azotową.

O tym już Adam wspominał – liczby słownie.

Aha – możesz (a nawet komentujący będą tego oczekiwać) edytować tekst i usuwać wskazane błędy.

Babska logika rządzi!

@AdamKB

Dziękuję za opinię i wskazówki.

Niezłomny badacz kosmosu, którego nic nie doprowadzi do załamania, obłędu i czego tam jeszcze.

Wychodzę z założenia, że w kosmos wysyła się raczej odpornych psychicznie ludzi, którzy przechodzą porządną selekcję. W. Polakow siedział kiedyś sam w MIRrze prawie półtora roku i nic mu nie było. Eksperymenty typu MARS 500 (symulacja długotrwałego pobytu w kosmosie, a konkretnie misji na Marsa) też przebiegały pomyślnie. Oficjalnie nie było jeszcze przypadku depresji czy wariactwa w kosmosie.

Więc dla mnie to raczej szybkie popadanie w obłęd i załamanie jest mniej realistyczne, choć często w fikcji spotykane.

Kiedy tak pisano? Już nie bardzo pamiętam…

A nie tak dawno. Na przykład w Marsjaninie (Andy Weir) sprzed paru lat.

Liczy cyframi i przecinki – moja wina, mogę tylko przeprosić urażonych :)

Aha, jeszcze coś. jak jeszcze raz nazwiesz twardą SF literaturą dla niszowców, będziesz u mnie podpadnięty na całe trzy tygodnie i siedem minut. SF to najszlachetniejszy gatunek, o! :-)

Z ostatnim zdaniem się zgadzam, ale widzę proporcje wśród zainteresowanych fantastyką. SF czyta mniej ludzi niż Fantasy, a o fanów Hard SF jeszcze ciężej.

Pozdrawiam.

@Finkla

Tobie również bardzo dziękuję za opinię, jednak pozwolę sobie na dyskusję z nią.

Zaskoczył mnie teleskop na zewnątrz statku. Szlag by go nie trafił przy starcie, żaden pył nie popsuł podczas podróży?

Zabieg jak najbardziej świadomy i celowy. Większych statków nie wysyła się z powierzchni Ziemi. Montuje się je na orbicie i dostarcza załogę i zaopatrzenie, a następnie wysyła stamtąd dalej. Z misją za Marsa też tak za kilkanaście (-dziesiąt) lat zrobimy, zapewniam.

Natomiast sondom, które wysyłamy w głęboki kosmos nie takie rzeczy wystają spoza kadłuba. Oporów powietrza nie ma, a ilość śmieci i pyłów jest na tyle niska, że jak widać konstruktorzy z prawdziwych agencji kosmicznych się nimi nie przejmują.

Tak więc, czemu uważasz, że tekst nie zasługuje na miano Hard SF? Co Twoim zdaniem w tekście tego typu być powinno, a co nie może wystąpić?

O możliwości edycji wiem i na pewno skorzystam. Jeszcze raz dziękuję za opinię.

Jestem za słowami Adama – SF to najszlachetniejszy gatunek i po prostu, nie każdy może go docenić ;) Mimo, że ja jestem raczej z obozu space oper, science fantasy i itd., dobre hard SF to zawsze dobre SF (no chyba, że ktoś kiepsko napisze, to już inna sprawa). 

Nie doczytałam jeszcze do końca, ale chciałam coś dodać na temat liczebników, które wcale nie są tak oczywiste. Zawsze zapisujemy w tekście liczebniki słownie, ale w powieściach, gdzie występuje ich sporo i są “niestandardowe”, jak 0,0005647 – zapisuje się słownie. Może jest to maniera z publikacji anglojęzycznych. Więc w sumie, tego typu liczebniki bym zostawiła w tekście, a resztę, jak np. z latami – zmieniłabym. Tak samo daty. 

Tak więc, czemu uważasz, że tekst nie zasługuje na miano Hard SF? Co Twoim zdaniem w tekście tego typu być powinno, a co nie może wystąpić?

Za łatwe. ;-) Poczytaj sobie teksty niejakiego Prosiaczka. On nas przyzwyczaił do ostrej jazdy na granicy zrozumienia.

Ale nie uważam, że twardość czy miękkość SF to wada. Ot, po prostu mi się wydało raczej miękkie. :-)

Babska logika rządzi!

Wiesz co, nie chcę się za bardzo wykłócać (bo jako nowy piszący jestem z góry na przegranej pozycji w starciu z całą społecznością), ale Twoja definicja mnie nie przekonuje. Od kiedy trudność zrozumienia tekstu definiuje jego przynależność gatunkową? Czyli A.C. Clarke nie pisał Hard SF, bo jego książki są dość łatwe w odbiorze? Marsjanin A. Weira też nie zasługuje na to miano, bo jest lekkim i przyjemnym “czytadłem”, które nie oferuje czytelnikowi w sumie nic nowego?

Wydaje mi się, że nie ma się o co wykłócać. Ale za to wcale nie jesteś na przegranej pozycji. Ot, różnie patrzymy na jakąś tam kwestię. Subiektywną. I to nie jest definicja, tylko opinia. Tak, jakby jednemu z nas wydawało się, że zupa jest kwaskowata, a drugiemu, że raczej słona. Albo ustalanie, która aktorka jest ładniejsza. Gust i tyle – każdy ma tyle samo racji.

No, właśnie tak na to patrzę – jeśli nie dowiaduję się z tekstu nic nowego, jeśli nie muszę ruszyć głową, to mam do czynienia z lekkim czytadełkiem. Co nie znaczy, że to źle albo lektura bezwartościowa.

Z książek Clarke’a najlepiej kojarzę “Odyseję czasu” (pisaną wspólnie z kimś tam). Hmm, jeśli dobrze pamiętam, autorzy odstąpili od liczby pi, za to technologie pokazywali naprawdę bajeranckie. Owszem, nie nazwałabym tego hard SF.

A “Marsjanina” nie czytałam.

Babska logika rządzi!

---> Deirdiu. Co w tym niestandardowego? Pięć tysięcy sześćset czterdzieści siedem do minus szóstej, tyle samo milionowych. Angliki niech sobie piszą po swojemu, my mamy swoje, polskie zasady i utrwalone obyczaje.

Ale jednak w zapisie cyfrowym jest czytelniejsze. Rzut oka i wiadomo, ile to.

Wydaje mi się (ale to zdanie mojej kobiecej intuicji, a ja jej nie bardzo ufam), że dopuszczalny jest zapis cyframi jeśli narrator liczbę widzi. Czyli “W szkole mówili mi, że pi to z grubsza trzy i czternaście setnych”, ale “Kalkulator wyświetlił wynik: 3,1415”.

Babska logika rządzi!

Tego w “bibliach” nie ma. Uważam, że podaną przez Ciebie zasadę / propozycję sformułował ktoś z głową, bo to daje się obronić przez analogię do zapisu na przykład godzin i dat, podanych na / w jakimś druku, powiedzmy w rozkładzie jazdy. Ale uwaga: w dialogach nie ma zmiłuj, słownie; tylko w narracji takie myki przechodzą.

Tak więc, skoro opowiadanie, pod którym piszemy, jest osobiście zdawaną relacją samego protagonisty, cyfry powinny zniknąć.

Nie jestem jakoś specjalnie przywiązana do zasad z angielskiego zapisu. W każdym razie, dobrze, że tutaj problem został rozjaśniony i w którym kierunku można iść podczas pisania. 

Czytało się bez bólu, ale i bez jakichś żywszych emocji. Może dlatego, że gwiezdny wędrowiec wydawał się tak pogodzony z losem, że nie potrafiłam przejąć się jego samotnością? Ale jak na debiut nie jest źle:)

Z drobiazgów:

Mieliśmy lecieć aż do Pasa Kupira

– literówka. Aż się na początku zastanawiałam , czy chodzi o jakiś zupełnie inny pas:)

 

Homo Sapiens

Homo sapiens lub homo sapiens

 

Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Cóż, astronauta musi mieć silną psychikę. Żeby jednak aż tak? Zupełnie na zimno ogląda kolejny układ słoneczny, duma nad rzeczywistością Ziemi… Sto tysięcy lat, a gość twardziel… No, nie wiem.

Z drugiej strony, wszyscy wiedzą, że si-fi to nie moje klimaty. Mimo to przeczytałam bez bólu i zaciśniętych szczęk. Całkiem nieźle, znaczy się :)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Rozumiem, że skoro podczas tak strasznie długo trwającego lotu niewiele się dzieje, to opowiadanie odzwierciedla ten stan – pełen monotonii, rutynowych czynności, nikłej nadziei, a właściwie pełen beznadziei. Nawet spotkanie Arie­tis, mimo że bohater z pewnością odczuwa ogromną ekscytację, nie znalazło w tekście należytego odbicia.

Przeczytałam bez przykrości, ale opowiadanie pewnie nie przetrwa w pamięci zbyt długo.

 

Po­miesz­cze­nie roz­ja­śnia­ły świe­cą­ce brzyd­kim, ciem­no­żół­tym świa­tłem lamki… – Literówka.

 

Wszyst­ko inne też na pierw­szy rzut też wy­da­wa­ło się w po­rząd­ku. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

Le­piej dać sobie jesz­cze tro­chę czasu. Moje ciało musi na nowo przy­po­mnieć sobie, co do czego służy. – Powtórzenie.

 

Moż­li­wo­ści byłby wręcz nie­skoń­czo­ne, praw­da? – Literówka.

 

od­kry­to pla­ne­tę z cie­kłą wodą i at­mos­fe­rą tle­no­wo – azo­to­wą. – …od­kry­to pla­ne­tę z cie­kłą wodą i at­mos­fe­rą tle­no­wo-azo­to­wą.

 

Do około stucz­ter­dzie­ste­go dnia wszyst­ko szło do­brze.Do około sto cz­ter­dzie­ste­go dnia wszyst­ko szło do­brze.

 

Nie­zwy­kle cie­szy mnie, że pod­kład ob­ser­wa­cyj­ny nie zo­stał uszko­dzo­ny. – Literówka.

 

Cięż­ko go wła­ści­wie na­zwać po­kła­dem… – Trudno go wła­ści­wie na­zwać po­kła­dem

 

Zaraz mam za­miar zo­ba­czyć w końcu coś wię­cej niż bla­do­czer­wo­ną krop­kę na wiecz­nie czar­nym nie­bie. – Mam za­miar zaraz zo­ba­czyć w końcu coś wię­cej niż bla­do­czer­wo­ną krop­kę na wiecz­nie czar­nym nie­bie.

 

Prze­sta­łem, gdy uczu­cie głodu stało się sil­niej­sze niż fa­scy­na­cją no­wo­ścią całej sy­tu­acji. – Literówka.

 

Dużo lep­sze byłby zdję­cia, ale nie­ste­ty nie dys­po­nu­ję nawet naj­prost­szym apa­ra­tem. – Literówka.

 

Odkąd na­bra­łem pew­no­ści, że fak­tycz­nie co­dzien­nie gapię nie na pla­ne­tę… – Chyba miało być: Odkąd na­bra­łem pew­no­ści, że fak­tycz­nie co­dzien­nie gapię się na pla­ne­tę

 

Gor­sza była jed­nak myśl, że nigdy nie po­dzie­lę się z nikim ra­do­ścią od­kry­cia. Za­bio­rę go w swo­jej świa­do­mo­ści… – Piszesz o radości odkrycia, więc: Za­bio­rę w swo­jej świa­do­mo­ści

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie mogę się zdecydować. Z jednej strony nie najgorzej napisane, przy czym nuda, rutyna i monotonia (jak już wspomniała Reg) bije z opowieści. Z drugiej, jak dla mnie, same same przemyślenia bohatera, to trochę mało. Przyznaję bez bicia, że w pewnym momencie zaczęłam skanować tekst wzrokiem, szukając czegoś. Czegoś, co ożywi fabułę, jakiegoś zwrotu.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nowa Fantastyka