- Opowiadanie: Mezoar - Szkarłatny Grot - prolog

Szkarłatny Grot - prolog

Początek tekstu który, mam nadzieję, nabierze z czasem nieco więcej barw. Zachęcam do krytyki i pisania ewentualnych wskazówek, co bym nie błądził jak to dziecko we mgle. Miłej lektury!

Oceny

Szkarłatny Grot - prolog

Słońce leniwie chyliło się ku zachodowi. Jesień na Pograniczu od wieków niezmiennie upływała swoim leniwym acz uporządkowanym nurtem. Mieszkańcy wiosek podczas festiwali dożynkowych dziękowali przodkom i bogini matce za udane zbiory, zaś gdy dzbany z winem pustoszały a czas zabawy dobiegał końca, zabierali się za przygotowania do zimy. Zimy zaś na Pograniczu bywały srogie. Zahartowani ludzie umieli jednak doskonale sobie z nimi radzić. Mrozy puszczały tu z reguły w połowie Dimlith, trzeciego miesiąca roku. Stosy ziarna w spichrzach, warzywa skryte w piwnicach i peklowane oraz wędzone mięso pozwalało przy rozsądnym dzieleniu dotrwać ludziom do wiosny. Często jednak zdarzało się, że wioski pokryte śniegami padały ofiarami napadów zbójców którym nie udało się znaleźć odpowiedniego miejsca na zimowanie. Imperialna Gwardia rzadko zapuszczała się na te tereny, zimą zaś białe płaszcze z haftowanymi ciemnogranatowymi krukami dostrzec można było tylko w garnizonach. Pogranicze rządziło się jednak twardymi prawami, które miast inkaustem spisane były krwią. Jesień jednak najczęściej była okresem spokoju. Na ławce pod jedną z drewnianych chat siedział młody chłopak cerujący kościaną igłą podarte portki. Większość prac polowych została już wykonana, młodzieniec miał więc sporo czasu na domowe sprawunki. Młodzież przyzwyczajana do trudnych warunków najczęściej czas wolny poświęcała na takie właśnie prace lub też na naukę fechtunku. Praktycznie każdy mąż i każda niewiasta potrafili celnie strzelać z łuku myśliwskiego oraz względnie skutecznie robić toporem lub kijem. Młody miał na imię Caleb i był synem wiejskiego myśliwego. Miał szesnaście wiosen i wedle wszech miar był już mężem prawie dorosłym. Długie włosy koloru złocistej pszenicy wiązał w luźny kitek. Był całkiem wysoki, mierzył nieco mniej niż sześć stóp. Ojciec przysposobił go do swego fachu ucząc celnie szyć z łuku, tropić zwierzynę w lesie, skórować i oporządzać pozyskane skóry oraz mięso. Na swoje szesnaste urodziny dostał od niego własny łuk myśliwski i kurtę z jeleniej skóry – atrybuty łowcy. Co jakiś czas spoglądał w stronę lasu wypatrując ojca. W końcu dojrzał dwie sylwetki idące od strony drzew. Zerwał się więc z ławy i ruszył w stronę ojca idącego z tajemniczym nieznajomym. Przybysz idący z myśliwym był wysoki i bogato odziany. Miał na sobie szkarłatną tunikę przepasaną skórzanym pasem nabijanym złotymi guzami. Na ramionach miał narzucony fioletowy płaszcz podbity futrem. Do pasa przytroczona była drewniana pochwa z tkwiącym w niej mieczem. Na złote, długie włosy luźno opadające wzdłuż pociągłej twarzy przybysz nałożył fioletowy kapelusz z szerokim rondem. Myśliwy widząc nadbiegającego syna uśmiechnął się szczerze. – Oto mój syn. – rzekł do kompana. Możny spojrzał na chłopaka i bezceremonialnie położył mu dłoń na głowie. – Obyś był pociechą dla swego ojca i podporą gdy wzrok mgła mu zasnuje, a lata odbiorą sprawność w dłoniach. Caleb był nieco zszokowany sytuacją, pokłonił się jednak uprzejmie w milczeniu. Łowczy zwrócił się do syna: – Spotkałem tego zacnego człowieka w lesie, gdzie zbłądził. Zwyczajem ludzi Pogranicza zaoferowałem mu więc gościnę w naszym domu. Zaprowadź go do nas, wskaż łóżko które może zająć i opowiedz o tym matce. Ja zaś udam rozmówić się z sołtysem. Chłopak skinął ojcu, spojrzał na podróżnika i ruszył z nim do wioski. Gdy doszli do domostwa Caleb zaprosił go do środka, wskazał swoje łóżko i wytłumaczył matce przygotowującej wieczerzę całą sytuację. – Młodzieńcze – podróżnik zwrócił się do Caleba – Zanim wróci twój ojciec i zasiądziemy do posiłku, chciałbym abyś zaprowadził mnie do zielarza. Macie tu kogoś takiego? – Tak panie. Wioskowa guślarka zajmuje się handlem ziołami i wywarami, które z nich robi. Mieszka na skraju wioski, zaprowadzę. – Dziękuję. I nie musisz do mnie mówić per ‘panie’ . Na imię mam Oberon. Gdy doszli do chaty guślarki, Oberon wszedł do środka, zaś Caleb siadł pod ścianą na zydelku. Zapadł już zmrok, jednak od strony lasu biła pomarańczowa łuna. Chłopak zaniepokoił się tym, gdyż pożar w takiej odległości od wioski był wyjątkowo niebezpieczny. Po chwili senne powietrze przeciął pierwszy krzyk. Potem kolejny. Strzechy chat jedna po drugiej zajmowały się płomieniami. Wioska była atakowana. Caleb zerwał się na równe nogi, schwycił kij oparty o cembrowinę i pobiegł co tchu w stronę swojej chaty. Na pierwszych napastników trafił już przy centrum wioski, pod domem sołtysa. Sam sołtys Mściwoj pośpiesznie sformował niewielki oddział milicji wiejskiej i odpierał atak na placu. – Dalejże, tchórze! – krzyczał wymachując mieczem – Zatańczcie z nami! Zbrojni w liczbie dziesięciu nie wyglądali jednak na normalnych zbójców. Co do jednego wysocy i barczyści, okutani byli od stóp do głów w kruczoczarne płaszcze spod których przebijały się kolcze pancerze. Każdy w ręce dzierżył miecz albo topór, dwóch tylko miało paskudnie wyglądające gizarmy. Obeszli półkolem oddział obrońców, po czym pomału zaczęli zmniejszać dystans, jak wilki zbliżające się do stada owiec. Jeden z obrońców, najpewniej pijany, chwiejąc się na nogach ruszył z rykiem prosto na wojaków. Nie minęła chwila gdy leżał na placu, brocząc z rozciętego paskudnym ostrzem brzucha. Caleba na ten widok zamurowało. Oczywiście, zabijał już w swym życiu zwierzęta i oporządzał ich ciała, jednak nigdy nie był świadkiem śmierci człowieka. Przypomniał sobie o rodzicach i domu, myśl ta zaś tchnęła w niego nową dawkę energii. Pomknął bokiem, obchodząc zamkniętych w potrzasku sąsiadów. Będąc opodal domostwa kołodzieja z mroku wyłoniła się postać topornika zachodząc młodemu drogę. Caleb instynktownie osłonił się kosturem, który ledwie wytrzymał cięcie ciężkiego toporzyska. Niewiele myśląc przeszedł do kontry, wymierzając pewny cios w głowę. Grzmotnęło o hełm niczym dzwonem w miejskim chramie. Zbir zachwiał się, ryknął i zaszarżował na młodzieńca. Caleb jednak uskoczył, a zaskoczony zbir nadział się na ostrze Oberona, który nie wiadomo skąd wyrósł zza chłopaka. Z gardła przebitego mieczem wydarło się tylko ciche rzężenie. Martwe ciało padło u stóp przybysza, który strzepnął krople ciemnej krwi z ostrza i kopniakiem zrzucił hełm z głowy napastnika. Na świńskim pysku barwy zgniłej zieleni zastygł wyraz martwego szału. Oberon zaklął szpetnie. Caleb strwożony odstąpił o krok od broczącego juchą cielska. – Biegnij do domu – z letargu wyrwał go mocny, kryształowy głos mężczyzny – Zaraz też tam będę. Caleb skinął głową i ruszył. W głowie kołatały mu się setki myśli. Stłumił je jednak skupiając się wyłącznie na jednej – rodzicach. Po chwili forsownego biegu zobaczył, że w miejscu jego chaty stoi słup tańczącego, pomarańczowego płomienia. Przed domem zajętym szalejącą pożogą leżały dwa ciała. Ojca i matki. Do młodzieńca sytuacja ta dotarła z pewnym opóźnieniem. W jednej chwili chciał paść na kolana i płakać a zarazem rzucić się na najbliższą bestię i zatłuc ją choćby gołymi rękoma. Cały czas jednak stał nieruchomy niczym menhir na wzgórzu, nie mogąc ruszyć nawet palcem. Czarna figura jednego ze świniostworów górowała nad ciałami. Ojciec Caleba drgnął i zaczął powoli, niemrawo pełznąć w stronę zwłok swojej żony. Bestia zauważyła to i zatopiła paskudny miecz w plecach myśliwego. Caleb ryknął. Oczy momentalnie nabiegły mu krwią a żyły na karku napięły się jak postronki. Błyskawicznym ruchem wyciągnął z pochewki przy pasie niewielki sztylet z rękojeścią wykonaną z jeleniego rogu i rzucił się na zabójcę swoich rodziców. Potwór przez moment zaskoczony, wyrwał miecz ze zwłok i spróbował ciąć chłopaka. Ten jednak zręcznie wywinął się pod opadającym ostrzem wbijając ostrze w pachwinę stwora. Krew siknęła spod pancerza a potwór upadł na jedno kolano kwicząc z bólu. Młodzieniec momentalnie znalazł się za jego plecami, chwycił za głowę i odchyliwszy ją w tył poderżnął mordercy gardło. Kwik przerodził się w obrzydliwy bulgot. Caleb stanął sapiąc ciężko nad truchłem. Nóż wyśliznął mu się z ręki i wbił się w wilgotną ziemię. Nagle poczuł pieczenie i wilgoć na swoim prawym boku. Miecz drasnął chłopaka podczas manewru, jednak pogranicznik nie poczuł tego będąc w szale. Rana nie była raczej zbyt głęboka, gdyż krew wypływała z niej niezbyt obficie i powoli. Krzyki, trzaski i szczęk oręża przypomniały mu że jest w samym środku bitwy wyrywając ze zgubnego marazmu. Przy zwłokach ojca dostrzegł łuk i kilka strzał. Doskoczył i chwycił łęczysko. Szczęśliwie cięciwa była cała. O jakieś pięćdziesiąt stóp od niego krzątało się trzech najeźdźców, którzy zaspokoiwszy rządzę krwi zobaczyli martwego pobratymcę i młodego z łukiem. Sytuacja nie malowała się nazbyt wesoło. Caleb napiął łuk i wymierzył. Pierzasta brzechwa łaskotała w policzek. Trójka ruszyła szybkim krokiem, pijana krwią niewinnych wieśniaków. Puścił. Strzała dosięgła tego po lewej pogrążywszy się do połowy w otworze na oczy. Dwóch kolejnych niebezpiecznie skróciło dystans. Napiął, lecz nie miał już czasu celować, puścił więc strzałę prawie na oślep. Pocisk przemknął nad ramieniem stwora. Caleb zdjęty trwogą zrobił kilka kroków w tył. Traf chciał jednak, że zawadził stopą o kamień. Wyłożył się na ziemi jak długi. Czy to więc miał być i jego koniec. Słyszał rechot zbliżających się oprawców. – Dóiteáin Fola! – głos czysty niczym kryształ górski zadźwięczał w powietrzu. Dwaj napastnicy zbliżający się do młodzieńca zatrzymali się nagle jak wryci. Sapiąc i warcząc zaczęli dygotać, a z każdej szczeliny w czarnych pancerzach sączyć zaczęła się krew. Po czasie trwającym nie więcej niż kilka uderzeń serca padli w zupełnej ciszy. – Chodź – Oberon stanął nad wystraszonym Calebem podając mu dłoń – Musimy uciekać. Caleb chwycił rękę i dźwignął się do pionu. Bok pulsował tępym bólem. Oberon spojrzał na ranę, położył na niej dłoń i mruknął coś pod nosem. Ciało zaczęło się zasklepiać. – Umiesz jeździć konno? – zapytał. Syn myśliwego nie wiedział czy to co się dzieje wokół to sen, czy jawa. Spojrzał na Oberona i zobaczył, że w dłoni trzyma lejce dwóch koni, należących uprzednio do sołtysa Mściwoja. Kiwnął głową na znak że umie. Oberon uśmiechnął się krzywo i podał Calebowi wodze, sam wskakując na zadbanego siwka. – Na zachód, byle dalej od tego szaleństwa! Dwaj jeźdźcy ruszyli cwałem znikając w ciemności. Nad ranem zatrzymali się na popas. Caleb, gdy tylko Oberon zarządził postój, wręcz zwalił się z konia. Bolało go całe ciało, jednak zdawał sobie sprawę że będzie się musiał jeszcze sporo natrudzić zanim znajdzie sposobność by choć odrobinę wypocząć i zregenerować utracone siły. Oberon przywiązał konia do młodego dębu i zrzucił szczątkowy bagaż na ziemię. Odpiął od pasa niewielką manierkę i pociągnął z niej solidny łyk, po czym rzucił pojemnik Calebowi. Ten również z niej pociągnął. Ciepło gorzałki rozlało się po całym ciele, przywracając zmęczonemu odrobinę sił witalnych. Chłopak chuchnął w kułak i siadł na zwalonym drzewie. – Kim były te potwory? – pytanie to w końcu musiało zostać zadane. Oberon pstryknął palcami tworząc kulę bladego światła która zawisła dwie stopy nad ziemią rozświetlając nieco najbliższą okolicę. – Orcneas, lub też w waszym języku orkowie. Istoty nie pochodzące z tego świata, jednak czasem się w nim pojawiające. Zamieszkują z reguły podziemne groty i pieczary, choć czasem wyprawiają się rabować mieszkańców powierzchni. Mężczyzna perorował tak tonem dysputy akademickiej, jednocześnie pykając tytoń z fajeczki, którą z niekrytą radością odnalazł w jukach Mściwoja. Caleb słuchał, przyglądając się jednocześnie towarzyszowi. Dopiero teraz, gdy nie miał na głowie dziwnego kapelusza z szerokim rondem, widać było nieco spiczaste uszy. Oberon skonstatował natychmiast, co wzbudziło zainteresowanie chłopca. – Ja również nie pochodzę z tego świata. Moja ojczyzna leży daleko stąd, na wyspie porośniętej kwitnącymi jabłoniami. A przynajmniej niegdyś tak wyglądała… Zasępił się mówiąc to, a przez twarz przebiegł mu cień. Caleb usiłował uporządkować sobie nową wiedzę w głowie. Nic z tego, czego dowiedział się w przeciągu ostatniej doby nie zgadzało się ze światopoglądem, który wykształciło w nim życie na dzikim Pograniczu. Oczywiście, legendy i podania mówiły o magii, przedziwnych istotach i zaklętych miejscach, jednak w ciągu swego szesnastoletniego życia nie miał okazji zobaczyć niczego takiego. Raz tylko, gdy z ojcem byli w Burzowym Wierchu, stolicy Południowych Marchii, widział sztuczki iluzjonisty – kuglarza. Miał wtedy jakieś dwanaście wiosen i oczarowany patrzył razem z innymi młokosami jak mężczyzna wyciągał królika z kapelusza który jeszcze chwilę wcześniej wydawał się być pusty. Ojciec jednak wyjaśnił mu później wszystko i czar w jego oczach prysł. Teraz jednak stanął oko w oko z prawdziwą magią. Oberon potrafił sprawić, że krew zagotowała się w żyłach orków. To nie były już sztuczki. – Czyli magia naprawdę istnieje? I ty jesteś prawdziwym magiem? Oberon skinął głową. – Skoro nie jesteś człowiekiem, to kim… – W waszej mowie określacie mój lud mianem elfów. Jesteśmy stworzeniami zdolnymi przeżyć całe tysiąclecia. Nie starzejemy się, a gdy nadchodzi nasz czas, odchodzimy do krainy zwanej Avalon, do naszych ojców. Ja zaś byłem władcą elfów. Caleb podrapał się po swym młodzieńczym zaroście. – Czemu więc jesteś tutaj, a nie wśród swego ludu? – W moim świecie doszło do wielkiej wojny między siłami Światła i Ciemności. Po krwawej batalii stolica mej domeny upadła, a nieprzeliczone hordy demonów, orków i cieni zalały miasto i wybiły mój lud. Mi jednemu udało się zbiec do waszego świata. – Uciekłeś z pola walki? Elf chrząknął i splunął, krzywiąc się nieznacznie. – Moja śmierć w niczym by nie pomogła. W tym świecie znajduje się coś zdolnego zniewolić, a może nawet i zniszczyć Pana Mroku. Moją misją jest odnaleźć ten artefakt i przegnać zło tam, skąd przybyło. Muszę pomścić mój lud. Siedzieli obaj przez długą chwilę w milczeniu. Kula światła unosiła się przed nimi niczym milczący strażnik i powiernik. – Przybyłem tutaj, by odnaleźć ciebie. Caleb rzucił Oberonowi zaniepokojone spojrzenie, choć obecnie niewiele było w stanie zaszokować młodego myśliwego. – Ty również nie należysz do tego świata, choć nie wiesz o tym. Ludzie, którzy zginęli tej nocy nie byli twymi rodzicami, bowiem to nie z ich krwi zostałeś poczęty. – Jak… Kim więc jestem? – Jesteś pół elfem, pół zaś człowiekiem. W twoich żyłach płynie Starsza Krew. Pamiętasz co zaszło, gdy ujrzałeś zwłoki swych opiekunów? Gdy jeden z oprawców wbił ostrze miecza w plecy twojego przybranego ojca? Caleb zacisnął pięści. Pamiętał tylko płomień rozlewający się po jego ciele. Płomień, który dał mu siłę. W tamtej chwili czuł się jak obserwator, nie kierował swoim ciałem. W normalnych okolicznościach nie byłby w stanie zaatakować. Wtedy jednak nawet o tym nie pomyślał, wszelkie ruchy wykonał machinalnie, jakby ćwiczył tamtą sekwencję setki, tysiące razy. – Wpadłeś w riastrad, szał bojowy. Tylko niektórym z elfickich wojowników dane było poznać tę dziką sztukę, a i to po dziesiątkach lat treningów i nauk. Ty jednak masz to we krwi. – Dlaczego… dlaczego ja? – Twoim ojcem był Cúchulainn, heros z mego świata. Matką zaś czarodziejka mieszkająca po tej stronie. Bogowie dali mu tę moc, będącą zarówno darem, jak i przekleństwem. Pierwsze tak silne doznanie jak widok zwłok rodziny zerwało wszelkie blokady i uwolniło pokłady dzikiej energii zamkniętej w tobie. Jeśli nauczysz się kontrolować tę siłę, staniesz się niezwyciężonym w boju wojownikiem. – Co mam więc zrobić, Oberonie? Nie mam dokąd pójść. – Jeśli chcesz pomścić ludzi, których uznawałeś za swych rodziców, mogę nauczyć cię kontrolować riastrad. Mogę też nauczyć cię podstaw magii znanej tylko memu ludowi. Musimy jednak najpierw dotrzeć do Burzowego Wierchu, mam tam przyjaciela z którym muszę się rozmówić. Teraz połóż się i spróbuj odpocząć, bo przed nami ciężki dzień. Caleb rozłożył się na zielonej darni, podkładając sakwę pod głowę. Sen przyszedł niemal od razu. Oberon uśmiechnął się i okrył młodzieńca swoim płaszczem, po czym usiadł na pniu i nabił fajkę nową porcją tytoniu.

Koniec

Komentarze

A może by tak uczynić tekst nieco czytelnym? Może by tak go sformatować nieco? Jakieś akapity i takie tam przyziemne pierdołki… ;)

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Mezoarze, Twoje życzenia przyjemnej lektury nie spełnią się tak długo, jak długo pozwolisz opowiadaniu pozostać w obecnym, uniemożliwiającym czytanie, kształcie. :-(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kupa brakujących przecinków. Brak podziału na akapity zmęczył mnie już na odpieraniu przeciwnika na placu. Proste, momentami nieporadne zdania przeplatają się z wielokrotnie złożonymi ministrami (a że sam na to choruję, to wiem ;-) ).

 

Moim zdaniem: Najpierw sformatować do jakiejś czytelnej postaci, potem redakcja.

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka