- Opowiadanie: joseheim - Sama prawda i tylko prawda

Sama prawda i tylko prawda

Do opublikowania tutaj tego tekstu zainspirowali mnie Sethrael i Ceterari, za co obojgu dziękuję : ) a także Beryl, który od dawna wiercił mi dziurę w brzuchu, żebym wrzuciła coś na NF : )

Sethrael, bo ostatnio odgrzebał ten tekst w czeluściach internetu i raczył go całkiem łaskawie skomentować, a Ceterari bo dopiero co opublikowała tu, na portalu jeden ze swoich tekstów, który miał szczęście zostać wcześniej użyty na potrzeby innego, powiedzmy, projektu. No bo rzeczywiście, to że coś ukazało się gdzieś indziej, nie stoi wcale na przeszkodzie opublikowania tego również tutaj.

Zatem z przyjemnością prezentuję Szanownym Użytkownikom mój Qfantowy tekst sprzed kilku lat : )

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Sama prawda i tylko prawda

– To jest całkiem dobre, Joaśka – zaćwierkała pani Bogusia, wydawca, stara panna o żelaznej woli. Palcami bębniła o maszynopis mojej trzeciej już powieści. – Jak zwykle pięknie podkreśliłaś dylematy bohaterki… jest romans, jest tragedia w rodzinie, jest symboliczna podróż w głąb siebie. I happy end, na dodatek! A już straciłam nadzieję, że napiszesz coś, co nie kończy się śmiercią lub kalectwem… Pójdzie jak świeże bułeczki. Oto książka, którą poważna businesswoman będzie chciała poczytać do poduszki!

Ziewnęłam dyskretnie. Dzięki spadkowi po ledwo znanym wujku z Ameryki byłam ustatkowana finansowo, więc tak po prawdzie zdanie pani Bogusi latało mi koło wentla. Zależało mi jedynie na opisywaniu tego, co widzę dookoła siebie. Twarde fakty, prawdziwe zdarzenia, tyle że ubrane w koronkową szatę damskiej literatury. A tragedię w rodzinie i romans zakończony zaręczynami podejrzałam u sąsiadki z przeciwka. Jak ją ten prawnik rzuci, zawsze będę mogła napisać drugą część.

– …i wywiad do „Twojego Stylu” w piątek, po lunchu z przedstawicielem niemieckiego wydawnictwa. Joaśka, czy ty mnie w ogóle słuchasz?

– Tak, tak, jasne – mruknęłam, ziewając, dla odmiany otwarcie. Pół nocy nie spałam, by skończyć ostatni rozdział na czas. – Czyli jest ok? Mogę wreszcie pojechać na urlop?

Bogusława zmierzyła mnie wzrokiem bazyliszka, ale po chwili machnęła ręką.

– Rzucamy powieść w redakcję i jedziemy – zgodziła się. – Idź się wyspać, dziewczyno, bo wyglądasz, jakbyś była jedną nogą w grobie. Jeszcze do końca przyszłego tygodnia masz grafik kompletnie zawalony, ale potem łaskawie dam ci trochę spokoju. Idź i nie grzesz więcej.

Z ulgą opuściłam gabinet, myślami będąc już w domu, pogrążona w wannie pełnej gorącej wody. Wsiadłam do samochodu, wyjechałam z parkingu, na trasie wrzuciłam czwórkę, potem piątkę, i jeszcze zaczęłam przyspieszać.

Jak się okazało, słowa pani Bogusi stanowiły swego rodzaju proroctwo. Nie miałam okazji nagrzeszyć więcej, a wkrótce znalazłam się nie jedną, a obiema nogami w grobie. I pojechałam na urlop, o jakim nawet mi się nie śniło.

 

~*~

 

Umarłam.

Tak się składa, że nie jestem szczególnie wierząca. Tym większe było moje zdumienie, kiedy otworzyłam oczy. Natychmiast zamknęłam je ponownie, bo jasność, która na mnie spłynęła, była porażająca.

Krzyknęłam z przestrachu, a wtedy światło osłabło. Uchyliłam powieki, tylko po to by ujrzeć tuż nad sobą zarośniętą gębę z wielkim nochalem. Zagapiłam się na pochylonego nade mną delikwenta. Miał na czubek głowy wciśniętą wyświechtaną czapkę z daszkiem, a w ręku trzymał silny reflektor, którym przed chwilą świecił mi po oczach.

– Szacuneczek – rzekł oprych, odsuwając się nieco. – Witam, witam. Niektórzy z was ciężko się budzą, więc patroluję okolicę i potrząsam tymi, co dopiero przybyli. Taka praca. Jeszcze z tysiąc latek i przy odrobinie szczęścia dostanę wreszcie lepszą fuchę. Masz może dymka, kotek?

Nie zrozumiałam ani słowa z tego, co facet przed chwilą powiedział. Uniosłam się na łokciach i spojrzałam przed siebie. Potem w prawo, na koniec w lewo.

– Nie wygląda imponująco, nie? Ten inny świat – zachichotał typek, widząc moją najwyraźniej tępą minę. Choć wyłączył już latarkę, dookoła było dość jasno. – Spoko loko, ty jesteś z tych, co to im się za życia do dupy nie nalało. Obejrzyj się, kotek, za siebie.

Byłam zbyt oszołomiona, by mu wyprowadzić prawy prosty za tego „kotka”, choć ewidentnie mu się należał. Musiałabym zresztą najpierw wstać, a na to brakło mi sił. Zwłaszcza jak obejrzałam się przez ramię.

Znajdowaliśmy się na wysokim nasypie kolejowym – aczkolwiek za żadne skarby świata nie chciałabym być pasażerem pociągu, który jeździ przez takie okolice. Krajobraz był szary i ponury, ziemię zaścielał gruby żwir. Stojące nieopodal drzewa były poskręcane i rachityczne, po nieboskłonie zaś wiatr przepędzał nisko zawieszone, ciężkie chmury. Normalnie jak w filmach SF po Apokalipsie. A za mną…

Za mną znajdowały się drzwi. Czy też raczej wrota; złoty, połyskujący łuk z jakąś inskrypcją wypisaną na tympanonie stał okrakiem nad torami. Bił po oczach niemal tak samo boleśnie jak reflektor menela, tym bardziej, że znaki na nim zdawały się poruszać. Od dłuższego patrzenia na to można by zapewne dostać migreny.

– No już, już, wstawaj, kotek – ponaglił facet i wyciągnął łapsko, aby mi pomóc. – Oni tam się niecierpliwią, gdy kazać im czekać za długo. Poza tym pociąg się zbliża.

– Pociąg? – zapytałam słabo.

– Aha. Wiozą nim dusze. Potępione. – Menel pokazał w uśmiechu nieszczególnie zadbane zęby. – Jak się zbliży ciut za bardzo, furtka zniknie. A wtedy tu zostaniesz… aż do następnego razu. Którego może nie być.

Poczułam nagły przypływ sił i zerwałam się z ziemi sama, ignorując zaoferowaną rękę.

– Gdzie ja, do kurwy nędzy, jestem?! – rozdarłam się wniebogłosy, bo straciłam cierpliwość do całej tej szopki.

– W Czyśćcu, rzecz jasna – wyjaśnił gość pogodnie i podrapał się w czubek kartoflowatego nosa. – Jestem tu dozorcą. A to tam, to brama do Nieba, kotek. To co, masz tego szluga?

Wszystko wróciło w jednej chwili. Pani Bogusia, nieprzespana noc, tir jadący z przeciwka, nagły niekontrolowany skręt kierownicy i… No tak.

A zatem rzeczywiście nie żyłam.

Zadziwiająco mało mnie to obeszło. Ulepiono mnie z nieco za twardej gliny, żebym miała klapnąć na ziemię i rozłożyć bezradnie ręce w obliczu tego, co mnie spotkało. Poklepałam się odruchowo po kieszeniach.

– Niestety… – zaczęłam i dodałam: – Aha!

Nieopodal, na lekko drżących już szynach, leżała moja torebka. Nie miałam pojęcia, jakim cudem znalazła się tu ze mną, w samochodzie na ogół przypinałam ją pasem do siedzenia pasażera. A może to taki przyjazny gest Opatrzności? Wszak czym jest kobieta bez swojej torebki i przechowywanych w niej skarbów?

Sama nie palę, ale noszę przy sobie srebrną papierośnicę z fajkami dla znajomych. Coś takiego zawsze zwiększa popularność człowieka na przyjęciach.

– Masz, weź wszystkie. Nie będą mi już potrzebne – powiedziałam, rzucając facetowi pudełeczko. Otrzepałam się z szarego pyłu i poprawiłam pasek torebki na ramieniu. Podeszłam do złotego łuku. W sumie nie było nad czym się zastanawiać. Tym bardziej, że szyny wibrowały coraz mocniej. – Więc co, po prostu mam tam wejść?

Gość potaknął i uniósł dłoń do daszka czapki w geście pozdrowienia. Skinęłam mu głową z godnością i, wziąwszy głęboki oddech, wstąpiłam w jasność bijącą z portalu.

Na odchodnym usłyszałam jeszcze, jak dozorca mruczy do siebie:

– Mam nadzieję, że następny będzie miał ogień…

 

~*~

 

Po drugiej stronie powitał mnie pełen wyrzutu wrzask:

– Niedopuszczalne! Ile można czekać?! To jest Niebo, na wszystkich świętych, a nie rodzinny obiad, którego nie zaczną bez ciebie, moja panno! Oburzające!

Jeszcze przez chwilę zaciskałam powieki, bo i tak nic bym nie zobaczyła; niebiański blask przelewał się pod nimi niczym płynne złoto.

– Och, och – burknęłam, bo doprawdy miałam już tego wszystkiego dość. – A mnie akurat wydawało się, że czekacie z utęsknieniem na każdą nawróconą duszyczkę. Jak się coś nie podoba, to wrócę tam, skąd przyszłam. Właśnie zginęłam w wypadku, chyba należy mi się jakieś specjalne traktowanie, co?

Otworzyłam oczy, które powoli przypominały sobie, jak właściwie się patrzy.

Za świetlistym portalem, w który weszłam w Czyśćcu, czekało mnie coś szalenie oryginalnego, a mianowicie kolejna brama. Tyle że stokroć wyższa, szersza i w ogóle wszystko bardziej. Ktoś, komu ewidentnie się nudziło, ozdobił ją tysiącem płaskorzeźb, tłoczeń, malowideł, secesyjnych wzorów i drogich kamieni. Krótko mówiąc, Brama Niebios aż ociekała kiczem.

Kolejną różnicę stanowił fakt, że ta brama miała skrzydła, nie tylko samą framugę, i była zamknięta.

– O żeż – westchnęłam. Poczułam znajome ukłucie gdzieś w mózgu. To było to cudowne uczucie, które napędzało mnie przez całe życie: po prostu nie mogłam się doczekać, aż będę mogła usiąść i opisać wszystko, co mnie tu spotkało.

Gdy wreszcie oderwałam wzrok od iście zjawiskowych wrót, spostrzegłam dwie postacie stojące u ich podnóża. Jedną był niski, łysy jak kolano staruszek, który najwyraźniej zapowietrzył się słysząc moją pyskatą odpowiedź i teraz zbierał siły do kontrataku. Drugą był, dla kontrastu, wysoki na jakieś dwa metry, melancholijny anioł. Nie miał skrzydeł ani aureoli, ale zwyczajnie wyglądał na anioła. Poza tym, że wyglądał jak półtora nieszczęścia.

Od razu domyśliłam się, co to za jeden. Po raz pierwszy zastanowiłam się nad sytuacją i przejrzałam w myślach fiszki z mojego – przeszłego już teraz – życia.

– Hm… jesteś pewien, że powinnam się tu znaleźć? – spytałam z powątpiewaniem mojego anioła stróża. – Piję, przeklinam, nie lubię dzieci, w podstawówce ukradłam pieniądze ze sklepiku szkolnego, nie współczuję biednym, stosuję antykoncepcję, często jestem niemiła dla bliźnich, nie chodzę do kościoła, nie…

Anioł postąpił o krok i zamachał gwałtownie rękami, jakby chciał fizycznie powstrzymać mój słowotok.

– Ach, Joanno! Nie popełniłaś żadnego z niewybaczalnych grzechów – powiedział szybko. Jego głos był śpiewny i nieco drżący. – Przecież przekazujesz datki na schroniska dla zwierząt, sama zajmujesz się pięcioma kotami, pomagasz starszej pani z dołu robić zakupy, zwracasz kasjerkom uwagę gdy wydadzą ci za dużo reszty, udzielasz się w radzie osiedlowej, prowadzisz akcję promującą literaturę w internecie, nigdy nie odwróciłaś się od przyjaciela w potrzebie… A co najważniejsze, jesteś kronikarzem rzeczywistości.

– Świecie jedyny, kto się zajmie moimi kotami! – wykrzyknęłam łapiąc się za głowę, bo tylko tyle z litanii anioła do mnie dotarło.

– Widzisz – uśmiechnął się łagodnie. – Nawet teraz martwisz się o potrzebujących…

– Zaraz – wpadłam mu w słowo, gdy mój umysł wreszcie nadążył za uszami. – Że niby kim ja jestem? Kronikarzem rzeczywistości?

Anioł zaczął wyłamywać sobie palce, co najwidoczniej było oznaką zdenerwowania.

– Oczywiście. Zapisujesz to, co widzisz, ku chwale ludzkości i dla przyszłych pokoleń. No i dostarczasz bliźnim rozrywki, to też niebagatelna zasługa…

– Zapisuję rzeczywistość, jasne – fuknęłam, nagle rozgniewana. – Nagiętą i zniekształconą, w innej scenerii i ze zmienionymi nazwiskami! To, że opisuję rzeczy, które faktycznie się wydarzyły, nic nie znaczy! Psu na budę taka kronika!

Stojący dotąd obok anioła łysy staruszek opuścił wreszcie narożnik i przystąpił do rundy drugiej. Zaczął się na mnie wydzierać, ględząc coś o obrazie boskiej, nasieniu szatana i abominacji. Aż podskakiwał z emocji i wygrażał mi piąstką, a przy każdym podskoku pęk kluczy, który miał przypięty do pasa, pobrzękiwał głośno.

Postanowiłam go zignorować i wpatrywałam się w anioła stróża, czekając, aż raczy coś mi odpowiedzieć. Nieporadnie wzruszył ramionami.

– T-to tylko moja teoria… Niezbadane są wyroki… Pan Nasz uznał cię, Joanno, za godną przestąpienia progu Niebios, po cóż więc doszukiwać się przyczyn…

Popatrzyłam na niego jak na idiotę. Odpowiedział spojrzeniem bladych, załzawionych oczu. W gruncie rzeczy był odpychający. Czegoś mu brakowało, najwyraźniej jaj. To znaczy, w przenośni, bo czy dosłownie, to nie zamierzałam sprawdzać.

– Cicho bądź – fuknęłam do wciąż złorzeczącego staruszka. – Otwieraj ten cholerny zamek, dowiem się wszystkiego na miejscu.

To wszystko było po prostu nie tak. Nie powinnam była tu trafić, pomijając fakt, że w ogóle nie powinnam jeszcze umrzeć. Przecież tyle rzeczy zostało dla mnie do opisania tam, na Ziemi…

Zamek zazgrzytał, gdy staruszek przekręcił w nim klucz. Ktoś powinien go naoliwić. Najwyraźniej nie używano go za często, w końcu nie każdy ma okazję przekroczyć ten konkretny próg.

Wyminęłam swojego wyblakłego anioła stróża i, żegnana przekleństwami Świętego Piotra, wstąpiłam do Nieba.

 

~*~

 

W Niebie nie istnieje podział na dni i noce. Gdyby jednak tak było, mogłabym z czystym sumieniem powiedzieć, że nie minął nawet dzień, zanim uznałam, że Niebo to najgorsze miejsce, w jakim zdarzyło mi się kiedykolwiek znaleźć. A wliczam w to wieczór panieński siostry, podczas którego babcia uparła się, żeby zatańczyć na rurze oraz wnętrze kibla, w którym próbowały mnie utopić koleżanki w pierwszej klasie liceum.

Trafił mi się taki urlop, że hej, myślałam zgryźliwie. Nie tego oczekiwałam po ukończeniu powieści… Co za koszmar!

Nawet nie o to chodziło, że było nudno, towarzystwo złe czy jedzenie niestrawne, jak na nietrafionym turnusie. Bo jedzenia, na ten przykład, nie było wcale. Podobnie jak snu, potrzeby korzystania z papieru toaletowego, piwa, papierosów, bilardu, całonocnych rozmów z przyjaciółmi (ponieważ, jak już wspomniałam, nie było nocy), a co najgorsze – nie było też ani pół książki! Pomijając fakt, że nawet wykąpać się w jeziorze w Rajskim Ogrodzie, do diabła, nie dało, bo wszyscy chodziliśmy po wodzie. A choć mogłabym zabić za składankę The Best Of Queen, nie było tu również ziemskiej muzyki. Powietrze przesycała wieczna, otępiająca Muzyka Sfer.

Ale nie, to nie był główny problem. Szczegóły dałoby się jakoś znieść. To była raczej kwestia całokształtu, ogólnego wrażenia, jakie sprawiało to miejsce. Wszystko zdawało się jałowe i miałkie, nieokreślone, bezkształtne, monotonne i nużące. Ktokolwiek to wymyślił, nie miał ani grama poczucia humoru.

Przeważnie spędzałam czas siedząc i obserwując. Z nudów składałam origami z liści Drzewa Wiadomości Dobrego i Złego (bo też liście te były duże, sztywne i mocne, nie łamały się kiedy je zaginałam – ot, cudowne). Zawsze byłam dobra w pracach ręcznych.

Z nudów rzucałam kamieniami w przechodzące dusze i anioły oraz puszczałam kaczki po powierzchni stawów w Ogrodzie. Kamienie, podobnie jak i my, nie topiły się, tylko unosiły. Uznałam to za bardzo interesujące zjawisko. Byłam ciekawa, czy w głębi żyją jakiekolwiek ryby, ale nigdy żadnej nie dostrzegłam. W ogóle w Raju niewiele było… życia.

Z nudów zaczęłam sobie przypominać pozycje jogi oraz sekwencje ruchów tai chi, które niegdyś ćwiczyłam. Nie miałam z tym najmniejszych problemów, bo po śmierci, kiedy umysł się wyzwala, nie ma czegoś takiego jak zapomnienie. Pamięta się wszystko, czego kiedykolwiek się nauczyło i doświadczyło. Tyle że nie na zasadzie pamięci jako takiej, a ogólnej intencjonalności. Po śmierci wie się nawet rzeczy, których wcześniej się nie wiedziało. I to też, wbrew pozorom, było nużące, a momentami wręcz straszne.

Z nudów próbowałam rozmawiać z innymi duszami lecz, cóż, w nich też było niewiele życia. Snuły się na ogół tu i ówdzie, smętne jak krajobraz. Albo użalały się nad sobą, albo próbowały przejść na wyższy poziom świadomości, w którym nic już nie ma znaczenia. Przeszłość, Ziemia, emocje, znajomi, doświadczenie, wszystko. Było to bardzo przygnębiające wrażenie. Mało która dusza chciała ze mną rozmawiać, a jeśli już, to ze świecą szukałam kogoś, kto by podzielił moje odczucia związane z Niebem. Wszyscy byli tak dogłębnie skupieni na sobie.

To całe Niebo bardziej przypominało Piekło, jeśli ktoś chciałby poznać moje zdanie.

 

~*~

 

Osobną kwestię stanowiły anioły. Pętało się ich po okolicy mnóstwo, a co jeden, to gorszy. Nie licząc mojego stróża, pierwszym aniołem, z którym rozmawiałam, był ciemnowłosy, chudy jak patyk drągal, którego poprosiłam o coś do pisania. Zwyczajnie już nie mogłam wytrzymać i potrzebowałam przelać całą tę niebiańską frustrację na papier, a notesik, który nosiłam przy sobie w torbie, był już zapełniony od okładki do okładki.

Anioł spojrzał na mnie bez zrozumienia.

– Brulion? Ołówek? Komputer? Cóż to za szaleństwo? Kobieto, nie zmuszaj się do powielania swej nędznej ziemskiej egzystencji. Jesteś w Niebie. Miejscu wiecznej szczęśliwości i spokoju. Twoja dusza może wreszcie odpocząć. Idź zatem i nurzaj się w Jasności Pana.

– A właśnie – podchwyciłam, postanawiając nie komentować wzmianki o „nędznej egzystencji”. Ja tam byłam z niej całkiem zadowolona. – Widzisz, ja odpoczywam, kiedy piszę. To właśnie czyni mnie szczęśliwą. Gdzie zatem znajdę jakiś zeszyt? Notes? Bloczek małych, samoprzylepnych karteczek? Cokolwiek!

Anioł zmarszczył idealnie kształtne brwi.

– Kobieto, odstąp ode mnie. Udaj się do Ogrodu, daj sobie czas. Nie minie kilka eonów, a życie, które opuściłaś, pójdzie w niepamięć, wierz mi.

– Ale…

– Oż, idź w cholerę! – nakazał całkiem nie po anielsku i bezceremonialnie odwrócił się do mnie plecami.

Obróciłam się więc na pięcie i poszłam w cholerę. A konkretniej: na poszukiwanie mojego stróża. Uśmiechałam się przy tym ponuro, acz z satysfakcją. Właśnie spotkałam nieuprzejmego anioła. To oznaczało, że inni rezydenci Nieba również mogli się na podobną mendę nadziać. Ergo, na pewno znajdzie się tu choć jedna malutka, tycia duszyczka, która będzie chciała przeczytać o kimś, kto podziela jej doświadczenia. A jeszcze lepiej o kimś, komu przytrafiło się coś znacznie gorszego. Tak to już jest z czytelnikami. Zawsze się cieszą, że to bliźnim na papierze, a nie im dzieje się krzywda. Nawet przy upiornym otępieniu i indyferencji mieszkańców Nieba, zasada ta musiała mieć swoje zastosowanie i tutaj.

Byłam tego pewna, bo przecież teraz, po śmierci, wiedziałam wszystko. I, w przeciwieństwie do dziewięćdziesięciu dziewięciu procent obywateli Raju, nie byłam jeszcze gotowa na to, żeby tak naprawdę umrzeć.

 

~*~

 

Słońce świeciło, ptaszki śpiewały, rozkoszne szczeniaczki pętały się pod nogami. Anioła stróża znalazłam w brzozowym gaju, gdzie siedział nad strumyczkiem i przemawiał do stokrotek. Ich płatki różowiały pod wpływem komplementów, a cała scenka była tak słodka, że zachciało mi się rzygać.

– Wstawaj – powiedziałam, stając przed aniołem i rozdeptując kilka kwiatków. Anioł na ten widok natychmiast zalał się łzami. – Nie becz mi tu, tylko leć skombinować jakiś papier. Nie mam na czym pisać.

Nie od razu zrozumiał, czego od niego wymagam. Im, aniołom, najwyraźniej nic do szczęścia nie jest potrzebne, poza samą świadomością, że siedzą w Raju. Ja jednak jestem inaczej skonstruowana.

– Masz rozkoszować się niebiańskim spokojem – zaoponował anioł, kiedy przetłumaczyłam mu wreszcie, że zwyczajnie się nudzę. – Wdychać krystaliczne powietrze, grzać się w Blasku, wsłuchiwać w Sfery. Joanno…

– Nie joannuj mi tu – przerwałam, chwytając go oburącz za tunikę i stawiając na nogi. Był lekki jak piórko. – Słowo daję, jeśli natychmiast nie dostanę czegoś do pisania, rozpętam tu prawdziwe piekło!

Już wcześniej zdążyłam się nauczyć, że anioł stróż nie potrafi mi się sprzeciwić. Jego wola była miękka jak talk. A może to moja, napędzana irytacją, okazała się tak silna.

Najpierw przyniósł mi gruby blok A4 w kratkę. Potem zatyczki do uszu, bo Muzyka Sfer doprowadzała mnie do białej gorączki i nie pozwalała się skupić. Wreszcie zmusiłam go do przytargania maszyny do pisania. Laptopa nie udało mi się uzyskać, bo w Niebie, jak się okazało, nie było elektryczności.

Pisałam więc na maszynie, stronę za stroną, rozdział za rozdziałem. Gdy brakowało mi materiału wstawałam, przechadzałam się po ulicach Nowego Jeruzalem, zaglądałam do Ogrodu, rozmawiałam z innymi duszami. Potem wracałam do maszyny i dalej pisałam jak natchniona. Obsmarowywałam aniołów, spisywałam historie ludzi, którzy jeszcze pamiętali swoje życia i raczyli mi o nich opowiedzieć, relacjonowałam codzienne życie Nieba (choć, przyznaję, to ostatnie nie było szczególnie zajmujące).

Ani razu się nie zacięłam – wraz z ciałem zrzuciłam zahamowania, a niemoc twórcza została za okropną złotą bramą. I za każdym razem, gdy czułam, że wyczerpałam dany temat, nakazywałam memu stróżowi powielić ukończony maszynopis.

Cała ich kupa, gotowa do rozdania zainteresowanym duszom, leżała zawsze przy mojej ulubionej fontannie (przedstawiała ona amorka z łukiem i strzałą o grocie w kształcie serca. Jak wszystko inne tutaj, rzeźba była niemożliwie wręcz tandetna i kiczowata).

Pisałam, tworzyłam, redagowałam, edytowałam, przeprowadzałam korektę jak najęta. Początkowo nic się nie działo.

Ale tylko do czasu.

 

~*~

 

Po moim pierwszym tekście, opiewającym uroki Ogrodu w nieco zgryźliwym i zdecydowanie niepochlebnym tonie, w Raju nastąpiło ożywienie. Maszynopisy, zalegające pod upiornym amorkiem, stopniowo zaczęły znikać. Nie panowałam nad tym procesem, nie widziałam jak i kiedy to się staje, bo całą uwagę skupiałam na maszynie do pisania… ale się stawało.

A to był dopiero początek. Wprawka. Badanie gruntu. Z satysfakcją obserwowałam rosnące zainteresowanie moimi wypocinami. Żadna liczba egzemplarzy nie była wystarczająca. Publikowałam kolejne dzieła, poruszające to przyziemne, to filozoficzne tematy, zaś popyt nie dość, że nie słabł, to jeszcze się potęgował.

Wreszcie dusze zaczęły przychodzić do mnie same, osobiście, spragnione rozrywki. Dopytywały się wciąż, czy pojawiło się coś nowego. Ich zainteresowanie i aplauz dodawały mi skrzydeł.

– Tak? – zapytałam pewnego razu, gdy wiotka dusza dziewczyny z jasnym warkoczem przypałętała się pod fontannę.

– Ja… – zająknęła się dzieweczka. – Ja… chciałam…

– Porozmawiać ze mną – podchwyciłam, wyczuwając pismo nosem. Ot, dziewica, niespełniona miłość, nieszczęśliwy wypadek. Albo coś w tym rodzaju. – Opowiedz mi o sobie, żebym mogła opowiedzieć o tobie innym.

– Ja… – wydukała duszyczka i się zacięła. Wzniosłam oczy do nieba, zirytowana jej nieporadnością. Nic tylko ja, ja, ja. Typowa niebiańska choroba: snobizm i egocentryzm.

– Przystojny był? – rzuciłam w eter, bo to musiał być pewniak.

Dziewczyna spłonęła rumieńcem. Zaczęłam ją ciągnąć za język, choć odpowiadała półsłówkami, a i to po długim nagabywaniu. O tak, był piękny i młody, inteligentny i wykształcony, ale jej nie chciał, więc popełniła samobójstwo. Trafiła tutaj i tak, bo była przecież dziewicą. Świecie jedyny, co to za straszne czasy, w których wystarczy celibat, żeby trafić do Nieba?

Chociaż, jakby się zastanowić, to nie stanowiło wcale takiego złego pomysłu na opowiadanie…

– Dziękuję – rzuciłam na zakończenie, już trzymając ręce na klawiszach maszyny. – Wkrótce wszyscy się dowiedzą. A tym, których spotkasz, powiedz, że zawsze mogą do mnie przyjść. Mogą mi opowiedzieć wszystko. Umiem słuchać jak nikt inny. I nie pozwolę ich przeszłości umrzeć.

I rzeczywiście, przychodzili do mnie. Wręcz ustawiali się w kolejce. Weteran wojenny, który za wszelką cenę chciał ochronić wietnamską rodzinę szukającą schronienia w dżungli. Ojciec trójki dzieci, który stracił bliskich i został skazany na wieczność bez nich, bo nie potrafił zmusić się do zapomnienia. Kobieta, która wiodła szczęśliwe życie aż do końca, a teraz czekała na ukochanego, wciąż żyjącego gdzieś na Ziemi. Dziecko, które tak tęskniło za matką nawet w Niebie, że jego płacz sprawiał, iż wszystkie dusze się od niego odsunęły i unikały go, byle tylko nie paść ofiarą żałości. Wszystkie, tylko nie ja. Bo ja służyłam wyższemu celowi. Byłam kronikarzem rzeczywistości.

Gdybym miała cielesne palce, zapewne szybko stałyby się pokaleczone od klawiszy maszyny. Gdybym miała cielesne paznokcie, wszystkie natychmiast by się połamały. Gdybym miała cielesne mięśnie, odmówiłyby współpracy ze zmęczenia. Ale byłam tylko duszą, nie musiałam jeść, nie musiałam spać, w ogóle nic nie musiałam. Robiłam, co chciałam, a chciałam pisać. Pisałam więc, zaś anioł stróż, płacząc gorzkimi łzami, jakimiś, sobie tylko znanymi sposobami, organizował coraz większe ilości egzemplarzy płodzonych przeze mnie w szaleńczym tempie opowieści.

Właściwie z czystym sumieniem mogę przyznać że wtedy, w tym konkretnym okresie twórczej ekstazy, rzeczywiście czułam się jak w Niebie.

Wśród dusz rezydujących w Raju zapanowało poruszenie, jakiego chyba nigdy tu nie widziano. Tak zwany boski spokój został wywrócony do góry nogami. Dusze organizowały kółka dyskusyjne, zastanawiały się nad swoim losem, złorzeczyły, wspominały; napastowały też swoich stróżów widząc, jak dobrze ja radzę sobie ze swoim. Nagle zaczęły mi się jawić jako bardziej wyraziste, ożywione, ciekawe świata i otoczenia. Raj wcale nie stał się przez to przyjemniejszym miejscem, jednak był jakiś taki bardziej znośny.

To, co się działo, niemalże zakrawało na bunt oraz podżeganie do takowego innych. Bunt w Niebie zaś, jak głosi tradycja, miał tendencje do kończenia się wywaleniem na zbity pysk za próg. I jeszcze trochę niżej.

Do tego właśnie zmierzałam. Taki był mój plan.

A gdy wreszcie podekscytowanie społeczności niebiańskiej moją osobą osiągnęło apogeum…

 

~*~

 

…przysłali do mnie Anioła.

– Rafael jestem – przedstawił się. Miał na sobie dżinsy, t-shirt z napisem „Wasted Youth” i żuł gumę. A jednak był bardziej anielski od tych wszystkich bezjajecznych, mydłkowatych palantów w zwiewnych tunikach, których widywałam tutaj do tej pory. Prawdziwy Anioł przez wielkie A.

– Joanna – odpowiedziałam, bo nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy.

Skinął głową i westchnął. Długo milczał.

– Prosisz się o kłopoty, koleżanko – oznajmił wreszcie. – To nie jest tego warte. W Piekle wcale nie mają lepiej. Zamknij oczy i myśl o Anglii, jak to mówią. W końcu się przyzwyczaisz.

– Tak? – spytałam, obrzucając go ironicznym spojrzeniem. – Z kieszeni wystaje ci iPod, masz dziurę na kolanie i kolczyk w brwi, a mnie pouczasz, żebym się położyła i umarła… a, problem w tym, że nawet nie mogę umrzeć z nudów! Takiego!

Poczęstował mnie gumą. Przyjęłam ją z wdzięcznością. Od śniadania, które zjadłam w dniu wypadku, nie miałam niczego w ustach. Owocowa guma smakowała cudownie.

– No więc?

Zastanawiał się przez chwilę, intensywnie ruszając szczęką.

– Dobra – orzekł wreszcie. – Jak sobie chcesz. Tylko nie mów później, że nie ostrzegałem. Nie masz gwarancji, dokąd trafisz następnym razem…

Obszedł mnie dookoła. Nim zdążyłam się odwrócić, by zobaczyć, co zamierza, uderzył mnie kantem dłoni w kark. Upadłam tak, jak stałam, nawet nie zginając nóg, na murawę, a potem spadałam niżej, coraz niżej, aż pochłonęła mnie czerń.

 

~*~

 

Otworzyłam oczy. Pierwszym, co poczułam, był ból. Podczas „urlopu” w Niebie zapomniałam, co to znaczy ból. Ten był tak wielki, że nawet nie byłam w stanie jęknąć czy choćby się rozpłakać.

Wszystko wokół płonęło – tak przynajmniej mi się wydawało. Czułam, jak ktoś trzyma mnie pod ramiona i odciąga od… od czego? Zamrugałam gwałtownie i zmusiłam się do koncentracji.

Znajdowałam się na jakiejś szosie. Tym, co płonęło, była wielka ciężarówka (cysterna?), oraz… tak, to był mój samochód! Tym, co tak potwornie bolało, były moje nogi. Połamane, zapewne. Nie widziałam nikogo, a jednak ktoś z powodzeniem sprawiał, że oddalam się od tego całego pandemonium. Na asfalcie przed sobą widziałam ścieżkę z krwi, pozostawianą przeze mnie samą. Kto więc…? Ach, anioł stróż. A więc jednak nie był aż tak bezużyteczny…

Straciłam przytomność.

 

~*~

 

Po przebudzeniu ponownie ujrzałam jasność, ale tym razem była to zwykła biel sufitu i wpadające przez okno promienie słońca. Szpital. Koło mnie ktoś siedział i mówił coś, od jego głosu oddzielała mnie jednak dźwiękoszczelna ściana cierpienia.

Natychmiast spostrzeżono, że się ocknęłam. Lekarz pochylił się nade mną i bezczelnie zaświecił mi małą latareczką najpierw w jedno, potem w drugie oko, sprawdzając reakcję źrenic. Lekarz miał wielki nochal i szeroki uśmiech, który już gdzieś widziałam, choć w pierwszej chwili nie byłam w stanie skojarzyć, gdzie.

Podłączono mnie do masy rurek i aparatów. Nie mogłam ruszyć palcem, a nogi bolały mnie tak, że brak mi na to słów, choć przecież jestem pisarką. Są jednak otchłanie, w które nie sposób się zagłębiać. Bądź co bądź cudem tylko – dosłownie – wyszłam z ciężkiego wypadku. Powinnam była spłonąć. Ale jednak Rafael pozwolił mi wrócić. Karą był ból i nie miałam innego wyjścia, jak tylko go przeczekać i przyjąć z wdzięcznością. Bo teraz, powróciwszy do życia, miałam misję do spełnienia.

A przynajmniej tak lubię o tym do tej pory myśleć.

I wciąż pamiętam rzeczy, które poznałam dopiero po śmierci, mimo że nigdy ich nie doświadczyłam…

Minęło kilka dni, nim zdołałam wypłynąć na powierzchnię morza otępienia. Moje czynności życiowe były bez zarzutu, więc lekarze dość szybko odłączyli swój magiczny sprzęt. Ręce miałam sprawne, jeść i łykać tabletki mogłam sama, zatem wkrótce nie miałam nad sobą nawet woreczka z kroplówką. Tyle, że wstać ni cholery nie mogłam (co wiązało się z obecnością woreczka pode mną).

Robiłam dobrą minę do złej gry, cierpliwie wysłuchując płaczliwych litanii członków rodziny, którzy hurtem zwalili się do miasta na wieść o moim wypadku. Nie mam do nich wielkich sentymentów, ale za to, że karmili moje koty, byłam im niewymownie wdzięczna. Chociaż kto wie, może byłabym w stanie nakłonić anioła stróża, żeby mnie opuścił i robił to za nich? Postanowiłam, że gdy znów będę w pełni fizycznych i psychicznych sił, wypróbuję swoją władzę nad nim.

Leżałam przez długie godziny w szpitalnym łóżku, wyglądając przez okno i obserwując dzieci biegające po pobliskim placu zabaw. I myślałam, myślałam na potęgę. Układałam plany akapitów, robiłam mentalne notatki na marginesach, próbowałam sobie przypomnieć słowo w słowo to, co już przecież raz napisałam…

– Na boga jedynego, Joaśka! – dobiegł mnie głos od drzwi. Pani Bogusia. – Dziecko! Jak się czujesz?!

Przyniosła bukiet kalii. Te kwiaty zawsze mi się kojarzyły z pogrzebami, ale jak na Bogusławę to i tak był miły gest. Z trudem udało jej się wcisnąć wiązankę w przeciętą w połowie butelkę po wodzie mineralnej. Kiedy próbowała ją ustawić, coś zwróciło moją uwagę.

– Co to? – zapytałam, wskazując gąszcz kwiatów stojących rzędem na szerokim parapecie. Spod wazonów i kubków wyglądał mały pakunek.

– Ktoś przysłał ci prezent! – stwierdziła błyskotliwie pani Bogusia. Podejrzliwie obejrzała płaskie, przybrudzone pudełeczko przewiązane kawałkiem sznurka. – Och, jest też liścik…

Podała mi pakuneczek. Odwinęłam go zaciekawiona, choć już domyślałam się, co to takiego. Na kolana wypadła mi srebrna papierośnica. Zerknęłam na dołączoną karteczkę, na której ktoś nabazgrał: „Powodzenia, kotek”.

Uśmiechnęłam się. Schowałam bilecik do pustej papierośnicy i sięgnęłam po laptop. Nadszedł czas.

– Co ty wyrabiasz? Ledwo przeżyłaś straszliwy wypadek – zaniepokoiła się pani Bogusia. – Odpocznij, nie wolno ci się przepracowywać! Należy ci się przerwa. Zresztą dopiero co skończyłaś książkę, chwilowo rynek jest nasycony literaturą kobiecą, a nie chcesz przecież sama dla siebie stanowić konkurencji…

Miałam przemożną ochotę opieprzyć Bogusławę za gadanie o rynku, podczas gdy jej najlepsza autorka leży w szpitalu na wyciągu. No ale, nie byłoby jej tu przecież, gdybym właśnie nie była jej najlepszą autorką. Ach, ten zgniły świat biznesu.

– Dość już się nasłuchałam o tym, że mam odpocząć i wziąć na przeczekanie. Poza tym wątpię, żeby to, co teraz napiszę, chciały czytać gospodynie domowe i menadżerki – powiedziałam nieuważnie. Myślami byłam już daleko. Zbyt długo czekałam na tę chwilę. – Tym razem raczej zakwalifikujecie to jako… fantastykę.

Tak bogiem a prawdą, było mi wszystko jedno, na której półce w księgarni czy bibliotece stanie moja nowa książka.

Połamane nogi bolały jak skurwysyn, ale ręce miałam przecież sprawne. Uruchomiłam laptop i utworzyłam nowy plik tekstowy. To było lepsze niż narkotyk. Napisałam tytuł. Poczułam, jak anioł stróż pochyla się nade mną, by lepiej widzieć ekran. Zapomniałam o pani Bogusi, która chyba w końcu wyszła, widząc, że jestem pochłonięta pracą.

Dosłownie na ułamek sekundy zawiesiłam dłonie nad klawiaturą, nie miałam jednak przecież powodów, aby się wahać. Znowu czułam się jak w Niebie. Takim prawdziwym. Nie było nawet mowy o blokadzie twórczej. To było łatwe. Zamierzałam przecież napisać samą prawdę i tylko prawdę.

 

Anna Grzanek

Koniec

Komentarze

O, znam to opowiadanie! Pamiętam dyskusje podczas betowania dotyczące scen szpitalnych :D

Dobry, rozrywkowy kawałek tekstu.

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Również znam (po lekturze przedmowy to raczej żadne odkrycie) i polecam. ;)

Hej-ho!

Sorry, taki mamy klimat.

Interesująca i koszmarna wizja Nieba. Podobało się.

Kiczowata brama, powiadasz? Ujmujące… ;-)

Babska logika rządzi!

@Cet – co ciekawe, ja nic nie pamiętałam na temat tego tekstu, więc odświeżyłam go sobie z żywym zainteresowaniem ; P No nie, pamiętam, że to jest jedno z dwóch opowiadań (w sensie dłuższych niż szorciki), jakie udało mi się napisać w całości jednego dnia. Ale czytało mi się jak nie mój tekst, to nie jest mój styl, hihi.

 

@Seth ; )

 

@Finkla – dziękuję uprzejmie : )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ach, wyobraź sobie joseheim, jakiego poświecenia wymagało od mej skromnej osoby, by oprzeć się przeczytaniu Twojego, pewnie znakomitego, tekstu.

 

A to z prostego względu – uważam, za karygodny sposób w jaki zmuszono Cię, wbrew własnej woli, do publikacji. Czyż zdanie autora nie jest święte i niepodważalne? Z tej perspektywy: zmuszanie kogoś,  do publikacji własnej twórczości tu i tam, jest doprawdy obrzydliwym procederem.

Tym bardziej przeraża mnie i pewnie mnie podobnych nacisk, który z takim okrucieństwem i taką bezwzględnością na Ciebie wywarto.

 

Moja kochana… droga…., w wyrazie solidarności z twoim upokorzeniem – nie przeczytam.

:)

 

 

Nie biegam, bo nie lubię

Nie wiem, czym sobie świeciłeś, Corcoranie, ale cieszę się, że nie pozostałeś w ciemności : )

 

Niestety ja błądzę w mroku, ponieważ nie wiem, o co Ci chodzi. Nikt mnie nie zmuszał, jedynie nakłonił. Jeżeli czujesz się tak zżyty z portalem, że osobiście obraża Cię fakt, że myśl o publikacji danego opowiadania akurat tutaj nie była moją pierwszą, bo tekst ukazał się wcześniej gdzieś indziej, podziwiam Twoją empatię. Do czytania nikt również zmuszać nikogo nie będzie, cieszę się zatem, że możesz spędzać wolny czas w taki sposób, w jaki tylko sobie życzysz, czytając jedynie te opowiadania, na które masz ochotę : )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Sama prawda i tylko prawda

Choć tytuł, być może niewiele oświeca, ale cieszę się, że wiercenie w brzuchu nie bolało. Co za ulga ;)

Pewnie świder, ekhm, Sama Wiesz Kogo, ominął główne organy. ;P

Tak poza tym, może i jednak się skuszę na czytanie. 

W wolnej chwili :)

Nie biegam, bo nie lubię

Nie idźmy w tę stronę, Corcoranie… : )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Czytałem to chyba ze trzy i pół roku temu i wtedy skomentowałem, więc teraz tylko bezczelnie nabiję sobie statystykę i dodam komentarz :)

Nieba potwierdziły twą sugestię, o joseheim. 

Uff, koniec szychty. 

 

 

Nie biegam, bo nie lubię

Bardzo mi się podobało. Prosta koncepcja, ale miło przy niej spędziłam czas. Choć żałuję, że nieba, piekła i czyśćca nie było trochę więcej. Ten czyściec wydawał się być szczególnie ciekawym miejscem. Zwłaszcza, że niebo przedstawiało się kiczowate i mdło.:)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

To ja przyznam, że zawsze, kiedy myślałem o chrześcijańskim raju, właśnie tak – to znaczy nudno – sobie go wyobrażałem. Muzułmanie przynajmniej mają dziewice… wiadomo, czterdzieści na całą wieczność to mało, ale lepsze to niż nic :)

A mężczyźni jak zwykle tylko o jednym… ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

To nie dziewice, tylko soczyste winogrona. Jak zwykle nawalił tłumacz ;)

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Przyjemne, zabawne, odważne, świetnie napisane… Bardzo mi się podobało.

 

Słońce świeciło, ptaszki śpiewały, rozkoszne szczeniaczki pętały się pod nogami. Anioła stróża znalazłam w brzozowym gaju, gdzie siedział nad strumyczkiem i przemawiał do stokrotek.

Tu musiałem przerwać na chwilę, bo się turlałem. ;-)

 

Autorko, witam ponownie na Ziemi. Rzeczywiście nudne to Niebo. ;-)

Opowiadanie lekkie, z rodzaju tych, które same się czytają. Pomysł, choć oryginalnością nie grzeszy, został przedstawiony w sposób bardzo przyzwoity i nie pozbawiony humoru. Humoru, należy dodać, w naprawdę dobrym gatunku. A i fantastyki mamy tu dostatek.

Mimo że Całą prawdę i tylko prawdę przeczytałam bez najmniejszej przykrości, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że opowiadanie zostało zbytnio nacechowane radosnym świergoleniem, dość typowym dla tzw. literatury kobiecej. Oczywiście nie traktuję tego w kategoriach wady; raczej jest to pewne zaskoczenie, bo jakoś mi ten styl nie bardzo przystaje do tego, co dotychczas wyszło spod Twojego pióra.

 

Oto książ­ka, którą po­waż­na bu­si­nesswo­man bę­dzie chcia­ła po­czy­tać do po­dusz­ki! – Użyłabym wersji spolszczonej: bizneswoman.

 

Ski­nę­łam mu głową z god­no­ścią i, wziąw­szy głę­bo­ki od­dech, wstą­pi­łam w ja­sność bi­ją­cą z por­ta­lu. – Oddech, to wdech i wydech. Można głęboko odetchnąć, można głęboko oddychać, można głęboko nabrać powietrza, ale nie można wziąć głębokiego oddechu.

 

Gdy wresz­cie ode­rwa­łam wzrok od iście zja­wi­sko­wych wrót, spo­strze­głam dwie po­sta­cie sto­ją­ce u ich pod­nó­ża. – Czy wrota mają podnóże?

Może: …spo­strze­głam dwie po­sta­cie sto­ją­ce u ich progu.

 

pro­wa­dzisz akcję pro­mu­ją­cą li­te­ra­tu­rę w in­ter­ne­cie… – …pro­wa­dzisz akcję pro­mu­ją­cą li­te­ra­tu­rę w In­ter­ne­cie

 

Gdy­bym miała cie­le­sne palce, za­pew­ne szyb­ko sta­ły­by się po­ka­le­czo­ne od kla­wi­szy ma­szy­ny.Gdy­bym miała cie­le­sne palce, za­pew­ne szyb­ko byłyby po­ka­le­czone kla­wi­szami ma­szy­ny.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Morgiano, Blackburnie, serdecznie dziękuję za wizytę. Me serce raduje się za każdym razem, gdy udaje mi się dostarczyć choć odrobinę rozrywki Szanownym Czytelnikom ; )

 

EDIT: Regulatorka jak zawsze na posterunku. Dziękuję! “Świergolenie” było jak najbardziej zamierzone, niesamowite, że się udało… Może powinnam jednak zacząć pisać literaturę kobiecą? ; P

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Może powinnaś, ponoć można na niej zarobić. Ponoć. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Że można, to oczywiste :)

Bardzo dobry tekst :) Świetnie się czytało, a uśmiech przy niektórych fragmentach sam pojawial się na twarzy :)

@Anabelle, dziękuję. Cieszę się, że opowiadanie Ci się spodobało. Nie umiem pisać ani ponuro, ani strasznie, więc dobrze, że chociaż wychodzi mi uśmiechanie ludzi : )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nie podobało mi się. Więc miałam się nie odzywać, ale negatywne opinie też są przydatne, mam nadzieję.

Powody: Bohaterka – osobiście odebrałam jej charakter jako irytujący, prawdopodobnie był zabieg celowy,  bo musiała być wystarczająco irytująca by ją wyrzucili z nieba :) Ale jak nie nawiąże się nić sympatii miedzy bohaterem a czytelnikiem to trudno chcieć czytać dalej. Kolejna kwestia: dłużyzny. Głownie w niebie.  Skróciłabym tekst, bo zakończenia zaczyna się spodziewać, gdzieś w połowie.

Poza tym – brak zastrzeżeń. Po prostu, chyba nie mój gust.

@Limbo – dziękuję za wizytę. Cieszę się, że mimo wszystko przeczytałaś tekst do końca. Fakt, też uważam bohaterkę za irytujaca, ale jak słusznie zauważyłaś, taka miała być :-) Mimo wszystko polecam się na przyszłość, może kiedyś jakiś inny tekst bardziej przypadnie Ci do gustu. Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Przeczytałam wczoraj do poduszki i była to przyjemna dopoduszkowa lektura ;) Gdzieśtam trochę mi się przestało chcieć, ale to pewnie senność i godzina. Napisane lekko, do pouśmiechania się. Najbardziej te zblazowane anioły mnie uśmiechały.

Ale dużego wrażenia na mnie nie wywarło. Takie miłe czytadełko ;o)

Werweno, cieszę się, że się pouśmiechałaś : )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

A ja poczułam się lekko skołowana, albowiem gdyż stwierdziłam, że tekst znam, a nie wiem skąd. Po chwili do mnie dotarło, że przeczytałam w panelu recenzenckim na HuH. Wprawdzie tam nie zostawiłam recenzji (bo to kosztowałoby mnie za dużo wysiłku, a ja ostatnio mam pod górkę), ale tekst podobał mi się i sprawił, że czytałam z uśmiechem. Taka dobra babska literatura, do śniadania albo na miłe popołudnie. 

I fajnie, że coś wrzuciłaś na Fantastykę, bo ja odnosiłam wrażenie, że tu już tylko duch Twój się unosi, a nawet on już taki mocno rozmyty mi się jawił :-).

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

@Bemik – dzięki za wizytę. Dobrze, że Beryl mi podpowiedział, jak rozwija się skrót HuH, bo z kolei to ja poczułam się teraz lekko skołowana : D

Cieszę się, że czytałaś z uśmiechem, to najlepsza nagroda dla autora (przynajmniej takiego jak ja, który ani straszyć ani wzruszać nie umie ; ).

I też uważam, że fajnie, że wrzuciłam coś na NF, bo sama odczułam aż nadto wyraźnie, że zaglądam tu coraz rzadziej. A kurcze trochę ten portal lubię, więc nie zamierzam ot tak go opuszczać : )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Świetne! Opowiadanie zabawne i takie z którego można się czegoś nauczyć(według mnie)

Nie wiem, co powiedzieć, Mordelinhexie, trzy komentarze, wszystkie pod moimi tekstami… ;) Dziękuję serdecznie za zainteresowanie. Cieszę się, że i to opowiadanie przypadło Ci do gustu.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nowa Fantastyka