- Opowiadanie: FMDudzinski - Legenda o pierwszej wiedźmie CZ.I

Legenda o pierwszej wiedźmie CZ.I

"Legenda o pierwszej wiedźmie" jest znaną historią dla zainteresowanych tematem dawnych Słowian i współczesnych Rodzimowierców Słowiańskich. Ja tą legendę ubieram w zupełnie nową historię. Wiven podczas swojej tułaczki nie pamięta jak trafiła na odludzie, próbuje odnaleźć drogę do jakiejkolwiek ludzkiego siedliska, lecz napotyka pewną przeszkodą. Pomóc może jej tylko Weles ( słowiański bóg, władca podziemi, bogactwa i przysięgi). Moja wersja jest pewną alternatywą i zaopatrzeniem w pełni żywy świat całą historię.

Oceny

Legenda o pierwszej wiedźmie CZ.I

Las był dziś nadzwyczaj spokojny, a może to jej się tak wydawało w końcu… A może dopiero teraz przestawała się go bać. Sama nie wiedziała który to już dzień koczuje na tym odludziu. Tęskniła za rodziną, towarzyszami, miała teraz wystarczająco dużo czasu, aby rozmyślać o nich, o domu. Prócz najprostszych zadań, które musiała co dzień wykonywać, a umożliwiały jej przeżycie w tych nie gościnnych warunkach pozostawało jej tylko wspominać utraconą przeszłość. 

Ciągle planowała jak wrócić do rodzinnego grodu, plany nadal jednak pozostawały marzeniami, które przypominały jej dom… Dom za którym tak tęskniła. Wspomnienia powodowały u niej ból, który jednak nie był wywołany tęsknotą lecz raczej bezradnością.

 

Dziewczyna nachyliła się nad taflą wody. Gdyby teraz ktokolwiek stanął za jej plecami ujrzałby w wodnym odbiciu twarz… twarz młodą o jasnej karnacji charakterystycznej dla Skandynawów. Mogłoby to wskazywać że należy do ich ludu, jednak wyrazem sprzeciwu były jej czarne jak węgiel włosy i oczy wielkie zielone cechujące raczej mieszkańców centrum kontynentu, a nie mieszkańców północy o oczach niebieskich, lub szarych. Z tych oczu biło bystre i przenikliwe spojrzenie. Ale nikt nie mógł tego widzieć, nikt w pojedynkę nie zapuszczał się tak głęboko w Nitrzańskie lasy… nikt.

 

Wiven przetarła twarz wodą nabraną z kałuży, zaczerpnęła jeszcze dwa łyki i wstała.

Zajrzała do skórzanej torby którą miała przerzuconą przez lewe ramie…

-Nosz w rzyć – zaklęła pod nosem.

Miała co do tego pełną słuszność z jej zapasów jedzenia została ledwie garść sczezłych jagód i nadgryziona zajęcza łapa, którą udało jej się jako tako upiec. Nie była jednak w tym momencie aż tak głodna postanowiła zostawić ten „syty” posiłek na czas gdy dopadnie ją prawdziwy głód.

 

***

 

Szła wzdłuż ścieżki wydeptanej wcześniej przez miejscową zwierzynę. Szła na zachód ten kierunek wydawał się jej jedynym słusznym. Z wiedzy którą zdobyła od swojego brata – myśliwego. Ten znów odziedziczył fach po ich ojcu. Wiedziała że nie może znajdować się ani na północ od domu, ni na południe. Gdyby znalazła się na którymś z tych dwóch kierunków idąc ciągle na zachód już dawno natrafiła by na którąś z wielkich rzek Nietre, bądź drugą nie nazwaną jeszcze przez nikogo, a znaczącą wiele dla wsi położonych u jej koryta. Przypuszczała że znajduje się na wschodzie, dlatego zachodzące słońce wydawało się najlepszym przewodnikiem. Jeśli jednak nie miała racji i jest na zachód od rodzimego grodu powinna prędzej czy później trafić na drugą z wcześniej wymienionych rzek. Wtedy wystarczyło przedostać się na drugi brzeg za którym bez większych trudów powinna trafić do Osiedlic osady swego stryja Wilczmira. 

 

Osada liczyła sobie niecałe dwadzieścia zim, a już zamieszkiwało ją ponad dwie i pół setki istnień. Skąd tak wielka chęć pozostania w tym miejscu nie wiadomo. Najwięcej radości osada sprawia podróżującym z Grodu Nitrzańskiego do wsi Tranawy i odwrotnie. Obydwie te miejscowości były oddzielone o dwa dni pieszej wędrówki, tak więc teraz Osada stryja Wilczmira stojąca niemal w połowie tej drogi stałą się idealnym miejscem na nocleg i odpoczynek dla podróżnych.

 

Wiven przeskoczyła gwałtownie z nogi na nogę i odskoczyła z krzykiem do tyłu. chwila nieuwagi wystarczyła aby w gęstwinach o mało nie zdeptać uciekającego już w zarośla zaskrońca. Przez chwilę jeszcze czuła jak serce łomoce jej się w piersi. Gdy lęk minął przemknęły jej przez głowę dwie myśli – pierwsza, jak wynikało z jej osobistego doświadczenia i nie potrzebowała do tego opowieści brata. Informacja, że zaskrońców nie spotyka się w środku głuszy. Znaczyło to że upragniony skraj lasu znajduje się ni mniej ni więcej kilka chwil drogi. Drugą myślą był fakt, że ten zaskroniec mógł być całkiem smaczną kolacją, co przypomniało jej garść jagód w jej torbie i nadgryzioną zajęczą łapę.

 

****

Dziewczyna zatrzymała się w zaroślach będących jakże upragnionym przez nią wyjściem z głuszy. Przed nią rozciągała się rzeka, szerokością przypominająca tą płynącą niedaleko jej chaty… mimo to o nieco innym zabarwieniu. Przeszedł ją dreszcz radości w końcu to właśnie odnalezienie rzeki było połową sukcesu. Wiven Znalazła sobie miejsce na próchniejącym konarze. Czekała ją teraz decyzja czy uda się w dół czy w górę rzeki. Nie znała żadnego sensownego sposobu, który pomógłby jej w podjęciu tego wyboru… Jednak musiała wybrać i twardo trzymać się obranej drogi. Kierunek drogi był niezależny od rzeki na którą trafiła pozostawała tylko kwestia iść z nurtem, czy naprzeciw niemu. 

Pójście w górę rzeki było sporym ryzykiem. Nie znała terenów na północ od rodzimej wsi, wiedziała tylko, że te niezbyt pokaźne pagórki występujące w okolicy wraz z drogą na północ wzrastają do potężnych gór zwanych Tarczal, bądź Tatrami . Nie wyobrażała sobie wspinaczki po górskich ścianach, lub szukania przełęczy między nimi. Nie miała pewności że natrafi wcześniej na jakąś wioskę nim góry urosną do naprawdę gigantycznych rozmiarów. A kto wie co czekało ją za górami ponoć to tam się rozciągało największe dotychczas znane miasto Wabel; będące siedzibą potomków samego Lecha. Mimo swego wieku nie wiedziała jak nazywał się aktualny władca, lecz to nie było ważne liczyła się krew płynąca w jego żyłach… Krew Lecha. 

Co do południa, czyli drogi wraz z nurtem jeśli okazałoby się że Nitra i Osiedlice są w przeciwnym kierunku powinna trafić do grodu Komarzyc. Grodu, który jest praktycznie nie do zdobycia i to wcale nie dzięki jakiemuś specjalnie potężnemu ufortyfikowaniu lecz raczej dzięki położeniu. To właśnie tu bezimienna rzeka wpadała do Dunajca osłaniając gród od południa i zachodu. I o ile ją można było jeszcze przepłynąć to Dunajec stanowił wówczas ochronę nie do sforsowania. Jedyną opcją było prowadzenie wojsk zimą, gdy rzeka zamarznie, a i tylko naprawdę silne mrozy mogły sprawić, że lód będzie na tyle gruby, aby mogło przejść po nim grupa większa niż kilku ludzi. Mniej więcej w połowie szerokości rzeki znajdowała się kamienna wysepka, na której miejscowi zbudowali drewnianą platformę wysoką na dziesięć sążni. Każdej nocy na szczycie palono znicz. Dlaczego? Tego nikt nie wiedział, ale tak robili ich dziadowie i tak musiało pozostać.

***

Słońce chyliło się ku zachodowi było by pięknie, gdyby nie komary, ci mali krwiopijcy nie dawali nawet chwili spokoju. Wiven miała wrażenie, że teraz gdy znalazła się blisko rzeki namnożyły się co najmniej kilkukrotnie; jednak nie to było jej największym zmartwieniem zbliżała się noc, a ona nie miała żadnego schronienia.

Postanowiła oddalić się od koryta rzeki i wejść po zboczu wzniesienia u stóp którego stała. Na takich zboczach często można było znaleźć różnego rodzaju niegłębokie zapadliska całkiem dobrze służące za schronienie. 

Idąc ku górze zaczęła zbierać co suchsze gałązki, jako że już dosyć dawno nie padało nie było to trudne zadanie. Spojrzała na swoje buty, stwierdziła że trzymają się aż nadto dobrze jak na warunki w których przyszło jej iść. Na dębowych koturnach wcale nie było oznak zniszczeń tak samo skóra utwardzana pszczelim woskiem i przypalana wyglądała jakby mogła jeszcze całkiem długo wykonywać swoje zadanie. Znów zaczęła myśleć o domu, o matce, bracie jak udało mu się ostatnie polowanie. Fakt niezbyt lubiła jego mocno barwne opowieści, mimo to teraz poczuła do nich pewien sentyment, taki jak człowiek odczuwa do rzeczy, która nigdy miała już nie wrócić… dziewczyna jednak szybko odrzuciła tą myśl. Zaczęła coraz intensywniej rozglądać się za potencjalnym schronieniem, mimo to w zasięgu jej wzroku nie znajdowało się nic, co za takowe mogłoby posłużyć. Szła dalej ku górze coraz bardziej zdenerwowana. Robiło się coraz chłodniej. Sezon zbierania czerwca dopiero się rozpoczynał i pomimo tego, że dni były gorące to noce nadal potrafiły zmrozić do kości. Sucha gałąź strzeliła pod jej nogą nie zbierała już ich. wystarczyło na rozpalenie ogniska i podsycanie ognia co najmniej na pół nocy. 

***

Wiven rzuciła zebrany chrust w trawę rosnąca na szczycie. Wzięła głęboki wdech, wejście po ścianie wzgórza nie było może trudne, lecz po wielu dniach wędrówki każdy większy wysiłek stawał się wyzwaniem. Wybrała ze sterty kawałek pękniętego wzdłuż drąga… chwyciła go i z całej siły walnęła nim w pień rosnącego obok grabu… drąg rozpadł się na dwie niemal równe części. Jedną połówkę rzuciła z powrotem na stertę gałęzi, drugą natomiast położyła na wcześniej wydeptaną trawę. 

– Ehhh, mam nadzieję że nikt się tu nie kręci… – Cóż było to sprzeczne z jej aktualną sytuacją, bo każda pomoc była na wagę złota.

Dziewczyna wyplątała rzemyk, który spinał jej białą bluzkę w miejscu dekoltu. Materiał rozszedł się na boki odkrywając jej wdzięki.

 

Przywiązała go do jednej z cieńszych gałązek, tak że całość tworzyła łuk o luźnej cięciwie i wkręciła w nią najprostszy patyk jaki udało jej się znaleźć. Miał posłużyć jej za świder. Robiło się coraz ciemniej jednak wzrok powoli przyzwyczajał się do zapadających ciemności. 

Wiven coraz szybciej przeciągała łukiem w tą i z powrotem powodując coraz szybsze obracanie się świdra we wcześniej wydłubanym wgłębieniu po płaskiej stronie rozłupanego drąga. Jednocześnie całym ciałem parła na płaski kamień dociskający cały mechanizm. Czekała na pojawienie się dymu… znów poczuła morderczy głód, teraz jednak sprawą pierwszorzędną było rozpalenie ogniska. Bez ognia to ona stawała się potencjalną kolacją. Bark prawej ręki palił ją z bólu, powoli spod świdra zaczęły ukazywać się pierwsze strugi dymu to był dobry znak. Od tej pory zaczynał powstawać żar, który konieczny był do powstania ognia.

 

Było już całkowicie ciemno, na niebie nie było ani jednej gwiazdy mogącej dać chociaż troszkę światła; jedynym jego źródłem pozostawało słabo płonące ognisko. Wiven nie miała zbyt wielkich zapasów opału, aby pozwolić sobie na większe ognisko to musiało wystarczyć aby odstraszyć krążące w okolicy drapieżniki i dać choć trochę ciepła. Powieki już same jej opadały pod swoim ciężarem, głód doskwierał coraz mocniej, a komary jakby za nic nie robiąc sobie dymu bijącego z ogniska gryzły tak jak wcześniej. Dziewczyna dorzuciła jeszcze kila grubszych gałęzi. Teraz mogła pozwolić sobie na chwilę snu, położyła głowę na złożonych dłoniach… zasnęła.

 

***

 

Noc była niespokojna kilkukrotnie budziło ją wycie i ryki dzikiej zwierzyny. Całe szczęście odczuwały respekt do ognia i nie zbliżały się nadto blisko. Wielokrotnie także musiała dorzucać w ciągu nocy do ogniska, słabego choć jedynego gwaranta przebudzenia się następnego poranka. 

Na dodatek męczył ją koszmar… wilk…raczej coś większego. Sama nie wiedziała, co to za bestia. Była pewna tylko jednego był wielki niczym tur, miał chyba z półtora sążnia wzrostu. W jej śnie uciekała z domu w las, przed tą bestią. Gnała przez most, drogą wzdłuż pola Borowiczów, mijała pasącego się byka. Biegła w stronę wyimaginowanej góry, istniała tylko w jej śnie. W końcu dobiegała do skarpy, ślepego zaułku i już myślała że wilk został daleko w tyle. Zasapana opierała obie dłonie na skalnej ścianie bezmyślnie wlepiając w nią wzrok. Gdy zza jej pleców znienacka zaszedł ją ogromny łomot. Przez głowę przechodziła jedna myśl… to już jest koniec. Odwracała się, ostatni raz spoglądając na świat za nią… rodzinny gród, okoliczne pola i byka, który się zerwał z pala i biegnie jak i ona biegła w kierunku nieistniejącej góry. Fakt, miała tylko chwilę, aby zobaczyć ten obraz, lecz to on utkwił w jej głowie po przebudzeniu. Dalej były kły, ogromne kły bestii, oraz przekrwione oczy… oczy żądne mordu.

 

***

 

Dziewczyna schodziła ze wzgórza z powrotem w stronę rzeki, by kontynuować marsz, jednak jej głowę zaprzątały myśli o dzisiejszym śnie. Znała z opowieści matki ich prorocze możliwości. W ich wiosce był nawet kiedyś wróż, umiejący rozszyfrowywać sny, jak się jednak później okazało w grodzie nikomu nie przypadł sen który wróż uznał za choć trochę interesujący. Może prócz snu starego Roslava, bo gdy mistrz przyjmował interesantów w swoim namiocie i odsyłał kolejnych ludzi to Roslava wyrzucił z hukiem rzucając za nim kilka wyzwisk. Później jeszcze wyszedł i do ciekawskich krzyknął, że stary chutliwy, ale nie baby mu w głowie, więc chłopy nie ich pilnować a samych siebie. Wiven była świadkiem całego zajścia, choć sama nie skorzystała z usług wróża, a i z całego zajścia niewiele zrozumiała. Była wtedy jeszcze dzieckiem. 

Ten sen pomimo tego że wrył się w jej myśli, nie wydawał się niczego zwiastować, raczej był odbiciem tego co już było. Gonitwą myśli i wspomnień, które jej umysł chciał uporządkować.

 

Droga była coraz bardziej stroma, nie potrzebnie poszła na skróty, mogła wrócić tą samą trasą co weszła. 

Wiven w tej chwili musiała chwytać pobliskich drzew, aby nie zsunąć się w dół. Słońce grzało już nie miłosiernie, chociaż niedawno wstało. Drzewa dawały choć trochę cienia. Było sucho strasznie sucho, nie padało od dawna. Właśnie… przypomniała sobie… w jej śnie padał deszcz, a odkąd jest na tym odludzi nie spadła ani kropla deszczu. Na drodze którą wchodziła na szczyt poprzedniego dnia rosły pokrzywy, prawda sezon na ich zbieranie już się skończył, mimo to ich liście mogły napełnić jej żołądek. Taki pokarm nie był syty, lecz pozwalał na przeżycie. Kilka dni temu też posilała się właśnie nimi.

 

Wystający korzeń na którym właśnie oparła nogę wyrwał się z ziemi. Wiven poczuła jak traci równowagę, próbowała chwytać się jeszcze co mniejszych gałęzi, jednak te były za słabe aby utrzymać jej ciężar. Dziewczyna zwaliła się na ziemię próbując już w tej chwili chwytać się czegokolwiek. Sunęła coraz szybciej w dół. Zaczęła coraz mocniej wbijać swoje buty w ziemię aby spowolnić upadek. Nie zdążyła z całym impetem walnęła w rosnące na jej drodze drzewo. Zawyła z bólu. Spróbował się podnieść opierając plecy o drzewo.

– Aaaaaagh – krzyknęła osuwając się z powrotem na ziemię.

Dopiero teraz zauważyła, że całą nogę od kolana w dół ma brudną we krwi, jej strumyki spływały aż do skórzanej cholewki buta. Musiała jak najszybciej zatamować krwawienie. Skóra na jej kolanie odeszła jednym wielkim płatem trzymając się jedynie niewielkim kawałkiem tuż nad rzepką. Wiven spojrzała na ranę… poczuła jak zawartość żołądka unosi jej się do gardła, momentalnie zbladła ze strachu. Odwróciła wzrok, aby nie patrzeć na krwawiące kolano. Dziewczyna tym razem nawet nie zastanawiając się, czy ktoś może być w pobliżu zdjęła z siebie swoją lnianą bluzkę chciała oderwać z niej pas materiału, jednak ten stawiał zbyt wielki opór dla jej drżących rąk. Czuła się coraz gorzej, myślała że zaraz zwymiotuje. Próbowała rozedrzeć materiał o korę drzewa lecz ten nie chciał ustąpić. Chwyciła za najostrzejszy kamień jaki udało jej się wymacać dłonią. Zaczęła uderzać nim w rąbek bluzki podpierając ją o pień drzewa. Tkanina w końcu nie wytrzymała, pojedyncze włókna się rozerwały. Dziewczyna odrzuciła kamień, aby dalej od siebie. Była coraz słabsza, traciła krew, dużo krwi. Resztką sił zacisnęła pięści na skrajach rozdartej tkaniny i mocnym pociągnięciem oddarła pas materiału od reszty bluzki. Jej twarz była niemal biała. Podciągnęła nogę ku sobie, była sztywna, Wiven ogarnął jeszcze większy strach. Bała się. Z jej oczu poleciała łza, była bezradna. Zaczęła owijać krwawiące miejsce chciała ścisnąć ranę jak najmocniej.

 

Zawiązała opatrunek, czuła jak odpływają z niej ostatnie siły, czuła… nie już nie czuła zemdlała. Jej bezwładna dłoń opadła na zamszony konar dębu. Lniana opaska z białej zaczęła zmieniać barwę na czerwoną. 

 

Zerwał się wiatr silny wiatr. Nie minęła dłuższa chwila jak spadł deszcz. Nie był to zwykły deszcz, był on zapowiedzią burzy tak silnej, że nie pamiętano podobnej od co najmniej kilkunastu lat. Niebiosa miotały piorunami ze wszystkich stron świata. Padało cały dzień i noc, a grzmoty nie ustępowały. Jeden nawet trafił w stary dąb, który stał na stromym zboczu jednego z wielu Nitrzańskich wzgórz. Posypały się liście i trochę drobnych gałęzi. U Lechitów sam dąb już symbolizował siłę i długowieczność, lecz trafienie go przez piorun uznawane było za objawienie się w tym miejscu Peruna. W takich miejscach często zakładano później święte gaje poświęcone temu właśnie Bogu. Choć większość tego typu zdarzeń było zwykłym przypadkiem. Trafiony dąb pękł z trzaskiem. Pień zaczął rozchylać ku dwóm przeciwnym sobie kierunkom, aż do najniższej gałęzi. Wtedy się zatrzymał. Z drzew zerwały się okoliczne ptaki spłoszone całym wydarzeniem. Mimo wielu opowiadaniom wołchwów i klechdą żerców nie pojawił się nikt. Na wzgórzu nie było zupełnie nikogo… prócz dziewczyny leżącej w porwanej białej bluzce w kałuży zmieszanej krwi i deszczówki. Wyglądała niczym martwa oparta o pęknięty pień dębu, który parował w padającym deszczu, jakby jej dusza uciekała przez naznaczone drzewo. 

 

Ale nikt nie mógł tego widzieć, nikt w pojedynkę nie zapuszczał się tak głęboko w Nitrzańskie lasy… nikt… jak widać nawet Bogowie.

Koniec

Komentarze

Sucha gałąź strzeliła pod jej nogą nie zbierała już ich, wystarczyło na rozpalenie ogniska i podsycanie ognia co najmniej na pół nocy. 

Noc była niespokojna kilkukrotnie budziło ją wycie, i ryki dzikiej zwierzyny, całe szczęście odczuwały respekt do ognia i nie zbliżały się nadto blisko.

Nie zdążyła z całym impetem walnęła rosnące na jej drodze drzewo.

Szła na zachód ten kierunek wydawał się jej jedynym słusznym.

Wiven przeskoczyła gwałtownie z nogi na nogę i odskoczyła z krzykiem do tyłu chwila nieuwagi wystarczyła aby w gęstwinach o mało nie zdeptać uciekającego już w zarośla zaskrońca.

Powyżej zdania (tylko przykładowe, bo podobnych jest więcej), które albo trzeba podzielić na dwa za pomocą kropki, albo odpowiedniej interpunkcji + ogólna interpunkcja do poprawy.

 

Mimo wielu opowiadaniom wołchwów i klechdą żerców nie pojawił się nikt.

Co do tego zdania, to kuleje interpunkcja, odmiana przez przypadki, łączenie wyrazów oraz zapisywanie niektórych przy pomoc wielkiej pierwszej litery litery.

 

Wiven spojrzał na ranę…

Monsieur Wiven.

 

prócz dziewczyny leżącej w porwanej białej bluzce w kałuży rozcieńczonej przez deszcz krwi i trupio białej twarzy.

Zdanie sugeruje, że kałuża była rozcieńczona trupio białą twarzą. Poza tym kałuża nie może być rozcieńczona, bo to po prostu mieszanina różnorakich cieczy, wylanych na podłogę lub zalegających w zagłębieniu w ziemi (domyślnie jest to deszczówka, dlatego czasem występuje uściślenie, np. “kałuże krwi”). Mamy też deszcz kwi: jest on niewiadomego pochodzenia, bo wcześniej spadł zwykły deszcz (jest mowa, że nie był to zwykły deszcz, ale nie ma mowy, że z nieba padało coś innego niż woda), a rana została opatrzona, więc tryskającą z niej krew także wykluczam (padało dzień i noc, mamy więc upływ czasu – jakieś 24 godziny, więc krwawienie by ustało).

Drogi FMDudziński! Zabrałam się za czytanie “Legendy…” z zainteresowaniem, jako, że tematyka pogańsko-słowiańska jest mi bliska. Jak bardzo się jednak zawiodłam… Zamieszczony fragment wydaje się być o niczym. Bohaterka jest zupełnie bez sensu a faktografia leży i kwiczy.  Poza tym mieszasz czasy gramatyczne (przeszły i przyszły) i praktycznie nie stosujesz interpunkcji (o czym pisał już Bravincjusz) to niezmiernie utrudnia czytanie i zrozumienie tekstu.

 

Szczegóły poniżej:

 

nie gościnnych

niegościnnych

 

jednak wyrazem sprzeciwu były jej czarne jak węgiel

wyrazem sprzeciwu może być gwałtowne kręcenie głową czy też krzyczenie „nie!”. Ciemny kolor włosów może zaprzeczać/poddawać w wątpliwość skandynawskie pochodzenie dziewczyny.

 

Ten znów odziedziczył fach po ich ojcu

w tamtych czasach (zakładam wczesne średniowiecze?) myślistwo nie było fachem ale jedną z umiejętności, którą trzeba było mieć. Fachem mogło być kowalstwo, kołodziejstwo, pszczelarstwo itd.

 

Najwięcej radości osada sprawia

domy schadzek tam były czy jak? Poza tym – chyba: „sprawiała”.

 

Wiven

Nie bardzo rozumiem pisownię imienia główniej bohaterki. Jakaś zagramaniczna jest?

 

czuła jak serce łomoce jej się w piersi.

Taka dzielna (sama się zapuszcza do lasu, do którego nikt nie chodzi) i zaskrońca się boi?

 

Nie znała terenów na północ

a wcześniej pisałeś, że wiedziała, iż nie jest na północy bo nie było rozgałęzienia rzeki Nietre – to znała te tereny czy nie?

 

Dunajec stanowił wówczas ochronę nie do sforsowania

Może się czepiam, ale trudno mi uwierzyć, że na Dunajcu nie było brodów? Jak jest wyspa na środku rzeki to przecież dno musi być płytsze.

 

szczycie palono znicz

akurat znicze wtedy mieli. Ognisko mogli palić, ale przecież nie znicz!

 

skóra utwardzana pszczelim woskiem i przypalana

to znaczy, że dębowe koturny (swoją drogą pomysł dziwny sam w sobie) trzymały się na niczym. Próbowałeś kiedyś przypalać skórę pokrytą woskiem? Toż to pali się, że aż miło! Poza tym: ona jakaś dziana, że może sobie pozwolić na utwardzaną woskiem skórę. Gotowana jest dużo tańsza a na dodatek bardziej wytrzymała.

 

– Ehhh, mam nadzieję że nikt się tu nie kręci… – Cóż było to sprzeczne z jej aktualną sytuacją

tu w ogóle nie rozumiem

 

Dziewczyna wyplątała rzemyk, który spinał jej białą bluzkę w miejscu dekoltu

jaka córka myśliwego idzie do lasu bez krzesiwa i zapasu rzemieni?! Chyba jakaś wyjątkowo głupia…

 

nie miała zbyt wielkich zapasów opału

to czemu kilka akapitów wcześniej przestała zbierać te gałązki?

Zapomniałam! Przecież jest wyjątkowo głupia…

 

dymu bijącego z ogniska

przecież Wivien zbierała tylko suche gałązki. Skąd ten dym tak bije?

 

Całe szczęście odczuwały respekt do ognia i nie zbliżały się nadto blisko.

Akurat…

 

miał chyba z półtora sążnia wzrostu

sążeń to staropolska jednostka miary – ok 1.7-1.8 metra. Półtora tego to 2.5-2.7metra – to chyba był słoń albo mamut? Poza tym – tur miał przeciętnie 1.6m w kłębie (maksymalnie 1.9). Jak można 2.5 metrowe bydlę pomylić z turem albo wilkiem?

 

jej głowę zaprzątały myśli o dzisiejszym śnie. Znała z opowieści matki ich prorocze możliwości

co ma prorocze możliwości – sny czy myśli? Doprecyzuj podmiot.

 

Roslava

znów to v :( Poza tym – ta cała historia ze snami jest zupełnie niezrozumiała.

 

Było sucho strasznie sucho, nie padało od dawna.

Myślałam, że jest nad rzeką? Poza tym – jak jest sucho to nie ma komarów. A pisałeś, że poprzedniego wieczora ją cięły

 

Wiven spojrzała na ranę… poczuła jak zawartość żołądka unosi jej się do gardła

Nie mogę uwierzyć, że córka myśliwego nie potrafi znieść widoku krwi! Widziałeś kiedyś wybebeszanie/skórowanie zwierzyny?

 

Chwyciła za najostrzejszy kamień jaki udało jej się wymacać dłonią.

Poszła do lasu bez krzesiwa i noża?! To już nawet nie fantasy – to absurd jakiś…

 

Była coraz słabsza, traciła krew, dużo krwi

Z kolana?! Co tam krwawiło?! Łękotka?

 

Jeden nawet trafił w stary dąb, który stał na stromym zboczu jednego z wielu Nitrzańskich wzgórz

Wcześniej pisałeś, że Wivien zsunęła się ze wzgórza. Jakim cudem piorun uderzył w najniższy punkt terenu a nie najwyższy? Chyba, że ten dąb był wysoki. Ale przecież wysokie dęby nie rosną z stromych zboczach! Są zbyt ciężkie!

Hmm... Dlaczego?

Przykro mi to mówić, ale nieczęsto zdarzają się teksty napisane tak źle, jak Legenda o pierwszej wiedźmie. Mnogość wszelkich możliwych błędów, fatalnie skonstruowane zdania, zlekceważona interpunkcja, powtórzenia, to tylko niektóre z przyczyn, które sprawiły, że zupełnie straciłam zainteresowanie ewentualnym dalszym ciągiem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dużo trzeba poprawić. Jak pisali przedpiśćcy – warsztatowo, o jakąś logikę zadbać, a ja od siebie dodam, że i o fabułę, bo według mnie ten tekst jest o niczym :( Ot, chodzi kobitka po lesie. Znudziło mnie :(

Nowa Fantastyka