- Opowiadanie: gravel - Ocean

Ocean

Same złe wspomnienia związane z tym tekstem. Chociaż nie, nie same – pozdrowienia dla Flobbins, która bardzo dzielnie betowała. 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

funthesystem

Oceny

Ocean

Mówią, że nie ma takiej rzeczy, której ocean by nie widział.

Niczym go nie zaskoczysz.

Na pewno nie było dla niego nowością powolne objęcie ramionami trupa, którego zrzucono ze szczytu klifu. Ocean musiał widzieć to tysiące razy – morderstwo.

Patrzyłyśmy, jak zwłoki mojego ojca znikają w ciemnych odmętach daleko w dole.

– Nikomu nie możemy o tym powiedzieć – przypomniała mi matka. Nie musiała. Miałam tylko dwanaście lat, ale nie byłam głupia.

Pod wieloma względami byłam nawet mądrzejsza od niej. To ja pierwsza powiedziałam głośno: musimy się go pozbyć. Kiedy chodziło o mojego ojca, matka była ślepa. Trzymała się go kurczowo jak rozbitek skały pośrodku oceanu. Bała się jego gniewu, ale jeszcze bardziej bała się odejść.

Stałyśmy jeszcze chwilę na szczycie klifu, a wiatr targał nasze włosy, szarpał ubrania. Czułam słony posmak na wargach i przejmujące zimno.

– Chodźmy do domu – powiedziałam, ciągnąc mamę za rękaw kurtki.

Pokiwała głową, trochę nieprzytomna. Wróciłyśmy do domu okrężną drogą, omijając wioskę. Zmierzchało, widziałam tylko nieliczne światła. Tutejsi wcześnie chodzą spać i wstają przed świtem.

To była długa droga do domu. Najdłuższa. Byłam wtedy jeszcze dzieckiem – odwracałam się parokrotnie, niemal pewna, że ciężka dłoń ojca sięga z dna oceanu i chwyta za tył kurtki, przytrzymując mnie w miejscu.

– Nie zatrzymuj się – powiedziała mama, gdy przystanęłam po raz kolejny.

Nie zatrzymywałam się więcej.

***

Szłam wzdłuż brzegu klifu, pogrążona w myślach. Daleko na ciemniejącym horyzoncie gromadziły się chmury, ciemnoszare, niemal czarne, skłębione. Groźne. Takie chmury zwiastują burzę.

Ocean był dziś niespokojny.

Dorastałam w tej przeklętej, zapomnianej nawet przez diabła wiosce na wyspie leżącej na oceanie zbyt wielkim, by objąć go rozumem. Tu zwykło się o nim mówić jak o żywym stworzeniu.

„Dziś jest niespokojny”.

 „Kto wie, czy dziś nie podejdzie aż pod Schody”.

„Nasz ocean coś się dzisiaj złości”.

Ale to nie był i nigdy nie będzie nasz ocean.

Spojrzałam na ciemne, wzburzone wody daleko w dole. Postąpiłam krok naprzód. Tak łatwo jest ze sobą skończyć, gdy przepaść otwiera się pod twoimi stopami i aż zaprasza niespokojnym śpiewem wody, by skoczyć.

Mewa zakwiliła nad moją głową. Cofnęłam się.

Może kiedyś. Nie dziś. Poczekaj na mnie jeszcze chwilę, oceanie.

***

Tego dnia mijało osiem lat od zniknięcia mojego ojca. Pewnego dnia wyszedł z domu i nigdy nie wrócił. Nikt go więcej nie widział. Nie było nikogo, kto mógłby powiedzieć zrozpaczonej żonie i dwunastoletniej córeczce, co się stało.

– Biedna rodzina – mówili w wiosce. – To było takie zgrane małżeństwo.

Gówno prawda. Ale opowiadajmy dalej tę bajeczkę. Nikomu nie możemy powiedzieć, co się naprawdę stało. Tylko ocean wie.

Wróciłam do domu ze spaceru zmoknięta i głodna. Powitał mnie zapach mocnej herbaty. Mama robiła w kuchni obiad. Wyglądała na zmęczoną. Choć nie rozmawiałyśmy nigdy o zniknięciu ojca, wiedziałam, że pamięta o rocznicy równie dobrze jak ja.

– Wiesz, że nie powinnaś sama wychodzić – powiedziała, gdy weszłam do kuchni. Z pozoru spokojnie, ale umiem wyczuć wyrzut w jej głosie. – Gdzie byłaś?

– Daleko. – Nie miałam ochoty na jej pytania. Niech nie docieka. Przeszłam przez kuchnię, mimochodem biorąc tylko jabłko z koszyka na lodówce.

– Zawsze jesteś daleko – usłyszałam zanim wyszłam.

***

Nie czuję się bardzo źle z tym, co zrobiłam osiem lat temu. Pewne rzeczy trzeba zrobić, a gdybym nie była wówczas dość silna, by podjąć decyzję za matkę, pewnie do dziś co wieczór liczyłybyśmy siniaki przed pójściem spać.

Właściwie to czuję się całkiem nieźle ze świadomością, że dzięki mnie odzyskałyśmy trochę godności. Nie wszystko – nic nie wymaże z naszej pamięci długich lat strachu i poniżenia – ale chociaż część.

***

Matka o tym nie wie, ale co roku cicho, po swojemu, czczę rocznicę śmierci ojca. Mój mały triumf.

W tym roku kupiłam butelkę wina i gdy mama zasnęła, wykradłam się przez okno – znowu unikając pytań, które musiałyby paść, gdyby mnie przyłapała – i poszłam w stronę wybrzeża.

Na zachodniej ścianie najwyższego klifu znajdują się stare Schody, wyrzeźbione bezpośrednio w skale, pewnie starsze niż cała wioska. Parę lat temu, gdy jakieś dziecko spadło z nich i złamało rękę, założono obok metalową barierkę, ale ja jej nie potrzebowałam, by bezpiecznie zejść. Zbiegałam tędy tysiące razy wcześniej, znałam na pamięć każdy stopień.

Zeszłam na plażę, wąski pasek białego piasku dzielący mnie od czarnej masy oceanu. Uspokoił się. Wyginał teraz grzbiet jak wielki czarny kot, domagający się, by go pogłaskać.

Rozłożyłam kurtkę na piasku i usiadłam.

Burza nie zniknęła. Zaczaiła się gdzieś z boku. Słyszałam jej cichy pomruk.

Przymknęłam oczy.

***

Tamtej nocy z oceanu wyszła postać, która kiedyś była człowiekiem. Kiedyś była moim ojcem.

Gdy zobaczyłam jak wyłania się z wody, w pierwszej chwili pomyślałam: to sen. Ale nie spałam. Widziałam po prostu, jak wraca. Dokładnie, co do dnia, osiem lat po swojej śmierci.

Rozpoznałam go od razu i bałam się. Nawet jeśli jakiś głos rozsądku nakazywał mi uciekać, to nie posłuchałam.

Widywałam go już wcześniej – bardzo często, tak właściwie. Bywały okresy, gdy śnił mi się każdej nocy. Wypełzał z oceanu, obły i blady, przypominał gargantuiczną ośmiornicę, sięgał ku mnie długimi ramionami, a ja krzyczałam i budziłam się, zlana potem i przerażona. Ale nigdy dotąd nie był tak realny.

Uspokój się, powiedziałam sobie. To tylko kolejna zjawa.

Ale on już siadał koło mnie na mokrym piasku. Czułam jego zapach – pachniał oceanem.

***

Robiłam w życiu różne rzeczy, wielu nie wspominam dobrze, ale do najgorszych należy siedzenie nocą na plaży z martwym ojcem, którego pomogłam zamordować, a który właśnie wyszedł z oceanu.

– I co, będziesz tak siedział i nic nie mówił? – zapytałam agresywnie. Serce nadal biło mi jak oszalałe, ale to nie był już ten paraliżujący strach, który czułam, gdy podchodził. Całkiem możliwe, że ta zjawa, to coś, nawet nie było prawdziwe.

Całkiem możliwe, że tylko go sobie zmyśliłam.

– Ostatnich osiem lat spędziłem na dnie oceanu – odezwał się zachrypniętym głosem. – Pozwól mi nacieszyć się powietrzem.

– Nie powinieneś był wracać.

***

Przez parę miesięcy, kiedy miałam około trzynastu lat, byłam przekonana, że świat wkrótce się skończy, a mnie czeka coś strasznego. Niebezpieczeństwo czaiło się wszędzie.

Trochę było to związane z moją chorobą – a trochę z tym, że niecały rok wcześniej pomogłam zabić własnego ojca i choć nie cierpiałam przez wyrzuty sumienia, to jednak w jakiś sposób myśli o tym wciąż mnie prześladowały.

Objawiało się to różnymi atakami paniki. Dla przykładu: straszliwie bałam się pralek. Gdy raz czy dwa mamie zdarzyło się wyjść na chwilę z domu, zostawiając mnie samą z włączoną pralką huczącą w łazience, nie byłam w stanie nawet wyjść z pokoju. Byłam pewna, że urządzenie pracuje cały czas szybciej i szybciej, a w końcu wybuchnie i zmiecie cały dom, ba! całą wioskę z powierzchni ziemi.

Nie schylałam się nigdy po drobne leżące na ulicy. Jakimś magicznym zmysłem wyczuwałam, że są tylko pułapką zastawioną przez seryjnego mordercę, który czeka w pobliżu i skoczy na mnie, gdy tylko schylę się po monetę.

Ale najbardziej bałam się, że pewnego dnia tata wypełznie z oceanu, obklejony ślimakami i obrośnięty wodorostami, i porwie mnie ze sobą w głębiny.  

Byłam więc przez długi czas przerażonym gówniarzem, słyszącym głosy zapowiadające koniec świata, wierzącym w zemstę zza grobu. Nic dziwnego, że oddaliłyśmy się od siebie z mamą i nigdy potem nie udało nam się odzyskać dawnego kontaktu.

Była mną zmęczona, a ja byłam zmęczona nią.

– Mamo, ja to widzę! – krzyczałam pewnego dnia zza zamkniętych drzwi pokoju. Podparłam klamkę krzesłem, bo mama próbowała wejść do środka i zmusić mnie do wzięcia lekarstwa. – Wszystko to jest takie realne, jak mam w to nie wierzyć? Widzę nawet tatę – klamka przestała się ruszać; mama zamarła za drzwiami – jak wychodzi z wody. Nie jest żywy, ale nie jest też martwy. Wciąga mnie do oceanu i już nigdy więcej nie wypływam na powierzchnię. To nie są sny.

– To tylko twoja cholerna głowa – odpowiedziała mama. Starała się być cierpliwa, naprawdę, ale chyba trochę ją to wszystko przerastało. – Wpuść mnie!

W końcu ją wpuściłam, zapłakana i przerażona. Wtedy wydawało mi się, że nie ma już dla mnie ratunku i powinnam się rzucić z klifu. Raz nawet, jakiś rok później, próbowałam to zrobić. Stanęłam na krawędzi, w miejscu, gdzie ziemia urywała się gwałtownie tuż pod moimi stopami, i długo patrzyłam w dół. Ale nie mogłam się zmusić do zrobienia tego jednego kroku naprzód.  

***

Wszystko mi się przypomniało, gdy siedziałam tamtej nocy na plaży z moim martwym tatą, który jak gdyby nigdy nic poczęstował się winem i patrzył na ocean. Nadal niczego nie wytłumaczył.

– Przyszedłeś, żeby mnie zabrać ze sobą? – zapytałam ochrypłym głosem.

– Nie – odparł. Nawet na mnie nie spojrzał. Ani razu.

– To co tu robisz?

– Wypuszczono mnie.

Dopiero teraz skierował na mnie wzrok. Miał ciemne, bezdenne oczy. Pamiętałam jego oczy bardzo dobrze. Nigdy nie lubiłam, gdy na mnie patrzył, zawsze miałam wrażenie, że wystarczy mu dostrzec jeden krzywy ruch moich ust, bym się naraziła.

Ale teraz, co dziwne, nie bałam się, że mnie uderzy. Sama nie wiem, czego się bałam. Chyba najbardziej tego, że… To wszystko okaże się tylko przywidzeniem. Gdyby tak było, znaczyłoby to, że przekroczyłam pewną granicę.

Jest taki punkt w mojej głowie, miejsce, z którego już nie wrócę. Pewnego dnia po prostu się rozsypię. Do widzenia.

– Ocean – odezwał się ojciec cichym głosem. Poczułam się nagle jak małe dziecko, któremu tatuś opowiada bajkę na dobranoc. – Ocean mnie wypuścił. Ma słabość do grzeszników. Lubi dawać im drugą szansę.

Wpatrywałam się w niego z otwartymi ustami.

– Zamordowałyście mnie osiem, co do dnia, lat temu – powiedział. – Byłem pijany i nie mogłem się bronić. Ale pomyślałem: czekały na to. Od dawna czekały tylko na okazję. I gdy ta okazja nadeszła, natychmiast z niej skorzystały.

***

Był pijany i nie mógł się bronić. Chociaż pewnie zdołałby obezwładnić mamę, gdyby dostatecznie szybko zdał sobie sprawę, co się dzieje.

Ale, smutna prawda, ciężka żeliwna patelnia w rękach zdesperowanej kobiety staje się straszną bronią i człowiek bez odpowiedniej koordynacji ruchowej nie zdoła się przed nią ochronić.

Wtoczył się do kuchni i z miejsca zaczął krzyczeć. Siedziałam wtedy w drzwiach swojego pokoju, patrzyłam jak się kłócą i wrzeszczą na siebie. Mama płakała.

A potem tata ją uderzył.

Coś we mnie pękło. Rzuciłam się w jego kierunku, zaczęłam okładać go pięściami gdzie popadnie. Odwrócił się, podnosząc rękę, jakby chciał mnie uderzyć. Wtedy mama zamachnęła się patelnią i z suchym trzaskiem uderzyła go w skroń. Upadł na ziemię u moich stóp.

Resztę znacie. Wrzuciłyśmy zwłoki do oceanu. Nigdy więcej o tym nie rozmawiałyśmy. Policja uznała, że ojciec musiał po pijaku spaść z klifu i się utopić, parę osób potwierdziło, że późno wyszedł z pubu i był wstawiony, a wybrał ścieżkę wiodącą wzdłuż urwiska. Prosta sprawa. Na tym historia tego morderstwa się kończyła i przez długie lata pozostała skończona.

Przynajmniej ja tak sądziłam. Ale tata wrócił, żeby opowiedzieć ciąg dalszy.

***

Odzyskał świadomość w momencie, gdy objęły go zimne ramiona oceanu. Nie, nie ożył. Nadal był martwy – był świadomością w martwym ciele, miotanym przez fale. A ocean go przyjął, tak jak przyjmuje wszystko.

– Ocean ma słabość do grzeszników – powiedział tata. – Daje im drugą szansę. A bestialsko zamordowany grzesznik…

– Nie przesadzaj – przerwałam mu. – Wcale nie zamordowałyśmy cię bestialsko.

Pokazał mi szeroką białą bliznę na czole.

– To była spora rana.

– Tak, pamiętam krew.

Zadrżałam, wiał przenikliwy wiatr. Przed świtem przygna nad wioskę deszczowe chmury; będzie ulewa.

– Myślę, że to dobry sposób na odejście – odezwałam się – i nie powinieneś narzekać aż tak bardzo. Przecież byłeś rybakiem. Kochałeś ocean.

Patrzyłam na fale, podpełzające prawie do naszych stóp, muskające czubki naszych butów – moich trampek i ciężkich butów taty – i uciekające w popłochu, jak kocięta bawiące się sznurówkami.

– Ty umierasz, prawda? – zapytał nagle tata.

Spojrzałam na niego zaskoczona.

– Skąd ten pomysł?

– Widzę, jak patrzysz na ocean. Jakbyś prosiła: zabierz mnie.

– Po prostu uważam, że to dobry sposób na odejście. – Wzruszyłam ramionami. – Oddać się oceanowi. On przyjmuje wszystko.

***

W pubie w wiosce najważniejszymi klientami zawsze byli – i pewnie pozostaną – starzy rybacy. Nie mieli już sił, by wypływać co dzień na połów, teraz ograniczali się do zarzucania wędki na mieliźnie i siedzenia bez ruchu w swoich małych łódkach, często kilka godzin cięgiem.

Gdy czasem chodzę na spacery widzę ich ze szczytu urwiska – małe łódeczki i zgarbione sylwetki rybaków w grubych szarych polarach.

Nie było ich już wielu, ale wciąż wszyscy darzyli takich weteranów oceanu szacunkiem. Stawiano im kolejki w pubie, słuchano, co mają do powiedzenia. Ja też nieraz słuchałam.

Gdy byłam młodsza, najbardziej lubiłam historie starego Paddy’ego.

Stary Paddy miał twarz pomarszczoną jak orzech, wysmaganą przez wiatr, ręce wykręcone przez reumatyzm i oczy zielone jak ocean w słoneczny dzień. Zawsze był trochę stuknięty, traktowaliśmy go jak pomniejszą atrakcję turystyczną – opowiadał ładne „bajeczki”, jak sam je określał. Tymi bajeczkami można było straszyć dzieci, i wiele matek właśnie tak robiło.

Najbardziej zapadła mi w pamięć ta o Luku Davy’ego Jonesa.

***

Jako dzieci naprawdę wierzyliśmy w te opowieści. Całymi dniami bawiliśmy się w piratów, tworzyliśmy załogę martwych szubrawców Davy’ego Jonesa smarując sobie twarze błotem i zbrojąc się w szpady z patyków, i marzyliśmy o prawdziwych przygodach na rozległym oceanie.

A w ciepłe, lipcowe noce, leżałam przy otwartym oknie nie mogąc spać, zdjęta strachem, że może szum oceanu zwiastuje przybycie Davy’ego Jonesa, który porwie nas ze sobą, abyśmy dołączyli do jego załogi potępieńców, grzeszników, którzy zmarli na oceanie.

Z tego co wiem, żadnego innego dziecka oprócz mnie nie prześladowało takie przeświadczenie; nikt inny nie miał takich koszmarów. Owszem, czasami stary Paddy napędzał nam strachu i potem sami się nakręcaliśmy, ale mnie dręczyły prawdziwe koszmary. Były stanowczo zbyt realistyczne jak na mój gust. Budziłam się z krzykiem.

Chyba od zawsze bałam się oceanu i tego, co może z niego wyjść.

***

Siedziałam ze skrzyżowanymi nogami na łóżku, z kubkiem stygnącej kawy w dłoni, otoczona wianuszkiem starych zdjęć. Kawa o czwartej nad ranem była zapewne poronionym pomysłem, ale chciałam zachować trzeźwy umysł tak długo, jak to możliwe.

Parę lat temu maniakalnie fotografowałam śnięte ryby, wyplute przez ocean. Potrafiłam przez cały dzień – w gumiakach i kurtce przeciwdeszczowej – włóczyć się po plaży, szukać znajomego błysku jasnych łusek w przyćmionym słońcu. Czasami trafiałam na skarby – ośmiornice, kalmary, porwane przez wicher parasole czy fragmenty pościeli lub ubrań, zdmuchnięte ze sznurków. Raz ocean wyrzucił na plażę małego wieloryba. Obfotografowałam go dokładnie, zanim poszłam do wioski powiedzieć o swoim znalezisku, komu trzeba.

Mama oczywiście nie była zachwycona moją przejściową pasją – tak jak wcześniej nie była zachwycona fazą na teorie spiskowe, ciągłe wieszczenie katastrof i przepowiadanie końca świata. Byłam trudnym dzieciakiem, a ona sobie nie radziła. Sprawy psychologii nieco ją przerastały. Nie rozumiała mnie. Bała się. Musiała pewnie codziennie zadawać sobie pytania, czym sobie na to zasłużyła. Obecnie mało ze sobą rozmawiamy. Opracowałyśmy, metodą prób i błędów, dość skuteczny system unikania zbędnych kontaktów. Jakoś nam się udaje.

Przypomniałam sobie o pudle pełnym zdjęć, gdy tylko wróciłam do domu. Siedziałam z ojcem na plaży prawie do trzeciej, a gdy w końcu znalazłam się w swoim pokoju, zrzuciłam mokre ubranie i usiadłam na łóżku, okazało się, że jestem zbyt pobudzona by zasnąć.

Pudło trzymałam na szafie, choć mama wielokrotnie prosiła, żebym spaliła te zdjęcia.

– Brzydzą mnie – mówiła, z wyraźną niechęcią przeglądając fotografie.

Obiecałam jej, że to zrobię.

Ale byłam do nich w dziwny sposób przywiązana; i jakoś tak wyszło, że trzymałam na szafie pudło pełne zdjęć martwych ryb.

Siedziałam na łóżku i zastanawiałam się, czy ta stara obsesja nie łączyła się w jakiś sposób z poprzednim strachem przed powrotem martwego ojca.

***

Gdy zaczęło robić się ciemno i poczułam w końcu dotkliwy chłód wiatru, ojciec wstał i podał mi rękę. Chwyciłam ją po chwili wahania, a on pomógł mi się podnieść.

– Powinnaś już iść – powiedział szorstko. Nie patrzył mi w oczy.

Ja jednak stałam nieruchomo, nie odrywając wzroku od jego twarzy. W końcu musiał na mnie spojrzeć.

– Czyli nie przyszedłeś po mnie? – zapytałam. Nadal nie do końca w to wierzyłam, sądziłam, że tacy jak on zawsze chcą zemsty.

– Nie. Wypuszczono mnie tylko na chwilę. Chcę te parę dni wykorzystać.

– Rozumiem. To… baw się dobrze?

Skinął głową, poklepał mnie po ramieniu i ruszył przed siebie plażą. Szedł szybko, a noc była ciemna, więc niemal od razu straciłam go z oczu. Domyśliłam się, że chce minąć wioskę, przez którą musiałby przejść, gdyby wybrał drogę po Schodach.

Stałam przez chwilę z rękami w kieszeniach kurtki, zastanawiając się, co teraz zrobi, co ja zrobię, co w ogóle zrobić z tą świadomością, że ojciec gdzieś tam jest i właściwie w każdej chwili może się zjawić na progu domu i jednak zdecydować, że chce się odegrać za morderstwo.

Będziesz po prostu ostrożna, powiedziałam sobie w myślach. Oczy szeroko otwarte. To już nie jest irracjonalny strach przed pralką. Ojciec był miły, ale to ożywiony trup złego człowieka; więc uważaj na siebie.

***

– Miałyśmy umowę! – powiedziała z rozpaczą mama. – Obiecałaś, że nie będziesz sama wychodzić na spacery, zwłaszcza na klify. To niebezpieczne, zwłaszcza przy twoich…

– Przy moich? – zapytałam.

Siedziałam przy stole, a mama stała nade mną, z rękami wspartymi na biodrach, z twarzą szarą jak jej stary fartuszek i podkrążonymi oczami. Był wczesny ranek, dopiero co wyszłam z pokoju. Po nieprzespanej nocy nie miałam ochoty na kłótnie.

Mama nie dokończyła.

– To niebezpieczne – powtórzyła tylko z uporem. – Nie chcę, żeby coś ci się stało. Gdybyś wpadła na pomysł, by nagle skoczyć do oceanu…

– Przestań mówić – rzuciłam łagodnie. Zamilkła.

Nie byłam na nią zła. 

***

Ciężkie, prawie czarne chmury gromadziły się coraz gęściej i niżej nad spienionymi wodami oceanu. Siedziałam w wysokiej trawie na szczycie klifu, obracałam między palcami urwane źdźbło. Daleko, daleko na horyzoncie majaczył zarys lądu. Wyraźniej widać go w pogodne dni. Wydawał się bardzo odległy, szczególnie teraz, za zasłoną deszczu.

Na naszej wyspie jesteśmy trochę odcięci od świata. Żyjemy na samej jego krawędzi; gdy byłam dzieckiem, wydawało mi się, że za nami nie ma już nic, tylko ocean, nieskończony i wszechpotężny.

Był bardziej realny niż Bóg. Równie wielki i nie do ogarnięcia umysłem, a jednocześnie bliższy i widoczny. To na nas spadał jego gniew. Gdy był łagodny, wszyscy to wyczuwaliśmy i od razu poprawiał nam się humor.

Przestał robić na mnie aż tak piorunujące wrażenie, gdy zaczęłam chodzić na terapię. Co tydzień płynęłam na stały ląd, do małego rybackiego miasteczka, które przycupnęło na brzegu oceanu. Było niewielkie, ale i tak większe od naszej wioski. Czułam się w nim dziwnie; brakowało mi poczucia pustki dokoła, do którego człowiek się przyzwyczaja, żyjąc na wyspie.

Prowadził tam praktykę miły doktor. Miał brodę i brzydkie okulary, ale nie onieśmielał mnie, w przeciwieństwie do większości ludzi. Pytał, czy mam pomysł, skąd mogą brać się lęki. Czasami chciałam opowiedzieć o tym, co zrobiłyśmy z mamą, bo to właściwie tłumaczyło wszystko, ale rozumiałam doskonale, że nie mogę mu niczego wyjawić.

Zamiast tego pewnego dnia powiedziałam doktorowi o zagubieniu, jakie odczuwam na lądzie, i poczuciu bezpieczeństwa, gdy jestem otoczona przez ocean. Kazał mówić sobie o takich sprawach. Pokiwał głową i odparł:

– Oswajasz ocean.

Nie wiedziałam, o co mu chodzi. Nie chciałam oswoić oceanu. Oceanu nie wolno, nie da się oswoić.

***

Zanim tata odszedł, zadałam mu jeszcze jedno głupie pytanie.

– Widziałeś kogoś? – zapytałam. Sama nie wiedziałam, o co mi dokładnie chodzi, a może bałam się precyzować.

– Kogo?

– Umarłeś, tak? Dokonał się nad tobą jakiś sąd, który zdecydował, że zamiast do nieba trafisz do Luku Davy’ego Jonesa? Widziałeś jakieś tajemnicze światło? Słyszałeś głosy?

Patrzył beznamiętnie w wodę.

– Nie – odparł w końcu, powoli, jakby był zmęczony. – Nie było żadnego sądu, ani żadnego boga. Był tylko ocean. On jest świadomy. Jest najbliższą bogom istotą, jaką mamy okazję spotkać.

Te słowa skłoniły mnie później do dalszych rozmyślań. Minęło parę dni, w czasie których układałam sobie w głowie wszystko, czego się dowiedziałam. Nawet jak jest się chorym, niełatwo dopasować wizytę martwego ojca do schematu dotychczasowego życia.

Odwiedziłam nawet kościół w poszukiwaniu odpowiedzi. Był pusty, towarzyszyło mi tylko echo i wszechobecny zapach soli.

Już od dzieciństwa wątpiłam. Bóg wydawał mi się postacią dość nieprawdopodobną i nie mogłam zrozumieć, czemu wszechpotężna, wszechwiedząca istota miałaby ochotę na obserwowanie poczynań ludzi.

– Nie ma nic lepszego do roboty? – zapytałam kiedyś mamę po wieczornym paciorku. – Po co nas stworzył? Nudziło mu się?

Mama pokręciła głową; nigdy nie należała do osób bardzo wierzących. Na dodatek wówczas ojciec wciąż z nami mieszkał – miała na głowie ważniejsze sprawy niż religijne rozważania małego dziecka.

Wychowywałam się więc patrząc sceptycznie na cały koncept wiary i Boga – pod nosem zaś miałam ocean, wielki, wszechpotężny, równie tajemniczy.

– On żyje – mawiał stary Paddy, którego bajek wprost uwielbialiśmy słuchać.

Wierzyłam mu.

***

Mówi się, że są na niebie i ziemi rzeczy, o których nie śniło się filozofom. Do tej pory sądziłam, że większość z tych nieprawdopodobnych rzeczy to jedynie wytwory mojego zmęczonego umysłu, ale odkąd ojciec wrócił, zmieniłam zdanie.

Może rzeczywiście pewne rzeczy wykraczają poza nasze rozumienie.

Parę dni po spotkaniu na plaży nie mogłam spać. Było już późno w nocy, okno w moim pokoju było uchylone – nie mogę spać, jeśli jest mi duszno. Leżałam nieruchomo na wznak i wsłuchiwałam się w szum oceanu. Ocean nie kołysze do snu – ocean mruczy i szemrze, jakby mówił. Wyobrażałam sobie tłum ludzi stojących przed domem, trzymających się za dłonie, szepczących coś w niezrozumiałym języku.

Im dłużej leżałam, tym wyraźniejsze stawały się głosy. Wkrótce miałam wrażenie, że nie szepczą, lecz mówią pełnymi głosami.

Nie minęła długa chwila, a zaczęli krzyczeć.

Wstałam i podeszłam do okna, ostrożnie uchyliłam zasłonę.

Rzeczywiście tam byli.  

Tłum niewyraźnych, szarych postaci otaczał dom. Trzymali się za ręce. Nucili coś monotonnymi głosami, ale nie rozumiałam słów. Ponad ich głowami zobaczyłam statek, chyboczący się na niespokojnych wodach oceanu. Na tle granatowego nieba żagle i maszty były smoliście czarne.

Nigdy wcześniej nie widziałam podobnego statku, chyba że na filmach. Takich okrętów już się nie robi. Ale ja go znałam. Stary Paddy opowiadał mi o nim stanowczo zbyt wiele razy.

***

Wyszłam z domu, choć każdy zdrowy na umyśle człowiek na pewno by mi to odradził. Ja jednak czułam, że nie spotka mnie nic złego. Szereg szarych postaci rozstąpił się, by mnie przepuścić. Ruszyłam na plażę, ale nie spieszyłam się – noc była ciepła, niebo pełne gwiazd. Nocne niebo jest niemal równie przerażające jak ocean, zwykle więc, idąc nocą na spacer, nie podnoszę głowy, wpatruję się cały czas w ziemię. Tego dnia też tylko raz zerknęłam na przestrzeń pełną gwiazd.

Starałam się rozkoszować spacerem, lekkim wiatrem, chłodem powietrza, jednak czułam nadal jakiś podskórny niepokój. Miałam wrażenie, że dostałam nagle gorączki.

Straciłam statek z oczu, gdy znalazłam się na plaży, przycumowany został po przeciwnej stronie klifu. Byłam tylko ja, gwiazdy i ocean sięgający łagodnymi falami do moich stóp. Stanęłam na samym brzegu, tam gdzie język oceanu ledwie mógł mnie musnąć.

Prędzej go wyczułam, niż usłyszałam. Poruszał się jak na ducha przystało – bezszelestnie.

– Jest dziś bardzo spokojny, prawda? – odezwał się ojciec, stając tuż za mną.

– Aha.

Rzeczywiście był bardzo spokojny; pomyślałam, jaką ulgą musiałoby być zanurzenie się w jego czarnych, chłodnych wodach. Pod powierzchnią w ciemnej ciszy oceanicznej głębi czekał na mnie spokój i wyzwolenie. Może cały czas myślałam o tym w zły sposób? Wpatrywałam się jak urzeczona w senny ruch fal.

– Ocean cię przyjmie – wyszeptał ojciec wprost do mojego ucha. Jego głos był chropawy i obcy.

 Miałam ściśnięte gardło; nie odpowiedziałam mu. Pokiwałam tylko głową, zrobiłam parę kroków naprzód, wchodząc po kolana do wody, i zanurzyłam dłoń.

Ręka aż do łokcia zniknęła w oceanie. A on ją przyjął.

 

Koniec

Komentarze

Troszkę zatrolluję, choć po uwagach do uwag do poprzedniego, pewnego tekstu obiecałem sobie, że nie będę strzępił jęzora. 

 

Stałyśmy jeszcze chwilę na szczycie klifu, a wiatr targał naszymi włosami, szarpał ubrania, jakby chciał nas zepchnąć..  .

 

Odepchnąć,  nie zepchnąć, tak raczej wieją wiatry nad oceanami ;) 

Zaczęło się nieźle. 

Nie biegam, bo nie lubię

Corcoranie, nie znam się na wiatrach, więc się nie będę kłócić, wierzę Ci na słowo :) Dzięki.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Trochę “Piratów z Karaibów”, trochę “Solaris”, trochę standardowych opowiastek o rodzince pato. Miks dosyć osobliwy, ale generalnie OK.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Skończyło się jeszcze lepiej, czyli jak zwykle: źle,  albo jeszcze gorzej  ;) 

Nie biegam, bo nie lubię

Wicked G, zapewniam, że składniki miksu są całkowicie przypadkowe :) Nie inspirowałam się “Piratami…”, choć skojarzenie faktycznie może się pojawić. A “Solaris” nie czytałam :(

 

Corcoranie, cóż… Tak to już bywa :D 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

W “Solaris” był motyw świadomego oceanu. Skojarzenie przyznam odrobinę naciągnięte, ale jednak się pojawiło. Czasami z takich przypadkowych miksów wychodzą fajniejsze rzeczy niż z zamierzonych :D

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Kolejny, mroczny tekst Gravel. Mnie raczej skojarzył się ze “Zbrodnią i karą”.

No, nie przepadam za takimi paskudnymi światami, więc opowiadanie nie ujęło. Ale mną się nie przejmuj.

A co do kierunku wiatru… To nie jest tak, że bryza za dnia dmucha w jedną stronę, a w nocy w drugą? I jeśli wyspa jest mała, to wiatr nie będzie przelatywał przez nią całą, nie przejmując się drobnymi turbulencjami?

Babska logika rządzi!

O ja Cię bardzo przepraszam, Wicked, ale zdaję się, że podejrzenia odnośnie inteligencji oceanu nie zostały potwierdzone. 

Nie biegam, bo nie lubię

Klimat jest – jak zawsze u Ciebie. 

Wciągnęło mnie i przeczytałam z przyjemnością. Podoba mi się motyw balansowania na granicy psychozy. To bardzo urealnia fantastykę i tym samym przeraża.

 

Złapałam kilka powtórzeń:

 

Miałam tylko dwanaście lat, ale nie byłam głupia.

Pod wieloma względami byłam nawet mądrzejsza od niej. To ja pierwsza powiedziałam głośno: musimy się go pozbyć. Kiedy chodziło o mojego ojca, matka była głupia.

 

W tym roku kupiłam butelkę wina i gdy mama zasnęła, wykradłam się przez okno – znowu unikając pytań, które musiałyby paść, gdyby mnie przyłapała – i poszłam w stronę klifu.

Na zachodniej ścianie najwyższego klifu znajdują się stare Schody,

 

Na tym historia tego morderstwa się kończyła i przez długie lata pozostała skończona.

 

Przez pewien czas przeszkadzało mi wielokrotne powtarzanie przez narratorkę tego samego – początkowo niemal w każdym fragmencie oddzielonym gwiazdkami pojawia się informacja o zabiciu ojca, co wydało mi się zbyt nachalne i raczej niepotrzebne, bo czytelnik już dawno wie o co chodzi. 

Zabrakło mi też czegoś w tym martwym ojcu. Wydał mi się zbyt… no nie wiem, życzliwy? Mało straszny? Zdziwiło mnie tez, że w momencie, kiedy wypełzł z morza, narratorka zaczęła nazywać go tatą, jakby nagle stał jej się bliski, pomimo wszystkich lęków, których za jego sprawą doznawała. Ale może tak właśnie miało być?

Z technikaliów to jeszcze zgrzytnęło mi słówko “schizy” oraz “faza” – w zasadzie jakośtam się wpisują w tematykę tekstu, ale w moim odczuciu zabrzmiały zbyt kolokwialnie, bo całość utrzymujesz jednak w znacznie bardziej literackiej konwencji.

Finklo, dzięki za zajrzenie :) Co do wiatru, to się nie wypowiadam, bo się nie znam ni w ząb. 

 

Werweno, dzięki :)

Powtórki oczywiście poprawię, dziękuję za wyłapanie. Ale to było zamierzone: 

Na tym historia tego morderstwa się kończyła i przez długie lata pozostała skończona.

Tak samo jak zbliżenie się narratorki do ojca po jego wyjściu z oceanu. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

OK, w takim razie Ocean, który być może jest świadomy :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Przeczytałam z zainteresowaniem. Nieco drażniła mnie ilość pojedynczych, jakby porwanych scen – troszkę tak, jakbym oglądała album ze zdjęciami a nie czytała płynącą historię.

Podoba mi się niejednoznaczność postaci i sytuacji. Trudno w sumie powiedzieć kto jest to ofiarą a kto winnym.

Najbardziej jednak podoba mi się to, że na końcu ocean przyjmuje każdego. Bez problemu bowiem mogę sobie wyobrazić dodatkową scenę: matka, w czarnej, rozwiewanej wiatrem sukni, idzie w ślady męża i córki.

Hmm... Dlaczego?

Dzięki, Drewian, cieszę się, że opowiadanie Cię zainteresowało :) Ta dodatkowa scena rzeczywiście w klimacie (czarna, rozwiewana wiatrem suknia, me gusta). 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Piękny nastrój.

No dobra, może “piękny” to nienajlepsze słowo, ale nic innego nie przychodzi mi do głowy. Ciężki, mroczny, niepokojący, niesamowity, smutny, mokry od słonej beznadziei i ociekający martwotą… Znaczy piękny. Podoba mi się wszechobecność oceanu – wokół wyspy, w życiu bohaterów, w ich myślach. W ogóle, nawet odsuwając na bok wrażenie samoświadomości i “życia” oceanu, to masz tu mnóstwo bardzo fajnych, niezwykle trafnych spostrzeżeń, odnośnie sposobu postrzegania morza przez związanych z nim ludzi. Ot, choćby:

Leżałam nieruchomo na wznak i wsłuchiwałam się w szum oceanu. Ocean nie kołysze do snu – ocean mruczy i szemrze, jakby mówił. Wyobrażałam sobie tłum ludzi stojących przed domem, trzymających się za dłonie, szepczących coś cicho w niezrozumiałym języku.

Ciekawym, wyjątkowa wyobraźnia, czy doświadczenie? ;-)

 

Ale przede wszystkim, opowiadanie jest strszne. Nie dlatego, że bałem się postaci martwego taty, czy załogi potępieńców Davy’ego Jonesa. Tylko nie mogłem oprzeć sie wrażeniu, iż nie ma tu grama fantastyki. Tylko chora dziewczyna, coraz bardziej gubiąca się w koszmarnych wizjach, ześlizgująca w dół czarnego wiru obłędu, bez żadnej nadziei, czy choćby szansy jakąkolwiek walkę. Z “realnym”, wylazłym z morza, martwym tatą, a i całą zgrają marynistycznych zombie można walczyć, uciekać, ratować się, czy choćby próbować. Niestety urojonym potworom najczęściej nie można nawet rzucić wyzwania.

A co do wiatrów, to skoro klif był na zachodnim brzegu a wyspa (wnosząc z opisów pogody i imion postaci) znajdowała się w strefie cyrkulacji północnoatlantyckiej, to na krawędzi klifu niemal zawsze będzie wiało od morza, ciągiem wznoszącym, “odpychajac” od krawędzi. Tyle, że klify powodują też kompletnie randomalne zawirowania, tym silniejsze im większa prędkość wiatru. Każdy lotniarz powie, że startowanie z krawędzi klifu to dużo trudniejsza sprawa, niż się wydaje. Zatem wiatr z powodzeniem mógł próbować zepchnąć kobiety do morza.

EDIT:

(ha, właśnie zobaczyłem, że wycięłaś te słowa o spychaniu :-)

 

A, no i jeszcze jedno – najpierw myślałem, że one zepchnęły pijanego ojca do morza podczas jakiegoś spaceru po klifie, powrotu z knajpy, czy coś w tym stylu, a potem dowiaduję się, iż matka przygrzmociła mu w kuchni patelnią. I zatargały potem zwłoki na klif? Nie twierdzę, że niemożliwe, ale jawi mi się to jakąś tytaniczną pracą…

 

Pozdrawiam i gratuluję kolejnego udanego tekstu!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Świetna atmosfera – mroczna i zimna. Czytając Twoje opowiadanie widziałam całą masę morskich kolorów – ciemną zieleń, szarości, błękity. Myślę, że takimi kolorami opisałabym Twoje opowiadanie. Spodobała mi się taka pocztówkowa konstrukcja, bez liniowego toczenia się akcji. Wydaje mi się, że świetnie pasuje do treści.

Jak u Werweny, nie pasowały mi kolokwializmy jak “schiza”. Psuje to fragment – ataki paniki by wystarczyły.

I nie mogę się powstrzymać – opisałaś ośmiornico podobną istotę wychodzącą z oceanu. Czyżby Wielki Przedwieczny, sam Cthulhu, wychodził i chciał porwać główną bohaterkę? Udało się mu. To skojarzeni dla mnie jest na plus :)

Przykro mi, Gravel, ale już dwa spośród tagów zapaliły czerwone lampki – i, niestety, sprawdziło się. Widocznie za słaby i za prosty ten mój chłopski móżdżek, dwóch odejść od normy nie przyswaja…

Opowiadanie znużyło mnie. I jakkolwiek sam ocean niewątpliwie jest fantastyczny, to w Twoim Oceanie fantastyki nie dostrzegłam. Nieźle opisany mroczny klimat współgra z zachowaniem dziewczyny i choć początkowo spodziewałam się, że poza wspominanym morderstwem coś jeszcze się wydarzy, to kolejne fragmenty po wielokroć mówiące o tym, co już zostało napisane, zobojętniły mnie na tyle, że zaczęłam wyglądać końca opowieści.

Choroba bohaterki i nawiedzające ją omamy, nie zastąpiły mi fantastyki. :-(

 

a wiatr tar­gał na­szy­mi wło­sa­mi, szar­pał ubra­nia. – …a wiatr tar­gał nasze włosy, szar­pał ubra­nia.

 

zrzu­ci­łam mokre ubra­nia i usia­dłam na łóżku… – To, co mamy na sobie, to ubranie. Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach.

 

Nawet jak jest się cho­rym, nie łatwo do­pa­so­wać wi­zy­tę mar­twe­go ojca… – Nawet jak jest się cho­rym, niełatwo do­pa­so­wać wi­zy­tę mar­twe­go ojca

 

szep­czą­cych coś cicho w nie­zro­zu­mia­łym ję­zy­ku. – Masło maślane. Szept jest cichy z definicji.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Thargone, dzięki wielkie, cieszę się, że Ci się podobało :) Zdecydowałam się usunąć ten fragment o spychaniu do oceanu, tak jest bezpieczniej. Oceanu w życiu na oczy nie widziałam, chyba że na filmach, kompletnie się nie znam.

Aha, no i nikt nie mówił, że pozbywanie się zwłok będzie proste ;)

 

Deirdriu, dzięki :) Tak jak w przypadku przywołanych wcześniej “Piratów z Karaibów” i “Solaris”, Lovecraftem się nie inspirowałam, ale faktycznie – Cthulhu mógłby sobie w tym opku spokojnie znaleźć miejsce :D

 

Adamie, to nie wina Twojego móżdżka, bo na pewno za słaby ani za prosty nie jest ;) Dziękuję za zajrzenie :)

 

Regulatorzy, dzięki za zajrzenie i wyłapanie błędów :)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Bardzo podobała mi się rola oceanu w całym opowiadaniu i ukazanie go jako żywej istoty – nie nowość, ale dało się to poczuć. Historia bohaterki i jej matki też ładnie przedstawiona, przygnębiająca, ale bez przesadnego dramatyzowania. Tylko jedna rzecz – na początku zrozumiałam, że to było zaplanowane zabójstwo ("To ja pierwsza powiedziałam głośno: musimy się go pozbyć."), a potem wyglądało, że raczej pod wpływem chwili ("Coś we mnie pękło."). Ale może się czepiam :) Ogólnie mi się podobało, lubię tematy morskopodobne, psychozopodobne też. I napisane bardzo klimatycznie. 

Dzięki Teyami :) Kurczę, zamotałam z planowanym zabójstwem. Chodziło mi o to, że bohaterka jako pierwsza podjęła kroki w celu pozbycia się ojca. Dramatyczny skrót myślowy :)

Cieszę się, że Ci się podobało.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Może wyjdę na hipstera, ale opowiadanie strasznie mi się spodobało. Jest tak Gaimanowskie, że gdyby je wcisnąć gdzieś w “Rzeczach ulotnych”, chyba nie zorientowałbym się, że ktoś inny je napisał. Ojciec, który wyszedł z oceanu, skojarzył mi się bardzo mocno z żoną Cienia z “Amerykańskich bogów”. Klimat pasuje, tajemnicze miejsce pasuje, dziwna bohaterka pasuje, wszystko – podobnie jak u Gaimana :)

Nie ma co więcej pisać – naprawdę wszystko mi się spodobało. (Jedynie w paru miejscach można by coś poprawić stylistycznie). Ale od konceptu oceanu przez niedopowiedzianą przypadłość narratorki po takie szczegóły jak zdjęcia martwych ryb – wszystko jest świetne. 

Jeśli nie masz nic przeciwko, kliknę bibliotekę, jak tylko będzie to w mojej mocy (pośredniej lub bezpośredniej), a następnie udam się do “Wykopaliska” w HP. No chyba że nie chcesz, by taki “staroć” wyciągać na światło dzienne, i wolisz, by dalej kurzył się na Twoim profilu w oczekiwaniu na kogoś, kto zaryzykuje zajrzeć do opowiadania, które (z niezrozumiałych dla mnie powodów) nie ma ani jednego klika do biblioteki. Póki co, zostawiam szósteczkę. 

No cóż, na taki komentarz pozostaje mi tylko rzec: dziękuję. Szczególnie cieszy, że opko wydało Ci się gaimanowskie, to dla mnie naprawdę wielki komplement. Nawet, jeśli przesadzony ;)

A klikać oczywiście możesz, to Twoje niezbywalne czytelnicze prawo. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

No to jeszcze dwa dni. Kiedyś już miałem falstart i Cień na mnie nakrzyczał :(

Gaimanem mogło też zalecieć przez skojarzenie z “Oceanem na krańcu drogi”. Zdjęcia martwych ryb też są takie bardzo gaimanowskie. I ogólnie taki postmodernizm tu przebłyskuje. 

Nakrzyczal? Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Właściwie to Ty zawsze krzyczysz na koniec komentarza :D

LOL!

Pragniesz pokoju – szykuj się do wojny. ;-)

Babska logika rządzi!

Wojna? Niemcy? Nareszcie! Janie, moja strzelba! Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Klikam obiema rękami ;)

Nowa Fantastyka