- Opowiadanie: Dzikowy - Stryjek

Stryjek

Bajkowa historia o spotkaniu rodzinnym, trochę Stepford, trochę miasteczko z Edwarda Nożycorękiego. Tekst szykowany dla GOREktywu na żywca. ver. 1.3
Wersja audio z wykonania na żywca w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej na Zamku Ujazdowskim.
Skoro przez rok nic z tekstem nie zrobiłem, to już raczej nie zrobię, niech więc się podoba lub nie. Smacznego.

Dziękuję Joseheim i Werwenie za betowanie.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Stryjek

Horyzont ograniczała jednolita linia drzew. Iglaste ogrodzenie osiedla szumiało i gięło się pod szkwalistymi podmuchami gorącego wiatru przesyconego wonią żywicy i kurzu. Nieutwardzona droga wiodła prosto w ten las, jak się okazało bardzo wąski. Po dwudziestu, może trzydziestu metrach od minięcia pierwszej linii niskich samosiejek, a po chwili strzelających w niebo dorodnych sosen, pojawił się równy rząd drewnianych lub betonowych słupów, każdy u góry zwieńczony dwu– lub nawet trzykondygnacyjnym budynkiem. Pomalowane na różne kolory deski ścian, jaskrawe barwy obramowań niewielkich, okrągłych okien, sprawiały, że osiedle wyglądało bajkowo i niezwykle. Zwyczajne były tylko przystrzyżone trawniki, czasami z niewielką rabatką kwitnących na różowo i żółto kwiatów, niekiedy z wkopaną w ziemię huśtawką ukrytą w cieniu górującego nad niewielką działką domu.

– Kto to zaprojektował? – spytałem z mieszaniną podziwu, ale też niesmaku w głosie.

– To? Mój stryj – odpowiedziała Karolina. Na wyjazd do brata swojego ojca, o którym wiedziałem tylko tyle, że jest artystą, namawiała mnie od miesięcy, w zasadzie od chwili, gdy wspólnie zamieszkaliśmy. W końcu wyczerpałem zasób wymówek, ale tak naprawdę zaintrygował mnie ten człowiek pojawiający się w anegdotach opowiadanych przez siostrę mojej dziewczyny, oraz w wywiadzie z kuratorką jego wystawy w warszawskiej Zachęcie. Wystawy, w której sam autor nie zamierzał brać udziału.

Poszliśmy na nią, i owszem. Pięknego czerwcowego przedpołudnia zniknęliśmy w chłodnych, marmurowych pomieszczeniach, aby spotkać się z chorą wyobraźnią krewniaka Karoliny. Mówiłem „chorą”, a dziewczyna korygowała, że tylko „niezwykłą”.

Dom Wojtka, bo miałem się zwracać do niego po imieniu, był ostatnim, położonym pod samym lasem.

– Jak ci się podoba? Z tego projektu jest chyba najbardziej dumny – zasugerowała odpowiedź.

– Nie jest to chyba szczególnie bezpieczne. Jak powstało?

– Stryj po wystawie w Bilbao ogłosił nowy projekt literacki. A że wtedy był na fali, znalazło się trochę bogaczy, którzy zainwestowali w tę deklarację straszne pieniądze. Nie wiem, ile, ale musiało to być…

– W pytę – podpowiedziałem, bo najwyraźniej zabrakło jej właściwego określenia.

– Nawet więcej. Wojtek pieniądze wziął i projekt zrealizował. Tada! – Wskazała ręką ostatni budynek, znacznie bardziej zaniedbany, z wyblakłymi ścianami, dachem częściowo zapadniętym z jednej strony.

Na wyschniętym trawniku walały się połamane i porwane obrazy, kawałki gipsowych rzeźb, potłuczone naczynia.

– Szewc bez butów chodzi – oceniłem, parkując przed wjazdem na posesję.

– Wojtek nie dba o dom, bo nie musi – wyjaśniła Karolina wysiadając.

Nadal niewiele rozumiałem, podobnie zresztą jak na tej wystawie. Dziewczyna próbowała mi tłumaczyć kontekst, opisywać, co przedstawiają obrazy, na nowo malowała słowami rzeźby i instalacje, żeby stały się dla mnie bardziej zrozumiałe. Przestała, widząc, że nie stałem się mądrzejszy, tylko poczułem głupszy. Rodzice przestrzegali mnie przed zbyt szybką, w ich mniemaniu, przeprowadzką. I mieli rację: prosty chłopak, wiążący się z córką dyplomaty, krewną Bóg wie ilu profesorów, adwokatów, lekarzy i, jak się okazało, artystów, musiał przełknąć wiele gorzkich piguł, zanim nowe środowisko zaczęło go może nie akceptować, ale przynajmniej tolerować.

– Zostaw bagaże – poradziła, widząc, jak podchodzę do tyłu samochodu. – Na raz i tak się nie zabierzemy. Najpierw się przywitajmy.

Sięgnęła po upominki zapakowane w kolorowy papier i poszła przodem.

Po dziesięciu minutach byliśmy na górze. Strzepywałem ból z ramion. Karolina też się zdziwiła, że dawniejszą, podobno wygodną ławeczkę bosmańską, zamocowaną na talii lin, zastąpiła lina konopna z nieregularnie rozmieszczonymi supłami, szorstka i zbyt gruba, żeby można ją było wygodnie chwycić.

Powitała nas ciotka Karoliny, energiczna kobieta z siwymi, krótkimi włosami. Również ostry makijaż i krótka sukienka z frędzlami u dołu przywodziły na myśl modę lat dwudziestych, jaką widziałem w starych musicalach.

Mając w pamięci wcześniejsze doświadczenia z rodziną dziewczyny stanąłem trochę dalej, czekają aż skończą się wymiany pozdrowień i komplementów w rodzaju „świetnie wyglądasz” i „nic się nie zmieniłaś”, żeby wreszcie mogła mnie przedstawić.

Tym razem nie wyszło. Starsza kobieta rzuciła się na szyję najpierw pociotce, a potem mi, krzycząc głośne „hello” i całując nas w uszy. Kościste łokcie wbijały mi się w szyję, chłodna skóra dawała ukojenie po męczącej wspinaczce.

– Długo u nas zostaniecie? – pytała, oprowadzając nas po domu.

– Chcielibyśmy, Marto, ale wiesz: praca.

– Tak, tak. Wiem – przerwała Karolinie. – No nic. Ale nalegam, żebyście przed wyjazdem obejrzeli sobie całą instalację Wojtka, szczególnie czwartą i szóstą stację.

Parsknąłem i od razu przeprosiłem gestem.

– Sorry, skojarzyło mi się z drogą krzyżową.

Gospodyni nie wyglądała na oburzoną, za to dziewczyna upomniała mnie wzrokiem.

– Ale tak właśnie jest, a raczej miało być na początku. – W głosie Marty wyczułem entuzjazm. – Kiedy Wojtek zabierał się za projekt, kończył jeszcze wystrój kościoła w Montevideo i tak, dwa do dwóch, utwór nazwał „drogą krzyżową”, a poszczególne rozdziały „stacjami”. Potem jednak zmienił na „Osiedle”.

– A gdzie jest stryj? – Karolina od chwili wejścia „na pokład” rozglądała się, zaniepokojona.

– Co? A, Wojtek. Na chwilę wyjechał. Znasz go. Zawsze coś, jak nie w głowie, to na papierze, w glinie, na płótnie. Przeszkodzimy mu później. Lemoniadę czy coś mocniejszego? – Zmieniła temat.

Wąskimi i stromymi schodami weszliśmy do dużego pomieszczenia na najwyższym piętrze. Wszystkie ściany były przeszklone, te od wschodu i południa osłonięte roletami, ale i tak bijące od nich gorąco promieniowało, sprawiając, że w pokoju trudno było wytrzymać.

Centralnie pod wentylatorem stał niski stolik kawowy. Blat z przydymionego szkła zawalony był papierami, fragmentami jakichś figurek. Ułożone w stos piętrzyły się albumy z architekturą sakralną. Dookoła stały dwa fotele i dwie kanapy, jedna z nich zdecydowanie bardziej wysłużona. Ciemnobrązowa tapicerka na siedzeniu przypominała spękane dno wyschniętego jeziora. Wszystkie wolne miejsca na ścianach zajmowały obrazy, niektóre niedokończone, zaledwie szkice, z których trudno było odczytać, co autor miał na myśli.

Z niecierpliwością czekałem, aż gospodyni zaproponuje nam, byśmy usiedli na kanapie otoczonej szumiącymi cicho wentylatorami.

Drinki przyniosła niska Azjatka w średnim wieku. Czarne u nasady i niebieskie na końcach włosy falowały z każdym jej ruchem. Kolory i same loki za nic nie pasowały do zmęczonej, choć kiedyś pewnie ładnej twarzy. Postawiła przed każdym z nas kieliszek z chłodną i słodko pachnącą zawartością, i wyszła. Dopiero wtedy Marta zwróciła się bezpośrednio do mnie, pierwszy raz od naszego przyjazdu.

– No, powiedz. Jak ci się u nas podoba?

Pokiwałem głową z podziwem.

– Przyznam, że nigdy czegoś takiego nie widziałem. To osiedle musiało kosztować krocie.

Oj, tam. – Machnęła ręką. – Kilka kartek papieru i kropli atramentu. Karolina chyba wyjaśniła ci założenia manifestu?

Zaprzeczyłem gestem.

– Powiedziała tylko, że to projekt literacki. Nadal nie rozumiem – dokończyłem speszony, bo Marta nagle wybuchnęła śmiechem.

– Bo jest. Osiedle to tylko materializacja słów zapisanych przez Wojtka. To nie on zbudował te domy, a z pewnością nie karczował lasu.

– Stryj nie znosi niszczenia zieleni – wtrąciła się Karolina. – Pamiętasz instalację w galerii? Która to była?

– Dwudziesta siódma – gospodyni pospieszyła z pomocą. – Drewniany szkielet ubrany w wytatuowaną w liście skórę. Bardzo udana praca. Ale do Osiedla. Kompleks wybudowali bohaterowie.

– Fikcyjni? – spytałem. Z każdym kolejnym zdaniem rozumiałem coraz mniej.

– O, nie. Osiedle jest oparte na faktach. Historia trzydziestu ośmiu bogaczy, którzy porzucili swoje dotychczasowe życie, aby przenieść się w leśne ostępy do domów na kurzych nogach. Znaczy metaforycznie, bo to przecież tylko słupy. – Usprawiedliwiła odstępstwo.

– Ilu? Domów jest chyba mniej. – Spróbowałem sobie przypomnieć, ile ich było, ale z pewnością nie więcej niż dwadzieścia kilka.

– Tak. Niektórzy może byli świetnymi szefami, zdolnymi biznesmenami, ale na budowlance nie znali się wcale. To był problem pierwszych wersji Osiedla. Wojtek za dużo od mieszkańców wymagał, niektórzy próbowali się buntować, jak ten spod jedenastki. Zastrzelił się, zanim zdążył wylać fundament. Cały tekst trzeba było przerobić.

W mojej głowie zaczął kształtować się obraz tego, czym było Osiedle. Najwyraźniej stryj Karoliny dogadał się z grupą ekscentrycznych bogaczy, którzy zgodzili się żyć zgodnie z poleceniami artysty.

– Musi mieć nieprawdopodobne, nie wiem, charyzmę czy coś.

Gospodyni znów wybuchnęła śmiechem. Karolina również zmrużyła oczy i upiła łyk drinka.

– Nie gniewaj się, ale nie ma chyba drugiej osoby tak introwertycznej. Wojtek ma tak długą listę fobii społecznych, że mógłby nimi obdzielić pół Osiedla. No, ale zaraz powinien wrócić. Może się rozpakujecie i odświeżycie? Zobaczymy się na obiedzie.

– Jasne – odpowiedziała Karolina, ale Marty już nie było. W miejscu zajmowanym przez kobietę jeszcze przed sekundą, stała służąca. Stawiała na tacy kieliszki. Nie przypominam sobie, żebym zdążył dopić napój.

Pierwszymi wrażeniami i wątpliwościami podzieliłem się z dziewczyną przy samochodzie. Z rozgrzanego w słońcu bagażnika wyjmowałem walizki i torby. Karolina klęła na siebie, że nie zabrała kosmetyków od razu po przyjeździe.

– Nadal nie rozumiem, o co chodzi z tym Osiedlem – przerwałem jej narzekania. – Twój stryj co zrobił? Opisał jakichś bogaczy czy ich wymyślił?

– Wymyślił – odpowiedziała zdawkowo.

– Czyli nikt więcej tu nie mieszka?

– Mieszkają.

– To nie rozumiem.

Karolina gwałtownym gestem zapięła suwak kosmetyczki i wrzuciła ją do torby.

– Wojtek podpisał ze wszystkimi umowy, w których zobowiązali się żyć zgodnie z ich treścią.

– Dobrowolnie?

– Nie czytali całych, przynajmniej nie wszyscy. To było po wystawie u Guggenheima. W tamtym roku stryj sprzedał też kilka głośnych prac, zresztą za duży sumy. Był modny, więc frajerów znalazł bez problemu.

– I w tej umowie było, że mają wybudować te dziwne domy? – Dopiero do mnie dotarło.

– Nie tylko. Marta, gdy mówiła o kilku stronach, miała na myśli samą umowę bez załączników. Załączniki są dużo większe i unikalne dla każdego bohatera.

– Jak duże?

– Ryza, czasem więcej. Po obiedzie ci pokażę. Poza tym Wojtek ma prawo do wprowadzania zmian. Może przefasonować życie każdemu mieszkańcowi Osiedla w dowolnym momencie, dowolną liczbę razy.

Ostatnie zdanie postawiło mi włosy na karku. Niedawno zmieniłem dostawcę prądu. I nie, nie czytałem umowy. A gdyby tam znalazły się paragrafy zmuszające mnie do życia w określony sposób i w konkretnym miejscu? Nie, to było niemożliwe. Z pewnością istnieją jakieś zabezpieczenia.

– Takie umowy nie były nielegalne? – spytałem, sięgając po ostatnią walizkę. Jak my to wszystko wtargamy na górę?

– Wioska globalna. Podpisywali na mocy przepisów jakiejś republiki bananowej. Niektórzy próbowali się potem bronić w sądach i trybunałach.

– Przegrali? – Byłem coraz bardziej zdziwiony.

– Co do jednego. Możemy iść? Gorąco.

Garbiąc się pod ciężarem bagaży poszła w stronę domu.

Stryj Karoliny nie dołączył do nas przy obiedzie. Po posiłku, nieszczególnie wyszukanym, choć smacznym, poszliśmy do jego gabinetu znajdującego się na drugim piętrze w północno-wschodnim rogu budynku, gdzie było zdecydowanie chłodniej. W niewielkim zakurzonym pomieszczeniu jedynymi meblami były biurko z ciemnego drewna, stare i zniszczone, i krzesło zajęte przez starego mężczyznę zwróconego do nas plecami. Staroświecka maszyna do pisania, na której stukał w zadziwiającym tempie, hałasowała niemiłosiernie. Jeszcze nas nie zauważył, dlatego wykorzystałem chwilę, żeby się dokładniej rozejrzeć. Pod ścianą, zaraz za drzwiami, stały ułożone pod sufit kartony: zwyczajne, w jakich kupuje się czysty papier do drukarki. Albo do maszyny, pomyślałem z uśmiechem.

– Stryju – Karolina podniesionym głosem zawołała gospodarza. Starzec odwrócił się, ale tylko na chwilę. Poruszył pomarszczonymi ustami, jego twarz wyrażała zniecierpliwienie. Otaksował nas wzrokiem i wrócił do pisania. Spojrzeliśmy z Karoliną na siebie, dziewczyna wzruszyła ramionami.

– Zaraz skończę. No, już. – Wojtek wyrwał z bębna maszyny kartkę. Głos miał zaskakująco miękki i niski, zupełnie niepasujący do chudej, przygarbionej sylwetki.

Z papierem w dłoni podszedł najpierw do Karoliny, potem przywitał się ze mną.

– Miło mi, dużo o tobie słyszałem – odpowiedziałem na uścisk dłoni, pamiętając, żeby mu nie „panować”.

Stryj dziewczyny okazał się zaskakująco energicznym i gadatliwym staruszkiem, wbrew pierwszemu wrażeniu i opowieściom Marty. Po krótkiej rozmowie o niczym wróciliśmy do salonu piętro wyżej. Zmierzchało, było chłodniej, ale i tak z przyjemnością delektowałem się porzeczkowym sorbetem. Po początkowej rezerwie gospodarz zapytany o pracę wybuchnął potokiem słów. Większości nie rozumiałem, mimo szeptanych mi do ucha wyjaśnień. Wojtek chwalił się torem regatowym, który testował dzisiejszego przedpołudnia. Z czasem dowiedziałem się, że projekt Osiedle jest już praktycznie zakończony, że teraz pracuje nad czymś zupełnie innym, nowym, większym.

– Dużo największym w Osiedlu nie wyszło – usprawiedliwiał się. – Pewnych kwestii nie przewidziałem, a potem już, rozumiecie, niektórych poprawek nie dało się wprowadzić.

– Karolina mówiła, że możesz dokonywać zmian – przerwałem. Mężczyzna potrząsnął głową, niezadowolony.

– No i co z tego? Jak mi się ktoś zastrzelił, to przecież nie było sensu pisać go dalej. Bohaterowie byli niewystarczająco fikcyjni, co ich ograniczało. Teraz już jest inaczej.

Nie drążyłem tematu. Marta przejęła pałeczkę i obie kobiety zaczęły wymieniać uwagi dotyczące jakiejś jogi czy innej azjatyckiej gimnastyki, która ostatnio pochłaniała gospodynię.

– Jarek jest świetny. Doskonale tłumaczy i tak potrafi zmobilizować, że na początku nie wierzyłam, jakie wygibasy potrafię wyczyniać. I to w tym wieku! Mówię ci, taki trener to prawdziwy skarb. Jutro mam kolejną sesję. Na pewno się przyłączysz. Wojtku – zwróciła się do męża. – A wy może wybierzecie się do Nautiki? Napisałbyś jakieś regaty albo fajerwerki, co?

Gospodarz szczerze ucieszył się z pomysłu.

– Doskonale. Jaki masz samochód? – spytał mnie.

– To Karoliny – wypaliłem, zanim zdążyłem ugryźć się w język. – Corolla.

– Jaki kolor?

– Czemu? Czerwony, w zasadzie marchewkowy.

– Rocznik?

– Dwa tysiące trzy.

– To pojedziemy twoim. Wybaczcie, ale muszę wracać do pracy.

Wstał, lekko skinął i wyszedł. Zdziwiony tym przesłuchaniem sięgnąłem po sorbet. Nie zarejestrowałem, kiedy zjadłem prawie całą porcję.

Sypialnia znajdowała się na parterze, gdzie najsłabiej bujało. Dopiero teraz, gdy w końcu ucichło trajkotanie Marty, brzdęk naczyń i sztućców, stukot butów, przebiło się ciągłe, rytmiczne trzeszczenie tysięcy desek i belek uderzanych wiatrem.

– Nie kłamałam, gdy mówiłam, że ciotka się nie zmieniła.

Głos Karoliny brzęczał w uszach. Byłem pewny, że już zasnęła.

– A kiedy widziałyście się ostatnio?

– Jak rozpoczynałam studia. Ile to?

– Osiem lat – odpowiedziałem. – Może Marta ma level max? Wiesz, jak Patrick Stewart. A Wojtek?

– No właśnie bardzo się zmienił. Nie tylko fizycznie. Ma zupełnie inny głos, inaczej się zachowuje.

– Może odpowiedź jest w tej jego pisaninie? Można to przeczytać?

– Co? A, tak. Jak ostatnio tu byłam, cały dzień przeglądałyśmy to z siostrą. I spory kawał nocy. Z tego, co zapamiętałam, Wojtek ma niezły styl. Chcesz? – zaproponowała i podniosła się z łóżka.

Z tym stylem to Karolina przesadziła, co można zrzucić na jej ówczesny dziecięcy brak wyrobienia. Dało się czytać, ale przesadna drobiazgowość nużyła. Po gabinecie myszkowaliśmy, jak ja kiedyś po bibliotece uniwersyteckiej, gdy usunęli papierowe indeksy i popsuli całą zabawę. Wtedy po prostu chodziłem wzdłuż półek i czytałem tytuły wybite na grzbietach, wyciągałem niektóre książki, przeglądałem spisy treści, wstępy, recenzje.

Tutaj było trudniej, a raczej ciężej. Aby dobrać się do historii niektórych mieszkańców, musieliśmy zwalić na podłogę kilkadziesiąt kilogramów papieru. Karolina od jakiegoś czasu przeglądała fabułę służącej, Lin, wdowy po chyba największym potentacie na chińskim rynku nieruchomości. Fragmenty niektórych stron były zamazane, dopisane na marginesach uwagi kierowały do aktualnych wersji.

Ja nie mogłem się zdecydować. Wybierałem pierwsze z wierzchu arkusze z kolejnych pudeł. Dopiero po dłuższej chwili znalazłem karton z napisem „Wojtek”, nabazgranym zielonym markerem, przez to łatwym do przeoczenia.

– To może być historia twojego stryja? – spytałem Karolinę.

– Patrz, ile tego jest, ile skreśleń i poprawek – zauważyła.

Faktycznie, kartki były strasznie pomazane markerem, z marginesami zapełnionymi drobnym pismem. Dalsze strony autor po prostu zakleił i ręcznie dopisał nową wersję.

Charakter pisma, barwa tuszu i grubość kreski zmieniały się, dopełniając bałaganu.

– Siedział przy biurku z głową opartą o chłodną obudowę maszyny – Karolina zaczęła czytać na głos. – W nocy stało się coś złego. Rano, przy goleniu, zauważył opadniętą powiekę, która za cholerę nie chciała współpracować. Zignorował objaw. Teraz siedział z głową opartą o chłodną obudowę maszyny. Zabolało, jak w nocy, a potem prawa ręka się osunęła. Z rozpędu próbował pisać dalej, ale umykały mu litery. WEW.

– O co chodzi? – przerwałem.

– To było pod spodem. Papier z poprawkami się odkleił.

Zajrzałem jej przez ramię. Tknęło mnie coś jeszcze.

– Zobacz, inny charakter pisma. Tu na marginesie i na doklejce. Ten pierwszy już się nie pojawia. Kto jeszcze to pisze?

– Nikt – Karolina stwierdziła stanowczo. – Czytać możemy, ale przecież nikt nie pozwala ingerować w swoją twórczość, a z pewnością nie Wojtek.

***

Po pięciu minutach klimatyzacja wychłodziła wnętrze samochodu na tyle, że mogłem zawołać ukrytego w cieniu domu gospodarza.

– Dokąd?

– W lewo i do lasu – polecił. Ruszyliśmy gwałtownie, wzbudzając kurz.

Jechałem jak szalony, zupełnie bez powodu i nie w moim stylu. Las był inny niż tamten zagajnik z sosen ustawionych jak harcerze do apelu. Przede wszystkim był stary, dziki. Piaszczysta, kręta droga znajdowała się w rynnie, przez co miękka poducha mchu, niebieskie i fioletowe kwiaty, jagody i poziomki znajdowały się na wysokości naszych oczu. Boki kanału osuwały się, wypychane przez wystające korzenie, zielona kołdra zwieszała się gdzieniegdzie. Las wyglądał bajecznie. Nigdy takiego nie widziałem. Zieleń była nasycona i intensywna, przenikające przez korony drzew smugi światła zostawiały na poszyciu jasne blizny. Brakowało tylko jelonka Bambi. Od czasu do czasu zerkałem na Wojtka. Milczał, wpatrzony przed siebie, ale oczy szkliły mu się, jak dziecku, które właśnie wyciągnęło spod choinki wymarzoną zabawkę. Skąd się wzięło to miejsce? Czemu nigdy o nim nie słyszałem, ba, chyba nikt nie słyszał, inaczej królowało by w rankingach National Geographic, na instagramach i 9GAG-u. Taki skarb i to dwie godziny jazdy od domu.

– Już dojeżdżamy. – Głos gospodarza wyrwał mnie z zadumy. Rzeczywiście, droga nagle wyprostowała się, wyciągnęła. Na horyzoncie zobaczyłem bramę wykonaną z białego kamienia. Kolumny pokrywały piękne rzeźby syren i trytonów. Na szczycie wiły się ryby w złotych koronach.

– Oto Nautica, moje Opus Magnum.

Jeśli całe osiedle miało być równie wspaniałe, jak ta marmurowa brama… ba, tam brama, jak ten las, to koniecznie chciałem je zobaczyć. Docisnąłem gaz do podłogi.

Osiedle okazało się być miastem. No, miasteczkiem położonym w kotlinie. Samo jej centrum wypełniała woda. Niewielki, może hektarowej powierzchni zbiornik otaczały schodzące nad sam brzeg budynki, w większości murowane, ale jakie różnorodne. I tak pięknie w tej różnorodności skomponowane. Mur szachulcowy sąsiadował z białymi weneckimi balkonami, a te z jednolitą taflą ciemnego szkła. Podobnie kolorowo było na samej powierzchni jeziorka. Wokół trzech boi ścigały się małe jachciki. Zawodników widownia oklaskiwała z kilku platform zacumowanych przy linii mety. Na wodzie roiło się od rowerów wodnych, łodzi wiosłowych, a nawet gondoli. Ale największe wrażenie robił ogromny galeon. Na rejach stali marynarze w białych uniformach, od bukszprytu, ozdobionego rzeźbą Posejdona, przez szczyty masztów, aż do rufy furczały na wietrze różnokolorowe proporczyki.

– Ja pierdzielę.

– Tak. – Wojtek z zadowoleniem przyjął komplement.

Całe miasteczko widzieliśmy z góry, jadąc spiralną drogą prowadzącą w stronę zabudowań. Większość dachów przykrywała miedziana, spatynowana blacha lub porosłe mchem dachówki, przez co trudno było odróżnić je od drzew i krzewów obsypanych kwiatami.

– Jak stare jest to miasteczko? – spytałem, gdy wjechaliśmy w wąską, wybrukowaną uliczkę.

– Może trzy lata? Nie pamiętam.

– Trzy? Wygląda na starsze.

– Bo od razu powstało stare. Możesz wyłączyć nawiew – polecił, otwierając okno. – Panuje tu wyjątkowo łagodny mikroklimat. Jedźmy najpierw do mariny.

Przekręciłem wyłącznik i pojechaliśmy we wskazanym kierunku.

***

– To było najcudowniejsze miejsce, jakie w życiu widziałem – pochwaliłem się Karolinie po powrocie. – Byłaś tam kiedyś? Co się stało? – dopytałem, widząc jej minę.

– Pomyślisz, że zwariowałam – asekurowała się. – To pismo, te dodatki, to Marty. Ona prowadziła historię Wojtka. Mówiłam ci, że się zmienił. Jest dokładnie taki, jak opisany.

– Nie rozumiem.

– Ja też nie. Osiedle działa tak, jak napisał Wojtek, bo mieszkańcy muszą postępować zgodnie z fabułą. Ale chyba nie chodzi tylko o to. Przynajmniej nie w przypadku tych dwojga. Oni są tacy, jak opisani, bez wyjątku. Spójrz. – Podsunęła mi pod nos kartkę w całości zapisaną ręcznie, czarnym atramentem.

Poznałam Jarka. Wojtek przywiózł go z Nautiki. Jest trenerem jogi, teraz już moim trenerem. Bardzo mi się podoba. Jest taki przystojny! Wysoki, o śniadej skórze i czarnych włosach skręconych w loki. Na ramieniu ma piękny tatuaż z wychodzącym spod skóry wężem. Pięknie wykonany i taki męski. Chyba go sobie uwiodę. O, wiem. Ustalimy tajny znak, jakieś hasło. Niech to będzie na przykład „przyniosę wodę z mrożonymi winogronami”. Jak tylko to powiem, Jarek będzie już myślał tylko o tym, żeby mnie przelecieć.

– On wygląda dokładnie tak, jak Marta go opisała. Nawet te winogrona. Po treningu kazała mu iść pod prysznic i zaproponowała wodę z winogronami.

– No i?

– Podsłuchałam przez drzwi – Karolina odpowiedziała zawstydzona. – Pieprzą się w sypialni.

– Czyli ciotka zrealizowała swoje zamiary. Chcesz powiedzieć stryjowi?

– Spróbuję – potwierdziła zdecydowany głosem i podała mi kolejną stronę.

– Wojtek nigdy się nie dowie – przeczytałem na głos. – Karla, ty myślisz, że to Marta kieruje Osiedlem? I że to, co napisze, staje się… po prostu się staje?

Dziewczyna skinęła niepewnie.

– Myślisz, że zwariowałam? To może wyjaśnisz mi tego trenera? A może powiesz, skąd wiem, jak wygląda Nautica? Kręta droga, nieziemsko piękny las, jezioro w środku miasta, galeon i co tam jeszcze? Że burmistrz przywitał was kuflem piwa, przed ratuszem jest fontanna z rzeźbą krakena, który wygląda jak żywy, jakby poruszał mackami.

Zaskoczyła mnie tą relacją.

– Marta to napisała?

– Nie, Wojtek. Wczoraj! – wykrzyczała wściekła. Nie, nie wściekła. Przerażona. Wcale się jej nie dziwiłem.

– Co tu się dzieje?

– Chcę się dowiedzieć. Pomożesz mi?

– Jasne – potwierdziłem po chwili zastanowienia, choć wcale nie było to dla mnie takie jasne.

Przy kolacji Karolina krygowała się przez chwilę, zbierając w sobie odwagę, w końcu wypaliła bez ogródek.

– Wojtek, Marta sypia z trenerem – zakomunikowała między kęsem sałatki i łososia.

Gospodyni wybuchnęła śmiechem. Byłem w szoku, że nawet jednym mięśniem się nie zdradziła. Naprawdę ją to tak rozbawiło? Za to stryj dziewczyny milczał, jakby nic nie usłyszał.

– Wojtek, Marta cię zdradza! – powtórzyła głośniej, tym razem patrząc na roześmianą ciotkę.

– Co? Jaki trener? – Tym razem mężczyzna zareagował.

– Jarek, trener jogi. Przywiozłeś go z Nautiki.

– Jaki Jarek? Ja nikogo takiego nie przywoziłem. Chcesz dokładkę? – Zmienił temat i podsunął miskę z pieczonymi ziemniakami. Karolina obrała drugi cel.

– Słyszałam was wczoraj. Znam wasze hasło „przyniosę wodę z winogronami”, kojarzysz to?

Gospodyni przestała się śmiać, ale chyba nie z powodu pytania. Jej wysoki głos wciąż brzęczał w podrażnionych uszach.

– Och, Karolino, chyba nie jesteś zazdrosna?

Dziewczynę kpina uderzyła z siłą młota. Zerwała się z kanapy.

– Wyjeżdżamy. Zabierz nasze bagaże – zwróciła się do mnie.

Zgodziłem się, choć dopiero zacząłem jeść. Trudno, zatrzymamy się na hot doga gdzieś po drodze.

– Wojtek, może trochę popracujesz? – gospodyni słodkim głosem zaproponowała mężowi, który tak był pochłonięty posiłkiem, że chyba rzeczywiście nie słyszał naszej rozmowy, nie tylko nie słuchał.

– Co? A, tak. Dziękuję – rzucił i wyszedł.

– Widzisz? – Karolina spytała takim tonem, jak zawsze, gdy okazywało się, że miała rację. – Jakoś sterujesz stryjem – zarzuciła kobiecie. – Jak coś napiszesz, to tak się staje. Tu nie chodzi o Osiedle, prawda? To nie umowa i aneksy.

Marta przez cały czas była pogodna aż nienaturalnie. Pijana?

– Może jeszcze usiądziecie – poprosiła z uśmiechem. – Obiecaliście zostać do końca weekendu, prawda? No, Karolinko – zwróciła się do dziewczyny, widząc, że ta ciągle się boczy. – Zjedzcie deser, a ja odpowiem, na ile potrafię.

Na stole nie było już talerzy i misek, a tylko trzy pucharki z lodami, trzy puste szklanki i dzbanek lemoniady. Nagle poczułem się syty. Karolina powoli jadła lody, skrobiąc łyżeczką ich powierzchnię.

– Wojtek nie żyje. Kilka lat temu miał wylew. Za późno się zorientowałam.

– WEW – krzyknąłem. – Wylew bez liter pisanych prawą ręką. On to napisał?

– Tak – przyznała kobieta. – Nie wiem, czy to jego słowa spowodowały udar. Chyba tak. Chciałam kontynuować jego pracę, ale nie bez jego teczki, dlatego zakleiłam ostatni fragment i zaczęłam pisać swoją wersję. Takiego Wojtka, jakiego bym chciała, jakiego chciałam.

– I wtedy ożył – zasugerowałem. Niecelnie.

– Nie, ale powstał, że tak powiem. Stał się, i to taki, jakim go pisałam. Znowu tworzył Osiedle, a potem Nautikę. To właśnie ten nowy Wojtek stworzył miasteczko od zera. Tamci mieszkańcy są fikcyjni, w pełni podlegli jego słowom. Odtąd wszystko, co napisał, po prostu się działo. I nic więcej.

– To znaczy, że co? Że robią tylko to, co napisze? – spytała Karolina. Chyba wciąż wątpiła w realność wyjaśnień. Kobieta potwierdziła skinieniem.

– To Osiedle jest wymarłe, bo nikt od lat go nie pisze.

– Nowe domy – zwróciłem uwagę na różnicę pomiędzy wyglądem budynku zamieszkałego przez twórcę i pozostałych.

– Tak. Tam od dawna nic się nie dzieje. Wojtek pisze tylko o naszym i o Nautice. No i o was.

– Co o nas? – W głosie Karoliny wyczułem strach.

– O was. Niedawno zanotowałam w historii Wojtka, że odwiedzi go od dawna niewidziana krewna. Narzeczonego dodał sam.

– Ty nas ściągnęłaś? – Sytuacja coraz mniej mi się podobała.

– Nie, kochani. Ja was stworzyłam. Pośrednio, przez mojego fikcyjnego ghostwritera, przez mojego fikcyjnego męża.

– Ja nie jestem fikcyjny – zaprotestowałem. – Mam swoją przeszłość, rodzinę, znajomych…

– Jak wszystkie fikcyjne postaci – przerwała mi trochę zmęczonym głosem. – Tam, poza lasem, was nie ma i nigdy nie było. Nie ma też Wojtka, pewnie po tylu latach nie ma również Osiedla.

– A ty?

– Ja? – ciotka Karoliny wydała się zaskoczona pytaniem. – Wiesz, zastanawiałam się nad tym, ale… nie wiem. I boję się sprawdzić, nie chcę sprawdzać. Chyba jeszcze trochę jestem, bo nigdy nie byłam w Nautice.

– Nie chciałaś?

– Nie mogłam. Myślicie, że nie próbowałam? Zawsze albo popsuł się samochód, albo nadciągnęła burza. Z jakiegoś powodu Wojtek mi nie pozwala. Jak ja jemu nie pozwolę, żeby dowiedział się o Jarku. Zatrzymuje mnie obiektywnymi okolicznościami, ja też staram się zachować wiarygodność. Ale w ostateczności można po prostu przeskoczyć do następnej sceny. Chyba to zauważyliście.

– Przy posiłkach – przyznałem.

– Wojtek nie lubi pisać o kuchni, a czego nie napisze, tego nie ma. Dlatego musicie zostać. Po prostu nie uda wam się stąd wyjechać. Rozumiecie?

Ostatnie pytanie zawisło w rozgrzanym powietrzu. Ja nie rozumiałem, nie chciałem lub nie mogłem.

– Wiem, że będziecie próbowali. Nie zabronię wam. Ale jak na razie skorzystajcie z tego, że już tu jesteście. Zorganizujemy przyjęcie powitalne dla nowych mieszkańców Osiedla, czyli dla was, dobrze? Karolino, nie rób ciotce przykrości.

– Dobrze – odpowiedzieliśmy niemal jednocześnie. Gospodyni uśmiechnęła się i sięgnęła przez stół, żeby uścisnąć nasze dłonie.

– Wojtku – krzyknęła do męża, który momentalnie zmaterializował się w drzwiach.

– Możesz przez jeden wieczór napisać coś o Osiedlu? Zróbmy przyjęcie, jak wtedy, gdy ktoś kończył budowę domu. I zabrałbyś jutro oboje do Nautiki? Może im się spodoba i zechcą tam zamieszać? – dokończyła kuszącym tonem. – A dziś już się nie martwcie. Jesteście fikcyjni? Trudno, inni nie będziecie. Bawcie się i korzystajcie z życia, a wieczorem urządzimy bal.

Warszawa, sierpień 2015.

Koniec

Komentarze

Choć Stryjek zaczyna się całkiem zwyczajnie i rozkręca dość wolno, nie zapowiadając szczególnych atrakcji, to kiedy zorientowałam się, w czym rzecz, zaczęłam żałować, że opowiadanie jest takie krótkie. Bardzo satysfakcjonująca lektura. :-)

Widzę Stryjka w Bibliotece, ale na razie usterki nie pozwalają mi kliknąć.

 

W końcu wy­czer­pa­łem swój zasób wy­mó­wek… – Czy zaimek jest niezbędny?

 

i krót­ka su­kien­ka z frędz­la­mi u dołu przy­wo­dzi­ły na myśl modę lat dwu­dzie­stych… – Dodałabym, że chodzi o lata dwudzieste XX wieku.

 

bo Marta nagle wy­bu­chła śmie­chem. – …bo Marta nagle wy­bu­chnęła śmie­chem.

Czasownik wybuchnął/ wybuchnęła jest zarezerwowany dla istot żywych, a wybuchł/ wybuchła dla rzeczowników nieżywotnych.

 

Go­spo­dy­ni znów wy­bu­chła śmie­chem.Go­spo­dy­ni znów wy­bu­chnęła śmie­chem.

 

Gar­biąc się pod cię­ża­rem ba­ga­ży po­szła stro­nę domu.Gar­biąc się pod cię­ża­rem ba­ga­ży, po­szła w stro­nę domu.

 

Woj­tek wy­rwał z bębna kart­kę. – Z jakiego bębna?

 

Po po­cząt­ko­wej re­zer­wie go­spo­darz za­py­ta­ny o pracę wy­buchł po­to­kiem słów.Po po­cząt­ko­wej re­zer­wie, go­spo­darz, za­py­ta­ny o pracę, wy­buchnął po­to­kiem słów.

 

Meż­czy­zna po­trzą­snął głową, nie­za­do­wo­lo­ny. –Literówka.

 

Lin, wdowy po chyba naj­większm po­ten­ta­cie… – Literówka.

 

Ru­szy­li­śmy gwał­tow­nie, wzbu­dza­jąc kurz. – Raczej: Ru­szy­li­śmy gwał­tow­nie, wznosząc kurz.

 

Bra­ko­wa­ło tylko sa­ren­ki Bambi. – Bambi był jelonkiem.

 

Mil­czał, wpa­trzo­ny przed sie­bie, ale oczy szkli­ły mu się, jak dziec­ku, który wła­śnie wy­cią­gnął spod cho­in­ki wy­ma­rzo­ną za­baw­kę. – Porównujesz do dziecka, wiec: …jak dziec­ku, które wła­śnie wy­cią­gnęło spod cho­in­ki wy­ma­rzo­ną za­baw­kę.

 

Jeśli całe osie­dle miało być rów­nie wspa­nia­łe, jak ta mar­mu­ro­wa brama…, – Po wielokropku nie stawia się przecinka.

 

plat­form za­cu­mo­wa­nych przy linii mety Na wo­dzie… – Brak kropki na końcu zdania.

 

Na wo­dzie roiło się od ro­we­rów wod­nych, łodzi wio­sło­wych, a nawet gon­do­li. – Czy gondola nie jest łodzią wiosłową?

 

Ale naj­więk­sze wra­że­nie robił ogrom­ny drew­nia­ny ga­le­on. – Czy bywały inne galeony, nie drewniane?

 

Jeźdź­my naj­pierw do ma­ri­ny. – Pewnie miało być: Jedź­my naj­pierw do ma­ri­ny.

 

Go­spo­dy­ni wy­bu­chła śmie­chem.Go­spo­dy­ni wy­bu­chnęła śmie­chem.

 

Oh, Ka­ro­li­no, chyba nie je­steś za­zdro­sna?Och, Ka­ro­li­no, chyba nie je­steś za­zdro­sna?

 

– To Osie­dle jest wy­mar­łe, bo nikt od lat jego nie pisze. – Raczej: …bo nikt od lat go nie pisze.

Dziwnie brzmi to zdanie.

 

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Interesujący tekst. Czytałam kiedyś książkę opartą na podobnym pomyśle, ale tu z ciekawym twistem. Faktycznie, dość długo się rozkręca, ale w końcu pojawiają się wskazówki, że coś jest nie tak, jakaś fantastyka jednak istnieje…

podobno wygodną ławeczkę bosmańską, zamocowaną na talii lin,

Literówka?

Babska logika rządzi!

Dziękuję za uwagi. Regulatorzy, jesteś niezastąpiona. :)

Zostawiam frędzle z modą lat 20., bo to narracja pierwszoosobowa, człowiek młody, więc byłoby nienaturalnie.

Gondole są wiosłowe, ale wiosło używane jest inaczej, więc równie dobrze można powiedzieć, że jest “sterowa”.

Reszta popr.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Och, ogromnie się cieszę, że uwagi okazały się przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tekst przeczytałem, nieco pobieżnie. Da się czytać, aledla mnie trochę za fantastyczne i nieco senne.Pół życia przepracowałem w budownictwie i nie słyszałem nigdy o czymś takim jak mur szalunkowy. Miałeś zapewne na myśli murek oporowy chroniący ziemię przed osuwaniem się do zbiornika wodnego( aktualnie, zazwyczaj żelbet posadowiony na ławie fundamentowej– dawniej wykonywany z cegły na palowaniu). Po zatym samo miasteczko nieco płaskie, brakuje mu trójwymiarowości. Osiedle też nie najlepiej opisane od strony konstrukcyjnej, w opisie jest takie że dałoby się nawinąć na szpulkę.

Autokorekta w wordzie. Mur szachulcowy miało być. Boszsz, muszę w powieści poprawić. Dzięki za zwrócenie uwagi!

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Przeczytałam z przyjemnością. Klep:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

faktycznie, bajkowa, chciałem to napisać jako zarzut, ale skoro autor tak chciał, a

i nawet, po przemyśleniu, sądzę, iż  to chyba najlepsze rozwiązanie jak na taki temat

czyli pomysł ok (choć to kalka – artysta zapisuje, a się staje, wałkowany w horrorach i czym tam jeszcze można) i styl ok

ale nie widzę dobrze tych scen (domy na słupach, marina) –a ich zarysy, charakterystyczne elementy – tak, ale nie całość – i to zarzut

podobnie postać ciotki czy wujka, a nawet bohaterów –rozmazane, niekompletne

może to i tak miało być (tu dopuszczalne), ale nie otrzymałem pełnej przyjemności z czytania

oczywiście napisane poprawnie i dobrze i pomysł ok, nie za długie, nie za krótkie

jak na tak duży nakład sił (i umiejętności) – to za mało

 

 

 

 

 

Ignorancja to cnota.

Przeczytałem z ciekawością, choć oczekiwałem lepszego twista w zakończeniu. Pod koniec to, czy bohaterowie okazali się ostatecznie fikcyjni, czy nie, jakoś nie zrobiło mi dużej różnicy :D

Bohater przez Wielkie B Elanara, bazujący na podobnej koncepcji, odrobinę bardziej przypadł mi do gustu. Po namyśle zdecydowałem się jednak kliknąć w bibliotekę, bo tekst trzyma poziom a ostatnia kwestia ciotki jest napisana z polotem :).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Podepnę się pod opinię katastrofa, chociaż nie będę tak radykalna, bo właściwie mi się podobało. Chyba przez niepostrzeżone przejście od realności do fikcji.

Zarzuty mam do opisów – niektórych rzeczy nie bardzo sobie potrafiłam wyobrazić.

Ja również wykorzystałam w swoim opowiadaniu “ Cudowny świat Apeironów” podobny motyw (stwarzanie świata).

Nie zmienia to faktu, że uznaję  tekst za biblioteczny. Klep. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dziękować. Nie lubię opisów scenerii, jak stryj opisów jedzenia. To pewnie to. :)

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Wysłuchałem audiobooka. Z początku mi się podobało, ale potem trochę się nudziłem. Wykonanie dobre, ale wstawki muzyczne trochę za długie i częste. Proponuję skorzystać z literackiego pomysłu Diriada. Pozdrawiam..

Ponieważ trochę gryzie mnie sumienie, muszę dopisać, że poziom literacki tego opowiadania uważam za bardzo dobry, a kompozycja tekstu i muzyki interesująca. Poprzednio chyba bolały mnie zęby. Pozdrawiam z wakacyjnego Krakowa.

Błarz jest muzykiem, dlatego nigdy nie wtrącam się w jego aranżacje, a raczej traktuję je jako wariacje na temat tekstu, który przecież znam. Dlatego lubię słuchać przerywników. :)

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Pierwszy akapit przygniótł mnie nieco ilością przymiotników. ale im dalej w las, tym lepiej. Wciągająca lektura, przeczytałam z przyjemnością.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Ciekawy tekst nie powiem, ale przytłaczający. Lektura wciągnęła mnie prawda, lecz to chyba dzięki deszczowej pogodzie, która pozwoliła mi się zagłębić w zagadkę pisarza. Ogólnie wrażenia pozytywne, pozdrawiam. Ps. Z tymi opisami to racja, są zbyt krótkie, a chciałoby się móc w pełni zobrazować osiedle i inne elementy utworu.

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Dla mnie zbyt krótkie, nieskomplikowane – takie sobie.

 

Brawurowy pomysł. Umiejętnie mnie zaciekawiłeś osobą Stryjka, dałem się wciągnąć w historię. Co prawda nie czytałem książki, o której pisał Nevaz, ale jak bym miał zgadywać, Ty też nie, więc plagiatu nie ma ;)

 

Trochę przekombinowane niektóre zdania. Już na początku pojawia się jednym tchem szkwał, żywica i kurz. Nie umiem połączyć tego w całość, chociaż wysilałem swoją wyobraźnię.

"Dom Wojtka, bo miałem się zwracać do niego po imieniu, był ostatnim, położonym pod samym lasem." – dość ciężko czyta mi się takie zdania. Twój tekst obfituje we wtrącenia i sprzeczności, których celowości nie zawsze umiem dostrzec.

 

Im dalej tym lepiej mi się czytało. Ten fragment jest genialny:

"Jak mi się ktoś zastrzelił, to przecież nie było sensu pisać go dalej. Bohaterowie byli niewystarczająco fikcyjni, co ich ograniczało."

Jest tam parę innych takich perełek.

 

"Może Marta ma level max? Wiesz, jak Patrick Stewart." – tego nie do końca zaczaiłem; czy chodzi o to, że po prostu dobrze się trzyma, jak na swój wiek?

 

Tu się szczerze uśmiechnąłem: "Brakowało tylko jelonka Bambi." Dzięki, że poprawiłeś płeć kultowego jelonka ;)

 

Rozpędzasz się w dobrym stylu, bardzo mi pasuje taki rodzaj interakcji z czytelnikiem, w którym podważasz wiarygodność istnienia tego, co opisujesz. Co prawda domyśliłem się końcówki, która się tyczy głównych bohaterów, ale to nie ma znaczenia, bo ostatnie trzy zdania opowiadanie są debeściarskie.

Interesujący pomysł. Przeczytałam z przyjemnością :)

Znam tylko pięć liter ;)

smiley

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Nowa Fantastyka