- Opowiadanie: KapitanSurprise - Azyl

Azyl

Mój pierwszy romans z takim rodzajem literatury. Przy okazji, moje pierwsze opowiadanie na tym portalu. Jak mi poszło? Pozostawiam to Waszej ocenie

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Azyl

Było południe. Przynajmniej Michał tak sądził po położeniu słońca. Zaspał. Miał wyruszyć o świcie, byłby już daleko za miastem. Nastały trudne czasy, poruszanie się  po ulicach dniem było niebezpieczne.

Wstał. Spanie na podłodze było mało wygodne, ale tylko w tej pozycji barykada z ławek szkolnych mogła go osłonić. Przed czym? Nie miał pojęcia. W ciągu ostatnich dni zdarzyło się tyle, że kolejne dziwne wydarzenia byłyby prawdopodobne. Najpierw nagła wojna błyskawiczna na Ukrainie, potem atak wojsk rosyjskich na południowo-wschodnią część Polski. Długo się bronili, ale najeźdźca wygrał. Wjechali do Jarosławia od strony Pawłosiowa. Słysząc, co się dzieje, wojsko zawaliło dolną część wiaduktu kolejowego, a na górnej rozstawili zasieki i wojsko. Czołgi czekały przed przeszkodą, celując w stronę wrogich wojsk. Sforsowanie przeszkody zajęło Rosjanom mniej niż trzy godziny. Potem przejechali Cegielnianą, zdobywając kościół ojców Dominikanów, następnie drogą krajową, a potem… Rozlali się na wszystkie strony. Polityka okupanta była okrutna: kto stawia opór, ten ma zginąć. Budynki miały pozostać nietknięte… Miały, bo większość osiedli, a także Rynek były w okropnym stanie. Michał był wtedy w szkole, w jarosławskim plastyku. W najśmielszych oczekiwaniach nie przypuszczał takiego obrotu spraw.

Rynek bronił się najdłużej. Wszystkie ulice zostały zablokowane barykadami, za każdą stał jeden lub dwa czołgi, z zależności od szerokości ulicy. Większość była zablokowana zaraz przy samym rynku, ale Opolska i Grodzka były wyjątkami. Opolska ze względów strategicznych, synagoga jarosławska była dobrym punktem obronnym, a także składem amunicji i szpitalem dla rannych. Grodzka zaś została zablokowana przez swoją budowę. Ulica ta była zbudowana w taki sposób, że od niej prowadziło wiele odnóg, które mogły umożliwić łatwą ewakuację cywili, a w razie czego zmianę pozycji wojsk.

Wszystko poszło na marne. Zanim słońce zaszło za horyzontem, Rynek był zdobyty. Synagoga została od wewnątrz całkowicie zrujnowana, a wszyscy ranni i sanitariusze wyprowadzeni. Ratusz w wyniku walk został zniszczony doszczętnie, ostała się tylko reszta parteru, na której spoczywały gruzy wyższych kondygnacji. Nad całym gruzowiskiem wznosiła się jedynie zapadnięta wieża ratuszowa. Kamienica naprzeciw ratusza, po prawej stronie, jeśli się wjeżdżało od Grodzkiej, zwana kamienicą Orsettich, od nazwiska jej budowniczego, niegdyś muzeum jarosławskie, teraz stało się składem broni jednostek rosyjskich, które zostały stacjonować.

Nazywali ich "Szczurami", byli oddziałem wyznaczonym do wyszukiwania niedobitków spośród walczących podczas obrony. I właśnie przed nimi chował się Michał w swojej dawnej szkole. Wśród ławek. Jedynie z nożem żołnierskim, który mu został. Rozbrojono go, kiedy Rynek kapitulował. Należał do oddziału broniącego "plastyka". Poddali się jako ostatni. Cudem uciekł, kiedy eskorta na chwilę się rozerwała. Widział też innych uciekających, nie wiedział jednak, czy nie dosięgnęły ich kule Rosjan. Wiedział jedno. Jest tutaj. Wśród ławek i gruzów. Sam. Z nożem

 

****

Kiedy wyszedł przez frontowe drzwi szkoły, uderzyło go coś po części znanego. Uderzenie powietrza. To powietrze było jednak inne. Ciężkie. Wyczuwało się w nim kurz i pył. I śmierć.

Zszedł ze schodów, stanął na zniszczonej kostce. Szedł naprzód, mijając internat szkoły, za chwilę przechodząc przez bramę. Wtedy przystanął. Musiał być ostrożny.

Michał był człowiekiem młodym, na oko siedemnaście lat. Miał długie, blond włosy, niebieskie oczy, i lekki zarost nad ustami i na całej żuchwie. Miał na sobie czarną, długą kurtkę z wysoko postawionym kołnierzem, obtarte jeansy i ciężkie czarne buty. Za pasem od spodni miał schowany nóż. Miał też plecak przerzucony przez prawe ramię, szary. Nie był pełny, noszenie go nie sprawiało chłopakowi problemu.

Przeszedł na drugą stronę ulicy, poszedł w górę, wzdłuż kolejnej. Po chwili znalazł się na rynku. Zaniemówił. Widok zawalonego ratusza i nisko stojącej szarej chmury kurzu i pyłu wprawił go w stan pomiędzy strachem a fascynacją. Lekko przebijające słupy światła dawały mu nadzieję na lepsze jutro, z drugiej jednak strony, czy mogło być jakieś jutro w świecie nienawiści?

Chwycił jedną część kołnierza i zasłonił nim usta i nos, na tyle ile mógł. Poszedł wzdłuż linii kamienic, ostrożnie i cicho. Parę metrów przed nim były podcienia, tam zawsze mógł się skryć za jednym z filarów. Tak zrobił. Chował się za filarem, oglądał w bok, po czym szybko przechodził za kolejny. Kiedy doszedł do końca podcieni, spojrzał znowu na ratusz. Westchnął i powiedział do siebie:

 

– Gdzie jest Bóg w takich sytuacjach?

 

Postanowił iść dalej. Przeszedł na drugą stronę ulicy, schował się za kamienicą po lewej od niego. Zerknął ukradkiem. Zobaczył cerkiew, prawie nie tkniętą. 

Zawsze go to fascynowało w Jarosławiu: na jednym Rynku stała synagoga, cerkiew i kościół farny. Ciekawe zjawisko, chyba niespotykane nigdzie indziej.

Skończył swoje obserwacje kulturowe, kiedy usłyszał z przeciwnej od cerkwi strony ryk silnika. Spanikował. Wszedł do pierwszych drzwi, jakie miał, zdaje się, że kiedyś był tam salon fryzjerski. Wszedł zatem do salonu i wyglądał ukradkiem przez okno. Ulicą przejechała ciężarówka. Na jej tyle siedzieli Rosjanie w maskach przeciwgazowych, Michał naliczył ich sześciu, każdy w hełmie, kamizelce kuloodpornej, z plecakiem i AK-47. Szczury. Tam gdzie Szczury, tam kłopoty…

Szczury były bardzo tajemniczą jednostką. Nikt nigdy nie zobaczył twarzy Szczura, co już samo w sobie było dość ciekawe. Nawet, kiedy miasto nie było jeszcze w takim stanie, oni nosili maski przeciwgazowe. Po drugie, Szczury potrafiły się pojawić dosłownie znikąd. Czasem, gdy wydawało Ci się, że jesteś bezpieczny, słyszałeś nagle za sobą dźwięk przeładowywanej broni. Wiedziałeś, że to Szczury Cię znalazły.

Ciężarówka odjechała, skręciła w lewo przed cerkwią. Zapewne robili objazd, droga ta prowadziła tylko do Małego Rynku, a stamtąd tylko na Rynek.

Michał znów gadał do siebie. Miał ten dziwny zwyczaj od zawsze, często ludzie patrzyli na niego dziwnie z tego powodu. Teraz mógł to robić do woli, nikt nie mógł go znaleźć

 

– Psia mać, jeszcze Szczurów tu brakowało… Cholera, lepiej stąd spadać.

 

I wtedy zamarł. Krew zmroziła mu się w żyłach, a oddech ustał. Czuł, jakby każda komórka jego ciała chciała się wyrwać z inną stronę, a on sam poczuł gorąc na swoich plecach. Bo usłyszał za sobą dźwięk przeładowywanej broni. Kałasznikova.

Odwrócił powoli głowę. Za nim stał wysoki człowiek w masce przeciwgazowej z dwoma filtrami, po dwóch stronach maski. Na głowie miał hełm, a na sobie, na zapiętej wojskowej kurtce kamizelkę kuloodporną. Na plecach nosił zapakowany do każdego centymetra plecak. Pas spinał mu luźne wojskowe spodnie wsadzone w wysokie buty. W rękach, na których miał rękawice bez palców trzymał broń. Wymierzoną w chłopaka.

Michał nie ruszał się. Wiedział, że zanim zdąży cokolwiek zrobić, zginie. Przez głowę przeszła mu pewna myśl. Musiał jednak działać szybko.

Szczur powoli podchodził do Michała. Chłopak nadal miał ręce podniesione do góry. Żołnierz chwycił go za ramię i pociągnął w górę. Tak, jak liczył Michał. Kiedy rękę miał opuszczoną, wyciągnął nóż i schował go. kiedy został puszczony i znowu miał podnieść rękę do góry, miał dokładnie dwie sekundy, zanim Szczur podniesie broń i wymierzy w niego. Wystarczyło. Wbił ostrze z całym impetem pod żuchwę. Żołnierz upuścił broń i zaczął charczeć. Nie padł jednak trupem, na co liczył Michał. Złapał chłopaka i odepchnął w drzwi, po czym wyjął nóż. Michał próbował doskoczyć do karabinu. Nie wyszło. Żołnierz chwycił go za włosy i rzucił znowu w stronę drzwi. Podniósł broń. Przeładował. I zaczął strzelać salwą. 

Chłopak wbiegł do pomieszczenia, które miało służyć za miejsce dla personelu. Zamknął drzwi, ale wiedział, ze długo nie zajmie żołnierzowi dostanie się tam. Wpadł na pomysł. Kolejny.

Huk. Drzwi otworzyły się, uderzając o ścianę po boku. Szczur wszedł do pomieszczenia, mierząc z Kałasznikova w różne strony. Szukają chłopaka. Przemieszczał się między już opuszczonymi półkami. Rozglądał się. Mimo dnia, w pomieszczeniu panował półmrok. Nie było tu ani okien, ani działającego oświetlenia, a jedyną jasność dawały otwarte drzwi. 

Szuka. Wyczula zmysły. Skupia się. Krąży między półkami, nie mogąc znaleźć chłopaka. Krok. Słyszy za sobą krok. Odwraca się. I widzi Michała, który z długim prętem uderza go w rękę podtrzymująca karabin. Szczur krzyczy. Michał uderza drugi raz, tym razem w drugą rękę, z palcem na spuście. Trafia. Krzyk. Krzyczy coś po rosyjsku. Dostaje w potylicę. Wytrącony z równowagi robi chwiejny krok do przodu. Michał próbuje uderzyć od góry. Tym razem jednak, Szczur chwyta pręt ręką, potem łapie drugą. Zaczyna się szamotanina, jednak chłopak nie może się równać z żołnierzem w próbie sił. Zostaje przygwożdżony do ściany. Pręt przyciska mu szyję. Dusi się. Odpływa. Porywa się na jedną desperacką próbę. Bierze impet nogą i uderza między krocze Szczura. Puszcza pręt, znowu bluzgi po rosyjsku, łapie się za krocze. Michał chwyta pręt, uderza nim w gardło, pod maskę. Szczur puszcza krocze i zaczyna się łapać za szyję. Chłopak bierze zamach i z krzykiem uderza w twarz. Szczur pada w tył, przewraca półkę, leży. Nie rusza się.

Stanął nad ciałem żołnierza. Adrenalina powoli przestaje nim władać, zaczyna myśleć. Myśleć o tym, że taka awantura mogła sprowadzić już patrol. Szybkie przeszukanie. Znajduje swój nóż, parę magazynków do karabinu, kilka filtrów do maski, bandaże i środki przeciwbólowe. Chowa wszystko do swojego plecaka. Chwyta kałasznikova i przewiesza go przez lewe ramię. 

Popatrzył na zabitego Szczura

 

– Może… Nie… Chociaż, taka okazja się nie nadarzy…

 

Podszedł powoli do Szczura, powoli zsunął maskę z twarzy. Odsunął się. Stoi z otwartymi oczami. To co zobaczył to nie człowiek. Z pewnością nie w pełni.

Twarz, którą zobaczył, nie miała w ogóle w oczach źrenicy ani tęczówki, tylko jedną, świecącą jaskrawą zielenią plamę w miejscu oka. Na całej twarzy był pocięty żyłkami, które również świeciły takim kolorem. Nie wiedział, co zrobiono temu biednemu człowiekowi… Ale mu współczuł

 

****

Teraz wiedział, że kierunek który obrał nie był dobry. Idąc na cerkiew i dalej miał duże prawdopodobieństwo natknięcia się na któryś z licznych patroli Szczurów. Postanowił przejść przez dawny bazar, przez halę, aby wyjść w połowie Grodzkiej, może tam już się nie kręcili.

Szedł powoli. Kurz i pył spokojnie unosiły się wokół niego. Z nowo zdobytym ekwipunkiem wyglądał dziwnie. Karabin cały czas zsuwał się z ramienia, a maska przeciwgazowa, którą wziął w ostatniej chwili, był lekko rozciągnięta przez Szczura, przez co nie trzymała się aż tak dobrze. Mimo to szedł. Raźno i w równym tempie.

Kiedy wszedł na teren dawnego bazaru, przeraził się. Powitały go konstrukcje kramów, leniwie poruszające płachtami narzuconymi na nie w roli dachu. Towar gdzieniegdzie nie był spakowany, ale tylko częściowo. Widać było, że ludzie uciekali stąd w wielkim pośpiechu. Wokół walały się rozgniecione owoce, warzywa, podeptane kwiaty i paczki papierosów, które zapewne były tu sprzedawane nielegalnie. Michał tego nie wiedział. Jako jeden z nielicznych w tym wieku mógł się pochwalić brakiem tego okropnego, jak przypuszczał, nałogu

Spokojnie i leniwie przesuwał się pomiędzy straganami. Co pewien czas przeszukiwał pozostawiony towar, ale zwykle były to owoce i warzywa już niezdatne do niczego. Jedyne co zbierał to paczki papierosów, porozrzucane gdzieniegdzie. To, ze sam nie palił, nie znaczy, ze nie przyda mu się to później. Michał był bowiem typem człowieka, który we wszystkim widział interes. W trudnych czasach jakie nastały, mogła być to umiejętność warunkująca przeżycie. Przeszedł rzędy żelaznych konstrukcji i dość szybko znalazł się przed wejściem do hali targowej. 

Hala ta był budynkiem sięgającym czasów budowy tego rynku, lecz teraz była pomalowana, a przynajmniej była, zanim masowo odpadał od niej tynk, na kolor jasno fioletowy, coś około liliowego. Mimo szkoły plastycznej Michał słabo wyznawał się na kolorach, ale tak dziwnego doboru kolorów jeszcze nie widział.

Wszedł do środka. Zastały go jak zwykle stanowiska z góry ustawione i już chyba nienaruszalne w swoim kształcie, tym razem jednak całkowicie opuszczone i wyszabrowane, nie ostało się nic. Część z nich była po prostu kramikami stojącymi w określonych miejscach, zaś te, które stały pod ścianami zwykle były czymś w rodzaju małej dobudówki, z niskim sufitem , często bez ścian, po prostu z filarami po dwóch stronach podtrzymującymi konstrukcję. Był też odsetek nielicznych stoisk, które mimo tego, że stały w środku, miały swoje "budy". Niektóre były drewniane, niektóre były filarami, które były oszklone pomiędzy. Hala była dobrym odzwierciedleniem społeczeństwa: jedno miejsce, a takie zróżnicowanie wizualne. I finansowe. Przede wszystkim

Poznawał wiele z tych stoisk. Tu sprzedawano buty, tam biżuterię. Tu pan miał warzywniak, tam pani mięsny. Zaraz przed wyjściem znajdował się kiosk, a w wejściu zawsze stali "miejscowi", którzy wiecznie łudzili się na wysępienie paru złotych na alkohol. Tym razem jednak, zastała go pustka. Przerażająca, głucha pustka. Przez kurz i pył przebijały się powoli i leniwie słupy światła z wysoko usytuowanych okien. Przechadzał się powoli. Czas nie miał dla niego wielkiego znaczenia, teraz nic nie miało znaczenia. Gdyby wyszedł o świcie, jak planował, pośpiech byłby wskazany

Kiedy w końcu dotarł do wyjścia, znowu uderzyła go jasność. Ta jasność, do której przestał być przyzwyczajony, penetrując zakamarki hali targowej. Wyszedł. Spojrzał w lewo, znowu na ratusz. Potem obrócił głowę jeszcze mocniej w lewo, by zobaczyć kamienicę Orsettich… Szkoda mu było tego piękna, ale nastały czasy trudne i ciężkie dla sztuki. Sztuka nie była potrzebna. Potrzebna była broń

Zaczął iść przy ścianie hali, która znajdowała się po lewej stronie Grodzkiej. Nie chciał zostać zauważony, dlatego szedł bardzo blisko ściany i bardzo przykurczony. Szedł powoli. Każdy krok stawiał rozważnie, jak gdyby stąpał po polu minowym.

Idąc, rozglądał sie na niegdyś piękne kamienice po obydwu stronach myśląc o tym, jak w szkole mówiono mu wiele o trwałości piękna. To było kłamstwo. Piękno przetrwa tyle, na ile sami pozwolimy mu egzystować. Ni mniej. Ni więcej

Doszedł do końca ulicy, do Bramy Krakowskiej, która wyglądem już wcale bramy nie przypominała. Jedyne, co się ostało to dwa ceglane murki po obydwu stronach ulicy. Po prawej stronie był długi i głęboki rów, pozostałość po fosie.

 Odwrócił się, przytrzymując pasek karabinu, aby ten się nie zsunął. Po raz kolejny spojrzał na ratusz i kamienicę Orsettich. Być może, po raz ostatni…

****

Stał na głównej krzyżówce Jarosławia. Niegdyś miejsce największego ruchu, teraz nic na to nie wskazywało. Powykrzywiane słupy sygnalizacji świetlnej, asfalt zryty gąsienicami rosyjskich czołgów, nie mówiąc o uszkodzonych lub wręcz w połowie zawalonych budynkach. Tynk zakrywał większość chodnika na wszystkich ulicach.

Stał na rogu Grunwaldzkiej i Kraszewskiego, jeśli patrzeć od Rynku. Grunwaldzka była bezpośrednim przedłużeniem Grodzkiej, zaś Kraszewskiego skręcała w prawo. Po lewej była Słowackiego, naprzeciw Jana Pawła II.

Podciągnął maskę na czoło, pyłu było dość sporo, przez otwory na oczy niewiele było widać. Zdjęcie maski niewiele pomogło, ale przynajmniej tak się nie pocił. Postanowił przejść przez przejście po jego lewej, aby skierować się na Słowackiego. Potem przez PKP, w stronę Widnej Góry, następnie obrzeżami Pawłosiowa dojść do domu, może jego rodzina żyła, a on o tym nie wiedział.

Przechodząc popatrzył na budynki, które przed chwilą znajdowały się naprzeciwko. Teraz, aby je zobaczyć musiał patrzeć mocno w prawo. Pierwszy była to stara przedwojenna kamienica, wyremontowana i pomalowana. Przed najazdem służyła jako galeria, aczkolwiek nikt raczej do niej nie chodził po zbudowaniu Galerii Pruchnickiej. W środku, gdyby nie przeróbki, byłaby idealnym przykładem tego typu budynku: po wejściu uderzała przestrzeń, a zaraz naprzeciw widać było kręcone schody z poręczą, prowadzące wyżej. Jarosław ogólnie był miastem pełnym starych kamienic. W większości nieremontowanych, co jako dużego estetę, doprowadzało Michała do wściekłości. Tezę o mnogości kamienic podkreślała sama krzyżówka. Aż trzy rogi, Jana Pawła – Kraszewskiego, Kraszewskiego – Grunwaldzka i Grunwaldzka – Słowackiego, były zabudowane kamienicami. Pięknymi, warto dodać.

Drugi budynek za Galerią Jarosławską, jak nazywano kamienicę, gdzie ów galeria się znajdowała, był to komunistyczny, oszklony, trzypiętrowy prostopadłościan, nazywany popularnie Domem Handlowym, choć handle tam był na dość umownym stopniu. Ale nie kiedyś. Kiedyś były tylko dwa miejsca, gdzie można było znaleźć wszystko: Hala i Bazar na Rynku, oraz właśnie Dom Handlowy. Pamiętał to miejsce, kiedy był mały jego babcia na samej górze miała bardzo dużą powierzchnię do dyspozycji.

Jego babcia ogólnie była przedsiębiorczą kobietą: w latach 90. miała jedyny w Jarosławiu bar całodobowy, potem kiosk, potem był Dom Handlowy, a potem zasłużony odpoczynek. Była młoda jak na babcię. Niektórzy jego rówieśnicy mieli matki w wieku jego babci.

Przeszedł przez ulicę. Dalej chciał iść wzdłuż Słowackiego. To, co zobaczył, wyłoniwszy się zza kamienicy, przeraziło go.

Na ulicy stały samochody. Dużo samochodów, część poobijanych, część w całości. Najczęściej samochody były zgniecione od góry jak puszki. Zapewne czołgi rosyjskie. Samochody stały w różne strony, nie wyglądało to, jak korek miejski, raczej jak skutek karambolu. Karambolu, w którym brało udział całe miasto. Rozumiał, skąd ten korek. Ulica Słowackiego była najszerszą prowadzącą na dworzec PKP. Mimo, ze ludzie wiedzieli, jak wygląda dworzec jarosławski, walili tłumami. Każdy z chęcią ocalenia życia. Z niektórych samochodów wystawały trupy. Czy raczej ich pozostałości. Zgniecione ciała, przestrzelone w dziewięciu miejscach głowy, odcięte kończyny i hektolitry krwi wylewające się po jezdni. Makabryczny widok. Tak mniej więcej można było sobie wyobrazić piekło

Znalazł się koło lodziarni, skąd już mógł dostrzec dworzec. I kiedy spojrzał, zobaczył coś dziwnego. Bo widział dym. Mógł to być skutek przewidzenia, wszak nie jadł nic od bardzo dawna, a przy jego chorobie było to niebezpieczne. Był cukrzykiem. Insulina już mu się kończyła, a apteki były rozszabrowane przez wojsko.

To nie mogło być przewidzenie. Ani wzburzony pył. Dym był czarny jak śmierć i gęsty, wybijał się spomiędzy szarego pyłu i kurzu leniwie unoszących się nad ulicami.

Michał poczuł drgawki. Spojrzał na ręce. Telepały się. Cholera, cukier. Nie myśląc długo wszedł do lodziarni, szybko wszedł za chłodziarkę i zobaczył, czy coś jeszcze się ostało. Jak podejrzewał, nic. Poszedł na zaplecze, poszukać czegokolwiek w rozpaczliwej próbie ratowania zdrowia. Nie miał po co, nie miał celu, nie musiał ratować życia. Śmierć mogła być lepszym pomysłem niż życie w tej rzeczywistości. Ale tacy są ludzie. Nieważne co się dzieje, zawsze walczą o życie i chronią je jak skarbu. Z wiedzą, że człowiek przyzwyczai się do wszystkiego, choćby miał pić z kałuży i jeść własne odchody

Znalazł. Stosik słodkich wafli. Usiadł i zaczął je jeść, łapczywie, nie patrząc na nic. Jadł jak barbarzyńca, ale w takich okolicznościach nie dbał o nic. Chciał przeżyć.

Po zjedzeniu, odsiedział na oko pięć minut, po czym wstał. Sprawdził ręce. Nie telepały się już w tak znacznym stopniu. Wiedział, że mimo wszystko rozłożenie się cukru chwilę potrwa. Postanowił nie czekać. Ruszył dalej

Doszedł już do okolic Stadionu Szkolnego, kiedy zobaczył wyraźnie dym wznoszący się nad dworcem. Uśmiechnął się. Mogły to być Szczury, ale mógł to być przyjaciel. Cieszył się na myśl, że nie będzie musiał już tułać się po mieście.

Usłyszał za sobą dźwięk. Warczenie. Odwrócił sie powoli i zaniemówił. To co zobaczył przyprawiłoby Karola Darwina o niewymownie ciekawy wyraz twarzy.

Bestia, która stała przed nim miała jakiś metr pięćdziesiąt wzrostu. Poruszała się na czterech łapach, z wyglądu przypominała zmutowanego owczarka niemieckiego. Czysto czerwone ślepia wpatrywały się w Michała z nienawiścią, a ostre jak brzytwy zęby lśniły w nielicznych promieniach słońca. To, co było najstraszniejsze w potworze, to jego budowa. We wszystkich stawach stworzenia, a także na żebrach i grzbiecie wystawały mu kości, po prostu wychodziły na zewnątrz organizmu czyniąc bestię nie tyle dziwną, co po prostu straszną.

Michał drżącymi ze strachu rękoma zsunął karabin z pleców w pozycję strzelecką. Próbował go odbezpieczyć, ale Bestia już biegła. Była jakieś dziesięć metrów od niego. Czas stanął, nie wiedział, co robić, ręce odmawiały mu posłuszeństwa. Strach. Czysty strach pędził na niego, przebierając zmutowanymi łapami i kłapiąc szczękami. Skok. Bestia już unosi się w powietrzu, jakimś cudem udało mu się przeładować, przymierzył, strzelił.

Trafił. Bestia przeszyta salwą padła bezwładnie na chłopaka, przygważdżając go do ziemi, ale nie atakując, nie żyła. Jak się okazało, był to początek kłopotów. Z Opolskiej, zaraz za zakrętem w prawo dla Michała, z lewej od strony krzyżówki, wypadły kolejne bestie. Biegły na chłopaka, jednak ten nie mógł podnieść ręki z bronią przez truchło leżące na nim. 

Wtedy, Michał doświadczył działania deus ex machina. Znikąd rozległy się salwy karabinów, stwory padły martwe. Ktoś zdjął truchło z chłopaka, po czym postawił go na nogi. Człowiek miał na sobie maskę przeciwgazową typu słoń, co uniemożliwiało rozpoznanie. Na sobie miał czarną kurtkę z kapturem, który miał założony na głowę. Niżej wojskowe spodnie spięte pasem, na którym było dużo różnych przegródek, z nożami, amunicją, medykamentami i zapewne prywatnymi rzeczami. W ręku trzymał kałasznikova.

Położył Michałowi rękę na ramieniu, po czym spytał, lekko przytłumionym przez maskę głosem:

 

– Żyjesz, chłopie? Możesz iść?

 

– Tak, ja… Dzięki

 

– Nie czas na to, podziękujesz mi na miejscu. Te skurwysyny zawsze biegną na przedzie, znaczy się, gdzieś tu są Szczury. Zbierajmy się – człowiek zaczął iść w stronę dworca. Michał zaskoczony sytuacją zadał pytanie:

 

– Na miejscu? Zbierajmy się? Dokąd idziemy?

 

Człowiek zatrzymał się, po czym odwrócił głowę i z nutą optymizmu i radości odpowiedział:

 

– Do Azylu

 

****

Zeszli po schodkach na dawny parking dworca. Teraz był zdewastowany, a zaraz przed dworcem stała barykada z worków z piaskiem i wszystkiego, co było na stacji. Czyli głównie ławek.

Michał cały czas szedł za człowiekiem, który go ocalił, nawet nie znając jego imienia. Postanowił przerwać niezręczną ciszę:

 

– Ja… Jeszcze raz dziękuję za ratunek

 

– W czasach, gdzie człowieczeństwo zamiera trzeba pozostać człowiekiem. To był mój obowiązek.

 

– Czy mogę znać imię człowieka, który mnie ocalił?

 

– Imię nie, ale ksywkę owszem. Nazywają mnie "Stróż"-zatrzymał się i odwrócił, podając rękę. Druga trzymał pas od przewieszonego przez ramię kałasznikova. Chłopak podał dłoń, po czym sam się przedstawił:

 

– Michał

 

– Zatem, Michał, też zmierzałeś do Azylu?

 

– Azylu? Chodzi Ci o dworzec?

 

– Można tak powiedzieć… Przepraszam Cię na chwilę – Stróż przerwał rozmowę, po czym zagadał do siedzącego na za barykadą człowieka, również w masce i również w kapturze. Widocznie takie były tu standardy.

 

– Jak tam, Stróż, widzę, że napatoczył się jakiś Szczur, co? – powiedział wartownik, patrząc na Michała. Chłopak już zapomniał, że przecież zdarł wszystko ze Szczura, którego zabił. Włożył nawet z powrotem maskę podczas marszu ze Stróżem

 

– Nie, nie Szczur, nasz, Jarosławiak

 

– Jarosławiak? Z ekwipunkiem Szczura? Nie może być! Ma chłop jaja… Wbijajcie, odpocznijcie trochę

 

Stróż go pozdrowił, po czym skinął na Michała, żeby ten za nim poszedł. Minęli barykadę, weszli pod sufit stacji.

Stacja była podzielona na trzy części: środkowa była otwartym przejściem z parkingu do tunelu prowadzącego na peron. Na filarach wsparta była cała reszta budynku. Po obydwu stronach tej wolnej przestrzeni znajdowały się dwa oszkolone, duże pomieszczenia, gdzie kupowało się bilety. Michał pamiętał, że notorycznie świeciło tam pustkami. 

Kiedy weszli na środek otwartej części stacji, Michał zobaczył stojący na torach zdezelowany pociąg, w którym kotłowali się ludzie. Wydawało mu się, że urządzili tam sobie coś w rodzaju mieszkań.

Stróż zaczął mówić, pokazując wokół siebie:

 

– To, mój drogi Michale, nie jest już dworzec. To Azyl. Jedyna niezdobyta jeszcze przez Szczury część miasta. Tu można być prawdziwie wolnym, a przynajmniej mieć namiastkę wolności na użytek własny. Zdobywamy wszystko co się da i staramy przetworzyć w coś użytecznego… Jak te wagony – pokazał na pociąg, o którym myślał Michał – W czas pokoju są to mieszkania, w czas walki – stanowiska strzeleckie i bariera dla piechoty. Póki co nie mierzyliśmy się z czołgami, ale jeśli kiedyś je tu sprowadzą… Marny będzie nasz los

 

Michał popatrzył na to wszystko. Stróż wszedł w lewe skrzydło Azylu, a chłopak tuż za nim. Z kiosku, który stał po prawej od wejścia zrobiono coś w rodzaju portierni. Wyszabrowana z zawartości i zdewastowana do reszty budka była obsadzona przez żołnierza, który pozdrowił ich uniesioną dłonią. Odpowiedzieli, po czym weszli przez wyłamane oszklone drzwi. Michał rozglądał się, myślał, po czym w końcu powiedział:

 

– Wykorzystujecie wszystko, co macie, robicie z dworca i wagonów bazę… Jak w "Metrze" Glukhovskiego…

 

Wtedy, Stróż odwrócił sie, chwycił go za kołnierz kurtki, po czym przydusił do ściany, mówiąc cicho, ale stanowczo:

 

– Rozum Ci odjęło? W Azylu nie mówi sie o ruskich!

 

– Dlaczego?

 

– Dlatego! – Stróż pokazał w głąb skrzydła. Przy ogniskach siedziały różne osoby, najczęściej kobiety z dziećmi. Było też kilku żołnierzy, jak zwykle w maskach, kapturach i z karabinami. Stróż, nie czekając na odpowiedź, znów mówił:

 

– Dla tych ludzi Rosjanie to zło, które odebrało im rodziny. Każda myśl o tym rozdrapuje rany. Dlatego nie mówimy tu o ruskich, jeśli nie ma takiej potrzeby. A potrzeba jest tylko wtedy, kiedy jest alarm. Ja dobrze wiem, że to nie sami Rosjanie są problemem, tylko rządzący. Ale powiedz to im. Dla nich ten, który wydał rozkaz to siła sprawcza równa bogom, pojęcie abstrakcyjne. Łatwiej im pojąć, że to żołnierz zniszczył ich życie, że to żołnierz zabija ich rodziny i niszczy miasto, nie jakiś tam prezydent czy premier. Dla nich sprawa jest prosta: żołnierz wszedł i zniszczył im życie. Pękł piękną otoczkę idealnego życia niczym bańkę

 

Puścił Michała. Zanim się odwrócił, powiedział jeszcze:

 

– Wybacz za kurtkę. Za mną

 

Chłopak poszedł za Stróżem. Wiedział, że ma rację. Że ludzie nie chcą pojąć tego w taki sposób, bo to ułatwia im egzystencję, wiedzą, że prędzej pomszczą rodzinę zabijając żołnierza, niż mordując rządzącego. Bo w czasach, kiedy wszystko się wali, jedyne co pozostaje to nadzieja… Nadzieja na zemstę.

Stróż przysiadł przy ognisku. Michał postąpił w ten sam sposób. wszyscy rozmawiali i starali się rozładowywać atmosferę, on wyłączył się z rozmowy po grzecznościowej wymianie zdań, kiedy Stróż go przedstawił. Nad ogniem zawieszony był poobijany i pordzewiały garnek, w którym pływało coś na kształt fasoli z puszki. Był głodny, ale nie zmusiłby się do zjedzenia czegoś takiego

Zamyślił się. Rozglądał się po szybach, w większości powybijanych. Odwrócił się do tyłu, tam gdzie kiedyś były różne kioski. Teraz składowali tam broń i prowiant, a ze stanowiska obok zrobili pomieszczenie dla strażników. Dawne kasy biletowe były puste, szyby powybijane.

Siedzieli przy ognisku sporo czasu. Nawet próbowano poczęstować chłopaka fasolką, ale odmówił, co nie zmartwiło szczególnie ludzi przy ognisku. Żywność była na wagę złota, a oni byli głodni.

W końcu, jeden z żołnierzy, przedstawiony mu jako Piotr, zapytał:

 

– Więc, Michał, skąd Cię przygnało i dokąd zmierzasz?

 

Chłopak zastanawiał się, czy rozmawiać o tym. Po chwili pomyślał, że w zasadzie są to jedyni ludzie, którzy orientują się w obecnej sytuacji.

 

– Przygnało mnie z plastyka, a zmierzam na Cegielnianą

 

– Z plastyka? Masz jaja, tyle się bujać przez całe miasto… – Piotr podniósł swoją maskę na czoło, ujawnił twarz. Był młody, mógł mieć jakieś dwadzieścia lat, może trochę więcej. Nie nosił zarostu, miał zielone oczy i długi, ale nie przesadnie nos. Spod maski wystawały kosmyki czarnych włosów. Sięgnął za pas, wyjął paczkę papierosów, wyciągnął ostatniego i wsadził go do ust. Podpalił go za którymś z kolei razem, po czym zaciągnął się i buchnął w powietrze. Znów mówił:

 

– … Podziwiam Twoje samozaparcie. Do tego jeszcze, z tego co widzę, położyłeś jednego z tych skurwieli, i to sam. Naprawdę, masz jaja – znowu się zaciągnął i buchnął – A na Cegielnianą co Cię prowadzi?

 

– Tam jest mój dom

 

Nikt nic nie mówił. Kobiety siedziały cicho z dziećmi, Stróż czyścił swoją broń, a Piotr powoli zaciągał się i buchał dymem z papierosa. Michał starał sie znieść jakoś ten smród. Nienawidził dymu papierosowego. Jak nie ironię, często go czuł.

W końcu Piotr przełamał ciszę:

 

– Miałeś dom, miałeś… Zapewne ruscy już zrównali go z ziemią, a Twoją rodzinę zabili albo schwytali

 

– Wolę się przekonać o tym na własne oczy – uparcie trwał przy swoim Michał

Piotr znowu się zaciągnął i buchnął. Wyrzucił peta, po czym odpowiedział:

 

– Uparty, co?  Jak chcesz, twoja wola

 

– Moja, ale potrzebuję informacji jak najbezpieczniej tam przejść. Nie chcę znowu iść odsłonięty na patrol Szczurów

 

– Ha, informacje… twoja wola, jak powiedziałeś, nie moja. Jak chcesz, giń sobie, ja nie mam interesu w tym, aby cokolwiek Ci mówić… – sięgnął dłonią po papierosy, ale nic nie znalazł. Zaklął. Wtedy, Michał sobie przypomniał o tym, co miał w plecaku. Wyciągnął z niego trzy pełne paczki papierosów i pokazał je Piotrowi. Ten, popatrzył na niego i z uśmiechem wyciągnął dłoń. Michał jednak odsunął ją, aby była poza zasięgiem ręki żołnierza. Wtedy, ten zapytał:

 

– Co Ty robisz?

 

– A wiesz, twoje palenie, twoja wola, ale ja jakoś nie widzę w tym interesu…

 

Stróż się zaśmiał szyderczo. Michał pozostawał niewzruszony. Piotr przyglądał mu się, po czym odpowiedział:

 

– Niedaleko jest właz kanalizacyjny. Jeśli pójdziesz cały czas głównym odpływem, dojdziesz na wylot na Cegielnianej

 

– Tam, gdzie Miłka?

 

– Co?

 

– Strumyk

 

– Tak, dokładnie tam. Przejście jest bezpieczne, ruskim jakoś nie przyszło do głowy patrolować kanałów…

 

Michał popatrzył na niego. Podał mu paczki, na co Piotr zareagował uśmiechem. Chłopak popatrzył przez okna. Już robiło się ciemno, a jego samego zwalało z nóg. Wstał sprzed ogniska i zaczął iść w stronę wyjścia ze skrzydła. Usłyszał głos za sobą:

 

– A ciebie dokąd gna?

 

Odwrócił się. Stał tam Stróż. Michał nie chciał dokładać im kłopotów, postanowił ruszać dalej, i tak pewnie mieli przeludnienie, a czas grał tutaj istotną rolę. Chciał od razu udać się do kanałów i udać się nimi na swoją ulicę.

 

– Ja… Muszę…

 

– Dać się zabić? – dokończył Stróż – Przecież lecisz z nóg, nie miałbyś siły cokolwiek zrobić. A gdybyś spotkał tam Szczury?

 

– Nieważne, kogo spotkam. Muszę to mieć za sobą…

 

– Będziesz miał… Ale najpierw wypocznij

 

– Stróż…

 

– Nie ma dyskusji, już mamy dla Ciebie własny przedział w wagonie. Chyba nie odmówisz prawu gościny?

 

– Nie odmówię. Dzięki. Ruszę z samego rana.

 

– Raczej "Ruszymy"

 

– Słucham?

 

– No chyba nie myślałeś, że damy Ci iść samemu?

 

****

Ruszyli wczesnym rankiem. Kanały śmierdziały okropnie, mimo tego, że wszyscy mieli maski. Ruszyli we czterech: Michał, Stróż, Piotr i kuzyn Piotra zwany "Kozik". Wszyscy szli powoli, Piotr na czele, jako że znał kanały. W środku szli Michał z Kozikiem. Pochód zamykał Stróż. Wszyscy wzięli latarki, które prowizorycznie przymocowali do karabinów. Jedynym, który się wyróżniał pod względem broni był Stróż. W rękach trzymał coś, co nazywano, dość niefortunnie w tych czasach, działem Tesli. Przed kolbą i uchwytem była przezroczysta puszka z czymś mętnie zielonym w środku. Od niej, wystawały dwa pręty, które po naciśnięciu spustu, wytwarzały między sobą ładunek łatwy do ukierunkowania w konkretnym celu, co mogło służyć jako bardzo mocna broń. Widział, co ta broń robiła ze szczurów. Podobno z ludźmi działało w ten sam sposób. Przeraziła go ta myśl.

 Po kolana tkwili w brudnej wodzie pełnej fekaliów i martwych zwierząt. Ale szli dalej. Brnęli w nieprzerwane mroki kanałów. Bo mieli cel.

Michał się bał. Ciemność od małego była jego wrogiem, a liche światło latarki niewiele dawało. Zawsze miał wybujałą wyobraźnię, nie wiedział, co może czaić się w mrokach tuneli, którymi szli. Rury były niewiele wyższe od nich, co dodatkowo potęgowało uczucie niepokoju.

 

– Już niedaleko! – krzyknął na przedzie Piotr. Michał potajemnie odetchnął z ulgą

 

Bał się. O przerażającej ciszy nie było mowy, za często słychać było ich kroki wśród mętnych ścieków. I chyba właśnie to było najgorsze. W ciszy usłyszałby każdy hałas, tutaj mogło wydarzyć się wiele, a on zorientowałby się dopiero na końcu. Kiedy jego plecy ozdobiłyby naboje.

Postanowił przerwać ciszę.

 

– Więc… Jak trafiliście do Azylu?

 

– Ja – zaczął Piotr – byłem studentem na miejscowej uczelni. Miałem wykład, kiedy się zaczęło. Nadjechali od strony Pruchnickiej, mieliśmy niewiele czasu. Wszyscy zaczęli uciekać w stronę dworca, to było szaleństwo! Ludzie tratowali się nawzajem, popychali, paru spadło ze schodów i zabiło się na miejscu. Dla wielu nie starczyło miejsca. Kiedy pociąg odjechał, postanowiliśmy bronić się tym, co mamy. Na dworcu. Wielu zginęło, a Ci, którzy przeżyli utworzyli Azyl

 

– W tym też ja – odpowiedział do tej pory milczący Kozik – Moja historia jest podobna do kuzyna, tyle że ja jestem żołnierzem. Kiedy to wszystko sie zaczęło, byliśmy już w drodze, mieliśmy informacje o tym, co sie dzieje. Mieliśmy wspomóc naszych podczas obrony wiaduktu, ale zanim dotarliśmy, oni się przedarli. Więc wdrożyliśmy plan B: mieliśmy ochraniać uciekających pociągami ludzi. Kiedy moja jednostka została zmasakrowana, postanowiłem zostać w Azylu. Bo nie miałem wyjścia.

Michał odwrócił głowę w stronę Stróża. Ten pokręcił tylko głową  na znak, że nie opowie swojej historii

Z daleka ujrzeli świecący punkt. Wyjście. Michała napełniła zupełnie nowa siła, przyciągała go, chciała, aby przybył. By w końcu wyszedł z kanału.

Ruszyli, teraz raźniej, zmierzając już w konkretnym kierunku. Punkt powiększał się co raz bardziej, w miarę postępu ich marszu. W końcu doszli do końca, przeszli przez krąg i…

To co zobaczyli przerosło ich wyobrażenia. Stali teraz w wąskim korycie strumyczka, który wylewał się z kanału. Jedyna taka osobliwość na całym świecie, jak przypuszczał Michał.

Stał i patrzył na niegdyś piękny park, teraz wykarczowany, z połamanymi drzewami. Wszedł energicznie na górę koryta. Doznał szoku.

Asfalt był zdarty. Co kilka metrów stały wydachowane lub zgniecione samochody, karoserię już pokrywała rdza. Mur kościoła ojców Dominikanów nie był już murem. Był stosem cegieł. Sam kościół, lub raczej bazylika, była tylko cieniem swojego dawnego piękna. Niegdyś piękna świątynia zbudowana w stylu jezuickim, z wieżami wznoszącymi się nad majestatyczną budowlą, teraz była tylko ruiną nawy głównej i jednej, zapadniętej wieży. Przestraszył się tego.

Za chwilę pozostali weszli za nim. Nic nie mówili. Jedynie się rozglądali. 

Ktoś położył mu dłoń na ramieniu. Za chwilę odezwał się znajomy głos Stróża:

 

– Michał… Przykro mi

 

Odwrócił się i zdjął w gniewie i szoku dłoń stróża. Podciągnął maskę, po czym pobiegł w prawo. Szybko. Energicznie. Nie zwracał uwagi na zniszczone płyty na alejce. Nie zwracał uwagi ani na połamane drzewa, ani pył wznoszący się wokół stosu cegieł, który niegdyś był murem kościoła. Biegł dalej. Minął dom sąsiada. Niegdyś naturalny mur z tui był dziś tylko rzędem połamanych lub naderwanych drzew. Nie widział jednak zza nich swojego domu, musiał pobiec przed swój mostek.

Wszędzie wokół zniszczenie. Samochody porozrzucane po ulicy. Studzienka kościelna zrównana praktycznie do fundamentu. Ogrodzenia wyłamane i skorodowane. Biegł dalej.Z nadzieją. Złudną nadzieją, że zobaczy dom takim, jakim go zapamiętał. Że ujrzy kwadratowy dom z cegły, stary, nieremontowany. Że zastanie szerokie pole trawy przed domem, stare drzewa wiśniowe i śliwy zaraz za strumykiem. Że zobaczy wydeptaną i wyjeżdżoną drogę prowadząca na właściwe podwórko. Jego mały, jasny piesek wybiegnie mu naprzeciw, skacząc na niego i ciesząc się. Kiedy skończyłby robić kółka wokół domu, zasiadłby przed drzwiami, czekając na ich otwarcie. Otworzyłby drzwi, wszedł po schodach i zastał rodzinę: mamę robiącą coś w kuchni, siostrę grająca na gitarze i babcię, która leżała by u siebie w pokoju i oglądała telewizję. A on byłby szczęśliwy

Nie było mu to dane. Ujrzał wyjeżdżoną trawę i stos cegieł w miejscu, gdzie kiedyś był jego dom. Upadł na kolana. Zapłakał natychmiast. Ból przeszywał go niczym igła. Zimna, długa igła, która wbijała się w jego serce. Czuł, jakby rozrywało go na tysiące kawałków, że gdzieś ucieka od niego poczucie czasu i rzeczywistości. 

Nie wiedział, ile tak klęczał. Prawdopodobnie trwało to chwilę, ponieważ zanim się zorientował, usłyszał za sobą głos Piotra:

 

– Jasna cholera…

 

– Delikatnie ujmując… – dopowiedział Kozik. Stróż stanął zaraz obok klęczącego Michała. Patrzył tylko w stronę ruiny. Milcząc. Potem odwrócił się w lewo, w stronę słynnego wiaduktu. wszystko było tam zrównane z ziemią. Jedyne co się ostało to konary po drzewach i stosy cegieł.

Michał łkał głośno. Postanowił jednak wstać. Zrobił krok w stronę domu. Piotr chciał go zatrzymać, jednak to Stróż zatrzymał jego gestem.

Michał robił kroki powoli i chwiejnie. Znalazł się na ścieżce. Czuł narastający ból, ale szedł dalej. Nie chciał miec złudzeń. Chciał wiedzieć.

Znalazł się przy stosie cegieł. Wdrapał się na niego, po czym zaczął go przeszukiwać. Nie wiedział kiedy dołączyli do niego jego trzej kompani. Szukali tak długo, aż w końcu ktoś zakrzyknął:

 

– O cholera!

 

Michał znowu padł na kolana. Znów płakał. Płakał jak małe dziecko. Nikt nie przywracał go do porządku. Wiedzieli, ze sytuacja nie jest odpowiednia. Stanęli w szeregu, patrząc w miejsce, gdzie jak przypuszczał Michał, znaleziono trupy jego rodziny. On nie chciał widzieć, chciał wiedzieć. Teraz już wiedział.

 

– Parszywe czasy… Bieda, mutanty, śmierć… Do czego doszło? – zapytał głośno Stróż

 

Michał też się zastanawiał. Widział Szczury i widział też te zmutowane psy. Rosjanie poważnie szykowali się do wojny, musieli długo pracować nad superżołnierzami i "ulepszonymi psami". Zabawa w boga, pomyślał, zabawa, która sama ich zaprowadzi ku autodestrukcji. Żadna władza nie trwa wiecznie, a człowiek przyzwyczai się do wszystkiego. Bo tacy są ludzie. Przeżyją, choćby nie wiem co.

Już nie płakał. Teraz zostało tylko łkanie i ból. Czuł, jakby ktoś mu wyrwał serce i zgniótł je na jego oczach. Tak bardzo żałował teraz licznych kłótni i sporów, licznych razów, kiedy nie zgadzali się ze sobą, co prowadziło do nieprzyjemnych wymian zdań. Tak bardzo chciałby im powiedzieć, że je kochał. Ale nie mógł. Było za późno.

Stróż podszedł do niego, przyklęknął przy nim, położył dłoń na ramieniu, po czym powiedział:

 

– Wracaj z nami do Azylu, Michał. Tu już nie ma nic. Tam będzie Twój nowy dom

 

Nie, pomyślał Michał. Tam nigdy nie będzie mój nowy dom. Nie znajdę nowego domu. Mój dom był przy osobach, które kocham. Przy rodzinie. To zawsze będzie mój azyl. Tylko azyl. Ucieczka i zapomnienie przeszłości, tego co złe, co go boli i rani. Ale nigdy nie nazwie tego miejsca swoim domem. Zawsze będzie to dla niego jedynie azyl

A on nie potrzebował azylu. Potrzebował domu

Koniec

Komentarze

Na pierwszy rzut oka widzę, że to będzie coś w stylu metrowych i stalkerskich opowiadań. W każdym razie, nim przeczytam więcej niż te kilka wyrywkowych akapitów, poproszę Autora o korektę tego całkiem długiego tekstu pod kątem pozjadanych spacji (szczególnie przy myślnikach i dialogach) i kropek. To widać z wierzchu, a nie chcę natknąć się na bardziej przykre niespodzianki w trakcie lektury – niespodzianki wynikające z niechlujstwa, a nie braku umiejętności.

[…] przypuszczał po położeniu słońca. –> przypuszczać po czymś? Po jakiemu to? Sądzić po czymś, wnosić, wnioskować z czego…

[…] poruszanie się ulicami przez dzień było niebezpieczne –> brak kropki na końcu zdania i ponownie wyrażenie w osobliwej odmianie języka polskiego: poruszać się czymś przez dzień. Poruszać się po ulicach w dzień.

[…] ale tylko w tej pozycji barykada z ławek szkolnych mogła go obronić. –> a nie osłonić? Sama ze siebie barykada nie broni nikogo i niczego. Stanowi osłonę i przeszkodę, nic więcej. Mógł też skryć się, schować za barykadą.

Przez ostatnie dni zdarzyło sie tyle, […]. – przez dni. Przez. A tyle jest zwrotów, opisujących upływ czasu…

Słysząc, co się dzieje, wojsko zawaliło dolną część wiaduktu kolejowego, a na górnej rozstawili zasieki i wojsko. –> dziwne wojsko, tylko na słuchu polega… Dolna część wiaduktu to filary, gdy się je zniszczy, a nie „zawali”, jezdnia wiaduktu (tak, kolejowy wiadukt też ma jezdnię…) też musi ulec zniszczeniu pod własnym ciężarem. Jak wtedy na niej rozstawić wojsko i zasieki? No i co to za drugie wojsko, które pierwsze wojsko rozstawiło na górnej części wiaduktu? Do tego prowadzą niekontrolowane powtórzenia…

Czołgi czekały przed przeszkodą, celując w stronę wrogich wojsk. –> wiesz co? Zrobiłeś z dowódcy oddziału durnia. Czołgi przed przeszkodą, przed zrujnowanym wiaduktem to brak drogi odwrotu – chyba że po swoich pojadą, nad ruiną wiaduktu przefruną…

<><><> 

Bez cytatów. Cały opis zdobycia Jarosławia jest do gruntownego poprawienia. Językowego i, że tak napiszę, wojskowego. To, co przeczytałem, dokładnie odpowiada staremu powiedzeniu „jak sobie mały Kazio wyobraża to czy tamto”. Niestety…

Reszta też do remontu generalnego. Do przetłumaczenia na język literacki.

Jak teraz czytam korekty udzielone względem nieścisłości “wojskowych”, to faktycznie, wojsko idiotów :v

Dziękuję za udzielone rady. Wszystko wezmę sobie do serca i postaram się w wolnej chwili przeredagować mój tekst.

W całej sytuacji, nadzieję mi dają słowa: “remontu generalnego”. Znaczy, nie jest ze mną aż tak źle :v

Rozumiem, Autorze, że chciałeś, aby Jarosław stał się areną opisywanych wydarzeń, ale nie wiem czy takie ujęcie tematu było najlepszym pomysłem. Zostałam przygnieciona zbyt szczegółowymi opisami i licznymi nazwami, które komuś, kto nie zna Twojego miasta, nic nie mówią. Wręcz powodują mętlik i jestem przekonana, że raczej mało kto zapamięta je wszystkie. Szczegółowe relacjonowanie każdego ruchu i kroku bohatera zwyczajnie nuży.

Nie wypowiem się na temat opisanych działań bojowych, bo się na tym nie znam, ale muszę powiedzieć, że wydają mi się one nieco dziwne.

W dodatku Azyl jest napisany w sposób doskonale utrudniający czytanie. Są tu wszelkie możliwe błędy – literówki, ortografy, źle zbudowane zdania, fatalna interpunkcja, powtórzenia i cała masa innych potknięć i usterek.

 

Na­sta­ły trud­ne czasy, po­ru­sza­nie się uli­ca­mi przez dzień było nie­bez­piecz­neNa­sta­ły trud­ne czasy, po­ru­sza­nie się uli­ca­mi w dzień było nie­bez­piecz­ne.

Zdanie kończymy kropką.

 

Przez ostat­nie dni zda­rzy­ło sie tyle… – Literówka.

 

W naj­śmiel­szych ocze­ki­wa­niach nie przy­pusz­czał ta­kie­go ob­ro­tu spraw.W naj­śmiel­szych ocze­ki­wa­niach nie przewidział ta­kie­go ob­ro­tu spraw.

 

Wszyst­kie ulice zo­sta­ły za­blo­ko­wa­ne ba­ry­ka­da­mi, za każdą stał jeden lub dwa czoł­gi, z za­leż­no­ści od sze­ro­ko­ści ulicy. Więk­szość była za­blo­ko­wa­na zaraz przy samym rynku… – Powtórzenie. 

 

osta­ła sie tylko resz­ta par­te­ru… – Literówka. 

 

Nad całym gru­zo­wi­skiem wzno­si­ła się je­dy­nie za­pad­nię­ta wieża ra­tu­szo­wa. – Skoro wieża była zapadnięta, to jak się wznosiła?

 

nie wie­dział jed­nak, czy nie do­się­gnę­ły ich kule ro­sjan. – …nie wie­dział jed­nak, czy nie do­się­gnę­ły ich kule Ro­sjan.

 

Szedł na przód, mi­ja­jąc in­ter­nat szko­ły… – Szedł naprzód, mi­ja­jąc in­ter­nat szko­ły

 

Po­szedł wzdłuż lini ka­mie­nic… – Po­szedł wzdłuż linii ka­mie­nic

 

Cho­wał sie za fi­la­rem… – Literówka.

 

-Gdzie jest Bóg w ta­kich sy­tu­acjach? – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

Źle zapisujesz dialogi. Zajrzyj tutaj: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

scho­wał sie za ka­mie­ni­cą po lewej… Literówka.

 

Zo­ba­czył cer­kiew, pra­wie nie tknię­tą.Zo­ba­czył cer­kiew, pra­wie nietknię­tą.

 

kiedy uszły­szał z prze­ciw­nej od cer­kwii… – Literówki.

 

Wszedł do pierw­szych drzwi, jakie miał, zdaje sie, że kie­dyś był tam salon fry­zejr­ski. – Bardzo koślawe i niezrozumiałe zdanie. Literówki.

Czy salon był w drzwiach?

 

Na jej tyle sie­dzie­li ro­sja­nie w ma­skach prze­ciw­ga­zo­wych… – Na jej tyle sie­dzie­li Ro­sja­nie w ma­skach prze­ciw­ga­zo­wych

 

Cza­sem, gdy wy­da­wa­ło Ci się… – Cza­sem, gdy wy­da­wa­ło ci się

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

sły­sza­łeś nagle za soba dźwięk… – Literówka.

 

Cho­le­ra, le­piej stąd spa­dać – Brak kropki na końcu zdania.

 

Krew zmro­zi­ła mu się w ży­łach, a od­dech sta­nął. – Jak staje oddech?

 

Czuł, jakby każda ko­mór­ka jego ciała chcia­ła się wy­rwać z inną stro­nę… – Literówka.

 

dźwięk prze­ła­do­wy­wa­nej broni. Ka­łasz­ni­ko­va. – …dwięk prze­ła­do­wy­wa­nej broni. Ka­łasz­ni­ko­wa.

 

 

Tu przerywam łapankę, bo poprawianie tego tekstu jest karą, na którą chyba jeszcze nie zasłużyłam. :-(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przepraszam za karę, której musiałaś (Jeśli mogę zwracać się na “Ty”) przeze mnie doświadczyć :(

Nie wiem, czy jest sens się tłumaczyć, ale spróbuję.

Tak, zdaję sobie sprawę z wielu literówek, jakie występują w tym tekście. Tyle razy go sprawdzałem, a ostało się ich tyle… To chyba przez to, że zbyt szybko pisze na klawiaturze :c

O te zaimki to mi już suszył głowę znajomy. W końcu się nauczyłem, ale opowiadanie jest stare i chyba nie wszędzie udało mi się to wyłapać.

Co do relacjonowania i rzucania nazwami – owszem, wiedziałem, że nazw nie zapamięta prawie nikt. Nie o to jednak mi chodziło. Chodziło raczej o tzw. magię szczegółu. Nazwy, budujące immersję, która według mnie, w takim tekście jest dość istotna. Co do samego opisywania każdego kroku – zamysł opowiadania powstał zaraz po burzliwych wydarzeniach na Ukrainie ubiegłego roku. Przygody bohatera miały być raczej pretekstem do tego, aby pokazać skutki i dramat wojny. Co do samych opisów działań wojskowych się już nie wypowiadam, napisałem o tym wcześniej. Tak, zdaję sobie sprawę, że skopałem to równo. Tutaj nie mam wytłumaczenia.

To wszystko, co chciałem powiedzieć. Oprócz tego, że teraz mi głupio, że zaśmieciłem tym forum.

W całej sytuacji, nadzieję mi dają słowa: “remontu generalnego”. Znaczy, nie jest ze mną aż tak źle :v

Wiesz, istnieje takie na pół prześmiewcze, na pół pocieszające, stare powiedzenia, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. To się sprawdza dość często – jak w Twoim przypadku. Pomysł jest? Jest. Stary jak samo postapo, ale OK. Bohater jest? Jest. Taki, w jakiego możesz się wczuć – bo na pewno nie jesteś stetryczałym staruszkiem, ale nastolatkiem. Patriotyzm lokalny jest? Jest. I dobrze, bo znasz swoje miasto i będziesz umiał je opisać. Czego brakuje? Szlifu językowego, skrócenia dłużyzn, trzymania się prawdopodobieństwa. Sięgnij po na przykład “Stalingrad” oraz “Berlin 1945” Anthony’ego Beevora – dużo dowiesz się o walkach w mieście. Nie szarżuj tak, jak w walce Michała ze Szczurem. Cudów nie ma, Michał przegrałby to starcie – a najpewniej by do niego nie doszło, Szczur nacisnąłby spust i po balu… Opisy uporządkuj i nie wchodź w zbędne dla akcji szczegóły. No i język… Nie pisz potocznym, uczniowskim, czy jak go zwać. Czym innym jest charakterystyczna odzywka i charakterystyczny błąd w wypowiedzi postaci (to sie nazywa indywidualizacją języka danej postaci), a zupełnie czym innym kolokwializmy w narracji. Tak więc per saldo nie jest najgorzej, bo wszystko jest do uratowania – to nie jest żadna beznadziejna historyjka. Prosta, dość schematyczna, ale jak na pierwsze podejście do pisania – nienajgorsza.

Zakasuj rękawy, Autorze, i bądź dobrej myśli. Nie od razu Kraków zbudowano, trzeba trochę popracować, zanim nabierze się wprawy…

Kapitanie, nie zaśmieciłeś forum. To jest właśnie miejsce, w którym zostaną Ci wytknięte błędy, ale też otrzymasz rady, co robić, by w przyszłości podobnych już nie popełniać.

Dobrze, że zdajesz sobie sprawę z własnych niedoskonałości, że masz zamiar pracować nad tekstem, bo z takim nastawieniem możesz wiele zdziałać.

I daruj mi ostatnie zdanie poprzedniego komentarza. Nie miałam na myśli, że poprawianie sprawia mi straszną przykrość, bo tak nie jest, ale w Azylu jest tak dużo błędów, że nie mogę poświęcić Twojemu opowiadaniu tyle czasu, by wskazać każde niedociągnięcie.

No cóż, pierwsze koty za płoty. Mam nadzieję, że już następny Twój tekst będzie znacznie lepszy. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Żeby być całkowicie szczerym, nie jest to może mój debiut, bo wcześniej pisałem krótkie historyjki fantasy, ale z post-apo (Nie wiem, czy ten skrót tak się zapisuje) był to mój pierwszy romans. No i z czymś dłuższym niż kilka stron.

Dziękuję serdecznie za Wasze rady. Mam nadzieję, że następne opublikowane przeze mnie opowiadanie będzie przyjemniejsze w czytaniu :)

No i oczywiście, że “Azyl” będzie strawny jak już sprawię mój “remont” :)

Tak trzymaj, Kapitanie i zrób nam niespodziankę fajnym opowiadaniem. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Uch, tematyka wybitnie nie moja. O języku przedpiścy już sporo powiedzieli.

Dołożę powtórzenia. Tu masz przykład:

Ratusz w wyniku walk został zniszczony doszczętnie, ostała się tylko reszta parteru, na której spoczywały gruzy wyższych kondygnacji. Nad całym gruzowiskiem wznosiła się jedynie zapadnięta wieża ratuszowa. Kamienica naprzeciw ratusza,

Pokombinuj z synonimami, tekst zrobi się ładniejszy.

I niekiedy nie wiadomo, kto jest kto. Na przykład pogubiłam się przy opisie pierwszego starcia ze szczurem. Kto podniósł rękę, kto schował nóż…

Babska logika rządzi!

Nie będę nic pisać o języku, bo zrobili to już inni. Czytając tekst miałem wrażenie, że zapomniałeś o tym, że akcja Twojego opowiadania nie toczy się w realiach zimnej wojny, a w przyszłości. Elitarna jednostka armii rosyjskiej używa karabinów, które wyszły z użytku wojska jeszcze za czasów ZSRR? To taki najbardziej dobitny przykład, ale jest tego więcej. Za to bardzo podobało mi się umieszczenie akcji w małej miejscowości, wymienianie nazw ulic itp. Wg mnie decyzja na duży plus.

Przeczytałam początek, potem przeskanowałam, ale dobrego wrażenia nie zrobiło na mnie to opowiadanie. Może dlatego, że ostatnio zdarzyło mi się przeczytać parę postapo i tu nie dostrzegłam nic nowego, nic, co by przykuło moją uwagę. Może spróbuj sił w czymś całkiem innym?

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ogólnie pozostaje mi już tylko zgodzić się z przedpiścami, co do błędów, opisu miasta, oraz całej reszty.

Od siebie dodam tylko, że postapo jest gatunkiem, w którym trzeba postawić na oryginalność wizji, albo na bardzo ciekawą, angażującą historię. Tutaj tego, niestety, nie ma. Chociaż nie jest źle, jak na debiut (albo prawie debiut).

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Osadzenie postapo w polskich realiach na plus, Szczury były całkiem ciekawe, ale mimo to opowiadanie nie wypada najlepiej. Co mi się udało wynotować (nie notowałem wszystkiego i może się powtarzać z powyższymi komentarzami):

 

każdą stał jeden lub dwa czołgi, z zależności od szerokości –> w zależności

 

Ulica ta była zbudowana w taki sposób, że od niej prowadziło wiele odnóg –> coś tu jest nie tak z szykiem, nie lepiej “Ulica ta była zbudowana w taki sposób, że prowadziło od niej wiele odnóg”

 

schował się za kamienicą po lewej od niego → nadużywasz tego “po lewej” “po prawej”, a to czytelnikowi nic nie mówi, bo nie wie, jak bohater stoi ;]

 

Wszedł do pierwszych drzwi, jakie miał → ale to niezgrabnie brzmi, w jakim sensie miał te drzwi?

 

Ci, cię – ci, cię – z małych liter

 

a na sobie, na zapiętej wojskowej kurtce kamizelkę kuloodporną → a na sobie, na zapiętej wojskowej kurtce, kamizelkę kuloodporną → wtrącenia domyka się obustronnie przecinkami

 

podniesione do góry → pleonazm

 

Żołnierz chwycił go za ramię i pociągnął w górę. Tak, jak liczył Michał. Kiedy rękę miał opuszczoną, wyciągnął nóż i schował go. kiedy został puszczony i znowu miał podnieść rękę do góry, miał dokładnie dwie sekundy, zanim Szczur podniesie broń i wymierzy w niego. → Cały ten fragment jest niedobry, nie wiadomo, co się dzieje.

 

Zamknął drzwi, ale wiedział, ze długo nie zajmie żołnierzowi dostanie się tam. → że, znów dziwny szyk

 

Szukają chłopaka. → dlaczego nagle liczba mnoga?

 

To co zobaczył to nie człowiek. → To, co zobaczył, to nie człowiek.

 

Ale mu współczuł → brakuje kropki tu i na końcu wielu akapitów/dialogów

 

To, ze sam nie palił, nie znaczy, ze –> że, że

 

Hala ta był budynkiem(…) → tu zaczyna się fragment długiego i nudnego opisu, unikaj takich rzeczy

 

w latach 90. → w latach dziewięćdziesiątych

 

stały w różne strony → niedobre to jest

 

Dużo samochodów, część poobijanych, część w całości. → w całości?

 

Zgniecione ciała, przestrzelone w dziewięciu miejscach głowy → jak on się tego doliczył?

 

Był cukrzykiem. Insulina już mu się kończyła, a apteki były rozszabrowane przez wojsko. → przedstawiasz tu informację, która nie ma znaczenia fabularnego ani nie pogłębia postaci, czyli jest po prostu zbędna

 

Czas stanął, nie wiedział, co robić, ręce odmawiały mu posłuszeństwa. → zgubiłeś podmiot, z tego zdania wynika, że to strach nie wiedział, co robić

 

Na sobie miał czarną kurtkę z kapturem, który miał założony na głowę. → a gdzie mógł mieć założony kaptur?

 

siedzącego na za barykadą człowieka → czegoś tu za dużo

 

jasny piesek → dziwny przymiotnik w odniesieniu do zwierzęcia

 

Jeszcze co do fabuły – pomoc mieszkańców azylu wydaje mi się jakoś słabo umotywowana, skoro wiedzieli, że tamta okolica to same gruzy, nie wiem, czy zdecydowali by się na takie ryzyko. 

 

Następny tekst na pewno będzie lepszy :)

Nowa Fantastyka