- Opowiadanie: Zatrakus - Słowo na 'z'

Słowo na 'z'

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Słowo na 'z'

Krążyłem nerwowo przed salą, po raz setny mijając ustawiony pod ścianą sprzęt. Nagle coś zwróciło moją uwagę, wywołując niepokój.

Nie coś, raczej brak czegoś. Nagle dotarło do mnie:

– Książeczki dla dzieci. Półeczka stałaby pewnie tam, gdzie moje klamoty.

Odkąd pojawił się konflikt między Ministerstwem Edukacji a resztkami Rady Kryzysowej, właściciele przedszkoli pozbywali się potencjalnie kontrowersyjnych kawałków tektury. W końcu nikt nie chciałby znaleźć się w centrum nieporozumienia z Radą.

– Jak długo już tak… krążę? Chyba dłuższą chwilę, bo zdążyłem dostać zadyszki. – Zwróciłem się w stronę wielkich, kolorowych poduch, gdy z zamyślenia wyrwał mnie głos jednej z opiekunek grupy.

– Proszę wejść – zawołała przez uchylone drzwi.

Chwyciłem teczkę z planszami, trójnóg wsadziłem pod pachę. Kiedy się zbliżyłem, kobieta raczyła spostrzec: – Jest pan okropnie blady! – Wymamrotałem coś, po czym odparłem:

– Nie jadłem dzisiaj śniadania. Rozumie pani, nerwy.

Odpowiedź, choć nie do końca prawdziwa, chyba ją usatysfakcjonowała, bo bez dalszych obiekcji wpuściła mnie do dzieci.

Wziąłem wdech sterydowego leku na astmę, poprawiłem plakietkę z napisem „RK: przedstawiciel sekcji edukacji publicznej” i przekroczyłem próg.

***

– Tom, pokaż mi, co rysujesz! – dziewczynka próbowała przekrzyczeć hałas generowany przez szalejące wokół dzieci.

– Nie! – odparł chłopczyk, z uśmiechem rozmazując czerwone pastele na kartce papieru.

Dziewczynka próbowała dopchać się do obrazka, ale chłopczyk tylko cofnął się od ławki, która ich oddzielała, przenosząc swoją pracę na kolana.

Zaczęła okrążać długi szereg ławek, mijając inne dzieci. Na chwilę drogę zagrodziła jej dwójka, z której jedno goniło drugie, charcząc, z wyciągniętymi przed siebie ramionami.

Widząc dziewczynkę tuż przy sobie, chłopczyk uśmiechnął się paskudnie i podsunął jej obrazek. Ona pisnęła na widok niepokojącej mozaiki czerwonych i zielonych plam w kształcie człowieka, czy raczej jego powykręcanej karykatury.

– Proszę pani, proszę pani! – krzyczała, biegnąc w stronę pogrążonej w myślach opiekunki grupy. Nim ta zareagowała, druga opiekunka zamknęła drzwi za mężczyzną w garniturze, stwierdzając głośno:

– Dzieci, to jest pan Dębowicz, przyszedł opowiedzieć wam o czymś bardzo… ważnym. – W jej głosie pojawiło się drżenie, lecz większość podopiecznych nie zauważyła go.

Po kilkunastu minutach zapanował względny spokój, wiele par oczu, w tym dziewczynki, zwróconych było z zaciekawieniem na człowieka w garniturze. Ten układał plansze na trójnogu, podczas gdy dzieci zajmowały miejsca na dywanie, tworząc półokrąg przed przybyszem.

Dziewczynka całkiem zapomniała o dziwnym obrazku, kiedy mężczyzna odchrząknął.

– Witajcie, dzieci! – zaczął. – Mam na imię Karol, jestem epidemiologiem. Czy wiecie, czym się zajmuję?

– Chorobami! – odkrzyknął ktoś niskim głosikiem.

– A jak myślicie, o czym przyszedłem z wami porozmawiać?

– O zombie! – odparły chórem dzieci.

Dziewczynka rzuciła krótkie spojrzenie opiekunkom. Spostrzegła, jak jedna z nich wzdrygnęła się na odpowiedź grupy.

***

– I co, Kasiu? Jak było dzisiaj w przedszkolu? – Kobieta w średnim wieku prowadziła dziewczynkę za rękę. Podobieństwo między nimi było wyraźne.

– Rozmawialiśmy dzisiaj z takim miłym panem – odpowiedziało dziecko.

– Tak, a o czym? – zapytała matka, rozglądając się przed przejściem dla pieszych.

– Pokazywał nam kolorowe obrazki, i tłumaczył, żeby uważać na nieznajomych, i zasłaniać usta jak ktoś kicha, i…

– Bardzo dobrze skarbie – rzuciła machinalnie dorosła, gdy weszły na chodnik.

– …i żeby uważać na grzyby, takie żółto-zielone.

– Tak, a jak wyglądają? – zapytała nieco przytomniej kobieta.

– Są płaskie, i nie mają kapelusików, tylko są jak pajęczyna albo mech. Pan mówił, że czasem są na rurach albo w jedzeniu. Mówił, że mamy ich nie dotykać, a jakby ktoś miał je na rękach, to żeby uciekać do dorosłych i od razu powiedzieć – zreferowała poważnie dziewczynka, następnie uśmiechnęła się do mamy, oczekując pochwały.

– Jaki pan? Kto wam o tym mówił? – Kobieta przystanęła i, nie puszczając rączki dziecka, spojrzała na nie z niepokojem. Dziewczynka, wyczuwając nerwowość matki, milczała sekundę, by wreszcie odpowiedzieć.

– Pan epidemolog…

Dorosła przygryzła wargę, ruszyła przed siebie, niemal wlokąc dziecko za sobą. Po przebyciu kilkunastu metrów w ciszy, powiedziała do siebie:

– Tego już za wiele. – Wyciągnęła telefon, szybko wstukała numer. – Halo? Centrum telefoniczne Rady Kryzysowej? Chciałabym porozmawiać z przedstawicielem zarządu… Nie, nie chcę zgłosić infekcji, chcę mówić z szefem kadr albo kimś takim… Oczywiście. Halo? Tutaj Agata Fouvieur. Czy państwa pracownik był w dniu dzisiejszym w przedszkolu przy ulicy…

***

Po powrocie do mieszkania od razu włączyłem tablet, sprawdziłem skrzynkę odbiorczą – na razie żadnych e-maili ze skargami. Jeszcze jakiś czas będzie spokój.

Strach przed Radą osłabł w ludziach, ale pamięć zarazy nadal była silna.

– Rozumieją zagrożenie, nawet jeśli wszystko się w nich gotuje. – Zaśmiałem się. – Zresztą, gorzej bywało w podstawówkach. Pierwsze wzmianki o rozprzestrzenianiu drogą płciową… Dziś bym już tego nie zaryzykował.

Zjadłem lekki lunch, byleby nie zwrócić. W trakcie posiłku usiadłem na nieotwartym pudle z rzeczami i ponownie prześledziłem świeżo rozwieszoną „mapkę”.

– „John Goodwig, urodzony w RPA, medycynę zaczął studiować na uniwersytecie w Anglii, dnia… Wkrótce po zakończeniu nauki wrócił do Afryki, w kwietniu 2016 utknął na terenie lokalnego wybuchu epidemii… Oficjalne źródła nie podają jego dalszych losów”. – Zaśmiałem się gorzko, chwilę później żołądek skręcił mi się z bólu. – To stres, to tylko stres.

Mimo to pot spływał mi z czoła, gdy głupawy odgłos zasygnalizował nadejście e-maila.

***

Agata szybkim krokiem pokonywała kolejne piętra galerii handlowej, w drodze na spotkanie z nadgorliwym edukatorem. Pozostawiwszy córeczkę z opiekunką, całą swoją osobą wyrażała złość. Na zdzierstwo opiekunki, samą siebie, cały otaczający ją kraj – wliczając w to „nauczyciela”.

Na ojca Kasi, procedury, przepisy i przeklęte żywe trupy.

Na wszystko.

***

Na spotkanie z krytyczką umówiłem się w całkiem przyzwoitej kawiarni, w lokalnym centrum handlowym, pijąc kawę dla zabicia czasu. Nie musiałem długo czekać, kilka minut po ustalonej godzinie niewysoka brunetka około trzydziestki podeszła do mojego stolika.

– Dzień dobry, miło mi panią widzieć – powiedziałem, wstawszy, i podałem jej dłoń.

– Dzień dobry – odparła chłodno. Usiadła na krześle po przeciwnej stronie stolika, ignorując wyciągnięte ramię.

– Zaczyna się nieźle – pomyślałem pogodnie, zajmując swoje miejsce.

Kobieta milczała przez chwilę, nie ponaglałem jej.

– Przyszłam tylko pana poinformować, że nie zgadzam się z pańskimi metodami. Nie miał pan prawa przeprowadzić swojej lekcji bez zgody mojej i innych rodziców, więc mam nadzieję, że zostanie pan przykładnie ukarany. – W jej głosie słychać było gniew, wolno wypierany przez zimną satysfakcję.

– Rozumiem pani złość, ale zakres tematów edukacji o Zarazie dla dzieci w wieku od sześciu do ośmiu lat stanowi absolutne minimum – referowałem spokojnie, równym tempem, jak dobrze przeszkolony automat. – W przypadku epidemii nie można ryzykować, że czyjakolwiek niewiedza przyczyni się do rozprzestrzenienia choroby. 

– A o obowiązkowych kursach dla dorosłych jakoś od dawna nie słyszałam – odparła kobieta z cynicznym uśmiechem.

– Zostały wycofane na wniosek szefostwa Rady Kryzysowej. Z ich polecenia również przeprowadzane są wciąż obowiązkowe zajęcia dla dzieci i młodzieży. Rada zapewnia też swoim pracownikom wszystkie niezbędne pozwolenia – stwierdziłem, powoli odsuwając się od stolika i zwracając w stronę wyjścia.

– Ale pan nie pracuje dla Rady. – Zamarłem.

– Jak? Tak szybko? – przeszło mi przez myśl.

– Rozmawiałam z pańskim przełożonym, czy też może dawnym przełożonym. Zwolniono pana dwa lata temu. – Jej uśmiech stał się szeroki i śmiertelnie jadowity. – I co pan teraz zrobi, panie Dębowicz?

Natychmiast rozluźniłem mięśnie, odetchnąłem z niejakim trudem. Przywołałem na twarz jej najbardziej odprężony wyraz.

– Cóż, przeprowadzę się do innego miasta, może innego województwa, a potem zacznę od nowa. – Reakcja mojej rozmówczyni była bezcenna. – Szach.

– Jak to? Został pan ujawniony! Zaaresztują pana, a w każdym razie złapią, jeśli spróbuje pan tego ponownie!

Zaśmiałem się na głos.

– Ależ droga pani, nikt nie będzie mnie szukał. Rada to biurokratyczny burdel, sami nie wiedzą, co się dzieje w ich strukturach – mówiłem pewnym, choć lekko przyciszonym głosem. – Przecież pani wie. Proszę mi powiedzieć, jak długo im zajęło, by zorientować się, że nie jestem już aktywnym pracownikiem? Kilka godzin? Jak bardzo musiała ich pani naciskać? Poinformowaniem ilu stacji telewizyjnych i vlogów zagrozić? Wie pani, zwykle wpadam po kilku miesiącach, rzadziej tygodniach. Kiedy kilkanaście niezapowiedzianych lub niezweryfikowanych przez Radę odwiedzin edukatora wzbudza podejrzenia, nawet wśród ludzi posłusznie wypełniających zarządzenia RK. Rozumie pani, dlaczego reagują tak późno?

– Nie – odparła cicho.

– Dlatego, że rozumieją przepisy. Nie ich dosłowny sens, raczej skąd się wzięły, po co są. – Półświadomie zrobiłem dramatyczną pauzę. – Przeszli przez piekło, stąd wiedzą. Pani nie spędziła okresu Zarazy w Polsce, prawda?

Kobieta pobladła, ale milczała.

– Już po lekkim akcencie poznaję, że przeczekała to pani za granicą. Może w strefach bezpiecznych gdzieś w Niemczech, a może nawet w Szwajcarii? – Drgnęła. Uśmiechnąłem się lekko i kontynuowałem. – Tylko jak przekroczyła pani granicę? Nie, proszę pozwolić mi zgadnąć. Wpływowy chłopak lub narzeczony? Może syn kogoś bogatego? I pewnie porzucił panią, gdy Zaraza się skończyła.

– Dość – powiedziała przez zaciśnięte gardło.

– Zostawił samą, z dzieckiem…

– Wystarczy – warknęła, gwałtownie odsuwając się od stolika.

– Ma pani swoje powody, by nienawidzić przepisów Rady, tak samo ja swoje, by uczyć o Zarazie… – Kobieta opuszczała już kawiarnię. – Widziałem, jak zainfekowani dopadli mojego przyjaciela i zaciągnęli do jakiejś nory. – Mówiłem cicho, ale kobieta chyba mnie usłyszała, bo zatrzymała się w miejscu. – Ten krzyk, proszę zrozumieć, to trudno zapomnieć.

Powoli wróciła do stolika, przyciągnięta poczuciem winy – cokolwiek, szlachetny cel uświęca środki.

– Czy on, ten przyjaciel…?

– Zginął? Został zainfekowany? Nie wiadomo. – Wziąłem łyk zimnej kawy, skrzywiłem się. – Gorzka.

– Może pan posłodzi? – zaproponowała, chyba kompletnie zbita z tropu.

– Nie, nigdy nie słodzę… W każdym razie, mój przyjaciel miał pecha znaleźć się w środku epidemii bezobjawowej odmiany choroby.

– Ale, przecież… – wtrąciła, wciąż zdezorientowana – Przecież mówi się o symptomach, grzybni na skórze, na nabłonku, sam pan o tym opowiadał dzieciom, mojej córce…

– Spokojnie, ta odmiana nie trafiła nigdy do naszej części Europy. I na szczęście, bo procedura jej zwalczania polega na otoczeniu terenu przez wojsko i eliminacji każdego, kto próbuje się wydostać.

Chyba miała już dosyć, bo lekko chwiejnie zaczęła opuszczać kawiarnię. Przed wyjściem zatrzymała się jeszcze, by zapytać:

– Naprawdę myśli pan, że pański przyjaciel mógł jakoś…

– Mam nadzieję – odparłem szczerze.

***

Do wieczora zdążyłem dodać kolejny punkt do „mapki”.

– Krytyczka systemu przeszła na moją stronę, mam zatem jeszcze kilka dni, nim Rada sama podejmie jakieś kroki w mojej sprawie – mówiłem do siebie, oznaczając związki między informacjami. – Swoją drogą, ciekawe, czy ktoś wreszcie sprawdzi tę bzdurę o bezobjawowej Zarazie? Ha! Z takim cudem, w Afryce lub nie, cały świat padłby, jak w marnym horrorze, w parę tygodni.

Przyjrzałem się „mapce” z dystansu.

„Badania przeprowadzone w 2018 roku na poszczególnych szczepach grzyba Zarazy dowodzą, że nawet tożsame pod względem objawów odmiany mogą funkcjonować zupełnie inaczej, wymagając innych metod leczenia. Testy na jednostkowych zarażonych w celu leczenia ich ofiar mogą być wskazane…”.

Burczenie w brzuchu lekko mnie dekoncentrowało.

– Do tego wojsko eksterminujące zarażonych – co to, dwudziesty wiek?!… – Mój wzrok błądził po sieci informacji. – Ale nie, zawsze są objawy: zombie funkcjonuje inaczej niż zwykły homo sapiens, inaczej się żywi. Egzystuje niczym leniwiec, poza krótkimi okresami aktywności.

“W czasie przemiany spada wydolność układu oddechowego, organizm zaczyna reagować alergicznie na cukry, zwłaszcza sacharozę. Proces ten może zostać spowolniony za pomocą doraźnych środków, opisanych w poprzednich rozdziałach”.

Przeciąłem nitkę i zawiązałem supełek na ostatniej poszlace.

– Tak, w tej pracy warto mieć dobrą, osobistą motywację. Ratowanie świata swoją drogą, ale ten jeden człowiek, którego chcesz uratować, ten jeden zarażony, który wpił w ciebie swoje przykryte rękawiczkami z grzyba pazury… To naprawdę trudno zapomnieć.

To chyba jedyny sposób, by nigdy nie stracić celu z oczu, czyż nie?

Koniec

Komentarze

Hmm. Trochę się pogubiłam – co w końcówce jest kłamstwami bohatera, a co rzetelną wiedzą? Sensowna jest chyba jedna interpretacja, ale ta niepewność mnie lekko irytuje.

– I co Kasiu?

Wołacze, Autorze i Bety, oddzielamy przecinkami od reszty zdania.

zakres tematów edukacji o Zarazie dla dzieci w wieku od sześciu do ośmiu lat stanowi absolutne minimum

Ostatnio sześciolatki chodzą już do szkoły, nie do przedszkola.

Babska logika rządzi!

Ciekawe spojrzenie na słowo na “z”. Nieźle napisane. Zakończenie bardzo dobre. 

Może jakoś specjalnie mnie nie porwało, ale lektura z pewnością nie byłą stratą czasu. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

@Finkla: Najwyraźniej otwarte zakończenie, nawet jeśli tylko lekko, nadal nie jest dla każdego – przykro mi, że Cię zirytowało. Przecinek wstawię w oka mgnieniu, a co do sześciolatków w przedszkolach… nie wiem, niedopatrzenie? Może apokalipsa zombie zmieniła co nieco? Inni ludzie doszli do władzy? Albo ja jestem do tyłu?

@śniąca: Cieszy mnie ogromnie, że się podobało :)

 

To nie tylko ten jeden przecinek, w innych miejscach też…

To nie tyle otwartość zakończenia, co fakt, że nie wiem, kiedy narrator łże. I czym są zapiski w cudzysłowach. Przemyślenia/ notatki narratora? Oficjalna propaganda? Hasła którejś z instytucji? Fragmenty podręczników/ ulotek? Głos z radia/ TV? Bo “mapka” słabo kojarzy mi się z takimi informacjami, tam raczej wszystko obrazkowo…

Babska logika rządzi!

Istnieje mapa myśli – i ja przyjęłam, że to o coś takiego chodzi. Ja na swoich nie malowałam obrazków, zawsze z samych słów się składały. 

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Zgadza się, to mapka myśli – składać się miała (w zamyśle) z notek, wypisów z artykułów etc.

Zdania w cudzysłowach to właśnie fragmenty z mapki.

Aaaa. Mapka myśli? Chyba za stara jestem. Do czego to służy?

Babska logika rządzi!

Pomaga ułożyć sobie w głowie pewne określone rzeczy, kojarzyć poszczególne elementy i ich połączenia. Tak bardzo ogólnie, bo sama już od lat nie korzystam i styczności nie mam. Ale przyznaję, że na studiach nie raz mi się przydała przy nauce. Jak pogrzebiesz w sieci, to znajdziesz więcej szczegółowych informacji. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dość ciekawe podejście do wyświechtanego tematu zombi. Nie porwało, ale przeczytałem z przyjemnością.

Dziękuję za ocenę i komentarz belhaj :)

Przeczytałem ze średnim zainteresowaniem. To i tak dobrze, ta średniość, ponieważ zombie to bajki nie z mojego podwórka.

Skoro tak, cieszę się, że opowiadanie mimo wszystko podtrzymało twoje zainteresowanie (nawet jeśli tylko średnio).

Obawiam się, że w czasie lektury zrozumienie wyłączyło się, skutkiem czego mogę tylko oświadczyć, że przeczytałam i, niestety, nie bardzo wiem, o co tu chodzi.

 

Pó­łecz­ka sta­ła­by pew­nie tam, gdzie moje kla­mo­ty. – Półeczka, wydaje mi się, raczej nie ma zwyczaju stać. ;-)

 

dziew­czyn­ka pró­bo­wa­ła prze­krzy­czeć hałas ge­ne­ro­wa­ny przez inne dzie­ci sza­le­ją­ce wokół. – Nie podoba mi się, że dzieci generują hałas. Brzmi to fatalnie.

Może: …dziew­czyn­ka pró­bo­wa­ła prze­krzy­czeć wrzaski szalejących wokół dzieci.

 

Nie! – od­parł chłop­czyk, z uśmie­chem na twa­rzy roz­ma­zu­jąc… – Nie! – od­parł chłop­czyk, z uśmie­chem roz­ma­zu­jąc

Czy chłopczyk mógł mieć uśmiech poza twarzą?

 

Wi­taj­cie, dzie­ci! – za­czął. – Na­zy­wam się Karol, je­stem epi­de­mio­lo­giem. Wi­taj­cie, dzie­ci! – za­czął. – Mam na imię Karol, je­stem epi­de­mio­lo­giem.

 

Cho­ro­ba­mi! – od­krzyk­nął jakiś niski gło­sik. – Głosik/ głos nie odkrzykuje.

Proponuję: Cho­ro­ba­mi! – od­krzyk­nął ktoś niskim gło­sikiem.

 

Agata szyb­kim kro­kiem po­ko­ny­wa­ła ko­lej­ne pię­tra ga­le­rii han­dlo­wej, na dro­dze na spo­tka­nie z nad­gor­li­wym edu­ka­to­rem. – …w dro­dze na spo­tka­nie z nad­gor­li­wym edu­ka­to­rem.

 

Na spo­tka­nie z kry­tycz­ką cze­ka­łem w cał­kiem przy­zwo­itej ka­wiar­ni, w lo­kal­nym cen­trum han­dlo­wym, pijąc kawę dla za­bi­cia czasu. Nie mu­sia­łem długo cze­kać… – Powtórzenie.

 

Wzią­łem łyk zim­nej kawy, skrzy­wi­łem się. – Czym wziął łyk? Chyba głupio pytam, bo przecież wiadomo, że bierze się ręką. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fabuła mnie jakoś szczególnie nie zachwyciła, ale za oryginalne podejście duży plus. Podobało mi się, że nie mamy tu typowej apokalipsy zombie, a zwykłą zarazę, po której świat wygląda prawie normalnie.

@Teyami: Miło mi, że ten pomysł na wykorzystanie zombie się spodobał. Dzięki za komentarz.

@regulatorzy: Hmm… muszę przyznać, że trudno mi przyjąć tego rodzaju krytykę (nie mam na myśli korekty gramatyki, powtórzeń etc.), mimo to spróbuję coś z niej wyciągnąć. Również, dziękuję za komentarz.

Zatrakusie, nawet jednym słowem nie skrytykowałam Twoje opowiadania. Napisałam tylko, że go nie zrozumiałam, a to nie jest krytyka. 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A jednak, jeśli kolejne już moje opowiadanie okazuje się niezrozumiałe, powinienem potraktować to jako formę krytyki – nawet jeśli nieświadomej. Jest to coś, na co powinienem zwrócić uwagę i, w miarę moich możliwości, wyciągnąć wnioski.

Warto było poświęcić kilka minut dla Twojego opowiadania. Mała odmiana w światku zombie, zawsze mile widziana, chociaż tej tematyki nie śledzę jakoś specjalnie. Może jeszcze bym tę końcówkę rozbudowała, aby było bardziej złowieszczo. Ale jak wprowadziłeś bohater, co nigdy nie słodzi – od razu wiedziałam, że coś jest na rzeczy. Ja też nie słodzę herbaty… Nigdy ;)

Dziękuję za komentarz – miałem dzisiaj ciężki dzień, a Twoja wypowiedź nieco go rozjaśniła :)

zatrzymała się w miejscu

A można zatrzymać się nie w miejscu? :)

 

Nie podoba mi się zapis myśli bohatera. Robienie z tego nibydialogu wprowadza w błąd. Tym bardziej, że bohater również mówi sam do siebie. W trakcie rozmowy z oburzoną matką nie wiedziałem w pierwszej chwili, czy on wypowiada kwestie do siebie w myślach, czy do niej – irytujące.

 

Tematyki zombie nie trawię i nie rozumiem fenomenu. Tutaj na szczęście jest o zombie bez zombie (no, powiedzmy :)), dlatego moje uprzedzenia tylko na samym początku dały o sobie znać, potem siedziały cicho. Mimo wszystko, powiedziałbym że opowiadanie jest mocno średnie. Pomysł ogólny nie jest zły, ale raczej mało porywająca jest fabuła. Dzieje się w zasadzie tylko tyle, że nauczanie gościa oburza matkę i ta postanawia się na nim wyżyć. Spodziewałem się, że to wstęp do czegoś więcej, a tu okazało się, że opowiadanie się skończyło. Te ciekawe elementy są tylko zasygnalizowane, a ja chętniej przeczytałbym historię o tych poszukiwaniach bohatera.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Nowa Fantastyka