- Opowiadanie: Jesień - Pamiętasz...?

Pamiętasz...?

Szorcik inspirowany utworem grupy Happysad “W piwnicy u dziadka”.  Jest to impresja, próba uchwycenia pewnego nastroju, wrażenia, jakie miałam po (wielokrotnym) przesłuchaniu tego utworu – zrezygnowanego, nieco melancholijnego, może tragicznego – ale przedstawionego w sposób delikatny, bez epatowania “emo”. Trochę też ów szorcik ma służyć za wprawkę do opisywania tematów uczuciowych, z którymi w moich opowiadaniach zwykle sobie nie radzę.

 

No i chciałam przetestować system betowania :)

 

Miłego czytania! Uwagi warsztatowe i kompozycyjne widziane jak najmilej!

 

PS: Gorące podziękowania za inspirację i korektę dla moich bet: Wicked G i Drewian – bez was to dziełko nie byłoby nawet w połowie tak dobre!

 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

AdamKB

Oceny

Pamiętasz...?

Pamiętasz…? Powiedz mi, że tak. Ktoś musi. Ktoś musi zachować te dobre chwile, zamknięte bezpiecznie w sejfie serca jak niewinne, nieostre fotografie z dzieciństwa, pełne uśmiechniętych buź i radosnego poruszenia.

Ktoś musi pamiętać. Pamiętać jak wyglądał ten świat, kiedy zamiast ciężkich hełmów nosiliśmy na skroniach wianki z polnych kwiatów, pociski robiliśmy z obślinionych pestek wiśni, a nie metalu i prochu; kiedy na polach kładła się dojrzała pszenica, a nie gniły bezimienne ciała.

Pamiętasz…? Ja już nie za bardzo… Tylko białe światło, grzmot na horyzoncie, drżenie ziemi, które przenika do kości. Słońce, które mam cały czas przed oczami, czy zamknę, czy otworzę powieki. Ale to nieważne. To przecież tylko piorun, który uderzył zbyt blisko, prawda? Nie powinienem na niego patrzeć… Zawsze to powtarzałaś; wolałaś przeczekać burzę, która szalała za oknem. Schowana w moich ramionach, nie chciałaś, tak jak ja, z zapartym tchem podziwiać malowanych przez pioruny strasznych, ulotnych obrazów.

Nie bój się; zaraz wyciągnę ręce i obejmę znów, ochronię przed światem. Tylko poczekaj chwilę, jedną małą chwilę. Jestem zmęczony, sam nie wiem czemu. Dłonie mam tak słabe, tak nieporadne, jakbym ściskał w nich ołowiane obciążniki. Jak wtedy, kiedy wyjeżdżałaś, pod niebem ciężkim od huku nisko przelatujących maszyn: przytuliłaś się ostatni raz i nie zdążyłem, nie mogłem powiedzieć ci tego, że nic nie poczułem. Mundur, kamizelka, cały bagaż żołnierza… coś, co potrafi zatrzymać śmierć przyczajoną na czubku rozpędzonego pocisku, potrafi też skutecznie odgrodzić jednego człowieka od drugiego, niczym betonowy mur. Poczułem tylko łaskoczące mnie w szczękę twoje długie włosy i zapach świeżo wypranego ubrania. Później długo żałowałem, że nie uniosłem rąk, nie zdjąłem rękawic i nie zburzyłem ci tej starannej fryzury, zatrzymując na opuszkach palców wspomnienia jej lśniącej miękkości…

Ale to nieważne. Ważne, że jesteś tutaj… bo jesteś, prawda? Jesteś? Obiecaj, że jak to wszystko się skończy, zabierzesz mnie tam, gdzie się wszystko zaczęło. Ceglany dom, nagrzany w upalne dni tak bardzo, że schodziliśmy do wilgotnej, zatęchłej piwnicy, rysować w kurzu zawikłane wzory i udawać, że zawekowane słoje to kolekcja nieudanych eksperymentów szalonego naukowca… I sad, wielki, półdziki sad, pełen starych, powykręcanych drzew, które co rok obsypywały się owocami tak, że nikt nie miał siły ich wszystkich zbierać; potem odnajdywaliśmy te nadgniłe jabłka i gruszki przez przypadek, nadeptując na nie bosymi stopami – w wysokiej trawie były niemal niewidoczne. Tylko zagniewane bzyczenie spasionych na słodkim miąższu os mogło ostrzec nieświadomego pułapki podróżnika… Niczym miny, takie jak ta, która zabrała Turnera; źle postawiony krok, dźwięk uzbrajanego ładunku; przez trzy dni nikt nie ściągnął ciała z ziemi niczyjej i potem, pełznąc na brzuchach bezpieczną ścieżką, mogliśmy dokładnie obejrzeć jego nabrzmiałą, siną twarz, opuchniętą jak po bolesnym ukąszeniu żądłem.

Zaprowadzisz mnie nad staw, nad ten drugi, większy staw, gdzie w trzcinach czasem wypatrzeć można było skupioną czaplę, szarego strażnika nieruchomej tafli. Nad ten staw, gdzie podczas zabawy w to, kto kogo bardziej połaskocze, moje ręce nieuważnie powędrowały nieco za daleko pod twoją sukienkę… Ujęłaś w dłonie moją twarz, pełną zdumienia nad tym, że prócz cienkiej czerwieni lnu nie masz na sobie nic więcej, a zamiast śmiechu z twoich ust popłynęło to miękkie, głębokie westchnienie… Potem już stale uciekaliśmy w to miejsce, oddawać się zakazanym przez dorosłych rozkoszom.

Tylko tam będziemy bezpieczni. Żadne bunkry i schrony, okopy ryte w zgwałconej bombami ziemi nie ochronią nas tak, jak ten połatany dach z poczerniałym od dymu kominem; żaden wartownik nie będzie lepiej czuwał nad nami niż wyleniały podwórkowy pies, zerkający zaspanym wzrokiem na nasze radosne harce. I nic nie ogrzeje nas lepiej niż ten obłupany kaflowy piec, po węgiel do którego trzeba było obejść pół domu, zaciekle mocując się z ciężkim, ocynkowanym wiadrem.

Ogrzać… jest zimno, strasznie zimno, nie wiem tylko czemu. Zimno i chce mi się spać. Zdrzemnę się chwilę… jedną krótką chwilę. W porządku? Nie pogniewasz się, prawda? Wiem, nie chciałaś, żebym poszedł walczyć – ale jednak pisałaś. Czas płynął i coraz mniej rozumiałem ze świata który opisywałaś w listach, tej krainy, która nie zna słowa „wojna” – ale zachowałem je wszystkie, nawet ten ostatni. Ten, w którym pomyliłaś się i zamiast „do napisania” na papierze widniało rozmazane mokrą kroplą „żegnaj”. Na następny czekałem do dziś…

Ale… ale jesteś tu, mimo wszystko. Nie widzę cię, ale wiem, że wracamy do domu. Razem. Do domu dziadka, który tak dobrze pamiętam…

Podasz mi wodę? Moja ślina ma smak żelaza, gęstość malinowego soku, tego, którego dziadek zawsze dolewał do herbaty. Płynny cukier, od którego psują się zęby; dlatego nie wolno mi zbyt głośno mówić – nieostrożny ruch językiem i białe grudki same wychodzą z rozpulchnionych dziąseł.

Możesz powtórzyć…? Siedemset czego? Remów? Nie rozumiem… Nie, nie wiem co mówisz… Słyszysz? Tyka zegarek… czemu tak szybko, jakby chciał mnie przed czymś ostrzec? Tyktyktyktyk; ten dźwięk nie daje mi odpocząć. Daj mi proszę chwilę, jedną małą chwilę; jeszcze pięć minut i wstanę, zaparzę ci kawę, pogłaszczę kota na dobry początek dnia… potrzymaj mnie za rękę…

I powiedz mi, czy pamiętasz…?

 

***

 

…rząd ogłosił bezwarunkową kapitulację. Po raz pierwszy w historii działań wojennych został użyty ładunek o tak znacznej mocy… – radio umilkło i skrzeknęło, gdy do oporu przekręciła gałkę potencjometru. Na wszystkich kanałach nadawano to samo. Ślepa, bezduszna maszyna, która pożarła miliony ludzkich istnień, po prawie piętnastu latach została wreszcie zatrzymana. Cena, jaką za to zapłacono, była straszliwa, ale czy pozwolenie jej na dalsze działanie nie byłoby bardziej nieludzkie?

Kobieta odchyliła się w fotelu, patrząc beznamiętnie przez okno, spod którego dobiegały głośne okrzyki, podniecenie radosnego tłumu. Przez chwilę ogarnęło ją irracjonalne pragnienie, by wieści z frontu obchodziły ją mocniej, by mogły wywołać w niej ból i łzy. Przecież kiedyś to był jej kraj! Opuściła go jednak zbyt dawno; kiedy mordercze szaleństwo dopiero się rozpędzało, zapobiegliwi opiekunowie znaleźli jej bezpieczne schronienie za oceanem.

Po tylu latach była już zupełnie inną osobą; nosiła inne nazwisko, mówiła innym językiem, myślała innymi pojęciami. Nie miała już w sobie młodzieńczej naiwności i wiary; pozbyła się ich wraz z emigranckim bagażem, kiedy udało jej się wreszcie stanąć na własnych nogach na tej, początkowo obcej, ziemi. Z jej dawnego życia nie zostało już prawie nic; resztki przeszłości dopalały się daleko stąd w żarze radioaktywnego ognia.

Zostawiła sobie jednak kilka fotografii, listów, zasuszonych kwiatów – amuletów pamięci, wspomnień z innej rzeczywistości. Czerwony dom, dwójka niesfornych dzieciaków siedzących na kolanach zgarbionego, siwego mężczyzny, zezujący w obiektyw bury kundel, młody, uśmiechnięty chłopak w nowym mundurze… to wszystko już dawno przestało istnieć, przestało być ważne. Dotąd nie znalazła jednak w sobie wystarczającej siły woli, by pozbyć się tych wstydliwie skrywanych w szufladzie sekretarzyka pamiątek. Skoro jednak właśnie nastał koniec pewnej epoki…

Wyjęła wszystkie, pożółkłe już i nieco zetlałe kartki, przetasowała, spoglądając na nie niewidzącym wzrokiem i rozpoczęła metodyczną pracę.

 

***

 

Kiedy okno na trzecim piętrze kamienicy otworzyło się i frunęła z niego chmura drobno podartych papierków, figlarnie poderwana w górę przez ciepły, wiosenny wiatr, ludzie, świętujący na ulicy koniec wojny, wzięli ją po prostu za kolejną porcję konfetti.

 

Koniec

Komentarze

Nie znam piosenki, która Cię inspirowała, ale domyślam się, że najprawdopodobniej mówi o dobrym dzieciństwie/ młodości i złej wojnie.

Nic nowego pod słońcem. Wspomnienia o tym co było cudnie beztroskie, chyba zawsze wygrają z rzeczywistością bycia dorosłym i coraz starszym. I wojna wcale nie jest do tego konieczna.

Opowiadanie napisane porządnie, ale nie dostrzegłam w nim choćby odrobiny fantastyki.

 

Uję­łaś w dło­nie moją twarz, pełną zdu­mie­nia nad tym… – Raczej: Uję­łaś w dło­nie moją twarz, pełną zdu­mie­nia tym

Wydaje mi się, że zdumiewamy się czymś, nie nad czymś.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pewnie że było :)

 

Nie mam umiejętności/talentu do kreowania niesamowitych pomysłów, które zapierają dech w piersiach swoją oryginalnością. Na tym etapie “rozwoju” staram się więc ćwiczyć znane gamy, żeby w nich przynajmniej osiągnąć jakąś biegłość, zanim rzucę się na "prawdziwą literaturę”.

To moja próba zmierzenia się z tematem, wprawka/ćwiczenie nad pewnym motywem i tworzeniem nastroju. “Porządnie napisane” przyjmę więc za komplement. Co do fantastyki: działu “historia alternatywa” (która moim zdaniem do fantastyki się zalicza) tu nie ma, więc…

 

Nie wiem, czy to “dozwolone” i mile widziane, ale zamierzam potraktować ten portal nie jako platformę do bycia sławną i znaną, tylko miejsce, gdzie moje mniej i bardziej udane twory będą hartowały się w ogniu krytyki – i z literki na literki będą lepsze. Dlatego też wrzuciłam to co wyżej :)

Chyłkiem przez życie przemykam i drżę, gdy ktoś woła...

Pamiętać,[+] jak wyglądał ten świat

I serce raczej sejfem nie będzie, za łatwo się do niego dostać, za łatwo je złamać. Ładnie brzmi, ale jak się zastanowiłem, to marnie to wyszło.

…? – moja szkoła zapisywania wielokropków z pytajnikami i wykrzyknikami mówi tak: ..! lub ..? (trzy kropeczki, ostatnia należy do znaku); i wiem, że różni się to od tego, co uważa regulatorzy (tu zachęcam do dyskusji, bo chętnie usłyszę uzasadnienie), ale jednak akurat ufam temu profesorowi ze swoich, nie tak dawnych studiów :) To, że się stawia cztery kropki a nad czwartą znak to chyba kwestia dopuszczenia kolejnej normy (przez komputery i autopoprawki), ale to tylko takie domysły, niczym nie poparte

Dobra, takie tam ładne, całkiem fajne wyrażenia, delikatne – pasowało do tematu, ale nie porwało, nie zrobiło wrażenia i, no ja nie zobaczyłem tu fantastyki.

Dobra, Jesień, to pierwszy twój tekst, jaki przeczytałem, ale chyba sięgnę po inne. No bo istotnie, tak jak stwirdziła Regulatorzy, fantastyki tam nie ma (okej, nuklearny konflikt, ale na dobrą sprawę dałoby sie to podciagnąć pod zbombardowanie Japonii w czterdziestym piątym, choć ty podciągnęłaś wojnę po piętnaście lat…), lecz emocje…

Ktoś musi pamiętać. Pamiętać jak wyglądał ten świat, kiedy zamiast ciężkich hełmów nosiliśmy na skroniach wianki z polnych kwiatów, pociski robiliśmy z obślinionych pestek wiśni, a nie metalu i prochu; kiedy na polach kładła się dojrzała pszenica, a nie gniły bezimienne ciała.

Znakomite i wzruszające. Zresztą, Twój tekst, mimo że szort, obfituje w takie perełki. Na przykład:

 Mundur, kamizelka, cały bagaż żołnierza… coś, co potrafi zatrzymać śmierć przyczajoną na czubku rozpędzonego pocisku, potrafi też skutecznie odgrodzić jednego człowieka od drugiego, niczym betonowy mur.

No, mistrzostwo świata. Mocne, piękne i… Kiczowate, to fakt, ale ten kicz jest jak najbardziej na miejscu. Robi wrażenie, zwłaszcza w antywojennym wydźwięku całego szorta.

Minusy…

Poczułem tylko łaskoczące mnie w szczękę twoje długie włosy i zapach świeżo wypranego ubrania.

Wolałbym:

“Poczułem tylko długie włosy, łaskoczące moje usta i zapach świeżo wypranego ubrania.” 

opuchniętą jak po ugryzieniu bolesnym żądłem.

“opuchniętą, jak po dźgnięciu bolesnym żądłem.” 

Przez chwilę ogarnęło ją irracjonalne pragnienie, by wieści z frontu obchodziły ją bardziej, by mogła się nimi przejmować z bólem i łzami.

Właściwie to nie wiem, dlaczego nie gra mi to zdanie. Może wolałbym:

“Przez chwilę ogarnęło ją irracjonalne pragnienie, by wieści z frontu miały dla niej większe znaczenie, by mogły wywoływać ból i łzy.”

 

Cóż, tak jak napisała Regulatorzy, wojna jest w zasadzie niepotrzebna, by oddać gorzki smak konfrontacji beztroskiego dzieciństwa z twardym realizmem paskudnej dorosłości. Ale, kurde, dzięki Twojej wojnie i tym wszystkim:

Ale… ale jesteś tu, mimo wszystko. Nie widzę cię, ale wiem, że wracamy do domu. Razem. Do domu dziadka, który tak dobrze pamiętam…

przekazywane emocje są dużo intensywniejsze. No i wzruszyłem się, może i jestem kiczopodatny, ale dobry kicz nie jest zły ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

A mnie się wydaje, że fantastyka jest właśnie w tej historii alternatywnej, w wojnie zakończonej bombą i morderczym promieniowaniem.

Właściwie nie ma się do czego przyczepić, ale nie poczułam się wzruszona. Ja mam wrażenie, że autor potrafi wzruszyć czytelnika tylko wtedy, gdy choć malutki fragmencik dotyka jego własnej duszy. Nie wiem, ale wydaje mi się, że nie przeżyłaś takiego rozstania, nie czekałaś na kogoś, nie doświadczyłaś zawodu.

Może się mylę w tych swoich dywagacjach, ale tak czy siak, czegoś tu zabrakło, żeby zadrgała jakaś struna w sercu.

Edith – na fragmenty, które wpisał Thargone też zwróciłam uwagę, szczególnie na ten pierwszy – bo to jest bardzo dobre.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Napisane ładnie, choć jeśli chodzi o emocje, to jedyne odczucie jakie zaczeło we mnie narastać, wraz z zagłębianiem się w tekst to silne znużenie. Takie obyczajowe pitu-pitu. Bardzo monotonne. Zabrakło charakteru, czegoś wyrazistego. Na truizmach można budować całkiem wiarygodne postaci, ale jeśli te banały są główną osią fabuły, to trochę mało. Bohater to pierwsze sto metrów dobrego tekstu. Fabuła to maraton. 

 

Ale, jak wspomniałem, warsztatowo podobało mi się. Masz potencjał i to spory. Potrzebny tylko jakiś znakomity pomysł na historię… ;)

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Sirinie, o ile mi wiadomo, wielokropek ma zawsze trzy kropki i nie zmienia tego ani postawienie po nim pytajnika, ani wykrzyknika. Pytajnik/ znak zapytania ? – http://sjp.pwn.pl/szukaj/znak-zapytania.html i wykrzyknik ! –http://sjp.pwn.pl/szukaj/wykrzyknik.html, to znaki, które bez przypisanej im kropki przestają być pytajnikiem i wykrzyknikiem. I dzieje się tak wcale nie dlatego, że ja tak uważam. http://sjp.pwn.pl/zasady/Wielokropek-obok-innych-znakow-interpunkcyjnych;629818.html

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Okej, właśnie popatrzyłem sobie na pozostałe dwa jesienne teksty i jest całkiem fajnie. Poczucie humoru z jednej strony (napisanie polewkowego, hip-hopowego tekstu… phi, spróbujta walnąć jajcarski black-metalowy, w dodatku po polsku, to jest wyzwanie…), do tego umiejętność takiego udepresyjnienia opowiadania, że żaluzje w mym oknie na świat automatycznie przestawiają się w pozycję “Total Fuckin’ Darkness”… Ladnie, bardzo ładnie. Czekam na dalsze, październikowo-listopadowe kawałki prozy.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Bardzo sprawnie poprowadziłaś narrację, mimo, że to tylko “pitu-pitu” (pozwoliłam sobie zacytować wyrażenie Nazgula). Nie ma co się czaić i produkować tylko poprawne szorty. Jak spadać z konia, to z wysokiego. Napisz coś co ma naprawdę fabułę, jakiś pomysł. Nie wątpię, że coś Ci siedzi w głowie, więc to uwolnij. Nie ma sensu czekać, aż uznasz, że jesteś “gotowa”. Pisz i nie chowaj się po kątach ;)

(po­zwo­li­łam sobie za­cy­to­wać wy­ra­że­nie Na­zgu­la). 

Ech… W końcu ktoś mnie zacytował! Mogę teraz umrzeć szcześliwy… ;)

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Hehe, bo “pitu-pitu” idealnie pasuje ;)

 

Jeszcze tylko dodam – Autorko, dajesz radę z kwestiami emocjonalnymi w tekście. Nie ociągaj się, tylko dawaj fabułę ;)

Błędy zaraz poprawię, ale na szybko odpowiem na bardziej palącą kwestię:

 

Otóż nie umiem pisać fabuł!

 

Serio.

 

Próbowałam, żeby nie było. Tak czy siak, zawsze wpadam w te barokowe opisy, dywagacje, uczucia… No, klops i już. Staram się jakoś z tym radzić, ale nadal nie mam żadnego pomysłu jak wymyślić od A do Z linię fabularną i ją sprawnie poprowadzić. A raczej nie znajduję w głowie pomysłu na coś, co warte byłoby takiego poprowadzenia. Jedyne “moje” idee są dość proste, żeby nie powiedzieć banalne i skręcają zawsze w stronę Prousta (tj. 100 stron opisu smaku ciasteczka) albo opierają się na prostych opisach “życia”. Obiecuję popracować nad nowym tekstem z jakąś historią, ale to będzie podwójna droga przez mękę – dla autorki i dla czytelnika :P

 

Być może wynika to z moich czytelnicznych/kulturowych fascynacji i klimatów – wolę zdecydowanie “slice of life” od akcji.

Chyłkiem przez życie przemykam i drżę, gdy ktoś woła...

Zgadza się – takie tam granie na sentymentach bez większej fabuły, ale napisane ładnie. Tak, te wskazane wcześniej fragmenty wyjątkowo udane. Ja tam fantastykę widziałam, ale spotkania z brzytwą Lema by nie przetrwała.

Jedna uwaga – o ile mi wiadomo, dzieci wychowywane razem raczej nie mają się później “ku sobie”. Takie zabezpieczenie matki natury przed kazirodztwem.

Babska logika rządzi!

A tu się z Tobą nie zgodzę, Finklo. Mam w rodzinie dwa przypadki, gdzie się nawet pobrali. I w jednym konieczna była zgoda kościelna.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik, ale czy ci ludzie byli wychowywani pod jednym dachem, bawili się wspólnie jako kilkuletnie dzieci?

Babska logika rządzi!

Tak, mieszkali chałupa w chałupę. Stąd problem, bo wszyscy wiedzieli, że są spokrewnieni. Nawet ksiądz. Na szczęście dla nich okazało się, że pokrewieństwo jest wystarczająco dalekie, aby takową zgodę na ślub uzyskać. Genetyka jednak pokazała swoje pazurki – obaj synowie mieli wady. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik, chałupa w chałupę to niezupełnie to samo. Podobno osoby, z którymi się mieszka w jednym domu, można później pokochać jak rodzeństwo, ale jakoś tak aseksualnie. Tylko nie wiem, od czego dokładnie to zależy ani nie pamiętam, jaki jest krytyczny wiek. Ale wydaje mi się, że coś w okolicach przedszkola.

Babska logika rządzi!

Może i tak, ja tam się upierać nie będę. Ale też wiem, znaczy słyszałam o związkach rodzeństwa. Czyli natura działa tylko w przypadku normalnych, na odszczepieńców nie ma rady.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

pogłaszcze kota na dobry początek dnia… – literówka

 

No i proszę – pitu-pitu (też zacytuję, a co!), ale jak dla mnie znacznie lepsze niż to nocne. Piękne zdania, ładne metafory, bardzo poetycko. I wyważone z objętością szorta, bo jednak taka forma na dłuższą metę mogłaby zmęczyć. 

Historia alternatywna pod fantastykę się łapie, ale ta u Ciebie jest bardzo ulotna, ledwie muśnięta i wspomniana w tle. Dlatego można odnieść wrażenie, że jej tu nie ma. 

A teraz faktycznie czekam na coś z konkretniejszą fabułą :) 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Próbowałam, żeby nie było. Tak czy siak, zawsze wpadam w te barokowe opisy, dywagacje, uczucia… No, klops i już. Staram się jakoś z tym radzić, ale nadal nie mam żadnego pomysłu jak wymyślić od A do Z linię fabularną i ją sprawnie poprowadzić. A raczej nie znajduję w głowie pomysłu na coś, co warte byłoby takiego poprowadzenia. Jedyne “moje” idee są dość proste, żeby nie powiedzieć banalne i skręcają zawsze w stronę Prousta (tj. 100 stron opisu smaku ciasteczka) albo opierają się na prostych opisach “życia”. Obiecuję popracować nad nowym tekstem z jakąś historią, ale to będzie podwójna droga przez mękę – dla autorki i dla czytelnika :P

 

Kawały niepotrzebnego tekstu się tnie ile wlezie.

Próbuj, tylko tak się przekonasz, czy na pewno nie umiesz poprowadzić fabułę. I dlaczego nie zaeksperymentować i zrobić “slice of life” w jakimś innym świecie? Tym szortem prawie Ci się udało, tylko ta historia alternatywna po kataklizmie nuklearnym była zbyt “delikatnie” zasygnalizowana. Jesteś naprawdę na dobrej drodze i uczyń z tego, co uważasz za słabość, mocną stroną. Kwestia zmiany perspektywy ;)

Jak zaryzykujesz, z chęcią pobetuję ;)

Właściwie to nie wiem jak podejść do tego opowiadania. Bo z jednej strony są tu bardzo ładne fragmenty, na przykład: 

Ktoś musi pamiętać. Pamiętać jak wyglądał ten świat, kiedy zamiast ciężkich hełmów nosiliśmy na skroniach wianki z polnych kwiatów, pociski robiliśmy z obślinionych pestek wiśni, a nie metalu i prochu; kiedy na polach kładła się dojrzała pszenica, a nie gniły bezimienne ciała.

Super. Ale z drugiej strony jest trochę kiczowate granie na emocjach; poetyckie i egzaltowane fragmenty, jakby przeniesione z wiersza. Nie wzruszyło mnie to, nie mogłam się wczuć w historię, nie umiem jednak stwierdzić dlaczego. 

 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

A mnie się podobało. Jest w tym tekście naprawdę sporo pięknych zdań, o bardzo dużej sile oddziaływania – sporo z nich już cytowali przedpiśćcy. Są też słabsze momenty, ale nawet nie utkwiły mi w pamięci, bo tych lepszych widziałam więcej. 

Może i jest w tym trochę kiczu, ale do mnie i moich emocji jednak ten kicz przemówił ;)

Mam wrażenie, że coś tu trochę zgrzyta z kompozycją. Po przeczytaniu pierwszej części trudno było mi się przestawić na zmianę narratora i wczuć w bohaterkę.

 

Poprawki gramatyczno-językowe wprowadzone.

 

Z komentarzy bije jeden, dość nieoptymistyczny wniosek – “autorko, warsztat masz okej, weź się za fabułę, a nie męcz nas jakimiś smętami” :D I niestety, boję się, że do tej rady będę musiała się zastosować. Choc pomysłów na podobne “pitu-pitu” mi nie brak, brak za to tych bardziej fabularnych… to cóż. Co najwyżej czytających będą potem zęby boleć :P

 

 

Wszyscy – dzięki za pozytywnego kopa. Tak długo unikałam tych fabuł, że chyba mi to w nawyk weszło, więc wasz krytyczne zachęty są bardzo motywujące ;)

 

 

Jak zaryzykujesz, z chęcią pobetuję ;)

 

Deirdriu, mam nadzieję, że wiesz, co piszesz, bo ja na pewno pociągnę za konksekwencje za te lekko rzucone słowa :) Pomysł nawet jest (pokłosie dyskusji pod moim poprzednim opkiem), ale na razie przyplątała mi się taka mała “głupotka”, nad którą dość intensywnie pracuję. Jak skończę, to obiecuję napisać coś z fabułą i na pewno się zgłoszę ;)

 

Na waszą odpowiedzialność, no!

Chyłkiem przez życie przemykam i drżę, gdy ktoś woła...

[…] fotografie z dzieciństwa, pełne uśmiechniętych buzi i radosnego poruszenia. ---> jednak “buź” pasowałoby lepiej, myślę…

[…] obejrzeć jego nabrzmiałą, siną twarz, opuchniętą jak po ugryzieniu bolesnym żądłem. ---> poproszę o wskazanie miejsca, w którym znajdę informacje, czym jest bolesne żądło, jak wygląda i jakim sposobem gryzie.

[…] po węgiel do którego trzeba było obejść pół domu, daremnie mocując się z ciężkim, ocynkowanym wiadrem. ---> daremność mocowania się z wiadrem oznacza, że nigdy nikomu nie udało się przynieść węgla.

[…] ładunek o tak znaczącej mocy… ---> znaczny nie musi być znaczącym i vice versa.

<><><>

Nie czytałem komentarzy.

Widzę jeden, za to fundamentalny błąd. Dzisiejsze wojny żadnego kraju nie pozostawią nietkniętego. Ale – wiesz? – bardzo lekce sobie ważę ten błąd. Bez niego opowiadanie nie byłoby takim, jakim jest: bardzo dobrym, wnikającym w głąb duszy tekstem.

Niezły, poetycki tekst. Najbardziej podobała mi się – “śmierć przyczajona na czubku pocisku”. Pozdrawiam.

Zauważyłem, że autorka czyta Prousta. Jeżeli przeczytała “W poszukiwaniu straconego czasu”, w znakomitym przekładzie Tadeusza Boya– Żeleńskiego, to gratuluję oczytania. Na tym dziele powinno się uczyć pisania pięknym, polskim językiem. Opisy, jeżeli są barwne i ciekawe, nie nużą w żadnym tekście. Pozdrowienia.

Jak wspomniałem już wcześniej, potrafisz tworzyć klimat. Na polu postapo możesz zdziałać wiele :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Adamie, “twoje” poprawki zostały wprowadzone. Dziękuję za komplement, po twoim krytycznym spojrzeniu na “Bo we mnie…” jest on o tyle milszy, że zaskakujący ;)

 

Ryszardzie – ze wstydem przyznam, że przeczytałam tylko “W stronę Swanna“ i “W cieniu zakwitających dziewcząt“. Ale mam twarde postawnowienie, że kiedyś się zawezmę i dokończę całość cyklu :) Ale zapierający dech w piersiach krajobraz wspomnień i impresji, jaki Proust odmalował już na pierwszych stronach, ukształtował mnie na pewno jako czytelniczkę.

 

Wicked – z kilku pomysłów na obiecaną ”fabułę” postapo w świecie z “Bo we mnie jest noc…” wydaje mi się mieć największy potencjał. Póki co mam kilka luźnych szkiców i pomysłów, ale kto wie, kto wie… Swoją drogą, nie lubię za bardzo tego nurtu “po bombie” bo wydaje mi się wtórny i nieco wyeksploatowany “na jedno kopyto”. A co do klimatu – sam, swoimi uwagami, miałeś w jego twozreniu niemały udział :)

 

 

Chyłkiem przez życie przemykam i drżę, gdy ktoś woła...

:-) Hm. Aż zaskakujący? Rozumiem, prawem niejako kontrastu. :-)

Serio: w tamtym opowiadaniu istniał element ściśle Science F., na którą jestem “pozytywnie uczulony”, ale nie doczekałem się rozwinięcia tego elementu, ukazania go w możliwej do osiągnięcia postaci i krasie – to zarzutowało na odbiór, z więc ocenę także. Tutaj apokalipsa występuje na dalekim planie, jest tylko punktem startowym do rozwinięcia opowiadania o spektrum ludzkich emocji. Opowiadania niespodziewanie spokojnego, stonowanego, momentami aż na granicy bezdusznej relacji, lecz same emocje, ich źródło, rozwój, są łatwe do odczytania, mogą się udzielić po skłonieniu do bardzo prostej refleksji…

Porównaj swoje opowiadanie z innym, krańcowo niby odmiennym: “Z Heleną w sercu, z kawą na języku”. Znajdziesz wspólne elementy?

Nowa Fantastyka