- Opowiadanie: Vercenvard - Iris

Iris

07.2015

 

Poniższy tekst z pomysłu na pojedynczą scenkę rozrósł się dość niespodziewanie do znacznie większych rozmiarów.  Pisany bez zbytniego planowania i wybiegania w przyszłość, w dużej mierze improwizowany, choć pod koniec wszystko się jakoś poukładało. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Iris

 Uniosła twarz ku ciemnemu od chmur niebu, pozwalając kroplom deszczu spływać po policzkach. Nie myślała w tej chwili o tym, co dokładnie mogłaby znaleźć w każdej z nich, gdyby tylko miała możliwość przebadania ich składu chemicznego.

Miała na głowie większe zmartwienia.

Przesunęła dłoń po poręczy schodów pożarowych i oparła ją na rękojeści pistoletu tkwiącego w kaburze przy udzie. W końcu wypuściła zgromadzone w płucach i zatrzymywane od kilkunastu sekund powietrze. Znów, stopień za stopniem, pięła się ku górze, z każdym krokiem zbliżając się do czekającego na nią celu.

Był tam. Na pewno.

Zamknęła lewe oko. Prawe, które pozostawało otwarte, w niczym nie przypominało tego, co zazwyczaj znajduje się w ludzkim oczodole. Czarne, lśniące, z ledwo, przesuwającym się po całej jego powierzchni, krwistoczerwonym krzyżykiem. Ten widok przyprawiał ją o mdłości, toteż rzadko kiedy spoglądała w lustro. Jakkolwiek by jednak jej sztuczne oko nie wyglądało, spisywało się należycie.

Czerwona plama zamajaczyła za ścianą, momentalnie przykuwając jej uwagę. Zbrojne w pistolet ramię bezwiednie podążyło za wskazaniem systemu celowniczego i znajdujący się w mieszkaniu człowiek znalazł się w prostej linii od koniuszka lufy.

Które to piętro?

Budynek liczył sobie zaledwie siedem kondygnacji. Był z pewnością o wiele starszy od niej. Pozostałość minionej epoki… W innej sytuacji mógłby nawet uchodzić za zabytek, ale w Polis-7 nikogo to nie obchodziło.

Dotarła na piąte piętro, a cel, jeśli wierzyć pozyskanym informacjom, znajdował się o poziom wyżej. A więc to już za chwilę… Opuściła broń i postawiła stopę na kolejnym stopniu.

– Iris? – rozległ się znajomy głos w słuchawce.

Drgnęła na dźwięk swego imienia. Wyczucie czasu, pomyślała, Charon miał doprawdy fatalne.

– Nie teraz – syknęła. – Jestem prawie na miejscu.

– To znaczy? – zdziwił się Charon.

– Zlecenie od Rimmona – wyszeptała, jednocześnie zatrzymując się między piętrami. – Nie mogę rozmawiać.

– Miałaś na mnie zaczekać – rzekł ze słyszalnym wyrzutem w głosie.

– Nie było na to czasu.

I rzeczywiście nie było. Informator, którego solidnie przycisnęła, nim zaczął sypać, twierdził, że cel opuszcza Polis-7 jeszcze tego wieczora. Nie wiedział, dokąd się udaje, ale nie miało to większego znaczenia. Poza miastem i tak nie zdołaliby go dopaść. Charon był na drugim końcu metropolii, gdy opuszczała kryjówkę. I miał na głowie inne sprawy.

Krople deszczu bezustannie tłukły w metalowe stopnie.

Kątem oka wychwyciła mrugający po przeciwnej stronie ulicy różowy neon. Nie obejrzała się w jego kierunku. Jej uwaga skupiała się już tylko na jednym. Powoli wysunęła głowę powyżej poziomu podłogi piętra, na którym znajdował się jej cel. Za ścianą pulsowały wyraźne, czerwone plamy. Zlewały się ze sobą, uniemożliwiając dokładne określenie liczby osób znajdujących się w mieszkaniu, ale nie sądziła, by było ich więcej niż pięć.

Bułka z masłem.

Lewą ręką sięgnęła po pistolet maszynowy.

Jak się to wszystko popieprzyło, pomyślała, gdy dłoń natrafiła na znajomy kształt. Jej krótka kariera w korporacyjnej służbie bezpieczeństwa znalazła swój gwałtowny koniec za sprawą podłożonej przez jakiegoś psychopatę bomby. Wyglądało na to, że nikt nie będzie już miał z niej większego pożytku, kiedy pojawił się on.

Charon.

Opłacił lekarzy, ufundował jej operację, wszczepy, tylko dzięki niemu wróciła do pełnej sprawności. Nie miała pojęcia, ile dusz wyprawił na tamten świat, jednak nie mając innych perspektyw, szła w jego ślady. Czuła, że jest mu to winna i choć powiedział, że może odejść, kiedy tylko zechce, do tej pory jakoś nie mogła się na to zdecydować.

Ech, dość tego, powiedziała sobie w myślach, wracając do rzeczywistości.

Tu i teraz. Na tym skupić musiała się cała jej uwaga.

Jedna z czerwonych plam przemieściła się na prawo, chyba do samej ściany. Reszta wciąż pozostawała w zbitej grupce. Kim mogli być ci ludzie? Informator wspominał o dwóch ochroniarzach, tych spisała na straty bez większych oporów. Pozostali wzbudzali w niej jednak pewne wątpliwości.

Nie, na ten komfort nie mogła sobie pozwalać.

Kolejny stopień… I jeszcze jeden…

Przylgnęła do ściany tuż przy oknie. Było przesłonięte płytą z ciemnego tworzywa. Znała ten materiał. Dla ręcznej broni, jaką miała ze sobą, stanowił przeszkodę nie do pokonania, ale była przygotowana na taką ewentualność. Sięgnęła do pasa, odpięła od niego niewielki krążek i przyłożyła do okna. Został na nim, gdy odjęła rękę. Na czarnej, jednolitej powierzchni rozbłysły czerwone cyfry.

10… 9… 8…

Cofnęła się do schodów i zeszła w dół…

7… 6… 5…

Zatrzymała się na niższym piętrze i wstrzymała oddech.

4… 3… 2…

Ciekawe, co powie Charon, gdy się dowie…

1…

Huk eksplozji zakłócił monotonię deszczowego popołudnia. Zerknęła w dół, chcąc sprawdzić, czy w zasięgu wzroku nie znajduje się korporacyjny patrol. Wtedy miałaby jeszcze mniej czasu.

Poderwała się na równe nogi i w kilku susach była piętro wyżej. Usłyszała krzyki, zobaczyła masywnego mężczyznę zaciskającego dłoń na rękojeści strzelby. W ostatniej chwili zeszła z linii strzału.

System celowniczy w cybernetycznym oku już namierzył przeciwnika, a sprzężone z nim ramię samo nakierowało się na cel. Pozostawało tylko nacisnąć spust. Nie miała czasu na zastanowienie.

Górna część czaszki mężczyzny eksplodowała w zetknięciu z pociskiem.

– Ja pierdolę! – krzyczał ktoś, kogo nie widziała. – Ruszcie się!

Wpadła do pokoju i przetoczyła się po podłodze w kierunku szklanego stołu. Nim się zatrzymała, ściskany w dłoni pistolet maszynowy plunął ogniem, a krew zbryzgała ścianę i podłogę. Długowłosy blondyn padł jak długi, wrzeszcząc przeraźliwie. Przestrzelone lewe udo i prawa piszczel. Powinno wystarczyć, by zneutralizować zagrożenie, jakie mógł stanowić. Powinno…

Wypuścił broń, ale ona musiała mieć pewność.

Posłała mu kulkę w środek czoła i skoczyła za stojąca pośrodku pokoju kanapę.

Ktoś już tam był.

Odruchowo wyciągnęła przed siebie broń i wypaliła mu prosto między oczy. Krew i kawałki mózgu zbryzgały jej twarz, a zachlapany posoką system celowniczy z miejsca zaczął głupieć.

– Szlag… – mruknęła do siebie, wyłączając sprzężenie oka z ramieniem. 

Usłyszała strzały i poczuła odpryski tynku ze znajdującej się za jej plecami ściany. Przeturlała się w kąt, jednocześnie strzelając w kierunku, w którym spodziewała się swych przeciwników. Ktoś krzyknął. Głośno. Boleśnie.

– Tam jest!

Kobiecy głos. Spojrzała i zobaczyła mierzącą do niej z pistoletu, ubraną tylko w pończochy brunetkę o półprzytomnym, zamglonym spojrzeniu. Strzeliła jej w kolano, zerwała się z podłogi i stwierdziła, że zostały w pokoju już tylko one. Ruszyła w stronę uchylonych drzwi wyjściowych i niemal w tej samej chwili usłyszała huk wystrzału.

Pocisk trafił w środek pleców, uderzenie pchnęło ją do przodu i pozbawiło równowagi. Lekki pancerz, który miała na sobie, był w takich przypadkach w zupełności wystarczający…

Oparła się na kolanie, obejrzała przez ramię i zobaczyła wpatrzone w nią oczy zaćpanej brunetki, która najwyraźniej nawet nie zauważyła, że została postrzelona, a w ręku wciąż ściskała broń.

Cóż, trudno się mówi.

Wpakowała jej dwie kule w głowę i dopadła do drzwi. Klatka schodowa była raczej przestronna, stopnie biegły naokoło, wzdłuż ściany. Gdy dopadła do balustrady i spojrzała w dół, ujrzała sylwetki znikające w cieniu gdzieś pod schodami, na których stała.

Byli dwa piętra niżej.

Nie miała czasu do stracenia. Natychmiast ruszyła biegiem w ślad za nimi. W międzyczasie otarła cybernetyczne oko i gdy tylko stwierdziła, że wszystko działa jak należy, ponownie uruchomiła połączenie.

Na pierwszym zakręcie schodów przywitały ją kule, z których jedna sięgnęła celu, rozrywając jej rękaw na ramieniu. Skrzywiła się z bólu, pognała do przodu, by zejść z pola widzenia strzelca, a gdy tylko zdołała to uczynić, sięgnęła do panelu na lewym przedramienia i wdusiła do oporu znajdujący się na nim czerwony guzik. Środek przeciwbólowy z wszczepionego dozownika zaczął działać po jakichś trzech sekundach.

– Kto cię nasłał, pieprzona dziwko?! – dobiegło ją wołanie gdzieś z dołu.

System wyświetlił jej przypuszczalny kierunek, określając prawdopodobieństwo poprawności wskazania na 78%. Uznała to za wystarczająco dobry wynik. Przesunęła się na czworakach wzdłuż balustrady, potem wsunęła rękę trzymającą pistolet między metalowe pręty i, ustawiwszy ją pod wskazanym przez system kątem, nacisnęła spust.

Głośny okrzyk zlał się z hukiem wystrzału.

– Trafiła mnie! Niech to chuj! Trafiła!

Skoczyła na balustradę, odbiła się z niej obunóż i przeleciała przez całą szerokość klatki schodowej, lądując po przeciwnej stronie na niższym piętrze. Zawadziła przy tym o poręcz i nim zdołała wyhamować, zaliczyła bliskie spotkanie ze ścianą. Jęknęła ni to boleśnie, ni to wściekle i znów poderwała się do biegu.

Mężczyzna, którego widziała piętro niżej, dwa kroki od skulonego, leżącego w kałuży krwi chudzielca, był jej celem. Jego zdjęciom przyglądała się wystarczająco długo, by nie mieć co do tego najmniejszych nawet wątpliwości. Potężnie zbudowany, łysy brodacz miał na sobie rozpiętą, skórzaną kurtkę najeżoną rozlokowanymi tu i tam stalowymi kolcami. Pod nią nie nosił nic. Nie wiedziała o nim wiele ponad to, że nazywał się Jedediah Stern i w jakiś sposób naraził się Rimmonowi, a ten wyznaczył za niego całkiem sporą nagrodę. Przyczyny takiego stanu rzeczy nie były w tej chwili istotne, za to wymierzona w nią broń w jego ręku – jak najbardziej.

Schyliła się, a seria pocisków z karabinu maszynowego przecięła powietrze i z łoskotem naznaczyła ścianę gromadką dziur. Gdy zaś Stern ponownie nacisnął spust, do uszu jego prześladowczyni dobiegł niezwykle pokrzepiający dźwięk świadczący o tym, że właśnie zabrakło mu amunicji.

Tak! Wreszcie szczęście się do niej uśmiechnęło.

– No dalej, suko! – zakrzyknął Stern, zrzucając z siebie kurtkę. – Chodź tutaj i pokaż, na co cię stać!

Rzucał jej wyzwanie.

Musiała przyznać, że perspektywa pokazania mu, jak wielki błąd popełnia, była na tyle kusząca, że niewiele brakowało, by…

– Jak tam, Iris? – odezwał się z słuchawki Charon.

Westchnęła ze zniecierpliwieniem, po czym skierowała lufę pistoletu wprost ku brodaczowi.

– Rimmon przesyła pozdrowienia – powiedziała i pociągnęła za spust.

– Jesteś cała?

– Mniej więcej – odparła – mógłbyś dać mi pracować?

– Musiałem się upewnić…

– Czy co?

– Czy nie potrzebujesz wsparcia. Załatwiłem, co miałem do załatwienia i jestem do dyspozycji.

– Właśnie spieprzyłeś mi zabawę – burknęła. – Więc nie truj już i daj mi dokończyć. Zrobię zdjęcia i wynoszę się stąd, w każdej chwili spodziewam się tu patroli korpo.

– No to zbieraj się stamtąd. Do zobaczenia.

Wyłączyła komunikator.

 

*

 

Ciepła, gorąca niemal woda ściekała jej po czole, policzkach i szyi, spływała po ramionach, plecach, piersiach i brzuchu, by w końcu zacząć ostatni etap swej wędrówki, podążyć w dół, wzdłuż ud, minąć kolana, dotrzeć do stóp, a zaraz potem znaleźć się u celu, w odpływie prysznicowego brodzika.

Para przesłaniała jej widok, ciepło wprowadzało w nastrój błogiego rozleniwienia…

Gdy dotknęła prawą dłonią biodra, coś stuknęło…

Znieruchomiała.

Wolnym ruchem podniosła prawą dłoń i spojrzała na nią. Czarne, połyskliwe tworzywo od koniuszków palców, niemal po łokieć…

Ociekało mydlinami.

Pokręciła głową. Minęło pół roku, a widok ten wciąż ją zaskakiwał. Eksplozja bomby, którą, jak na ironię, komuś udało się podłożyć w korporacyjnym centrum bezpieczeństwa zostawiła ją ze zmasakrowaną połową twarzy, bez prawej dłoni i z wielką dziurą w biodrze.

Na myśl o tym zadrżała.

Potem był szpital. Dni wlekły się niemiłosiernie, a sny, jej jedyna ucieczka przed rzeczywistością, szybko zmieniły się w koszmary. Noc w noc budziła się z krzykiem, aż wreszcie, będąc niemal na krawędzi, za którą czaiła się już tylko otchłań szaleństwa, niespodziewanie stanęła przed wyborem.

Efekt swej decyzji miała teraz przed oczyma.

Utraconą rękę zastąpiono implantem z utwardzonego włókna węglowego, lekkim i wytrzymałym. Szybko nauczyła się nim posługiwać w stopniu, który pozwalał jej zapomnieć o swym kalectwie. Zniszczony zupełnie staw biodrowy również uzupełniono, a jedynym, co o tym fakcie przypominało, była „łata” z czarnego tworzywa w prawym boku, nieco poniżej pasa. Również i twarzą zajęto się należycie. Jedyną pozostałością po tych zabiegach były dwie pionowe blizny, teraz ledwo widoczne i już przestała się nimi przejmować.

Najgorsze było jednak oko…

Sięgnęła do pulpitu sterującego i uruchomiła suszenie. Chwilę później postawiła stopy na gładkiej podłodze i postąpiwszy dwa kroki do przodu, stanęła przed sięgającym zarówno podłogi, jak i sufitu lustrem.

Pierwszym, co zwykle robiła w takiej sytuacji było sięgnięcie po przyciemnione okulary. Charon dał jej co prawda szkło kontaktowe imitujące naturalny wygląd oka, ale nie było wystarczająco kompatybilne z implantem i zwyczajnie ją drażniło. Korzystała z niego tylko wtedy, gdy chciała iść między ludzi i nie zwracać przy tym uwagi na te elementy swego ciała, które nie były dziełem natury.

Przesunęła wzrokiem po swej szczupłej sylwetce i kiwnęła głową, uśmiechając się przy tym z wyraźną aprobatą. Przynajmniej z tym nie miała żadnych problemów. Przeczesała dłonią półdługie włosy przefarbowane na ciemny błękit. Przyjrzała się im uważnie, po czym uznawszy, że poświęciła im zbyt mało uwagi, sięgnęła po grzebień. Po prawej stronie głowy, nieco powyżej skroni, znajdowało się miejsce, w którym, wskutek odniesionych obrażeń, włosy nie rosły równo. Tu i tam nie rosły wcale. Nie była to szczególnie dotkliwa niedogodność, ale mimo wszystko wystarczający powód, by przedziałek zawsze mieć po lewej.

Uporawszy się z włosami, wciągnęła na siebie kolejno majtki i obcisłą, czarną koszulkę. W chwili gdy kończyła przeciągać ją przez głowę, usłyszała wołanie Charona.

– Żyjesz?!

– Już wychodzę!

Po chwili znalazła się w przestronnym apartamencie. Przez dwie z czterech ścian, w całości oszklone, podziwiać można zeń było panoramę Polis-7, od lśniących w blasku zachodzącego słońca oszklonych drapaczy chmur w samym centrum, aż po slumsy na południowym krańcu metropolii.

Podeszła do szyby i oparła o nią dłonie. Do widoku zdążyła już przywyknąć, ale o tej porze dnia nie potrafiła mu się oprzeć.

Charon siedział w fotelu za półokrągłym biurkiem, plecami do okien. Wpatrywał się w trójwymiarową projekcję holograficzną wyświetloną w zasięgu jego ręki. Wyglądało to na skomplikowany model czy też schemat jakiegoś urządzenia. Iris nie była zainteresowana i przemknąwszy po nim spojrzeniem, wróciła do obserwacji rozciągającego się za oknami widoku.

– Dobrze się spisałaś – rzekł Charon.

Wzruszyła ramionami.

– Nic wielkiego.

– Skąd ta fałszywa skromność? – spytał swym zwykłym, pozbawionym wyrazu tonem głosu. – Ilu ich tam było?

– Pięcioro czy sześcioro, nie pamiętam już.

– Wszyscy uzbrojeni?

– Raczej tak.

– To już coś.

Próbowała zachować maskę obojętności, jaką przywdziała, opuszczając łazienkę, ale wbrew wszelkim staraniom, kąciki ust same powędrowały ku górze. Do tej pory nie miał w zwyczaju jej chwalić.

Gdy tylko udało jej się na powrót zapanować nad mimiką, zwróciła ku niemu wzrok. Charon zdążył już wstać ze swego fotela. Mierzył blisko dwa metry wzrostu, a jego atletyczna sylwetka niezmiennie budziła jej podziw. Twarz miał poważną, szczękę mocną, szeroką, oczy, wiecznie zmrużone, spoglądały groźnie spod wyraźnie zarysowanych brwi. Czarne jak smoła włosy wiązał wysoko w małą kitkę, podczas gdy boki głowy miał ogolone, zapewne ze względu na rozlokowane na nich gniazda dozowników.

Przyglądał się jej dziwnie.

Podejrzliwie.

– Trafili cię?

Miała nadzieję, że nie zapyta, ale skoro już to zrobił, nie sposób było wymigać się od odpowiedzi.

– Tak – przyznała, opuszczając głowę, by nie widział jej zawstydzonej miny. – Dwa razy. Jeden to moja wina, zagapiłam się. Drugi… pancerz mnie spowalnia i…

– Jest na to rada – odrzekł. – Wiesz o tym.

– Możemy do tego nie wracać? – spytała, odwracając wzrok.

– Podskórny pancerz nie ogranicza swobody ruchów, waży tyle, co nic, a wytrzymałością nie ustępuje…

– Po co mi o tym mówisz? – spytała, wyraźnie już zniecierpliwiona. – Wiem przecież.

– Nie zaszkodzi przypomnieć. Miałaś to przemyśleć.

– I przemyślałam – odparła, na powrót zwracając się ku szybie. – Nic z tego.

Charon pochylił się nad biurkiem, przemknął palcami po hologramie. Szyby pociemniały, a słoneczny blask jakby przygasł.

– Żyjesz bez oka, prawej ręki i stawu biodrowego, to, jakby nie patrzeć, nieco ważniejsze części ciała niż…

– Wybacz, ale tego nie zrobię. Mniejsza z tym, jak wygląda operacja wszczepiania tego cholerstwa i ile trwa dochodzenie po niej do siebie, mniejsza z tym, że każdy kolejny wszczep tylko zwiększa ryzyko wszelkich komplikacji. Przeżyłabym jakoś, ale… z pewnością zaprojektował to facet. I zrobił to z myślą o facetach. Podskórny, elastyczny pancerz osadzony na żebrach, super sprawa. Ale ja nie zamierzam dać sobie uciąć cycków tylko po to, żeby być kompatybilna z tego rodzaju… ulepszeniem. Wyobraź sobie, że przez ostatnie parę lat zdążyłam do nich przywyknąć, szczerze mówiąc, naprawdę je lubię i to, że ktoś nie wziął pod uwagę kobiecej anatomii przy swoim genialnym projekcie, nie jest powodem, by…

– Czyżbyś zamierzała ich używać zgodnie z przeznaczeniem i wytycznymi matki natury? – spytał.

Spojrzała na niego, z trudem panując nad nerwami.

– Nie – odparła. – Nie zamierzam.

– O ile cenisz sobie swoje zdrowie i życie, logicznie byłoby…

– Charon, powiedz mi jedno – weszła mu w słowo.

Wiedziała, że tego nie znosi i zwykle starała się tego nie robić, ale w tej chwili nie przejmowała się już tym, jak zareaguje.

– Tak?

– Planujesz kiedyś zostać ojcem?

– Nie.

– Więc zastosuj się do swojej logiki, ty chory pojebie, i utnij sobie jaja. Jak już to zrobisz, możemy wrócić do tej rozmowy.

Zmarszczył brwi i przybrał nietypowy dla siebie, z lekka zakłopotany wyraz twarzy. Na ten widok z trudem powstrzymała cisnący się na usta triumfalny uśmiech, po czym bez słowa odwróciła się na pięcie i poszła prosto do swej sypialni.

– Pamiętaj – rzucił Charon beznamiętnie – o dzisiejszych badaniach.

– Pamiętam – odparła, a w chwilę później drzwi zasunęły się za nią.

Rzuciła się na szerokie, proste łóżko, które bardziej przypominało gruby, czarny materac i utkwiła spojrzenie w nieskazitelnie białym suficie.

Skurwysyn, myślała, co on sobie w ogóle wyobraża? Sądziła, że dość jasno wyraziła swą opinię za pierwszym razem. Owszem, nie miała nic przeciwko, by zastąpić utracone części ciała. Któżby się temu sprzeciwiał? Ale zgoda na to, a także i wdzięczność, jaką żywiła wobec swego, jak jej się do niedawna zdawało, dobroczyńcy, nie oznaczały, że radośnie przyklaśnie kolejnym pomysłom zmierzającym prosto ku przekształceniu jej w to, czego Charon potrzebował.

W maszynę do zabijania.

Otóż to.

Tego mu właśnie było trzeba.

Już jakiś czas temu wybiła sobie z głowy wszelakie złudzenia co do tego, za kogo ją uważał. Z początku spodziewała się, że może zostać sprowadzona do roli towarzyszki łóżkowych igraszek i nie bez oporów przyznała przed samą sobą, że była to dla niej perspektywa wcale kusząca. Charon wpadł jej w oko i nie zamierzała udawać, że jest inaczej. Gdy więc tylko doszła do siebie, zaczęła wysyłać mniej i bardziej jednoznaczne sygnały. Ku swemu rozczarowaniu nie doczekała się jednak spodziewanego odzewu. Kilka razy zdarzyło się jej z premedytacją przemknąć nago z łazienki do sypialni na jego oczach, na co jedyną reakcją było zaskoczone spojrzenie za pierwszym razem i całkiem już niemal obojętne za każdym kolejnym. W efekcie nabrała pewnych podejrzeń i przez jakiś czas była niemal pewna, że Charon musi być gejem. Przekonanie to prysło jednak z chwilą, gdy pewnego razu wrócił z wieczornego wypadu w towarzystwie dwóch interesująco wystrojonych osobniczek, z którymi następnie spędził całą noc. Odgłosy dobiegające z sąsiedniej sypialni nie tylko rozwiały wszelkie wątpliwości Iris, ale i przyprawiły ją o nagły przypływ zazdrości, a w efekcie również i wściekłości. Jej wyrazem stało się uparte milczenie i ignorowanie Charona w dniu następnym, aż do momentu, gdy zdecydował postawić sprawę jasno.

Dowiedziała się wtedy, że jej opiekun dzieli ludzi na dwie kategorie: tych, których szanuje, i całą resztę, którą w taki czy inny sposób, jak się sam wyraził, serdecznie pierdoli. Tym sposobem, z pozycji kobiety poniżonej i wzgardzonej, w jakiej się już widziała, wywyższona niespodziewanie do elitarnego grona osób szanowanych, Iris odzyskała humor. Wraz z nim wróciła również i chęć dowiedzenia się w końcu, czego tak naprawdę od niej oczekiwano.

Rozwiązanie tego problemu okazało się prostsze niż przypuszczała. Na zadane bezpośrednio pytanie otrzymała jasną i klarowną odpowiedź. Otóż została uznana za osobę mogącą się okazać przydatną dla tworzonej przez Charona grupy zabójców. Nie bez znaczenia były tu oczywiście szkolenia, które przeszła przed wstąpieniem do służby bezpieczeństwa OmniSynthu. Wiadomość tę przyjęła w milczeniu, z szeroko otwartymi z wrażenia okiem i ustami. Poproszona o przemyślenie propozycji zamknęła się w swej sypialni na kilka kolejnych godzin, które spędziła na gapieniu się w okno i siłowaniu się z własnymi, niespokojnymi myślami. Gdy już stanęła w drzwiach, miała dla niego tylko jedną odpowiedź.

Wtedy wydawało jej się, że to dobry pomysł.

Teraz zaś, po tym, co jej mówił, cała ta gadka o szacunku zaczęła wyglądać jak kiepski dowcip.

Ciekawe, pomyślała, co by zrobił, gdyby rzeczywiście powiedziała mu, że odchodzi. Implanty musiały sporo kosztować, wcale by się nie zdziwiła, gdyby zażyczył sobie ich odpracowania. A może po prostu zechciałby odebrać swą własność?

Wzdrygnęła się na tę myśl. 

Po krótkiej chwili coś zaświtało jej w głowie.

Wyjść. Musiała stąd wyjść. Odetchnąć smrodem spalin, nasycić oczy ulicą. Zrobić coś, cokolwiek, co przywróci jej wiarę w to, że wciąż jest panią własnego losu.

Badania. Kurwa mać.

Na 20:00 mieli umówioną wizytę. Doktor Zachary Barnett, którego poznała przy okazji swoich operacji, miał wpaść z lekami i sprawdzić jej stan. Robił to raz w tygodniu. Była to ponoć standardowa procedura przy zaawansowanej cyborgizacji, tak przynajmniej twierdził Charon. Iris była przekonana, że nie brakowało takich, którzy olewali tego rodzaju standardy ciepłym moczem i jakoś żyli. Być może w innej sytuacji sama byłaby jedną z nich, ale skoro miała możliwość sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, a płacił za to ktoś inny, nie wypadało nie skorzystać.

Póki co odłożyła inne plany na później. Ulica nie ucieknie.

Barnett zjawił się punktualnie. Zaraz po przekroczeniu progu uścisnął dłoń Charona, po czym postawił na stole walizkę, którą przyniósł ze sobą, i zaprosił Iris do zajęcia miejsca na wysokim stołku.

Miał około czterdziestu lat, przerzedzone ciemne włosy i garbaty nos. Nosił sięgający kostek płaszcz, pod którym dostrzegła kaburę i wystającą z niej rękojeść broni. Nie było w tym niczego dziwnego. Nikt posiadający choć odrobinę zdrowego rozsądku nie wychodził na ulice Polis-7 nieuzbrojony. Była to jedna z prawd, które Iris poznała już w dzieciństwie.

– Jak się czujesz, Iris? – spytał. – Uskarżasz się na coś?

– Ramię – odparła bez zastanowienia. Barnett uniósł brwi.

– Postrzelono mnie – wyjaśniła. – Nic mi nie będzie.

– Rozumiem. Spójrzmy na to.

Pokazała mu zranione miejsce.

– To tylko draśnięcie – powiedziała.

– Istotnie – zgodził się lekarz. – Nic wielkiego, ale lepiej będzie to zszyć.

Wzruszyła ramionami i kiwnęła głową przyzwalająco. Barnett wziął się do roboty. Tymczasem Charon stał oparty o stół, skrzyżował ręce na piersi i przyglądał się w milczeniu.

– Doradzałbym ostrożność – rzekł lekarz, uśmiechając się znacząco. – Dłuższe przebywanie w towarzystwie tego człowieka grozi poważnym uszczerbkiem na zdrowiu.

Iris chciała się uśmiechnąć, lecz w tym momencie poczuła igłę i syknęła z bólu.

– O, przepraszam – powiedział Barnett. – Znieczulimy to.

– Jak się mają sprawy? – spytał Charon.

Barnett oderwał wzrok od rany. Wyraz twarzy miał niepewny, ruchem głowy wskazał dziewczynę.

– Nie przejmuj się nią – odrzekł gospodarz.

Iris posłała mu nieprzyjemne spojrzenie.

– Zła wiadomość jest taka – zaczął lekarz, wracając do przerwanego zabiegu, – że tylko w ciągu ostatniego tygodnia odnotowano kolejne sto dwadzieścia przypadków wystąpienia wirusa. 10% z tego miało ostry przebieg, co drugi z takich pacjentów umiera w ciągu kilku godzin od wystąpienia pierwszych objawów.

Iris poczuła odrętwienie ramienia, efekt podanego przed momentem środka znieczulającego, i już bez przeszkód skupiła się na tym, o czym mówił Barnett. Omicron, wirus „O”, temat przewijający się w wiadomościach od miesięcy. Przenoszony drogą kropelkową, jak dotąd nieuleczalny, a ilość zachorowań na terenie Polis-7 wzrastała z każdym tygodniem. Niektórzy podejrzewali, że jego źródłem były laboratoria OmniSynth. Iris nie chciała w to wierzyć.

– A mamy jakieś dobre wiadomości? – spytał Charon.

– Mamy – potwierdził Barnett. – Zakończono testy leku. Pomyślnie.

– Szybko. Kiedy uruchomią produkcję?

– Już to zrobili. Ale na tradycyjną dystrybucję nie należy liczyć. Koszt produkcji jest wysoki, proponowana cena ograniczyłaby grono odbiorców do mniej niż 1% mieszkańców polis.

– Nie pozwolą sobie na to – stwierdził z pełnym przekonaniem Charon. – Potrzebują ludzi, których mogą kontrolować, a nie zwłok tych, których nie stać było na lek.

– Owszem – zgodził się Barnett. – Poza tym mają spore nadwyżki w budżecie. Dlatego będą go rozdawać za darmo.

Oczy Charona zwęziły się nawet bardziej niż zwykle, zmieniając się w wąskie szparki. Po chwili pokiwał głową.

– Posłużą się tym – stwierdził z przekonaniem. – Jak sitem.

– Właśnie. No, gotowe – dodał, odsuwając ręce od ramienia Iris. Po chwili natrafił wzrokiem na badawcze spojrzenie, jakim go mierzyła, i przybrał pytający wyraz twarzy.

– Co to znaczy? – spytała dziewczyna, sama dziwiąc się swej nagłej śmiałości.

Charon wbił w nią lodowate spojrzenie. Mogła słuchać, ale najwyraźniej nie życzył sobie, by odzywała się niepytana.

Lekarz uśmiechnął się i bezzwłocznie przeszedł do wyjaśnień:

– Lek otrzymają osoby, które przejdą pozytywnie weryfikację. I badania oczywiście. Tym sposobem, przynajmniej teoretycznie, jednostki społeczeństwu niepotrzebne, w tym poszukiwani przestępcy, a także wszyscy ci, którzy z jakiegoś powodu są niewygodni, będą pozostawieni na pastwę choroby.

– A praktycznie?

– Niektórzy zawsze znajdą sposób na rozwiązanie swych problemów – odrzekł Zachary z lekkim uśmiechem. – Mam coś dla was.

To powiedziawszy, sięgnął do walizki i wyjął z niej niewielki pojemnik. Gdy go otworzył, oczom Iris i Charona ukazały się cztery fiolki wypełnione czarnym jak smoła płynem.

– To jest to, co myślę? – zapytała niepewnie dziewczyna.

Barnett kiwnął głową, a Iris posłała pytające spojrzenie Charonowi.

– Trzeba umieć się ustawić – mruknął, po czym dodał, spoglądając na swego gościa: – Nie będzie kłopotów?

– Niech cię o to głowa nie boli – odrzekł lekarz. – Ale nie zwlekajcie ze spożyciem, ta mieszanka to zarówno lek, jak i szczepionka. Gwarantuje odporność na zarażenie, więc nie ma powodu, by czekać.

– Skąd… – zaczęła Iris, ale urwała, zgromiona spojrzeniem Charona.

– To byłoby, że tak powiem, niedyskretne pytanie – rzekł Barnett, nie przestając się uśmiechać. – A teraz pozwolisz, że wrócimy do ciebie. Poza ręką wszystko w porządku?

– Tak…

– Żadnych drgawek, gorączki, mroczków przed oczami? Senność? Zmęczenie?

Pokręciła głową.

– Dobrze, bardzo dobrze.

Następnie przystąpił do standardowych badań: obejrzał jej oko, gardło, sprawdził reakcje, koordynację, a także poprawność działania wszczepów. W końcu pobrał krew i przy pomocy przyniesionej w walizce podręcznej aparatury w ciągu kilku minut otrzymał wszystkie potrzebne wyniki.

– Nie najgorzej – stwierdził, przyglądając się zawartości małego ekranu wyświetlającego słupek cyfr i symboli. – Lekkie oznaki stanu zapalnego, ale w tej sytuacji nic nadzwyczajnego. Dam ci coś na to, za tydzień sprawdzimy, czy pomogło. Jeśli nie, przeprowadzimy szczegółową diagnostykę.

Słuchała w milczeniu, ale wyraz jej twarzy sprawił, że Barnett uznał za stosowne ją pocieszyć:

– Nie ma się czym martwić – powiedział. – Zazwyczaj sytuacja normuje się po lekach.

– A potem?

– Cóż, nie będę cię oszukiwał, może się na powrót pochrzanić. Ciała obce o skomplikowanej strukturze, wielopoziomowe połączenia, mechanizmy, neurosploty, cała masa rzeczy, które mogą przysporzyć nam kłopotu. Szczególnie, jeśli zostaną uszkodzone. W takim wypadku sugeruję natychmiast się ze mną kontaktować.

– Rozumiem.

– To by było wszystko – rzekł lekarz, sięgając po walizkę. – Na mnie już czas. Charonie…

– Dziękuję, Zach. Oboje dziękujemy – rzekł Charon, podając mu plastikową kartę z metalicznym paskiem i emblematem OmniSynth.

– Nie ma za co – odparł lekarz, chowając ją do kieszeni. – Zawsze do usług. Do widzenia, Iris.

Gdy zamknęły się za nim drzwi, Charon bez słowa ruszył do swego biurka. Zasiadł za nim i uruchomił holoprojekcję. Patrzyła na niego przez chwilę, a gdy już miała odwrócić się z zamiarem udania się do sypialni, zobaczyła na holograficznym ekranie znajomą twarz.

Mężczyzna miał nieco ponad dwadzieścia lat, nosił liczącego jakieś piętnaście centymetrów wysokości irokeza i gogle nadające mu z lekka komicznej aparycji. Ale, o czym Iris dobrze wiedziała, nabijanie się z niego, kiedy był w pobliżu zdecydowanie nie należało do dobrych pomysłów. Teraz go tu jednak nie było i Iris uśmiechnęła się pod nosem.

Zamiast iść do pokoju, oparła się o ścianę, chcąc się przekonać, w jakiej sprawie się zgłosił.

– Co u ciebie, Siergiej? – spytał Charon.

Obraz migał i zanikał, zdawało się, że irokez w goglach musi siedzieć przy zdychającej jarzeniówce. Za plecami miał ceglany mur pokryty fluorescencyjnym graffiti.

– Chciałem ci dać znać, że żółtki wykonały ruch.

Głos miał nieprzyjemny. Do tego mlaskał obleśnie i ustawicznie pociągał nosem.

– Co się stało? – spytał Charon, wyraźnie zainteresowany słowami swego rozmówcy.

– Matsunaga zaprosił na rozmowy głowy wszystkich gangów Zachodniego Przymierza. Naszej wtyczce udało się wkręcić na imprezę.

– Wtyczce? Przypomnij mi, kto nią był?

– Jacobson.

– Mów dalej.

Siergiej pociągnął nosem.

– Z początku wyglądało w porządku, towarzystwo ochoczo wpierdalało sushi serwowane na gołych dziwkach Matsunagi, wznieśli jeden toast, potem drugi, ale szybko się okazało, że punkty sporne są zbyt istotne, by je, ot tak, pominąć.

– I co?

– Szef żółtków się wkurwił i wpuścił tam trzech hodowlańców. Rozmiar XXL, móżdżki wielkości pierdolonych orzeszków ziemnych, łapska w bicepsie grubsze ode mnie całego. Jak zaczęli napierdalać…

– Co z Jacobsonem?

– Po tym, co widziałem, zanim transmisja z jego kamery się urwała… No nie wiem, kurwa, powiedziałbym, że już po nim.

– Jakieś wieści z ulicy?

Siergiej kiwnął głową i mlasnął głośno.

– Rozniosło się szybko, ktoś musiał dać znać służbom bezpieczeństwa, bo zaraz podwojono ilość patroli z ciężkim sprzętem. Puścili do dzielnicy żółtków Tytana i chyba dalej tam stoi, więc póki co jest spokój. Ale chuj wie, co będzie, jak go już stamtąd zabiorą…

Charon bębnił palcami po blacie biurka. Minę miał zamyśloną.

– Zrobisz coś z tym? – spytał Siergiej.

– Przemyślę sprawę – odparł Charon. – Może wypadałoby złożyć wizytę Matsunadze i delikatnie zwrócić mu uwagę, że nie tak się umawialiśmy.

– Myślisz, że go to ruszy? – powątpiewał Siergiej.

– Jeśli nie to, ruszy go coś innego.

Irokez w goglach uśmiechnął się szeroko, pokazując niekompletne, mocno poczerniałe uzębienie.

– Coś jeszcze? – spytał Charon.

– Właściwie… – zająknął się Siergiej – no… jedna sprawa.

– Słucham.

– Wspominałeś w zeszłym miesiącu, że jest szansa na jakieś wszczepy…

– Co by cię interesowało?

– Nie wiem, kurwa, może częściowy egzoszkielet? Bark i ramię na ten przykład? Może jakieś płytki pod skórę, wiesz jak jest, Charon.

– Pomyślimy.

– Spławiasz mnie? – obruszył się irokez. – Po tym wszystkim, co zrobiłem? Kurwa, bądźże człowiekiem… Tamtej dziwce niczego nie żałowałeś…

– To co innego – przerwał mu Charon – i dobrze o tym wiesz. Jak stracisz rękę, nie dam ci długo czekać na implant.

– Robię dla ciebie trzeci rok – nie dawał za wygraną Siergiej – a ona? Nawet nie wiedziałeś, czy się nada, a nie żałowałeś jej niczego…

– Powiedziałem, pomyślimy. Tyle ode mnie, żegnam.

Jego rozmówca chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nie zdążył, bo Charon wyłączył projekcję. Potem spojrzał na opartą o ścianę Iris.

– Trening – powiedział – walka wręcz. Za piętnaście minut.

– Spierdalaj – warknęła, starając się brzmieć stanowczo. – Wychodzę.

– Kiedy wrócisz?

– Jak wrócę – odparła, zbliżając się do drzwi.

Przyłożyła dłoń do czytnika, ale w tej samej chwili rozległ się przeciągły pisk. Zaskoczona, odsunęła rękę. Na wyświetlaczu widniał komunikat: DRZWI ZABLOKOWANE.

Odwróciła się w stronę siedzącego za biurkiem Charona, marszcząc gniewnie brwi. Mężczyzna spoglądał na nią, a jego twarz nawet nie drgnęła.

– Co to ma znaczyć? – spytała.

– Twoja postawa staje się ostatnio… niewłaściwa. Nie zamierzam tego dłużej tolerować. Okaż nieco szacunku, Iris.

Twarz jej poczerwieniała i przez chwilę wyglądała, jakby miała eksplodować. Zamiast tego odetchnęła głęboko i spuściła głowę, wbijając wzrok we własne stopy.

– Spróbujmy jeszcze raz – powiedział Charon. – Kiedy wrócisz?

– Przed północą – odpowiedziała, wciąż nie podnosząc wzroku.

– Lepiej. Niech ci będzie. Trening odłożymy do jutra.

Przesunął palcem po blacie. Wyświetlacz przy drzwiach rozbłysnął zielenią.

– Nie zapomnij o broni – dodał.

Kiwnęła głową i zawróciła w stronę swego pokoju. Po chwili znów była pod drzwiami, tym razem ubrana w sięgający kolan płaszcz, z kapturem nasuniętym na czoło. Gdy spojrzał w jej kierunku, pokazała mu kaburę zapiętą na udzie. Charon skinął przyzwalająco i dziewczyna przyłożyła dłoń do czytnika. Drzwi rozsunęły się bezgłośnie.

– Iris?

– Tak?

– Uważaj na siebie.

 

*

 

Mimo że deszcz ustał już kilka godzin wcześniej, liczne kałuże wciąż jeszcze pokrywały ulice. Z początku starała się je omijać, spoglądając przy tym na odbijające się w nich, mrugające powyżej neony, w końcu jednak, gdy z każdym niemal krokiem stawało się to trudniejsze, uznała, że nie warto już tracić czasu i poszła prosto przed siebie. Wysokim, sięgającym niemal kolan butom woda była niestraszna.

 Idąc tak szybkim, zdecydowanym krokiem, wodziła wzrokiem po przygarbionych sylwetkach przechodniów, przesuwających się po jezdni samochodach, budynkach ozdobionych jarzącymi się w mroku napisami. Choć z wolna zapadała już noc, miasto zdawało się budzić do życia.

Mijała właśnie boczną uliczkę oświetloną przez zaledwie jedną latarnię, gdy z lewej, spod ściany budynku, dobiegł ją chrapliwy głos.

– Hej, mała!

Kątem oka dostrzegła dwie kryjące się w cieniu sylwetki. Usłyszała plusk wody pod butami, a potem ktoś pochwycił ją za lewy nadgarstek i szarpnął gwałtownie.

– Dawaj ją tu – powiedział drugi głos.

Chcąc nie chcąc, zwróciła się ku napastnikom. Ten, który ją trzymał, wyłupiastooki chudzielec w motocyklowej kurtce, uśmiechał się obleśnie, podczas gdy drugi, o wyraźnie azjatyckich rysach, trzymał pod płaszczem pistolet wymierzony prosto w nią.

– Na spacerek się wybrałaś? – spytał wytrzeszcz. – Przejdziemy się razem, co?

– Lepiej nie – odparła, nie spuszczając z oka tego z bronią.

– Dla jednych lepiej, dla innych gorzej – mruknął wytrzeszcz. – Pieniądze masz?

– Mam.

– To dawaj.

Trudnym do uchwycenia ruchem chwyciła go za rękę, którą ją trzymał i przyciągnęła do siebie. Zaskoczony, stracił równowagę. Poleciał w przód, zębami uderzył w zmierzający już ku niemu łokieć, jęknął głośno i splunął krwią.

Usłyszała szczęk zamka.

– Nie strzelaj! – krzyknął wytrzeszcz.

 Jego towarzysz zawahał się, dając jej tym samym jakieś dwie sekundy. Wystarczyło.

Pchnęła wyłupiastookiego wprost na niego, doskoczyła, chwyciła za dzierżącą pistolet dłoń. Rozległo się głośne chrupnięcie, a zaraz po nim przeciągły krzyk. Mężczyzna padł na kolana, trzymając się za zmiażdżoną dłoń. Iris uśmiechnęła się z widoczną satysfakcją. Kopnęła leżącą na ziemi broń, posyłając ją kilka metrów dalej, po czym dobyła własnej.

– Rzeczywiście – powiedziała. – Dla innych gorzej. 

Wymierzyła w cofającego się wyłupiastookiego. Wystarczyło nacisnąć na spust i ten człowiek w jednej chwili stałby się wspomnieniem. To nic wielkiego, myślała, już nie raz to zrobiła ale… Przerażenie w oczach mężczyzny budziło sprzeczne odczucia. Z jednej strony czuła się ważna – decyzja o życiu lub śmierci należała do niej, z drugiej… Nienazwane uczucie sprawiało, że chciała opuścić broń i kazać mu odejść.

Wycie syren pomogło jej podjąć decyzję. Cofnęła się ku głównej ulicy, oszczędnym gestem dając im do zrozumienia, by się czym prędzej wynosili. Spełnili polecenie nader skwapliwie.

Zatrzymała się na skraju jezdni i rozejrzała w poszukiwaniu przyczyny niespodziewanego alarmu. Szybko ją odnalazła.

Jakieś sto metrów dalej zobaczyła skrzyżowanie oświetlone teraz przez potężne reflektory. Światła zdawały się przesuwać i już po chwili zza ściany budynku wyłoniła się masywna sylwetka. Barczysty, stalowy kolos mierzył osiem metrów wysokości, poruszał się powoli, ospale wręcz, a każdy krok rozchodził się po ulicach głośnym echem.

Iris stanęła w miejscu, przyglądając się z bezpiecznej odległości. Dobrze wiedziała, co ma przed sobą.

Humanoidalne maszyny kroczące, potocznie nazywane tytanami, stanowiły jedną z ostatnich pozostałości po zakończonych przeszło dekadę wcześniej wojnach korporacyjnych. Każda z nich zaopatrzona była w arsenał, za którego pomocą mogła bez trudu zrównać z ziemią całą dzielnicę. OmniSynth uciekał się do ich wykorzystania tylko w wyjątkowych okolicznościach, toteż widok ten był raczej niecodzienny.

Przyczyna pojawienia się tytana na jednej z głównych ulic Polis-7 nie stanowiła dla Iris zagadki. Wciąż miała w pamięci zasłyszaną przed opuszczeniem apartamentu rozmowę Charona z Siergiejem i słowa tego ostatniego. Skoro jednak stalowy kolos zmierzał teraz ku zachodniej części miasta, sytuacja musiała się już uspokoić. Iris nie zamierzała sprawdzać tego osobiście. Po chwili, gdy tytan zdążył już zniknąć za rogiem, zobaczyła nadchodzący z naprzeciwka czteroosobowy patrol. Normalka, pomyślała, dowódca, operator broni ciężkiej i dwóch standardowo uzbrojonych. Niewiele zabrakło, by sama przemierzała ulice w sięgającym ziemi, ciężkim, kuloodpornym płaszczu i lśniącym, czarnym hełmie. Los zadecydował inaczej i teraz wolała schodzić im z drogi.

Skręciła na najbliższym skrzyżowaniu, by wkrótce potem zatrzymać się przed wejściem nad którym świecił na niebiesko pokaźnych rozmiarów napis.

Meduza.

W kolejce stało blisko dwadzieścia osób chętnych do przestąpienia progu lokalu, ale jej ani przez myśl nie przeszło, by się w niej ustawiać. Zamiast tego skierowała się wprost ku barczystemu bramkarzowi.

– Iris? – Mężczyzna rozpoznał ją natychmiast. Bywała tu często ostatnimi czasy.

 – Cześć, Matt. – Uśmiechnęła się. – Co słychać?

– Jakoś leci – odrzekł dryblas, przepuszczając ciemnoskórą, obciętą na krótko dziewczynę, która zmierzyła Iris podejrzliwym spojrzeniem. – Wbijasz?

Kiwnęła głową.

– To wskakuj. – Zaprosił ją gestem.

Nie zwlekając, weszła do środka.

– Ej, co to ma być?

Usłyszała za plecami poirytowany głos jednego ze stojących w kolejce mężczyzn. Nie obejrzała się.

Zeszła trzy stopnie w dół, do pomieszczenia skąpanego w niebieskim świetle. Głośna, jednostajna, elektroniczna muzyka dobiegała z głębi lokalu. Na wprost przed sobą ujrzała sporych rozmiarów ruchomy hologram kobiecej twarzy o jadowitym uśmiechu. W miejscu włosów miała wijące się węże, które rozdziawiały paszcze, demonstrując kły. Po prawej, za kontuarem, siedziała dziewczyna o platynowych włosach. Jej szminka i cienie na oczach zdawały się świecić. Iris podeszła do niej i wyciągnęła broń spod płaszcza, po czym bez słowa położyła ją na blacie. W zamian otrzymała przeźroczystą zawieszkę z numerem. Dziewczyna bez słowa wskazała przejście do głównej części, po czym wsunęła w usta dymiącą szklaną rurkę i zamrugała gwałtownie.

Iris spojrzała na wiszący na ścianie plakat. Zapowiadał koncert grającego gitarowego rocka zespołu Razor Sharp. Nie była co prawda w temacie, ale to i owo obiło się jej o uszy. Kapela, jak się zdawało, lubowała się w kontrowersyjnych tekstach odnoszących się krytycznie do aktualnie panujących porządków. Antysystemowcy, niewygodni dla władz. Tyle o nich wiedziała.

Ruszyła dalej.

Niebieskie światło ustąpiło miejsca stroboskopowi. Iris rozejrzała się po pomieszczeniu. W zawieszonych ponad kotłującą się ludzką masą klatkach półnagie tancerki wyginały się wyzywająco. Ciało jednej z nich w sporej części pokrywały tatuaże, druga, na której zatrzymało się spojrzenie Iris, była z całą pewnością androidem, w dodatku nie udającym nawet, że jest czymś więcej. Białą, twardą powierzchnię ciała przecinały linie pulsującej czerwieni. Na syntetycznej twarzy gościł błogi uśmiech. Lokal musiał nieźle prosperować skoro pozwalał sobie na coś takiego.

Przeszła dalej, szukając drogi przez ogarnięty transem tłum. Kierowała się prosto w stronę baru, lecz dotarcie tam zajęło jej ładną chwilkę. Kilkukrotnie ktoś na nią wpadał, to znowu musiała torować sobie drogę łokciami, by przecisnąć się przez tańczących. Gdy w końcu dotarła do celu, oparła się o blat i odszukała wzrokiem znajomą postać. Ciemnoskóry barman nosił sięgające połowy pleców czerwone dready, a za jedyne okrycie górnej części jego ciała służyła skórzana kamizelka. Miał złote bransolety na nadgarstkach i takiż wisiorek z symbolem omegi.

– Lazer! – krzyknęła, ale wołanie utonęło w panującym wokół zgiełku. Po chwili zwrócił się jednak w jej kierunku i niemal natychmiast ją zauważył. Podszedł i przechylił się ku niej nad barem.

– To, co zwykle?!

– Z podwójną mocą! – odkrzyknęła.

Wyszczerzył idealnie białe zęby i sięgnął po butelkę. Po chwili postawił przed nią szklankę wypełnioną przejrzystym, zielonkawym płynem. 

– Spójrz tylko, Iris, kto nas dzisiaj nawiedził – powiedział Lazer, wskazując ruchem głowy kogoś na lewo od niej. Skierowała wzrok w tę stronę. Mężczyzna ze staromodnym, czarnym wąsem spoglądał na nią spod gęstych brwi. Muzyka przeszła tymczasem na nieco spokojniejsze brzmienia, co pozwalało zamienić parę słów bez zbytniego nadwerężania krtani.

– Franco! – ucieszyła się Iris. – Dawno cię tu nie było.

– Nie było kasy, to i nie było po co przychodzić – odpowiedział, po czym, przełknąwszy łyk napitku, dodał – ale to już przeszłość. Znowu wychodzę na prostą.

– Miło to słyszeć. Znalazłeś coś ciekawego?

– Cóż, póki co skorzystałem z propozycji Keighleya i… – urwał na chwilę, jakby nie będąc do końca zdecydowanym, czy chce dokończyć – wróciłem do branży.

Iris parsknęła głośno i opluła się przy tym swym drinkiem.

– No, to pogratulować – powiedziała. – Wobec tego powinieneś trzymać formę, nie wiem, czy picie…

– Daj spokój – przerwał, uśmiechając się znacząco. – Wiesz dobrze, że gdy przychodzi do ostrego ruchania, Franco Zangani nie ma sobie równych. A może chcesz się sama przekonać?

Poruszył brwiami i Iris z trudem powstrzymała się, przed wybuchnięciem śmiechem. 

– Innym razem.

Uniósł dłoń i skierował ku niej palec wskazujący.

– Masz to jak w banku.

– Nie słuchaj go – wtrącił się Lazer, zajęty właśnie komponowaniem cieszącego się niesłabnącą popularnością drinka własnego pomysłu. – Ledwo zipie. Bez wspomagaczy niewiele już zdziała.

Zangani nie przejął się zbytnio tą uwagą.

– To się okaże – powiedział. – Właśnie skończyliśmy nagranie, więc mam wolne. Szykuje się prawdziwy hicior, a w roli głównej ten, na którego właśnie patrzysz. Wyślę ci darmowy egzemplarz.

– Sama kupię – odparła, z trudem wstrzymując się od śmiechu – jako wyraz mojego poparcia. I liczę na autograf.

– Załatwione. Przyszłaś się tu zabawić? – spytał, a ruchem głowy wskazał tańczących.

Kiwnęła głową, wychylając resztkę zawartości swej szklanki.

– To na co czekasz?

– Na nic – odparła. – Idziemy.

Poszli w tłum, a niemal w tej samej chwili muzyka znów nabrała tempa i hipnotyzującego rytmu. Iris zakręciła biodrami, uniosła ręce ku górze, dała się ponieść. Wypity alkohol robił swoje. Gdy poczuła na swych pośladkach dłonie Zanganiego, nawet się nie skrzywiła, choć czterdziestoletni wąsacz zdecydowanie nie był w jej typie. Co mi tam, pomyślała, to tylko taniec. Poza tym nawet go lubiła. Niech się cieszy. Po chwili otworzyła oczy i spojrzała ponad jego ramieniem. Dostrzegła pośród wyginających się w tańcu postaci stojącego ze szklanką w dłoni młodego mężczyznę, który, takie przynajmniej miała wrażenie, uporczywie się w nią wpatrywał. Tymczasem Franco znalazł się między nimi i zasłonił go przed jej wzrokiem. Sama nie była już pewna, czy jej się nie wydawało, ale gdy spojrzała ponownie, on wciąż tam był.

Wciąż patrzył.

Choć migające światło utrudniało przyjrzenie się owemu obserwatorowi, Iris zrozumiała, że skądś zna tę twarz. Że widziała ją nie raz.

Wywinęła się z rąk Franco.

– Zaraz wracam! – krzyknęła mu do ucha, po czym odwróciła się i poszła prosto w kierunku mężczyzny, który na nią patrzył. Ten zaś, widząc, że wreszcie zwróciła nań uwagę, skierował się do pobliskiego stolika i usiadł za nim, nie odrywając od niej wzroku. Usiadła naprzeciwko.

– Postawię ci drinka – powiedział.

Jasnowłosy dwudziestoparolatek w obcisłej, ciemnej koszulce był zdecydowanie bardziej w jej typie. Nie była już taka pewna, czy rzeczywiście zaraz wróci. Trudno, Franco będzie musiał znaleźć inną partnerkę.

– Czy my się skądś znamy? – spytała, nie mogąc dłużej znieść dręczącej ją niepewności. Ta twarz, to był… to był…

Skinął twierdząco.

– Z widzenia – powiedział. – Pracuję w budynku, w którym, jak sądzę, mieszkasz. Na recepcji.

No tak, pomyślała, oczywiście. To on. I już nie raz się jej przyglądał.

– Jestem Rix. Rix Ryant. – Wyciągnął rękę w jej stronę.

– Iris. – Uścisnęła mu dłoń, nie zdejmując uprzednio rękawicy, ale jego spojrzenie wyraźnie mówiło, że zauważył. Ponieważ jednak nie wyglądało na to, by zrobiło to na nim specjalne wrażenie, nie widziała potrzeby wyjaśniania czegokolwiek.

– Zaczekasz tu na mnie? – zapytał. – Skoczę tylko po coś do picia.

– Ok.

Poszedł, a ona została sama przy stoliku, zastanawiając się, czego właściwie oczekuje po dzisiejszym wieczorze. Alkohol, taniec, to miała na wyciągnięcie ręki, partnerów do rozmowy też nie brakowało. Z Lazerem zawsze dobrze się gawędziło, a i z Franco lubiła pogadać, choć teraz, zważywszy na to, jak został potraktowany, mógł się obrazić. Nie, zaprzeczyła własnym myślom, to nie było w jego stylu. Będzie udawał nadąsanego, może rzuci jakąś kąśliwą uwagę i tyle.

Czego jeszcze mogła chcieć?

Może chodziło o seks? Sama nie była pewna. Przez ostatnie miesiące ta sfera jej życia prawie nie istniała. Jeden czy dwa dość przypadkowe numerki po sporej dawce alkoholu i to wszystko. Nawet nie zamierzała się potem skontaktować z tymi facetami. Jeden z nich próbował co prawda dzwonić do niej, ale nie miała ochoty z nim rozmawiać. Na szczęście nie było problemu z badaniami, które musiała potem zrobić, by nie obawiać się przykrych niespodzianek. Charon wszystko załatwiał, choć widziała, że nie w smak mu te wyskoki. Miała wrażenie, że najchętniej założyłby jej pas cnoty. Co gorsza, sam nie wykazywał nią najmniejszego zainteresowania w tej sferze.

I zwyczajnie ją wkurzał. 

Charon…

Kiedyś spytała go o to imię. Dowiedziała się, że należało do mitologicznej postaci. Kogoś, kto przeprowadzał zmarłych na drugą stronę. Twierdził, że trafił na nie w jakiejś książce. Iris nie znała się na tym, ale imię zdawało się całkiem adekwatne.

Rix właśnie wrócił i postawił przed nią wysoką, wąską szklankę. Specjalność Lazera. Uśmiechnęła się pod nosem. Chrzanić Charona, pomyślała, tej nocy robię, co chcę.

– Widziałem cię tu kiedyś – powiedział. – Chciałem nawet zagadać, ale nie byłaś sama i…

– Teraz jestem sama.

– A ten…

– Franco? – roześmiała się głośno. – To tylko znajomy.

Muzyka przybrała na sile do tego stopnia, że ledwo się już słyszeli, więc kolejne minuty spędzili na sączeniu drinków. W końcu, gdy ujrzała dno szklanki, Iris zdecydowała się wyjść z propozycją:

– Przejdziemy się?

– Słucham? – spytał Rix, wskazując na uszy i bezradnie rozkładając ręce.

Wstała i pociągnęła go za sobą w kierunku wyjścia. Nie opierał się i po chwili znaleźli się przy hologramie, po czym Iris odebrała oddaną do depozytu broń.

– Widzę, że dbasz o swe bezpieczeństwo – powiedział Rix, po czym także i on wymienił przeźroczystą zawieszkę na pistolet automatyczny. Potem narzucił na siebie kurtkę i zatrzymawszy wzrok na plakacie, powiedział:

– O, popatrz no tylko, Razor Sharp gra tutaj za tydzień.

Wzruszyła ramionami.

– Nie rusza cię to, co? – zapytał, uśmiechając się przy tym.

Przyjemny uśmiech, pomyślała Iris.

– Nie wiem, czy mnie rusza. Nie znam.

– Może trzeba to zmienić?

– Może.

Ruszyli w stronę wyjścia.

– No, wyszliśmy – powiedział, gdy znaleźli się na zewnątrz. – Tak, jak chciałaś. Co teraz?

Iris rozejrzała się po rozświetlonej neonami ulicy. Nad ich głowami przejechała z łoskotem szybka kolej miejska, a zaraz potem po niebie przetoczył się grzmot.

– Jeśli tu zostaniemy – powiedział Rix – za chwilę przemokniemy do suchej nitki.

Spoglądała na niego wyczekująco. Zaproponuj coś, myślała, cokolwiek.

– Odprowadzę cię, jeśli chcesz – powiedział po krótkiej chwili wahania – albo złapiemy taksówkę.

Przyglądała mu się w milczeniu, czując pierwsze krople deszczu na twarzy.

– Albo pójdziemy do mnie – rzucił nagle bez większego przekonania, ale w jego oczach dostrzegła błysk, który sprawił, że nabrała ochoty na to, by się zgodzić. – To tylko przecznicę dalej.

– Chodźmy.

Nim zdążyło na dobre się rozpadać, byli już pod drzwiami wysokiego budynku w którym mieściło się mieszkanie Rixa. Przeszli przez ciemny korytarz i zatrzymali się przed windą. Nad głowami mieli teraz pojedynczą, słabo świecącą lampę. Iris patrzyła przez chwilę na pokryte rozmaitymi napisami drzwi windy.

– Urocze teksty – stwierdziła, kręcąc głową z politowaniem.

Czasami miała wrażenie, że ludzie to w przeważającej większości idioci. To była jedna z takich chwil. Trwała do momentu, gdy drzwi windy rozsunęły się i Rix zaprosił ją do środka.

– Dwudzieste czwarte – powiedział, a winda natychmiast ruszyła.

Z góry dobiegły podejrzane zgrzyty i przeciągły pisk. Iris rozejrzała się niespokojnie.

– Bez obaw – powiedział Rix – tak było odkąd tu mieszkam.

– To znaczy?

– Drugi rok minie niebawem.

Wnętrze windy nie prezentowało się lepiej niż drzwi, ale przy słabym świetle Iris nie chciało się dokładnie przyglądać radosnej twórczości mieszkańców. W końcu rozległ się głośny stukot, poczuła gwałtowne szarpnięcie. Winda zatrzymała się, a drzwi zaczęły się rozsuwać, jednak w chwili, gdy szczelina między nimi liczyła nie więcej niż piętnaście centymetrów, zatrzymały się.

– Świetnie – mruknął Rix – znowu to samo.

Oparł o nie dłoń, po czym wsunął w szczelinę rękę i naparł ramieniem.

– Pomogę ci – powiedziała Iris, widząc, że jego wysiłki na niewiele się zdają.

Oparła mechaniczną dłoń tuż przy jego ręce. Pchnęła.

Coś szczęknęło głośno, po czym drzwi otwarły się do końca. Po chwili znaleźli się na korytarzu, którym już bez przeszkód dotarli do mieszkania. Rix przesunął kartę we wbudowanym we framugę czytniku i wejście stanęło otworem.

– Rozgość się – powiedział, gdy przekroczywszy próg znaleźli się w obszernym pomieszczeniu, po środku którego stała kanapa i niski stolik. – A ja tymczasem zrobię ci coś do picia.

Iris powiesiła płaszcz i rozejrzała się.

Sporą część pomieszczenia wypełniał sprzęt elektroniczny. Komputery, między którymi wiły się zwoje kabli, monitory rozlokowane na ścianach i na zawieszonych pod sufitem ramach, do tego okazałe, choć nie pierwszej młodości głośniki i zawieszony na jednej ze ścian olbrzymi ekran. Przeznaczenia innych rozstawionych tu i tam urządzeń Iris nie była pewna.

– Co to jest? – zapytała w końcu, obracając się w stronę znajdującej się w tym samym pomieszczeniu kuchni. – Jakieś centrum dowodzenia? Sprzęt szpiegowski? Prowadzisz inwigilację całego miasta?

– Tylko najbliższej okolicy – odrzekł z uśmiechem. – Lubię być przygotowany na wszystko. 

– Słuszne podejście – przyznała. – Domyślam się, że tamta recepcja to nie jest twoje jedyne czy nawet główne zajęcie.

– Dobrze się domyślasz. To tymczasowe, potrzebowałem pieniędzy na sprzęt. To i owo trzeba było naprawić i uzupełnić po wizycie nieproszonych gości. Pewnie wkrótce to rzucę.

– Nieproszonych gości?

– Wiesz, jak jest. Włamania, napady, zamachy, chleb powszedni w Polis-7.

Pokiwała głową ze zrozumieniem.

– I co będziesz robił, jak już rzucisz robotę?

– Wrócę do szpiegowania – odrzekł, nie przestając się uśmiechać.

– A jeśli powiem, że pytam poważnie?

Rix zalał kawę w dwóch kubkach, jeden był biały z logiem OmniSynthu, drugi jednolicie czarny. Postawił je na stoliku. Iris usiadła na kanapie.

– Skończę uzupełniać sprzęt i biorę się za zaległe zlecenia. Zabezpieczenia sieci na poziomie małych przedsiębiorstw i klientów indywidualnych, projektowanie wirtualnej rzeczywistości, oprogramowanie dla wszczepów, tego typu sprawy. Utrata sprzętu bardzo skomplikowała mi życie.

– Nie wątpię.

– Ale dość o mnie – powiedział Rix znad kubka z kawą – porozmawiajmy o tobie.

Iris zacisnęła usta. No tak, mogła się tego spodziewać.

– Obawiam się, że nie bardzo jest o czym.

– W sensie, że twoje życie jest tak nieciekawe? Nie chce mi się w to wierzyć.

– W sensie, że właściwie cię nie znam, a co za tym idzie, nie mogę ci wiele powiedzieć.

– Nie ufasz mi?

– Ja nikomu nie ufam.

– Skoro więc nie chcesz mi o sobie opowiedzieć, w jaki sposób moglibyśmy się lepiej poznać? Skoro mi nie ufasz, dlaczego tu ze mną przyszłaś?

Pytanie było zarazem czytelną sugestią, widziała to w jego oczach. Również i on musiał coś dostrzec, skoro takie zadał. Właściwie to ułatwiało sprawę. Nie zamierzała okłamywać samej siebie, przyszła tu, bo miała na to ochotę.

I na niego.

– Co jest za tamtymi drzwiami? – zapytała.

– Sypialnia – odpowiedział, zgodnie z jej przypuszczeniami.

– Oprowadzisz mnie?

– Czemu nie. Chcesz najpierw dokończyć kawę?

– To może poczekać.

Podniosła się z kanapy i podeszła do drzwi, a te rozsunęły się przed nią bezgłośnie. Zajrzała do środka. Łóżko było znacznie węższe, niż to, do którego przywykła przez ostatnie miesiące. Ale to nie stanowiło większego problemu.

– Miałem zamiar zamontować tu jakieś ciekawsze oświetlenie – rzekł Rix, wskazując ręką na pionową, podłużną lampę dającą światło przywodzące na myśl szpitalną salę – ale póki co mam ważniejsze wydatki…

Iris bez słowa ściągnęła z siebie bluzkę. Pod nią miała sportowy typ biustonosza. Rix przyglądał jej się z widocznym zainteresowaniem. Podeszła do niego i dotknęła jego policzka dłonią z czarnego tworzywa.

– Poznajmy się lepiej – wyszeptała.

Rix przełknął ślinę, położył dłonie na jej biodrach.

– Coś się stało? – zapytał, widząc, że twarz dziewczyny wyraźnie stężała.

– Ktoś jest za drzwiami – powiedziała Iris.

– Skąd wiesz…

– Widzę. – Sięgnęła dłonią do prawego oka i zdjęła szkło kontaktowe, pokazując mu czarną, cybernetyczną soczewkę. Drgnął lekko na ten widok. – Dwie osoby. Spodziewałeś się kogoś?

– Teoretycznie nie – odrzekł. – Zaczekaj tu, sprawdzę to.

Wrócił do większego pokoju, ale nie podszedł do drzwi, zamiast tego włączył jeden z monitorów i spojrzał w obraz z kamery umieszczonej bezpośrednio nad wejściem. Iris zobaczyła na ekranie postacie szczupłego mężczyzny z przewieszoną przez ramię torbą i ubranej w ciasny kombinezon, skośnookiej kobiety.

Rix nie wydawał się szczególnie zaniepokojony.

– Znasz ich? – spytała.

– Tak, nie ma powodu do obaw, ale skoro już tu są… muszę ich na chwilę wpuścić.

Iris nie była zadowolona z takiego obrotu sprawy, ale nic nie powiedziała, zamiast tego założyła na powrót szkło kontaktowe. Odezwał się dzwonek do drzwi, w odpowiedzi na co Rix wcisnął przycisk na pulpicie i powiedział:

– Nie mogliście mnie uprzedzić?

Mężczyzna na ekranie uniósł głowę i spojrzał wprost w kamerę. Jego oczy przesłaniały czerwone okulary idealnie przylegające do twarzy. Uśmiechnął się szeroko.

– Jesteśmy nie w porę? – spytała jego towarzyszka, odsuwając opadające na twarz kosmyki długich, czarnych włosów.

– Można tak powiedzieć – odrzekł Rix. – To coś pilnego?

– Zajmiemy ci tylko chwilkę.

– Dobra, wejdźcie. – Wdusił przycisk na pulpicie, drzwi otwarły się, a Iris spojrzała w kierunku wchodzących do mieszkania.

– Widzę, że masz gościa – powiedział mężczyzna w okularach.

Miał zaczesane do tyłu, lśniące od żelu włosy i gładko ogoloną twarz. Czerwona, przeciwdeszczowa kurtka wyglądała na nową, a jej prawy rękaw podwinięty był do samego łokcia. Iris dostrzegła panel z wyświetlaczem na przedramieniu oraz kabel wystający gdzieś z tyłu jego głowy i znikający za kołnierzem.

– Cześć, jestem Kellan, a ta ślicznotka to Hitomi.

Kobieta była młodsza, niż się na pierwszy rzut oka zdawało. Iris stwierdziła, że liczy pewnie nie więcej niż dwadzieścia lat, może mniej. Uwagę zwracały zwłaszcza jej błyszczące oczy.

– To jest Iris – przedstawił ją gospodarz, nim sama zdążyła to zrobić. – No dobra, to z czym przychodzicie?

Kellan zdjął z ramienia torbę i postawił ją na stole.

– Mam dla ciebie sprzęt. Rzucisz okiem?

Rix zerknął w stronę Iris, która skrzyżowawszy ramiona na piersi, oparła się o ścianę i spoglądała na gości spode łba. W tej chwili opanowała już wszelkie obawy, jakie jeszcze przed chwilą ją dręczyły, a interesowało ją przede wszystkim to, kiedy sobie pójdą.

– Daj mi chwilę – powiedział. Z jej twarzy musiał wyczytać to, co jej chodziło po głowie. Skinęła na znak, że się zgadza.

Kellan otworzył torbę i zaczął wykładać zawartość na stół. Podzespoły, o których Iris posiadała jedynie podstawową wiedzę, nie przykuwały jej uwagi skupionej teraz na osobach gości. Gdy zatrzymała wzrok na dziewczynie, ta również spojrzała na nią i uśmiechnęła się.

– Długo się znacie? – spytała.

– My? – odpowiedziała niepewnie zaskoczona tym pytaniem Iris. – Nie… Raczej nie.

Dziewczyna pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Pewnie przeszkadzamy? Wybacz, że pytam, ale… jak to się spisuje?

No tak, pomyślała Iris, ręka. Nie lubiła się z nią obnosić, ale teraz zupełnie wyleciało jej z głowy, by ją ukryć i implant od razu zwrócił uwagę gości.

– Póki co nie mam powodów do narzekania – odparła.

– Od dawna to masz?

– Blisko pół roku.

– Niedługo.

Tymczasem Rix oglądał przyniesiony sprzęt, w końcu wziął jeden z komponentów i podszedł z nim do otwartego, stojącego na podłodze komputera. Pochylił się przy nim i przymierzył część. Kellan spojrzał w kierunku Iris.

– Zdradź mi swój sekret, Rix – powiedział, nie odrywając od niej wzroku. – Jak ty to robisz?

– Co takiego?

– Nie udawaj głupiego. Co i rusz wpada ci do łóżka pierwszorzędny towar, to niesprawiedliwe.

Rix obejrzał się przez ramię. Trafił na niewyraźną minę Iris.

– Daj spokój, stary…

– Nie, serio. – Nie dawał za wygraną Kellan. – Jak ci się to udaje? A może ty mi powiesz, złotko? – To mówiąc, zrobił krok w kierunku Iris. – Co w nim takiego jest?

Spojrzał na wyświetlacz na swym przedramieniu, potem znów zwrócił wzrok ku niej. Iris patrzyła podejrzliwie.

– Ciekawy rodzaj sygnału naprowadzającego – stwierdził Kellan – ale ten, kto chciałby cię nim namierzyć, srodze się zawiedzie. Hitomi?

Nim Iris zdążyła się zastanowić nad tym, co mogły oznaczać te słowa, stojąca obok dziewczyna poczęstowała ją szybkim kopniakiem w twarz i powaliła na ziemię, po czym doskoczyła do niej i chwyciła oburącz za prawe ramię, jednocześnie wbijając kolano w plecy.

– Trzymaj ją! – krzyknął Rix. – Kellan, rób swoje!

Iris czuła krew na ustach, uderzenie oszołomiło ją co prawda, ale szybko doszła do siebie. Szarpnęła się i zrzuciła napastniczkę z pleców, po czym zerwała się na nogi. Kolejne wysokie kopnięcie nie doszło już celu, a mechaniczna dłoń zacisnęła się na kostce Hitomi. Po chwili Azjatka przeleciała przez pokój, zawadzając po drodze o jeden z monitorów, który rozbił się na podłodze. Kellan w ostatniej chwili zszedł jej z drogi i uniknął uderzenia. Iris widziała, że wciąż kombinował przy wyświetlaczu.

Zobaczyła również, że Rix podnosi się znad komputera. W ręku trzymał niewielkie urządzenie, nie zauważyła jednak, co to dokładnie było. Skoczyła w stronę drzwi, gdzie zostawiła płaszcz i broń. Nim zdołała tam dotrzeć, Hitomi, która także szybko stanęła na nogach, już była przy niej.

Jeden, drugi, trzeci szybki cios – wszystkich zdołała uniknąć, ale przeciwniczka oddzieliła ją teraz od broni. Odpowiedziała niskim kopnięciem, które Hitomi przeskoczyła. Iris zasłoniła się na czas przed kolejnym uderzeniem, a na twarzy atakującej dziewczyny zobaczyła uśmiech.

O co w tym wszystkim chodziło?

Nie było czasu na zastanowienie.

Zablokowała cios którym tamta próbowała sięgnąć jej twarzy, zaskoczyła ją siłą drobnej Azjatki. Najwyraźniej także i ona korzystać musiała z usprawnień. Obróciła się, próbując ją sięgnąć cybernetyczną ręką, ale ta pochwyciła ją i bez większego trudu odepchnęła w bok. Iris zobaczyła Rixa unoszącego dłoń. Po chwili wyładowanie elektryczne sprawiło, że mięśnie odmówiły jej posłuszeństwa i bezwładnie padła na ścianę, a zaraz potem na podłogę.

– No i po zabawie – stwierdziła wyraźnie rozczarowanym tonem Hitomi.

Podeszła i nachyliła się nad leżącą. Iris poczuła, że efekt porażenia mija, pozwoliła jej się zbliżyć, po czym, chwyciwszy ją oburącz za głowę, uderzyła czołem i odepchnęła.

– Kellan, streszczaj się! – krzyknął Rix.

– Szukam, nie da się szybciej!

Znów była na nogach, dyszała ciężko, a serce tłukło się w piersi jak oszalałe. Adrenalina robiła swoje. Doskoczyła do Azjatki, lewą ręką uderzyła nisko, w brzuch, poprawiła prawą. Ledwo sięgnęła twarzy Hitomi, ale to wystarczyło. Uderzona chwyciła się za policzek i krzyknęła z bólu. Krew ściekała jej po twarzy i dziewczyna opadła na kolana.

Iris spojrzała na Rixa.

– Czego ode mnie chcecie?!

– Mam! – krzyknął Kellan.

Poczuła, że traci władzę w prawej ręce, obraz z cybernetycznego oka zadrżał i zgasł, a biodro odmówiło posłuszeństwa i z trudem utrzymała równowagę. Widząc to, Hitomi podniosła się z podłogi i ruszyła w jej stronę z wściekłością wypisaną na twarzy.

– Zostaw ją! – krzyknął Rix.

Nie słuchała. Rzuciła się na Iris niczym drapieżnik na swą ofiarę, przewróciła na podłogę i zacisnęła palce na jej szyi.

– Zaraz ci ładnie odpłacę – syknęła – popatrz tylko…

Obydwaj mężczyźni chwycili ją we dwóch za ręce, ale nie byli w stanie oderwać rąk dziewczyny od gardła ofiary.

– Hitomi, opamiętaj się! – krzyknął Kellan. – Jest nam potrzebna!

Iris próbowała się bronić, pochwyciła lewą ręką nadgarstek napastniczki, ale również i jej wysiłki nie zdawały się na nic.

– Ech, cholera – zaklął Rix, po czym raz jeszcze użył paralizatora.

Hitomi zadrżała i zsunęła się bezwładnie z leżącej pod nią Iris. Ta zakaszlała gwałtownie i oparłszy się na łokciu sprawnej ręki, usiadła na podłodze. Wszystkie wszczepy jednocześnie odmówiły posłuszeństwa, coś zakłóciło ich działanie i oczywistym było, że to zasługa Kellana. Wyglądało na to, że dobrze się przygotowali, ale czego mogli od niej chcieć? Myśl o tym, że dała się wciągnąć w pułapkę jak niedoświadczony młokos, za którego już od dłuższego czasu się nie uważała, wprawiała ją w ponury nastrój, a perspektywy na najbliższą przyszłość również nie przedstawiały się kolorowo.

– Czego chcecie? – spytała, macając się po obolałej szyi. – Co mi zrobiliście?

– Kellan zakłócił działanie wszczepów – rzekł Rix – to odwracalny efekt. To, czy wszystko wróci do normy zależy tylko od ciebie i twojej chęci kooperacji… albo jej braku. Potrzebujemy informacji.

– Na jaki temat?

– Interesuje nas Omicron – odrzekł Rix – a dokładniej rzec biorąc: lekarstwo.

– Skąd pomysł, że coś o tym wiem? – spytała, starając się brzmieć naturalnie. Fakt, nie wiedziała wiele, ale i nie było dla niej wielkim zaskoczeniem, że właśnie o to ją pytano. Poza tym wirus „O” był ostatnio tematem numer jeden, należało się więc spodziewać, że lekiem interesować się będzie każdy, a szczególnie ci, którzy nie mieli co liczyć na kurację w ramach programu walki z wirusem wdrażanym przez OmniSynth.

– Mówi ci coś nazwisko Barnett? Doktor Zachary Barnett?

Zmierzyła go badawczym spojrzeniem. Czego dokładnie mogli chcieć się dowiedzieć o jej lekarzu? I co ważniejsze: co zrobią, jeśli się tego dowiedzą?

– Widzę, że nazwisko nie jest ci obce – rzekł Rix. – Ale to dla nas nic nowego, doktorek bywał u was regularnie, a my mieliśmy go na oku.

– I co z tego?

– Otrzymaliśmy pochodzącą ze sprawdzonego źródła informację, że dzisiejszego popołudnia Barnett opuścił centrum medyczne OmniSynthu, mając ze sobą cztery dawki antidotum. Miał zostać przechwycony po drodze, ale wymknął się nam. Potem odebrali go spod waszego budynku agenci korpo.

Iris słuchała go uważnie, analizując znaczenie każdego wypowiedzianego słowa. Doktora odebrali ludzie korporacji? Czyżby ktoś go wsypał i doniósł służbom bezpieczeństwa o tym, że wyniósł lek z laboratorium? Jakimi konsekwencjami mogło to grozić Charonowi i jej samej?

– Sądząc po twojej minie – rzekł Rix – z pewnością masz nam coś ciekawego do powiedzenia.

– A nawet jeśli – odparła Iris – to skąd mam wiedzieć, co ze mną zrobicie, gdy już dowiecie się tego, czego wam trzeba?

Rix uśmiechnął się, choć nie było w tym uśmiechu śladu wesołości.

– Tak, to kluczowe pytanie, nieprawdaż? I przyznam, że odpowiedź na nie do łatwych nie należy. Jak się zapewne domyślasz, nie chcielibyśmy, żebyś opowiadała komukolwiek o tym, co tutaj zaszło. To raczej logiczne, nie sądzisz?

– Sądzę.

– I jak się zapatrujesz na tę kwestię? Powiesz mi, że będziesz milczeć jak grób, licząc na to, że w to uwierzę?

– Raczej nie.

– No właśnie. Pozwól więc, że rozegramy to inaczej. Najpierw ty wysłuchasz mnie, a potem sama zdecydujesz, czy wolisz współpracować z nami, czy… umrzeć.

– Jak miło – stwierdziła Iris, starając się nie okazać emocji. – Muszę przyznać, że bezbłędnie odegrałeś swoją rolę, ani mi przez myśl nie przeszło, że tak się to skończy.

– A czego się spodziewałaś? – zapytał.

Kellan roześmiał się głośno, nalał sobie do kubka gazowanej wody i usiadł na kanapie.

– Do rzeczy – stwierdziła lekko już zniecierpliwiona Iris.

Rix pokiwał głową.

– Chcesz sobie wygodniej usiąść? – powiedział, wskazując jej miejsce na przeciwnym krańcu kanapy do tego, który zajął już Kellan. Kiwnęła głową.

Tymczasem Hitomi doszła już do siebie i wstała z podłogi. Rozejrzała się po pokoju i posłała wściekłe spojrzenie Rixowi.

– Skopię ci za to tyłek, zobaczysz – warknęła.

– Pewnie – odrzekł – ale odłóż to na później, dobrze?

Nic już nie powiedziała. Usiadła na obrotowym krześle przy biurku z trzema monitorami i przyglądała się pozostałym z niewyraźną miną.

Gdy Iris siedziała już na kanapie, Rix usadowił się naprzeciwko niej i przystąpił do wyjaśnień.

– Nie muszę ci mówić, jaką pozycję ma w Polis-7 OmniSynth. To wiedzą wszyscy, ale już mało kto się domyśla, do czego korporacja jest zdolna, by tę pozycję zachować i wzmocnić.

– Wy oczywiście wiecie – rzuciła Iris, nie kryjąc sarkastycznej nuty. – Kto was oświecił?

– Mamy swoje źródła – rzekł poważnie Rix. – Mniejsza z tym. Korporacja chwyta się wszystkich możliwych sposobów, by wzmocnić swą kontrolę nad miastem i zamieszkującymi je ludźmi. Teraz, gdy zaczęła się epidemia, również i z niej uczynili swe narzędzie. Mają lekarstwo, ale dystrybucja będzie ściśle kontrolowana. W ten sposób będą się mogli pozbyć wszystkich tych, którzy ośmielili się występować przeciwko nim, nawet jeśli robili to w legalny i pokojowy sposób…

– Niech zgadnę – przerwała mu Iris – jesteście grupą bojowników o wolność, którzy nie mogą dopuścić do tego, by los ludności znajdował się w brudnych korporacyjnych łapskach?

– Ha, aleś ty bystra, złotko – rzekł Kellan, gładząc się po ulizanych włosach.

Rix przyglądał się jej w milczeniu.

– Oczekujecie zatem, że poczuwając się do obowiązku wsparcia tej jakże słusznej sprawy, udzielę wam wszelkich potrzebnych informacji? 

– Mój starszy brat, ojciec dwójki dzieci, umiera – rzekł Rix zmienionym, poważnym głosem. – Nie wiem, ile czasu mu zostało, może dni, może godziny, bez tego lekarstwa nie ma szans. Umierają też inni, a pośród nich także ludzie, których znamy. Kto wie, może i tacy, których ty znasz? Należy skazać na śmierć wszystkich spośród nich, którzy w ten czy inny sposób podpadli korporacji?

Iris słuchała, zastanawiając się przez cały czas, czego właściwie od niej oczekują. W końcu, gdy padło ewidentnie retoryczne pytanie, spojrzała Rixowi w oczy.

– Wierzysz w to, że cokolwiek uzyskacie?

– W innym wypadku bym tego nie robił – odrzekł Rix.

– Czego właściwie chcesz ode mnie?

– Pomocy w zdobyciu leku. Jestem pewny, że Barnett go u was zostawił.

– I kogo z jego pomocą uratujesz? Swojego brata? Czyjąś matkę? Syna? Co zmieni jedno życie?

Kellan pokręcił głową.

– To nie tak, złotko – powiedział. – Mamy naprawdę niezłe znajomości, wiesz? Potrzebujemy tylko próbki leku, a odpowiedni ludzie ją przeanalizują, przebadają i dojdą do tego, jak uzyskać większą ilość. Ale cholerstwo jest dobrze strzeżone, to pierwszy raz, gdy wpadliśmy na jakiś trop.

– Ten trop wam nie pomoże – stwierdziła Iris.

– Skąd ta pewność? – spytał Rix.

Iris pokręciła głową.

– Po prostu zapomnijcie o tym – powiedziała. – Wiem, że to naiwne i pewnie na niewiele się zda, ale powiem to, czego miałam nie mówić: jeśli stąd wyjdę, nie powiem nikomu ani słowa o tym, co tu usłyszałam. Róbcie swoje, ale nie proście mnie o pomoc, bo nie chcę mieć was na sumieniu.

– O czym ty mówisz, złotko? – zdziwił się Kellan. – Nas? Na sumieniu? Ty nam grozisz, czy coś?

Pokręciła głową.

– Nie, nie grożę. Ostrzegam.

– Przed czym? – spytał Rix. – Przed czym nas ostrzegasz?

– Informacje, których wam mogę udzielić, w niczym wam nie pomogą. Nie zdobędziecie leku w ten sposób, wasz trop to ślepa uliczka, na końcu której czeka…

– Co? – spytał Kellan.

– Ktoś, z kim nie chcielibyście mieć do czynienia. Wiem, bo zdążyłam dobrze go poznać. Na waszym miejscu…

Urwała, widząc pytające spojrzenia całej trójki.

– Nie słuchajcie jej – powiedziała nagle Hitomi, wciąż jeszcze wściekła – chce wam namącić w głowach!

– Co próbujesz powiedzieć? – spytał Rix.

– Całkiem możliwe, że on po mnie przyjdzie – odparła Iris spokojnym głosem.

Popatrzyli po sobie niepewnie, ale już po chwili Kellan, znowu uśmiechnięty, powiedział:

– Nie znajdzie cię. Wiem, że twoje wszczepy są zaopatrzone w urządzenia umożliwiające namierzenie cię, ale zadbałem o to. Rix przez cały czas miał i wciąż ma przy sobie urządzenie neutralizujące tego rodzaju sygnały. To cacko mojego projektu, niezawodne. Nie ma takiej opcji, by ktoś cię tutaj namierzył.

Iris wzruszyła ramionami. Może i miał rację, tego nie mogła wiedzieć, ale jeśli czegoś się nauczyła przez ostatnie pół roku, to z pewnością tego, że zadzieranie z Charonem jeszcze dla nikogo nie skończyło się dobrze.

– Niech wam będzie – powiedziała w końcu – powiem, co wiem.

– To za mało – rzekł Rix – możemy potrzebować pomocy w zdobyciu leku.

– Że niby ja mam jej udzielić?

Nikt nie odpowiedział, ale ich spojrzenia mówiły wszystko. Uznała, że nie zaszkodzi jeszcze przez jakiś czas kontynuować tę grę.

– Nawet gdybym się zgodziła… Skąd będziecie mieć pewność, że was nie wystawię?

– Och, tym się nie przejmuj, złotko – rzekł Kellan. – Mamy swoje sposoby, zobaczysz.

– Kellan zna się na wszelkim sprzęcie od kuchennego po cyberwszczepy – powiedział Rix – zainstaluje ci w jednym z nich ładunek wybuchowy z licznikiem. Rozbroić go będzie mógł tylko on sam, dopiero gdy wrócimy tutaj. Z lekiem. Jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, pożegnasz się z życiem. Czy to zadowalająca odpowiedź?

Iris zacisnęła zęby i zmarszczyła brwi. Wolała się nie odzywać, gdyż nie przychodziło jej do głowy nic prócz wymyślnych przekleństw.

– Nie w smak ci to, rozumiem – stwierdził Rix. – Ale nie mamy innego wyjścia. Przejdziemy do pytań?

– Przejdziemy – zgodziła się Iris.

– Barnett zostawił u was lek?

– Tak.

– Wiesz, dla kogo jest on przeznaczony? – pytał dalej Rix.

– Mogę się tylko domyślać.

– I czego się domyślasz?

– Że dostać miałam go ja, on, a co do reszty…

– On?

– Ten, z którym mieszkam – odpowiedziała, spuszczając wzrok.

– Co to za jeden? – nie ustępował Rix.

– Każe się do siebie zwracać… Charon.

– Wiedziałem – mruknął Kellan. – Wiedziałem, kurwa.

– I co teraz? – spytała Hitomi niespokojnie. – Nie chcecie chyba…

– Oczywiście, że chcemy – przerwał jej Rix. – I zrobimy to. Skoro dostał antidotum, zapewne już go użył, ale wciąż ma resztę, w tym i to, które jest przeznaczone dla ciebie, zgadza się?

Iris kiwnęła głową.

– Przyniesiesz nam ten lek. Ale zanim tam wrócisz, czas na nasze małe zabezpieczenie. Kellan?

Wymieniony podniósł się z kanapy i podszedł do swojej torby, zaczął w niej grzebać, a po chwili wyjął niewielkie pudełeczko, położył je na stoliku i otworzył. Następnie zabrał się za wykładanie na stół jego zawartości, której większą część stanowiły drobne elementy. Ich przeznaczenia Iris mogła się tylko domyślać. Kellan spoglądał na nią od czasu do czasu, szczerząc zęby w paskudnym uśmiechu.

– Żeby rozbroić i usunąć ładunek – mówił Rix – trzeba się połączyć z panelem kontrolnym, wprowadzić kod autoryzacyjny, a potem drugi, który spowoduje deaktywację. Kody znam ja, Kellan, a pozna je także nasz współpracownik, któremu je prześlę na wszelki wypadek. Każda pomyłka skutkuje detonacją, podobnie jak próba pozbycia się ładunku bez uprzedniej deaktywacji. Wszystko jasne?

– Jak słońce.

– Świetnie.

Kellan z narzędziami w ręku zbliżył się do Iris.

– Gdzie montujemy? – spytał. – Ręka?

– Nie. – pokręcił głową Rix. – Prawe biodro. Możesz zdjąć spodnie, Iris?

Choć nie miała ochoty spełniać tej prośby, dobrze wiedziała, że odmowa na niewiele się zda. Zsunęła spodnie do kolan pokazując widoczną nieco poniżej pasa czarną, twardą łatę na prawym biodrze.

– Skąd wiedziałeś? – spytał Kellan.

– Zdążyłem się zorientować co i jak – odparł Rix. – Otwórz to.

– Czy nie lepiej byłoby – odezwała się Iris – dogadać się z Charonem w sprawie tego leku? Nie raz miał już kłopoty z OmniSynthem i raczej nie pała do nich zbytnią…

Urwała, widząc zaskoczone spojrzenia, jakimi mierzyła ją teraz cała trójka. Hitomi i Rix popatrzyli po sobie, a wyraz niedowierzania nie schodził im z twarzy.

– Co was tak dziwi? – spytała Iris.

– Ty… Ty tak serio? – spytał Kellan. – To znaczy… z tym Charonem, poważnie?

Zupełnie już zdezorientowana, nie była pewna, co powiedzieć.

– Wiesz, kim on jest, prawda? – spytał Rix, przerywając przeciągającą się chwilę ciszy.

– Tak mi się przynajmniej wydawało… – Resztki jakiegokolwiek przekonania uleciały z niej w chwili, gdy spojrzała mu w oczy.

– Dzięki naszej wtyczce zajrzeliśmy do utajnionych akt – powiedział Kellan. – To i owo skopiowaliśmy sobie na później, chcesz zobaczyć, co mówi kartoteka OmniSynth o Charonie?

Kiwnęła głową, na co Kellan uniósł rękę, przemknął palcami po ekranie na przedramieniu i po krótkiej chwili podsunął jej go pod nos.

– Czytaj.

Spojrzała na wyświetlacz. Zobaczyła na nim zdjęcie Charona, obok niego przesuwały się linijki tekstu. Wodziła po nich wzrokiem, z każdą chwilą coraz szerzej otwierając usta.

Djibril Belgrave, kryptonim: Charon… agent operacyjny OmniSynth nr. KN00609… Poziom uprawnień – B1… obszar działań: inwigilacja środowisk przestępczych, likwidacja celów z list tajnych, wywieranie wpływu na jednostki o istotnym znaczeniu…

– Po twojej minie widać, że to dla ciebie nowość – stwierdził Rix. – Masz przykład metod działania korporacji.

Iris nadal milczała. A więc to tak… Od samego początku wmawiał jej, że działa na własną rękę, niezależnie od nikogo. Przekonywał ją, że to dla niej lepsza droga, niż korporacyjne służby bezpieczeństwa, że więcej w ten sposób zyska. Tymczasem za fasadą pozorów kryło się ramię OmniSynthu, to samo, któremu uprzednio sama zamierzała służyć. Tak, to by wyjaśniało, w jaki sposób dotarł do niej po wypadku, a także środki, jakimi dysponował, a które, jak sam twierdził, pozyskał w ciągu ostatnich lat działalności. No i Barnett… Wcale nie wykradł leków, by im je dostarczyć. Po prostu wykonywał polecenia swych szefów, zaopatrując jednego ze swych współpracowników, w niebudzący podejrzeń sposób.

Coś pyknęło i Iris drgnęła, spoglądając w dół.

Kellan zdjął czarną, okrągłą pokrywkę z jej biodra i zajrzał do środka. Potem pokazał uniesiony kciuk Rixowi.

– Miejsca jest aż nadto – powiedział.

– Instaluj. Przykro mi, że cię oszukałem, Iris, ale nie miałem wyboru. Jeśli będzie to dla ciebie jakimś pocieszeniem… naprawdę mi się podobasz, ale okoliczności nam nie sprzyjają.

Słowa te nie poprawiły jej humoru. Nie zareagowała na nie w żaden widoczny sposób, pochłonięta myślami o Charonie i sytuacji, w jakiej się teraz znajdowała. A więc niezależnie od swej woli miała wystąpić przeciwko korporacji, największej sile w Polis-7. Trudno było w takich okolicznościach o jakiekolwiek pocieszenie. Od jakiegoś czasu powtarzała, że nie ufa nikomu, jednak gdyby miała wskazać jedną osobę, której do zdobycia jej zaufania byłoby najbliżej, niewątpliwie był nią Charon. Teraz dowiedziała się, że okłamywał ją od samego początku. Tak, miała ochotę się odegrać, pokazać mu, że popełnił błąd, traktując ją w ten sposób. W dodatku pobudki, jakimi kierowali się Rix i jego towarzysze, bądź co bądź logiczne i zrozumiałe, nie budziły w niej oporów, wręcz przeciwnie, czuła, że są właściwe, o ile tylko…

No właśnie.

Przecież oni także mogli kłamać. A sposobu, by się o tym przekonać, póki co nie miała.

– Gotowe – stwierdził Kellan, po czym sięgnął po czarną pokrywę i umieścił ją na powrót na jej biodrze. – Przykro mi to mówić, złotko, ale jeśli w ciągu dwudziestu czterech godzin nie załatwisz sprawy, będziesz zbierać z ziemi swoje flaki.

– Prześlij kody – rzekł Rix.

– Się robi. – Palce Kellana raz jeszcze zatańczyły po wyświetlaczu. – Na ten nowy numer?

Rix kiwnął głową.

– Załatwione.

– Wyczyść ślady.

– Już.

– Dobrze, a teraz, Iris, pora na ustalenie kilku rzeczy…

Usłyszała głośny trzask, poczuła podmuch, gdy pocisk przemknął tuż przy jej policzku. Czaszka Rixa eksplodowała, a fragmenty jego mózgu zbryzgały Kellana, który zaraz potem rzucił się na podłogę.

– Co to, kurwa, było?! – krzyknął.

 Iris zobaczyła dziurę w ścianie naprzeciwko i obejrzała się w stronę, z której strzelano. Również i tam ściana została przestrzelona. Broń elektromagnetyczna. Dobrze wiedziała, kto z takiej korzystał.

Hitomi zerwała się z miejsca i ruszyła w kierunku drzwi. Wtem rozległ się za nimi odgłos ciężkich kroków. Dziewczyna sięgnęła do torby Kellana i wydobyła z niej pistolet maszynowy, po czym wyciągnęła go przed siebie, trzymając oburącz.

No tak, pomyślała Iris, nie ruszaj się bez tego z domu.

Sięgnęła do kieszeni Rixa. Nic w niej nie znalazła, więc zajrzała do drugiej. Jest! Niewielkie urządzenie mogło być tym, o czym wspomniał Kellan. Spojrzała w jego stronę.

Skurczony ze strachu wychylał głowę zza kanapy, szukając najwyraźniej sposobu na opuszczenie mieszkania. Niestety jedyną drogę ucieczki stanowiły drzwi wyjściowe, za którymi niewątpliwie znajdował się zabójca Rixa. Wyjście przez okno z dwudziestego czwartego piętra nie wchodziło w grę.

Iris zsunęła się na podłogę i spojrzała w kierunku drzwi.

– Cholera… – syknęła, gdy zdała sobie sprawę z tego, że jej wszczepy są wciąż nieaktywne i nie może sprawdzić, kto jest za ścianą.

– T-to… on? – spytał drżącym głosem Kellan.

Kiwnęła głową.

– Tak sądzę.

– P-p-powstrzymaj go…

Tak, pomyślała, dobrze by było, w końcu ktoś musiał podać jej kod rozbrajający bombę.

– Zobaczę, co da się zrobić – powiedziała.

W tej samej chwili rozległ się rozdzierający uszy huk. Hitomi rzuciła się na podłogę, a Kellanem coś szarpnęło gwałtownie do tyłu. Zatrzymał się dopiero pod drzwiami sypialni.

– Nie! – krzyknęła Iris. – Tylko mi tu nie umieraj!

Spróbowała czołgać się w jego kierunku, co w jej obecnym stanie nie było prostym zadaniem. W końcu, gdy była już przy nim, zobaczyła potężną dziurę w jego brzuchu, z której krew ciekła obfitym strumieniem.

– Ghhh…. Nnnggg… – rzęził Kellan, spoglądając z przerażeniem w oczach na rosnącą kałużę krwi.

– Kod! – wrzasnęła Iris, nie wierząc jednak, by miało to odnieść zamierzony skutek. – Podaj mi ten cholerny kod!

Drzwi wyleciały z trzaskiem, a gdy się obejrzała, zobaczyła postać w czarnym pancerzu z krwistoczerwonym wizjerem. Na pierwszy rzut oka intruz wyglądał jak człekokształtny robot, lecz Iris wiedziała, że nim nie jest.

Kryjąca się za monitorami Rixa Hitomi posłała mu serię z pistoletu maszynowego, ale jedynym tego efektem były iskry skrzesane przez pociski w kontakcie z pancerzem. W odpowiedzi napastnik skierował w jej stronę prawą dłoń. Trzymał w niej masywny karabin elektromagnetyczny.

– Rzuć broń! – rozległ się dochodzący z głośników w pancerzu, zniekształcony głos. Iris natychmiast go rozpoznała. Hitomi, nie zważając na wezwanie do poddania się, posłała kolejną serię w kierunku intruza, jednocześnie cofając się w kierunku okna.

– Charon! – krzyknęła Iris. – Zaczekaj!

Spojrzał na nią i opuścił broń, po czym ruszył w kierunku Azjatki. Ta, widząc, że zarówno ucieczka, jak i podjęcie walki nie są możliwe, skierowała broń wprost w okno i nacisnęła spust. Szyba rozprysnęła się pod gradem kul.

– Żywej mnie nie dostaniesz! – warknęła Hitomi i skoczyła.

Iris spojrzała na nieruchomą twarz Kellana i zacisnęła zęby w bezsilnej wściekłości. Pięknie, po prostu zajebiście. Teraz, myślała, mam naprawdę przesrane.

Charon wyjrzał przez rozbite okno, potem zbliżył się do niej i powiedział:

– Co z tobą?

– Implanty siadły – stwierdziła ponuro. – Byli na to gotowi.

– Nie przejmuj się – odpowiedział.

Siedziała w milczeniu, gapiąc się pustym spojrzeniem na zwłoki Kellana.

– Miałaś być przed północą – stwierdził z wyrzutem Charon. – Jest piętnaście po.

 

*

 

Sygnał alarmowy zbudził ją o samym świcie. Usiadła na łóżku i ziewnęła przeciągle. Spała nie dłużej niż trzy godziny, ale nie mogła sobie pozwolić na marnowanie czasu. Jeśli Kellan nie kłamał, miała go naprawdę niewiele. Decyzja, której nie potrafiła podjąć w nocy, nagle wydała się jej prosta i oczywista. Cóż innego mogła zrobić, niż powiedzieć o wszystkim Charonowi, licząc na to, że wbrew temu, co jej powiedziano, uda się rozbroić bombę, którą nosiła?

No właśnie. Co?

Alternatywą było dostarczenie leku antykorporacyjnym buntownikom, ci jednak byli już martwi, w dodatku nie zdążyli jej nawet powiedzieć, komu wysłali kody wyłączające ładunek. Miała niecałą dobę na znalezienie tej osoby, a nie mając pojęcia, gdzie zacząć szukać, z coraz większą trudnością opierała się czarnym myślom.

Gdyby nie Charon…

Gdyby nie on, być może zrobiłaby to, czego od niej chcieli i pozbyła się kłopotu. Tymczasem wbrew wszelkim rachubom trójki nieszczęśników znalazł ich w ciągu zaledwie minut od czasu, gdy zdecydował się jej szukać. Urządzenie Rixa rzeczywiście zneutralizowało sygnał naprowadzający, ale zaczęło działać dopiero, gdy znalazła się przy nim. Zanim to jednak nastąpiło, obrazy zarejestrowane przez cybernetyczne oko Iris zostały przesłane do komputera Charona, a jednym z ostatnich był sam Rix przy stoliku w Meduzie. Identyfikacja na podstawie materiału video nie nastręczała już większych trudności, podobnie jak znalezienie mieszkania, które, jak się okazało, rzeczywiście należało do Ryanta. Charon był na miejscu w ciągu pięciu minut, załatwienie sprawy zajęło nie więcej niż dwie. Szybko i sprawnie. Aż za bardzo.

W pewnej chwili chciała go zapytać, dlaczego strzelał bez ostrzeżenia, ale w świetle wiedzy uzyskanej od Rixa odpowiedź sama się nasuwała. Musieli, a przynajmniej Ryant, być już na celowniku OmniSynthu i Charon skorzystał z nadarzającej się sposobności. Oczywiście wypytywał ją później o to, czego od niej chcieli, a ona mówiła, a jakże, samą prawdę, tyle że nie całą. Nie wspomniała o tym, że podzieliła się z nimi swą wiedzą, uznała bowiem, że skoro i tak są martwi, nie ma sensu o tym mówić. Za to druga rzecz, o której mu nie powiedziała, była jak najbardziej istotna.

Cóż, pomyślała, chyba nie ma na co czekać…

Dotknęła stopami chłodnej podłogi i wstała, po czym wyszła z sypialni. Charon nie spał już. Jak to zazwyczaj bywało, zastała go za biurkiem, w skupieniu przeglądającego holoprojekcję. Dziesiątki linijek tekstu przesuwały się ku górze, ale choć zdawał się być bez reszty pochłonięty ich treścią, gdy tylko się zjawiła, skierował ku niej wzrok.

– Jak się spało?

– Kiepsko – odparła zgodnie z prawdą. – Muszę się napić kawy.

Zamierzała mu powiedzieć o bombie, ale miała z tym drobny problem. Nie wiedziała mianowicie, jak wyjaśnić mu odwlekanie podzielenia się z nim tą informacją. W tym wypadku nie mogła powiedzieć prawdy.

Zalewała właśnie kubek wrzącą wodą, gdy Charon się do niej odezwał:

– Wiesz, kim była ta skośnooka idiotka, która skoczyła z okna?

– Nie wiem.

– Wygląda na to, że to Matsunaga Hitomi, córeczka człowieka, który ostatnio narobił nam niezłego zamieszania. Znasz sprawę?

– Słyszałam – potwierdziła Iris, z trudem kryjąc zaskoczenie informacją o Hitomi. – Co z nim?

Może Matsunaga coś wie, zastanawiała się gorączkowo, może on jest rozwiązaniem?

– Termin likwidacji wyznaczony na dzisiaj. Za niecałe dwie godziny.

– Wychodzisz?

– Tak, dopilnuję tego osobiście.

– Pójdę z wami.

– Chciałem dać ci dzisiaj odpocząć – odrzekł Charon, przyglądając się jej uważnie. – Miałaś ciężką noc.

– To nic. Chcę iść.

Patrzył jej w oczy i Iris zaczęła się obawiać, że doszukuje się ukrytego znaczenia jej chęci uczestnictwa w akcji.

– W takim razie… – powiedział w końcu. – Szykuj się.

Kiwnęła głową, zawróciła w stronę sypialni.

– Wzięłaś lek? – spytał Charon.

– Tak – skłamała.

 

*

 

O wyznaczonej godzinie czekali na lądowisku. Było ono usytuowane na dachu wieżowca i rozciągał się z niego rozległy widok na całe miasto i jego okolice. Tym razem jednak Iris nie w głowie było jego podziwianie. Milcząca i zamyślona stała u boku odzianego w czarny pancerz Charona. Sama również ubrała się odpowiednio, a choć to, co zakładała na tego rodzaju okazje nie mogło się równać z cybernetyczną zbroją jej towarzysza, to i tak jak dotąd skutecznie ratowało jej skórę. Hełm trzymała w ręku. Gdy wychodziła sama, czasami go zostawiała, choć nie było to może zbyt rozsądne. Zwyczajnie nie lubiła go nosić, wciąż powtarzała, że jej przeszkadza. Teraz, ruszając na akcję razem z Charonem, dobrze wiedziała, że nie ma nawet o czym dyskutować.

Kopter wynurzył się zza budynku niemal bezgłośnie. Kolorystycznie zlewał się z błękitnym niebem, a za szybą osłaniającą kabinę pilotów Iris ujrzała Siergieja i Skunksa – dwóch spośród ludzi Charona, którzy mieli im towarzyszyć w dzisiejszej akcji. Obu miała okazję dość dobrze poznać i o ile Skunks, którego przezwisko korespondowało idealnie z kolorem włosów ozdobionych charakterystycznym białym pasmem, zdołał zaskarbić sobie jej sympatię, tak już jego towarzysz, Siergiej, ów irokez w goglach, którego widywała często na holoprojekcji Charona, wzbudzał w niej jedynie nieodpartą niechęć.

Kopter osiadł na lądowisku zaledwie kilka metrów od miejsca, w którym stali. Charon podbiegł do pojazdu, otworzył boczną klapę i zaprosił ją gestem do środka. Wskoczyła do kabiny i natychmiast zajęła miejsce tuż za plecami Skunksa. Po chwili, gdy klapa została zamknięta, Charon dał znak do odlotu.

– W drogę – rzekł zniekształconym przez głośniki pancerza głosem.

Pojazd poderwał się do lotu i już po chwili zniżył się znacznie, po czym, klucząc pośród drapaczy chmur, skierował się na północ.

– Cześć, dupcia – rzucił przez ramię Siergiej i mlasnął obleśnie – co słychać?

– Wal się – mruknęła Iris. – Nie chce mi się z tobą gadać.

– Spokój! – rzekł Charon. Głośno i stanowczo. – Nie czas na to, mamy robotę.

– Cel bez zmian? – spytał Skunks, przechylając drążek sterowniczy.

– Bez zmian – potwierdził Charon. – Hotel Olimp, siedemdziesiąte pierwsze piętro.

– Skąd ta pewność? – spytała Iris.

– Kamery monitoringu przy wejściu od strony parkingu wyłapały goryli Matsunagi. Nie sposób ich z nikim pomylić, a on nigdzie się bez nich nie rusza. Po wczorajszym zamieszaniu uznał, że dobrze będzie zmienić miejsce pobytu i opuścił swoją dzielnicę, ale nie na wiele mu się to zdało. Przed północą wiedziałem, gdzie go szukać. Próbowałem nawiązać z nim kontakt i wyjaśnić kilka spraw…

– Ale nic z tego nie wyszło?

– Tak, Iris, jak się zresztą nietrudno domyślić.

– A piętro? – spytała dziewczyna. – Masz pewność, że jest akurat na tym?

– Podłączyłem się do ich systemu – odrzekł Charon – przejrzałem kamery i nic nie znalazłem, ale…

– Tak?

– To jedyne piętro, na którym wszystkie były wyłączone. Nie daje to oczywiście całkowitej pewności, ale jestem skłonny zaryzykować.

– Kogo spodziewamy się tam zastać? – spytał Skunks.

– Dwóch hodowlańców XXL, tych musicie trzymać na dystans, albo zostawcie ich mnie. Poza tym standardowa ochrona, nie sądzę by w liczbie, która sprawi nam problem, ale musicie być gotowi na niespodzianki. Wiemy, że Matsunaga bawi się w cyborgizację i coraz częściej wśród jego ludzi trafiają się ulepszeni. Mniej lub bardziej.

– Świetnie. – Skunks pokręcił głową. – Czemu ja się to w wpakowałem?

– Bo lubisz pieniądze – odparł Siergiej. – Jak my wszyscy. No nie, dupcia?

– Skończ – rzekł Charon. – Nie chcę tego więcej słyszeć.

Siergiej zamilkł, a Iris spojrzała w kierunku Charona. Miło z jego strony, pomyślała, ale wciąż pozostawał w jej oczach oszustem i nadal nie wiedziała, co ma z tym fantem zrobić. Przynajmniej we wspomnianej przez irokeza w goglach kwestii pieniędzy wszystko było tak, jak należy. Odkąd dołączyła do grupy Charona, nie brakowało jej niczego. W granicach rozsądku oczywiście.

 Ale pieniądze to nie wszystko. Przez ostatnie miesiące nauczyła się postrzegać OmniSynth bardziej jak wroga, niż sojusznika. Co chwilę napotykała na kolejne powody, by w ten sposób myśleć o korporacji.

A teraz miała zabijać z jej polecenia.

Gdy przed nimi wyrosła skąpana w słonecznym blasku sylwetka wieżowca, Iris przestała się zastanawiać. Nadeszła pora działania.

Skunks podprowadził kopter na kilkanaście metrów do ściany budynku. Pojazd zawisł w powietrzu, podczas gdy Charon podniósł się, otworzył klapę, po czym zajął miejsce za lekkim działkiem, które wymierzył w kierunku oszklonych ścian.

– Uwaga!

Po chwili lufa plunęła ogniem, a dźwięk tłuczonego szkła zlał się w jedno z hukiem wystrzałów. Iris założyła hełm i zajęła miejsce u boku Charona, który już po chwili odsunął działo i przystąpił do kolejnego punktu programu.

– Czysto! – krzyknął Skunks. – Dajesz!

Siergiej zerwał się z fotela i dołączył do Iris i Charona, który sięgnął teraz po harpun. Uniósł broń, wycelował, strzelił. Lina zaczepiła się w ścianie wewnątrz ostrzelanego pomieszczenia.

– W górę! – zawołał Charon, zapinając własną linkę asekuracyjną. Z chwilą, gdy Skunks poderwał maszynę ku górze, lina łącząca kopter z budynkiem napięła się, zapewniając możliwość zjazdu.

– Iris, za mną!

Ruszył przodem, zjeżdżając w kierunku ściany hotelu. Iris także przypięła się już do liny, spojrzała w dół i odruchowo cofnęła się o krok. Pod sobą widziała dachy budynków i ulice, jakieś dwieście metrów niżej. Na krótką chwilę zamarła w bezruchu.

– Co jest, dupcia, strach cię obleciał?

Siergiej klepnął ją mocno w pośladek, a gdy się obejrzała, jego twarz była tuż przy jej policzku. Uśmiechał się paskudnie.

– No, w drogę, kurwa! – zawołał jej wprost do ucha, po czym wypchnął ją z koptera.

Krzyknęła głośno, przeciągle, zjechała po napiętej linie wprost do wnętrza budynku, ledwie zdołała zatrzymać się przed ścianą. Zobaczyła Charona unoszącego swój elektromagnetyczny karabin. Potem dobiegł ją dźwięk wystrzałów.

– Odepnij się, już!

Sięgnęła do uprzęży i zaczęła się szamotać z paskiem. W końcu opanowała się i już po chwili odzyskała pełną swobodę ruchów. Tymczasem do pomieszczenia zjechał także Siergiej. W ręku ściskał pistolet maszynowy.

– Skunks! – zawołał Charon do komunikatora. – Ląduj na dachu i czekaj na nas!

Potem strzelił w kierunku kogoś znajdującego się w korytarzu, Iris usłyszała głośny krzyk, niezawodne potwierdzenie tego, że nie marnował amunicji. Spojrzała w jego stronę, ruchem głowy wskazał jej kierunek, w jakim miała podążyć. Usłuchała bez wahania. Przemknęła przez korytarz, trafiła do przestronnego pomieszczenia po jego przeciwnej stronie. Wpadła tam na trzech uzbrojonych mężczyzn. Synchronizacja między implantem oka i ramieniem była bezbłędna. Jedynym, co musiała zrobić było naciśnięcie spustu. Raz, drugi i trzeci.

Przekroczyła dwa martwe ciała. Trzeci z mężczyzn jeszcze oddychał, gorączkowo szukając leżącej o krok od niego broni. Strzeliła mu prosto w twarz i skrzywiła się z niesmakiem na widok tego, co pocisk z nią zrobił.

Niech to szlag, pomyślała…

…ale jaki miała wybór?

Zewsząd dobiegła ją głośne krzyki, zerknęła ukradkiem za siebie, chcąc się przekonać, czy jest bezpieczna. Charon zniknął w korytarzu, mogła więc mieć pewność, że z tamtej strony nikt tu nie przyjdzie. Szybkim krokiem przeszła cały pokój, kierując się ku szerokim rozsuwanym drzwiom. Te otwarły się, gdy dzieliło ją od nich ledwie kilka metrów…

Stała w nich zwalista góra mięśni, która tylko z grubsza przypominała człowieka. Iris dobrze wiedziała, co ma przed sobą. Twór bioinżynierii: utwardzona skóra i kości, mięśnie o sile pięciokrotnie przekraczającej najlepsze wyniki uzyskiwane bez syntetycznych wspomagań. Efekty uboczne w postaci specyficznego wyglądu, utraty owłosienia, znacznego spadku wydajności umysłowej i zwiększonej podatności na wystąpienie nowotworów były ceną, jaką przyszło płacić tym, którzy poddali się zabiegom. Niektórzy widać nie mieli lepszego pomysłu na życie.

Momentalnie namierzyła cel i bez zastanowienia wpakowała weń serię z pistoletu maszynowego.

– Nie wierzę… – wyrwało się jej na widok znikomych efektów, jakie wywarł ostrzał.

 Skóra w kilku miejscach została co prawda przebita, ale wyglądało na to, że pociski utkwiły w leżącej pod nią masie mięśni, nie będąc w stanie przedrzeć się przez nią i sięgnąć organów wewnętrznych. Mięśniak wydał z siebie groźny pomruk.

Uniosła pistolet i strzeliła mu w sam środek czoła. Nie drgnął nawet, a po chwili posłał jej wściekłe spojrzenie. Potem ruszył. Odskoczyła do tyłu, starając się trzymać poza zasięgiem jego potężnych ramion. Posłała mu kolejną serię, z podobnym jak uprzednio efektem, i cofnęła się do drzwi, którymi się tu dostała. Stanął w nich właśnie Siergiej, ale na widok zbliżającego się hodowlańca natychmiast zawrócił do korytarza.

Choć skupiona była teraz na podążającym za nią przerośniętym mutancie, nie uszło jej uwadze, że już po chwili, w drzwiach, z których wyszedł, stanęli kolejni ochroniarze Matsunagi. Ci również nie tracili czasu. Gdy grad kul podziurawił ścianę o parę kroków od niej, Iris zdecydowała, że czas pójść w ślady Siergieja.

Na końcu korytarza zobaczyła Charona.

– XXL za ścianą! – krzyknęła, biegnąc w jego kierunku. Zobaczyli iskry na czarnym pancerzu, Charon wymierzył i strzelił, do kogoś znajdującego się za rogiem. Usłyszała tylko odgłos rozbijanej ściany.

– Gdzie jest?

Spojrzała w bok. Sygnatury cieplnej znajdującego się za ścianą mutanta nie sposób było przegapić. Wskazała kierunek. Charon obrócił w tę stronę karabin elektromagnetyczny. 

I strzelił.

Spojrzała na dzielącą ją od pomieszczenia ścianę. Czerwona plama, którą rejestrowało jej cybernetyczne oko, zachwiała się wyraźnie.

– Dalej stoi! – krzyknęła Iris.

Nagła eksplozja rzuciła Charona na podłogę, jednak już po chwili zaczął się z trudem podnosić, widać zbroja wytrzymała. Siergiej, który znalazł się tuż przy nim, krzyczał wściekle, jednocześnie ostrzeliwując z pistoletu maszynowego korytarz za rogiem.

Iris sięgnęła do pasa, odpięła niewielki, czarny krążek. Cisnęła go w kierunku wejścia, którym przed chwilą wycofała się z pokoju z mutantem. W chwili, gdy w korytarzu pojawił się pierwszy z ludzi Matsunagi, eksplozja rozerwała go na strzępy, a dym i ogień przesłoniły widok, co jednak nie stanowiło większej przeszkody dla kogoś zaopatrzonego w cybernetyczne oko. Upewniwszy się, że kolejni nie próbują podążać jej śladem, Iris także dołączyła do Charona.

Gdy podeszła, oglądał właśnie swój uszkodzony eksplozją karabin. Po chwili rzucił go w kąt. W korytarzu za rogiem leżały ciała, wśród nich także mutant z przestrzeloną głową, podobny do tego, na którego trafiła, a który wciąż kręcił się za ścianą.

– Widzę, że twoja broń daje im radę – stwierdziła Iris, spoglądając z wyraźnie niezadowoloną miną na swoją.

– Dawała – odrzekł Charon. – Ale to nic. Wy zajmijcie się Matsunagą, drugi XXL jest mój.

Jego pokryty pyłem pancerz, choć w dużej części powgniatany i odrapany, wciąż był w jednym kawałku.

– Do roboty! – krzyknął.

Uderzył oburącz ścianę dzielącą ich od pomieszczenia z którego Iris się uprzednio cofnęła, a ta rozsypała się z łoskotem. Następnie cała trójka przeszła przez powstałą wyrwę, natychmiast otwierając ogień. Trzej towarzyszący mutantowi ludzie Matsunagi byli martwi, nim zdążyli wycelować w nich trzymane w ręku karabiny. XXL trzymał się za przestrzelony przez Charona bark, ale nie dało się po nim poznać bólu czy zmęczenia. Na widok intruzów natychmiast ruszył w ich kierunku.

– Idźcie! – zawołał Charon.

Usłuchali wezwania, zostawiając go sam na sam z nacierającą nań górą mięśni. Za drzwiami trafili na wystawnie urządzony pokój, w którym dominowały dalekowschodnie akcenty, widać przygotowane specjalnie na potrzeby aktualnego lokatora. Iris nie miała jednak czasu podziwiać drzewek bonsai ani wymalowanych na zasuniętych roletach malowideł z wschodzącym słońcem. Jej uwagę zwrócił człowiek siedzący na macie naprzeciwko wejścia. Ubrany w brązowe kimono pięćdziesięciolatek o ostrych rysach twarzy przyglądał się intruzom w milczeniu.

– Ichiro Matsunaga? – spytała Iris.

– Kto was przysłał? – odparł mężczyzna. Miał charakterystyczny akcent i chrapliwy głos.

– Zdychaj, żółtku – odparł Siergiej, unosząc broń.

Błysnęła stal, dłoń wraz z pistoletem spadły na podłogę, znacząc ją obficie bryzgającą krwią.

– Ja pierdolę! – ryknął Siergiej, padając na ziemię i chwytając się za okrwawiony kikut. – Kuuurwa! Iris, zajeb go!

Mężczyzna o długich, czarnych jak smoła włosach, odziany w lekki, nie krępujący ruchów strój tego samego koloru, ściskał w ręku katanę. Krew spływała po klindze. Zatrzymał się między intruzami a ich niedoszłą ofiarą. Jego twarz skrywała maska.

Iris usłyszała huk dochodzący gdzieś z tyłu, po nim zaś głośny krzyk, którego z pewnością nie wydał z siebie mutant. Choć chciała, nie mogła się teraz obejrzeć.

– Zabij ją, Hayai – rzekł mężczyzna na macie. – Nie zawiedź mnie.

Zamaskowany nie dał sobie tego dwa razy powtarzać. Doskoczył do Iris, tnąc ukośnie z góry. Klinga miecza przejechała po jej pancerzu, rozcinając go, ale nie sięgając skrytego pod nim ciała. Choć koordynacja oko-ręka działała bez zarzutu, Iris stwierdziła ze zgrozą, że system celowniczy nie nadążał za ruchami napastnika. Oddała trzy strzały, każdy z nich o ułamek sekundy za późno, by go dosięgnąć. Zwykły człowiek nie miał prawa być aż tak szybki. 

Hayai doskoczył do niej, uderzył. Obróciła się na pięcie, wywinęła spod ostrza…

Prawie.

Syknęła z bólu, gdy końcówka klingi zaczepiła o jej ramię. Piekący ból dał jej do zrozumienia, że tym razem pancerz nie pomógł, a jednocześnie uświadomił, że to starcie może się dla niej źle skończyć. Zerknęła w bok, zobaczyła Charona przelatującego przez pomieszczenie. XXL szedł za nim, mamrocząc niezrozumiale. Pięknie, na pomoc nie należało liczyć, a tymczasem…

Zamaskowany rzucił się na nią. Posłała mu kolejną serię, lecz, jak zwykle, przemknął pod nią i przetoczył się po podłodze. Stwierdziwszy, że zabrakło jej amunicji, rzuciła w niego swym pistoletem, co na krótką chwilę wybiło go z rytmu. Zamiast próbować sięgnąć go tam, gdzie był, skoczyła w miejsce, w którym się go spodziewała za chwilę. Zgodnie z oczekiwaniami znalazła się tuż przy nim i cybernetyczną ręką pochwyciła go za nadgarstek. Zacisnęła palce i uśmiechnęła się, słysząc głośne chrupnięcie. Hayai wypuścił miecz z bezwładnej dłoni, a w tej samej chwili jej kolano wbiło się z impetem między jego nogi. Zamaskowany wydał z siebie głuchy jęk. Uwagę Iris przykuło teraz podziurawione kulami okno. Wytężywszy siły, pchnęła przeciwnika w jego kierunku, po czym puściła rękę i kopnęła go z impetem w żebra. Uderzył plecami w osłabione już szkło, które pękło z trzaskiem pod jego naporem. Poleciał w dół, a krzyk, który z siebie wydał, cichł z każdą sekundą.

Iris podniosła broń, przeładowała ją i zwróciła się w kierunku mężczyzny na macie, który wciąż pozostawał na swoim miejscu.

– Spytam jeszcze raz: Ichiro Matsunaga?

Mężczyzna podniósł się powoli, patrząc jej przy tym w oczy. Potem skłonił się lekko.

– Nie spodziewałem się – powiedział – że dane mi będzie zobaczyć klęskę Hayaiego. Jestem tym, którego szukasz i z pokorą przyjmę swój los.

– Rozwal go! – wrzasnął Siergiej. – Rozpierdol mu ten żółty ryj!

Iris obejrzała się raz jeszcze. Charona ani mutanta nie było w zasięgu wzroku, nie mogła też wypatrzeć ich sygnatur cieplnych, co oznaczało zapewne, że znaleźli się na innym piętrze. Nie miała teraz czasu się za nimi rozglądać. Sięgnęła do kieszeni, trafiła na urządzenie Rixa i wcisnęła aktywujący je przycisk.

– Panie Matsunaga – odezwała się po krótkiej chwili milczenia – OmniSynth wydał na pana wyrok. Jesteśmy tu, by go wykonać.

– Omni… – zdziwił się Siergiej. – Co ty pierdolisz? Czekaj no…

Podniósł rękę do ucha, chcąc najwyraźniej skorzystać z komunikatora.

Nie miała czasu na zastanowienie, ale nie mogła dopuścić, by zrobił to, co zrobić zamierzał. System namierzył cel, ręka sama odpowiednio się ustawiła.

Nacisnęła spust i zamknęła oczy.

Gdy je otworzyła, Siergiej leżał na podłodze z krwawiącą dziurą w skroni. Gogle zsunęły mu się na czoło.

Matsunaga patrzył na nią z niewyraźną miną. Nie dziwiła mu się wcale.

– O co tu chodzi? – zapytał wreszcie.

– Mam informacje o pańskiej córce – odparła Iris.

– Ona nie żyje.

– To prawda – potwierdziła. – Ten, kto odpowiada za jej śmierć przyszedł tu razem ze mną. Jeśli zabije pańskiego ochroniarza, a wierzę, że zdoła to zrobić, przyjdzie tutaj i dokończy, co zaczął.

Przez cały czas towarzyszyło jej dziwne wrażenie, jakby te słowa nie przez nią były wypowiadane, lecz przez jakąś inną, zupełnie obcą osobę. W końcu, patrząc w oczy Matsunagi, zrozumiała, że to tylko złudzenie. Podjęła decyzję, teraz przyjść miała pora na konsekwencje.

– Co zamierzasz? – spytał.

– Wierzę, że jesteśmy sobie w stanie nawzajem pomóc. Mogę się co prawda mylić, ale postanowiłam zaryzykować. Zna pan ludzi, z którymi kontaktowała się Hitomi? Był wśród nich ktoś z OmniSynthu?

Matsunaga pokiwał głową.

– Wyprowadzę pana stąd i podzielę się tym, co wiem, w zamian za pomoc z trapiącym mnie problemem. Umowa stoi?

Patrzyła mu w oczy, ale nie była w stanie niczego z nich wyczytać. Trwało to zaledwie kilka sekund, ale miała wrażenie, że mijają godziny. W końcu padła wyczekiwana odpowiedź:

– Niech tak będzie.

 

*

 

Wyświetlacz wskazywał właśnie czwarte piętro, gdy winda niespodziewanie się zatrzymała. Jeśli urządzenie Rixa działało poprawnie, Charon nie mógł jej namierzyć, ale wiedziała, że znalezienie innego sposobu na jej zlokalizowanie nie będzie dlań stanowiło większego kłopotu.

– Co się dzieje? – spytał Matsunaga.

– Kłopoty – odparła Iris. – Musimy się stąd wydostać.

Drzwi, choć teoretycznie winny się były otworzyć, wciąż pozostawały zamknięte. Iris sięgnęła do panelu sterującego, wdusiła przycisk odpowiedzialny za ich otwieranie. Bez efektu. Spojrzała na swego towarzysza, potem sięgnęła po broń.

Dwa strzały zniszczyły panel, z którego posypały się snopy iskier. Usłyszeli sygnał alarmowy, a w chwilę później drzwi stanęły otworem.

– Idziemy! – krzyknęła, po czym wyszła na korytarz, trzymając w obu dłoniach załadowaną broń. – Do schodów, tędy!

Ruszyli w kierunku wskazanym przez oznaczenia na ścianach, szukając najbliższych schodów. Nim zdążyli tam dotrzeć, zza rogu wyłonił się utykający, pokryty gruzem i pyłem Charon. Szedł, opierając się ręką o ścianę. Na ich widok zatrzymał się. Wiedziała, że poradzi sobie z mutantem, nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, choć, wnioskując po jego obecnym wyglądzie, musiała to być ciężka przeprawa.

– Cofnij się – powiedziała Iris do swego towarzysza. – Już!

– Rozczarowałaś mnie, Iris – rzekł Charon. Odsunął się od ściany i chwiejnym krokiem skierował wprost ku niej. – Jak nikt dotąd. Naprawdę chciałbym to zrozumieć…

– Chciałbyś? – spytała, kierując ku niemu broń. – Najpierw mi powiedz, czemu miała służyć ta szopka. To pieprzenie o działaniu na własną rękę.

– A co za różnica? – odrzekł. – Im mniej wiesz, tym mniejsza szansa, że coś wygadasz, źle ci było?

– Przykro mi, twoja tajemnica już się wydała. Teraz wszyscy dowiedzą się, kim jest Charon i dla kogo pracuje. Tak jak i ja się dowiedziałam. 

– Trudno – mruknął. – Jakoś przeżyję… w przeciwieństwie do ciebie.

Ruszył w jej stronę, a choć widziała, że każdy krok przychodzi mu z trudem, nie miała najmniejszych wątpliwości co do tego, że mówi poważnie i słowa swe wprowadzi w życie.

O ile ona mu na to pozwoli.

Nacisnęła spust, zasypując pociskami poważnie już pokancerowany pancerz, ale Charon nie zwolnił.

– Wiejemy! – krzyknęła do Matsunagi i zawróciła.

Pobiegli prosto przed siebie pustym korytarzem, słysząc za sobą dudniący odgłos ciężkich kroków. Kierowali się do klatki schodowej po przeciwnej stronie budynku. W pewnej chwili Iris zatrzymała się.

– Co robisz? – spytał Matsunaga.

– Idź, dołączę za chwilę.

– Na parkingu mam samochód – powiedział. – Moi ludzie są już w drodze.

– Oby nie fatygowali się na darmo – stwierdziła Iris, spoglądając w kierunku zbliżającego się Charona. Potem sięgnęła do pasa. Spojrzała na czarny krążek i wcisnęła przycisk uruchamiający odliczanie. Matsunaga dotarł tymczasem do schodów i pognał w dół.

10… 9… 8…

Charon potknął się, zachwiał, oparł o ścianę.

– Pięknie mi się odpłacasz. A tak dobrze rokowałaś…

Iris zacisnęła palce na trzymanym w dłoni krążku.

7…6…5…

– Przykro mi, że tak wyszło – powiedziała. – Ale nie mam wyboru.

– Nie masz gdzie się ukryć, Iris, wszędzie cię znajdę.

4… 3…2…

Ciśnięty w kierunku Charona krążek poturlał się po podłodze korytarza.

Iris odwróciła się i pobiegła, ale mimo to siła eksplozji niemal zwaliła ją z nóg. Nie oglądając się za siebie, dopadła schodów.

 

*

 

Zabębniła palcami po kierownicy i odetchnęła chłodnym powietrzem wpadającym do wnętrza wozu przez otwarte okno. Sięgnęła po puszkę gazowanego napoju, którą postawiła między siedzeniami, przysunęła ją do ust i zwilżyła gardło ostatnim łykiem. Zgniotła puszkę i wyrzuciła ją na zewnątrz.

Nie odrywała oczu od drzwi wejściowych znajdującego się naprzeciwko budynku. Adres dostała od Matsunagi, który dowiedziawszy się wszystkiego, postanowił wywiązać się ze swej części umowy. Miała nadzieję, że tym, co zrobiła w jego hotelowym apartamencie zasłuży sobie na zaufanie i nie pomyliła się. Z tego, co jej powiedział, wynikało, że Hitomi nie była posłuszną córką i nie robiła tego, czego oczekiwał ojciec. Mimo to stała zawsze po tej samej stronie, a jej śmierć sprawiła, że Ichiro skłonny był zrobić cokolwiek, co mogło popsuć szyki tym, którzy odpowiadali za tę tragedię.

Iris dostała nie tylko namiary na osobę, z którą kontaktowała się ekipa Rixa, ale i wóz, antyczny niemal, ale solidny model, znany powszechnie jako Stallion. Pomalowany był na czarno, nieźle zachowany, choć na karoserii nosił liczne znaki przeżytych dekad. Matsunaga dał jej wybór. W grę wchodziło także kilka innych, znacznie nowszych wozów, Iris uznała jednak, że postawić należy na sprawdzoną markę. Do kompletu dorzucono jeszcze pełny bagażnik broni.

A teraz czekała pod domem niejakiej Sharon Collins, lekarki zatrudnionej przez OmniSynth, z pewnością znajomej Zacha Barnetta. Nie mogła do niej dzwonić, spodziewała się bowiem, że każde połączenie jest podsłuchiwane. Nie pozostawało jej nic innego, jak spotkać się z nią osobiście. Wedle uzyskanych informacji, panna Collins kończyła pracę o godzinie 20:00, ale w godzinę później Iris wciąż czekała w samochodzie zaparkowanym naprzeciwko wskazanego wieżowca. Wypatrywała żółtego sportowego wozu, którego dane także dostarczył Matsunaga. I coraz bardziej się niecierpliwiła. Trzy godziny życia, tyle jej zostało, a jeśli lekarka nie wróci tej nocy do domu…

W końcu się doczekała.

Pojazd przemknął jej tuż przed nosem i skierował się w stronę zjazdu na podziemny parking. Nie zastanawiając się długo, Iris wcisnęła pedał gazu i ruszyła za nim. Po chwili zatrzymała się w słabo oświetlonym miejscu, kilkanaście metrów od swego celu, i wysiadła z samochodu. Ciemność nie stanowiła problemu, cybernetyczne oko śledziło cel. Szczupła blondynka o długich, kręconych włosach skierowała się ku oświetlonemu wejściu do windy. Nim do niego dotarła, Iris zastąpiła jej drogę.

– Kim jesteś? – spytała niepewnie kobieta, ukradkiem sięgając do przewieszonej przez ramię torebki.

– Na twoim miejscu nie robiłabym tego – odparła Iris, ruchem głowy wskazując jej rękę. – Po pierwsze, nic ci to nie da, po drugie, nie ma powodu, byś miała ryzykować.

– Czego chcesz? – Strach wyraźnie rysował się na jej twarzy oświetlonej teraz przez lampę umocowaną na pobliskim filarze.

– Jesteś Sharon Collins, pracujesz dla OmniSynthu, zgadza się?

Blondynka kiwnęła głową.

– I kombinujesz na boku – dodała Iris. – Porozmawiamy sobie o tym. No, już, ruszaj się.

– Nie wiem o czym…

– Ależ dobrze wiesz – przerwała jej Iris. – Znałaś przecież Rixa Ryanta? Hitomi? Mam coś, co cię przekona, spójrz tutaj.

Pokazała jej otwartą dłoń, leżała na nim fiolka z dawką leku, ta sama, którą dostarczył Barnett. Zamiast go użyć, zdecydowała zachować go sobie na później.

– Skąd… Skąd to masz?

– Prezent od Zacha Barnetta. Domyślam się, że ci się przyda.

W odpowiedzi oczy Sharon zrobiły się niemal zupełnie okrągłe.

– Pogadamy o tym w samochodzie – powiedziała Iris. – O, tam.

Ton jej wypowiedzi nie pozostawiał wątpliwości co do tego, że propozycja była z tych nie do odrzucenia. Sharon posłusznie udała się w kierunku wozu, po czym zajęła miejsce pasażera. Po chwili Iris usiadła w fotelu kierowcy.

– A teraz posłuchaj: twoi znajomi zeszłej nocy zdołali rozpieprzyć moje życie na kawałki, co gorsza, za parę godzin również i ja skończę w kawałkach. Dosłownie. Potrzebuję kodów wyłączających to cholerstwo, które mi podłączyli, i coś mi się wydaje, że jesteś jedyną osobą w całym cholernym Polis-7, która może mi pomóc. Powiedz mi, że mam rację.

Mówiła, patrząc wprost przed siebie, ani na chwilę nie zwracając twarzy w kierunku Sharon. Lewa dłoń zadrżała jej na kierownicy.

– Mam te kody – potwierdziła panna Collins. – Rix przesłał mi je zeszłej nocy.

Iris odetchnęła z ulgą.

– Bądź zatem tak dobra i zajmij się tym.

To mówiąc, wyciągnęła ze schowka kabel i przypominające kalkulator urządzenie. Potem uniosła się nieco w fotelu, zsunęła spodnie i pokazała jej czarną klapę na biodrze. Otworzyła ją.

– Widzisz to? – spytała.

Sharon potwierdziła skinieniem.

– Ponieważ chcę mieć pewność, że nie spróbujesz mnie wydymać, sama wprowadzisz kod, siedząc tu ze mną. Wierzę, że dołożysz wszelkich starań, by się nie pomylić. Podłączaj.

Sharon wypełniła polecenie. Połączyła kabel z ładunkiem, wprowadziła kod autoryzacyjny i potwierdziła. Tuż przy klawiaturze zapaliło się zielone światełko. Iris zamknęła oczy.

– Teraz rozbrojenie.

Pisk, jaki wydawało z siebie uderzenie z każdym kolejnym naciśnięciem klawisza, przyprawił ją o dreszcze. Miała wrażenie, że całe życie przelatuje jej przed oczami, zacisnęła powieki jeszcze mocniej.

– Zrobione.

Głos Sharon był w tej chwili najpiękniejszym dźwiękiem, jaki mogła sobie wyobrazić. Spojrzała na nią i uśmiechnęła się.

– Dziękuję. Proszę, oto twoja zapłata. – Podała jej fiolkę z lekiem. – Na mnie już pora. Dzięki wam muszę się wynosić z miasta, a nie mam bladego pojęcia, dokąd mogłabym się udać, ale co tam, będzie, co ma być.

– Bardzo nam pomogłaś… jak właściwie masz na imię, jeśli mogę spytać?

– Iris.

– Nawet nie wiesz, ile to dla nas znaczy.

– Chyba się jednak domyślam.

– Może… może mogłabym złożyć ci propozycję…

– Pewnie, czemu nie – stwierdziła gorzko Iris. – Na chwilę obecną raczej trudno mi sobie wyobrazić, że cokolwiek byłoby w stanie jeszcze pogorszyć moje położenie. Pomogłam kryminaliście, otwarcie wystąpiłam przeciw agentom OmniSynthu, właściwie mogę już zacząć kopać sobie grób. No, dalej, co chciałaś mi zaproponować?

Sharon przez dłuższą chwilę ważyła słowa. W końcu odpowiedziała:

– Ten lek musi trafić w pewne miejsce. Tam się nim zajmą, przeanalizują skład, postarają się uzyskać go więcej… to bardzo ważne, a teraz, gdy Rix nie żyje, nie mam kogo tam wysłać. Skoro nie możesz zostać w Polis-7, może…

Iris spojrzała na nią, nie kryjąc malującego się na twarzy zaskoczenia.

– Gdzie to jest?

– Jakieś sześćset kilometrów na południe stąd. Jest zjazd z szosy, wiedzie prosto w kanion, a tam… Nazywają to Azylem. Szukają tam schronienia ci, dla których nie ma już miejsca w tak zwanym „cywilizowanym świecie”. Gdybyś zawiozła tam lek, także i tobie Azyl mógłby posłużyć za kryjówkę.

– Sześćset kilometrów… nawet nie tak daleko…

Pomyślała o spalonym słońcem pustkowiu, na którym próżno szukać schronienia przed palącym żarem. O zasypanej piaskiem szosie. O bandach renegatów i morderców czyhających na samotnych wędrowców.

– A jeśli się zdecyduję… – zaczęła, spoglądając podejrzliwie na lekarkę. – Jeśli to zrobię, skąd mam pewność, że na miejscu nie dostanę w ramach powitania kulki w środek czoła?

– Podam ci hasło, które zapewni ci bezpieczny wjazd, potem musisz tylko wyjaśnić, z czym przybywasz. Wspomnij też, kto cię przysyła.

– Dlaczego chcesz mi zaufać?

– Znam się na ludziach. – Sharon uśmiechnęła się lekko. – To jak będzie?

Iris spojrzała przed siebie, oparła ręce na kierownicy. Spoglądała wprost w jedną z oświetlających podziemny parking lamp. 

– Ech, pieprzyć to. Pojadę. Czemu by nie?

 

*

 

Ryk silnika i ostatni przebój Razor Sharp rozbrzmiewający z głośników wprawiały ją w optymistyczny nastrój. Słońce stało wysoko nad ciągnącą się wprost na południe drogą, piekielny żar lał się z nieba, a pot spływał po jej czole i szyi. Poprawiła przyciemniane okulary i zacisnęła czarną, cybernetyczną dłoń na kierownicy. Znów była panią swojego losu, a świat stał przed nią otworem.

Koniec

Komentarze

Przez dwie z czterech ścian, w całości oszklone, podziwiać można zeń było panoramę Polis-7, – coś tu się pokiełbasiło:  Przez dwie z czterech ścian, w całości oszklonych, podziwiać można było panoramę Polis-7,

Zła wiadomość jest taka – zaczął lekarz, wracając do przerwanego zabiegu, – że – ten drugi przecinek zbędny, wystarczy myślnik/dywiz

em. To nic wielkiego, myślała, już nie raz to zrobiła ale… – nieraz

Że widziała ją nie raz.  – jw

usiadł za nim, nie odrywając – raczej przy nim

I już nie raz się jej przyglądał. – nieraz

Mam coś, co się przekona, spójrz tutaj. – cię

Vercenvard jesteś totalnym idiotą. Wiesz dlaczego? Wiesz? Bo spaliłeś doskonały tekst. Ja pierdykam, facet. Powiem Ci szczerze, nie czytam często SF, bo mnie wkurza bełkotliwy pseudonaukowy język, ale Twój tekst jest znakomity. Wycofaj go z portalu, dopisz drugie tyle i wysyłaj do wydawnictw. Chłopie, nie marnuj swojej szansy.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przeczytałam z ciekawością. Taki Ghost in the Shell wymieszany z Nikitą – super!

 

3 miesca, gdzie się historia trochę dłuży:

– scena pod prysznicem

– scena na ulicy gdzie Iris rozwala tych dwóch kolesi

– scena w dyskotece (początek)

Myślę sobie, że skoro tekst jest oparty o dość znane i często stosowane schematy (zwłaszcza w filmach akcji) mógłbyś te sceny trochę przyciąć. Czytelnik bez problemu dopowie sobie, że Iris jest pół cyborgiem, umie walczyć i jak wygląda dyskoteka.

 

Bardziej szczegółowo:

 

Kamery monitoringu przy wejściu od strony parkingu wyłapały goryli Matsunagi. Nie sposób ich z nikim pomylić, a on nigdzie się bez nich nie rusza. Po wczorajszym zamieszaniu uznał, że dobrze będzie zmienić miejsce pobytu i opuścił swoją dzielnicę, ale nie na wiele mu się to zdało.

Trudno mi w to uwierzyć, że goryle Matsunagi są tacy łatwi do wykrycia. Ten Matsunagi wygląda na szychę – powinien być w stanie pozwolić sobie na bardziej dyskretną ochronę

 

Strzeliła mu prosto w twarz i skrzywiła się z niesmakiem na widok tego, co pocisk z nią zrobił.

Nie bardzo wiadomo czy pocisk zrobił coś z twarzą czy z Iris

 

Uniosła pistolet i strzeliła mu w sam środek czoła

głupia jakaś? Czemu nie w oko?

 

No i zgadzam się z bemikiem

 

Hmm... Dlaczego?

Mnie się podoba maniera przeplatanki akapitów – dłuższych z krótszymi. Może nie jest to tak jak u Grzędowicza, bo nie masz tylu tak dużych ścian tekstu, ale coś mi się już kojarzy.

Przystępnie jest napisane jak na konwencję, z wyraźnym pomysłem. Chociaż ja tu wielkiej oryginalności nie dostrzegłem to z pewnością tekst jest wartościowy i jeśli chciałeś poznać zdanie userów portalu związanego z fantastyką, to lepiej było wrzucić tekst na betalistę, tam zebrać poprawki, krytykę i dostać kopa mobilizacyjnego, żeby to wysyłać gdzieś (albo faktycznie, dopisać i dopiero wysłać).

 

Poza tym napisałeś to troszkę jak Wegner albo Lem (przy Solaris). Żadnego planowania :)

 

Dla jasności: nie zachwyciłem się opowiadaniem, ale dostarczyło mi niezłej na początek tygodnia – a takiego początku nie do końca się spodziewałem czytając kolejne opowiadanie na tej stronce.

Vercenvardzie, wybacz, że prawie zacytuję bemik: nie bądź idiotą, wycofuj tekst na betalistę, bo kilka szczególików należy poprawić, potem dopisać ciąg dalszy lub jakieś sugestywne zakończenie, i rozsyłać, rozsyłać…

<><><>

Zasadniczo nie miałem obowiązku nawet czytać, a co dopiero – komentować. Tekst liczy ponad sto tysięcy znaków, i dlatego. Ale skusiłem się, zawsze to co innego niż fantasy – zobaczymy. Obawiałem się, że, jak przeważnie przy debiutach nieznanych i nowych autorów, zwłaszcza w sezonie wakacyjnym, byle jak skleconej i byle jak napisanej historyjki – najmilej jak można rozczarowałeś mnie. Spójna, logiczna historia, napisana porządnie (kilka błędów jest, ale pokażcie mi nieomylnych…), wartka… Takie czy inne podobieństwa, inspiracje dają się wyczuć, ale przecież to klasyczna opowieść na już klasyczny temat, więc pal to licho.

Vercenvardzie, nie trać czasu!

Zgadzam się. Dobre czytadło.  Jedyne, co ewentualnie faktycznie jest tekstowi zbędne, to scena na ulicy z oglądaniem tytana. Myślę, że bez rozbudowywania możesz to spokojnie wysłać MC do wydania specjalnego.

 

Jedyne, na co zwróciłem uwagę, oprócz pojedynczych brakujących przecinków to: 

 

Trudnym do uchwycenia ruchem chwyciła go za rękę, którą ją trzymał i przyciągnęła do siebie.

 

 

Jeśli Autor posłucha rad, to pewnie nie skończę, a tak dobrze się zapowiada :( 

Strasznie długie, jestem dopiero gdzieś w 1/4 tekstu, tylko czasu na czytanie brak. Będę jednak dalej doczytywać w wolnych momentach. 

Też jestem mile zaskoczona – na razie jakością wykonania, bo o fabule jeszcze za mało wiem. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Zgadzam się ze wszystkim, co zostało napisane. Wrzucaj na betę i rozsyłaj po koniecznych poprawkach. To jest naprawdę porządny kawał tekstu. 

Fajnie że się podoba :)

 

Wycofaj go z portalu, dopisz drugie tyle i wysyłaj do wydawnictw. Chłopie, nie marnuj swojej szansy.

:)

Ten tekst to tak naprawdę swego rodzaju wprawka/improwizacja przed pisaniem powieści (tej do netu wrzucać oczywiście nie będę), ma przybliżyć świat, w którym będzie osadzona jej akcja (stąd takie wstawki jak ta z Tytanem), wrzuciłem żeby się zorientować, co ludzie o tym myślą. Takich opowiadań mam zamiar napisać więcej, jedne z myślą o publikacji w necie, inne pewnie spróbuję gdzieś wysyłać. Co do powieści – jak rok temu się wziąłem za pisanie fantasy, to skończyło się na liczącej 1500 stron trylogii (póki co leży na dysku i znajomi czytają) – w temacie Polis-7 może też się trochę rozpiszę ;)

 

 

 

 

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

To super. Ale wydaje mi się, że powieści fantasty mają trochę mniejsze szanse niż SF. Może warto byłoby pomyśleć nad kontynuacją tego opowiadania, już pięknie pociągnąłeś. I powiem Ci, że ja rzadko czytam takie długie opowiadania w necie, a już na pewno nie SF, a tu mnie po prostu wciągło.

A jeśli masz gotową powieść, to znajdź Czwartą stronę fantastyki i tam jest konkurs. Spróbuj. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Albo akurat z Czwartą Stroną nie próbuj, bo to kanciarski konkurs.

Wow, trylogia w ciągu roku. Obstawiam, że nazywasz się Stefan Król ;)

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Właśnie po uświadomieniu sobie tego jak szybko mi to poszło pomyślałem, że pewnie w związku z tym okaże się mocno niedorobione (choć dotychczasowi czytelnicy nie narzekali, wręcz przeciwnie).

 

A powieść o której wspomniałem, tzn. ta, którą zamierzam wkrótce zacząć pisać, będzie osadzona w świecie powyższego opowiadania i zahaczy o niektóre z wątków w nim przedstawionych. Tak więc oczywiście SF :)

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Madej, ja też czytałam Pawła Pollaka. Może mieć rację, co do kanciarskiego konkursu, ale powiedz, co lepiej upubliczni powieść Vercenvarda niż zwycięstwo? Poświęci jeden tekst, a potem będą się o niego zabijać. A skoro pisze z taką prędkością i z taką jakością, to stać go na rozrzutność.

Trochę żartuję, ale tylko trochę. Amator nie może wybrzydzać, a co by nie mówić, wygrana zapewni popularność.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Do końca roku to jeszcze ze dwie powieści zdążę napisać ;)

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

To super, siadaj i pisz.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik, no może i racja w tym jakaś jest. Niezbyt się orientuję jak to jest z wydawcami i ich chęcią do wydawania książek nieznanych autorów.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

jak to jest z wydawcami i ich chęcią do wydawania książek nieznanych autorów

chęć owych wydawców jest żadna. Chętniej wydadzą kiepsko przetłumaczonego amerykanckiego gniota niż coś porządnego, autorstwa debiutanta.

Hmm... Dlaczego?

Coś tak podejrzewałem… Z tymi amerykańskimi też różnie bywa.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Autorze

Cel zawsze znajduje się w linii prostej od koniuszka lufy. Pozdrawiam.

:-) To po co powstała balistyka? :-)

Nawiązując do dyskusji o wydawnictwach i debiutantach, chciałbym nieco ostudzić nadzieję. Moim zdaniem opowiadanie jest niezłe na poziomie amatorskiego portalu, ale nie jest wystarczająco dobre dla wydawcy, który musi wyłożyć własne pieniądze. Pozdrawiam.

Adamie, balistyka nie ma tu nic do rzeczy. Koniuszek lufy, traktujemy jako bezwymiarowy punkt. Cel traktujemy jako punkt. Najmniejsza odległość pomiędzy dwoma punktami jest linią prostą – elementarna geometria. Gdyby autor napisał, że cel znajduje się na linii celownika i muszki, to wtedy rozważamy problemy związane z balistyką pocisku. W świecie realnym pocisk zawsze porusza się po krzywej, o tym wie każdy snajper. Pozdrawiam.

@ryszard – co to znaczy “wystarczająco dobre”? Od kiedy jakość w ogóle się liczy w oczach wydawców? Skąd się w takim razie wziął Zmierzch, Dan Brown, albo taki Gołkowski?

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Nie wiesz, skąd się wzięły wymienione przez Ciebie pozycje? Nie wymagają myślenia podczas czytania, więc kupi więcej ludzi…

Jak dla mnie – za dużo rąbanki, ale poza tym całkiem przyzwoicie. Zgadzam się z przedpiścami – niektóre fragmenty się dłużyły, przez dwa punkty zawsze da się przeprowadzić prostą.

Niekiedy masz powtórzenia, bardzo rzadko literówki.

Siergiej klepnął ją mocno w pośladek, a gdy się obejrzała, jego twarz była tuż przy jej policzku.

A przecież niedawno założyła kask.

Babska logika rządzi!

W ubiegłym miesiącu przeczytałem trzy ostatnie powieści Wilbura Smitha. Ten autor pochodzący z RPA, a ostatnio mieszkający w Londynie, żyje z pióra. Ale posiada sztab współpracowników, i prawdopodobnie kilku tzw. “murzynów”, odwalających za niego czarną robotę. Resztę daje jego nazwisko i literacka sława. Natomiast debiutant musi przejść przez “ucho igielne”, albo otrzymać potężne, reklamowe wsparcie. Wydawnictwa literackie to instytucje, czy raczej firmy, które muszą być dochodowe. Bez odpowiedniej reklamy, debiutant skazany jest niestety na porażkę. Niestety, dzisiaj reklama rządzi literaturą. Oczywiście należy próbować i nie zrażać się pierwszymi niepowodzeniami.

Jeżeli autor potrafi napisać trzy powieści w pół roku, to tylko pogratulować. Ale i tak nie wyprzedzi Balzaca, który, przypilony przez czekających wydawców, potrafił napisać powieść w tydzień. Pozdrawiam.

No i dało mi się znaleźć czas i skończyć. Powiem jednym słowem: WSYSŁO. 

Kawał dobrej literatury. Jeśli rzeczywiście napisane szybko i bez zbytniego planowania, to tylko pozazdrościć :) Tak naprawdę nie mam się do czego przyczepić, jakieś drobiazgi, które wpadły mi w oko, nie przeszkadzały w czytaniu i już nawet nie wiem co i gdzie to było. 

Dziękuję za wciągającą i ciekawą lekturę :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

No! Nie ma to, jak przeczytać przyzwoite opowiadanie SF. Gdzieniegdzie majaczą usterki, ale pal licho. Zgrabnie opisujesz sceny walki, umożliwiając czytelnikowi podążanie za twoim pomysłem. Gratuluję!

Opowiadanie nie wywołało u mnie takiego zachwytu, jakiego doznali niektórzy wcześniej komentujący, ale przyznam, że przeczytałam je z zaciekawieniem, albowiem dość intrygująca fabuła potrafiła utrzymać napięcie do samego końca. Natomiast nużyły mnie nieco opisy walki, ale to pewnie dlatego, że za takimi potyczkami nie przepadam.

Moja satysfakcja z lektury byłaby niewątpliwie większa, gdyby opowiadanie było dopracowane. Co prawda nie mogę powiedzieć, że panoszy się w nim zaimkoza, ale część zaimków jest całkiem zbędna. Niektóre zdania są skonstruowane w dość specyficzny, nieco utrudniający płynne czytanie sposób, ale przyjęłam, że to pewnie taki styl Autora i przeszłam nad tym do porządku dziennego. Jest też trochę powtórzeń, a interpunkcja mogłaby być doskonalsza. Mam też wrażenie, że nadużywasz wielokropków.

Jestem przekonana, Vercenvardzie, że Twoje następne opowiadania będą coraz lepsze. ;-)

 

Na czar­nej, jed­no­li­tej po­wierzch­ni roz­bły­sły czer­wo­ne cyfry. 10… 9… 8… – Dziesięć nie jest cyfrą. Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Po­sła­ła mu kulkę w śro­dek czoła i sko­czy­ła za sto­ją­ca po­środ­ku po­ko­ju ka­na­pę. – Literówka.

 

okre­śla­jąc praw­do­po­do­bień­stwo po­praw­no­ści wska­za­nia na 78%. – …okre­śla­jąc praw­do­po­do­bień­stwo po­praw­no­ści wska­za­nia na siedemdziesiąt osiem procent.

Liczebniki zapisujemy słownie. Nie stosujemy symboli.

Ten błąd występuje też w dalszym ciągu opowiadania.

 

Rim­mon prze­sy­ła po­zdro­wie­nia – po­wie­dzia­ła i po­cią­gnę­ła za spust.Rim­mon prze­sy­ła po­zdro­wie­nia – po­wie­dzia­ła i po­cią­gnę­ła spust/ nacisnęła spust.

 

Cie­pła, go­rą­ca nie­mal woda ście­ka­ła jej po czole… – O ciepłej wodzie nie powiedziałabym, niemal gorąca, natomiast o bardzo ciepłej, już tak.

 

Gdy do­tknę­ła prawą dło­nią bio­dra, coś stuk­nę­ło… Znie­ru­cho­mia­ła. Wol­nym ru­chem pod­nio­sła prawą dłoń i spoj­rza­ła na nią. – Czy to powtórzenie jest zamierzone?

 

Szyb­ko na­uczy­ła się nim po­słu­gi­wać w stop­niu, który po­zwa­lał jej za­po­mnieć o swym ka­lec­twie. – Czy istniała możliwość, że to było cudze kalectwo?

 

Znisz­czo­ny zu­peł­nie staw bio­dro­wy rów­nież uzu­peł­nio­no, a je­dy­nym, co o tym fak­cie przy­po­mi­na­ło, była „łata” z czar­ne­go two­rzy­wa w pra­wym boku, nieco po­ni­żej pasa. Rów­nież i twa­rzą za­ję­to się na­le­ży­cie. Je­dy­ną po­zo­sta­ło­ścią po tych za­bie­gach były dwie pio­no­we bli­zny, teraz ledwo wi­docz­ne i już prze­sta­ła się nimi przej­mo­wać. Naj­gor­sze było jed­nak oko… – Powtórzenia.

Może: Znisz­czo­ny zu­peł­nie staw bio­dro­wy rów­nież uzu­peł­nio­no i o tym fak­cie przy­po­mi­na­ła tylko „łata” z czar­ne­go two­rzy­wa w pra­wym boku, nieco po­ni­żej pasa. Twarzą także za­ję­to się na­le­ży­cie. Je­dy­ną po­zo­sta­ło­ścią po tych za­bie­gach, dwiema pio­no­wymi bli­znami, teraz ledwo wi­docz­nymi już prze­sta­ła się przej­mo­wać. Naj­gor­sze było jed­nak oko

 

Prze­su­nę­ła wzro­kiem po swej szczu­płej syl­wet­ce i kiw­nę­ła głową… – Czy w tej scenie istniała możliwość, by podziwiała cudzą sylwetkę?

 

Przyj­rza­ła się im uważ­nie, po czym uznaw­szy, że po­świę­ci­ła im zbyt mało uwagi… – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

Skąd ta fał­szy­wa skrom­ność? – spy­tał swym zwy­kłym, po­zba­wio­nym wy­ra­zu tonem głosu. – Czy zdarzało się, że zadawał pytania cudzym głosem?

 

Ży­jesz bez oka, pra­wej ręki i stawu bio­dro­we­go, to, jakby nie pa­trzeć, nieco waż­niej­sze czę­ści ciała niż… – Ży­jesz bez oka, pra­wej ręki i stawu bio­dro­we­go, to, jak by nie pa­trzeć, nieco waż­niej­sze czę­ści ciała niż

 

Ale nie zwle­kaj­cie ze spo­ży­ciem, ta mie­szan­ka to za­rów­no lek, jak i szcze­pion­ka. – Chyba: Ale nie zwle­kaj­cie z za­ży­ciem

Spożywać, to jeść; lekarstwa raczej zażywamy.

 

Jej szmin­ka i cie­nie na oczach zda­wa­ły się świe­cić. – Raczej: Jej szmin­ka i cie­nie na powiekach zda­wa­ły się świe­cić.

 

zna­leź­li się w ob­szer­nym po­miesz­cze­niu, po środ­ku któ­re­go stała ka­na­pa i niski sto­lik. – A co stało tam wcześniej, przed środkiem? ;-)

zna­leź­li się w ob­szer­nym po­miesz­cze­niu, pośrod­ku któ­re­go stała ka­na­pa i niski sto­lik.

 

mo­ni­to­ry roz­lo­ko­wa­ne na ścia­nach i na za­wie­szo­nych pod su­fi­tem ra­mach, do tego oka­za­łe, choć nie pierw­szej mło­do­ści gło­śni­ki i za­wie­szo­ny na jed­nej ze ścian ol­brzy­mi ekran. – Powtórzenia.

 

Skoń­czę uzu­peł­niać sprzęt i biorę się za za­le­głe zle­ce­nia.Skoń­czę uzu­peł­niać sprzęt i zabieram się do zaległych zleceń.

 

rzekł Rix, wska­zu­jąc ręką na pio­no­wą, po­dłuż­ną lampę… – …rzekł Rix, wska­zu­jąc ręką pio­no­wą, po­dłuż­ną lampę

Wskazujemy coś, nie na coś.

 

Ode­zwał się dzwo­nek do drzwi… – Raczej: Ode­zwał się dzwo­nek u drzwi/ przy drzwiach

 

Oby­dwaj męż­czyź­ni chwy­ci­li ją we dwóch za ręce… – Chwycili obydwaj we dwóch?! Rzec można, wespół w zespół i masło maślane. ;-)

 

coś za­kłó­ci­ło ich dzia­ła­nie i oczy­wi­stym było, że to za­słu­ga Kel­la­na. – …coś za­kłó­ci­ło ich dzia­ła­nie i oczy­wi­ste było, że to za­słu­ga Kel­la­na.

 

wska­zu­jąc jej miej­sce na prze­ciw­nym krań­cu ka­na­py do tego, który zajął już Kel­lan. – Raczej: …wska­zu­jąc jej miej­sce na krań­cu ka­na­py, przeciwnym do tego, który zajął już Kel­lan.

 

Usia­dła na ob­ro­to­wym krze­śle przy biur­ku z trze­ma mo­ni­to­ra­mi i przy­glą­da­ła się po­zo­sta­łym z nie­wy­raź­ną miną. – Ze zdania wynika, że, poza wspomnianymi trzema na biurku, były tam jeszcze inne monitory, którym przyglądała się Hitomi.

 

In­for­ma­cje, któ­rych wam mogę udzie­lić, w ni­czym wam nie po­mo­gą. – Może wystarczy: In­for­ma­cje, któ­rych mogę udzie­lić, w ni­czym wam nie po­mo­gą.

 

Nie raz miał już kło­po­ty z Omni­Syn­them i ra­czej nie pała do nich zbyt­nią…Nieraz miał już kło­po­ty z Omni­Syn­them i ra­czej nie pała do nich zbyt­nią

 

Spoj­rza­ła w jego stro­nę, ru­chem głowy wska­zał jej kie­ru­nek, w jakim miała po­dą­żyć.Spoj­rza­ła w jego stro­nę, ru­chem głowy wska­zał jej kie­ru­nek, w którym miała po­dą­żyć.

 

Ze­wsząd do­bie­głagło­śne krzy­ki… – Literówka. Masło maślane.

Krzyki są głośne z definicji, nikt nie krzyczy po cichu.

 

Zer­k­nę­ła w bok, zo­ba­czy­ła Cha­ro­na prze­la­tu­ją­ce­go przez po­miesz­cze­nie. – Frunął???

 

panna Col­lins koń­czy­ła pracę o go­dzi­nie 20:00, ale w go­dzi­nę póź­niej Iris wciąż cze­ka­ła… – Powtórzenie.

Proponuję: …panna Col­lins koń­czy­ła pracę o dwudziestej, ale go­dzi­nę póź­niej Iris wciąż cze­ka­ła

 

Iris spoj­rza­ła przed sie­bie, opar­ła ręce na kie­row­ni­cy. Spo­glą­da­ła wprost w jedną z oświe­tla­ją­cych pod­ziem­ny par­king lamp. – Czy to zamierzone powtórzenie?

 

Słoń­ce stało wy­so­ko nad cią­gną­cą się wprost na po­łu­dnie drogą, pie­kiel­ny żar lał się z nieba, a pot spły­wał po jej czole i szyi. – Zrozumiałam, że pot spływa po czole i szyi drogi. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Na czarnej, jednolitej powierzchni rozbłysły czerwone cyfry. 10… 9… 8… – Dziesięć nie jest cyfrą. Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Na wyświetlaczu pojawiają się cyfry – znaki składające się na liczby, no i nie widzę powodu by zapisywać słownie zawartość wyświetlacza, którą widzi bohaterka, tak samo jak nie zapisuję słownie np. ID Charona czytanego z ekranu monitora. Co do godziny w końcówce się zgodzę.

 

Zerknęła w bok, zobaczyła Charona przelatującego przez pomieszczenie. – Frunął???

Tak. Dokładnie to zobaczyła, gdy się obejrzała. Leciał rzucony przez mutanta z którym walczył, ale momentu rzutu bohaterka nie widzi.

 

Skończę uzupełniać sprzęt i biorę się za zaległe zlecenia.Skończę uzupełniać sprzęt i zabieram się do zaległych zleceń.

To dialog, bohater nie musi wiedzieć, że używa niewłaściwej formy. Inna sprawa, że ta właściwa brzmi dla mnie sztucznie i nienaturalnie.

 

Reszta zasadniczo do poprawy.

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Muszę przyznać autorowi rację. Jego argumentacja jest, według mnie, całkowicie uzasadniona i stosowana w wielu powieściach uznanych autorów. Pozdrawiam.

Vercenvardzie, jeśli w czymkolwiek pomogłam, bardzo się cieszę.

Pragnę jednocześnie dodać, że moje poprawki, to tylko sugestie, z których Autor, jeśli uzna je za nieprzydatne, nie musi w ogóle korzystać. To Twoje opowiadanie i wyłącznie Ty masz prawo decydować jak będzie napisane, by prezentowało się najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zdecydowaną większość uznałem za przydatne :)

 

I dwa pytania:

 

1 – powie mi ktoś, jak rozegrać sprawę, gdy mam np opowiadanie, którego nie chcę upubliczniać w necie tylko np spróbować wysłać do redakcji, ale chciałbym by ktoś wcześniej rzucił na nie okiem i np powiedział “z czym do ludzi” :D albo zasugerował poprawki ?

 

2 – dostałem info że Iris trafiła do biblioteki (co mnie oczywiście cieszy), ale nie wiem jakie dokładnie kryteria były do tego potrzebne.

 

 

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

  1. Możesz stworzyć kopię roboczą i udostępnić ją do betowania użytkownikom. Albo poprzez betalistę,albo umawiając się z konkretnymi osobami i wysyłając im zaproszenie
  2. 5 głosów od członków loży lub użytkowników wyróżcionych przez lożę piórkiem za jakiś tekst.

Wrzuć ten tekst na betalistę. A do biblioteki trafiają opowiadania, które dostały 5 pkt od osób uprawnionych do ich przyznawania.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

5 głosów od członków loży lub użytkowników wyróżcionych przez lożę piórkiem za jakiś tekst.

Znaczy, że te pięć uprawnionych osób uważało, że tekst jest ponadprzeciętnie dobry i zasługuje na wyróżnienie :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bardzo zacny cyber-punk.

Infundybuła chronosynklastyczna

Klapaucjusz, Madej90, śniąca – dzięki za info :)

Co do betalisty – tak też uczyniłem z tym ukończonym opowiadaniem, a następne, które się właśnie zaczyna pisać, będzie powrotem do Polis-7, a jego bohaterem będzie ktoś inny, kto się już pojawił tutaj.

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Tekst bardzo dobrze napisany, dobrze się czyta. Wciąga. Co błędów językowych wypowiadać się nie będę. Ja gminny łapiduch, a nie gryzipiórek. 

Co do utworu, bardziej pasuje do początku większej części. Opowiadania powinno mieć troszkę mocniejsze zakończenie.

To tak naprawdę coś w rodzaju prologu ;)

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Nowa Fantastyka