- Opowiadanie: Mim1312 - Anioł Śmierci

Anioł Śmierci

To moja pierwsza publikacja tuta i postanowiłem podzielić się z wami historią, nad którą w zasadzie pracowałem najdłużej. Najdłużej, bo chodziła mi ona po głowie od lat a ja sam nie miałem pojęcia jak ją spisać. Pomysł ten narodził się w mojej głowie jeszcze gdy byłem w gimnazjum, kiedy to jarałem się różnymi filmami lat 80tych i to one w dużej mierze były moją inspiracją. Cóż mogę rzec... zapraszam!

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Anioł Śmierci

ROZDZIAŁ I

Cień zsunął się z nocnego nieba i spływając po szarej ścianie przyklęknął na ziemi, rozkładając swoje olbrzymie skrzydła. Owinął się nimi i przemieniły się w płaszcz. Postać, do której należał cień wyszła z zaułka, prosto w blade światło latarni i ponuro radosnych neonów. Miasto przyszłość, miasto pamiętające upadek społeczeństwa, które zawaliło się pod własnym ciężarem kłamstw, chciwości i żądzy władzy. Teraz każda z metropolii walczy o własne życie. Na przemian jest ono rajem jak i padołem biedy, śmierci i smrodu. Nie pomogą tu diabły, a już na pewno nie anioły.

Jakub szedł jedną z ulic. Blady, o błękitnych oczach, w szarym długim płaszczu i o śnieżnobiałych włosach, zaczesanych na boki. Z politowaniem spoglądał na pędzacych wokół niego ludzi. Zamierzał wrócić do swojego towarzysza, kiedy poczuł coś dziwnego, czyjąś obecność.

Udał się do miejsca kompletnie opustoszałego. Nie było tam nikogo. Tylko mrugające latarnie i wylewająca się z zaułków ciemność i brud. A jednak czuł, że nie jest sam. Zatrzymał się i wsłuchiwał się w ciszę z kamienną twarzą. Światło latarni mrugało raz po raz, aż w końcu zgasło. W chwili gdy to nastąpiło, do uszu Jakuba doszedł dźwięk kroków. – Jakub. – Głos zawołał jego imię. 

Zobaczył długowłosego anioła w czarnym płaszczu. Wlepiał swe, pełne mroku ślepia. Lekko szczerząc zęby, jakby był gotowy do ataku. – Azraelu. – powiedział Jakub. – …nie musimy walczyć. 

– Masz rację. – odparł anioł – Oddaj mi ta swoją błyskotkę to puszczę cię wolno.

Jakub milczał. Nie chciał stawać do walki, ale też nie mógł okazać strachu. Azrael roześmiał się. – Jak nie… – po czym wyciągnął spod płaszcza długi, ciężki miecz. – … to nie. W sumie, tak będzie o wiele zabawniej.

Jakub ujrzawszy to, dobył swojego miecza. Obaj stali w bezruchu, trzymając siebie wzajemnie w niepewności. Długowłosy anioł rzucił się do ataku. Stal mieczy zadzwoniła i Jakub zerwał się w powietrze. Wskoczył na dach pobliskiego budynku. Azrael szybko podążył za nim. Ścigali się przez dach, aż w końcu przeskoczyli na kolejny. Mogli uczynić swoje ciała lekkimi jak piórko.

Jakubowi nie udało się zgubić przeciwnika. Ucieczka nie miała sensu. Nim Azrael wyląduje na dachu, ten zdoła go zranić. Wybiegł na skraj i w odpowiedniej chwili pchnął mrocznego anioła w pierś. Skrzyżowali miecze ponownie. Azraelowi nie ubyło sił. Był teraz jak rozjuszone zwierze. Miotał mieczem jak w szale. Blady anioł zachwiał się aż pod jego uderzeniami. Z każdym następnym było mu coraz ciężej. Odpierał jego ataki cofając się krok za krokiem. W końcu ciężko dyszący Azrael zatrzymał się na chwilę. – Co z tobą? – spytał Jakuba. – Czemu mnie nie atakujesz?

– Nie chcę cię zabić – odparł Jakub, na co Azrael wybuchnął śmiechem.

– Nie chcesz? W takim razie sam zgiń! – rzucił się bezmyślnie na Jakuba. Ten wymierzył swoje cięcie w brzuch anioła, który z krzykiem padł na ziemię.

Blady anioł stał nad nim, z oczami pełnymi żalu. Wiedział co powinien zrobić. Co każdy z jego braci by zrobił i nie mógł pokonać tej bariery. 

– Na co czekasz? – spytał Azrael. – Zabij mnie. Zrób to! – krzyknął. Na twarzy Jakuba zarysowało się wahanie. Wielka walka z nią, która jednak szybko się skończyła. – Nie. – odparł, chowając miecz. – Nie jestem taki jak wy.

Odszedł i wrócił do jednego z opuszczonych bloków mieszkalnych, gdzie ukrywał się ze swoim towarzyszem, Danyaelem. Obaj byli młodymi aniołami. Powierzone im zadanie pozwoliło im uniknąć walki, która teraz rozgrywała się w Niebiosach. Nie brali udziału w wojnie z Szatanem, ani w żadnej innej. Danyael, nosił podobny do Jakuba szary płaszcz, miał rude, długie włosy, zaczesane lewą stronę. Z charakteru stanowił zupełne przeciwieństwo Jakuba. Nie mógł doczekać się swojej pierwszej walki.

Drzwi się otwarły i Jakub wszedł do pokoju. – Gdzie byłeś tak długo? – Spytał Danyael. Po chwili spostrzegł smutną minę Jakuba. – Co się stało?

Blady anioł nie odpowiedział ani słowa. Stanął przy oknie i wpatrywał się w rozświetlone miasto. – Walczyłeś? – spytał podekscytowany Danyael.

– Tak… – wymamrotał Jakub. – … ale nie mogłem go zabić. 

– Nie przeżywaj tego tak bardzo. – anioł podszedł do niego i poklepał go po ramieniu. – To wojna i każdy z nas zrobi to co słuszne.

– Ale czy nie ma innego sposobu? – odparł Jakub. – Czy znowu musimy się zabijać? – Spuścił głowę i westchnął do siebie. Wyciągnął spod białej koszuli zielony kamień, który miał zawieszony na szyi. – I chciałbym wiedzieć, czym one są.

– Nie wiem. – odparł Danyael. – Ale Michał musiał mieć dobry powód, żeby nam je dać.

– Tylko czemu nam? Młodym i słabym, zamiast komuś, kto naprawdę umie walczyć.

– Tego też ci nie powiem, ale na pewno ma w tym swój cel.

Tymczasem, gdzieś w głębi miejskiego labiryntu złowrogi wiatr zaczął muskać szare budowle. Chmury wylały się na i tak już kipiące czernią niebo. Błyskawice, jak białe pęknięcia, przecinały je raz po raz. Kolejny cień zsunął się z nieba. Cuchnący odorem śmierci mroczny anioł w czarnym płaszczu, który szarpany przez wiatr sam wyglądał jak skrzydła nietoperza. O ciemnej karnacji i prostych czarnych, jak niebo nad nim, włosach wlepiał swoje krwisto-czerwone oczy w puste, zrujnowane budynki. Stukot jego kroków zdawał się gasić wszystkie latarnie dookoła. Gdy pochłonęło go zupełne ciemności, zatrzymał się, delikatnie rozłożył ręce, po czym jego ciało rozpadło się w stado kruków. 

 

ROZDZIAŁ II

Pomarańczowy blask tchnął odrobinę życia w przygasające neonami miasto. Na tę krótką chwilę, nim słońce opatuliło się chmurami. Ludzie wychodzili z pochłoniętych ciemnością nor i mrużąc oczy wpatrywali się w pochmurzone niebo.

Jakub i Danyael po raz kolejny podziwiali jak miasto wygląda za dnia. – Czasem wydaje mi się, że oni potrzebują więcej naszej pomocy. – powiedział do Danyaela anioł.

– To, co zrobili ze swoim światem należy do nich. – odparł. – My nie możemy się w to wtrącać.

W myślach Danyael przywoływał wszystko co wiedział o świecie ludzi. Jak niekończące się wojny wypaliły Ziemię. Zanieczyszczenie dopełniło dzieła. Mogli strzec ich przed diabłami, ale nie mogli chronić ich przed nimi samymi. – Chociaż, wydaje mi się, że im i tak nic po pomocy, której im i tak udzielamy.

Istniały jednak azyle dla natury. Niewielkie rezerwaty, lub parki, jak ten, do którego udał się Jakub. Obraz marmurowych ścieżek, oddzielających połacie trawy i drzewa napawał go uczuciem przedziwnej melancholii. Wsłuchiwał się w cichy szelest pojedynczych liści, poniewieranych przez wiatr. 

Snując się jak zagubione dziecko, ujrzał parę siedzącą na ławce. Zawsze, odkąd przybył na Ziemię, czuł bliskość do tego świata, przyciąganie do wszystkiego co ludzkie. Widok całującej się dwójki, kwitnącego między nimi uczucia przepełnił go gorzką fascynacją, zazdrością, a w końcu smutkiem. Gdyby mógł dzielić coś takiego…

Podążając dalej kolejna ścieżką spotkał wyschniętą grupkę drzew. Miejsce to zdawało się być kompletnie zapomnianym. Przyglądał się wyschniętym drzewom, spoglądał na ławki, na których kiedyś siedzieli ludzie, a teraz będą stać puste po wieczność. Kawałek dalej stała marmurowa fontanna, z której uderzył go zapach rozkładu. Woda w niej koślawo odbijała twarz Jakuba, ciężko ją nawet nazwać wodą, raczej czarną breją. Podwinął rękawy płaszcza i koszuli i zamoczył rękę , po czym natrafił na kości jakiegoś zwierzęcia. Albo to nie było zwierze. Podniósł się z ziemi i wyszeptał. – Czymkolwiek byłeś, spoczywaj w pokoju.

Tymczasem Danyael w samotności zwiedzał miasto, bijąc się z pustymi przemyśleniami. Jeden zakamarek nie różnił się zbytnio od drugiego. Wszystkie tak samo buchały ponurą atmosferą. Nie zwracał uwagi na ludzi. Byli dla niego jak widma, pędzące donikąd.

Zastanawiał się, ile czasu minie, nim stanie do walki. I jak sobie poradzi. Nie trwało to długo. Poczuł obecność jednego z braci. Opuścił szary tłum i wkradłszy się do jednego z zaułków wyskoczył na dach. Podążał nim powoli, dając kierować się impulsom. Ujrzał postać w czarnym płaszczu. Posępną sylwetkę anioła, od którego biła aura zniszczenia i odór śmierci. Wyczuwał to nawet z oddali. Przechodził go coraz większy dreszcz. Mroczny anioł stał jednak i spoglądał na niego z wyższego dachu, swoimi czerwonymi oczyma. W Danyaelu wzbierała niepewność – czy to już? Złapać za miecz?

Stali, przeszywając się wzrokiem. Wokół nieznajomego krążyły dwie wrony. Oddalił się po chwili, lecz Danyael nie chciał pozwolić mu odejść. Rzucił się za nim, lecz po aniele nie było śladu. Wciąż jednak wyczuwał jego obecność. Przeczuwał, że czai się gdzieś tam na niego. Ostrożnie ruszył tam, gdzie prowadził go instynkt, powoli przeskakując z dachu na dach.

Zatrzymał się na krańcu miasta, na dachu jednego ze starych magazynów. Zza niego widać było otaczające miasto pustkowie. Danyael zmartwiał patrząc na ten ściskający jego sercę widok. Tyle pozostało po tym świecie. Narastał w nim nieokreślony gniew. Poczuł kolejny impuls, bardzo silny. Gwałtownie odwrócił się i nieznajomy stał na drugim krańcu dachu. Obaj wykonali kilka kroków przed siebie.

– Kim jesteś? – spytał Danyael. – Czemu mi to pokazujesz?

Anioł milczał, z twarzą przepełnioną arogancka dumą. Oczy jego płonęły czerwonym ogniem, odbijając promyki słońca, które przedzierały się przez chmury.

– Odezwij się. – powiedział Danyael z irytacją. – Odezwij się! – powtórzył. – Mów! 

Nie mógł dłużej znieść jego spojrzenia na sobie, ani jego wyrazu twarzy. – W porządku. – powiedział, nerwowo wyciągając spod płaszcza miecz. – Wy i tak wolicie to rozwiązywać w taki sposób.

Anioł uśmiechnął się złośliwie i delikatnie podchodząc, rozłożył ręce. Danyaelowi nie było trzeba żadnej zachęty. Zacisnął dłoń na rękojeści i rzucił się do ataku, chcąc jednym ciosem przepołowić jego głowę. Jednak gdy był tuż przed nim, całymi siłami oddawał nienawistny cios, nieznajomy złapał ostrze miecza, zatrzymując atak. Po jego dłoni spłynęła stróżka krwi. Z całych sił miał jednak zaciśniętą dłoń na raniącym go ostrzu. Wyszczerzył się dumnie, po czym wyrwał Danyaelowi miecz z rąk, a drugą ręką złapał go za gardło, niemal miażdżąc je.

Odrzucił w dal skonsternowanego anioła, raniąc go przy tym w klatkę piersiową. – Czemu nie wyciągniesz swojego miecza i nie zawalczysz ze mną jak należy!? – krzyknął Danyael, podnosząc się z ziemi. Delikatnie zbliżał się do mrocznego anioła, chcąc odebrać mu miecz. Cały czas czuł na sobie to przeraźliwe spojrzenie. Miał wrażenie, jakby zaglądało w głąb niego, odczytywało każdą jego myśl. Powoli okrążył nieznajomego, aż w przypływie gniewu desperacko rzucił się przed siebie. Anioł uczynił to samo, znacznie szybciej. Ostrze zatonęło w brzuchu Danyaela. Osunął się w tył, przyjmując jeszcze jedno cięcie.

Młody anioł padł na kolana. Nieznajomy stał nad nim jak pastwiące się widmo śmierci. Uniósł miecz do góry, chcąc zadać Danyaelowi haniebną śmierć. Nagle jednak, anioł usłyszał brzdęk metalu nad swoja głową, a za nim stał Jakub. Odciągnął mrocznego anioła od Danyaela, lecz ten szybko odtrącił ostrze Jakuba i odepchnął go w dal. Kpiąco obrzucił klęczącego anioła, po czym rzucił przed niego miecz.

Nieznajomy odsunął się, wyciągając spod płaszcza długą katanę, o czarnej rękojeści, zakończonej małą czaszką. Krwawiący Danyael z wściekłością chwycił za miecz i z trudem stanął na nogi. – Nie wtrącaj się. On jest mój. – powiedział do Jakuba. Jego sprzeciw nic nie dał. Młody anioł rzucił się do ataku. Z wściekłością uderzał mieczem, nie mogąc nawet tknąć mrocznego anioła. Stal mieczy dzwoniła bezustannie, a kolejne ciosy nie robiły na nieznajomym żadnego wrażenia. Błyskawicznie odpierał wszystkie, by w końcu zadać Danyaelowi siarczysty cios. 

Anioł padł na ziemię wydając z siebie ryk bólu. Oczy nieznajomego skupiły się teraz na Jakubie. Obaj podeszli do siebie, unosząc miecze coraz bardziej. W końcu, ostrza zaczęły dzwonić jak oszalałe. Aniołowie spychali się raz po raz, na zmianę, jeden drugiego. Po chwili przestali, mierząc się wzrokiem. Nieznajomy wyszczerzył się złowrogo, zupełnie jakby ta walka sprawiała mu radość. W końcu znalazł sobie równego przeciwnika.

Ostrza spotkały się ponownie, z taką siłą, że aż zadrżały. Mroczny anioł zaczął napierać na Jakuba niekończącą się pajęczyną cięć, aż w końcu zepchnął go z dachu. Wrócił do Danyaela, który napędzany chęcią zemsty przygotowywał się do zadania jeszcze jednego ciosu. Pomknęli przeciw sobie. Jeden atak zadecyduje o wszystkim. Spotkali się, fontanna krwi wybuchła, już stali do siebie plecami. Głowa Danyaela zsunęła się na ziemię, a reszta ciała bezsilnie runęła zaraz za nią. 

Gdy Jakub wskoczył z powrotem na dach, było już za późno. Nieznajomy wyciągnął zakrwawioną katanę przed siebie, z zamiarem kontynuowania walki. Nagle zewsząd wyfrunęło stado gołębi, które oddzieliło dwóch aniołów. Pośród nich pojawił się kolejny anioł, w brązowym płaszczu, z wygoloną głową i o wschodnich rysach twarzy. Mroczny anioł podszedł do martwego Danyaela i zerwał z jego szyi zielony kamień. – To bez znaczenia. – powiedział. – Mam to, po co przybyłem.

Po tych słowach odwrócił się od dwóch aniołów, a jego sylwetka rozpadła się w stado wron.

 

ROZDZIAŁ III

Jakub odmówił modlitwę nad bezgłowym ciałem brata. Podniósł się z kolan, wykonał dłonią znak krzyża i w jednej chwili strawił je błękitny płomień, nie pozostawiając nic, poza kilkoma gasnącymi iskrami. Młody anioł spojrzał na postać w czarnym płaszczu. – Więc to ty jesteś cudownym dzieckiem Michała. – powiedział do Jakuba.

– Co masz na myśli?

– Nic takiego. – odpowiedział anioł. – Po prostu, gdy mówił mi o tobie, mówił same superlatywy. – Nim zaproponował odejście, odwrócił się i dorzucił. – Tak przy okazji, jestem Szymon.

Obaj aniołowie ruszyli w głąb miasta, do bardziej wyniszczonej i zapomnianej części, gdzie Szymon od lat mieszkał w starym, opuszczonym kościele. Wnętrze budynku było ogromne. Gdyby nie pozostałości po rzędach ławek, świeciłoby pustkami. Przez niebieskie witraże prześwitało zabarwione światło. Na samym końcu znajdował się olbrzymi złoty ołtarz pokryty całunami kurzu. Nad nim widniał obraz przedstawiający Boga, który stwarzał Świat. 

Coś innego rzuciło się jednak Jakubowi w oczy. Wszędzie dookoła, na ławkach, przy ścianach i na ołtarzu paliły się świece. Tysiące świec, tysiące wyschniętych kropel wosku. – Oni też mają taki zwyczaj… – powiedział Szymon. – Zapalają świece zmarłym. – Jakub nie wiedział co powiedzieć. Odczuwał całym sobą ponurą atmosferę kościoła. Szymon kontynuował. – Przez tę wojnę zapaliłem ich całe mnóstwo. – Wyciągnął z kieszeni płaszcza kolejną świeczkę i podpalił ją ogniem innej. – Ta będzie za twojego przyjaciela.  

– Dziękuję… – odpowiedział niepewnie Jakub. – To… miłe.

– Nieprawda. – odparł Szymon siadając przy ołtarzu. – Ludzie mogą sobie przypisać wiele rzeczy, ale wojnę wymyśliliśmy my. – westchnął do siebie. – Tak, czy inaczej, możesz tu zostać przez jakiś czas.

– Myślisz, że ten mroczny anioł nas tu nie znajdzie? – spytał Jakub

– Ten mroczny anioł to Samael. To przez niego kazano mi ciebie odszukać. Jest aniołem śmierci, jej uosobieniem. Jedyny z nas, który nigdy nie miał wstępu do nieba. Pośród wszystkich serafinów i archaniołów, on jest najsilniejszy. Posiada wiedzę jakiej my nigdy byśmy nie zdobyli.

– Ale czego on chce?

– Kluczy. Kamieni, takich jak ten, który posiadasz. Taki, jaki powierzono i mnie. – Szymon ciągnął swoją opowieść. – Są trzy takie. Posiadają moc uwolnienia najbardziej pierwotnej siły jaka istniała w tym wszechświecie. Jedyne czego nasz Ojciec nie mógł zniszczyć. Chaos.

– Ale, dlaczego miałby to zrobić? – Jakub nie rozumiał zamiaru swych braci.

– Nasi bracia stracili wiarę. – odparł Szymon. – Jesteś młody i nie rozumiesz tego, ale my mamy to do siebie, że konflikty poglądów rozwiązujemy zawsze w taki sposób.

– Walką?

– Aż po utratę głowy. – dodał anioł w brązowym płaszczu.

– Nie rozumiem tylko jednej rzeczy… – zaczął Jakub. – … dlaczego Michał nie stanie z nim do walki? On mógłby zakończyć to wszystko tak szybko. Czemu wyznaczył do tego zadania właśnie nas?

– Nie wiem… – wymamrotał Szymon. – To już wie tylko on sam.

Szymona co kilka dni odwiedzała pewna blada dziewczyna. Zawsze miała na sobie tę samą czarną koszulę i spódniczkę. Za każdym razem przynosiła mu koszyk jedzenia i kilka świec. Podczas swojej ostatniej wizyty przykuła uwagę Jakuba. Młody anioł był nią zaintrygowany. Jej delikatna twarz zawsze przepełniona była tym samym wypalonym smutkiem, jak część wypalonych świec w kościele.

Szymon nazwał ją życzliwą duszyczką, dla której jest sympatycznym dziwakiem, któremu chce pomóc. W jego głosie słychać było nutkę radości.– Ma na imię Elize. Myślę, że polubilibyście się. – podszedł do Jakuba, który nie odezwał się ani słowem. Młody anioł czuł, jakby jego towarzysz przejrzał jego uczucia. – Idź do niej. Nie możesz tu przecież siedzieć cały czas.

– Ale myślałem, że nie wolno nam… – powiedział nieśmiale Jakub, ucinając.

– Tak mówią – odparł Szymon. – ale przecież drugiego Potopu tym nie wywołasz. 

Elize spacerowała ulicami późnym popołudniem, w czasie gdy były one najbardziej puste. Spoglądała na bliźniacze budynki, jakby widziała je po raz pierwszy. Starała się dostrzec w nich piękno, co ostatecznie kończyło się gorzkim smutkiem oblewającym jej twarz. 

Blady anioł obserwował ją ukradkiem, snując się po dachach, aż wpadli na siebie w parku. Zobaczył ją klęczącą przy wyschniętym drzewie. Nim zbliżył się do niej, odezwała się do niego głosem ponurym, jak cmentarne echa. – Też to czujesz? Jak świat umiera?

Słowa te uderzyły w Jakuba z siłą, której nie rozumiał. – Tak. – odpowiedział, zebrawszy po chwili myśli. – Tak, też to czuję.

Elize podniosła się z ziemi i zwróciła w stronę anioła. Mógł dokładnie wejrzeć w jej oczy, które w gasnącym świetle dnia stawały się całkowicie czarne. Smutek wylewający się z jej twarzy zdawał się dotykać także serca Jakuba. Powinien wesprzeć ją na duchu w jakiś sposób, lecz teraz tak jak ona czuł, że nie ma już nadziei. Żadnej.

Trwali w ciszy przez chwilę, aż dziewczyna odezwała się, nieco weselszym, delikatniejszym głosem. – Widziałam cię z Szymonem…

– Tak. – wtrącił. – Można by rzec, że jesteśmy przyjaciółmi.

– Nigdy nie wspominał, że jakiś ma. – odpowiedziała. – Zawsze mi się wydawało, że nie ma nikogo. – spuściła wzrok. – Czułam, że jest samotny… tak jak ja, więc chciałam jakoś mu pomóc.

– To chwalebne. – pochwalił ją Jakub.

W drodze do domu Elize poprosił ją, by opowiedziała coś o sobie. Pochodziła z bogatej rodziny. Jedyne co jej po tym pozostało to wielki dom. Wszystkich jej bliskich zabrała choroba, lub wojna. Udzielała mu bardzo ogólnych informacji, starając się temat zakończyć jak najszybciej, lub wyminąć. Przeszłość napełniała ją bólem, a przyszłość grozą.

 

ROZDZIAŁ IV

Następnego dnia Elize zaprosiła Jakuba do swojego domu na kolację. Znów słońce za chmurami zaczynało gasnąć, a chmury robiły się coraz bardziej czarne. Wspólnie przekroczyli wielkie, stalowe drzwi i ruszyli przez marmurowy hol, wypełniony lasem kolumn. Bladego anioła ogarnął dziwny, zaprawiony nieznanym strachem podziw dla wielkości tego miejsca. – Moje mauzoleum. – Tak określiła to dziewczyna. 

Wkroczyli do czarnego jak smoła, wielkiego pokoju, na którego środku stał długi stół. Jakub stanął przy gładkim, zimnym krześle, podczas gdy Elize zaczęła chodzić z zapałką i zapalać świece. Milczała. Oboje milczeli w ciemności, którą dziewczyna starała się teraz ujarzmić malutkimi płomykami. – Dlaczego zawsze nosisz czerń? – spytał Jakub, przerywając ciszę. Echo jego głosy zaczęło rozbijać się o kamienne, gładkie ściany pokoju.

– Noszę żałobę. – odpowiedziała chłodno.

– Po kim?

– Po świecie. – odpowiedziała. – Po przeszłości. Po bliskich. – mówiła, rozpalając kolejne świece. – Mnie i mojej rodzinie przeznaczone było oglądać jak ten świat umiera pod ludzką chciwością. Potem przeznaczone mi było oglądać jak moi bliscy umierali w mękach, jeden po drugim. – głos Elize zdawał się być kompletnie pozbawiony emocji. Nie odwracała się do Jakuba ani na chwilę, unikała tego, starając się za wszelką cenę stać do niego plecami. – Modliłam się do Boga aby ich uratował, albo chociaż ulżył ich cierpieniom… ale było coraz gorzej. W końcu mój ojciec zmarł wyjąc z bólu. Wciąż w kątach trzeszczy echo tego krzyku.

– To przykre… – powiedział zakłopotany anioł, szukając w głowie słów, które mogłyby ją pocieszyć.

– Niepotrzebnie. – odparła. – Zgaśniemy, tak samo jak gaśnie płomyk i tak samo jak powoli dopala się ten świat. – powiedziała zdmuchując ogień z zapałki. – I zostanie tylko kłębek dymu.

Światło świec rozjaśniło jedna ze ścian pokoju. Widniały na niej malowidła kwiatów. Wielkiej łąki, po której biegała sarna. Było tak także ogromne drzewo pełne liści. Elize spoglądała na nie z tęsknotą. – Kiedyś winiłam Boga za to wszystko, ale teraz… teraz myślę, że po prostu jest tym wszystkim rozczarowany pewnie jeszcze bardziej niż ja.– Wierzysz w to? – spytał Jakub

– Czy wierzę? Nie, – odparła, a łzy powoli napływały do jej czarnych oczu. – Nie można wiecznie karmić się wiarą. Teraz mam tego pewność. Mam absolutną pewność, że zostawił ludzi, którzy go zawiedli.

Jakub spuścił wzrok. – Nie wiem co ci powiedzieć. Wiem tylko to, czego mnie nauczono… a nauczono mnie, że zawsze trzeba mieć wiarę.

– Wiara nie przywróci mi tego wszystkiego. – wskazała na obraz na ścianie. – Tak bardzo bym chciała… – zaczęła, zmagając się z płaczem – …być tam jeszcze raz. Zobaczyć łąkę. Poczuć czyste powietrze, wiatr we włosach. Położyć się na trawie i zapomnieć o wszystkim. – gdy odwróciła się do Jakuba zaczęła płakać. Podeszła i z całych sił wtuliła się w niego, wylewając morze łez. 

 

ROZDZIAŁ V

Szymon siedział pośród rozpalonych świec, nasłuchując wołania umierających braci w Niebie. Jakuba nie było przez cały dzień. Przygotowywał się do spotkania. W tym czasie anioł w brązowym płaszczu zapalił resztę świec, które posiadał. Pamiętał dokładnie ile świec musi jeszcze zapalić, by uczcić każdego poległego. A było ich tak wielu. Był jednak w stanie rozpoznać każdego z nich, dobrego czy złego.

Słońce powoli zachodziło, a zimny podmuch wiatru, jak muśnięcie aksamitnym całunem, przerwało spokój Szymona. Czuł nadchodzącego nieprzyjaciela. Drzwi kościoła uchyliły się i Samael wkroczył do środka. – Witaj Szymonie – głos jego zatrząsł całym budynkiem. 

– Nie przedłużajmy tego – Szymon podniósł się i wyciągnął spod płaszcza swoją katanę.

– Nie brak ci odwagi – przyznał anioł śmierci, poczym rozejrzał się dookoła. – Sporo ich już zapaliłeś. Chcesz do nich dołączyć? Zapalę jedną dla ciebie.

Mierzyli się wzrokiem. Czekali, kto pierwszy wykona pierwszy ruch. Szymon, przepełniony niepewnością. Samael, zupełnie spokojny, jakby pewny już swojego zwycięstwa. – Bracia, pomszczę was. – powiedział anioł w brązowym płaszczu. Nagle płomyki wszystkich świec rozbłysły jasnym blaskiem i ze wszystkich wyleciały gołębie. Biała chmara rzuciła się wściekle w stronę anioła śmierci i zaczęła go dziobać. Samael próbował opędzić się od nich. Po chwili, wszystkie stanęły w płomieniach. – No dalej, powiedział do Szymona. Ten zacisnął pięść na rękojeści, wyskoczył i rzucił się w stronę Samaela. Rozległ się potężny huk stali, a po nim kilka słabszych. Przeciwnicy wycofali się.

Znów mierzyli się wzrokiem, jak dwie kamienne rzeźby, aż w Szymonie wybuchłą wściekłość. Naparł na Samaela ze wszystkich sił, lecz ten dorównywał mu szybkością. Odparł szarże i wycofał się, czekając na kolejny atak. Ten nastąpił bardzo szybko i Szymonowi udało się cięciem zranić mrocznego anioła w pierś.

Czerwone oczy anioła zapłonęły. Teraz to on rzucił się do szarży. Szymonowi jednak udało się odskoczyć na ławkę, później odbić od ściany i wymierzyć kolejny cios. Widząc, że jego przeciwnik się zachwiał, kontynuował natarcie. Po chwili obaj zaczęli nacierać na siebie. Uderzenia ich były tak silne, że z ostrzy zaczęły sypać się iskry. Szymon odskoczył, zadając Samaelowi kolejny cios. Odnosił wrażenie, jakoby jego przeciwnik tracił siły. 

Jeszcze raz gołębie rzuciły się na mrocznego anioła. Gdy ten spalił je ponownie, nie widział nigdzie Szymona. Gwałtownie rozejrzał się dookoła. Wyczekiwał, aż jego przeciwnik się ujawni. Powoli przesuwał się w stronę ołtarza, w ciszy i spokoju. Nagle uniósł głowę i błyskawicznie zakrył twarz przed nadciągającym z góry Szymonem. Odepchnął anioła i ten przystąpił do kolejnej błyskawicznej szarży. Był pewny, że pozbawia swojego przeciwnika sił. Uderzał coraz mocniej i mocniej, z coraz większą agresją. Jego gniew zbliżał się do wypełnienia. Pod Samaelem zaczynały uginać się kolana. Jeszcze jeden cios. Zamachnął się i anioł śmierci zatrzymał go bez problemu. Uniósł wzrok, szczerząc się złośliwie. Wyprostował kolana i jednym ruchem wytrącił Szymonowi miecz z rąk. Przeszył go kataną, pomknął z nim aż do ściany i przybił go do niej. 

Anioł w brązowym płaszczu wydał z siebie krzyk bólu. Samael stał teraz przed nim, opierając się o jego ramię. – Uwielbiam trzymać w niepewności do ostatniej chwili. Myślisz, że ci się udało, a w decydującej chwili tracisz wszystko. Ale powinieneś był wiedzieć już na początku, że nie jesteś dla mnie żadnym wyzwaniem. Nikt z was nie jest.

– To jeszcze nie koniec. – wydusił z siebie Szymon.

– To prawda – przyznał Samael. – Ale dla ciebie, jak najbardziej tak. – roześmiał się. Zebrał z ziemi katanę Szymona – Zostałeś pokonany w tak haniebny sposób, a teraz umrzeć od swojego własnego miecza.

– Jesteś odrażający. – anioł w brązowym płaszczu splunął mu w twarz.

– Nie. Ja tylko wypełniam to do czego zostałem stworzony.

Po tych słowach, za jednym cięciem, głowa Szymona padła na ziemię. Samael uczynił dłonią znak krzyża, a ciało anioła strawił niebieski płomień, zostawiając jedynie wisiorek z zielonym kamieniem.  

 

ROZDZIAŁ VI

Rankiem Jakub opuścił dom Elize. Ostatecznie nie zjedli kolacji. Udali się do salonu, gdzie w płaczu dziewczyna zasnęła na sofie. Blady anioł czuwał nad nią całą noc. Gdy spała wydawała mu się jeszcze piękniejsza. Jej twarz stała się wtedy spokojna, uwolniona od smutków. Pewnie śniła się jej wymarzona łąka. 

Gdy wychodził ona jeszcze spała. Po raz kolejny czuł, jak to, co ludzkie jest mu bliskie. Z radością zostawiłby wszystko i zostałby z nią, nawet gdyby sam Ojciec miał go za to znienawidzić. 

Przekroczył drzwi kościoła, wołając Szymona. Nie spotkał się z odzewem. Wszystkie świece były wypalone. Jedynie stróżki dymu rozmywały się w powietrzu. Zaniepokojony podszedł do ołtarza. – Szymonie! – zawołał raz jeszcze. Bezskutecznie. Odwrócił wzrok i zobaczył plamę krwi na ścianie obok. Podszedł do niej i usłyszał za sobą głos. – Szymon nie żyje. Zostałeś już tylko ty.

Jakub odwrócił się i zobaczył Samaela. – To kościół. – powiedział. – Poświęcona ziemia.

– No to co? – przerwał mu mroczny anioł. – Pojmij jedną rzecz. Stare podziały i tradycje już nie zobowiązują. Umarły wraz z miłością naszego Tatusia.

– To nieprawda. – zaprzeczył Jakub. – On cię powstrzyma.

– Doprawdy? – spytał Samael pokazując mu dwa kamienie, które już posiadał. – Póki co jest dwa zero dla mnie, a jemu nie śpieszy się, żeby mnie powstrzymać.

– Dlaczego to robisz? Tu nie chodzi tylko o ludzi. Oni cię nie obchodzą.

Anioł śmierci uśmiechnął się do siebie. – Widzisz… nasz Ojciec stworzył mnie bym był tym, czym jestem, a potem odrzucił mnie. Zamknął dla mnie niebiosa. Skazał na samotność i nienawiść, a na końcu postanowił mnie upokorzyć. Uznaj, ze zwyczajnie wykonuję swoją pracę. – wyszczerzył się przy tych słowach, choć uśmiech jego był teraz jak groteska tragizmu i gniewu. – Moi bracia wierzą, że poprzez zniszczenie ciał i dusz ludzkich, nasz Ojciec znów się nimi zainteresuje. Dam im to, czego tak pragną… i zdobędę to, czego szukałem całe swoje istnienie.

– Nie uda ci się. – odparł uparcie Jakub. – Nie pozwolę ci na to.

– Dla kogo chcesz się poświęcić? – anioł śmierci podszedł do młodzieńca. – Dla Niego? To na nic. Chodź ze mną. Wspólnie odkryjemy nowego Boga.

– W chaosie? Nie, bracie. Twoja żądza zemsty wypaliła nie tylko ciebie, ale i naszych braci. Ktoś musi to zatrzymać. – Po tych słowach Jakub opuścił kościół, zostawiając mrocznego anioła sam na sam z wizerunkiem Jezusa na krzyżu.

Śmiech Samaela rozszedł się falą po całym budynku. Spojrzał na krzyż i rzeźbę Chrystusa, wiszącego na nim. – Bracie. – powiedział do niego z drwiną, udając przy tym zatroskanie. – Cóż oni z tobą zrobili? Pozwoliłem by trzymali cię tutaj jak więźnia. – Wspiął się na ramię krzyża i wskazał palcem na uchylone drzwi. – Spójrz! Wyjrzyj poza swoje żałosne mauzoleum i powiedz mi, czy było warto!? Czy oni byli warci Twojego bólu na tym plugastwie? -zeskoczył z krzyża. i wyciągnął dłonie ku gwoździom na dłoniach. – Oddałeś im całego siebie, swoje ciało, krew, duszę i wiarę, dałeś im Odkupienie, lecz oni teraz zatracili je zupełnie. Zrujnowali twoje dzieło! I po co ci to było? Żebym sie poczuł głupio? – zaczął powoli wspinać się na ramię ponownie. – Twoja śmierć na krzyżu nie byłą Twoim triumfem nade mną. Była koronacją największej klęski naszego Ojca. Ukoronowałeś ją swoją cierniową koroną. – zacisnął na niej swoje dłonie, poczym zeskoczył na ziemię. – Tak w nich wierzyłeś. Byłeś taki naiwny…

Na koniec Samael wycofał się nieco i spojrzał na obraz Boga nad ołtarzem. – Skoro Ty nie chciałeś być moim Ojcem… moim Bogiem… poszukam sobie innego. Tego, który nawet Ciebie powali na kolana! Dam moim braciom to, czego pragną. Ludzkość wymrze z ciała i duszy, jako, że ja jestem jedynym, pewnym, kresem.

 

ROZDZIAŁ VII

– Michale, gdzie jesteś? – myślał Jakub, patrząc w pochmurzone niebo. Godzinami stał na jednym z dachów, wnosząc błagania, by jego wybawca w końcu się pojawił. Przeświadczenie o nadchodzącej klęsce rozchodziło się niszczycielską falą po fizycznych i świetlistych zakamarkach jego bytu. 

Zrezygnowany opuścił wzrok z szarego nieba na równie szare miasto. Smutkiem napełniła go myśl, że być może za jakiś czas z jego domem w Niebie stanie się to samo. Suche, umierające pustkowie.

Snuł się ulicami, przecinał bezkształtny tłum, przywołując w myślach wszystkie słowa Elize i to, co z nich wynikało. – Nie ma nadziei.

Chmury zrobiły się jeszcze ciemniejsze, by upuścić na ziemię swoje łzy. W tej samej chwili tłum zaczął pełznąć do swoich kryjówek, jakby był z cukru, zostawiając Jakuba sam na sam z deszczem. 

Nim ulewa ustała spotkał Elize, snującą się, jak on po mokrych ulicach. Wrócili do domu. – Myślałam, że tylko ja lubię chodzić po deszczu. Nigdy nie rozumiałam, czemu inni uciekają przed nim jak przed ogniem. Gdy po mnie spływa, czuję jakby zmywał z mojej duszy cały ból.

Jakub milczał oparty o ścianę salonu z ponurą twarzą. – Co się stało? – spytała Elize, lecz anioł nie odezwał się ani słowem. – Powiedz mi. – podeszła, kładąc mu dłoń na ramieniu.

– Szymon nie żyje – odrzekł.

– Jak to!? Kiedy – zerwała się gwałtownie.

– Wszystkim się już zająłem. – odparł, siadając na sofie.

– To dlatego jesteś taki smutny?

– Też – odpowiedział. – Ale… powiedzmy, że mam coś ważnego do zrobienia i zostałem z tym całkiem sam. – westchnął. – I teraz boję się… że mi się nie uda.

Dziewczyna usiadła obok niego. – Mogę ci jakoś pomóc?

– Nie – odpowiedział.

– Powiesz mi o co chodzi?

– Nie. – zerwał się z sofy. – To… to skomplikowane. W ogóle nie powinienem tu przychodzić.

– Kim jesteś Jakubie? – spytała po chwili.

– Nie chciałabyś wiedzieć. 

 

ROZDZIAŁ VIII

Jakiś czas po odejściu Jakuba, Elize postanowiła udać się do parku, by tam raz jeszcze zmierzyć się ze swoimi myślami. Troska o przyjaciela, pytania bez odpowiedzi i żal po zmarłym Szymonie były kolejnymi, które mogła dopisać do bezkresnej listy smutków.

Nie wiedziała, że nie jest sama. Młody anioł podążał za nią, dach po dachu i stamtąd obserwował. Nie potrafił odstąpić jej na krok. Jakiś lęk, myśl, że Samael zechce ją skrzywdzić.

Jakuba przeszedł dreszcz. Czuł obecność jednego z braci. Dobył miecza i rozejrzał się dookoła. Jedynie kilka gołębi panoszyło się po dachu. Nagle odwrócił się i szybko zasłonił mieczem, przed nadciągającym ciosem. Odskoczył i zobaczył Azraela. – Gotowy na rundę drugą? – spytał, po czym rzucił się w stronę bladego anioła.

Stal w mieczu Jakuba cała drżała i zgrzytała pod ciężkim ostrzem przeciwnika. Z trudem był w stanie zatrzymywać kolejne ciosy. Z każdym kolejnym było mu coraz ciężej. Azrael był jak rozwścieczony byk, napierający na czerwoną płachtę. – Robimy to co słuszne! – krzyczał.

Jakub odskoczył do tyłu, lecz w tej chwili upadły stratował go, zahaczając ostrzem o jego brzuch. Złapał go za kołnierz płaszcza i przyciągnął do krawędzi dachu. – Spójrz! Spójrz co zrobili z tym światem. Naprawdę sądzisz, że po tym wszystkim zasługują by istnieć?

– ON tego chce. – odparł pusto anioł.

– Więc się myli! – krzyknął upadły odrzucając Jakuba do tyłu. – To wszystko przez nich. Ich grzechy uczyniły Go obojętnym na wszystko. Opuścił nawet nas.

– A więc wszyscy jesteśmy zapomnianymi przez Boga głupcami. – powiedział spokojnie Jakub, podnosząc się z ziemi. – Ale spójrz na siebie. Myślisz, że on przyjmie was takimi? Wypalonymi przez żądzę zemsty?

– Przekonajmy się! – krzyknął, rzucając się do kolejnej szarży. 

Aniołowie skrzyżowali miecze raz jeszcze z tym samym potwornym zgrzytem. Jakubowi łatwo udało się prześcignąć upadłego anioła i zadać pierwszą ranę. Drugi cios należał do Azraela. Przeszył bark młodzieńca. Na ciałach obu aniołów zaczęło pojawiać się coraz więcej małych ran. Plamy krwi były teraz jak plamy atramentu. Czarne w promieniach słońca prześlizgujących się przez kopułę chmur.

Walka wciąż trwała. Mogli tak zmagać się ze sobą bez końca, aż któryś w końcu zada ostateczny cios. Wycieńczeni spoglądali na siebie. – Dość. – rzucił Jakub. – Nie chcę cię zabić.

– Zabij albo sam zgiń! – krzyknął Azrael, ostatkiem sił chcąc zakończyć walkę. Blademu aniołowi nie pozostało nic innego jak zrobić to samo. Uniósł miecz i z krzykiem bezsilności zakończył pojedynek. Głowa Azraela padła na ziemię.

Nim jednak całe zdarzenie zdążyło wstrząsnąć Jakubem, usłyszał klaskanie. Oczom jego ukazał się Samael w towarzystwie Elize. Miała zamknięte oczy, jakby była w transie. – Widzisz, to wcale nie było takie trudne – roześmiał się. – Pozwoliłem sobie przyprowadzić twoją przyjaciółkę. – mówił, delikatnie sunąc dłonią po jej włosach– Taka krucha. Taka słaba. Jak oni wszyscy. – widział, jak słowa jego budzą gniew młodego anioła i nie zamierzał przerywać. – Ach, tak! Zapewne chciałeś zakosztować jej cnoty? Cóż… za późno. Ale nie straciłeś zbyt wiele. – Po tych słowach odepchnął dziewczynę na bok.

Jakub spojrzał na martwe ciało Azraela. Na swoją zakrwawioną dłoń. Na Elize. Porwany przez eksplozję nienawiści pomknął w stronę Samaela. – Bądź przeklęty! – wrzasnął, wbijając w niego swój miecz. Aniołowie stali, przeszywając się nawzajem ostrzami. – On już to zrobił. – przyznał niewzruszony, odpychając bladego anioła od siebie. Podszedł do niego i zerwał mu zielony kamień z szyi. – Chaos uczynił mnie swoim synem. Teraz go uwolnię. Pamiętaj, że moja propozycja jest wciąż aktualna. – Po tych słowach zniknął pod postacią stada wron.

 

ROZDZIAŁ IX

Młodzieniec jeszcze długo leżał pokonany na dachu. Obraz nieba wirował mu przed oczyma. Stało się to, czego tak się obawiał. Samael ma to, czego chciał. Teraz będzie mógł przywołać Chaos.

W tym celu anioł śmierci udał się do centrum miasta. Do wielkiego muzeum, w centrum którego dokonał rytuału. Pod wielką kopułą rozłożył trzy kamienie. Rozbłysły zielonym blaskiem, a po chwili wielki snob światła przeszył dach muzeum, a zaraz potem przez pokrywające niebo chmury. Z niego, małe zielone błyskawice zaczęły zarysowywać kształt bramy. Samael z dumą obserwował owoc swojego triumfu. Rozłożył ramiona. – Ojcze, witam cię! – zakrzyknął.

W tym czasie, Jakub zabrał nieprzytomną Elize z powrotem do jej domu. Ułożył ją na sofie i opuścił ją. To wszystko była jego wina, myślał. Jeszcze nie tak dawno pragnął być z nią, lecz teraz wie, że nie powinien był w ogóle odzywać się do niej. 

Wrócił do kościoła. Zapalił dwie świece, zaSzymona i Azraela i ułożył je z pozostałymi. – Ojcze. – Echo jego głosu rozeszło się bo pochłoniętym w ciemności wnętrzu. – Czy mnie słyszysz? – Powoli zbliżał się do ołtarza – Zawiodłem. – Łzy zaczynały powoli napływać mu do oczu. – Zawiodłem Cię… zawiodłem Elize i… całą ludzkość. – pojedyncza łza przecięła jego policzek. – Wybacz mi.

– Nie zawiodłeś. – powiedział głos. Zza ołtarza wyszedł znajomo wyglądający anioł. Podobnie jak Jakub, albinotycznie blady, z włosami zaczesanymi do tyłu. – Michał. – wyszeptał, po czym ogarnięty euforią podbiegł do niego. – Tak się cieszę, że tu jesteś.

– Wiem… – przerwał Jakubowi. – To jeszcze nie koniec.

– Michale! – obu aniołów doszedł krzyk z zewnątrz. Wybiegli o zobaczyli Samaela unoszącego dłonie ku niebu. Nagle chmury spłynęły krwawym deszczem. – Michale! – krzyknął znów. – Otworzyłem bramy! Chodź i staw mi czoło! Walcz ze mną! Wyzywam cię!

Na twarzy Michała rysowała się niepewność. Patrzył jak krople krwi zaczynają obmywać szare budynki i płynąć ulicami.

Samael zniknął, a aniołowie wrócili do środka. – To Twój czas Michale. – powiedział do niego Jakub. – Wybacz mi, że cię zawiodłem, ale ty możesz to wszystko odwrócić.

– Jakubie. – przerwał mu. – To ja jestem tym, który powinien prosić cię o przebaczenie. Wysyłam cię na zatracenie.

– O czym ty mówisz? – radość Jakuba została zmieciona przez zagubienie.

– Ty musisz stanąć z nim do walki. 

– Dlaczego? – Słowa te były dla anioła jak uderzenie pioruna. – Dlaczego wysyłasz mnie? 

– Ponieważ z nas dwóch tylko ty możesz mu stawić czoło?

– Przecież to ty jesteś Michałem archaniołem! Jesteś najsilniejszym pośród nas wszystkich! 

Michał milczał przez chwilę, pokonując wstyd. – Kiedyś… walczyłem z nim. Podczas Pierwszej Wojny. Pokonał mnie.

Jakub nie mógł uwierzyć w to co słyszy. – Wysłałem cię, bo spośród nas wszystkich ty jesteś najbardziej czysty. – archanioł kontynuował – Jesteś moim synem. Urodziłeś się tutaj na ziemi. Twoją matką była ludzka kobieta, lecz urodziłeś się całkowicie jako anioł. Dla mnie był to znak.

– Jaki znak?

– Że gdy przyjdzie mój czas, zajmiesz moje miejsce. Możesz być tak silny jak ja, a nawet jeszcze silniejszy. Musisz tylko uwierzyć.

– Ale ja wierzę. – zaparł się Jakub. – Wierzę w …

– Nie w Niego. – przerwał mu. – W siebie. 

Rozmowę przerwała postać w czerni, która właśnie weszłą do kościoła. Jakub rozpoznał ją i już chciał  chwycić za miecz, lecz został powstrzymany przez Michała. Ową postacią był Szatan, o całkowicie czarnych oczach, długich, opadających mu na ramiona włosach i prostej brodzie. Syczącym głosem prosił Michała o możliwość zabrania Samaela do Piekiał, jako więźnia.

– A na co ci to? – spytał wściekle Jakub.

– Powiedzmy, że mamy nie wyrównane rachunki – odparł Szatan syczącym głosem. 

Przechodząc przez drzwi kościoła, młody anioł zatrzymał na chwilę Szatana. – Czemu to robisz? 

– To znaczy?

– Myślałem, że będziesz po ich stronie. – wyjaśnił Jakub. 

– Oh, nie! Broń Boże! – roześmiał się Szatan. – Nie chcę zniszczenia ludzi. Co ja bym bez nich robił? Widzisz, uwielbiam tych małych, zepsutych skurczybyków. – wysyczał.

 

ROZDZIAŁ X

Szatan wskazał Jakubowi muzeum, w którym Samael otworzył wrota Chaosu i zostawił go samego. Młodzieniec wahał się przed swoją największą próbą. Jeśli mu się nie uda, wtedy wszystko będzie stracone. Wtedy nie będzie nadziei. Próbował uspokoić oddech. Spojrzał na ciemniejące niebo i nadciągające burzowe chmury. Lodowaty wiatr zaczął szarpać jego płaszczem.

Gdy przekroczył próg budynku, zobaczył rozrzucone ciała strażników, pozostałości po alarmie i kilka plam krwi. Niepewnym krokiem wkraczał w głąb lasu brązowych filarów i pokrywającą wszystko, jak mgła ciemność. Dotarł do miejsca oświetlonego zielonym blaskiem. Oczom jego ukazał się snob światła ciągnący się ku niebu i kontur bramy, zarysowany przez małe błyskawice. – Witaj… – głos rozległ się zewsząd – … na przednim siedzeniu, podróży do końca świata!

Zza świetlistej bramy wyszedł Samael, trzymając w dłoni swoją katanę. Po cichu liczył, że jednak Michał stanie z nim do walki. Ujrzawszy Jakuba wybuchnął śmiechem. – Oto, czego boi się wielki Michał archanioł! Śmierci, we własnej osobie. Czyżbyś jednak zdecydował przyłączyć się do mnie, Jakubie? – zwrócił się do anioła.

– Przyszedłem, żeby to zakończyć. – odpowiedział. – Nie boję się śmierci. Nie boję się zabijać, a już na pewno nie boję się ciebie! – krzyknął wyciągając miecz przed siebie. Jego słowa spowodowały jedynie kolejną salwę śmiechu Samaela. – Och, doprawdy? To takie dramatyczne. Słowa puste, jak twoja wiara.

– Wypełnię Bożą wolę. – powiedział, nie dając się sprowokować.

– Bożą?– Samael odwrócił się w stronę bramy. – Miałeś szansę sam stać się bogiem! I tak ją zmarnowałeś. – westchnął z zażenowaniem. – Ty naiwny idioto. Ale to chyba cecha wszystkich wielkich zbawicieli.

Podszedł powoli do Jakuba. – Nadal chcesz walczyć? Cóż… muszę przyznać, że to urocze.

Zerwał się do ataku z nienawistnym okrzykiem, a spłoszony Jakub odskoczył niepewnie. Wiedział o obawach swojego przeciwnika. Atakował gwałtownie, a zarazem delikatnie, podsycając strach Jakuba.

W tym czasie blady anioł toczył dwie walki. Jedną z Samaelem, a drugą ze swoimi myślami. Nie mógł okazać strachu. Strach zabije jego wolę walki. Przywoływał w myślach Elize i słowa "nie ma nadziei". Nie, nie chciał w to uwierzyć. Zawsze jest nadzieja. Jeśli będzie trzeba, to właśnie on nią będzie. Odepchnął Samaela i sam zaatakował. Mroczny anioł zablokował jego cięcie, przyciągnął go do siebie i uderzył w twarz. Kolejny atak Jakuba skończył się tak samo.

Zrobił krok w tył. Zobaczywszy złośliwy uśmiech na twarzy Samaela, czekał na jego atak. Gdy ten pomknął w jego stronę, wzbił się w górę i wskoczył na kwadratowy filar. Mroczny anioł pokręcił głową i pomknął w jego stronę. Aniołowie odbili się od siebie, jak dwie zmierzające ku kolizji gwiazdy. Ich miecze zaiskrzyły się pod siłą uderzeń. Równo ze spadkiem na ziemię rzucili się w swoim kierunku. Byli jak dwie ścierające się fale uderzeniowe. Ostrza ich zderzały się ze sobą w nieskończoność.

Samael wzbił się w powietrze, zadając z góry potężniejszy cios, który zachwiał Jakubem. Zaraz po nim przyszło szybkie pchnięcie, które odparował w ostatniej chwili. Młody anioł wściekle zamachnął mieczem, by opędzić się od Samaela. Teraz sam przystąpił do szarży. Uderzał mieczem z całą siłą i coraz szybciej. W końcu przeciwnicy stali na przeciw siebie, nawzajem odbijając własne ciosy. Ostrza dzwoniły i drżały coraz to głośniejszymi echami, aż w jednej chwili przerwali na jednym potężnym uderzeniu. Przez chwilę stali jak kamienne rzeźby, mocując się ze sobą. Kto komu wytrąci miecz z rąk. Bladą twarz Jakuba wykrzywiało zmęczenie, gdy Samael szczerzył się, pewny triumfu. Zmusił młodego anioła do opuszczenia miecza, a tym samym do odsłonięcia się. Błyskawicznym cięciem rozciął pierś młodzieńca, lecz ten odskakując do tyłu zdołał rozciąć oko Samaela. Anioł śmierci napełnił pomieszczenie wrzaskiem bólu. 

Postać Szatana snuła się po dachu muzeum. Spoglądał on na krążące wokół bramy chmur. Przyglądał się świetlistej wieży, która przebijała się przez niebo. – Los nas wszystkich jest w twoich rękach, chłopcze.

Walka trwała. Aniołowie odskoczyli od siebie. Po oku Samaela została jedynie czarna szrama ,z której wypływała krew. Trzymał przy niej dłoń, ciężko dysząc. Jakub trzymał się za pierś, również odczuwając zmęczenie. Wzajemna nienawiść jednak napędzała dwóch, przeszywających się wzrokiem wojowników.

Po chwili jednak Samael wzbił się w powietrze by rozpocząć kolejną szarże. Ze zgrzytem ostrzy odepchnął Jakuba do tyłu, po czym zaczął nacierać na niego z wściekłością byka, zasypując go przy tym gradem ciosów. Za wszelką cenę chciał odciągnąć go od bramy. Młodemu aniołowi nie udało się dotrzymać kroku przeciwnikowi i potknął się o własne nogi, padając na plecy. W ostatniej chwili zasłonił się przed nadciągającym ciosem, po czym kopnął Samaela w brzuch.  Aniołowie stanęli między dwoma filarami. Rzucając się na siebie raz po raz, odbijali się od nich, aż w końcu sięgnęli sufitu, z którego spadli prosto, wymieniając bez przerwy ciosy.

Nie było już odwrotu. Jeśli Jakub zawaha się choć na chwilę, zginie. Tracił już siły do walki. Wiedział, że musi wrócić do bramy, bo jeśli jeżeli jest ona tym, czym myśli, to dzięki niej uda mu się wygrać. Musi zranić Samaela, musi wzbudzić w nim szał. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Rzucił się z szarżą najmocniej, jak tylko mógł, ale każdy jego coś kończył się dzwonieniem stali. W końcu wzbił się do góry, byle dalej od mrocznego anioła. Raz jeszcze wskoczył na filar. Wszystko, albo nic. Zeskoczył z niego, zbierając resztki swoich sił na jeden cios. Rzucił się w dół, a Samael wzbił się za nim do góry. Krzyk. Atak Jakuba ściągnął anioła z powrotem na ziemię. Teraz miał szansę. Zaczął się wycofywać w kierunku bramy. Tak jak przewidział, Samael pomknął za nim. Uderzał bez końca swoją kataną, spychając Jakuba do tyłu. 

Gdy już byli niemal przy samym snobie światła Jakub osunął się do tyłu, czekając na atak mrocznego anioła. Ten rzucił się z całą siła w jego kierunku. W jednej chwili, Jakubowi udało się prześlizgnąć pod śmiertelnym atakiem, a sam Samael uderzył w widmowe wrota. Błyskawice zaczęły go niewyobrażalnie palić, przez co raz jeszcze wypełnił muzeum krzykiem bólu.

Teraz była jego szansa. Blady anioł czekał aż jego przeciwnik się podniesie. Z wściekłego wojownika nie pozostało już nic. Ciosy Samaela w jednej chwili stały się niezdarne i bezsilne. Teraz to on opędzał się od Jakuba. Młodzieniec wyprowadził pierwsze cięcie w brzuch. Po chwili kolejne.

Wojownicy zatoczyli koło. Twarz Samaela była wykrzywiona porażką. Jakub zaś został porwany przez walkę. Teraz to on mógł być pewny zwycięstwa. – Samaelu, jesteś już historią. – powiedział. Po tych słowach, anioł śmierci rzucił się na niego z rykiem wściekłości. Młodzieniec jednak bez problemu przeszedł pod ramieniem Samaela, po czym pchnął mieczem do tyłu, przeszywając go na wylot.

Zapanowała cisza. Wielki anioł śmierci padł na kolana, pokonany. Patrzył na Jakuba, który przykładał mu ostrze do szyi. Na jego twarzy nie było już rozgoryczenia. Zupełnie jakby swoją porażkę przyjmował z całkowitym chłodem. Czekał, aż jego przeciwnik zada mu ostateczny cios. I zamierzał. Uniósł miecz wysoko, lecz wtedy powstrzymał go Szatan. – Czekaj. On jest mój, pamiętasz?

Jakub cofnął się, obserwując rozmowę dwóch mrocznych aniołów. 

– Bracie. – wymamrotał Samael. – Czyżbyś jednak postanowił dołączyć do mnie? 

– Czas, byśmy coś zakończyli bacie. – wysyczał Szatan.

– Co te ludzkie miernoty z tobą zrobiły? Spójrz na siebie. Kiedyś miałeś ambicje. A teraz Tatuś zrobił z ciebie swój worek treningowy. – Szeptał. – Skrzywdził cię równie mocno jak mnie. Mógłbyś być potężny i piękny jak kiedyś, gdybyś podążył ze mną. Miałem tak zacne zamiary.

Szatan milczał przez chwilę z opuszczoną głową. Uśmiechnął się do siebie. – Czas, byśmy wrócili do domu. – Złapał Samaela za kołnierz płaszcza, po czym cisnął nim prosto w zielony snob światła, który w efekcie eksplodował tysiące kolorowych iskier. Niebo uspokoiło się, a po kamieniach – kluczach nie zostało śladu. Pozostało jedynie dymiące ciało Samaela, które Szatan ciągnął za sobą aż do wyjścia.

– To już koniec – powiedział Jakub, biegnąc za upadłym. – prawda?

– A co z nimi? – odparł wskazując na spadające z nieba anioły w czarnych płaszczach.

– Ale uda nam się wygrać. Bóg jest z nami.

– A skąd wiesz, że walczysz w jego drużynie? – spytał po chwili Szatan.

– Co masz na myśli?

– Może on właśnie chce zniszczenia ludzi. Może jest z nimi, a nie z wami.

– W takim razie jak mogę mieć pewność? – spytał Jakub.

– Zaczekaj do końca. – odparł diabeł odchodząc. – On nigdy nie przegrywa.

Przed Jakubem stała nieznana przyszłość. Nie mógł być pewny tego, jak to się skończy. Wiedział jednak, że musi walczyć. Nie boi się zabijać. Już nie. Nie wiąże z tym już bólu. Może to jest zatracenie, o którym mówił Michał, ale trzeba to zakończyć. 

Dziesiątki upadłych braci gromadziło się wokół niego. Zacisnął dłoń na rękojeści i rzucił się w wir walki. Po śmierć, zatracenie niewinności, celu i wszelkich cnót, będzie walczyć o pokój wiekuisty. 

Koniec

Komentarze

Witaj Mimie. 

 

Na razie przeczytałam I rozdział i od razu stwierdzam, że cierpisz na większość, o ile nie na wszystkie choroby wieku dziecięcego ;) 

Poniżej tylko kilka przykładów, bo tekst się od nich roi: 

 

Cień zsunął się z nocnego nieba i spływając po szarej ścianie przyklęknął na ziemi, rozkładając swoje olbrzymie skrzydła. – za dużo czynności w tym zdaniu, robi się dziwne i nieczytelne; poza tym spójrz na kolejność tych czynności: najpierw się zsunął, potem spływając przyklęknął (jak to możliwe?), a potem jeszcze rozkładając. Całość do poprawy.

Miasto przyszłość, miasto pamiętające upadek społeczeństwa, które zawaliło się pod własnym ciężarem kłamstw, chciwości i żądzy władzy. – co to “miasto przyszłość”?; nadużywasz zaimków – własnym jest tu zbędne; w dalszej części wszystkie “swoje” też w zasadzie można usunąć. 

W chwili gdy to nastąpiło, do uszu Jakuba doszedł dźwięk kroków. – Jakub. – Głos zawołał jego imię. – kilka usterek w tym jednym fragmencie:  pierwsze – dialogi zaczynamy w nowym akapicie, nie ciągniemy z narracją; drugie – głos nie woła, ktoś może zawołać, a głos może się rozlec.

Wlepiał swe, pełne mroku ślepia. – kto w kogo wlepiał ślepia? Zbędny przecinek i w sumie zaimek też. 

– Masz rację. – odparł anioł – Oddaj mi ta swoją błyskotkę to puszczę cię wolno. – poza wcześniejsząuwagą, źle zapisujesz same dialogi – zerknij do tego poradnika

Jakubowi nie udało się zgubić przeciwnika. Ucieczka nie miała sensu. Nim Azrael wyląduje na dachu, ten zdoła go zranić. Wybiegł na skraj i w odpowiedniej chwili pchnął mrocznego anioła w pierś. – nie wiadomo kto tu jest kim i kto wykonuje którą czynność. Musisz uważać i wyraźniej rozróżnić przeciwników. 

 

Co do pomysłu, to na razie się nie wypowiem, bo za mały fragment przeczytałam. Ostateczną diagnozę będę mogła postawić, jak przeczytam całość :) 

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Cześć, Mimie.

Od razu uprzedzę, że ogólnie kiepski ze mnie target – nie jestem entuzjastką angel fantasy i żeby spodobał mi się tekst o facetach ze skrzydełkami na plecach, musi mieć w sobie coś. Twój niestety tego nie ma. Przedstawiona historia jest dość typowa dla gatunku – uwaga spojler – ot, mamy dwie piorące się ze sobą frakcje, ubolewające przy tym nad nieobecnością Tatusia. Było i to wiele razy. Bohaterowie też nie zachwycili, części nawet nie odróżniałam, tylko Szatan wzbudził jakiś cień sympatii. O głównym protagoniście potrafię powiedzieć tyle, że był blady.

Czytało się mi ciężko nie tylko ze względu na niezbyt leżący mi temat, ale także z powodu nie najlepszego wykonania.

Jak wspomniała śniąca, popełniasz sporo błędów, które chyba każdy z nas robił zaczynając przygodę z pisaniem: brak oddzielania przecinkiem imiesłowów przysłówkowych i ogólny tych imiesłowów nadmiar, zaimkoza, błędy w zapisie dialogów, literówki, powtórzenia. Nawet przysłowiowa już “stróżka” się zdarzyła.

Czasem widać zamieszanie z czasami lub gubisz podmiot. W scenach walki trudno się połapać kto co robi, bo czytelnikowi niewiele dają rozróżnienia typu “blady anioł” kontra “mroczny anioł” albo posługiwanie się kolorami płaszczy. Tym sposobem większość dynamicznych scen była zdecydowanie zbyt chaotyczna.

Ech, wiem, że to zabrzmi banalnie, ale spróbuj najpierw wyćwiczyć warsztat na nieco krótszych formach – tak znajdziesz więcej czytelników, którzy będą w stanie pomóc Ci, dzieląc się swoimi uwagami. Bo szczerze mówiąc, gdyby nie dyżur, pewnie bym Twojego opowiadania nie przeczytała.

Pisz i nie zniechęcaj się. Życzę weny i ciekawych pomysłów.

Pozdrawiam:)

 

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

No cóż, mogę podpisać się pod uwagami obu komentujących, ale od siebie dodam to, co przed chwilą wpisałam w komentarzu pod innym opowiadaniem:

Tu masz przydatne poradniki:

zapis dialogów http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794 

a tu ogólne rady dla piszących: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550 

Warto z tego skorzystać, jeśli masz zamiar rozpocząć przygodę z pisaniem.

Życzę powodzenia i cierpliwości.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dokończyłam. I potwierdzę, co już napisałam wcześniej. 

Do tego pomysł też nie jest odkrywczy, klasyczna walka dobrych ze złymi. 

Dam Ci jeszcze jedną radę – wtórnością pomysłów na początek się nie przejmuj, podobno przecież wszystko już było ;) Na razie wyćwicz warsztat, naucz się konstruować krótkie historie, ale poprawnie. A im dalej, im gładziej będziesz pisał, to i oryginalniejsze pomysły będą Ci przychodziły do głowy.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przyznam, że boli mnie sposób w jaki większość autorów podchodzi do angel fantasy i tutaj jest to samo co zwykle, czyli raczej nieciekawie. Od samego początku łatwo wyczuć inspirację starymi filmami – płaszcze i miecze kryjące się pod nimi są jak żywcem wyjęte z Nieśmiertelnego. Też lubię te filmy, ale mimo wszystko coś mi nie grało.

Co do warsztatu i błędów, patrz w komentarze powyżej.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Obawiam się, że przedpiścy mają rację. Dorzucę jeszcze przykłady chyba wcześniej nie wymienianych błędów:

Zatrzymał się i wsłuchiwał się w ciszę z kamienną twarzą.

Ale kto miał kamienną twarz? Jakub czy cisza? Szyk zdania ma znaczenie.

Oddaj mi ta swoją błyskotkę to puszczę cię wolno.

Tę błyskotkę.

Mogli uczynić swoje ciała lekkimi jak piórko.

Jak jedno piórko? Zacząłeś od liczby mnogiej, to się jej trzymaj.

Blady anioł zachwiał się aż pod jego uderzeniami.

Aż może zostać w tym zdaniu, ale raczej nie w tym miejscu.

 

Taka ogólna zasada: po napisaniu tekstu dobrze dać mu odpocząć przez przynajmniej tydzień, a wtedy jeszcze znowu sprawdzić. Autor zapomina o szczegółach i łatwiej mu wyłapać błędy. Można czytać na głos. Robiłeś tak?

Ale widzę również zalety: masz stosunkowo mało literówek. Pewnie poświęciłeś temu opowiadaniu wiele wysiłku.

Babska logika rządzi!

Wpierw patrzę: “angel fantasy”. I mówię sobie: “o, niee…”. Ale dobra, dajmy szansę. Może będzie lepsze od tego ostatniego, które czytałem. Także, Autorze, przepraszam za nadmierną ewentualną ostrość opinii, bo to nie moje gusta. Możesz traktować mój komentarz, jako kogoś “z zewnątrz”.

Masz już we wstępie literówkę: “moja pierwsza publikacja tuta”. Dbaj o porządek, bo to niechlujnie tak walić na dzień dobry literówkami (przecinki też pod to podpadają, w nawiasie pisząc).

E… czytam i czytam. Warsztat masz kiepściutki – dlaczego? to już wspomnieli przedpiścy. Ich komentarze są celne, nie będę się powtarzać.

Nie jestem w stanie przeczytać więcej niż 1/3. Nie wciągnęło mnie – spojrzałem na komentarze i upewniłem się w decyzji, żeby zacząć czytać coś innego.

Co do “angel fantasy” – nie wiem, czy przerobiłeś M. L. Kossakowską. Jeśli nie, to chyba tam możesz zajrzeć po naukę, poobserwować pomysły i styl autorki, która osiągnęła sukces i przychylność czytelników oraz recenzentów.

Wybacz Mimie, że poprzestanę na lekturze pierwsze rozdziału, ale opowiadanie zupełnie mnie nie zainteresowało. Moje zastrzeżenia pokrywają się z wyrażonymi już przez wcześniej komentujących, więc nie będę się powtarzać.

Mam jednak nadzieję, że w przyszłości zaprezentujesz coś, co wszystkich porwie. ;-)

 

Z po­li­to­wa­niem spo­glą­dał na pę­dza­cych wokół niego ludzi. – Literówka.

 

Tylko mru­ga­ją­ce la­tar­nie i wy­le­wa­ją­ca się z za­uł­ków ciem­ność i brud.Tylko mru­ga­ją­ce la­tar­nie i wy­le­wa­ją­ce się z za­uł­ków ciem­ność i brud.

Z zaułków wylewały się dwie rzeczy.

 

Za­trzy­mał się i wsłu­chi­wał się w ciszę z ka­mien­ną twa­rzą. – Ze zdania wynika, że cisza miała kamienną twarz. ;-) Powtórzenie.

Może: Przystanął i z ka­mien­ną twa­rzą wsłu­chi­wał się w ciszę.

 

Oddaj mi ta swoją bły­skot­kę to pusz­czę cię wolno.Oddaj mi bły­skot­kę, to pusz­czę cię wolno. Lub: Oddaj mi swoją bły­skot­kę, to pusz­czę cię wolno.

 

Był teraz jak roz­ju­szo­ne zwie­rze. – Literówka.

 

Mio­tał mie­czem jak w szale. – Czy na pewno miotał?

Miotać, to rzucać czymś daleko, z wielką siłą, a nawet w różne strony.

 

Z każ­dym na­stęp­nym było mu coraz cię­żej.Z każ­dym na­stęp­nym było mu coraz trudniej.

 

Na twa­rzy Ja­ku­ba za­ry­so­wa­ło się wa­ha­nie. Wiel­ka walka z nią, która jed­nak szyb­ko się skoń­czy­ła. – Zrozumiałam, że była to walka z twarzą. ;-)

 

Po­wie­rzo­ne im za­da­nie po­zwo­li­ło im unik­nąć walki… – Pierwszy zaimek zbędny.

 

miał rude, dłu­gie włosy, za­cze­sa­ne lewą stro­nę. – Czy tu czegoś nie brakuje?

 

Spu­ścił głowę i wes­tchnął do sie­bie. – Do siebie się nie wzdycha. Można wzdychać do kogoś.

 

wle­piał swoje krwi­sto-czer­wo­ne oczy w puste, zruj­no­wa­ne bu­dyn­ki. – …wle­piał krwi­stoczer­wo­ne oczy w puste, zruj­no­wa­ne bu­dyn­ki.

Czy mógł wlepiać cudze oczy?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niestety również nie udało mi się przeczytać więcej niż jednego rozdziału. To wszystko zbyt prosto opisane, zbyt typowe i zbyt proste. Trzeba więcej pokombinować – nad językiem i pomysłem – aby zwyczajnie nie zanudzić czytelnika. Dalej nie będę się wypowiadał, bo nie znam całości.

Nowa Fantastyka