- Opowiadanie: Madej90 - Babel

Babel

Kolejne opowiadanie, które przeszło długą drogę do uzyskania swojej (mam nadzieję) ostatecznej formy. Oryginalnie napisane na SF2015, potem lekko zmienione i opublikowane, następnie usunięte, przepisane na nowo. W międzyczasie koncepcja opowiadania zmieniła się o trzysta sześćdziesiąt stopni, podobnie jak charakter głównego bohatera. Mam nadzieję, że tym razem okaże się znacznie lepsze.

Chciałbym je zadedykować mojej dziewczynie, dzięki zachętom której w ogóle zacząłem myśleć o pisaniu, a co ważniejsze, dzięki której stawałem się co raz lepszy i bardziej “czytalny”. Dzięki za wszystko!

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

bemik

Oceny

Babel

Świat rozpada się przed moimi oczami na kawałki, pęka i odlatuje w przestrzeń jak w zwolnionym tempie z tych naprawdę starych filmów. Wszystko tonie w skontrastowanych barwach, wykręcając się w falliczne kształty rodem ze współczesnych obrazów z nurtu drug art, tych które nawet nie udają, że są czymkolwiek więcej niż tylko pretekstem do ciężkiego ćpania. Potem wszystko składa się w całość, już tylko pokrytą ziarnem i zakłóceniami. Tak właśnie wygląda kac, gdy jesteś cyborgiem.

Obracam głowę w lewo, patrząc niezbyt świadomie na wyjący skoczną melodyjkę holobudzik. Wyłączam go, a potem z trudem siadam na krawędzi łóżka, pokonując częściowy paraliż. Poruszam palcami u nóg, gapiąc się na nie głupio i czekając aż przestanę czuć się obco w swoim ciele. Efekt brania groadańskich przyzsalników.

W tym czasie mój bioczip do spółki z nanorobotami biorą się za wiosenne porządki – w kilka minut znikają objawy wczorajszych przygód. Moment i jestem już w pełni sprawny – znaczy jak na mnie. Dobrze.

Dzisiaj jest w końcu pierwszy dzień reszty mojego życia!

Wysyłam impuls, który wyłącza przyciemnianie szyb. Do ciasnej klity, udającej pełnoprawne mieszkanie wdziera się światło. Oczywiście nie słoneczne – tak dobrze nie ma. Pokój zalewa neonowy, pulsujący i zmieniający kolory blask reklam.

Wstaję, natychmiast tracąc równowagę. Motorykę szlag trafił, ale tym razem to nie wina wczorajszych wojaży. Jakoś udaje mi się doczołgać do kuchni, przewracając tylko stolik. Ciekłe szkło rozlało się po podłodze z klonowanych – identycznych w każdym calu – sosnowych desek, zaraz też wróciło do pierwotnego stanu.

Kawa zaparzyła się na sam widok mojej zmęczonej, opuchniętej gęby życiowego przegrywa. Tak to sobie w każdym razie przedstawiam.

Wkładam papierosa między zęby, mimowolnie zastanawiając się kiedy zacząłem palić. Pamięć czasem płata mi figle – niezbyt śmieszne, gdyby ktoś chciał znać moje zdanie. Przynajmniej powinienem zapamiętać, że właśnie rzuciłem. Spluwam petem prosto do śmietnika, a potem wlewam w siebie cały dzbanek kofeinowej zupy z podróbki kawy. Energetyczny potok spływa mi prosto do spragnionego gardła.

Tak naprawdę nie musiałbym rezygnować akurat z nikotyny, bo nanomedy nie pozwolą rozwinąć się żadnemu rakowi, ale… tu chodzi o zasady. Zasady są dobre dla kręgosłupa, no chyba, że zamieniają się w kij w dupie.

Ciężki antywłamaniowy właz otwiera się z sykiem i zgrzytem ukazując moim oczom szarobury korytarz z tutejszego substytutu żelbetu. Odruchowo sprawdzam czy wszystko za mną się zamknęło, nawet jeśli wiem, tak jak każdy w tym bloku-dzielnicy, że nie mam w mieszkaniu niczego wartego włamania.

Poruszam lekko ramionami, by pozbyć się fantomowego odrętwienia metalowych mięśni. HUD na moich siatkówkach przygotowuje sekundnik. Dawno nie biegałem, ba, nawet nie bardzo przekraczałem granice ludzkich możliwości.

Bioniczne kończyny nie potrzebują rozgrzewki, ale i tak zaczynam od truchtu, przy okazji planując trasę. Ruszam pseudobetonowym pasem niczym nieróżniących się od siebie drzwi do niczym nie różniących się od siebie „apartamentów”, prosto w trzewia molocha, gigantycznego budynku, kryjącego setki plączących się korytarzy, które nie przeszłyby żadnej kontroli BHP.

Startuję do sprintu, wyrywając chyba kawałek podłogi. Cyfry śmigają mi przed oczami, a ja biegnę, koncentrując się na pełnej mniej lub bardziej ruchomych przeszkód trasie. Pierwsze kółko i pięć kilometrów za mną. Robię jeszcze trzy, za każdym razem biegnąc coraz szybciej. W końcu, lekko zdyszany, staję przed swoimi drzwiami.

Dziesięć minut i dziesięć kilosów – nie jest źle jak na pierwszy raz.

Wracam do mieszkania i wpełzam pod prysznic. Niby pot cyborgów jest bezwonny, ale trochę zbyt wielu z nas zapomina, że to nie zmienia aż tak wiele.

Potem staję przed zaparowanym lustrem, ozdobionym pajęczyną pęknięć, rozchodzących się od dziury w kształcie mojej pięści. Musiałem je wczoraj stłuc. Podnoszę duży odłamek i wycieram go ręcznikiem, po czym unoszę. Przyglądam się odbiciu, w skupieniu analizując kłąb tików, który podobno jest moją twarzą. Gdy odpowiednio się na tym skupię, jestem w stanie nad tym zapanować – przynajmniej na tyle, żeby nie zwracać na siebie zbyt dużej uwagi, bo zawsze coś się prześliźnie. Najczęściej mruganie z prędkością karabinu, drgawki i unoszenie górnej wargi, tak że wyglądam jakbym szczerzył kły. Za to nie ślinię się już od roku, choć to chyba nie moja zasługa.

Dopiero teraz zauważam godzinę – jeszcze chwila i spóźnię się do roboty. Ubieram się i jem jednocześnie, po chwili właz zamyka się za mną z sykiem, a ja mknę szarymi korytarzami prosto do windy. Zjeżdżam kilkaset pięter w dół, prosto na stację kolejek.

Macham wytatuowanym na ręce kodem kreskowym przed biletomatem i czekam. Ogłusza mnie huk tysięcy istot warczących na siebie lub do siebie w piętnastu językach, tupiących i pełznących po gładkiej jak tafla dzikiego jeziora (czy raczej mojego wyobrażenia takiego cudu) posadzce.

Osobista kolejka podjeżdża do mojego stanowiska bez szmeru, równie cicho odsuwają się drzwiczki. Wsiadam do całkowicie białego wnętrza wykonanego ze sztucznej skóry i polimerów. Monochromatyczność wnętrza miała chyba w zamyśle uspokajać, ale na pewno nie powstrzymało to jakiegoś młodego gniewnego przed ozdobieniem panoramicznej szyby pełnym zawijasów graffiti po agaadardzku. Napis głosił „Śmierć Terranom”. Z błędem.

Uwielbiam komunikację miejską. Tyle pozytywnej energii!

Odpalam silnik i lekkimi pociągnięciami drążka wprowadzam pojazd na szynę dla pospiesznych. Mały napęd termojądrowy rozgrzewa się powolutku, na razie wyciągam tylko trzysta nigów, czyli coś koło pięciuset mil na godzinę. Specjalne systemy, nawet nie będę udawał, że wiem jak działają, łagodzą przeciążenia, tak że odczuwalne jest tylko łaskotanie.

Kiedyś zupełnie na poważnie myślałem nad tym jak obejść ten system i zamienić pojazd w osobistą trumnę na kółkach. Chyba cieszę się, że tego nie zrobiłem. Tak, zdecydowanie się cieszę…

Szybko docieram do gigantycznej, przepełnionej metalem stoczni, w której nawet nie widzę żadnych okrętów, bo cały dzień spędzam w klaustrofobicznych tunelach pełnych kabli i rur. Zajmuję się kontrolą szkodników. To zadziwiające jak dużo stworów, roślin i pasożytów przystosowało się do lotów kosmicznych, a czasem nawet dryfu w próżni. Prawie trzy czwarte z nich w pewnym momencie trafi właśnie tutaj.

Jak można się domyślać, praca tam na dole nie jest zbyt popularna, a z drugiej strony musi wykonywać ją istota organiczna. Wszystko przez odpowiednie konwencje i regulacje prawne – dzięki temu istoty żywe są jeszcze do czegokolwiek potrzebne. A gdy przychodzi do wybierania gdzie ma pracować białko, a gdzie sylikon, to wychodzi, że bardziej opłaca się używać maszyn do budowy okrętów, niż czyszczenia rur.

Wpadam do szatni dosłownie w ostatnim momencie. Jestem na czas.

– Ach, więc jednak nie muszę cię zwalniać! – Mój szef wyłania się z jednego z korytarzy masując masywny kark wszystkimi czterema rękami. Jest Agravianinem.

Agravianie pochodzą od czegoś co można chyba porównać do niedźwiedzia – są całkiem w porządku, bardzo honorowi, jak na drapieżników. Jeden problem – dodatkowe kończyny, ale podobne do naszych mózgi sprawiły, że zabrakło połączeń nerwowych dla niektórych funkcji. Dla Agravian pojęcie muzyki jest zupełnie obce, słyszą tylko rytmiczne dźwięki, nic więcej.

– Daj spokój, szefie. – Podchodzę do swojej szafki, otwieram ją. – Kto mnie zastąpi?

– To, że jesteś niezastąpiony nie znaczy, że najlepszy. – Naburmuszył się pod białym futrem. – Zarząd siedzi mi na dupie i twierdzi, że jesteś za mało efektywny.

– To co mam zrobić? Przynosić własne szkodniki do pracy?

– A skąd ja mam to wiedzieć? – Machnął dolną lewą ręką w geście rezygnacji. – Po prostu lepiej, żebyś się pilnował, bo możesz stracić tę robotę.

– W życiu! Nawet nie wyobrażam sobie życia bez takiej wspaniałej, szanowanej posady. I bez takiego świetnego szefa! – Szczerzę się w uśmiechu, zdejmując koszulkę.

Naklejam niebieskie plastry, wydzielające dodatkowe nanomedy do mojego organizmu. Przez jakiś czas będę narażony na promieniowanie kosmiczne, a zwiększona tymczasowo ilość robotów pozwoli na natychmiastowe odbudowywanie uszkodzonych przez radiację komórek. Żółte plastry zawierają leki, dzięki którym stanę się odporny na obrzydzenie, czy jakiekolwiek fobie. Spotykam pod spodem bardzo różne gówna, a mało kto nie boi się niczego. Ja na pewno do nich nie należę.

– Dobra, dobra… – Zbiera się już do wyjścia, ale jeszcze na chwilę obraca futrzastą głowę w moją stronę. – Zmieniłeś nastawienie, czy mam halucynację?

– Niech już szef idzie – Ubieram się w hermetyczny skafander z symbiotycznego tworzywa oraz hełm z generatorem powietrza. – Powinien szef posłuchać muzyki relaksacyjnej.

– Bardzo śmieszne. Dobra, zmykaj.

– Tajest. – Z tymi słowy znikam w czeluściach pod stocznią na długie godziny.

Na czym polega moja praca? Robię obchód po chyba najmroczniejszym miejscu na całej stacji. W kompletnej ciszy i widząc przed sobą tylko plamy ciepła i elementy HUD-u nakładające się na nieprzeniknioną ciemność. Na dodatek większość obchodu odbywa się w stanie nieważkości, bez atmosfery lub w tak przerzedzonej, że rozerwałaby płuca. Gdyby tego było mało prawie non stop jestem bombardowany radiacją na poziomie siwerta lub dwóch na godzinę – wystarczą wadliwe plastry i przypłacę tę wspaniałą podróż degeneracją DNA, pięcioma rakami i pewnie jeszcze Alzheimerem.

– Jor, jesteś tam? – Standardowo sprawdzam połączenie przez telelink przed wejściem głębiej. Muszę zgłaszać wszystko, co upoluję, każde uszkodzenie, no i mój status. Generator atmosfery jest na baterie, tak żebym się nie guzdrał.

– Jestem, co mam nie być? – Jor jest sztuczną inteligencją, opartą o jaźń jakiegoś Teruthanina, istoty która kiedyś była rybą (no dobra, stworzeniem analogicznym do terrańskich ryb). Dlatego brzmi jak woda z wyciskanej ścierki, do tego odtwarzana przez syntetyzator. – Twoja pozycja jest zaznaczona. Wszystko na zielono. Ruszaj.

– Przyjąłem, Jor. No to idę.

Wędruję ciasnym labiryntem z rur, metalu i polimerów, a rolę nici Ariadny pełnią światłowody i tysiąc innych kabli. Pogrążam się w myślach, pewny, że instynkt zadziała sam.

A mam o czym myśleć.

***

Byłem nikim – użalającą się nad sobą żałosną kupą gówna, tonącą w wódzie i prochach. Każdy dzień był taki sam – dwa lata spędzone w marazmie, nieświadomości samego siebie. Siedziałem w swoim osobistym piekle i cierpiałem, aż okazało się, że to tak naprawdę mydlana bańka. Pękła, a ja łupnąłem dupą o ziemię.

Coś paskudnego wyrwało mnie z letargu w jaki wpada się po chlaniu trzepiących neurologię drinków. Oderwałem policzek od tafli szklanego baru i jednocześnie akwarium pełnego świecących różnokolorowo węgorzy. No, czegoś podobnego do węgorzy. Uśmiechnąłem się półprzytomnie do pływającej pod moimi łokciami ryby, a nawet do barmana, porośniętego mlecznobiałym futrem.

– Duże piwo z wódką, proszę – mruknąłem, wyciągając papierosa.

Klepnęła podkładka, a potem stuknął spotniały kufel pienistego piwa, z kieliszkiem na dnie. Wypiłem jednym haustem, grdyka latała mi jak oszalała przez dobrą minutę. Wytarłem wąsa z piany, przez chwilę kontemplując leniwy dryf świecącego na żółto węgorza. Lubiłem wodę. Przypominała mi o przestrzeni, o tym wszystkim co było poza tą gównianą stacją z głupią biblijną nazwą. Na chwilę ukryłem twarz w dłoni, ocierając pot z brwi.

Osuszyłem ostatniego browara, wstałem od baru, płacąc machnięciem dłoni nad kasą i poszedłem do pokoju obok po kilka nomarskich pijawek. Dobry towar, halucynogenny, a nie uzależnia. No i są wielokrotnego użytku, dlatego płaci się tylko za ich wypożyczenie.

Wyszedłem dopiero po godzinie, nogi mi się plątały. Widziałem dźwięki, pod palcami czułem dane, a na języku skład chemiczny śliny. Zatrzymałem się przed barem, właściwie bardziej osunąłem się po ścianie. Niemrawo wyciągnąłem fajkę, zapaliłem.

Uliczka zasnuta była mgłą i smogiem tak gęstym, że pewnie dałoby się w niej dosłownie coś zawiesić. Dookoła mnóstwo neonowych hologramów, ziemia trzęsła się od tłustych beatów wydostających się z niedalekiego klubu.

Wyszła stamtąd jakaś para. Szli przez mgłę… pamiętam tylko mały urywek tej chwili, stopklatkę, albo może zdjęcie. Ona w jego kurtce na ramionach, z jakimś jaskrawożółtym kwiatem w dłoni. On też go trzymał, ich palce stykały się ze sobą. Uśmiechali się, zapatrzeni w siebie.

To chyba ten anachroniczny prezent, prostota tego gestu tak mną wtedy poruszyła. Może to, że byli szczęśliwi. A może po prostu odrobina normalności. Jedyny kolorowy element czarno-białego obrazka.

Zacząłem płakać, tak jak płaczą tylko cyborgi – niemo, bez łez, wstrząsany drgawkami i prowadzący wewnętrzną walkę z dozownikami endorfiny i środków uspokajających.

Po dwóch latach wegetacji wreszcie do mnie dotarło co się ze mną stało, kim JA się stałem. Cały ten czas szukałem winnych dookoła, a wystarczyło spojrzeć w lustro. Zrobiłem to, potem, gdy wróciłem do domu. Patrzyłem, opierając się rękami o umywalkę. Aż wreszcie uderzyłem w swoje odbicie z całej siły, krusząc je. Oczy zaszły mi mgłą.

„Obudziłem” się na szczycie wieżowca Kvrch'ca – ulubionym punkcie wszystkich samobójców na stacji. Śmigacz wisiał niedaleko w powietrzu.

Usiadłem na skraju dachu, moja głowa była otoczona siwą aureolą papierosowego dymu. Nie chodziło o to, że się bałem, czy nie byłem pewien. Po prostu mój bioczip musiał wyliczyć kiedy skoczyć, by nie trafić w czyjś pojazd i nie przeżyć z powodu głupiego przypadku.

Wtedy ktoś chrząknął za moimi plecami. Obróciłem głowę w stronę, z której dobiegł dźwięk. Stał tam mały, podobny do jeża obcy, nie potrafiłem przypomnieć sobie nazwy tej rasy, ani tym bardziej, żebym kiedykolwiek widział innego jej przedstawiciela. Nosił luźny, żółty kombinezon i staromodne okulary w grubych czarnych oprawkach – zerówki.

– Co się tak na mnie gapisz? – Podszedł bliżej. Mogłem teraz zobaczyć pogardę w jego oczach. – Jak chcesz skakać, to skacz, a jak jesteś tu dla pokazu, to wypierdalaj. – Splunął.

– Liczę. – Wróciłem do przyglądania się rozświetlonym ulicom pod moimi majtającymi w powietrzu nogami. Nie chcę nikomu zniszczyć wozu.

– Nie udawaj, że nie myślisz tylko o sobie, śmieciu. Wiesz ilu tu widuję takich jak ty? Jeśli szukasz współczucia, Terraninie, to trafiłeś w złe miejsce. – Z jego głosu biła teraz odraza.

Musiał widzieć tysiące takich jak ja i drugie tyle pozerów. Po ilu z nich musiał zmywać chodnik? Nie chciałem wiedzieć. Poczułem się głupio, że dostarczę mu dodatkowej roboty, nawet jeśli nie był najmilszym gościem jakiego poznałem.

– Mam paczkę fajek – powiedziałem, wyciągając ją na dowód. – Prawdziwy tytoń, bez filtra. Mi już nie będą potrzebne, a dopiero ją zacząłem.

– Nie przekupisz mnie…

– Nie próbuję, po prostu nie chcę żeby poszły na zmarnowanie, jasne? Wiem, że widziałeś tutaj pełno różnych popieprzeńców, ale ja naprawdę nie widzę innej opcji. Ba, ja już jestem martwy! Nawet mam akt zgonu! – Zaśmiałem się gorzko, pod koniec wstrząsnął mną krótki atak płaczu. Odetchnąłem spokojniej. – Przepraszam. Chcesz je, czy nie?

– Zatrzymaj je. – Machnął ręką. Głos trochę mu złagodniał, choć nadal był szorstki jak jego morda. – Efekt Schrödingera, słyszałem o tym. Jeśli już byłeś martwy, to wiesz, że nie warto. Popodziwiaj widoki. Patrz i myśl, aż w końcu zauważysz jakie są piękne. Wtedy zjedź na dół. Powodzenia, człowieku.

Przez dłuższą chwilę siedziałem z głupią miną, myśląc o tym co się właściwie stało. Mruknąłem coś do siebie i zrobiłem to o czym gadał. Nie wiem czemu, chyba uznałem, że to nie ma wielkiego znaczenia. Śmierć nigdzie się nie wybierała.

Całymi godzinami wpatrywałem się w smugi świateł śmigaczy i kolejek. W jaśniejącą kolorami mgłę. W setki tysięcy istot tworzących nigdy nie znikający tłum na ulicach. I zrozumiałem, że to jest jeden wielki test Rorschacha – widzi się w nim odbicie samego siebie.

A ja widziałem ćpunów, alkoholików i meneli. Widziałem zepsucie, słabość… wszystko to czego próbowałem się wyprzeć. Byli jak ja, może nawet mieli gorzej. To przestało być istotne. Miałem przebłysk olśnienia.

Kiedy jest się uzależnionym zawsze znajdzie się pretekst.

Moje życie się spierdoliło – prawda.

Moja planeta przestała istnieć – prawda.

Miłość mojego życia została zabita przez moją pomyłkę – prawda.

Mnie też zabili – prawda.

To niczego nie zmienia. Mogłem być nieszczęśliwym, złamanym żywym trupem, ale to wcale mnie nie usprawiedliwiało. Wystarczyło walczyć. Wtedy wstałem i wróciłem do domu. Bo dotarło do mnie, że nadal mogę walczyć.

***

Nagle słyszę lekki szmer, który wyrywa mnie z zamyślenia. Obracam błyskawicznie głowę, ale nie mogę odnaleźć źródła hałasu. Nie szkodzi, już go mam, już go czuję. Szybszym od myśli ruchem wydobywam usypiacz i posyłam pocisk prosto w czoło miniaturowego kangura z wielkim żądłem i zębami jak rekin.

– Jor, mam tu jakieś sepyniańskie ścierwo. – Melduję. – Pakuję i idę dalej.

– Przyjąłem.

Wyciągam z kieszeni w pasie małą kulę wypełnioną lekko fosforyzującym płynem pełnym enzymów trawiennych. Turlam pojemnik w stronę kanguro-szczura wcześniej przytykając opuszek palca w celu aktywacji całej maszynerii. Kula pożera ciało i zaczyna powoli rozpuszczać. Chowam ją i idę dalej.

Kontynuuję patrol, brnę w ponurą ciemność, co gdy się nad tym zastanowić, jest chyba alegorią tego jak wyglądało moje życie. W końcu trafiam na znacznie wyższy chodnik, którym mogę iść wyprostowany. Jestem teraz w węźle ciepłowniczym, czyli w połowie drogi. Minęły trzy godziny od zejścia w tunele. To także zwiastun rychłego końca „przyjemnej” części drogi.

– Jor, robię przerwę śniadaniową. Robię też zrzut danych.

– Dobrze. Aha, szefostwo chce oceny stanu rur już teraz, przed raportem.

– Na moje cyber-oko wychodzi, że wszystko w porządku. Puszczę jeszcze drona na czas przerwy.

– Dobrze, przekażę im – sygnał ucicha, by po chwili powrócić. – I smacznego.

– Dzięki – uśmiecham się lekko. – Wziąłem dzisiaj teruthańskie żarcie, wiesz?

– W takim razie także powodzenia – jestem pewien, że usłyszałem parsknięcie.

– Ta, dzięki. Bardzo zachęcające. Jak te reklamy: „Zawsze oddawaj kapsuły żywieniowe w odpowiednie ręce, albo twoje posłużą do zrobienia nowych”.

Siadam wsparty plecami o ścianę. Wyciągam biodegradowalną kapsułę prosto ze spożywczaka. Otwieram i w powietrzu zaczynają roznosić się subtelne wonie z różnych zakątków galaktyki. Pod kolejnymi wieczkami w podzielonym na mniejsze części wnętrzu znajduję specjały Mitil-teruthu, a ponieważ całe życie tej planety koncentruje się pod wodą, to mam tu trzy rodzaje ryb oraz meduzę w miejscu zwykle przeznaczonym dla deserów. Napój, to gazowany atrament, zaskakujące, ale naprawdę dobry.

W tym czasie dron rozmiarów małej muchy sprawdził wszystkie rury. Wysyłam raport na górę i ruszam dalej.

Przed przejściem do następnej sekcji uszczelniam hełm, sprawdzam jak działają magnesy w trepach. Muszę jeszcze zmienić broń. Z niewiadomego powodu mam nakaz korzystania ze strzałek, gdy poruszam się w strefach z atmosferą (chyba po to, żeby mogli sami się oszukać, bo szkodniki i tak giną w kwasie). Gdy jestem poza nimi mogę używać emitera mikrofali.

Teraz jestem zdany tylko na detektor ruchu, czego naprawdę nienawidzę. Kolejne metry korytarzy, ciągnących się w nieskończoność i prowadzących donikąd. Jakby to był koszmar.

Przystaję na chwilę, żeby wziąć głębszy oddech. Mam straszną ochotę zapalić. Na szczęście nie mogę tego zrobić. Radar zaczyna wydawać irytujące dźwięki. Podrywam pistolet i wodzę nim w powietrzu, próbując namierzyć cel. Naciskam spust, a potem czekam, aż spomiędzy kabli wypłyną ugotowane od środka szczątki zminiaturyzowanego trolla. Karmię nim kule (łatwiej powiedzieć niż zrobić).

Cisza jaka panuje w próżni bywa przerażająca. Dobrze jest usłyszeć charakterystyczne bzyczenie oznaczające przekroczenie pola siłowego. Wkrótce powraca dźwięk, grawitacja i powietrze. Ba, hałas nawet.

Tutaj nie bywa cicho. Wszystko się trzęsie, bo jestem dokładnie nad miejscem, przez które przelatuje każdy statek w stoczni. Miejsce, w którym sześć lat temu wylądował nasz krążownik.

Pamiętam ten dzień. Stałem razem z całą załogą wgapiając się w ekrany, na których po raz pierwszy w życiu widzieliśmy stację kosmiczną X-26c, nazywaną „Babel”. Wyglądała jak gigantyczna, kilkusetkilometrowa szpilka. Otaczał ją pas asteroid przerobionych na rezydencje dla bogaczy, utrzymanych na bezpiecznych orbitach.

Dotarliśmy do kresu podróży, mieliśmy od teraz stać się załogą Twierdzy Głowa – wojskowej części stacji, a statek miał zostać przerobiony na części zamienne. Był w służbie kilka lat za długo.

Lecieliśmy tak i patrzyliśmy w holograficzne przedstawienie stacji, nie zdając sobie sprawy z tego, że nasz nowy dom jest tak naprawdę trumną. Za rok od tego dnia pycha ludzkości obróci się przeciwko niej i zostaniemy wyrzuceni poza margines społeczeństwa, które nas stworzyło.

Obchód się kończy, wreszcie mogę zrzucić z siebie przepocone ciuchy, odkleić plastry i w ogóle poczuć się trochę bardziej wolnym. Wcześniej tak o tym nie myślałem.

– Powiedz mi coś, Jor. – Rzuciłem do powietrza. – Czy ty masz jednostkę mobilną?

– Mam. – opowiedział po minucie czy dwóch. – Czemu nagle cię to interesuje?

– Bo idę na tak zwany lunch. Podobno kiedyś współpracownicy często chodzili na nie grupowo. Poza tym, maszyny powinny trzymać się razem, nie? Co ty na to?

– Nie masz innych znajomych?

– Nie mam. – odparłem szczerze.

– No… ja też nie. Dobra, poczekaj chwilę.

– Dzięki, Jor. – Wracam do ubierania się, myśląc o tym czy on kiedyś w ogóle stąd wyszedł. Jeśli nie, można to chyba uznać za dobry uczynek. Pierwszy od bardzo dawna.

***

Stękam ze złości i zmęczenia. Leżę w łóżku gapiąc się w sufit. Nie mogę spać, nie dają mi zasnąć. Cały czas słyszę jak… śpiewają do mnie. Dźwięk jest przytłumiony, ale nadal zbyt głośny bym mógł się od niego odciąć.

Skup się na czymś innym, przestań o nich myśleć!

Dlatego wracam myślami do rozmowy z Jorem. To było ciekawe doświadczenie. Mobilne jednostki AI rzadko bywają spersonalizowane, ale akurat jego była. Przypuszczam, że tak samo wyglądał za życia – wysoki, nieowłosiony, z wielkimi oczami o dużo szerszym rozstawie niż u nas. Nawet nosił aparaturę do oddychania i ubrania zapobiegające wysuszeniu skóry. Nawet jeśli maszyna, którą obecnie był ich nie potrzebowała.

Poszliśmy do jakiejś restauracji blisko stoczni, nie mieli tam najlepszego jedzenia. Nie o jedzenie jednak chodziło. Dużo gadaliśmy, trzeba było nadgonić dwa lata wymieniania zdawkowych uwag i uprzejmości.

Kiedy przerobiliśmy już nasze kariery i jego sztuczny system trawienny, rozmowa zeszła na mnie, moją… niepełnosprawność. Nawet nie westchnąłem, wiedziałem przecież, że w końcu zada to pytanie. Ktoś musiał.

– To mnie zastanawia. Jak to z tobą jest? Podobno nawet prowadzą o tym dyskusje na uniwersytetach.

– Problem nie dotyczy tylko mnie, wiesz? Jest trochę cyborgów Schrödingera. – Mocno zaakcentowałem dwa ostanie słowa. Nie cierpiałem tej nazwy. – Jak to działa? W sumie nazwa mówi wszystko, ale pewnie nie komuś nieobeznanemu z terrańską kulturą. Chodzi o to, że jesteśmy, przynajmniej teoretycznie, jednocześnie żywi i martwi. Ja dla przykładu dostałem kulkę na twarz. Niemożliwe do przeżycia uszkodzenie mózgu. Ale bioczip i cała reszta cybernetyki i bioniki przetrwała. Nanomedy zregenerowały uszkodzenia, a potem jakimś cudem udało się pobudzić organizm do działania.

– Myślałem, że działa wam tylko maszyneria. – powiedział.

– Na początku tak. Potem to bardziej jak rehabilitacja po wylewie, albo innym udarze. Pewnie o tym słyszałeś.

– Tak, coś mi się kojarzy.

– Dlatego panowanie nad twarzą, czy wiązanie staromodnych butów… nie wychodzi mi to.

– Kiepska sprawa. – Gwałtownym ruchem podrapał się za uchem, krzywiąc się przy tym, jakby zjadł cytrynę. – Wzywają mnie z powrotem do stoczni.

– Czaję… – Wstaliśmy od stolika. – Całodobowa praca musi strasznie wkurzać.

– Nie. – Wydawało mi się, że uśmiechnął się smutno. – To to, że nigdy się nie męczę jest straszne. Bardzo pozbawia… nie wiem jak to ująć… świadomości. Muszę przyznać, że ci zazdroszczę.

– Czego niby? – Parsknąłem cicho.

– Tego, że masz jeszcze wpływ na swoje życie. Wad. Ja też zginąłem, też dostałem drugą szansę. Ale moja jest tylko iluzją. – Wyciągnął rękę w moją stronę. Uścisnąłem ją bez zastanowienia.

– Dzięki, że spróbowałeś uczynić ją trochę bardziej prawdziwą. – Miał twardy, stanowczy uścisk. Pozostałość po prawdziwym ciele – AI ze wszystkim obchodzą się jak ze szkłem.

– Zawsze do usług, Jor.

Rozeszliśmy się w swoje strony.

Śpiew nasila się, przerywając mi wspominanie. Parskam z irytacją, wyskakuję z łóżka. Deski trzeszczą mi pod nogami, gdy rozpaczliwie podbiegam do lodówki. Otwieram ją gwałtownie i wyciągam z niej butelki. Kładę jedną po drugiej na blacie zmiennokształtnego stołu z ciekłego szkła, a każdej towarzyszy cichy brzęk. Bateria dwudziestu piw i jednej litrowej wódki, śpiewających do mnie.

Biorę głęboki wdech, liczę do dziesięciu i wypuszczam powietrze ze świstem. Potem wylewam to wszystko do zlewu, jedną po drugiej. Z każdą kolejną było mi trudniej, ale się udało. Nawet z wódą.

Gdy kończę, zdaję sobie sprawę, że koszulka zupełnie przemokła, lepi się do mnie. Upadam na posadzkę i tracę przytomność ze zmęczenia.

***

Jonah zdążyła tylko odwrócić głowę w moją stronę, uśmiechnąć się z ulgą. A potem jej twarz eksplodowała. Pękła i wyrzuciła z siebie ochłapy, zęby i mózg, zostawiając wielką dziurę.

– Osłony! – wrzasnąłem, samemu błyskawicznie kryjąc głowę za staromodnym ślizgaczem. – Tryb S! Delta Cztery Talar!

Uruchomić tryb bojowy, kierujemy się w stronę wroga, działając w dwójkach.

Pociski z roztopionego metalu i plastiku śmigały nam nad głowami, jeszcze dokładając swoje trzy grosze do ogólnego zniszczenia dzielnicy. Buntownicy pruli do nas z wojskowych karabinów, niewątpliwie zdobytych na innych drużynach marines, walczących w tym perymetrze.

Wtedy rozpoczęła się rzeź. Taka, jaka zawsze musi być wynikiem spotkania zwykłych buntowników z cyborgami z piechoty kosmicznej, wyposażonymi w bioniczne wszczepy i zaawansowaną nanotechnologię.

Czas zwolnił, pociski wyhamowały w powietrzu. Huk wystrzałów zamienił się w przeciągły, niski wizg, ciągnący się w nieskończoność. Przeciwnicy zastygli w dziwnych pozach, na podobieństwo starożytnych rzeźb. Prawie byłem w stanie poczuć, jak nanoboty pompują w moje żyły superadrenalinę.

Byliśmy jak rozmywające się od pędu zjawy, demony prędkości. Wymijaliśmy zawieszone w powietrzu pociski, zmieniając tory ich lotów. Pstryknięciami palców sprawialiśmy, że twarze wrogów, wkrótce zamienią się w krwawe pulpy.

Rozkazałem powrót do zwykłego trybu i czas znów zaczął płynąć. Rozległ się też paskudny odgłos pękających od dużej energii czaszek. Bezwładne, zmasakrowane ciała uderzyły z rozmachem w różne elementy wystroju.

– Grad, spróbuj jeszcze raz nawiązać kontakt z bazą! – Ruszyliśmy dalej, nisko schylając głowy. – Mój komunikator się zepsuł.

– Echo 6 do Szpili, zgłoś się…

Śmigaliśmy tak, od jednej osłony do następnej, wciąż osłaniającymi się dwójkami. Póki co udawało nam się nie angażować w kolejne walki. Słychać jednak było, że innym drużynom nie szło tak gładko. Cała stacja świeciła jak choinka od rozbłysków karabinowych serii. Słychać było dalekie wstrząsy eksplozji. Najwyraźniej Babel postanowił dorównać swojemu biblijnemu odpowiednikowi.

– Brak łączności, sierżancie. – Głos Grady brzmiał jak sędzi, ogłaszającej wyrok śmierci dla kogoś kto ewidentnie nie zasłużył. – Tylko szum.

Kopnąłem ścianę, odłupując spory kawałek. Skląłem świat na czym stoi. Musiałem odreagować godziny ostrożności i wszystkich straconych towarzyszy.

– Dobra… – Uklęknąłem, chwytając się za włosy. – Dobra. Nie ma co ukrywać, jesteśmy głęboko w dupie. Nie ma łączności i w tym wypadku to chyba nasza jedyna przewaga. Musimy odnaleźć inne drużyny, zorganizować się. Do tego czasu musimy siedzieć cicho. – Powiodłem wzrokiem po niedobitkach moich ludzi. – Wiem, że wolelibyście coś wysadzić, ja też chciałbym po prostu zabijać tych skurwieli. Ale jeśli naprawdę chcemy pomścić naszych przyjaciół, jeśli chcemy ich należycie uhonorować, musimy wygrać! Zrozumiano?

Odpowiedział mi nieskładny pomruk. Odkaszlnąłem znacząco, godząc w nich piorunującym spojrzeniem.

– Tak jest, sir!

– Szykować się do dalszej drogi. Za dwie minuty chcę widzieć stan wyposażenia na swoim bioczipie. Wykonać! Tores, do mnie. – Wskazałem mu pobojowisko. – Wyślij szperaczy, niech szukają kodów komunikacyjnych rebeliantów. Przekaż Grad, że ma szukać ich telelinków i próbować się podpiąć.

– Tak jest, sir!

Tores wyrzucił w powietrze szperaczy – czarne, przypominające gałki oczne z czerwonymi źrenicami drony, które natychmiast po starcie wypuściły długie promienie laserowych skanerów, widoczne w podczerwieni. Śmignęły w teren, rozpierzchły się we wszystkie strony.

Nie mogliśmy zostawać zbyt długo na otwartym terenie, więc w długich, kilkumetrowych susach dotarliśmy do starego opuszczonego baru. Ze skanów można było stwierdzić, że bezpieczniejszego miejsca w okolicy nie ma. Ukryliśmy się za kontuarem i przy oknach, zablokowaliśmy wszystkie tylne przejścia.

Czekaliśmy w milczeniu, wpatrując się w mapę terenu wyświetlaną w interfejsie, śledząc postępy szperaczy. Markery położenia zaczęły znikać jeden po drugim, w jednym nagłym przebłysku.

– Co jest, kur… – wtedy wszyscy zobaczyliśmy jak impuls elektromagnetyczny gasi kolejne światła, jak fala przechodzi przez nas, oślepia i ogłusza. Wszystkie sztuczne systemy w naszych organizmach padły, bioniczne kończyny, mikroprocesory, układy, oprogramowanie – wszystko padło w jednej chwili.

Dziesięć sekund do pełnego rebootu systemu…

Najpierw odzyskałem słuch, bo właściwie nie był zmodyfikowany. Dlatego usłyszałem klekot karabinów plazmowych, syk topiącego się szkła i jęki moich podkomendnych.

Sześć sekund do pełnego rebootu systemu…

Widziałem tylko jakieś plamy wyłaniające się z ziarnistej ciemności, ale wystarczająco żeby dostrzegać zarysy stołu. Osłony. Zdolności do poruszania się miałem takie jak ktoś kto obudził się po całej nocy spędzonej z odciętym krążeniem, prawie totalny bezwład, nawet nie czułem, że mam ręce albo nogi. Albo głowę, byłem w takim stanie, że nie było pewności czy nie dostałem kulki plazmy w mordę, wcale bym nie poczuł różnicy.

Trzy sekundy do pełnego rebootu systemu…

Gdzieś z drugiego końca kosmosu usłyszałem zduszony krzyk oraz szuranie po zawalonej śmieciami podłodze. Wyciągnęli kogoś. Są w środku.

Jedna sekunda do pełnego rebootu systemu…

Znów szuranie, wcześniej wydawało mi się, że padł strzał ze zwykłego pistoletu. Egzekucje? Nie mogłem pozwolić zarżnąć się jak świnia. Nie chciałem ginąć, ale jeśli nie ma już wyboru to umrę zabierając ze sobą kilku tamtych.

Pełny reboot zakończony… Witamy, sierżancie.

Powrót do świadomości zawsze jest bolesny, a to był chyba najgorszy jaki w życiu miałem, mimo moich późniejszych starań. Jakby na mózg zwaliła się bomba informacyjna. Głowę rozsadza ci samoświadomość – czujesz każde uderzenie serca, kurczenie płuc, krwinkę płynącą przez plastikowe rurki. Odbierasz wszystkie impulsy, widzisz absolutnie każdy szczegół otoczenia. I to wszystko zaraz rozsadzi cię od środka.

Odepchnąłem się od podłogi, sięgnąłem po pistolet wirując i odwracając się w powietrzu na plecy. W drzwiach rzeczywiście stał buntownik, trzymał Gradę za nogi. Był cyborgiem tak jak my, zdradzała go lekka sztywność ruchów, jakby ktoś za bardzo się starał żeby były „ludzkie”. I tak nie zdążył zareagować, gdy wystrzeliłem. Kula rozgrzanego metalu przecięła powietrze, a także głowę cyborga. Dziura dymiła lekko.

Upadłem w samą porę, bo nad moją twarzą już zaczęły śmigać kule plazmy. Buntownik wskoczył do środka i upadł od razu, bo Grada wypaliła mu z gnata prosto w jaja. A przynajmniej w miejsce, w którym by były gdyby strzelała do człowieka. Skoczyłem na równe nogi, generator na ramieniu załadował już pole siłowe, które rozbłysło przede mną. Chwyciłem karabin leżący pod ladą. Rozejrzałem się żeby zobaczyć stan oddziału. Resztę pamiętam jak przez mgłę.

Większość drużyny nie miała tego dnia zbyt wiele szczęścia. EMP usmażyło im mózgi. Leżeli pokotem na podłodze z wyszczerzonymi potwornie zębami, krwią lecącą z uszu, nosów i oczu. Z drugiej strony może jednak to oni mieli szczęście… po prostu zrobiło się ciemno i głucho. Nie taki zły koniec.

Ryknąłem dziko i zaszarżowałem na buntowników. Nie spodziewali się tego. W pierwszego po prostu wbiegłem, a pole siłowe cisnęło go na ścianę z siłą wystarczającą by wszystko mu w środku pękło. Następnemu przypieprzyłem kolbą w splot, znajdujący się u niego na czole. Żeby to zrobić musiałem skoczyć, dlatego kolejnych ostrzeliwałem z wysokości trzech metrów.

Na ostatniego spadłem, wgniatając w ziemię. Zacząłem tłuc pięściami jak oszalały. W pewnym momencie zauważyłem, że połowa ciosów nie dosięga jego zmasakrowanej głowy. Brakowało ręki, żeby je zadać. Zaraz potem zamieniłem się w szwajcarski ser. Ktoś chwycił krwawy ochłap, kiedyś będący mną, pokrytymi białym jak śnieg futrem łapami, ktoś inny zaczął dotkliwie bić i kopać. Inni dołączyli, a kątem oka dostrzegłem, że podobne zabawy rozgrywają się także nad innymi zdradzającymi oznaki życia marines.

Wieki trwało zanim im się znudziło, zanim wreszcie wrzucili nasze ciała do zsypu na śmieci. Niestety moje zwłoki zwłokami nie chciały długo zostać. Bioczip w mózgu wprowadził do organizmu leki i po kilku godzinach wybudziłem się ze śpiączki.

Otoczony, śmierdzącymi jak ostatnie nieszczęście, odpadkami, leżałem gapiąc się na zsyp. Czekałem aż mój organizm łaskawie pozwoli mi zdechnąć i dołączyć do reszty oddziału. Do większości załogi Twierdzy Głowa, którą wytrzebiło powstanie. Bunt, który wybuchł na wieść o zniszczeniu Terry. „Ziemia padła, teraz czas na Ziemian!”. Bez wsparcia wielkich flot, zdolnych do zniszczenia całego życia w Drodze Mlecznej i Mgławicy Andromedy, staliśmy się tylko bandą najemników.

Dziesiątki milionów pozbawionych ojczyzny żołnierzy, powszechnie nienawidzonych i porozrzucanych po różnych miejscach, w których Terra Magna prowadziła działania wojenne.

Oto spuścizna ludzkości – wojna wszystkiemu co żyje.

***

Gwałtownie otwieram oczy, głośno wypuszczając powietrze. Podrywam się niespokojnie. Dudni mi w uszach, serce łomocze jak szalone, ale jestem już spokojniejszy. To tylko moje „mieszkanie”.

Budzik wyje z drugiego końca pokoju. Postanawiam wyłączyć go ręcznie, żeby trochę się obudzić. Staram się poskładać się do kupy, ale nie jest to łatwe. Nie miałem tych koszmarów od wielu lat, udało mi się je zatopić. Trzeba było się z tym liczyć.

Kiedy choć trochę udaje mi się doprowadzić się do porządku wychodzę biegać, tym razem dłuższą trasą i przez zniszczone północne skrzydło. W kilku miejscach zawalił się sufit, gdzie indziej rozwalony kibel stał się źródłem małej rzeczki, drążącej beton. Zajęło mi to tylko trochę więcej czasu niż wczoraj. Wracam do formy.

Ta myśl sprowadza kolejną, niezbyt związaną z wcześniejszą. Kiedy podpisywałem umowę o pracę byłem po tabsach i nazwanie mnie wtedy niepoczytalnym byłoby eufemizmem. Dlatego nawet nie wiem ile zarabiam. A byłoby dobrze wiedzieć, skoro wracam do życia.

Dzisiaj mam dzień wolny i to rodzi poważny problem. Normalnie zćpałbym się do nieprzytomności i popił paroma litrami, ale teraz potrzebuję zajęcia.

– Może drugiej pracy… – Znowu mówię coś głośno bez powodu.

Tak, powinienem poszukać dodatkowej pracy. Patrzę na tę melinę, w której mieszkam i staram się sobie wyobrazić co zrobiłaby Nora. Kazałby mi tu posprzątać, to na pewno. Może kupiłaby inne meble i pewnie jakiś obraz, żeby to wszystko rozjaśnić.

Wyobrażam sobie jak o tym opowiada, uśmiecham się bezwiednie. Zastygam w bezruchu, z kubkiem kawy w jednej ręce i batonem energetycznym w drugiej – na chwilę jestem w zupełnie innym miejscu, a po drugiej stronie kuchennego stołu siedzi kobieta odwzajemniająca niezdarny grymas moich ust swoim, znacznie piękniejszym.

Jej ciemne, zwijające się w loki, włosy opadają niesforną kaskadą na pokryte drobną, opalizującą łuską twarz i ramiona. Jest śliczna. Ale jej uśmiech bladnie, tak jak i jej sylwetka.

Kilka razy mrugam oczami. Zniknęła, zwyczajnie zniknęła. A ja trzymam w rękach coś w kształcie butelki. Jestem w trakcie jej odkorkowywania. Wydaję z siebie ryk i ciskam wódą o ścianę. Uderzam w blat, łamiąc go w pół.

Uspokajam się trochę, zaciągam papierosem, a potem patrzę na niego z niedowierzaniem. Gasze szybko i wyrzucam paczkę na korytarz.

Muszę się czymś zająć, po prostu muszę. Podpinam się pod sieć i wyszukuję oferty pracy. Przez moją głowę przewija się kilka terabajtów informacji. Nie jestem wybredny, ale i tak zajmuje mi to dużo czasu. Ciężko znaleźć pracę nie dla maszyny, a jeszcze trudniej dla Terranina. Wreszcie trafiam na fuchę idealną. Sprzątanie miejsc zbrodni. Musiałbym tylko obsługiwać maszyny. Ale przede wszystkim to działa na zasadzie zleceń. I najważniejsze: mogę zacząć od razu.

Po drodze na miejsce pobieram program do obsługi sprzętu i kiedy przyjeżdżam jestem gotowy odgrywać cybernetycznego ucznia czarnoksiężnika. Zainteresowanie zawodem jest małe, więc mam zajęcie na cały dzień, nawet dwa.

***

Pakuję zachlapane krwią ubrania do przenośnej pralki. Sprawdzam stan robotów i dezaktywuję je po kolei, gdy tylko wylądują w gniazdach. Macham ręką do gliny, który przyleciał je odebrać, wskazuję że wszystko gotowe do zabrania.

Wracam do domu. Czuję, że coś jest nie tak. Nadchodzą wizje, których pozazdrościłby niejeden jebnięty prorok. Wszystko drga, faluje, skręca i pęka. Z niejakim trudem orientuję się, że widzę w dwu wymiarze, który zaczynają pokrywać piksele wielkości pięści. Na moich oczach rozgrywa się akcja, jak z prehistorycznych gier wideo. Nawet jest tekst w dymkach.

Level 4: Retrospekcja…

Ładowanie…

Płaski Teruthanin, można poznać po składającej się z niebieskich kwadratów aparatury do oddychania na powierzchni, wchodzi do pokoju z leżącym w łóżku facetem. To chyba ja, sądząc po ilości czerwonych pikseli.

„Wreszcie się obudziłeś”, nie ma dźwięku, jest tylko ośmiobitowa muzyka o depresyjnej nucie, „nie próbuj wstawać… nie jesteś w stanie”.

„…”

„Znaleźliśmy cię, na wpół martwego, na śmietniku. Trafiłeś do placówki ‘Lekarzy bez granic’. Masz szczęście – twoje odczyty są naprawdę niezłe. Niedługo rozpoczniemy proces przywracania cię do pełnosprawności, ale ostrzegam, że będziesz w znacznym stopniu scybernetyzowany…”

„…”

„Niestety, choć wiem, że mnie słyszysz, nie możemy nawiązać z tobą czynnego kontaktu… będziemy musieli podjąć decyzję o leczeniu za ciebie…”

„…”

Faza wizji się kończy. Wyrywam się z jej lepkich objęć, z powrotem do świata w trzech wymiarach. Widzę własne westchnięcie, a potem wszystko wraca do normy. Chyba. To przez prochy, które ostatnio brałem… drugi „atak” z opóźnionym zapłonem. Jak po LSD.

Wzdycham głośno, drapiąc się w tył głowy. Jakoś udaje mi się wrócić do mieszkania.

***

Budzę się przed budzikiem, znów wyrwany z niespokojnego snu przez koszmar. Ten sam co poprzednio. Mam ochotę się poddać, przez jedną głupią chwilę słabości. Chciałbym pójść się urżnąć.

Ale wtedy nie mógłbym pośmiać się z mojego szefa, puszczając mu piosenki o miłości „od tajemniczej wielbicielki”. Nie zrozumiał przekazu. Szkoda.

Sześć godzin spędzonych na łażeniu po ciemnych tunelach i karmieniu kuli kolejnym szkodnikami. Dzisiaj trafił się jakiś bogato uzębiony grzyb i ptak przypominający wydrę z nosem tapira. Skąd się takie rzeczy biorą? Jeden chuj wie.

– Jor, idziesz?

– Niestety, mam wiele pracy.

– To przyniosę coś na wynos, czekaj. – Szczerzę się do kamery na korytarzu wychodzącym w szatni. – Nie próbuj się wymigać. Nadchodzi czas zagłady i zębatych grzybów! Każda minuta jest cenna!

– Przeszedł na fungifarianizm?

– Jor zażartował. To dopiero zwiastun apokalipsy. Zaraz wracam.

***

Budzę się jeszcze przed budzikiem. Mnóstwo czasu, a dzisiaj wolne. Moje myśli zaczynają krążyć wokół czegoś na wpół zapomnianego, czegoś co bardzo długo przed sobą ukrywałem. Leżą pod łóżkiem, czekając na lepsze czasy.

Czerwone Conversy – być może ostatni nie będący bronią wyrób terrańskiej kultury. Leżą przede mną, oślepiając bielą sznurówek. Te buty to ostatni prezent od Nory. Na moje urodziny.

Dwa dni później napadł na nas bojówkarz i zastrzelił nas oboje.

Kiedyś myślałem, że moje „zmartwychwstanie”, to jakaś kara za bycie człowiekiem. Niby winiłem siebie, a tak naprawdę wszystkich innych. A teraz? Może to druga szansa, a może nie. Nieważne. Sam zadecyduję.

Chwytam buty i zakładam, próbuje zawiązać sznurówki. Wiem, że nie umiem, ale i tak próbuję. Raz, drugi, trzeci, czwarty.

Na razie zrobiłem supeł, reszta niezbyt mi wychodzi. Nic nie szkodzi. Jutro też jest dzień.

Dni mijają, a ja dalej próbuję. Każdego wieczora robię przerwę od czytania albo oglądania czegoś i zakładam czerwone Conversy, których nie umiem zasznurować.

– Myślicie, że jesteście takie sprytne? – mówię, próbując zrobić pętle. Dłonie mi się trzęsą, uparcie twierdząc, że niczego w nich nie trzymam. – Ja wam dam…

Zaciągam węzeł i słyszę jak sznurowadło pęka. Mam ochotę komuś przypieprzyć. Wzdycham i odkładam trampki na bok. Gdzieś na stacji musi być chociaż jedna osoba, która zajmuje się starymi butami z Terry.

Dostaję powiadomienie o nowym zleceniu. Wyłączam książkę, która natychmiast traci wszelkie właściwości papieru, potem wychodzę.

***

– Czekaj, czekaj… – Jor patrzy na mnie ze zdumieniem. – Czyli T-800 był pokryty żywą tkanką, która z jakiegoś powodu nie gniła, ani nic, i dlatego mógł podróżować w czasie.

– Dokładnie. – Przytakuję, sprawdzając czy idziemy we właściwym kierunku. – Powinniśmy tu skręcić.

– Skoro tak, to jakim cudem T-1000 cofał się w czasie? On nie ma ludzkiej tkanki! On jest z ciekłego metalu, wyglądającego jak skóra. To bez sensu.

– Stary, źle na to patrzysz. Dzień Sądu jest o tym, że nawet maszyna może mieć człowieczeństwo i poświęcić się dla innych. Jasne, są tam błędy logiczne, ale to niewiele zmienia. Szczególnie kiedy masz takiego wroga jak T-1000.

– Masz rację, jest zajebisty.

– Właśnie.

Stanęliśmy przed wystawą prezentującą kilkadziesiąt par klasycznych butów tworzonych przez kilka różnych ras.

– Właściwie co ci przeszkadzają obecne buty? – zapytał Jor, przypatrując się im przez szybę. – Nasze są bardziej funkcjonalne, wygodniejsze…

– Nie wciskaj mi tego kitu. Przecież obaj mamy metalowe stopy. Jeśli nie chcemy, żeby bolały, to nie bolą. – Drzwi do sklepu odsunęły się na bok z cichym sykiem. – A czemu? Bo to bardziej eleganckie ciuchy na bardziej cywilizowane czasy.

– Widziałem ten film! – Ucieszył się.

– Lubię te czasy. – Kontynuowałem. – Kiedy jeszcze byliśmy ludźmi nie tylko z nazwy. To czyni z moich Conversów podwójną pamiątkę.

– Mam wchodzić z tobą?

– Jak chcesz, Jor. Kto wie? Może coś sobie kupisz?

Wchodzimy do środka i rozdzielamy się. Jor odbija między półki, żeby poszukać czegokolwiek co wzbudziłoby w nim zainteresowanie, a ja szukam właściciela.

Znajduję go – ją właściwie – prawie, że na samym końcu sklepu, na wpół zagrzebaną pod stosem pudeł z prefabrykatów.

– Pomóc? – Podchodzę bliżej.

– Nie obraziłabym się… – Ma miły głos. Uśmiecha się do mnie z zażenowaniem.

– Już panią wyciągam.

Odkładam kolejne pudła szybko i metodycznie, tak jak robiłaby to maszyna. Mógłbym to robić naturalnie, ale od czasu wypadku z tym też mam problemy. Szybko wyciągam ją spod stosu.

– Bogowie! – trzęsie głową. – To musiało wyglądać tak strasznie głupio.

– Nie było tak źle. Góra starych butów, to nie najgorsza opcja, no nie?

– Prawda – mówi. – No dobra, koniec kompromitacji. W czym mogę pomóc swojemu wybawcy?

– Szukam sznurowadeł.

– Mamy tego trochę, chodź pokażę ci.

***

Wsuwam skuwkę w ostatnią dziurkę i przeciągam. Uśmiecham się pod nosem. D'vana dobrała sznurówki idealnie.

Rozmawialiśmy trochę kiedy ich szukała. Okazało się, że łączy nas całkiem sporo – głównie bardzo stare rzeczy. Gadaliśmy strasznie długo. Jor w międzyczasie powiedział, że musi iść i ma nadzieję, że będziemy się dobrze bawić. Chyba nawet mrugnął. Cholerne AI.

No i miał rację – bawiliśmy się dobrze. Umówiłem się z nią, jutro znowu się spotkamy.

Biorę sznurowadła w ręce, robię supeł, przeciągam przez ucho i ściągam. Raz, a potem drugi. Udało mi się.

Udało mi się!

Koniec

Komentarze

Opowiadania jeszcze nie przeczytałam, zaczęłam od wstępu. Madeju – jeśli zmieniło się o trzysta sześćdziesiąt stopni, to znaczy że wróciło do stanu wyjściowego. laugh

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

To nie błąd – taki był mój pomysł na początku, ale pomyślałem: “nie umiem tego napisać” i zrobiłem to inaczej. Teraz tego żałuję.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Madeju, czy to jest opowiadanie, które czytałam 21 czerwca tego roku?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Raczej fragmenty tego opowiadania. Trzy sceny z oryginału i tylko jedna w nienaruszonym stanie.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Nadchodzą wizje, których pozazdrościłby niejeden jebnięty prorok. – bardzo mi się spodobało to zdanie. Właściwie nie cierpię SF, a wzięłam się za czytanie przez ciekawość, co takiego mógł napisać taki młody człowiek, jak Ty. Powiem Ci, że zrobiłeś na mnie ogromne wrażenie: bogactwem języka, wyobraźnią, niebanalnymi scenami. Ogólnie dojrzałością językową.

Powiem Ci, że sam sobie zaszkodziłeś, pisząc takie opowiadanie. Teraz, niestety, musisz się liczyć, że każde następne będzie porównywane do tego, czyli sam sobie bardzo wysoko zawiesiłeś poprzeczkę.

Przejrzyj jeszcze raz  ten tekst pod kątem literówek, gdzieś masz “nie ważne’, a powinno być nieważne. I zerknij do HP do tematu z poradnikiem, jak poprawnie zapisywać dialogi.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik, dziękuję! Możliwe, że masz rację i właśnie postrzeliłem się w kolano, ale mam zamiar brać przykład ze swojego bohatera i się nie poddawać :)

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Opowiadanie prezentuje się nieco inaczej, ale wrażenia mam podobne. Tak jak poprzednio, lektura była nużąca i jakkolwiek doceniam pomysł, to chyba nie umiem znaleźć się w świecie, w którym nie wszystko jest dla mnie zrozumiałe. Przeczytałam bez wielkiej przykrości, ale nie mogę powiedzieć, że z satysfakcją.

Zastanawiam się, czy wskazanie usterek przyda Ci się do czegokolwiek, bo w wersji obecnej poznawałam zdania, których poprawienie sugerowałam już poprzednio, a które pozostawiłeś niezmienione, nadal z błędami.

 

za każ­dym razem bie­gnąc co raz szyb­ciej. – …za każ­dym razem bie­gnąc coraz szyb­ciej.

 

Potem staję przed za­pa­ro­wa­nym lu­strem, ozdo­bio­nym pa­ję­czy­ną pęk­nięć, roz­cho­dzą­cych się od dziu­ry w ścia­nie w kształ­cie mojej pię­ści. – Ze zdania wynika, że ściana miała kształt pięści bohatera.

 

Mo­no­chro­ma­tycz­ność wnę­trze miała chyba w za­my­śle uspo­ka­jać… – Literówka.

 

Po pro­stu le­piej, żebyś się pil­no­wał, bo mo­żesz stra­cić ro­bo­tę. – …bo mo­żesz stra­cić ro­bo­tę.

 

Ubie­ram her­me­tycz­ny ska­fan­der z sym­bio­tycz­ne­go two­rzy­wa oraz hełm z ge­ne­ra­to­rem po­wie­trza. – W co bohater ubrał skafander i hełm???

Skafandra i hełmu, tudzież żadnej odzieży, nie można ubrać; w skafander i hełm oraz w inną odzież można się ubrać!!!

 

przy­pła­cę wspa­nia­łą po­dróż de­ge­ne­ra­cją DNA… – …przy­pła­cę wspa­nia­łą po­dróż de­ge­ne­ra­cją DNA

 

akwa­rium peł­ne­go świe­cą­cych róż­no­ko­lo­ro­wo wę­go­rzu. – Literówka.

 

z ja­kimś ja­skra­wo żół­tym kwia­tem w dłoni. – …z ja­kimś ja­skra­wożół­tym kwia­tem w dłoni.

 

Po­po­dzi­wiaj wi­do­ki. Patrz i myśl, aż w końcu za­uwa­żysz jakie są pięk­ny. – Literówka.

 

Nie moż­li­we do prze­ży­cia uszko­dze­nie mózgu.Niemoż­li­we do prze­ży­cia uszko­dze­nie mózgu.

 

Do tego czasu mu­si­mu sie­dzieć cicho. – Literówka.

 

Bio­czup w mózgu wpro­wa­dził do or­ga­ni­zmu leki… – Literówka.

 

Ta myśl spro­wa­dza ko­lej­ną, nie zbyt zwią­za­ną z wcze­śniej­szą.Ta myśl spro­wa­dza ko­lej­ną, niezbyt zwią­za­ną z wcze­śniej­szą.

 

Pa­trzę na me­li­nę, w któ­rej miesz­kam… – Pa­trzę na me­li­nę, w któ­rej miesz­kam

 

Ka­zał­by mi tu po­sprzą­tać, to na pewno. Może ku­pi­ła inne meble… – Może ku­pi­łaby inne meble

 

Je­stem w trac­kie jej od­kor­ko­wy­wa­nia. – Literówka.

 

Wy­da­je z sie­bie ryk i ci­skam wódą o ścia­nę. – Literówka.

 

Pa­ku­ję umo­ru­sa­ne krwią ubra­nia do prze­no­śnej pral­ki. – Ubrania nie można umorusać, można je ubrudzić/ poplamić.

Umorusać, to ubrudzić sobie twarz i ręce.

 

Ła­do­wa­nie… … … .. – Stawia się jeden wielokropek.

 

Ale wtedy nie mógł­bym po­śmiać się mo­je­go szefa… – Pewnie miało być: Ale wtedy nie mógł­bym po­śmiać się z mo­je­go szefa

 

Sześć go­dzin spę­dzo­nych na ła­że­niu po ciem­nych tu­ne­lach… – Sześć go­dzin spę­dzo­nych na ła­że­niu w ciem­nych tu­ne­lach

 

Budzę się jesz­cze przed budz­kiem. – Literówka.

 

Chwy­tam buty i za­kła­dam na nogi, pró­bu­je za­wią­zać sznu­rów­ki. – Czy istniała możliwość, by założył buty nie na nogi?

 

Jasne, są tam błędy lo­gicz­ne, ale to nie wiele zmie­nia.Jasne, są tam błędy lo­gicz­ne, ale to niewiele zmie­nia.

 

Zna­du­ję go – ją wła­ści­wie… – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Właściwie to powinienem przeprosić, że tego nie poprawiłem. Zrobiłem coś głupiego i usunąłem opowiadanie zanim poprawiłem błędy. Dziękuję za opinię i za wytknięcie ich dla mnie ponownie.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

No, zmiany na plus. Bohater zrobił się znacznie rozsądniejszy i ciekawszy. Przyjaźń z AI to piękny motyw. Określenie “cyborg Schroedingera” też mi się spodobało.

Masz jeszcze jakieś usterki, interpunkcja trochę szwankuje, ale chyba idziesz w dobrą stronę.

 

Babska logika rządzi!

Dziękuję za komentarz. Mam szczerą nadzieję, że rzeczywiście idę w dobrą stronę. Cieszę się, że tym razem znalazłaś w opowiadaniu coś, co ci się spodobało :)

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Przeplata się tu wiele ciekawych pomysłów i motywów,

ALE

akcja rozwija się zdecydowanie zbyt wolno, za dużo opisów na początku, a za mało dialogów. Od takie mini spostrzeżenie, tudzież rada (od kogoś kto wcale lepiej nie pisze). Powodzenia życzę.

 

A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?

Dziękuję za odwiedziny i przeczytanie. Wiem, że rozwija się powoli, ale innej drogi nie widziałem – trzeba było jakoś wyjaśnić co i jak, bez wrzucania czytelnika za mordę w środek akcji.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Melancholijna opowieść o wychodzącym z nałogu w sztafarzu SF. Masz ciekawe pomysły i przystępny styl, jednak skrócenie opowiadania wyszlo by mu na dobre. Skojarzylo mi sie z drukowana dawno temu w NF "Ballada o Billu Paklarzu" Luciusa Sheparda.

Dzięki za komentarz, belhaju. Ze skróceniem może być kiepsko. To trochę jak musieć wybierać, którą część ciała chcesz, żeby ci ucięli.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Rozumiem cię bo też nie lubię zmieniac, wycinać bądź wydluzac. Ale pewne sceny są zbędne, chociażby według mojej opinii te o bieganiu.

Cóż, zobaczę co się da zrobić, ale nic nie obiecuję.  Jestem wdzięczny za uwagi :)

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

To tylko moje zdanie. Ogólne wrażenie jest pozytywne :)

Przyglądam się swojemu odbiciu, w skupieniu analizując kłąb tików, który podobno jest moją twarzą. – zrezygnowałabym z tego 

Gdy odpowiednio się na skupię, – czegoś tu brakło

Kiedyś zupełnie na poważnie myślałem nad tym jak obejść ten system i zamienić ten pojazd w osobistą trumnę na kółkach. – zbędne powtórzenie

widzieliśmy stację kosmiczną X-26c, nazywanej „Babel” – nazywaną 

Otaczał ją pas asteroid przerobionych na rezydencję dla bogaczy, utrzymanych na bezpiecznych orbitach. – chyba miało być rezydencje

Ale wtedy nie mógłbym pośmiać się z mojego szefa

 

Plus jeszcze sporo brakujących przecinków, ale przyznaję, że nie chciało mi się ich wynotowywać. 

 

Wreszcie udało mi się znaleźć chwilę, żeby przeczytać tę nową wersję. I podoba mi się o wiele bardziej od tej, którą poprzednio betowałam. Usterek nieco zostało, początek może faktycznie nieco jeszcze za rozwlekły. Jednak jest mniej chaotycznie, bohater też wyszedł tym razem lepiej. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Trochę długo zabierałam się za przeczytanie, ale wreszcie udało się. Uwielbiam SF, więc nie mogłam się oprzeć, aby nie przysiąść.

Momentami, miałam wrażenie, że tempo jest ciut za wolne, przechodziło tak trochę leniwie. Jednak z drugiej strony, nie było to wcale tak uciążliwe. Bardzo podobały mi się sceny z pracy oraz, że pokusiłeś się o pełną scenę, kiedy główny bohater zostaje cyborgiem Schrodingera.

Opowiadanie jest przemyślane i sprawnie napisane. Niestety, nie miało tego “czegoś”, co by mnie, jako czytelniczkę, porwało. Historia sprawiała wrażenie wycinka z pewnej rzeczywistości, ot zwykła codzienność w “dziwnym świecie”, i w sumie, nic poza tym. Brakowało większej iskry, tym bardziej, że mamy zaserwowany motyw utraconej miłości.

Podsumowując, jednak na duży plus za przemyślenie historii i sprawne opisanie.

@śniąca – bardzo się cieszę :) Jeśli już dwie ogarnięte osoby mówią, że jest przydługie, to chyba będę się musiał poważnie zastanowić jak to zmienić…

@Deirdriu – dzięki za pochwałę i uwagi :)

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Chwilę się zbierałem, żeby przeczytać w całości, ale w końcu mi się udało. 

Całkiem mi się podoba. Co prawda jest dużo błędów, szwankuje interpunkcja, frazeologia, często gramatyka. Ale zdania są fajne, przemyślenia bohatera wiarygodne, sam pomysł na cyborga też dobry. 

No i plus za zniszczenie Ziemi. Sam uważam, że w SF powinno się to robić jak najczęściej.

Kurde, jakoś zupełnie przegapiłem to wielką złotą gwiazdkę przy opowiadaniu!

@tojestniewazne – dzięki za przeczytanie :) Zastanawia mnie, co masz na myśli przez szwankującą frazeologię, ale pewnie się trochę spóźniłem, żeby się jeszcze dowiedzieć… :/

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Na szczęście czasem spoglądam wstecz. Przez szwankującą frazeologię mam na myśli używanie związków frazeologicznych, których nie ma. To znaczy takie, w których użyłeś złych składowych, że tak powiem. Niestety strasznie nie mam już dzisiaj siły szukać przykładów.

Jasne, rozumiem. Przyjrzę się temu, gdy będę miał czas. Dzięki za wskazanie błędu :)

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

pęka i odlatuje w przestrzeń jak w zwolnionym tempie, rodem znaprawdę starych filmów. – całe zdanie brzmi dziwnie, ale po zmianie (wg mnie)

się w falliczne kształty rodem ze współczesnych – a tu, żeby nie było powtórzenia, zamieńmy na pochodzące ze współczesnych

wyjący skoczną melodyjkę – jak skoczna melodyjka to chyba nie wyjąca, a bardziej grająca, wygrywana, a by podkreślić cyberkaca to może zamienić na: wygrywający potworną kakofonię popularnego przeboju, przy którym jeszcze ostatniej nocy tak dobrze się bawił (czy coś w tym stylu).

przyzsalników – a nie przyssalników ? Jeśli dobrze odgaduję intencję tego słowa

Moment i jestem – Mija moment i jestem

znaczy,[+] jak na mnie

Do ciasnej klity, udającej pełnoprawne mieszkanie,[+] wdziera się światło. – może być bez przecinka, tak jak było, chyba że traktuje się to jak wcięcie (tak jak ja), a wtedy przecinek potrzebny

klonowanych – identycznych w każdym calu – sosnowych – zamiast myślników widziałbym tu raczej nawiasy (bo to bardzo poboczna informacja, a myślników używa się raczej w miejscach, gdzie coś wynika z czegoś)

zastanawiając się,[+] kiedy zacząłem

cały dzbanek kofeinowej zupy z podróbki kawy – masło maślane, lepiej: cały dzbanek podrabianej kawy / cały dzbanek kofeinowej zupy

spływa mi prosto do spragnionego gardła. – spływa to raczej przez gardło i przez przełyk, a do gardła raczej wpływa

zgrzytem,[+] ukazując – (chyba)

Odruchowo sprawdzam,[+] czy wszystko za mną

kontroli BHP – wydaje mi się, że budynki w pierwszej kolejności przechodzą kontrole typu “przeciwpożarowa”, a kontrola Bespieczeństwa Higieny Pracy w bloku mieszkalnym… no, nie jestem ekspertem, wydaje mi się tylko

No… tekst już długo jest na portalu, a ma sporo niedoróbek. Trochę mnie to rozczarowuje, zważając na dużą aktywność autora, konstruktywne komentarze i brak strachu przed czytaniem.

Dużo elementów jest w tym świecie, całkiem nad nimi panujesz. Z tego co pamiętam – a opowiadanie czytałem już dawno, tylko gdzieś w pociągu rozgrzanym do nieznośnej temperatury, więc nie siliłem się wtedy na poprawki – cała lektura nie sprawiła mi wielkiego wysiłku i w zasadzie byłem zainteresowany, w którą stronę się potoczy. Chociaż mam wrażenie, podparte jeszcze przedmową, iż tekst jest właśnie bardziej przemyślany niż natchniony. Takiej lotności tu brakuje.

Ponownie przeczytałem część, żeby sobie po tych trzech tygodniach odświeżyć, o czym to było, a przy tym wskazałem na językowe niedoróbki. Mam nadzieję, że część uwag się przyda.

Przyda się na pewno :)

Odniosę się do niedoróbek – prawda jest taka, że miałem poważne problemy w trakcie pisania, co sprawiło, że – przynajmniej na razie – nie jestem w stanie czytać tego opowiadania. Kiedyś w końcu się zbiorę w sobie na tyle, żeby to zrobić i poprawić wszystkie błędy, ogólnie dopracować tekst.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Nowa Fantastyka