- Opowiadanie: bartek1918 - Ja jestem Miastem

Ja jestem Miastem

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Ja jestem Miastem

Przeciągły ryk bezlitosnych syren wyrwał Falcona z błogiej krainy snów, wrzucając go prosto do rozżarzonego strachem pieca rzeczywistości. Jeszcze zanim zdążył otworzyć oczy, stał już na swym prowizorycznym posłaniu, gotów do oceny zagrożenia i ewentualnej ucieczki. Rozejrzał się szybko dookoła.

Miejsce zajmowane zazwyczaj przez starszego brata było puste. Znaczy się puste, jako niezawierające Percy'ego. Leżały tam numery nielegalnej gazety "Śmierć Robactwu!", organu prasowego Ruchu Oporu. Były tam też stare i poniszczone ubrania oraz parę osobistych drobiazgów… Spojrzał w drugą stronę. Jego matka siedziała skulona, przyciskając do piersi zdjęcie swego męża. Adam zmarł – stało się to jakiś czas temu – jednak nie potrafili dokładnie określić kiedy. Wraz z wiadomością o śmierci taty czas jakby stanął w miejscu – Ewa, dowiedziawszy się, że Adam nie żyje, bez słowa wzięła jego zdjęcie, wiszące gdzieś na ścianie, przytuliła je mocno do siebie i od tej pory siedziała tak, wpatrując się nieobecnymi oczyma w przestrzeń. Bracia próbowali ją karmić i poić, lecz ta rzadko cokolwiek z tego przyjmowała. Nie widzieli, by spała, czy robiła cokolwiek innego. Być może to płynąca w żyłach krew driad – mówił miejscowy znachor, stary leśny elf – być może raa, czyli duchowe połączenie ze zmarłym za życia. Czymkolwiek by nie było, taka jest wola Bogini Słońca.

Dość, że mama żyła. Jej serce biło. Więc może była jeszcze nadzieja.

Przypominając to sobie, Falcon, wbrew zdrowemu rozsądkowi podszedł, a raczej podpełzł do mamy i, przybliżając się do niej maksymalnie, szepnął jej do ucha:

– Dzień dobry, mamo. Po czym przytulił się do niej. Od jej ciała biło ciepło, czuł jej tętno. Jednak nie było żadnej reakcji. Nieobecne oczy wciąż tylko wpatrywały się w odrapaną ścianę z blachy.

Falcon poczuł, że łzy napływają mu do oczu. Szybko jednak je powstrzymał. Musisz być twardy – powiedział sobie, przygryzając wargi. Odczołgał się od matki i wziął ze swego posłania ubranie. Podarta i poplamiona koszulka, która kiedyś ponoć była biała oraz spodenki w podobnym stanie. Założył je na siebie, po czym ostatni raz ogarnął ich mieszkanie wzrokiem. Nie widząc nic niepokojącego, odsłonił grubą, pełniącą funkcję drzwi zasłonę i wyszedł do slumsów.

W pierwszej chwili oślepiło go poranne słońce – osłonił więc oczy ręką. I to był błąd. Poczuł silne uderzenie w brzuch, od którego skulił się ze zduszonym krzykiem. Ktoś podciął mu nogi. Rozpaczliwie wymachując kończynami upadł na twardy, bezlitosny beton.

– Dzidzia chce na rączki? – usłyszał zimny, sarkastyczny głos, od którego poczuł lodowaty uścisk przerażenia. W międzyczasie ktoś brutalnie zarzucił go sobie na ramię z łatwością, jakby podnosił szmacianą lalkę. Falcon znalazł się na wysokości trzech metrów. Nawet nie próbował się wyrywać – w morderczym uścisku, jakim uraczył go prześladowca, nie mógł wcale się ruszać. Osiłek niósł go przez slumsy. Falcon widział, jak mijają kolejne prowizoryczne, rozpadające się budowle. Ludzie nie zwracali na nich uwagi – nie było rozsądne zwracać uwagę na Małego Jima, tym bardziej gdy najwyraźniej znalazł sobie kogoś innego do bicia.

Falcon widział chłopców w jego wieku, spieszących w drugą stronę – ku Bramie, do Pajęczej Dzielnicy.

Ku Wieży Władcy.

Poranne syreny wezwały wszystkich chłopców z miasta w wieku raagdan-du,, by stawili się przed Wieżą. Wszystkich – od synów Rajców i Patrycjuszy aż po dzieciaki ze slumsów, doków czy Złego Podziemia. Wszyscy oni musieli wejść do Paszczy, jak nazywano drzwi od zachodniej strony Wieży. Niektórzy wychodzili z drugiej strony – oszołomieni i niepamiętający co działo się w środku.

Niektórzy nie wychodzili wcale.

Umysł Falcon'a wrócił jednak do teraźniejszości, gdy Jim rzucił nim o ścianę jednego z domów.

– Zdrajca! Pajęczy Sługa! – zawył stwór. Jego głos był tubalny i potężny. Falcon spojrzał na niego. Mały Jim był cyklopem – potężnie zbudowanym, znacznie przewyższającym wzrostem nawet najwyższych ludzi. Miał ceglastą skórę i dwa małe różki na głowie. Nosił tylko przepaskę biodrową. A przy niej nóż, którym, wedle ludzkich standardów, był użyteczną w dżungli maczetą.

– Spokojnie, Jim. Proszę cię, przytrzymaj go. Ale, na Ashkeermenę, delikatnie! – usłyszał znów ten zimny głos. Ten kto właśnie wyłonił się zza cyklopa, właściciel głosu, był personifikacją wszystkich lęków słabszych mieszkańców slumsów. Ostatecznie Jim był okropnie tępy i wypełniał tylko rozmaite, zwykle dotyczące krwi, polecenia.

Jona je wydawał.

– Chcieliśmy tylko pogadać z braciszkiem jednego z naszych najlepszych wojowników – powiedział, podchodząc do Falcona. Przybliżył twarz do jego twarzy i uśmiechnął się, odsłaniając kły. Jona był wampirem – pochodził z jednego z tych wielkich rodów, które kiedyś miały własne farmy pełne inteligentnych ras, w tym ludzi, przeznaczonych na wyssanie krwi. Lecz tamte czasy minęły, gdy wszczęto bunt. Obalono Krwawych Królów, a wampiry stały się celem polowań. To jednak również minęło i dziś mieszkały wśród ludzi. Piły krew zwierząt, za picie krwi ras rozumnych dostawały srebrną kulą w potylicę. Znaczy, tak mówiło prawo.

A w slumsach obowiązywało tylko prawo siły.

– Powiedz mi – mówił dalej Jona, dotykając bladą dłonią o długich, czerwonych paznokciach policzka Falcon'a – Gdzież to chciałeś się udać? Czy nie wiesz, że za udanie się na Ceremonię Przejścia, Ruch Oporu wyznaczył karę śmierci?

Falcon'a ogarnęło przerażenie. Serce biło mu szybko, oddychał z trudem. Czy to prawda – myślał panicznie – czy naprawdę tak powiedzieli? Więc dokąd zmierzali wszyscy?

– Och, to – rzekł Jona, po czym zaśmiał się, odrzucając głowę w tył. Czyżby czytał mi w myślach? – pomyślał Falcon ze strachem – Ależ oni zmierzają na wojnę. To nasi bojownicy… w twoim wieku. Mają na sobie sznury dynamitu. Gdy wejdą do środka, rozwalą Wieżę.

Nie!, pomyślał Falcon, to nie może być prawda! Owszem, Ruch Oporu był grupą obłąkańców, którzy z nienawiści do Maszyny byli gotowi zabijać innych… ale zabijać siebie? Przecież nie mogli być na tyle głupi – to nie mogło się udać! Wykrywacze zaczną piszczeć i zdezaktywują ładunki magią. Kamikadze zostaną aresztowani. Torturami zmuszą ich do wygadania wszystkiego, co wiedzą. A potem ich zastrzelą.

– Może wydaje ci się to bez sensu. Może, twoim zdaniem, to okrucieństwo – ciągnął Jona – ale wiedz, że jeżeli mamy do wyboru żyć pod rządami Pajęczego Tyrana lub zginąć, pokazując mu, że nigdy się nie poddamy i nie oddamy czci Maszynie, to wolimy zginąć!

I za kogo to mówisz?, pomyślał Falcon. Może oni woleliby żyć? Ale wypraliście im mózgi propagandą i swoimi hasłami! Nic nie osiągniecie, zabijając młodych! Może oni w przyszłości mogliby wywalczyć wolność. Ale tego nie zrobią. Bo ich nie będzie.

– A ty? – zapytał Jona. Jego twarz niemal dotykała twarzy Falcon'a – Ty. – oczy Jony płonęły – Ty nic nie zrobiłeś. Nic dla nas. Ty jesteś. Ty. Jesteś. Zdrajcą!

Z tymi słowami zamachnął się głową i, rozwierając maksymalnie usta, wgryzł się w szyję Falcon'a.

A raczej próbował. Gdy jego usta od swej ofiary dzieliła tylko cienka warstwa powietrza, nagle został odepchnięty w tył przez niewidzialną siłę. Jednocześnie Falcon poczuł, że uścisk na jego ramionach znikł.

Szybko rozejrzał się dookoła. Cyklop leżał na ziemi, lecz szykował się już do wstania. Wampir podnosił się z wolna. Twarz miał zalaną krwią. Najwyraźniej złamał nos i brakowało mu paru zębów.

– Ty! Ty przeklęty czarodzieju! – krzyknął, po czym zachłysnął się krwią. Falcon nie zmarnował okazji i popędził ile sił w nogach ku Bramie. Zdążył przebiec dystans paruset metrów, gdy, wybiegając zza budynku, wpadł prosto na swego brata.

Percy nie był szczególnie wysoki, lecz przy jego drobnym bracie każdy się taki wydawał. Falcon uderzył z rozpędu o jego klatkę piersiową i odbił się prosto na beton.

– Co ty tu robisz? – spytał ostro Percy. Ubrany podobnie jak brat, nosił dodatkowo nóż za pasem i naszyjnik ze słońcem, symbolem Bogini. Jego twarz zdobiła blizna.

– Nic, nic… – rzekł Falcon, wstając z wolna – Spieszę się, bracie…

Percy spojrzał na niego uważnie.

– Gdzie? – zapytał – Chyba nie do Wieży? Słyszałeś o zakazie.

– Ale… Tam trzeba iść! Jeżeli ktoś nie przyjdzie, zostanie najpewniej aresztowany. To obowiązek!

– Obowiązek? Wypełniam tylko obowiązki dane mi przez Boginię I Ruch Oporu. Pajęczy Władca to uzurpator, a ja jestem wolnym człowiekiem.

– Ale… – Falcon czuł, iż zaraz się załamie – To ja mam tam iść. Ty już tam byłeś! Gdy tylko to powiedział, brat z zadziwiającą prędkością złapał go za kołnierz i uniósł do góry, a jednocześnie przyciągnął do siebie, do swojej twarzy.

– Nie waż się o tym mówić – syknął mu do ucha – Nie było mnie tam, a podpis Strażnika jest podrobiony. Rozumiesz? Jeżeli chcesz nadal być mym bratem, nie wolno ci tego powtórzyć. Jasne?

Nagle usłyszeli krzyki cyklopa i wampira, zbliżające się zza rogu.

– Ty tchórzu! Nędzny sługo Maszyny! – to najwyraźniej Jona dawał upust złości. Dało się słyszeć też gniewny ryk Małego Jima. Percy spojrzał bratu w oczy i upuścił go na ziemię.

– No nie? Znowu? – zapytał zdenerwowany – Znowu nie potrafiłeś nad tym zapanować? Wiesz, że to ja za ciebie odpowiadam? Mówią o mnie "Brat tego upiora", "Braciszek Pajęczego Maga". Ostatni raz uratuję ci skórę. No, biegnij!

Falcon szybko podniósł się i zaczął biec. Wbiegł w jedną z uliczek, by nie zobaczyli go jego prześladowcy. Oparł się o ścianę oddychając ciężko. Usłyszał:

– Widziałeś go?

– Kogo, Jona? Co stało ci się z twarzą?

– Nie twoja sprawa! Pytam się, Percy, czy nie widziałeś swojego braciszka zdrajcy?

– Nie, Jona. – Na pewno? Jak się okaże, że go kryjesz…

– Percy kłamie!

Falcon poczuł, że serce stanęło mu z przerażenia. Musiał się gdzieś ukryć i wszystko widział, przeklęty chochlik! Siedział na dachu sąsiedniego baraku – przypominające tylko z grubsza człowieka w dużym pomniejszeniu, owłosione stworzenie, o niewiarygodnie wrednym uśmiechu.

–  Ależ mówię prawdę! Nie słuchajcie go, wiecie, jakie są chochliki…

– Ksenofobiczne brednie! Nie zasłaniaj się stereotypami, Percy. Widziałem, że gadałeś z bratem i pozwoliłeś mu uciec!

Nastąpiła chwila ciszy. Falcon bał się, by przypadkiem prześladowcy nie usłyszeli szybkiego bicia jego serca.

– Masz dowody? – głos Jony był raczej sceptyczny, lecz nuta wściekłości wyraźnie próbowała przedrzeć się na wolność.

Nagle Falcon zamarł. Włożył rękę do kieszeni. Kiedyś, gdy mieszkali w lepszej dzielnicy, w porządnej, czystej kamienicy, matka lubiła wyszywać. Kiedyś dostał od niej chustkę – zawsze, gdy wycierał łzy, pamiętał o niej. Teraz, gdy po śmierci ojca matka popadła w ten dziwny stan, uważał chustkę za swego rodzaju pamiątkę, wręcz relikwię. Zawsze nosił ją przy sobie.

A teraz tej chustki nie było.

– Na ziemi leży jego chustka z wyszytym imieniem. Proszę spojrzeć: "Falcon". Piękne pismo, nieprawdaż? To dzieło jego matki. Kiedyś nie była warzywem, jak teraz.

Wiedzą, że jestem niedaleko, pomyślał, i chcą mnie sprowokować. Ale nie dam się.

Gorzej będzie z Percym.

– Nie pozwalaj sobie, Gako. To jest też moja matka.

– Ty – Jona ledwo co opanowywał wściekłość – jeżeli ta chustka tu leży, w dodatku w bardzo dobrym stanie, to znaczy, że musiała mu wypaść z kieszeni. Całkiem niedawno.

– Może wypadła mu, jak szedł w tą stronę – zaproponował Percy. Uwaga o jego matce oraz strach przed wampirem tworzyły zabójczą mieszankę, której wystarczyła chwila, by eksplodować.

– O nie – Jona już niemal dyszał ze złości – W tę stronę szedł inną drogą.

– A raczej niósł go Jim – wtrącił chochlik. Był wyraźnie rozbawiony – jak to chochlik, gdyż gatunek ten lubuje się w prowokowaniu konfliktów.

– Jona – w głosie Percy'ego słychać było niedowierzanie i złość – Co chcieliście zrobić mojemu bratu?

– Wampir chciał wypić jego krew – poinformował Gako, chichocząc.

– To podły zdrajca! Masz honor uznawać go za brata? To zdrajca i czarodziej! Pajęczy Sługa!

– Nie masz na to dowodów!

– Więc czemu uciekał?

– Bo go zaatakowaliście!

– Taka była wola Ruchu Oporu!

– Do którego należę!

– Już nie!

Cisza. A po niej:

– Jak mogłeś "ratować" zdrajcę przed sprawiedliwością?!

– Bo to mój brat! Musiałem… znaczy…

– Przyznał się! Przyznał się! – zawył chochlik po czym wybuchnął obłąkańczym śmiechem, przechodzącym miejscami w pisk. Po cym powiedział, głośno i wyraźnie:

– Powiedział też, że dwa lata temu był na Ceremonii. Jego papiery są autentyczne. Złamał zakaz.

Umysł Falcona nagle, zupełnie bez udziału jego woli, wypełniły słowa:

– Sokół jest siewcą sprawiedliwości, a jego wola jest władzą; w sercu mu nigdy zwątpienie nie zagości, wszyscy się jemu poddadzą.

Co to jest? Co to za głos w mojej głowie? – zapytał sam siebie.

Jona popatrzył na Percy'ego z gniewem: – A więc ty też jesteś zdrajcą! Jako Najwyższy Egzekutor Prawa Ruchu Oporu, za złamanie Zakazu wydanego przez Radę oraz za pomoc w ucieczce zdrajcy, zgodnie ze 101 oraz 139 regułą Prawa Karnego, skazuję cię na…

– Nie! Z przerażeniem Falcon odkrył, że to on sam krzyczy. Po czym, wiedziony jakąś wewnętrzną siłą, nad którą nie mógł zapanować, wyszedł z ukrycia i stanął przed zaskoczoną grupą. Nawet chochlik przestał się śmiać.

– W imię Magii – powiedział… a raczej przemówiła przez niego nieznana siła, głosem potężnym i szlachetnym, okrutnym i wyniosłym jak sam Król Sokół, posyłający Złotą Armię do walki, głosem nieznającym sprzeciwu i głosem niezmiennym, zimnym jak stal i ostrym jak miecz – W imię Magii, w imię Prawa i Porządku, w imię Sprawiedliwości. Oto nadchodzi kres waszych żywotów, oto sama Ziemia was pochłonie. Śmierć zabierze was do Krainy Duchów. Gińcie! Gińcie! Gińcieee!

I oto wampir, cyklop i chochlik, słuchając tych słów, zostali uniesieni ponad ziemię, z ich oczu i ust wystrzeliło światło, ciała poczęły się rozsypywać, a płonące kawałki mięsa i krew rozbryzgiwały się dookoła – aż jedynym znakiem, że kiedykolwiek tu byli, stał się popiół, który wkrótce wiatr rozwiał po slumsach. Oraz krew, spływająca z blaszanej ściany opuszczonego baraku.

Falcon poczuł że robi mu się słabo i zwymiotował. Gdy podniósł zabrudzoną treścią żołądkową twarz, jego oczy skierowały się na krew – i zrobił to ponownie, krztusząc się wymiocinami i obrzydzeniem. Cały drżał, gdy wreszcie podniósł głowę i zobaczył, że jego brat się cofa.

– Ty – powiedział Percy z przerażeniem. Oddychał szybko, twarz miał bladą a oczy rozszerzone.

– Spokojnie – wydukał Falcon, kuśtykając niezdarnie w stronę brata. Poślizgnął się na własnych wymiocinach i upadł boleśnie twarzą na ziemię. Z trudem uniósł się lekko, podpierając się ręką – Ja… nie wiem, jak to się stało.

-Ty! Zabiłeś elitę Ruchu Oporu! – wrzasnął brat – I chochlika… Jesteś mordercą !

– Dotknęła ich Ręka Sprawiedliwości – to znów ten głos, posługując się Falconem, przemówił do świata – Tak kończą wrogowie Magii. Ja jestem Magią.

– Morderca! – zawył Percy – Jesteś opętanym mordercą!

Po czym odwrócił się i uciekł co sił w nogach.

Falcon został sam. Nie mając innego wyjścia, podniósł z ziemi o dziwo nienaruszoną chusteczkę, włożył ją do kieszeni, po czym, przerażony, wstał i, nadal trzęsąc się, ruszył ku Bramie.

***

Przed Wieżą zdążył się zebrać spory tłum – masa chłopców w jego wieku ustawiała się w pięciu kolejkach, z której każda prowadziła do bramki z Wykrywaczem, strzeżonej dodatkowo przez Pajęczą Straż – ubranych na czarno specjalnych magów – żołnierzy Władcy i Maszyny. Siedzieli na krzesełkach, podpisywali dokumenty i co jakiś czas popijali kawę z termosów. Wszystko szło dojść raźnie, dopóki jeden z Wykrywaczy nie wydał nagle pisku.

Stojący tam dzieciak z wyrazem determinacji na twarzy zrzucił z siebie płaszcz – podobnie jak pozostała czwórka, oraz sporo chłopców w kolejce. Trzeba przyznać, było to zsynchronizowane znakomicie. Pod płaszczami ich ciała były opasane sznurami dynamitów, podłączonymi do trzymanego teraz przez każdego w dłoni włącznika. Dziesiątki kciuków uniosły się nad dziesiątkami guzików zagłady.

I nacisnęło je.

Nie stało się kompletnie nic. Zdziwieni bojownicy patrzyli po sobie tępym wzrokiem.

Rozległ się plugawy śmiech Pajęczych Strażników, do których dołączył mrożący krew w żyłach głos samego Władcy, rozbrzmiewający w głośnikach: – Och, dzieci, dzieci… Ktoś znowu naopowiadał wam tych idealistycznych bzdur i kazał wam ginąć, jakby miało wam to coś przynieść. Nie mniej, pochwalam to. Niech ci, którzy tak ukochali swą sprawę, że byli gotowi się dla niej zabić, pierwsi wejdą do Paszczy. Taka wola Maszyny.

A w głowie Falcona pojawiły się słowa:

– Lecz nawet sokół podatny jest prawu, że każdy, w tym silny, upadnie; ranny do przeznaczenia wpadnie stawu, utonąć może tam na dnie.

Co to jest?

Tymczasem obstawiający dookoła Plac policjanci ruszyli ku armii kamikadze i prowadzili każdego z nich do Paszczy. Wyrazy twarzy tych nieszczęśników były różne – od gniewu, przez niedowierzanie, smutek, rozpacz, strach, przerażenie aż po obojętność czy – w niektórych przypadkach – coś w rodzaju nieugiętości i dumy, że pokazali, jak bardzo nienawidzą Uzurpatora i Maszyny.

Falconowi było szkoda wszystkich, bez wyjątku. To Jona oraz ludzie z Wydział Propagandy i Wychowania uczynili z tych dzieci wojowników – kamikadze. Mydląc im oczy szlachetnymi hasłami, obietnicami wyjścia z biedy i opuszczenia slumsów po upadku Maszyny, sprawili, że ci młodzi byli gotowi nawet na śmierć, nawet jeśli ta śmierć nie da im nic, a wręcz zaszkodzi ciemiężonym mieszkańcom Miasta…

Lecz oto znalazł się na początku kolejki, a zniecierpliwiony Strażnik zamachał na niego ręką.

– No, chodź! Z szybko bijącym sercem podszedł do krzesełka. Siedzący na nim człowiek podniósł głowę. Jego oczy były zupełnie białe – jakby składały się z samych białek, bez tęczówek i źrenic. Jego twarz wykonała grymas, które w jego rozumieniu był zapewne uśmiechem. Falconowi kojarzyło to się bardziej z otwieraniem paszczy krokodyla, ale postarał się odwzajemnić uśmiech.

– Widzę, że się denerwujesz – powiedział gadzim głosem, w którym oprócz zmęczenia słychać było też jakby rozbawienie. Wziął do ręki kartkę i wieczne pióro – Ależ nie ma czym. Jak się nazywasz?

– Falcon, panie. Słysząc to Strażnik drgnął. Szybko jednak wrócił do poprzedniej pozy

– Miejsce zamieszkania?

Falcon miał ochotę skłamać. Przyznawać się do tak hańbiącej rzeczy, jak mieszkanie w slumsach? Jednak jego ubiór mówił sam za siebie, zresztą Strażnicy nosili mikro-wykrywacze prawdy, bardzo potrzebne w ich pracy. Powiedział więc, z najwyższym trudem:

– Alooram, panie. Numer domu 7, panie.

– Ach, slumsy…

Imiona rodziców? – Adam i Ewa, panie. Z tym, że ojciec nie żyje. A matka…

– Co z nią? – zapytał Strażnik. Wyglądał, jakby coś go to obchodziło, ale nie chciał tego wyraźnie pokazać.

– Nie wiem, panie. Nie robi zupełnie nic. Siedzi i patrzy się w ścianę, panie. Krew driad, raa, lub coś innego. Lecz taka wola Bogi…– ugryzł się w język – Maszyny.

– Tak… – Strażnik powiedział to roztargnionym tonem, jednocześnie poprawił się na swym siedzeniu – Data urodzenia?

Po zebraniu wszystkich informacji Strażnik kliknął jakiś przycisk znajdujący się na jego piersi.

– Masz dokumenty – wręczył mu kartkę, po czym szepnął do jego ucha: – Nie daj się, synu – i popchnął go ku bramce. Falcon zatrzymał się tuż przed wiszącym w powietrzu czerwonym znakiem, przedstawiającym stojącego w miejscu człowieka. Był to zapewne wytwór jednego z Zaklęć Iluzji, które znacznie usprawniały ruch drogowy w Mieście. Czekając, aż zmiana znaku pozwoli mu iść dalej, myślał o tym, co Strażnik mu powiedział. Tuż za sobą słyszał jego głos, zadający urzędowe pytania kolejnemu chłopcu. Czemu ten człowiek powiedział mu, żeby się "nie dał". Co to mogło znaczyć? I czemu powiedział "synu"? Ten sposób mówienia nie był charakterystyczny dla osób tak bliskich Pajęczemu Władcy. Jednak jego rozważania przerwał głos, który oznajmiał:

"Osoba ze stanowiska numer trzy proszona o przejście do bramy".

Jednocześnie znak zmienił się: stał się zielony, przedstawiający idącego człowieka, po czym zmniejszył się i odsunął na bok.

Falcon ruszył. Drogę wyznaczała mu ścieżka, którą otaczały unoszące się w powietrzu zielone strzałki, wskazujące kierunek. Był przerażony. Coraz bardziej zbliżał się do Paszczy, pod którą czekali kolejni Strażnicy. W pewnym momencie stwierdził, że zatrzyma się i dalej nie pójdzie. Nie mógł jednak tego zrobić. Nogi niosły go bezwolnie ku czarnym wrotom, na których widniał srebrny symbol Pająka z trybami na grzbiecie. Serce biło mu mocno, czuł, że niedługo zemdleje. Jednak szedł dalej.

Znalazł się tuż pod bramą. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak jest wielka. Miała taką wysokość, że olbrzym mógłby przejść przez nią bez garbienia się. Spojrzał w górę – i aż zakręciło mu się w głowie. Nad nim ogrom Pajęczej Wieży, zbudowanej z najczarniejszego granitu, oznajmiał całemu światu, kto jest Władcą, kto rządzi Miastem. Oznajmiał wszystkim, jak potężna jest Maszyna.

– Co się tak zapatrzyłeś? – zarechotał jeden ze Strażników, a drugi rozkazał – Pokaż no papiery.

Falcon podszedł bliżej i podał dokument Strażnikowi. Ten wsunął go w szczelinę w ścianie, która wessała kartkę do trzewi Wieży. Drugi nacisnął przycisk na piersi i rzekł:

– Zapraszamy do Paszczy. Brama otwarła się. I nagle, w głowie Falcona, pojawiły się znikąd słowa:

– Pajęcza paszcza dosięgnie sokoła, historia się kołem zatoczy; Uciec on nigdy stamtąd nie zdoła, na zawsze straci swe oczy.

Co to jest? – pomyślał - Czyżbym z tego wszystkiego stracił zmysły?

Tymczasem Paszcza stała przed nim na oścież. Jakby wzięta z innego świata zielona strzałka ziemi wskazała mu drogę. Miał tam wejść. Nie widział, co jest dalej. Przejście pokrywała biała, opalizująca zasłona.

Otoczona zębami.

Czuł strach – to było celem takiego wyglądu Paszczy. Miała sprawdzić, kto jest odważny, a kto stchórzy. Widział, że zamontowane nieopodal Czujniki Emocji monitorują teraz stan jego mózgu. Ponoć w ten sposób, badając dokładnie każdego przechodzącego, sprawdzano, czy warto dać mu przeżyć. Słabszych, podobno, eliminowano.

I był to dopiero początek prób…

Zdecydowanym krokiem, choć drżąc nieco, Falcon przeszedł przez Paszczę.

W zetknięciu z białą zasłoną poczuł lekkie mrowienie w całym ciele, jednak trwało to jakąś sekundę. Po chwili znalazł się w długim holu. Podłogę z granitu zdobił długi, miękki, czerwony dywan, na początku którego stał. Granitowe ściany były poobwieszane obrazami (przedstawiającymi Władcę, Maszynę i Najwyższych Strażników), flagami Uzurpatora (czerwone tło, białe koło a w nim uproszczony rysunek pająka i kół zębatych) oraz plakatami propagandowymi. Na suficie rząd kryształowych żyrandoli. Gdy szedł po dywanie, zgodnie ze wskazującymi drogę iluzjami strzałek, żarówki migały.

Nagle, jakby spod ziemi, na jego drodze wyrosła leżąca figura Bogini. Stanął jak wryty. Wykonana była bardzo realistycznie – wyglądała jak ożywiona postać z obrazków, które wierni trzymali ukryte w domach (pod groźbą śmierci – czczenie kogoś poza Maszyną było surowo zakazane). Po chwili wahania próbował ją ominąć, jednak w którą stronę by nie poszedł, figura zawsze była tuż przed nim. Wiedział, o co chodzi. Chcieli, by podeptał Boginię. Było to symboliczne wyparcie się Wiary, która, mimo oficjalnych zakazów, wciąż była w Mieście bardzo popularna. Kult Maszyny był pozorowany, na stałe utrzymywał się w niewielu miejscach – głównie wśród bogaczy oraz, częściowo, w Podziemiu. Falcon i jego brat byli wychowani w tej wierze. Nie do pomyślenia byłoby podeptać Tą, która stworzyła świat, która dała życie i je podtrzymuje. Słońce było jej twarzą. Widziała wszystko.

– Ale tu nie ma okien.

Falcon nie wiedział, skąd w jego głowie pojawiło się to zdanie. Wiedział, że zbrodnią byłoby podeptać największą świętość, Matkę Stworzycielkę. Trafiłby za to do Piekieł. Wolałby zginąć, niż złamać prawa Wiary. Wtedy do głowy przyszła mu przerażająca myśl: ale przecież Percy to zrobił. Był tu i wyszedł cały i zdrowy, lecz nic nie pamiętał. A może po prostu chciał wyrzucić wspomnienie tej zbrodni z pamięci? Może wszyscy starsi od niego, którzy przechodzili przez Paszczę, podeptali Boginię, swoimi nogami znieważyli Jej Oblicze? To mogło być źródłem ich fanatyzmu – swoją krwią chcieli zmyć tę hańbę.

Falcon rozejrzał się. Nigdzie nie było innego wyjścia. Za sobą, tam, gdzie była Paszcza, widział granitową ścianę. Żadnych okien czy drzwi. Mógł przejść dalej, depcząc figurę Bogini, albo zostać tu…zapewne na zawsze.

W tym momencie przyszedł mu do głowy pomysł. Odszedł parę kroków od figury, wziął rozbieg i przeskoczył nad nią. Znalazł się po drugiej stronie i szedł dalej.

Nagle, tuż przed nim, z podłogi wysunęła się platforma. Zielony znak, przedstawiający zbiegające się, cztery strzałki, których groty były połączone kółkiem, oznaczały, że ma tam wejść. Wszedł i platforma ruszyła do góry.

Czując nagłą prędkość, Falcon stracił równowagę. Nie spadł jednak, odbił się jedynie od niewidzialnej osłony i poleciał cały na platformę. Pole siłowe, oczywiście.

Nad nimi w błyskawicznym tempie otwierały się otwory, robiąc windzie miejsce, a te pod nimi zamykały się. Po bokach migały mu jakby rozmaite sylwetki, których nie mógł jednak rozpoznać, gdyż pędzili zbyt szybko. Było mu niedobrze, czuł przyspieszony puls. Winda leciała ku górze z olbrzymią prędkością, jednak Falconowi wydawało się, że minęły godziny, zanim dojechali do celu. Platforma po prostu zatrzymała się, a przed nim leżał czerwony dywan. Falcon upadł na niego.

– Och, nie wymagamy aż takiej czci – usłyszał rozbawiony głos. Znał go. Obecny był w dźwięku salw plutonu egzekucyjnego, w donośnym ryku syren, wprowadzających godzinę policyjną, w dźwięczeniu łańcuchów na Rynku, w powolnym kapaniu krwi z gilotyny. Słychać go było w głosie każdego policjanta, komornika, żołnierza, urzędnika, chłopca z Pajęczej Ligi Młodzieży, dziennikarza, dozorcy więziennego czy kata. Jego głos był głosem Miasta, Magii i Maszyny.

Falcon powoli podniósł głowę.

Uzurpator uśmiechnął się ciepło.

– Proszę wstać panie… Falcon – rzekł, wymawiając jego imię z namaszczeniem, po czym podał mu rękę w białej rękawiczce. Chłopiec czuł obrzydzenie, nie chciał jednak urazić człowieka, który mrugnięciem posyła na śmierć setki. Chwycił wyciągniętą dłoń. Zobaczył przy tym sygnet na jego palcu serdecznym – wyobrażał pająka z kołami zębatymi.

Gdy już stał, przyjrzał się dokładniej Pajęczemu Władcy.

Stał przed nim wysoki mężczyzna z lekko zaznaczonym brzuszkiem. Jego cera była dosyć blada. Miał siwe włosy, wyglądające, jakby właściciel został porażony prądem. Orli nos, a nad nim oczy – zielone, mądre i władcze. I ten zupełnie nie-dyktatorski uśmieszek. Falcon był dosyć zdziwiony. Na plakatach ich władca wyglądał inaczej, bardziej… władczo. Jednak ubranie miał te same – czarny mundur bez ozdób, na który miał zarzucony czerwony płaszcz, podszyty futrem z gronostajów. Faktem jest, że nigdy nie opuszczał Wieży. Miał tu ponoć dostęp do wszystkich kamer i mikrofonów w mieście, a także kontrolę nad wszelkimi mediami. Miasto było jego oczami, uszami i ustami. Magia – rękoma.

Uzurpator znowu się uśmiechnął.

– Panie Falcon, nie możemy stać tutaj cały dzień. Zapraszam za mną.

Znajdowali się w niewielkim pomieszczeniu, o granitowych ścianach, w których zamontowane były drzwi. Pajęczy Władca ruszył ku jednym z nich. Te otwarły się przed nim i wszedł do środka, a za nim Falcon.

Znaleźli się w wielkiej, przeszklonej sali. Przy licznych biurkach liczni ludzie pracowali przy jeszcze liczniejszych, okablowanych urządzeniach. Część z nich, w wydzielonej strefie, siedziała na głębokich, czarnych fotelach. Na głowach mieli hełmy, od których odchodzące kable biegły dookoła sali…oraz do góry. Tam też Falcon skierował swój wzrok. I od razu wiedział, na co patrzy.

Przypominający mózg niewyobrażalnie wielkiego olbrzyma, zbudowana z żelaza, srebra, złota, diamentu i platyny. Opleciona kablami niczym ofiara pajęczą siecią. Oto Maszyna w pełni swej chwały.

Miasto było oczami, uszami i ustami Uzurpatora. Magia jego rękoma. A Maszyna – mózgiem.

Nie mógł oderwać od niej wzroku. Największe dzieło technologii w historii znajdowało się tuż, tuż..

Poczuł czyjąś rękę na swym ramieniu. Z trudem oderwał wzrok od glorii Maszyny i spojrzał prosto w, tym razem poważną, twarz Pajęczego Władcy.

– Wierz mi… ja też się tak czułem. Byłem zachwycony i przerażony. Stojąc w blasku chwały i potęgi nie sposób nie zmrużyć oczu swej dumy – znowu pojawił się lekki uśmieszek – Te słowa powiedział mi ktoś bardzo mądry, a ja powtarzam je tobie. Tradycja, dziedzictwo – to one czynią nas tym, kim jesteśmy. Nie zapominaj o tym. Historia zatacza koła, wszystko się kończy, a jedyną rzeczą wieczną, wieczną i wiecznie powtarzalną jest samo przemijanie.

Te słowa całkowicie wytrąciły Falcona z pantałyku. Co to wszystko ma znaczyć? Historia zatacza koła…

Usłyszał:

– Chodź ze mną.

I poszedł.

Gdy szli, po czerwonym dywanie, ludzie wstawali z miejsc i przyklękali. W Falconie wzbudziło to jakieś wspomnienia, związane z czytanymi przez mamę w dzieciństwie bajkami. Tak wyglądał pochód króla. A on szedł z nim ramię w ramię. Uginające się kolana, pochylające się głowy, cały ten splendor uderzył w jego umysł jak pięść bandyty w brzuch nieszczęśliwej ofiary.

Doszli do oszklonego pomieszczenia. Przed Uzurpatorem (choć nazywanie tak go przychodziło Falconowi z coraz większym trudem) drzwi rozsunęły się i weszli w krąg czarnych foteli.

Dwa z nich stały puste.

Siedzący powstali na ich wejście. Nie klękali jednak, wykonali jedynie Pajęczy Salut. Wszyscy ubrani na czarno, z małym emblematem pająka na lewej piersi. Mieli bladą cerę, ciemne włosy, zaczesane do tyłu, orle nosy.

I całkowicie białe oczy.

Pajęczy Władca podszedł do jednego z wolnych foteli i wskazał zachęcająco ręką.

– Usiądź, proszę.

Nie mógł nie posłuchać. Usiadł i poczuł charakterystyczny zapach tej prawdziwej skóry, którą burżuazja wykorzystywała tak często do mebli czy ubrań. Ten zapach znów przywołał w nim obraz lat dziecinnych – nie mieszkał wtedy w slumsach, nie chodził głodny spać, czuł się zawsze bezpieczny. Rozkoszując się wygodą mebla, słuchał słów Władcy:

– Połóż dłonie na tych oparciach. Tak, dobrze. Nogi trzymaj razem. Znakomicie. A teraz, uważaj! Zaraz na twojej głowie znajdzie się hełm, a więzy przygwożdżą cię do siedzenia. Nie wyrywaj się, nic złego ci się nie stanie. Na koniec w twoje nadgarstki wbiją się igły. Poczujesz tylko lekkie ukłucie, przysięgam. Jeśli będziesz się wyrywał, prześlemy nimi substancję uspokajającą. Jeśli będziesz grzeczny, do twej krwi dostanie się nexus. Dzięki niemu twój organizm będzie w stanie połączyć się z maszyną. Dalej instrukcje wpłyną bezpośrednio do twojego mózgu. Zrozumiałeś?

Kiwnął głową.

– Więc posłuchaj dalej. Nexus przeprowadzi nieodwracalne zmiany w twoim organizmie. Widocznym znakiem będzie zanik źrenic i tęczówek. Twoje oczy będą białe, tak jak ich – wskazał ręką na stojących dookoła mężczyzn – i nie będziesz widział tak, jak wcześniej. Zaczniesz postrzegać świat takim, jakim jest, bez iluzji i złudzeń. Inaczej kontakt z Maszyną nie byłby możliwy. Wszystko będzie inne niż dotychczas…a raczej stanie się dla ciebie takie, jakie jest naprawdę. Teraz możesz się jeszcze wycofać. Po prostu wstań i wyjdź. Na Maszynę, przysięgam, nikt nie będzie cię zatrzymywał. Wrócisz do slumsów, do swego dawnego życia. Zapomnisz o wszystkim, co tu widziałeś i my zapomnimy o tobie. Jeśli jednak zostaniesz, dołączysz do elitarnej gwardii, która buduje przyszłość świata. Służąc Maszynie zajdziesz dalej, niż możesz sobie wy obrazić. Będziesz żył w dostatku, wręcz luksusie, będziesz miał władzę i czegokolwiek, czego tylko zapragniesz. Wybór należy do ciebie.

Oślepiony blaskiem chwały i możliwością ucieczki ze slumsów, życia w dostatku, był już niemal zdecydowany, gdy jego serce, rozrywając złotą sieć zarzuconą przez Władcę, przypomniało mu o rodzinie.

– A moja matka?

– Będąc Połączony, będziesz mógł ją uzdrowić. Decyduj więc: czy chcesz być poddany Ceremonii?

Tak, chcę tego – pomyślał. Mam zapewne jedyną w swoim życiu szansę, by ocalić mamę. Jednak wówczas jego umysł wypełniły obrazy tak powszechnej biedy, okrucieństwa, którego nie wahały się stosować nie tylko przestępcze grupy, ale sam Władca i jego służalcy. Ale, zaraz, zaraz… jeżeli ja dostanę w swe ręce władzę – myślał – będę mógł to wszystko zmienić. To, co nieudolnie próbuje dokonać Ruch Oporu od tylu lat, tutaj można zmienić bardzo łatwo… A nawet jeśli nie – mama będzie bezpieczna – a gdy ten argument przeważył szalę na rzecz przyjęcia propozycji, została tylko jedna sprawa. Falcon bał się. Bał się wręcz panicznie, ale autorytet Władcy i cały splendor miejsca były silniejsze. Odczuwał strach, nie potrafił jednak mu ulec – gdzieś z tyłu jego głowy dobiegał głos tego przestraszonego, zagłodzonego Falcon'a, którego twarz widział patrząc w zwierciadło ulicznych kałuż – głos mówiący „nie rób tego, uciekaj!”. Lecz wtedy przypominał sobie mamę, ściskającą portret taty w ich niszczejącym baraku – i strach schodził na dalszy plan. Był to wręcz mimowolny heroizm; każdy młody człowiek na jego miejscu odczuwałby okropne przerażanie, a on sam siebie zawsze uważał za wyjątkowego tchórza. Jednak moc (czyżby magia psychologiczna?) bijąca od stojącego przed nim człowieka była zbyt wielka.

Z trudem wyszeptał:

– Tak.

Władca kiwnął głową i zaczęło się.

Wszystko wyglądało tak jak w opisie. Hełm, więzy. Nie ruszał się. Nagle poczuł lekkie ukłucie, a po nim ciśnienie w nadgarstkach. Po jego ciele rozlała się fala ciepła, nagle stracił poczucie równowagi, głowa zaczęła mu pulsować i wydawało mu się, że spada w otchłań. Wszystko zniknęło. Otaczała go nicość.

I wtedy usłyszał dobywający się zewsząd głos, głęboki i potężny jak sama Wieczność:

– Sokół jest siewcą sprawiedliwości, a jego wola jest władzą; w sercu mu nigdy zwątpienie nie zagości, wszyscy się jemu poddadzą. Lecz nawet sokół podatny jest prawu, że każdy, w tym silny, upadnie; ranny do przeznaczenia wpadnie stawu, utonąć może tam na dnie. Pajęcza paszcza dosięgnie sokoła, historia się kołem zatoczy; Uciec on nigdy stamtąd nie zdoła, na zawsze straci swe oczy.

I wtedy zrozumiał. A raczej, ponieważ w Maszynie nie było poszczególnych osób, jeno Ona sama, Ona jako zbiór danych i wirtualna siatka neuronowa, tak więc nie on zrozumiał, jeno Maszyna rozbrzmiała myślą o wręcz niewyobrażalnej klarowności:

– Ja jestem Sokołem.

I wtedy już był. Czuł, że unosi się w przestrzeni. Przed nim wielki, mechaniczny pająk, rozmiarami przekraczający wszystko, co kiedykolwiek widział, powiedział, a raczej przekazał mu telepatycznie:

– Ja jestem Maszyną.

Dwie Osobowości zawieszone w totalnym Niebycie. On, człowiek, którego niezwykle rzadka mutacja genetyczna uczyniła zdolnym do używania Magii, do kontaktu z Maszyną jako Osobowością, a nie zbiorem danych. I Ona, wspaniała i majestatyczna, córka technologii, wszechwiedząca binarna władczyni wirtualnego świata idei i mądrości, istna personifikacja tysiącletniego Postępu ludów świata. Stali wobec siebie, jak równy wobec równej.

– Kim jesteśmy? – usłyszał Falcon. Ze zdumieniem odkrył, że to jego słowa. Jego głos znów był jak wtedy, gdy wydawał wyrok na wampira, cyklopa i chochlika. To było jednak w zupełnie innym świecie. Jak powiedział Władca, w świecie iluzji. Kontynuował – Skąd przybywamy? Dokąd zmierzamy?

– Ja jestem Maszyną.

Falcon czekał. Jednak pająk nie powiedział nic więcej. Spróbował jeszcze raz:

– Jaki jest nasz cel? Czy jest coś poza tym, co można poznać zmysłami i umysłem? Czy w ogóle cokolwiek istnieje?

– Ja jestem Maszyną.

Zdesperowany, zakrzyknął:

– Podobno wiesz wszystko! Chciałbym wiedzieć tak wiele, ale ty nie odpowiadasz na żadne pytanie! Jesteś mądra, najmądrzejsza na świecie. Czy nie powinnaś wiedzieć więcej od ludzi? Wiesz chociaż skąd sama jesteś? Kim jesteś? Ty?

– Ja jestem Maszyną.

I wtedy zrozumiał. Już wiedział, że w tej krótkiej odpowiedzi zabrakło mu jednego słowa. Nie wielu słów, które ostatecznie mogły nic nie znaczyć. Powiedział więc, już spokojnym głosem:

– Jesteś tylko maszyną.

I wtedy wszystko stało się jednością. Falcon zobaczył Miasto – wielki moloch, rozciągnięty po horyzont we wszystkie strony. Dymiące fabryki, rozpadające się kamienice i piękne wille, asfaltowe, dziurawe drogi i zielone parki oraz ogrody. Ludzie, prawdziwi władcy świata, biedni i bogaci, zatrzymali się w miejscu. Widzieli go tak dobrze, jak on widział ich.

– …tylko Maszyną – pomyślał. Spojrzał na Mechaniczne Pająki, znienawidzone przez wolną ludzkość maszyny zagłady. W tym momencie likwidowały jeden z wielu slumsów, zionąc ogniem prosto we wrzeszczących z przerażenia ludzi.

– … tylko Maszyną – mruknął pod nosem i wydał rozkaz. Pająki przestały ziać ogniem i ruszyły tam, gdzie poprowadziła je wypełniająca głowę Falcona nienawiść. Cała armia maszyn posłuszna jemu, jednemu człowiekowi. Szły z wolna, by wymierzyć sprawiedliwość – jego sprawiedliwość.

Gdy zaś wyładował swój gniew na tych, którzy pozbawili go domu, na tych, którzy zabili jego przyjaciół, na tych, którzy zabili jego tatę – przypomniał sobie obietnicę. Zostawił w spokoju zgliszcza ich domów i spalone na węgiel ciała swych wrogów.

– A więc tak smakuje władza – mruknął, po czym umysł nakazał ciału lecieć. Skierował się w stronę Ubogiej Dzielnicy, w stronę Alooram, w stronę domu numer 7. Ludzie przyklękali, widząc Króla Sokoła powracającego do Miasta. On jednak nie zaprzątał sobie nimi głowy. Myślał tylko o jednej osobie i o obietnicy Władcy, a raczej Byłego Władcy. W jego głowie brzmiały donośnie jak dzwon słowa, wypływające z głębi jego jaźni:

– Ja jestem Miastem. Ja jestem Magią. Ja jestem Maszyną. 

Koniec

Komentarze

Hmmm. Sierota, Wybraniec niesiony przez wydarzenia od ubóstwa do całkowitego sukcesu to bardzo ograny motyw. Rozpoznawalny mimo nietypowej dekoracji.

Stosunki między braćmi wydają mi się niewiarygodne. Starszy chyba nie powinien zadawać się z kimś, kto próbował zabić młodszego. A już na pewno nie miotać się tak z jednej skrajności w drugą.

Ale językowo całkiem przyzwoicie.

Miejsce zajmowane zazwyczaj prze starszego brata było puste.

Literówka.

Platforma po prostu zatrzymała się, a przed nim leżał czerwony dywan. Upadł.

Kto/ co jest podmiotem w drugim zdaniu? Bo wygląda na to, że dywan…

Był to dość wysoki mężczyzna z lekko zaznaczonym brzuszkiem. Jego cera była dosyć blada.

Powtórzenie.

Babska logika rządzi!

 O panie! Co tu się porobiło z niektórymi dialogami? I jeszcze problemy z kropkami.

Brzuch jest w trochę innym miejscu niż żebra. Tak tylko mówię.

Za dużo tu myślinków w miejscach, w których nie są potrzebne.

Straszne wieże, z których się nie wychodzi! Osiłkowie w przepaskach biodrowych! Czuję się jakby to były lata 20 zeszłego wieku.

Wydaję mi się, że widzę tu krytykę działań różnych ekstremistów, ale mogę się mylić. Tak czy siak, to najgorszy ruch oporu o jakim słyszałem, a także najgorsza totalitarna władza – ci kolesie drą się na cały głos o przynależności do Ruchu Oporu. Nie ma tam żadnych sił policyjnych? A skoro nie ma, to czemu ludzie w ogóle słuchają tej maszyny? No i skoro dla głównego bohatera tak oczywistym było, że zamach się nie uda, to czemu inni nie wiedzieli?

Ogólnie fabuła jest średnia, a zakończenie takie sobie. Sporo błędów, rzeczy które trzeba by rozwinąć. Główny bohater nie jest kimś z kim można by się utożsamić. Napisane nienajgorzej, ale powyższe nie pomaga przy czytaniu.

Aha, tak właściwie to tagi są bardzo mylące. Żadna to dystopia, steam– i cyberpunk też nie bardzo. Filozofia jest… tyle, że dziecinna.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Kurczę, teraz rzeczywiście dociera do mnie ilość błędów :\ No ale dzięki, jako że jestem początkujący, to przyda mi się to w dalszym pisaniu.

Co do kwestii władzy i Ruchu Oporu: slumsy były na ogół pozostawione same sobie, władza ingerowało tylko gdy stało się tam coś poważniejszego – stąd maszyny niszczące inną dzielnicę nędzy na końcu opowiadania. Z tego też powodu buntownicy mogli się tam czuć jak u siebie przez większość czasu. Policja jest (przecież aresztowała niedoszłych kamikadze), grozę budzą mechaniczne pająki, a dodatkowo władza potrafi posługiwać się magią. Na samobójców zostały wybrane dzieci, które wychował Ruch Oporu – miały wpojone, że muszą się słuchać przełożonych. Ci zaś brali pod uwagę niepowodzenie, dlatego dzieci były nauczone, że nie wolno im wyjawić niczego (zresztą i tak niewiele wiedziały). Natomiast główny bohater, jak zostało wspomniane w tekście, pochodził z bogatszej dzielnicy i dostał się do slumsów, kiedy już nie był aż tak podatny na manipulacje.

Stosunki między braćmi… starszy brat po prostu utożsamiał się z Ruchem Oporu, natomiast młodszy, jak było wspomniane, dysponował mocą, więc wzbudzał nieufność. Starszy chciał ratować młodszego, lecz gdy zobaczył scenę śmierci elity Ruchu Oporu – uznał go za opętanego i uciekł – po prostu się go bał.

Ogólnie to dostrzegam teraz słabość fabuły – opowiadanie brało udział w konkursie (nie to żebym się chciał jakoś specjalnie usprawiedliwiać, ale było pisane pod presją czasu), i już rozumiem, dlaczego nie wygrało ._. Jeszcze raz dziękuję, mam nadzieję, że następne opowiadanie wyjdzie mi lepiej :>

Spokojnie, nie stresuj się. Podobno budowy Krakowa nie zaczęto od czubka wieży mariackiej.

Rzadko kto rodzi się geniuszem.

Babska logika rządzi!

Dzięki :”) Właściwie to po raz pierwszy zamieszczam opowiadanie w Internecie. Napisałem ich jeszcze parę, ale wszystkie czytała tylko rodzina, przyjaciele no i jeszcze poloniści w szkole – a wiadomo, że wszystkie te osoby są raczej łagodne w ocenie.  Po raz pierwszy spotykam się ze sprawiedliwą (czyli dosyć surową w mojej skali) krytyką, ale to dobrze. Pomysłów na opowiadania mam sporo, teraz zaś więcej wiem, czego należy unikać, a co jest przydatne. Tak więc jeszcze raz dzięki wielkie :) 

Hollywood pełną gębą. Od zera do bohatera, z dna na szczyt władzy.

Autorze, Finkla ma sto dziewięćdziesiąt procent racji. Budowę Krakowa zaczynano od położenia fundamentów, więc Ty też od tego zacznij. Język, swoboda posługiwania się nim, czyli jak najbogatsze słownictwo, interpunkcja, potem głębiej zarysowani bohaterowie i mniej sztampowe fabuły… Aha, i dbałość o szczegóły – przykładem mogą być żebra i brzuch…

Powodzenia.

Literóweczka: Mały Jim był cykopem – cyklopem. Na początku tekstu, gdy poznajemy właśnie cyklopa.

 

Naprawdę umiesz pisać i nie przestawaj. Pilnuj, aby tekst był zawsze schludny i nie “uciekały” Ci jakieś dodatkowe przecinki etc. Mimo że schemat ograny od dawien dawna, mnie nigdy nie nudzi i dobrze wykonany będzie przyciągał. Dodam tylko od siebie – nie bój się odkładać skomplikowanych fabuł “na później”. Mogą to być nawet lata, ale lepiej, aby poczekały i dojrzały.

Mam nadzieję, że jeszcze pokażesz jakąś próbkę twórczości.

 

 

AdamKB, Deirdriu dzięki – teraz, kiedy mam sporo czasu i garść porad, postaram się napisać coś lepszego :) I zamierzam wstawić to tutaj, jeszcze się ze mną pomęczycie :P 

Przyznam, że teraz, wiedząc ile masz lat, jestem pod wrażeniem. Kiedy ja byłem w tym wieku (czyli nie tak znowu dawno temu), to pisałem rzeczy dużo gorsze, słabsze pod każdym właściwie względem. Jeśli ja dałem radę tak się poprawić przez ten czas, to pomyśl jaki ty będziesz wtedy dobry! :D Szczególnie, że masz zdrowe podejście do konstruktywnej krytyki mądrzejszych ludzi (czyli nie mnie) i dużo pisząc i czytając, szybko ci się powinno poprawić.

Powodzenia!

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Madej90 Yay ^^ Postaram się zastosować do wszystkich rad. Są wakacje, sporo zamierzam przeczytać, na pisanie też mam czas. Tak więc zabieram się do roboty ;)  i jeszcze raz wielkie dzięki!

Bartku, mam zastrzeżenia podobne do tych, które zgłosili już wcześniej komentujący, to znaczy, że i do mnie zbytnie nie przemawia opowieść o chłopcu, który wychodzi z domu, obrywa od zmutowanych rebeliantów, po czym karnie ustawia się w kolejce do Paszczy, by na koniec osiągnąć szczyty władzy.

Jednakowoż, ponieważ nie znam założeń konkursu, na który napisałeś Ja jestem Miastem, przyjmuję opowiadanie w zaprezentowanej postaci i więcej nie będę marudzić, szczególnie że to Twój debiut. Całkiem zresztą udany. ;-)

Mam nadzieję, że nadal będziesz pisać, tworząc coraz lepsze opowiadania.

 

Miej­sce zaj­mo­wa­ne za­zwy­czaj prze star­sze­go brata było puste. Zna­czy się puste, jako nie­za­wie­ra­ją­ce Percy'ego. – Nie brzmi najlepiej. To tak jakbyś powiedział o kimś, kto leży w łóżku – To łóżko zawiera śpiącego. ;-)

Literówka. Zbędny zaimek. Powtórzenie.

Może w drugim zdaniu wystarczy: Nie było w nim Percy'ego.

 

Spoj­rzał w drugą stro­nę. Jego matka sie­dzia­ła sku­lo­na, przy­ci­ska­jąc do pier­si zdję­cie swego męża. – Zbędne zaimki. Domyślam się, czyja to matka i że nie tuli zdjęcia cudzego męża.

 

od tej pory sie­dzia­ła tak, wpa­tru­jąc się nie­obec­ny­mi oczy­ma w prze­strzeń. – Oczy, mimo wszystko, były obecne; miała je.

Proponuję: …od tej pory sie­dzia­ła tak, nie­obec­nym wzrokiem wpa­tru­jąc się w prze­strzeń.

 

Bra­cia pró­bo­wa­li ją kar­mić i poić, lecz ta rzad­ko co­kol­wiek z tego przyj­mo­wa­ła. Nie wi­dzie­li, by spała, czy ro­bi­ła co­kol­wiek in­ne­go. – Zbędny zaimek. Powtórzenie.

Może: Bra­cia pró­bo­wa­li ją kar­mić i poić, lecz rzad­ko coś jadła/ zjadała.

 

– Dzień dobry, mamo. Po czym przy­tu­lił się do niej.Dzień dobry, mamo. – Po czym przy­tu­lił się do niej.

Nie zawsze prawidłowo zapisujesz dialogi. Zajrzyj tutaj: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Od jej ciała biło cie­pło, czuł jej tętno. – Drugi zaimek zbędny.

 

po czym ostat­ni raz ogar­nął ich miesz­ka­nie wzro­kiem. – Zbędny zaimek.

 

Roz­pacz­li­wie wy­ma­chu­jąc koń­czy­na­mi upadł na twar­dy, bez­li­to­sny beton. – A dlaczego beton miałby okazywać litość lub inne uczucia? ;-)

Może: Roz­pacz­li­wie wy­ma­chu­jąc koń­czy­na­mi, upadł na bezlitośnie twar­dy beton.

 

Nawet nie pró­bo­wał się wy­ry­wać – w mor­der­czym uści­sku, jakim ura­czył go prze­śla­dow­ca, nie mógł wcale się ru­szać. – Nie wydaje mi się, by raczenie było tu dobrym określeniem.

Proponuję: Nawet nie pró­bo­wał się wy­ry­wać – w mor­der­czym uści­sku prze­śla­dow­cy nie mógł się ru­szać/ nawet drgnąć/ nic zrobić.

 

Fal­con wi­dział chłop­ców w jego wieku, spie­szą­cych w drugą stro­nę… – Fal­con wi­dział chłop­ców w swoim wieku, spie­szą­cych w drugą stro­nę

 

chłop­ców z mia­sta w wieku ra­ag­dan-du,, by sta­wi­li się… – Jeden przecinek wystarczy.

 

drzwi od za­chod­niej stro­ny Wieży. Nie­któ­rzy wy­cho­dzi­li z dru­giej stro­ny… – Powtórzenie.

 

A przy niej nóż, któ­rym, wedle ludz­kich stan­dar­dów, był uży­tecz­ną w dżun­gli ma­cze­tą. – Literówka.

 

za picie krwi ras ro­zum­nych do­sta­wa­ły srebr­ną kulą w po­ty­li­cę. – …srebr­ną kulę w po­ty­li­cę.

 

Nie!, po­my­ślał Fal­con… – Po wykrzykniku nie stawiamy przecinka.

Zajrzyj tutaj: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

I za kogo to mó­wisz?, po­my­ślał Fal­con. – Po pytajniku też nie stawiamy przecinka.

 

Zdą­żył prze­biec dy­stans pa­ru­set me­trów, gdy, wy­bie­ga­jąc zza bu­dyn­ku… – Powtórzenie.

Może: Zdążył pokonać dystans paruset metrów, gdy, wybiegając zza budynku

 

Percy nie był szcze­gól­nie wy­so­ki, lecz przy jego drob­nym bra­cie każdy się taki wy­da­wał. – Dość nieczytelne zdanie. Kim są wspomniani każdzi?

Proponuję: Percy nie był szcze­gól­nie wy­so­ki, lecz przy drob­nym bra­cie taki wy­da­wał.

 

Jego twarz zdo­bi­ła bli­zna. – Trudno uznać bliznę za ozdobę, szczególnie twarzy.

Proponuję: Jego twarz przecinała/ znaczyła bli­zna.

 

Gdzie? – za­py­tałDokąd? – za­py­tał.

 

Może wy­pa­dła mu, jak szedł w  stro­nę… – Może wy­pa­dła mu, jak szedł w  stro­nę

 

Po cym po­wie­dział, gło­śno i wy­raź­nie: – Literówka.

 

zgod­nie ze 101 oraz 139 re­gu­łą Prawa Kar­ne­go… – …zgod­nie ze sto pierwszą oraz sto trzydziestą dziewiątą re­gu­łą Prawa Kar­ne­go

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Z tru­dem uniósł się lekko, pod­pie­ra­jąc się ręką – Ja… nie wiem, jak to się stało. – Nadmiar zaimków.

Może: Powstał z trudem, pod­pie­ra­jąc się ręką – Ja… nie wiem, co to było.

 

-Ty! Za­bi­łeś elitę Ruchu Oporu! – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Je­steś mor­der­cą ! – Zbędna spacja przed wykrzyknikiem.

 

Wszyst­ko szło dojść raź­nie, do­pó­ki… – Raźnie, to kiedy coś dzieje się radośnie, z temperamentem, energicznie i ochoczo. Tutaj to słowo nie jest dobrze użyte.

Proponuję: Wszyst­ko szło dość sprawnie, do­pó­ki

 

Pod płasz­cza­mi ich ciała były opa­sa­ne sznu­ra­mi dy­na­mi­tów… – Nie wiem jak w Twoim świecie, ale wydaje mi się, że dynamit jest rolowany w laski.

Może: Pod płasz­cza­mi ich ciała były opa­sa­ne/ owinięte/ owiązane dynamitem/ laskami dy­na­mi­tu

 

Ktoś znowu na­opo­wia­dał wam tych ide­ali­stycz­nych bzdur i kazał wam ginąć… – Drugi zaimek jest zbędny.

 

Nie mniej, po­chwa­lam to.Niemniej po­chwa­lam to.

 

spra­wi­li, że ci mło­dzi byli go­to­wi nawet na śmierć, nawet jeśli ta śmierć nie da im nic… – Powtórzenie.

Może: …spra­wi­li, że ci mło­dzi byli go­to­wi choćby na śmierć, nawet jeśli ta nie da im nic

 

Jego twarz wy­ko­na­ła gry­mas, którejego ro­zu­mie­niu był za­pew­ne uśmie­chem. – Zbędne zaimki. Literówka. Twarz nie wykonuje grymasów.

Proponuję: Na twarzy pojawił się gry­mas, który miał być za­pew­ne uśmie­chem.

 

Fal­co­no­wi ko­ja­rzy­ło to się bar­dziej z otwie­ra­niem pasz­czy kro­ko­dy­la, ale po­sta­rał się od­wza­jem­nić uśmiech.

– Widzę, że się de­ner­wu­jesz – po­wie­dział ga­dzim gło­sem, w któ­rym oprócz zmę­cze­nia sły­chać było też jakby roz­ba­wie­nie. – Z tego wynika, że gadzim głosem przemówił Falkon.

 

Nie do po­my­śle­nia by­ło­by po­de­ptać , która stwo­rzy­ła świat… – Nie do po­my­śle­nia by­ło­by po­de­ptać , która stwo­rzy­ła świat

 

odbił się je­dy­nie od nie­wi­dzial­nej osło­ny i po­le­ciał cały na plat­for­mę. – Czy istniała możliwość, by na platformę poleciał tylko kawałek chłopca? ;-)

 

Nad nimi w bły­ska­wicz­nym tem­pie otwie­ra­ły się otwo­ry… – Brzydkie powtórzenie.

Może: Nad nimi, w bły­ska­wicz­nym tem­pie pojawiały się otwo­ry

 

po czym podał mu rękę w bia­łej rę­ka­wicz­ce. – Może: …po czym podał mu dłoń w bia­łej rę­ka­wicz­ce.

 

Był to dość wy­so­ki męż­czy­zna z lekko za­zna­czo­nym brzusz­kiem. Jego cera była dosyć blada. – Powtórzenia.

Może: Był to dość wy­so­ki męż­czy­zna o bladej cerze i z lekko za­zna­czo­nym brzusz­kiem.

 

Jed­nak ubra­nie miał te same… – Jed­nak ubra­nie miał to samo

 

Za­pra­szam za mną.Proszę za mną.

 

Część z nich, w wy­dzie­lo­nej stre­fie, sie­dzia­ła na głę­bo­kich, czar­nych fo­te­lach.Część z nich, w wy­dzie­lo­nej stre­fie, sie­dzia­ła w głę­bo­kich, czar­nych fo­te­lach.

 

Przy­po­mi­na­ją­cy mózg nie­wy­obra­żal­nie wiel­kie­go ol­brzy­ma, zbu­do­wa­na z że­la­za, sre­bra, złota, dia­men­tu i pla­ty­ny. Ople­cio­na ka­bla­mi ni­czym ofia­ra pa­ję­czą sie­cią.Przy­po­mi­na­ją­cy mózg nie­wy­obra­żal­nie wiel­kie­go ol­brzy­ma, zbu­do­wa­ny z że­la­za, sre­bra, złota, dia­men­tów i pla­ty­ny. Ople­cio­ny ka­bla­mi, ni­czym ofia­ra pa­ję­czą sie­cią.

Opisujesz mózg, a ten jest rodzaju męskiego. O Maszynie mówisz dopiero w kolejnym zdaniu.

Czy do zbudowania mózgu użyto jednego diamentu? ;-)

 

Z tru­dem ode­rwał wzrok od glo­rii Ma­szy­ny… – Gloria, to sława i chwała. Czy Falcon patrząc na Maszynę, na pewno widział glorię?

 

Te słowa cał­ko­wi­cie wy­trą­ci­ły Fal­co­na z pan­ta­ły­ku. – Można kogoś zbić z pantałyku, ale z pantałyku nie można nikogo wytrącić. Można natomiast wytrącić z równowagi.

Zbić z pantałyku, to związek frazeologiczny, czyli forma ustabilizowana i utrwalona zwyczajowo, której nie korygujemy, nie dostosowujemy do współczesnych norm językowych ani nie adaptujemy do aktualnych potrzeb piszącego/ mówiącego.

 

Słu­żąc Ma­szy­nie zaj­dziesz dalej, niż mo­żesz sobie wy ob­ra­zić. – Zbędna spacja.

 

Bę­dziesz żył w do­stat­ku, wręcz luk­su­sie, bę­dziesz miał wła­dzę i cze­go­kol­wiek, czego tylko za­pra­gniesz.Bę­dziesz żył w do­stat­ku, wręcz luk­su­sie, bę­dziesz miał wła­dzę i wszystko, cze­go­ tylko za­pra­gniesz.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W wieku 14 lat napisałem chyba swoje pierwsze opowiadanie. Było o wiele gorsze od Twojego.

 

Z pewnością czeka Cię dużo pracy nad warsztatem (wystarczy spojrzeć na komentarz Regulatorów ;)), ale wszyscy mają z tym problem na początku. Fabularnie dość prosto, jednak według mnie jest znośnie. Czytaj, twórz, poprawiaj i będzie coraz lepiej.

Generalnie, to gdybym ja tak pisał w Twoim wieku… ;)

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Chłopie! Zazdroszczę Ci tak wcześnie odkrytej w sobie umiejętności, nieprzypadkowej!, klecenia zdań w coś sensownego i wciągającego. Czytało mi się to całkiem przyjemnie, od drugiego akapitu załapałem już klimat opowieści. I cóż z tego, że to takie oklepane i powielające schematy (a i błędów trochę jest), lecz na Twój wiek… ho ho, ja tu nie widzę innej rady, jak zachęcić Cię do dzielenia się z nami kolejnymi tekstami, przepuszczaniem ich przez betę by szlifować swoje teksty. A gdy to zrobisz wysyłaj na konkursy, masz spore szanse (przeczytałem też Twój drugi tekst) w swoich kategoriach wiekowych.

Zerkaj sobie co jakiś czas na stronkę aktualnekonkursy.pl i wyszukuj takich zawodów, w których są kategorie wiekowe (dla młodzieży szkolnej i dla dorosłych). Zachęcam Cię do tego bardzo mocno (po pierwsze, będziesz musiał pisać; po drugie, posiądziesz umiejętność pisania pod ustaloną ilość znaków; po trzecie, staraj się mierzyć z wszelkimi tematami – wyćwiczysz swoją kreatywność, a przy tym warsztat, niekoniecznie z fantastyki).

Kurcze, naprawdę jest ok :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Nowa Fantastyka