- Opowiadanie: śniąca - Demony Barathrii

Demony Barathrii

Prezentuję obiecane opowiadanie-prequel o spotkaniu Ardora i Genei – dwójki Demonów, których love story można poznać w konkursowym Płomieniu.  

 

I oczywiście wielkie dzięki dla betujących :) 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Demony Barathrii

Od­le­głe gwiaz­dy od­bi­ja­ły się de­li­kat­nie w gład­kich po­wierzch­niach wy­po­le­ro­wa­ne­go gra­ni­tu. Sto­ją­ce jedna przy dru­giej czar­ne ko­lum­ny, któ­rych koń­ców nie było widać, uno­si­ły się w próż­ni, tkwiąc nie­ru­cho­mo na swych miej­scach. Ka­mien­ny okrąg wy­zna­czał gra­ni­ce – na ze­wnątrz nie było nic, a we­wnątrz ist­nia­ły wspo­mnie­nia. Mi­nia­tu­ro­we pło­mycz­ki po­bły­ski­wa­ły w głę­biach krysz­ta­łów, za­wie­szo­nych w nie­re­gu­lar­nych od­stę­pach w prze­strze­ni.

Czer­wo­ny pło­mień Ar­do­ra prze­pły­wał po­mię­dzy ko­lum­na­mi. Gdy wi­ro­wał i wił się, na jego obrze­żach błysz­cza­ły złote re­flek­sy. Prze­su­wał się spi­ral­nym ru­chem we­wnątrz kręgu, wciąż wyżej i wyżej. Czę­sto prze­ni­kał przez krysz­tał­ki, mu­skał je. Gdy to robił, roz­le­ga­ły się da­le­kie echa – coś jakby śmiech, dźwięk dzwon­ków, świst wia­tru, sze­le­sty, szumy, szep­ty, tupot. Cza­sem za­brzmiał okrzyk bo­jo­wy, jęk bólu, wrzask stra­chu. A potem wszyst­ko mil­kło.

To była jego ko­lek­cja. Zbiór tro­fe­ów my­śliw­skich. Jeden krysz­tał – jedna dusza i za­klę­ty w niej ogień. Ardor po­tra­fił roz­po­znać każdą z po­sta­ci, pa­mię­tał z ja­kie­go świa­ta i wy­mia­ru po­cho­dzi­ły. Wciąż po­tra­fił wy­czuć ich strach. Ich lękami się kar­mił.

Pa­mię­tał isto­tę o tym ró­żo­wym lśnie­niu. Bała się, jak mało która z po­zo­sta­łych ofiar. Krysz­tał wciąż ema­no­wał prze­ra­że­niem, do­pra­wia­nym wy­bu­cha­mi pa­ni­ki. Zie­lo­ny pod­dał się prak­tycz­nie bez walki – po­lo­wa­nie było mało za­baw­ne i nie dało sa­tys­fak­cji. Ten w ko­lo­rze bur­gun­da… tak, on wal­czył. O mały włos, a Ardor z łowcy stał­by się zwie­rzy­ną. To praw­dzi­wy klej­not w ko­lek­cji. Za­wsze z dziką przy­jem­no­ścią wspo­mi­nał tę wę­żo­wą isto­tę. 

A teraz jego wła­sne świa­tło przy­ga­sa­ło. Zna­czy­ło to tylko jedno – znów nad­cho­dzi­ła pora, by wy­ru­szyć na łowy. Cze­kał tylko na we­zwa­nie. Gdy na­de­szło, demon za­wi­ro­wał i znik­nął. Cisza i ciem­ność po­now­nie ogar­nę­ły prze­strzeń po­mię­dzy ko­lum­na­mi.

 

Wybór świa­ta nigdy nie na­le­żał do Ar­do­ra. I było mu wszyst­ko jedno, dokąd wład­cy Ba­ra­th­rii go wyślą. Li­czy­ły się tylko pod­cho­dy, pogoń, cza­sem walka i wresz­cie zdo­bycz. 

 

Gdy po­ja­wił się w Bra­mie, ce­re­mo­nia się roz­po­czy­na­ła.

 

Z sza­rej masy lekko fa­lu­ją­cych wód wy­ło­nił się już por­tal, stwo­rzo­ny z kar­mi­no­wych bali ska­mie­nia­łe­go drew­na, po­cho­dzą­ce­go z jed­ne­go z od­le­glej­szych świa­tów. Bramę two­rzy­ły czte­ry gład­kie słupy, po­łą­czo­ne dwu­spa­do­wym da­chem z mi­ster­nie rzeź­bio­nych w za­wi­łe wzory gon­tów. Z rogów zwi­sa­ły czte­ry złote łań­cu­chy. Wszyst­ko lśni­ło w ostrym świe­tle dwóch słońc szyb­ko pa­ru­ją­cy­mi kro­pla­mi, co da­wa­ło efekt ota­cza­ją­cej Bramę mgły. Ardor wi­siał w pew­nej od­le­gło­ści od por­ta­lu, cze­ka­jąc aż opar znik­nie.

W końcu za­gra­ły ogni­wa. Ich brzę­cze­nie uło­ży­ło się w prze­dziw­ną me­lo­dię, a łań­cu­chy za­tań­czy­ły pod czer­wo­nym da­chem, spla­ta­jąc się wol­ny­mi koń­ca­mi. Utwo­rzy­ły płyt­ki ko­szyk, do któ­re­go pod­le­ciał Pło­mień.

W samym środ­ku Bramy, na za­ple­cio­nej po­wierzch­ni, za­czął po­ja­wiać się trój­wy­mia­ro­wy obraz. Na po­wierzch­ni globu szyb­ko dało się roz­róż­nić błę­kit­ne wody oce­anów, kilka plam nie­wiel­kich kon­ty­nen­tów i całe mro­wie nie­re­gu­lar­nych kro­pe­czek ozna­cza­ją­cych wyspy. Czer­wo­ny ogień z nie­cier­pli­wo­ścią uno­sił się, wijąc i zło­cąc na obrze­żach. Świat się wy­ostrzył i usta­bi­li­zo­wał. Na to cze­kał Ardor. Na­tych­miast zwi­nął się w spi­ra­lę i do­słow­nie wkrę­cił w błę­kit­ną sferę.

 

Ardor znał tego typu świa­ty, od­wie­dził już kilka z nich. Choć róż­ni­ły się mię­dzy sobą szcze­gó­ła­mi, to jed­nak za­sa­dy życia na każ­dym były prak­tycz­nie takie same. Za­miesz­ki­wa­ły je dwu­noż­ne isto­ty, które miały się za ro­zum­ne. La­ta­mi two­rzy­ły cy­wi­li­za­cje, a potem w ciągu kilku dni po­tra­fi­ły je znisz­czyć w imię czy­jeś ura­żo­nej dumy, czy wy­bu­ja­łej am­bi­cji. Na­zy­wa­li sie­bie ludź­mi, tak samo na każ­dej z pla­net, w każ­dym z wy­mia­rów. Wszyst­kich też łą­czy­ła jedna wspól­na cecha – emo­cje. Nie do końca ro­zu­miał, o co w tym cho­dzi. Lu­dzie wciąż roz­pra­wia­li o ja­kichś od­czu­ciach. Z ich ust wy­le­wa­ły się całe po­to­ki słów. Szep­ta­li, mó­wi­li i wy­krzy­ki­wa­li o tym, co czuli, ana­li­zo­wa­li uczu­cia swoje i wszyst­kich in­nych do­ko­ła. Pło­mień nie ro­zu­miał tego, bo dla niego były to tylko puste dźwię­ki, bez zna­cze­nia i tre­ści. De­mo­ny Ba­ra­th­rii znały tylko kilka pod­sta­wo­wych in­stynk­tów, choć żad­ne­go nie po­tra­fi­ły na­zwać.

Aż kie­dyś, z cie­ka­wo­ści, Ardor za­czął się bli­żej i dłu­żej przy­glą­dać lu­dziom, uczyć się. Dzię­ki temu umiał już roz­róż­nić i na­zwać kilka z tych dziw­nych sta­nów psy­chi­ki i ducha. Znał na­dzie­ję, wi­dział smu­tek, roz­po­zna­wał nie­na­wiść. Jego ulu­bio­nym jed­nak był strach i wszel­kie jego od­mia­ny. Do­ce­niał też od­wa­gę. I wie­dział, że ta dzi­kość, do­da­ją­ca mu zło­tych iskier i siły po uda­nym po­lo­wa­niu, na­zy­wa­na jest ra­do­ścią.

Nie­ste­ty, do­wie­dział się też, że ist­nie­je nuda. To był ten stan, gdy już koń­czy­ły się po­kła­dy ener­gii czer­pa­ne z ostat­niej ofia­ry, a Brama się nie otwie­ra­ła. To te mo­men­ty, gdy błą­kał się po­mię­dzy ko­lum­na­mi, nie wie­dząc, co z sobą po­cząć. Do­pa­da­ła go też w ta­kich mo­men­tach nie­cier­pli­wość – to okre­śle­nie po­znał przy oka­zji ostat­nich łowów.

Kilka po­lo­wań wstecz na­uczył się też in­ne­go ludz­kie­go słowa – sa­mot­ność. Nie znał go wcze­śniej i nigdy nie czuł się sa­mot­ny. Nie znał in­ne­go życia, niż to, które pro­wa­dził. A jed­nak ostat­ni­mi czasy coś mu do­skwie­ra­ło, coś czego jesz­cze nie umiał na­zwać. Bał się, że może się to oka­zać sa­mot­no­ścią.

Te wszyst­kie uczu­cia po­tra­fił już na­zwać i roz­po­znać w roz­bły­skach i przy­ga­sze­niach dusz. Jed­nak wciąż poza za­się­giem jego zro­zu­mie­nia znaj­do­wa­ło się kilka in­nych, o któ­rych dużo i chęt­nie lu­dzie mó­wi­li. Wciąż nie po­tra­fił w nich zo­ba­czyć li­to­ści, wciąż obce mu było współ­czu­cie. Nie ro­zu­miał za­zdro­ści, choć wi­dział ją, ża­rzą­cą się w głę­biach ludz­kich istot. Nigdy jed­nak nie wi­dział u ni­ko­go praw­dzi­wej mi­ło­ści, jakże czę­sto wspo­mi­na­nej.

 

Prze­mie­rza­jąc czas i prze­strzeń, prze­ni­ka­jąc przez róż­no­ra­kie wy­mia­ry, spo­wi­te mgłą, za­sta­na­wiał się, czego na­uczy się od ludzi tym razem.

 

Ardor za­wisł nie­ru­cho­mo nad błę­kit­ną kulą. W swej ogni­stej po­sta­ci nie wi­dział jed­nak tego błę­ki­tu. Do­strze­gał za to mi­lio­ny skrzą­cych się, róż­no­ko­lo­ro­wych lśnień. Jeden pło­myk, jedna dusza. Gdzieś tam, po­śród tego mro­wia cze­kał na niego ko­lej­ny krysz­tał do ko­lek­cji. Nie spie­szył się, był cier­pli­wy. Tego na­uczył się tak dawno, że już nawet nie pa­mię­tał kiedy.

Prze­pły­wał wy­so­ko nad po­wierzch­nią lądów i mórz, le­ni­wie wpa­tru­jąc się w fe­erię barw. Za­uwa­żył, że dusze mi­go­ta­ły ol­brzy­mi­mi gru­pa­mi, nie spo­strzegł ni­g­dzie po­je­dyn­czych. Ozna­cza­ło to sku­pi­ska ludz­kie, zwane mia­sta­mi. Po­mię­dzy nimi znaj­do­wa­ły się duże prze­strze­nie ciem­no­ści. Bez oznak życia, nawet tego zwie­rzę­ce­go. A może na tej pla­ne­cie nie było dzi­kich zwie­rząt?

Ardor ob­la­ty­wał glob po­wo­li, wy­pa­tru­jąc zdo­by­czy. W końcu do­strzegł błysk złota, który wy­róż­niał się spo­śród po­zo­sta­łych świa­te­łek. To było to.

Prze­stro­ił swe po­strze­ga­nie tak, by zo­ba­czyć Zie­mię w jej wła­snym kształ­cie.

Mia­sto, wiel­ka plama stwo­rzo­na z sza­ro­ści ka­mie­nia i zie­le­ni ro­ślin, znaj­do­wa­ło się na samym środ­ku ol­brzy­miej pu­sty­ni, w sercu jed­ne­go z kon­ty­nen­tów. Aby pia­sek nie­sio­ny wia­trem nie wdzie­rał się po­mię­dzy bu­dyn­ki, mia­sto oto­czo­ne zo­sta­ło po­tęż­nym murem. Wy­zna­czał gra­ni­cę po­mię­dzy ży­ciem i śmier­cią. Po­dróż lą­do­wa przez pu­sty­nię by­ła­by dla ludzi sa­mo­bój­stwem, wi­dział to wy­raź­nie. Jakby na po­twier­dze­nie, z usy­tu­owa­nej po pół­noc­nej stro­nie mia­sta plat­for­my, po­de­rwa­ła się szara ma­szy­na i unio­sła w po­wie­trze. Wy­peł­nio­na była w po­ło­wie to­wa­ra­mi, w po­ło­wie pa­sa­że­ra­mi. Wi­dział świe­cą­cą duszę każ­de­go z nich po­przez stal burt sa­mo­lo­tu.

Dla rów­no­wa­gi, na po­łu­dnio­wym skra­ju me­tro­po­lii, niby gi­gan­tycz­ny bar­ba­kan wkom­po­no­wa­ny w mur, tkwi­ła bu­dow­la, która ze wzglę­du na kil­ku­ki­lo­me­tro­wą po­wierzch­nię sama mogła być małym mia­stecz­kiem. Mu­sia­ła być pusta lub mieć nie­zwy­kle grube mury, bo Demon nie do­strze­gał we­wnątrz żad­ne­go świa­tła. 

 

– Spójrz! Szyb­ko, szyb­ko! – Ka­mi­la szturch­nę­ła Ga­brie­lę tak mocno, że smy­czek wy­padł z ręki dziew­czy­ny na mięk­ką mu­ra­wę. – Spa­da­ją­ca gwiaz­da! Po­myśl szyb­ko ży­cze­nie…

Ga­brie­la spoj­rza­ła na niebo w kie­run­ku, który wska­zy­wa­ła czar­no­skó­ra ko­le­żan­ka. Do­strze­gła zni­ka­ją­cy za ciem­ny­mi ko­ro­na­mi drzew czer­wo­ny błysk. I choć nie zdą­ży­ła się przyj­rzeć, to miała pew­ność, że nie była to spa­da­ją­ca gwiaz­da, czy ra­czej me­te­oryt.

Miała wra­że­nie, że to, co spa­dło z nieba, mo­gła­by zna­leźć po dru­giej stro­nie parku. Schy­la­jąc się po smy­czek po­trzą­snę­ła lekko głową, prze­cząc swym nie­wy­po­wie­dzia­nym na głos my­ślom. To coś nie mogło upaść tak bli­sko. Prze­cież zie­mia nie za­trzę­sła się od ude­rze­nia, nie było bły­sku eks­plo­zji, jakie ob­ser­wo­wa­ła na pu­sty­ni na po­łu­dnie od Mia­sta. Za­wsze pod­czas desz­czy me­te­ory­tów, wraz z in­nymi wi­dzami, sia­da­ła na skra­ju dachu bu­dyn­ku, skry­wa­ją­ce­go w swych mu­rach Wul­kan. Za­pa­trzo­ną w cu­dow­ne zja­wi­sko Ga­brie­lę w ta­kich mo­men­tach prze­peł­niał zachwyt i spo­kój.

Teraz jed­nak ogar­nął ją dziw­ny nie­po­kój, z któ­re­go źró­dła nie po­tra­fi­ła zdać sobie spra­wy. Zło­ży­ła go w końcu na karb zwy­kłej tremy przed wy­stę­pem. Pro­stu­jąc się wzię­ła kilka głę­bo­kich wde­chów, żeby uspo­ko­ić nerwy.

– …po­my­śla­łaś swoje? – Ka­mi­la wciąż pa­pla­ła, wy­ma­chu­jąc trzy­ma­ny­mi w dłoni skrzyp­ca­mi. – Bo ja tak. Ale nic nie mów. Bo się nie speł­ni. Ja ci też swo­je­go nie wy­ja­wię. Ach, jakby było cu­dow­nie, gdyby się speł­ni­ło!

– Co? – Ga­bry­sia do­pie­ro teraz zwró­ci­ła uwagę na ko­le­żan­kę, któ­rej usta się nie za­my­ka­ły.

– No, ży­cze­nie. Prze­cież mówię. Ale nie mogę ci po­wie­dzieć jakie. No wiesz, bo się nie speł­ni.

– Tak, tak, mó­wi­łaś już o tym. – Po­pchnę­ła lekko Ka­mi­lę w stro­nę roz­sta­wio­nej na skra­ju błoni i rzę­si­ście oświe­tlo­nej sceny. – A teraz chodź, bo zaraz nasza kolej. Zo­bacz, kwar­tet gi­ta­ro­wy już scho­dzi.

Dziew­czę­ta pod­bie­gły do drew­nia­nych schod­ków, nieco nie­zgrab­nie, gdyż  wy­so­kie ob­ca­sy za­głę­bia­ły się w mięk­kim pod­ło­żu.

Gdy prze­brzmia­ły brawa zgro­ma­dzo­nej na bło­niach pu­blicz­no­ści, kon­fe­ran­sjer za­po­wie­dział ko­lej­ne wy­ko­naw­czy­nie cha­ry­ta­tyw­ne­go kon­cer­tu, zor­ga­ni­zo­wa­ne­go przez stu­den­tów Aka­de­mii Mu­zycz­nej. Zgod­nie ze sce­na­riu­szem scho­dził z jed­nej stro­ny w tym samym mo­men­cie, w któ­rym skrzy­pacz­ki wcho­dzi­ły z dru­giej.

Sta­nę­ły po­środ­ku sceny, w świe­tle bia­łych re­flek­to­rów i skło­ni­ły się lekko.

Sta­no­wi­ły nie tylko od­mien­ne oso­bo­wo­ści, ale i po­sta­ci. Ka­mi­la, o skó­rze czar­nej i krót­ko przy­strzy­żo­nych kru­czych wło­sach, ubra­na była w śnież­no­bia­łą, się­ga­ją­cą ziemi suk­nię. Z Ga­brie­lą, poza skrzyp­ca­mi, łą­czył ją je­dy­nie ten sam krój stro­ju. Tu jed­nak po­do­bień­stwa się koń­czy­ły. Czerń szaty Ga­brie­li kon­tra­sto­wa­ła z bielą jej skóry i ja­sno­brą­zo­wy­mi wło­sa­mi. Się­ga­ją­ce nor­mal­nie po­ło­wy ło­pa­tek loki, zwią­za­ne teraz były w koń­ski ogon i tylko jeden krót­szy ko­smyk opa­dał na lewy po­li­czek.

Roz­po­czę­ła Ga­brie­la. Smy­czek po­wo­li prze­su­wał się po stru­nach, skrzyp­ce za­wo­dzi­ły czy­stym dźwię­kiem dłu­gich nut. Po dwóch tak­tach do­łą­czy­ła Ka­mi­la. Szyb­ko prze­bie­ra­ła pal­ca­mi, smy­czek za­tań­czył sza­leń­czo. Utwór na­brał tempa. Ilu­mi­na­cja re­flek­to­rów za­czę­ła zmie­niać barwy w rytm pul­su­ją­cej me­lo­dii.

Przed sceną roz­sta­wio­ne były le­d­wie dwa rzędy krze­seł dla naj­waż­niej­szych gości. Resz­ta wi­dow­ni zaj­mo­wa­ła miej­sca sto­ją­ce, co po­zwa­la­ło lu­dziom swo­bod­nie się prze­miesz­czać w trak­cie kon­cer­tu, nie prze­szka­dza­jąc innym. I, jak to za­zwy­czaj w ta­kich przy­pad­kach bywa, przy każ­dej zmia­nie wy­ko­naw­cy na­stę­po­wa­ły lo­kal­ne mi­gra­cje.

 

Szczu­pły, młody męż­czy­zna, w do­brze skro­jo­nym gra­fi­to­wym gar­ni­tu­rze o mod­nym, pół-spor­to­wym kroju, pod­szedł do dru­gie­go rzędu krze­seł. Kilka sto­ją­cych obok dziew­cząt prze­sta­ło sku­piać się na grze duetu skrzyp­co­we­go, co i raz ob­rzu­ca­jąc no­wo­przy­by­łe­go za­in­try­go­wa­ny­mi spoj­rze­nia­mi. Śnia­da cera, gład­ko wy­go­lo­na twarz, w któ­rej, oko­lo­ne czer­nią rzęs, błysz­cza­ły rów­nie czar­ne oczy. Tak samo ciem­ne włosy, lśni­ły w od­bi­tym od sceny świe­tle. Po­sta­wa męż­czy­zny przy­cią­ga­ła spoj­rze­nia rów­nie mocno, jak wy­gląd. Wy­pro­sto­wa­ny, ręce za­ło­żo­ne do tyłu, wzrok wbity w wy­stę­pu­ją­ce dziew­czy­ny.

Ardor, przy­bra­ny w ludz­ką po­stać, stał kilka me­trów od sceny i nie zwa­żał na roz­le­ga­ją­ce się do­ko­ła szep­ty. Jego uwagę po­chła­nia­ły skrzy­pacz­ki i ich gra. Dzia­ło się z nim coś nie­zwy­kłe­go. Pło­mień we­wnątrz ziem­skie­go ciała łkał i wił się w bólu wraz ze skar­gą skrzy­piec. A potem znów plą­sał w tańcu ra­do­ści, skry szczę­ścia ska­ka­ły w rytm reela. Chło­nął każdy gest, każdą nutę. Za­pi­sy­wał je w pa­mię­ci.

Ka­mi­la błysz­cza­ła se­le­dy­nem, któ­re­go nie mogło przy­ćmić nawet złoto Ga­brie­li. Grały ca­ły­mi sobą. Zda­wa­ło się nawet mo­men­ta­mi, że to nie dło­nie pro­wa­dzą smycz­ki, ale smycz­ki dyk­tu­ją ruch ciała. Jak nikt inny Ardor wi­dział, że dziew­czę­ta wkła­da­ją w grę serca i dusze. Spod smy­ków ula­ty­wa­ły w po­wie­trze snopy zło­tych i se­le­dy­no­wych ogni­ków.

Ka­mi­la wo­dzi­ła pół­przy­tom­nym wzro­kiem, od czasu do czasu po­ka­zu­jąc w uśmie­chu równe, białe zęby. Bie­ga­ła w ta­necz­nych plą­sach po sce­nie. Przy ob­ro­tach ma­te­riał sukni fur­ko­tał wokół szczu­płych łydek. Ga­brie­la, prze­ciw­nie, przy­tu­py­wa­ła tylko lekko, sto­jąc w jed­nym miej­scu. Po­wie­ki miała przy­mknię­te, ko­smyk, po­ru­sza­ny gwał­tow­ny­mi ru­cha­mi głowy, wił się przy po­licz­ku, tuż ponad pu­dłem in­stru­men­tu.

Umil­kła ostat­nia nuta fi­na­ło­we­go utwo­ru. Dziew­czę­ta za­sty­gły w bez­ru­chu. Ka­mi­la znów sze­ro­ko się uśmiech­nę­ła. Ga­brie­la otwo­rzy­ła oczy i tylko lekko unio­sła ką­ci­ki ust. Ardor zo­ba­czył, że jej tę­czów­ki mają kolor ciem­ne­go bursz­ty­nu.

Skrzy­pacz­ki sta­nę­ły obok sie­bie i, chwy­ciw­szy się za ręce, skło­ni­ły nisko pu­blicz­no­ści, która na­gro­dzi­ła wy­stę­pu­ją­ce grom­ki­mi bra­wa­mi. Gdzieś z boku grup­ka mło­dzie­ży - naj­wy­raź­niej bli­scy zna­jo­mi lub przy­ja­cie­le – gło­śno wi­wa­to­wa­ła i do­ma­ga­ła się bisu. Ka­mi­la po­sła­ła w tłum po­ca­łu­nek, Ga­brie­la nie­śmia­ło za­ma­cha­ła dło­nią. Za­sa­dy kon­cer­tu były jasno okre­ślo­ne – żad­nych bisów. Po­mi­mo okrzy­ków nie­za­do­wo­le­nia duet zszedł ze sceny, ustę­pu­jąc miej­sca kon­fe­ran­sje­ro­wi i ko­lej­nym wy­ko­naw­com.

 

Ra­czej nikt nie przy­cho­dził na próby Ga­brie­li. Wszy­scy przy­ja­cie­le za­ję­ci byli za­zwy­czaj swo­imi spra­wa­mi, a obcy nie wy­ka­zy­wa­li aż ta­kie­go za­in­te­re­so­wa­nia jej grą. Tym razem jed­nak było ina­czej. Kilka rzę­dów za ko­le­ga­mi, cze­ka­ją­cy­mi na swoją kolej i parą pro­fe­so­rów od­po­wie­dzial­nych za przy­go­to­wy­wa­ny kon­cert, gdzieś w cie­niu nie­oświe­tlo­nej wi­dow­ni, po­ja­wił się ta­jem­ni­czy młody czło­wiek. Sie­dział tam już zanim przy­szła. Za­uwa­ży­ła jed­nak, że był dość znu­dzo­ny i wy­da­wa­ło się, że nie słu­chał im­pro­wi­zo­wa­nych wpra­wek jed­ne­go z naj­lep­szych stu­den­tów aka­de­mii, który wła­śnie koń­czył prze­bie­gać pal­ca­mi po kla­wia­tu­rze for­te­pia­nu.

Miała jesz­cze chwi­lę, więc ukry­ta za kur­ty­ną ob­ser­wo­wa­ła nie­spo­dzie­wa­ne­go widza. O ile mogła oce­nić z tej od­le­gło­ści i w kiep­skim świe­tle, był około de­ka­dę star­szy od niej, miał śnia­dą cerę i ciemną czu­pry­nę. Szcze­gó­łów twa­rzy nie po­tra­fi­ła do­strzec. Ubra­nie miał ra­czej pro­ste – w miarę wy­raź­nie wi­dzia­ła tylko czar­ną ko­szu­lę.

Za­czę­ła się za­sta­na­wiać, dla kogo tu się pojawił. Gdy pia­ni­sta skoń­czył grę, jesz­cze tylko wy­mie­nił kilka zdań z jed­nym z pro­fe­so­rów i zszedł ze sceny. Wy­wo­ła­na Ga­brie­la ści­skała w spo­co­nej nagle dłoni smy­czek. Pod­no­sząc in­stru­ment do brody za­uwa­ży­ła jesz­cze kątem oka, że ta­jem­ni­czy męż­czy­zna wy­pro­sto­wał się w swoim fo­te­lu i po­czu­ła na sobie jego spoj­rze­nie.

Przy­mknę­ła oczy, jak za­wsze, gdy mu­sia­ła się skon­cen­tro­wać. Po­cią­gnę­ła smycz­kiem po stru­nach. Sku­pi­ła się na grze i za­po­mnia­ła szyb­ko o ob­ser­wu­ją­cym ją nie­zna­jo­mym. Po kilku tak­tach otwo­rzy­ła oczy, ale spoj­rze­nie miała pół­przy­tom­ne. W pew­nym mo­men­cie jej wzrok prze­śli­znął się po wi­dow­ni. Palce lewej dłoni za­sty­gły w bez­ru­chu, smy­czek, z ra­nią­cym uszy zgrzy­tem, zje­chał z ostat­niej stru­ny. Nie zwa­ża­jąc na uwagi pro­fe­so­ra spoj­rza­ła prze­ra­żo­na ponad jego głową w stro­nę dal­szych rzę­dów. Zo­ba­czy­ła tylko roz­my­tą w pół­mro­ku twarz męż­czy­zny w czer­ni. A mo­gła­by przy­siąc, że jesz­cze przed chwi­lą w tej twa­rzy, w miej­scu oczu, wi­dzia­ła dwa czer­wo­ne ognie.

Otrzą­snę­ła się i wró­ci­ła do gry, wma­wia­jąc sobie, że to tylko zwy­kłe przy­wi­dze­nie. Jej gra nie była już jed­nak tak czy­sta i ży­wio­ło­wa.

 

Ardor naj­chęt­niej sie­dział­by i słu­chał bez końca. Nigdy jesz­cze dźwięk skrzy­piec nie zro­bił na nim ta­kie­go wra­że­nia. Słabł jed­nak z każdą chwi­lą i nie mógł sobie po­zwo­lić na prze­dłu­ża­nie wi­zy­ty w tym świe­cie bez po­rząd­ne­go wzmoc­nie­nia. A to ozna­cza­ło jak naj­szyb­sze roz­po­czę­cie po­lo­wa­nia.

Zanim dziew­czy­na skoń­czy­ła grę, opu­ścił salę i bu­dy­nek aka­de­mii. Scho­wał się w cie­niu ro­sną­ce­go nie­opo­dal wej­ścia kasz­ta­nu.

 

Ta próba nie na­le­ża­ła do uda­nych. Ga­brie­la nie była za­do­wo­lo­na z gry i z drę­czą­ce­go ją nie­po­ko­ju. Ze zde­ner­wo­wa­nia nie za­bra­ła skrzy­piec, co uzmy­sło­wi­ła sobie już w bra­mie bu­dyn­ku. Przez uła­mek se­kun­dy za­wa­ha­ła się, czy nie wró­cić po in­stru­ment. Do­szła jed­nak do wnio­sku, że w szaf­ce w aka­de­mii jest on bez­piecz­ny, a tego dnia i tak już nie bę­dzie ćwi­czyć. Rów­nie do­brze może przy­je­chać wcze­snym ran­kiem, przed za­ję­cia­mi.

Ru­szy­ła więc przed sie­bie, prze­wie­siw­szy mały ple­ca­czek przez jedno ramię i scho­waw­szy ręce do kie­sze­ni spodni.

 

Po­ja­wi­ła się w otwar­tym wyj­ściu i na mo­ment sta­nę­ła, jakby nie­zde­cy­do­wa­na dokąd iść. Ardor wi­dział, jak wło­ży­ła ręce do kie­sze­ni i ru­szy­ła przed sie­bie. Nic nie wska­zy­wa­ło na to, że do­strze­gła go scho­wa­ne­go za gru­bym pniem.

Ru­szył po­wo­li za nią.

 

Spa­cer nieco ją uspo­ko­ił. Ga­brie­la za­po­mnia­ła o ta­jem­ni­czym męż­czyź­nie i nie­uda­nej pró­bie. Za­czę­ła w my­ślach nawet ukła­dać nową aran­ża­cję do naj­now­sze­go utwo­ru. Mo­men­ta­mi, za­po­mi­na­jąc, że jest na ulicy, po­gwiz­dy­wa­ła kilka nut. Aż z za­my­śle­nia wy­rwa­ło ją gwał­tow­ne szarp­nię­cie za ramię.

Odór al­ko­ho­lu owio­nął twarz dziew­czy­ny, gdy na­past­nik przy­cią­gnął ją do sie­bie. Coś tam beł­ko­tał, ale nawet nie sta­ra­ła się słu­chać. Spa­ra­li­żo­wa­na stra­chem, pa­trzy­ła na nie­ogo­lo­ną, brud­ną gębę i tłu­ste, zmierz­wio­ne włosy pi­ja­ka, który wcią­gnął ją w jakąś bramę. Po chwi­li od­zy­ska­ła pa­no­wa­nie nad sobą i spró­bo­wa­ła się wy­szar­pać. Jed­nak na­past­nik, mimo że pi­ja­ny, był znacz­nie sil­niej­szy i nie wy­pusz­czał jej z moc­ne­go uści­sku. Chcia­ła krzyk­nąć, za­wo­łać kogoś na pomoc, ale w tym mo­men­cie cuch­ną­cy od­dech omal nie przy­pra­wił jej o omdle­nie.

Nogi ugię­ły się pod Ga­brie­lą i, wy­pusz­czo­na nagle, osu­nę­ła się na ka­mien­ny chod­nik. Spoj­rza­ła w górę. Ta­jem­ni­czy me­lo­man wła­śnie za­da­wał po­tęż­ny cios w szczę­kę me­ne­la. W ciem­nych oczach, skie­ro­wa­nych na twarz prze­ciw­ni­ka, roz­go­rzał pur­pu­ro­wy blask, usta wy­krzy­wił dziw­ny gry­mas. Bez jed­ne­go pi­śnię­cia, bojąc się gło­śniej ode­tchnąć, wy­co­fa­ła się z bramy na czwo­ra­kach, na ulicy po­de­rwa­ła się na nogi i rzu­ci­ła do biegu.

Su­mie­nie pod­po­wia­da­ło, że po­win­na po­dzię­ko­wać swemu nie­spo­dzie­wa­ne­mu obroń­cy. Jakaś jej część bała się go jed­nak chyba jesz­cze bar­dziej niż pi­ja­ka w bra­mie.

 

Czuj­nej uwagi Ar­do­ra nie umknę­ła brud­na łapa, która wy­ło­ni­ła się z bramy sta­rej ka­mie­ni­cy i po­chwy­ci­ła Ga­brie­lę. W kilku su­sach demon zna­lazł się za ple­ca­mi draba. Po­trak­to­wał tę spra­wę bar­dzo oso­bi­ście – jako na­paść na swoją wła­sność. Za­gro­że­nie dla jego łupu. Wście­kłość za­pa­li­ła mu ognie w oczach, gdy wy­mie­rzał cios.

Uciecz­kę Ga­brie­li za­uwa­żył do­pie­ro, gdy dziew­czy­na zni­ka­ła za ro­giem ulicy. Ardor przez uła­mek se­kun­dy za­sta­na­wiał się, co zro­bić. Czuł się osła­bio­ny, a tu przed nim le­ża­ło, jak po­da­ne na tacy, be­żo­we świa­tło. Nie naj­lep­szej ja­ko­ści i mocy, ale za­wsze po­żyw­ne.

Prawo mó­wi­ło jasno – wy­ru­szył na kon­kret­ne po­lo­wa­nie i nie mógł sa­mo­wol­nie zmie­nić zdo­by­czy. Jed­nak wolno mu było jej bro­nić, a gra­ni­ce obro­ny wła­sno­ści w Pra­wie nie zo­sta­ły okre­ślo­ne. Chyba wład­cy Ba­ra­th­rii nie będą mieć mu za złe, jeśli po­si­li się tym ochła­pem, który usi­ło­wał po­zba­wić go łupu. Jeśli się jed­nak po­my­lił i nad­in­ter­pre­to­wał Prawo, to nie tylko by się nie po­ży­wił, ale i bez­pow­rot­nie utra­cił tę odro­bi­nę ener­gii zu­ży­tej na pi­ja­ka. Zde­cy­do­wał się za­ry­zy­ko­wać.

Po chwi­li, po­mię­dzy gra­ni­to­wy­mi ko­lum­na­mi świa­ta de­mo­na, po­ja­wił się ko­lej­ny krysz­tał. W jego wnę­trzu błą­ka­ła się mdła iskier­ka.

 

Od­szu­ka­nie Ga­brie­li nie było dla Ar­do­ra żad­nym pro­ble­mem. Gdy gubił ją jako czło­wiek, od­naj­dy­wał jako Pło­mień. Z za­pa­sem nowej ener­gii po­sta­no­wił się za­ba­wić. Po­ka­zy­wał się dziew­czy­nie i zni­kał. Za­ga­niał, jak pa­sterz za­gu­bio­ną owiecz­kę. Kie­ro­wał w od­lud­ne miej­sca, w któ­rych nie mogła uzy­skać po­mo­cy. Dzię­ki umie­jęt­no­ści tka­nia ilu­zji spra­wiał, że na­po­tka­ni lu­dzie nie wi­dzie­li i nie sły­sze­li dziew­czy­ny.  

 

Ga­brie­lę opusz­cza­ły po­wo­li siły. Ten sza­leń­czy po­ścig zda­wał się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność. Prze­mie­rzy­ła już chyba całe mia­sto i ni­g­dzie nie zna­la­zła schro­nie­nia. Wszę­dzie ją znaj­do­wał. Miała wra­że­nie, że spoj­rze­nie ogni­stych oczu sięga po­przez mury.

Czuła się jak za­szczu­ta zwie­rzy­na, która ja­kimś cudem dała się, wbrew roz­sąd­ko­wi, od­go­nić od stada. Na­po­tka­ni po dro­dze lu­dzie igno­ro­wa­li ją, jakby była po­wie­trzem. Jakby nagle prze­sta­ła ist­nieć.

A teraz przed sobą miała ścia­ny Wul­ka­nu. Po­tęż­ne mury wzno­si­ły się wy­so­ko, od­dzie­lo­ne od pła­skiej po­wierzch­ni dachu sze­ro­kim pasem szkla­nej tafli okien. Z praw­dzi­wym wul­ka­nem ukry­ta za żel­be­to­nem ta­jem­ni­cza for­ma­cja nie miała nic wspól­ne­go. Po­środ­ku wy­pię­trze­nia ciem­nych skał ział otwór stud­ni, czy też kra­te­ru o śred­ni­cy za­le­d­wie kilku me­trów. Nikt nie wie­dział jak głę­bo­ko się­gał, ani co się może w nim znaj­do­wać. Przez całe de­ka­dy i stu­le­cia nie udało się ni­ko­mu tego zba­dać. W końcu, po ko­lej­nych śmier­tel­nych wy­pad­kach, Wul­kan oto­czo­no murem i teraz wstęp zo­stał ogra­ni­czo­ny do wą­skie­go grona na­ukow­ców, ich stu­den­tów oraz nie­licz­nych już zwie­dza­ją­cych, któ­rzy mu­sie­li prze­strze­gać ry­go­ry­stycz­nych zasad bez­pie­czeń­stwa. 

Dalej nie było już nic poza pu­sty­nią, gdzie drob­ny pia­sek prze­sy­py­wał się z każ­dym po­dmu­chem wia­tru. Ga­brie­la nie miała już dokąd ucie­kać.

Zmę­czo­na, ob­cho­dząc bu­dy­nek, na­tknę­ła się na uchy­lo­ne sta­lo­we drzwi. Wśli­zgnę­ła się do środ­ka. Nie za­uwa­ży­ła tam ni­ko­go. Za­czę­ła chył­kiem prze­my­kać w od­le­gły kąt. Pra­wie na czwo­ra­kach wspi­na­ła się po nie­rów­nej skale, cze­pia­ła się pal­ca­mi ostrych kra­wę­dzi. Wznie­co­ny ru­chem pył wzno­sił się w nie­ru­cho­mym po­wie­trzu, po czym osia­dał na ubra­niu i skó­rze. Dziew­czę­ca twarz po­sza­rza­ła, dło­nie zro­bi­ły się czar­ne, zmierz­wio­ne wcze­śniej przez po­dmu­chy wia­tru włosy skle­ił pot i czar­ne cząst­ki lgnę­ły do niego jak do lepu.

Wspię­ła się naj­wy­żej jak się dało. Na po­szar­pa­nej po­wierzch­ni szczy­tu zna­la­zła sobie skra­wek miej­sca, w któ­rym zwi­nę­ła się w kłę­bek. Dwie łzy spły­nę­ły po nosie i po­licz­ku, żło­biąc w przy­kle­jo­nym do ciała pyle jasne ślady. Zanim za­mknę­ła oczy, ma­ja­cząc, wy­szep­ta­ła jesz­cze w pustą prze­strzeń przed sobą: „Daj mi od­po­cząć, daj mi ze­brać siły. Pro­szę, tak bar­dzo pro­szę.” Ga­brie­li jesz­cze tylko zdą­ży­ła przez głowę prze­mknąć myśl o tym, że może le­piej już nigdy się nie obu­dzić. I za­pa­dła w sen. Sen bez ma­rzeń. Tylko ciem­ność, cisza i pust­ka.

Wzbu­rzo­ne ru­chem po­wie­trze przy twa­rzy wi­ro­wa­ło jesz­cze przez chwi­lę, a czar­ne dro­bin­ki pyłu tań­czy­ły w nim, zanim opa­dły.

 

Ardor z da­le­ka ob­ser­wo­wał Ga­brie­lę, gdy zni­ka­ła za drzwia­mi pro­wa­dzą­cy­mi do Wul­ka­nu. Jego przy­stoj­ną ludz­ką twarz wy­krzy­wił gry­mas, który miał być uśmie­chem zwy­cię­stwa. Po­ścig nie był naj­gor­szy, mu­siał przy­znać, że nawet dość udany. De­mo­no­wi bra­kło jed­nak walki. Tym razem też się jej nie spo­dzie­wał. Kru­che ciało dziew­czy­ny nie było stwo­rzo­ne do boju i mu­siał się z tym po­go­dzić.

Po­wo­li, spa­ce­ro­wym kro­kiem pod­szedł do sta­lo­wych drzwi. Pchnął je lekko i wszedł do środ­ka. Żaden z nie­wiel­kiej grup­ki stu­den­tów, scho­dzą­cych wy­cię­ty­mi w zbo­czu schod­ka­mi, go nie za­uwa­żył. Po­cze­kał bez ruchu, scho­wa­ny za dużym odłam­kiem skal­nym, aż wyjdą i za­mkną za sobą drzwi. Nie spie­szy­ło mu się. Jego ofia­ra już tu była i nie miała dokąd ucie­kać. Gdy w zamku za­zgrzy­tał klucz, Ardor mach­nął ręką i czar­ny pył wzbił się w górę ni­czym trąba po­wietrz­na i po­słusz­ny jego woli osiadł grubą war­stwą na wszyst­kich szy­bach. Teraz żaden pro­mień nie mógł się prze­do­stać do wnę­trza bu­dow­li. Ani prze­nik­nąć na ze­wnątrz.

Ru­szył w górę po świe­tli­stych śla­dach, tylko dla niego wi­docz­nych. Bez trudu zna­lazł le­żą­cą po­stać dziew­czy­ny. Pro­mie­nia­ła wciąż tym samym nie­zmien­nym bla­skiem.

Gdy zbli­żył się do niej na ja­kieś dwa kroki, po­mię­dzy nimi za­lśni­ły w po­wie­trzu li­te­ry ukła­da­ją­ce się w biały, mi­go­tli­wy napis:

„Daj mi od­po­cząć, daj mi ze­brać siły. Pro­szę, tak bar­dzo pro­szę.”

Zbli­żył się jesz­cze o krok. Słowa zmie­ni­ły kolor z bia­łe­go na złoty i póź­niej kar­mi­no­wy. Uno­si­ły się tak mię­dzy dwoma cia­ła­mi jak tar­cza, chro­nią­ca jedno przed dru­gim. Demon znów się uśmiech­nął. Mógł za­cze­kać.

Ardor przy­siadł obok na zim­nej skale. Oparł łok­cie o ko­la­na, a na dło­niach brodę. Za­czął wpa­try­wać się w śpią­cą. Naj­pierw po­dzi­wiał to świa­tło, które miało stać się ozdo­bą ko­lek­cji. Jego czy­stą barwę, siłę, cie­pło od niego bi­ją­ce.

Przez krót­ką chwi­lę po­czuł coś dziw­ne­go. Jakby ukłu­cie, gdzieś we­wnątrz ogni­stej duszy. Nie po­tra­fił na­zwać tego uczu­cia, bo nie znał zna­cze­nia słowa żal. To złoto za­miast zo­stać za­mknię­te w krysz­ta­le, w gra­ni­to­wym kręgu, po­win­no żywe po­dró­żo­wać przez wy­mia­ry. Wraz z nim, pło­myk przy pło­my­ku, iskra przy iskrze. Jego pusty i cichy dom po­mię­dzy gra­ni­to­wy­mi ko­lum­na­mi mógł­by roz­brzmie­wać mu­zy­ką, która prze­cież tkwi­ła w duszy skrzy­pacz­ki. 

Od­rzu­cił jed­nak szyb­ko te myśli. Sa­mo­wol­ne da­ro­wa­nie życia wy­bra­nej ofie­rze po­nio­sło­by za sobą groź­ne kon­se­kwen­cje. Nie pod­sy­co­ny żar życia za­gasł­by przed na­stęp­nym po­lo­wa­niem. Zresz­tą nie by­ło­by już dla niego ko­lej­nych po­lo­wań. Prawo Ba­ra­th­rii było su­ro­we. Wśród de­mo­nów mu­sia­ła ist­nieć rów­no­wa­ga. 

Póź­niej prze­stro­ił się na ludz­ki wzrok i pa­trzył na dziew­czy­nę jak czło­wiek na czło­wie­ka. Ciem­ność nie sta­no­wi­ła dla niego prze­szko­dy. Wi­dział spo­kój ma­lu­ją­cy się na zmę­czo­nej i brud­nej twa­rzy. Wi­dział za­schnię­te ślady łez na za­ku­rzo­nym li­cu. Drob­ne dło­nie, zło­żo­ne razem i wsu­nię­te pod po­li­czek. Sku­lo­ne ciało, spo­czy­wa­ją­ce wśród czar­nych skał.

Nagle spo­strzegł drgnie­nie mię­śnia na jej twa­rzy. Póź­niej gwał­tow­ne ruchy gałek ocznych pod za­mknię­ty­mi po­wie­ka­mi. Już na­uczył się, że to nor­mal­na re­ak­cja tych istot na na­wie­dza­ją­ce je sny. Sie­dział więc dalej bez ruchu, tylko nieco uważ­niej wpa­tru­jąc się w dziew­czy­nę, do mo­men­tu, gdy jej ciało za­czę­ło coraz gwał­tow­niej drgać. Z ust śpią­cej wy­do­był się jęk, zaraz po nim na­stęp­ny. Ardor za­czął się nie­po­ko­ić. Na­tych­miast oczy za­pło­nę­ły czer­wo­no i znów wi­dział je­dy­nie złote świa­tło. Z tym, że teraz mi­go­ta­ło ono nie­spo­koj­nie. Od­ry­wa­ły się od niego po­je­dyn­cze, ma­leń­kie skry, czemu to­wa­rzy­szy­ły jęki ludz­kie­go ciała dziew­czy­ny.

To mu się nie spodo­ba­ło. Ardor ze­rwał się na równe nogi. Wy­cią­gnął przed sie­bie dłoń, w któ­rej po chwi­li zma­te­ria­li­zo­wał się błysz­czą­cy blado, sre­brzy­sty miecz. Szyb­ko, spraw­nym i płyn­nym ru­chem, prze­cią­gnął szty­chem wokół po­sta­ci dziew­czy­ny, za­le­d­wie kilka cen­ty­me­trów od jej ciała. Teraz też za­uwa­żył, że pło­ną­cy napis znik­nął.

W pew­nej chwi­li ostrze roz­bły­sło i na mo­ment jego oczom uka­zał się wą­ziut­ki pro­my­czek są­czą­cy się z dziew­czy­ny. Zanim za­ga­snął, udało mu się usta­lić kie­ru­nek, w któ­rym zmie­rzał. Pły­nął wprost do kra­te­ru.

Ogni­sty nigdy jesz­cze nie oddał ni­ko­mu in­ne­mu swo­jej ofia­ry. Już kilka razy przy­szło mu wal­czyć o swój łup i nigdy jesz­cze nie prze­grał. I nie za­mie­rzał tym razem. 

Pod­szedł do kra­te­ru i sta­nął na samej kra­wę­dzi, spo­glą­da­jąc w dół. Stud­nia była tak głę­bo­ka, że wy­da­wa­ła się bez­den­na. I czar­na. Nie zna­lazł w niej żad­ne­go świa­tła. Cho­ciaż miał wra­że­nie, że do­strze­ga ja­kieś mi­go­ta­nie. Ko­lej­na złota nić po­mknę­ła w głąb wzdłuż skal­nych ścian. A za nią na­stęp­na.

Demon mie­czem za­blo­ko­wał drogę nici, prze­ry­wa­jąc jej bieg. Po chwi­li wy­czuł pod sto­pa­mi de­li­kat­ne wi­bra­cje. Uśmiech­nął się. Ktoś był nie­za­do­wo­lo­ny z ob­ro­tu spra­wy. Teraz wy­star­czy­ło po­cze­kać na dal­szy roz­wój wy­pad­ków. Oparł de­li­kat­nie czu­bek broni na po­ro­wa­tej skale, a dło­nie na gło­wi­cy. Po­sta­wa, jaką przy­jął, wy­da­wa­ła się nie­dba­ła, roz­le­ni­wio­na, jed­nak to tylko po­zo­ry. W rze­czy­wi­sto­ści był gotów do walki, każdy mię­sień ludz­kie­go ciała miał na­pię­ty, wy­ostrzo­ne zmy­sły czuj­ne, oczy go­re­ją­ce czer­wo­nym lśnie­niem. Dla­te­go od razu za­uwa­żył wy­ła­nia­ją­cą się z otwo­ru czar­ną mackę, peł­zną­cą w stro­nę śpią­cej dziew­czy­ny. Cicho, i nie spie­sząc się, pew­nie ciął.

Macka cof­nę­ła się gwał­tow­nie w głąb stud­ni. Od­cię­ty ka­wa­łek za­skwier­czał jak ga­szo­na iskra i za­mie­nił się w dym. Żyłki na ostrzu roz­świe­tli­ły się bielą i za­mi­go­ta­ły. Ardor przy­jął to ze zdzi­wie­niem. Jego ma­gicz­ny oręż wła­śnie dał mu do zro­zu­mie­nia, że wal­czy z innym de­mo­nem. Zanim czar­na macka zni­kła w głę­bi­nie, zdą­żył jesz­cze raz rzu­cić na nią jedno ogni­ste spoj­rze­nie. To był czar­ny Pło­mień. Nigdy ta­kie­go nie spo­tkał.

W tej samej chwi­li zie­mia za­trzę­sła się moc­niej. Kilka odłam­ków skal­nych ukru­szy­ło mu się spod stóp i wpa­dło do cze­lu­ści. Za­ma­chał gwał­tow­nie rę­ka­mi, by zła­pać rów­no­wa­gę i na­tych­miast od­sko­czył w tył.

Sta­nął w lek­kim roz­kro­ku na de­li­kat­nie ugię­tych ko­la­nach w obu dło­niach trzy­ma­jąc broń. Był gotów nie tylko do walki jako czło­wiek, ale też do na­tych­mia­sto­wej prze­mia­ny we wła­sną po­stać.

Ze stud­ni wy­sko­czył po­tęż­ny męż­czy­zna. Sta­nął na po­strzę­pio­nej kra­wę­dzi i przez kilka se­kund prze­ciw­ni­cy przy­glą­da­li się sobie z uwagą.

No­wo­przy­by­ły miał skórę czar­ną jak heban, łysą czasz­kę, mocno za­ry­so­wa­ne szczę­ki. Po­środ­ku pła­skiej twa­rzy tkwił sze­ro­ki nos, a pod nim mię­si­ste, za­mknię­te w tej chwi­li, usta. Oczy wy­da­wa­ły się po­zba­wio­ne bia­łek. Wiła się w nich i po­ły­ski­wa­ła we­wnętrz­nym bla­skiem czerń pło­mie­nia. Ubra­ny był po­dob­nie jak Ardor – w czar­ną ko­szu­lę, jed­nak bez rę­ka­wów, czar­ne spodnie z no­gaw­ka­mi wpusz­czo­ny­mi w cho­le­wy sznu­ro­wa­nych, wy­so­kich butów na gru­bych, moc­nych po­de­szwach.

Wy­cią­gnął prawą rękę i na­tych­miast w dłoni po­ja­wił się szary miecz.

Ardor cze­kał na pierw­szy ruch Czar­ne­go. Ob­ser­wo­wał go wszyst­ki­mi zmy­sła­mi. Dzię­ki do­świad­cze­niu i czuj­no­ści zro­bił szyb­ki unik, gdy ostrze po­mknę­ło w stro­nę gar­dła. Nie­mal na­tych­miast sam ciął sze­ro­kim łu­kiem. Czar­ny od­sko­czył w ostat­niej chwi­li. Za­czę­li krą­żyć wokół sie­bie szu­ka­jąc oka­zji do ko­lej­ne­go ataku.

 

Ga­brie­la już od kilku minut rzu­ca­ła się przez sen. Skóra na jej dło­niach zdzie­ra­ła się o ostre ka­mie­nie, ale coś trzy­ma­ło ją i nie po­zwa­la­ło się obu­dzić.

I cho­ciaż w rze­czy­wi­sto­ści uśpio­ne ciało po­ru­sza­ło się, w ma­ja­ku czuła, że nie może drgnąć. Nawet od­wró­cić głowy. Była za­wie­szo­na w czar­nej próż­ni i je­dy­na rzecz, którą była w sta­nie do­strzec, to złote iskier­ki. Od­ry­wa­ły się od jej ciała, tań­czy­ły przez chwi­lę wokół i w końcu od­la­ty­wa­ły w ciem­ność, ginąc w ni­co­ści. W ich miej­sce po­ja­wia­ły się na­stęp­ne. I spek­takl się po­wta­rzał. Aż dro­bi­ny za­czę­ły łą­czyć się we włók­na i nitki, cie­niut­kie, dłu­gie na kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów. Wi­dzia­ła jak jedna za drugą wy­strze­li­wu­ją z koń­ców pal­ców, z pier­si, ra­mion. Wi­ro­wa­ły przed twa­rzą, spla­ta­ły się w coraz grub­sze i dłuż­sze i znów zni­ka­ły poza za­się­giem jej wzro­ku. Każda opusz­cza­ją­ca ją skra czy nić złota po­wo­do­wa­ła ukłu­cie bólu. Uszczyp­nię­cie, jakby ktoś po skraw­ku wy­dzie­rał z niej jej wła­sne ciało. A może duszę?

W pew­nym mo­men­cie oczy Ga­brie­li po­ra­ził srebr­ny roz­błysk. Prze­cię­ta bły­ska­wi­cą złota nitka roz­wia­ła się w czymś, co – z braku lep­sze­go okre­śle­nia – na­zy­wa­ła po­wie­trzem. Wy­cią­gnę­ła rękę w stro­nę roz­pro­szo­ne­go mi­go­ta­nia, ale cząst­ki świa­tła nie wró­ci­ły do niej. Zni­kły. 

Zo­ba­czy­ła swą dłoń i prze­su­nę­ła nią przed oczy­ma. Całe ciało świe­ci­ło bla­dozło­ci­stą po­świa­tą. Po­ru­szy­ła głową. Spró­bo­wa­ła się ro­zej­rzeć. Do­ko­ła jed­nak wciąż pa­no­wa­ła ciem­ność, gęsta i wy­wo­łu­ją­ca wra­że­nie lep­ko­ści. Prze­szył ją dreszcz. Za­pra­gnę­ła się obu­dzić, uwol­nić z kosz­ma­ru.

 

Dziew­czy­na otwo­rzy­ła oczy. W pierw­szej chwi­li nie wie­dzia­ła, gdzie się znaj­du­je. Ota­cza­ła ją ciem­ność. Unio­sła się lekko, po­zo­sta­jąc jed­nak w po­zy­cji sie­dzą­cej. Pod pie­ką­cą skórą po­ra­nio­nych rąk czuła zimną skałę. Bała się za­ufać zmy­sło­wi rów­no­wa­gi i nie wsta­ła. Spró­bo­wa­ła spoj­rzeć na swoje dło­nie. Wciąż ża­rzy­ły się sła­bym bla­skiem.

Ga­brie­la nagle usły­sza­ła dziw­ny sta­lo­wy zgrzyt. Od­wró­ci­ła się po­wo­li i ostroż­nie. Za jej ple­ca­mi roz­gry­wał się po­je­dy­nek. W po­wie­trze, niby wy­buch fa­jer­wer­ków, wy­strze­li­ła fon­tan­na srebr­nych i bia­łych skier, gdy dwa mie­cze znów się zde­rzy­ły. Kiedy wzrok już przy­zwy­cza­ił się do pa­nu­ją­ce­go pół­mro­ku, oka­za­ło się, że nie jest aż tak ciem­no, jak we śnie. Choć wcale nie była pewna, czy jed­nak wciąż nie śni. Zo­rien­to­wa­ła się już, że jest w mu­rach oka­la­ją­cych Wul­kan, na jego szczy­cie, le­d­wie kilka me­trów od kra­te­ru. Pa­mię­ta­ła, jak tu we­szła. Jed­nak te dwie po­sta­cie nie mogły być rze­czy­wi­ste. Nikt już nie wal­czył białą bro­nią, która nawet nie ist­nia­ła poza kil­ko­ma mu­ze­ami.

A jed­nak ci dwaj męż­czyź­ni za­da­wa­li ciosy mie­cza­mi. Jeden świe­cił sre­brzy­ście, drugi, szary, był le­d­wie wi­docz­ny. Roz­ja­rzał się je­dy­nie w mo­men­cie ze­tknię­cia ze srebr­nym. Sy­pa­ły się też wtedy iskry, roz­świe­tla­jąc nieco obu wal­czą­cych.

Roz­po­zna­ła jed­ne­go z nich. Roz­po­zna­ła­by go za­wsze i wszę­dzie – to on ją prze­śla­do­wał i przed nim ucie­ka­ła od wielu go­dzin. W jego oczach lśnił czer­wo­ny blask, który ją tak prze­ra­żał. Gdy jed­nak uj­rza­ła oczy tego dru­gie­go, o czar­nej skó­rze, tam­ten strach wydał jej się mały i śmiesz­ny. Ta czerń przy­wo­dzi­ła na myśl smo­li­ste dna pie­kieł. Przy­po­mi­na­ła kosz­mar, od któ­re­go uwol­ni­ła ją srebr­na bły­ska­wi­ca. Sku­li­ła się, jed­no­cze­śnie pra­gnąc uciec i nie mogąc się po­ru­szyć. Ob­ser­wo­wa­ła ostrze, mi­ga­ją­ce szyb­ko w po­wie­trzu i zdała sobie spra­wę, że to ono było jej ra­tun­kiem w de­mo­nicz­nym śnie.

Ośle­pia­ją­cy pio­run prze­ciął po­wie­trze, gdy wy­trą­co­ne z ręki Ar­do­ra ostrze prze­le­cia­ło z fur­ko­tem ponad jej głową i, od­bi­ja­jąc się od skał, sto­czy­ło w dół zbo­cza.

Czar­ny za­śmiał się z try­um­fem. Szy­der­czo. Brzmia­ła w tym żądza krwi, pew­ność sie­bie i obiet­ni­ca kosz­mar­nych tor­tur. Szare ostrze do­ty­ka­ło de­li­kat­nie skóry na gar­dle Ar­do­ra.

 

Ardor nie mógł uwie­rzyć, że prze­ciw­ni­ko­wi udało się go roz­bro­ić. Po­zba­wić ma­gicz­ne­go mie­cza, który go nigdy wcze­śniej nie za­wiódł. Jego dumy. Teraz sam od­czuł strach. Spoj­rzał w oczy śmier­ci, która śmie­jąc się w głos za­wo­ła­ła:

– Jam jest Ni­gror! Jam naj­po­tęż­niej­szy z de­mo­nów Ba­ra­th­rii! Mnie nikt nie po­ko­na! – Ude­rzył pię­ścią w pierś ni­czym w bęben. – Nikt nie sta­nie mię­dzy Ni­gro­rem i jego łupem. Nawet ty, łowco. Pożrę cię! – Wy­szcze­rzył kły, war­cząc dziko. – Bę­dziesz moim de­se­rem. Dzię­ki tobie moja moc uro­śnie szyb­ciej niż od tych mar­nych, ziem­skich du­szy­czek. Uro­śnie na tyle, że wrócę do Ba­ra­th­rii i ze­msz­czę się. Za wy­gna­nie. Za wieki ba­ni­cji. Zo­sta­nę nowym wład­cą i wpro­wa­dzę nowe rządy.  

Pycha wręcz fi­zycz­nie pro­mie­nia­ła z Ni­gro­ra, gdy tak się prze­chwa­lał. Ardor, wciąż sto­jąc za­le­d­wie dwa kroki od czar­ne­go, go­rącz­ko­wo roz­my­ślał nad spo­so­bem obro­ny lub uciecz­ki. Po raz pierw­szy roz­wa­żał taką moż­li­wość. Myśl o od­wro­cie za­pie­kła go. Na zmia­nę formy nie miał czasu. Ni­gror na­tych­miast prze­ciął­by gar­dło ludz­kie­go ciała, wy­star­czył­by nie­wiel­ki ruch dło­nią. Na­to­miast ułam­ki se­kund po­trzeb­ne do prze­mia­ny w tej sy­tu­acji to o lata za długo. Uwię­zio­ny w ludz­kim ciele Pło­mień stał­by się ła­twym łupem zaraz po śmier­ci swego no­si­cie­la, bez­bron­ny przez kilka cen­nych mi­li­se­kund.

I nagle stała się rzecz nie­zwy­kła. Dziew­czy­na, na którą żaden z nich nie zwra­cał do tej pory uwagi, po­ru­szy­ła się lekko. Z jej dłoni wy­strze­lił od­prysk skały tra­fia­jąc w czar­ną dłoń, uno­szą­cą oręż. W po­wie­trze od razu po­le­ciał drugi ka­mień.

Zdez­o­rien­to­wa­ny Ni­gror przez mo­ment nie wie­dział gdzie się zwró­cić, w stro­nę któ­re­go z wro­gów. Ardor na­tych­miast wy­ko­rzy­stał wa­ha­nie prze­ciw­ni­ka. Prze­mie­nił się. Ni­gror jed­nak po­zbie­rał się szyb­ko i też się prze­mie­nił. Czar­ny ogień splótł się z czer­wo­nym.

 

Ga­brie­la za­sło­ni­ła oczy przed po­tęż­nym roz­bły­skiem, gdy dwa de­mo­ny zwar­ły się w śmier­tel­nych za­pa­sach. Kiedy blask się zmniej­szył, od­ję­ła dłoń od twa­rzy. Mru­żąc po­wie­ki spo­glą­da­ła na wal­czą­ce pło­mie­nie. Mie­sza­ły się, prze­ni­ka­ły, pró­bo­wa­ły wza­jem­nie się zdu­sić. Teraz za­uwa­ży­ła, że Ardor nie cały był czer­wo­ny. Na po­strzę­pio­nych brze­gach do­strze­gła złote lśnie­nie, które przy­ga­sa­ło po każ­dym ataku Ni­gro­ra. Coraz mniej zło­tych iskie­rek wi­dzia­ła na pur­pu­ro­wej po­wierzch­ni. Po­chła­nia­ła je czerń.

Serce dziew­czy­ny biło mocno i równo. W tym samym ryt­mie pul­so­wał złoty blask na jej skó­rze, prze­bi­ja­jąc się przez przy­le­ga­ją­cy brud. Pa­trzy­ła przez chwi­lę na swoje ręce, po czym prze­nio­sła spoj­rze­nie na wal­czą­cych. Już pra­wie nie wi­dzia­ła zło­te­go skrze­nia.

Pod­ję­ła de­cy­zję. Nie do końca zda­jąc sobie spra­wę z tego, co ka­za­ło jej to zro­bić i skąd wie­dzia­ła, jakie wy­ko­nać gesty, przy­ło­ży­ła do pier­si, na wy­so­ko­ści serca, otwar­te dło­nie. Ode­tchnę­ła głę­bo­ko i za­ci­snę­ła palce, jakby na­bie­ra­ła cze­goś. Gwał­tow­nym ru­chem wy­rzu­ci­ła za­ci­śnię­te pię­ści do przo­du i otwo­rzy­ła je. Reszt­ką świa­do­mo­ści, za­mglo­nym wzro­kiem, zo­ba­czy­ła, jak z jej ciała wy­la­tu­je po­tęż­ny złoty pło­mień. Prze­sło­nił jej świat, za­tań­czył nie­pew­nie tuż przed nią i od­le­ciał. Ciało dziew­czy­ny bez czu­cia upa­dło na skal­ne pod­ło­że.

 

Ardor wie­dział już, że nie da rady Ni­gro­ro­wi. Czar­ny demon oka­zał się znacz­nie po­tęż­niej­szy od niego, był w sta­nie za­głu­szyć i wchło­nąć każde świa­tło. Ardor wal­czył jed­nak. Pró­bo­wał nie pod­da­wać się, ale trwać aż do ostat­nie­go tchnie­nia.

Jed­nak ogar­niał go z każdą chwi­lą coraz więk­szy strach. W końcu już tylko chciał uciec. Uwol­nić się od czar­nych ję­zo­rów i znik­nąć, za­szyć się po­mię­dzy ko­lum­na­mi. Kar­mić wspo­mnie­nia­mi oka­le­czo­ne ist­nie­nie. Nie mógł się jed­nak wy­rwać. Czerń oto­czy­ła go ze wszyst­kich stron, za­mknę­ła w sobie. Wola walki i życia gasła w Ar­do­rze z każdą za­ni­ka­ją­cą skrą.

 

Ni­gror trium­fo­wał. Po­chła­niał wła­śnie jed­ne­go z naj­więk­szych łow­ców Ba­ra­th­rii, przy­swa­jał jego siłę. Już czuł się wład­cą wszyst­kich de­mo­nicz­nych świa­tów, gdy za­szło coś nie­spo­dzie­wa­ne­go. Zna­lazł się w samym środ­ku go­re­ją­ce­go złota. Czar­na dziu­ra jego ist­nie­nia usi­ło­wa­ła wchło­nąć ten blask. Jed­nak pa­lą­ce lśnie­nie ota­cza­ło go, przy­du­sza­ło. Złote świa­tło prze­ni­ka­ło na wskroś. Za późno spo­strzegł, że wzmac­nia czer­wo­ne­go ducha Ar­do­ra. Na pur­pu­ro­wych brze­gach znów po­ja­wi­ły się jasne roz­bły­ski.  

Czar­ny cier­piał teraz pie­kiel­ne tor­tu­ry, tłu­mio­ny z ze­wnątrz przez złoto i od środ­ka przez pur­pu­rę. Zni­kał, gdy cząst­ka po czą­st­ce odłą­cza­ła się od jego ciała i wy­bu­cha­ła w mi­kro­ek­splo­zjach. Aż złota sfera się otwo­rzy­ła i tylko czar­no-sza­ry dym roz­wiał się w po­wie­trzu.

Uwol­nio­ny Ardor od­sko­czył.

Dwa pło­mie­nie, złoty i czer­wo­ny, za­wi­sły obok sie­bie nad otwo­rem kra­te­ru. Przy­glą­da­ły się sobie bez słów.

– Kim… – Nie­wy­po­wie­dzia­ne py­ta­nie za­wi­sło w po­wie­trzu. – Kim je­steś? Kim je­stem ja? – zda­wa­ła się niemo pytać zło­ci­sta ko­lum­na.

Jed­nak Genea cze­ka­ła. Do­pie­ro na­ro­dzo­na nie znała Prawa i nie wie­dzia­ła, co może przy­nieść przy­szłość. Ardor tkwił na­prze­ciw niej nie­zde­cy­do­wa­ny.

Przy­był tu po nią. Ale nie mógł jej teraz, nie po­tra­fił, zabić. Jej ogień był tak wy­jąt­ko­wy. I oca­li­ła go, choć nie mu­sia­ła.

Myśli Ar­do­ra kłę­bi­ły się nie­spo­koj­nie. Zgru­po­wa­ły się w dwa od­dzia­ły i roz­po­czę­ły bitwę. Nie za­uwa­żył, że do udzia­łu w ba­ta­lii przy­łą­czy­ły się uczu­cia. Nie roz­po­znał ich, bo jesz­cze się ich nie na­uczył. A teraz tar­ga­ły nim, po­wo­du­jąc dziw­ne i nie­po­ko­ją­ce wiry we­wnątrz je­ste­stwa. Po­zo­stać wier­nym Prawu, czy je zła­mać?

Po­mię­dzy nimi ro­ze­dr­ga­ło się po­wie­trze. Niby fa­ta­mor­ga­na, po­ja­wił się nad otwo­rem kra­te­ru nie­wy­raź­ny obraz. Błę­kit­no-bia­ła kula. Genea przy­glą­da­ła się jej, usi­łu­jąc zgad­nąć co ozna­cza. Ardor od razu roz­po­znał świat, w któ­rym wła­śnie prze­by­wał. Kula ob­ró­ci­ła się i teraz wi­dział wy­raź­nie zarys kon­ty­nen­tu ze znie­kształ­co­ną plam­ką mia­sta po­środ­ku. Ta plam­ka naj­pierw świe­ci­ła złoto, ale zaraz przy­ga­sła i za­tra­ci­ła się w czer­ni. Ale i ta wkrót­ce zni­kła.

To był znak dla Ar­do­ra. Od­po­wiedź, przy­zwo­le­nie i wy­ja­śnie­nie. To nie Genea była jego rze­czy­wi­stym celem w tym świe­cie, lecz Ni­gror. Zde­ge­ne­ro­wa­ny czar­ny Pło­mień, bun­tow­nik Ba­ra­th­rii.

Gdy błę­kit­na­wa kula roz­my­wa­ła się i zni­ka­ła, miał wra­że­nie, że sły­szy ra­do­sny śpiew skrzy­piec.

 

– Nie mo­że­my jej tak zo­sta­wić. – Kiw­nął w stro­nę le­żą­cej na skale dziew­czy­ny. – To nie by­ło­by w po­rząd­ku.

– Do­brze – Genea od­po­wie­dzia­ła krót­ko. Wy­pu­ści­ła z sie­bie jedną, grubą złotą nić. Ardor strzą­snął kilka czer­wo­nych iskier, które na­ni­za­ły się na nią.

Świe­tli­sta wstę­ga prze­pły­nę­ła ponad nie­przy­tom­ną Ga­brie­lę i po chwi­li uło­ży­ła się wokół jej szyi, jak nie­zwy­kły na­szyj­nik. Jesz­cze tylko bły­snę­ła skra lub dwie i świa­tło wto­pi­ło się w brud­ne i zmę­czo­ne ciało. Dziew­czy­na nie otwo­rzy­ła oczu, ale przez sen wzię­ła głę­bo­ki, uspo­ka­ja­ją­cy wdech.

 

Po­mię­dzy gra­ni­to­wy­mi ko­lum­na­mi, po­śród setek in­nych krysz­ta­łów, po­ja­wił się jesz­cze jeden. Dwa razy więk­szy od po­zo­sta­łych. Nie mi­go­tał w nim żaden blask. Za­mknię­ta w nim była czerń bez­k­się­ży­co­wej i bez­gwiezd­nej nocy.

 

***

 

Ogień, sple­cio­ny z czar­ne­go i bia­łe­go pło­mie­nia, za­ko­ły­sał się przed jed­nym z ty­się­cy krysz­ta­łów za­wie­szo­nych w prze­strze­ni jądra nie­skoń­czo­ne­go świa­ta Ba­ra­th­rii. Krysz­tał błysz­czał zło­tem i pur­pu­rą, dźwię­cząc ci­chut­ko stru­na­mi skrzy­piec.

– TAK – po­wie­dział czar­ny.

– TAK – przy­tak­nął biały.

– SPI­SEK ZO­STAŁ WY­KRY­TY…

– … I UDA­REM­NIO­NY.

– JEDEN DEMON OD­SZEDŁ…

– … JEDEN DEMON PRZY­SZEDŁ…

– … RÓW­NO­WA­GA ZO­STA­ŁA ZA­CHO­WA­NA. – Głosy czar­ne­go i bia­łe­go zlały się w jeden.

– ZNÓW JE­STE­ŚMY BEZ­PIECZ­NI…

– … I MO­ŻE­MY DALEJ…

– … RZĄ­DZIĆ BA­RA­TH­RIĄ – do­koń­czy­ły razem. 

 

Koniec

Komentarze

Moi drodzy, jak zawsze będę wdzięczna za komentarze i uwagi. Wiecie, że zawsze staram się na nie odpowiadać. Tym razem jednak mogę mieć problem czasowy – pojutrze wybieram się na dwutygodniowy urlop (w tym od Internetu), ale obiecuję, że komu nie zdążę odpowiedzieć przed wyjazdem, to odpowiem po powrocie. Jeśli znajdziecie i wytkniecie jeszcze jakieś usterki, to też poprawię po powrocie. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Zawsze podczas deszczy meteorytów, w otoczeniu innych widzów, siadała na skraju dachu budynku, skrywającego w swych murach Wulkan. Zapatrzoną w cudowne zjawisko Gabrielę, zawsze w takich momentach przepełniał spokój.

<> Przecinek w drugim zdaniu niepotrzebny. Pierwsze zdanie – zmieniłbym szyk. Obecny sugeruje mi, że inni widzowie niejako specjalnie towarzyszyli Gabrieli. Powtórzenie, pomimo odległości, jednak za dobrze widać… ---> Zawsze podczas deszczy meteorytów siadała, pośród innych widzów / wraz z innymi widzami, na skraju dachu budynku, skrywającego w swych murach Wulkan. Zapatrzoną w cudowne zjawisko Gabrielę przepełniał zachwyt i spokój. <---

Oparł delikatnie czubek broni na porowatej skale i oparł dłonie na głowicy.

Oślepiający piorun przeciął powietrze, gdy wytrącone z ręki Ardora ostrze przeleciało jej z furkotem ponad głową i, odbijając się od skał, stoczyło w dół zbocza.

<> Zmieniłbym szyk. ---> Oślepiający piorun przeciął powietrze, gdy wytrącone z ręki Ardora ostrze z furkotem przeleciało ponad jej ponad głową i, odbijając się od skał, stoczyło w dół zbocza. <---

<><> Zapewne pojawią się narzekania, że za dużo i zbyt obszernie o uczuciach, za słodko chwilami… Ja narzekać nie mam zamiaru. Moim zdaniem prequel celnie wprowadza w treść “Płomienia”, pomaga lepiej, pełniej zrozumieć i odebrać.

 

Adamie Niezawodny – dziękuję bardzo :)

Poprawki już naniosłam. 

Zapewne pojawią się narzekania, że za dużo i zbyt obszernie o uczuciach, za słodko chwilami…

Mogę powiedzieć tylko jedno – trudno. Odrobina uczucia i słodyczy też w życiu jest potrzebna :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Są potrzebne, bo ubywa ich na tym szalenie i w połowie bezsensownie zabieganym świecie.

Dla porządku powtórzę, że mi się podobało :) Najbardziej kreacja świata i wciągająca, nawet jeśli pełna “uczucia i słodyczy” historia. 

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

A dla mnie aż takie pełne uczucia i słodyczy nie są. Obu tych uczuć jest tyle, ile trzeba. Natomiast uwiódł mnie poetycki język, szczególnie we fragmentach dotyczących muzyki. Może to głupio zabrzmi, ale ja rozumiem taki sposób postrzegania, mało tego, bywają utwory, które wywołują u mnie łzy wzruszenia i gęsią skórkę. 

A opowiadanie oprócz tego, ze poetyckie w nastroju, to pokazało też pazur w akcji. Jestem na tak.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Mirabell – jeszcze raz dziękuję za wszystko :) 

 

Bemik – cieszę się ogromnie, że uznałaś, że wszystkiego jest tak akurat (tak to odebrałam). 

To wcale nie brzmi głupio, dla mnie to jest normalne – bo też tak mam. Przynajmniej do momentu, aż się osłucham za bardzo, to potrafię mieć dreszcze i bardzo dosłownie czuć pewne utwory. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bardzo dobrze odebrałaś, śniąca. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Za najmocniejszą stronę tekstu uważam opisy z początku. I ogólnie początek, przygotowania do polowania, te fragmenty o emocjach. Później, zdaje mi się, coś nie gra z proporcjami. Nie odczułam za bardzo tej pogoni demona za dziewczyną. Opis koncertu, choć ładny, wydaje mi się za długi – cała ta część, kiedy Ardor się jej przygląda mogłaby chyba być krótsza, większy akcent postawiłabym na ucieczkę przez miasto, bo teraz nie bardzo czuję jej strach i zmęczenie, a przez to wlezienie na wulkan  i uśnięcie na nim wydaje mi się takie trochę od czapy.

Czy dobrze zrozumiałam, że Gabriela “urodziła” Geneę?

 

Technicznie to chyba jeszcze tu i ówdzie brakuje przecinków, czasem rwie się trochę rytm.

 

Ogólnie, raczej mnie nie porwało, ale to chyba subiektywne bardzo – klimat nie mój ;)

Udanego urlopu, baw się dobrze! :)

Niewątpliwie ładnie napisane i poruszające wyobraźnię opowiadanie, które przeczytałam bez przykrości, choć nieco nużył mnie przepych opisów świata fantastycznego, ale rozumiem, że taki ten świat jest. Natomiast sceny fantastyczne w świecie realnym sprawiają, że podchodzę do nich z pewną dozą sceptycyzmu, choć też rozumiem, że w Twoim świecie wszystko jest możliwe.

Jednak zupełnie nie rozumiem skąd się wzięła Genea, nagle objawiona w końcówce.

 

Prze­su­wał się spi­ral­nym ru­chem we­wnątrz kręgu, wspi­na­jąc się wyżej i wyżej. – Czy można wspinać się coraz niżej.

Może: Prze­su­wał się spi­ral­nym ru­chem we­wnątrz kręgu, wciąż wyżej i wyżej.

 

Bramę two­rzy­ły czte­ry pio­no­we, gład­kie słupy… – Chyba wystarczy: Bramę two­rzy­ły czte­ry gład­kie słupy

Słupy z reguły są pionowe.

 

to okre­śle­nie po­znał przy oka­zji ostat­nie­go po­lo­wa­nia. Kilka po­lo­wań wstecz… – Czy to zamierzone powtórzenie?

Może w pierwszym zdaniu: …to okre­śle­nie po­znał przy oka­zji ostat­nich łowów.

 

prze­ni­ka­jąc przez róż­no­ra­kie wy­mia­ry, spo­wi­te we mgle… – …prze­ni­ka­jąc przez róż­no­ra­kie wy­mia­ry, spo­wi­te mgłą/ skryte we mgle

 

Ardor ob­la­ty­wał glob po­wo­li, wy­pa­tru­jąc swo­jej zdo­by­czy. – Zbędny zaimek.

 

miał śnia­dą cerę i czu­pry­nę ciem­nych wło­sów. – …miał śnia­dą cerę i ciem­ną czuprynę/ ciemne włosy.

Masło maślane. Czupryna to włosy.

 

dla kogo tu przy­szedł. Gdy pia­ni­sta skoń­czył grę, jesz­cze tylko wy­mie­nił kilka zdań z jed­nym z pro­fe­so­rów i zszedł ze sceny. Wy­wo­ła­na Ga­brie­la wy­szła, ści­ska­jąc w spo­co­nej nagle dłoni smy­czek. – Powtórzenia.

 

Oparł łok­cie o ko­la­na, a na dło­niach pod­parł brodę. – Na dłoniach można brodę oprzeć, można też podeprzeć brodę dłońmi, ale nie można brody na dłoniach podeprzeć. Powtórzenie.

Może: Oparł łok­cie o ko­la­na, a na dło­niach położył brodę.

 

Wi­dział za­schnię­te ślady łez na za­ku­rzo­nych li­cach.Wi­dział za­schnię­te ślady łez na za­ku­rzo­nym li­cu.

Jedna osoba ma jedno lico, choć zdarzają się osoby, mające wiele twarzy. Pewien pan miał ich pięćdziesiąt. ;-)

 

ale też do na­tych­mia­sto­wej prze­mia­ny do wła­snej po­sta­ci. – Może: …ale też do na­tych­mia­sto­wej prze­mia­ny we własną postać.

 

Skóra na jej dło­niach zdzie­ra­ła się na ostrych ka­mie­niach… – Raczej: Skóra na jej dło­niach zdzie­ra­ła się o ostre kamienie

 

z braku lep­sze­go okre­śle­nia - na­zy­wa­ła po­wie­trzem. – Powinna być półpauza, nie dywiz.

 

Całe ciało świe­ci­ło bla­do-zło­ci­stą po­świa­tą.Całe ciało świe­ci­ło bla­dozło­ci­stą po­świa­tą.

 

Roz­ja­rzał się je­dy­nie w mo­men­cie ze­tknię­cia się ze srebr­nym. – Może wystarczy:  Roz­ja­rzał się je­dy­nie w mo­men­cie ze­tknię­cia ze srebr­nym.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zapewne pojawią się narzekania, że za dużo i zbyt obszernie o uczuciach, za słodko chwilami…

Prorok czy jak? No to dla mnie było za dużo o uczuciach. Ledwo przebrnęłam przez początek. Ale ja jestem Finkla.

Potem na szczęście coś się zaczęło dziać. Jednak wiedziałam, jak to wszystko się skończy, więc bez fajerwerków. Ale tak to z prequelami bywa.

Natomiast ułamki sekund potrzebne do przemiany w tej sytuacji to o lata świetlne za długo.

Oj. Lata świetlne to jednostka odległości, a nie czasu.

Czarny demon okazał się znacznie potężniejszy od niego, był w stanie zagłuszyć i wchłonąć każde światło. Walczył jednak. Próbował nie poddawać się, ale trwać aż do ostatniego tchnienia.

Czy mi się wydaje, czy podmiot wziął i zwiał?

Babska logika rządzi!

Pół godziny pisałam komentarz i mi go wcięło. Wybaczcie więc, że będzie skrótowo.

 

Werweno – jeśli nie Twój klimat, a jednak przeczytałaś i pozostawiłaś ślad bytności – tym bardziej doceniam i dziękuję.

Także za życzenia :)

 

Regulatorzy – wiedziałam, że przy betowaniu będzie mi brakowało Twojego oka :) I znów oczywiste oczywistości – nie wiem, jak je przegapiam.

 

Finkla – obiecuję, że w kolejnym opowiadaniu uczuciowych uczuć prawie nie będzie – jak uda mi się wreszcie skończyć.

Czy mi się wydaje, czy podmiot wziął i zwiał? – Oj, był i znikł – demony tak mają ;)

 

Poprawki zrobione – dziękuję bardzo :)

 

I na koniec uwaga ogólna – z przykrością, bo skoro muszę się tłumaczyć, to znaczy, że skopałam. Gabriela nosiła w sobie duszę-demona, który przebudził się z uśpienia i opuścił ciało pod wpływem wydarzeń na Wulkanie. Koniec tłumaczenia.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A dla mnie pojawienie się demona z Gabrieli było dość oczywiste.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dokładnie tak, Bemik, oczywiste, ale (dla mnie) odrobinkę, ździebeczko, kapeczkę rozczarowujące. Bo do ostatniej chwili myślałem, że Genea to Gabriela, która została przemieniona w demona, by mogła zamieszkać z Ardorem w Barathrii. Wiesz, zwykła dziewczyna, a jednak w jakiś sposób na tyle niezwykła, że zakochał się w niej demon. I zmienił, zapewne na siłę, w kogoś podobnego sobie. I ona teraz musi to wszystko jakoś ogarnąć, inny świat, inną postać i kompletne uczuciowe zamieszanie… A tu się okazuje, że Gabriela żyje sobie dalej radośnie w swoim świecie, a obiektem westchnień Ardora jest ktoś zupełnie inny, ktoś “urodzony" jako demon,  więc "przygotowany" do tego wszystkiego…

Ale to tylko takie moje mędzenie. Bo tekst naprawdę dobry, choć istotnie, scena pogoni przez miasto mogłaby być bardziej wyeksponowana.

A fajne jest to, że świet ma potencjał. I demoniczna równowaga nieco chwiejna, i Władcy niezupełnie czyści…

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Typowy facet ;) Tylko ciało się dla niego liczy, a tu chodzi o wnętrze!  

Miło, że jednak się podobało :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nie no, wnętrze ciała też jest okej ;-)

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Serce i inne podroby? I metry jelit? ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ha, to już kwestia osobistych zapatrywań, jak głęboby by się chciało… Tfu, co też ja wypisuję, apage!

Jeszcze mi tu jakieś służby wpadną… A piwnica niesprzątnięta…

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone :)

 

Do zobaczenia/usłyszenia/przeczytania za dwa tygodnie :) Nie skąpcie w tym czasie komentarzy :) Na wszystkie odpowiem jak wrócę.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dokładnie tak, Bemik, oczywiste, ale (dla mnie) odrobinkę, ździebeczko, kapeczkę rozczarowujące. Bo do ostatniej chwili myślałem, że Genea to Gabriela, która została przemieniona w demona, by mogła zamieszkać z Ardorem w Barathrii. Wiesz, zwykła dziewczyna, a jednak w jakiś sposób na tyle niezwykła, że zakochał się w niej demon. I zmienił, zapewne na siłę, w kogoś podobnego sobie. I ona teraz musi to wszystko jakoś ogarnąć, inny świat, inną postać i kompletne uczuciowe zamieszanie… A tu się okazuje, że Gabriela żyje sobie dalej radośnie w swoim świecie, a obiektem westchnień Ardora jest ktoś zupełnie inny, ktoś “urodzony" jako demon,  więc "przygotowany" do tego wszystkiego…

Zgadzam się z tym. Jak przeczytałam miałam tak samo. Choć tekst bardzo dobry i ciekawie wykreowany świat mnie porwał. Nie przeszkadzała mi w ogóle mnogość opisów. Myślę, że dodają uroku. Mam nadzieję przeczytać coś jeszcze o demonach Barathrii. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Co by tu…

 

Napisane ładnie.

Fabuła jest, choć prosta. Za to bohater interesujący – demon łowiący dusze jako pokarm – to kopalnia pomysłów na teksty.

 

Moim zdaniem, zupełnie niepotrzebne miejscami opisy tego, kto jak wyglądał, w co się ubrał i jak to nie zwracał lub zwracał na siebie uwagę. Dlaczego niepotrzebne? Bo czekałem, aż “dobrze skrojony grafitowy garnitur o modnym, pół-sportowym kroju” odegra jakąś rolę, np. w finałowym pojedynku – ale nie, nie odegrał, tylko zaśmiecił opis.  Pół biedy, gdyby tylko on, ale takich momentów jest więcej. Mnie ten nadmiar “opisowatości” wybijał z rytmu niczym boski Enrice wyjący “Ol aj niiiid iz a rytym diwajn!”. (tak, właśnie dlatego nie prosisz mnie o betę ;-) )

 

Natomiast ustępy o uczuciach, odczuciach i rozterkach wydają się tu być bardzo na miejscu, uważam, że spowalniają, ale nie zakłócają lektury. Ciekawie ukazane z perspektywy bytu, który traktuje je bardziej w kategoriach odżywczo-kulinarnych, a dopiero potem je przeżywa.

 

Ja też myślałem, że Gabriela “urodziła” złotą demonicę.

 

Naprawdę niezły prequel, ale jesli mogę zapytać – a myślałaś, żeby połączyć ten tekst i “Płomień” w jedno opowiadanie? Osobno to jak serial, a razem… No, razem mogłaby być bomba.

 

Jak dla mnie Biblioteka tak, ale nominacja jeszcze nie. Nie ten poziom zadowolenia ;-)

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No, no Śniąca, Ty i te Twoje sny ;)

Masz za nie, ode mnie, Bibliotekę :)

 

Trochę się zgadzam z Rybcią. Te opisy sukienek i fryzur… no, zbędne. Nie, żebym się czepiała, sama tak miałam ze dwa lata temu :)

I nie, nie proś go o betę, jeśli nie jesteś gotowa na pseudocytaty z Enrique :) Uwierz, i tak potraktował Cię baaaaaaaaaaaaaardzo ulgowo :)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Niestety łapały mnie momenty znużenia, ale ciekawie naszkicowany świat i demony. Dobry pomysł z polowaniem. Ładny język i nawet zaskakujące zakończenie. Kamienny krąg jakoś zakotwiczył się w mojej wyobraźni. Gratuluję! :-)

Nie poczułam głębszego związku z historią, aby mnie porwała całkowicie. Ale zdecydowanie byłam zadowolona ze stylu, który bardzo pasował do treści. Rzeczywiście było kilka niepotrzebnych dłużyzn, które mi aż tak bardzo nie przeszkadzają, ale stworzyły dysproporcję pomiędzy późniejszymi fragmentami. Ale ogólnie podobało mi się, pomysł też przedni. Dlatego też, z wielką chęcią przeczytam “Płomień”.

Hej, dostałem trochę rad pod swoim tekstem to się odwdzięczam :)

 

”Stojące […] unosiły się w próżni, tkwiąc nieruchomo na swych miejscach” to stały, unosiły się czy tkwiły? Za dużo.

 

Przesuwał się spiralnym ruchem wewnątrz kręgu, wciąż wyżej i wyżej” – przesuwanie kojarzy się z ruchem poziomym, tu mamy chyba ruch pionowy, więc raczej “unosił”?

 

”Czerwony płomień Ardora” – Ardor jest czerwonym płomieniem? Czy stoi obok i muska kryształki jakimś swoim przedmiotem, Czerwonym płomieniem? Potem piszesz” To była jego kolekcja.” Kolekcja Ardora czy Czerwonego płomienia Ardora? Chyba źle określony podmiot. Potem się wyjaśnia, że Płomień jest formą Ardora – ale to jego forma. Więc dalej Ardor.

 

Mam wrażenie że bardzo wyraźnie i mocno widziałaś tą pierwszą scenę i bardzo chciałaś to oddać dokładnie jak to odczuwasz i widzisz i z tego powstały błędy. Sama wizja plastyczna, dość przekonywująca, tylko, jak dla mnie, językowo chwilowo niezgrabna

 

”z misternie rzeźbionych w zawiłe wzory gontów” literówka, zamiast “z” powinno być “o”. Generalnie to zdanie wydaje mi się ładne i naładowane ciekawym słownictwem.

 

“Wszystko lśniło w ostrym świetle dwóch słońc szybko parującymi kroplami” – lśniło kroplami? Krople mogą lśnić, ale czy można lśnić kroplą? Więc raczej może coś w stylu “Wszystko błyszczało od lśniących w ostrym świetle dwóch słońc kropel” or something? Spróbuję jeszcze zajrzeć do podręczników gramatyki i się wywiedzieć, ale jakoś mi to nie brzmi. 

 

”Latami tworzyły cywilizacje, a potem w ciągu kilku dni potrafiły je zniszczyć w imię czyjeś urażonej dumy, czy wybujałej ambicji” – bez przecinka, tu “czy” nie jest partykułą ale spójnikiem

 

”różnorakie wymiary, spowite mgłą” – raczej “różnorakie, spowite mgłą wymiary”

 

“miała pewność, że nie była to spadająca gwiazda, czy raczej meteoryt”  – trochę niezgrabnie. Rozumiem, że chodzi o to, aby czytelnik wiedział, że Gabriela wie, że spadające gwiazdy to tak naprawdę meteoryty. Jeśli to istotnie (istotne?) to lepiej byłoby napisać “miała pewność, że wcale nie była to smuga spalającego się w atmosferze meteorytu”

 

Pytanie:

– co to jest długa nuta? czy to jakieś oznaczenie w muzyce?

 

“Grały całymi sobą” – chyba nie ma liczby mnogiej w tym wypadki. “Grały całkowicie oddając siebie” może czy coś

 

“Po kilku taktach otworzyła oczy, ale spojrzenie miała półprzytomne.” spojrzenie to coś, na co się patrzy  z zewnątrz – coś, co zauważa się u innej osoby. Jeżeli prowadzisz narracje z perspektywy Gabrieli, to raczej tutaj należy napisać jak widziała a nie jakie miała spojrzenie (no bo przecież ona sama nie wie, jakie ma w danej chwili spojrzenie). 

 

”Ardor wiedział już, że nie da rady Nigrorowi” – potocznie, nie dawałbym do narracji tekstu literackiego. 

 

Pewnie jeszcze dałbym radę się poprzyczepiać, ale nie o to chodzi. Wszędzie piszę chyba – to dlatego, że wiele z tych uwag powyżej jest na “ucho”, które często się myli. Dodam że skupiłem się na szukaniu błędów. Robię to nie ze złośliwości tylko dla ćwiczenia no i chęci pomocy. Pomimo tego, gdy zaczęła się akcja, zrobiło się ciekawie. Do momentu, w którym paszczę otworzył Nigror. Jego wypowiedź pasowałaby do jakiegoś Orka a nie wielowiekowego, potężnego demona z zaświatów. Gdyby z czeluści jego otworu gębowe wydostało się syczenie “Giń, łowco” a Ardor by sobie zdał sprawę, że ma do czynienia z Wygnanym (i tu można niepotrzebny tekst o zemście i pysze wrzucić, zamiast robić z tego dialog), to by pasowało do klimatu. Tak wyszło śmiesznie. Generalnie to opowiadanie to nie mój klimat. 

 

Będę wkrótce coś wrzucał, mam nadzieję, że odwdzięczysz mi się pięknym za nadobne za moją krytykę :) 

"Ora et Labora"

Ładnie napisane romansidło. ;)

Jeśli chodzi o zgrzyty, zgadzam się z dwiema uwagami przedpiśców:

 

Moim zdaniem, zupełnie niepotrzebne miejscami opisy tego, kto jak wyglądał, w co się ubrał i jak to nie zwracał lub zwracał na siebie uwagę.

Pomimo tego, gdy zaczęła się akcja, zrobiło się ciekawie. Do momentu, w którym paszczę otworzył Nigror. Jego wypowiedź pasowałaby do jakiegoś Orka a nie wielowiekowego, potężnego demona z zaświatów.

Poza tym całkiem fajne, choć niczego nie urwało. :)

Hej-ho!

 

 

Sorry, taki mamy klimat.

Dziękuję wszystkim za odwiedziny i komentarze i za bibliotekę też :)

 

Morgiano – ja wolę myśleć, że w każdym stworzeniu żyje w duszy taki płomienny demon i albo tak będzie istniał-nie istniał, albo zostanie pożarty (np. przez takiego Ardora), albo zostanie obudzony do nowego życia jak Genea. Aczkolwiek wasz punkt widzenia nasuwa mi pewien pomysł, który być może w jakieś bliżej nieokreślonej przyszłości doczeka się spisania. Jednak niczego na razie nie obiecuję :)

 

Fishu – masz mnie :) Jak znajdę kolejną wolną chwilę, albo znajdę sposób na rozciągnięcie czasu, to w jakiś logiczny sposób pozbędę się tego garnituru. Za bibliotekę dziękuję – nawet na tyle nie liczyłam z tym podrasowywanym starociem :)

 

Emi – dziękuję :) Z dobrej rady jednak nie skorzystam – właśnie poprosiłam Rybę o betę. Może takie tęgie psycho-lanie mentalne dobrze zrobi mnie i mojej “twórczości” ;)

 

Blackburn – przykro mi, że znalazłeś przynudzające fragmenty, ale skoro jednak dotarłeś do końca cały i zdrowy, to chyba tak źle nie było :) Dziękuję za komentarz.

 

Deirdriu – dziękuję za wizytę i to, że dostrzegłaś dopasowanie stylu do treści :)

 

Gradziej – mówisz, że odpłacasz pięknym za nadobne? I bardzo dobrze :) Jak wspomniałam już wcześniej – jak znajdę czas, to dokładniej przetrawię Twoje uwagi i nie wykluczam, że coś jeszcze poprawię. Komentuj i czepiaj się do woli – nie tylko mnie możesz tak pomóc, ale i sobie :)

Co do długiej nuty – to raczej metafora długo granego, przeciągniętego dźwięku.

 

Sethrael – romansidło, powiadasz? Niech będzie i tak :) Dziękuję za wizytę i ostatecznie dobre słowo.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dołączam (trochę późno, przepraszam) do grona piewców i marud;)

Pamiętam “Płomień” i cieszę się, że opublikowałaś prequel. Podobnie jak Psycho uważam, że coś większego ma dużą szansę z tego wyjść.

Podobały mi się odczucia, a jakże;) Nic szczególnie nie raziło, ale faktycznie, jako oddzielne opowiadanie, na kolana nie powala. Może dlatego, że po lekturze „Płomienia” wiedziałem już, że się tak wyrażę, co się czym je;) Dlatego pomysłowi na połączenie, przebudowanie i jedno wprowadzenie do całej filozofii, jak najbardziej przyklaskuję.

Co prawda połączenie wątków wymagałoby jakiegoś dodatkowego lepiszcza z fabuły, to po okrojeniu wprowadzeń do koncepcji, tekst nie powinien jakoś bardzo się rozdymać. Z drugiej strony, nie masz pokusy na coś większego niż opko? Już po tych dwóch tekstach widać, że wątków do pociągnięcia jest sporo.

Pozdrawiam i cały czas kibicuję.

empatia

Cieszę się, że udało Ci się znaleźć chwilę :)

Od samego początku zdawałam sobie sprawę, że na kolana rzucać nie będzie, bo za dużo już wiadomo z “dalszych losów”, ale chcieliście, to macie :) 

 

Pokusa jest, zawsze. Tyle, że czasu brak. A nawet jak już jest, to tłum innych rzeczy od zrobienia i napisania tak się rozpycha, że pisanie zadeptane gdzieś w tyle zostaje.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Też się cieszę;)

A pokusa i brak czasu. Bardzo dobrze Cię rozumiem.

empatia

Jak już wróciłeś, to Cię jeszcze nieskromnie zaproszę do Zaginionej świątyni :) 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Eh, to ten konkurs, w którym zostałem z rozgrzebanym opkiem:( Nic to, może za rok będzie kolejna edycja:D

Z chęcią przeczytam, jak polecasz:)

empatia

Za­chcia­ło mi się prze­czy­tań “Za­graj tylko dla mnie”, więc – w ra­mach po­sza­no­wa­nia chro­no­lo­gii – prze­czy­ta­łem po­wyż­sze cu­deń­ko*.

I mam mocno mie­sza­ne uczu­cia. Z jed­nej stro­ny jest to ładna, bar­dzo przy­jem­nie i przede wszyst­kim cie­pło na pi­sa­na hi­sto­ria, która… zu­peł­nie do mnie nie prze­mó­wi­ła. Ot, takie kla­sycz­ne love story wiel­kim pa­sku­dem i de­mo­nus ex ma­chi­na w fi­na­le, co zde­cy­do­wa­nie czyni mnie od­bior­cą nie­do­ce­lo­wym.

Chyba pierw­sze po­waż­ne skrzy­wie­nie na­sta­pi­ło pod­czas opisu, jak pan­ni­ce na kon­cer­cie za­czę­ły lam­pić się w bo­skie­go (he­he­he) Ar­do­ra. Walka przy “wul­ka­nie” też mi się nie po­do­ba­ła – jak dia­beł z pu­deł­ka (i to chyba bar­dziej do­słow­nie niż w prze­no­śni) wy­sko­czył Wiel­ki Zły (to zna­czy: Wiel­ki Jesz­cze Gor­szy), sko­pał dupę bo­ha­te­ro­wi po czym wy­gło­sił swoją Wiel­ką Złą Prze­mo­wę (strasz­nie sztucz­ną, nota bene), po czym – w ostat­niej chwi­li, kla­sy­ka – nasz bo­ha­ter otrzy­mu­je ra­tu­nek z (po­wiedz­my) naj­mniej ocze­ki­wa­nej stro­ny, po­ko­nu­je Złego (Jesz­cze Gor­sze­go), zdo­by­wa mi­łość i wszy­scy – prócz, rzecz oczy­wi­sta, przy­szłych ofiar Ar­do­ra i Genei – żyli długo i szczę­śli­wie. A, no i na końcu to info – prze­kaz ze wszech­świa­ta – że “tak miało być”.

Po­mi­ja­jąc na­tu­rę bo­ha­te­rów, mamy tu do czy­nie­nia z kla­sycz­ną bajką, może ba­śnią. I nie bar­dzo mi to. No, ale że zna­łem już część dal­szą tej hi­sto­rii, a Ty już na samym po­cząt­ku, frag­men­tem o ucze­niu się roz­po­zna­wa­nia uczuć, nie­ja­ko zde­kla­ro­wa­łaś kie­ru­nek, w któ­rym opo­wia­da­nie po­dą­ży, to nie mogę po­wie­dzieć, że “nie tego się spo­dzie­wa­łem”, więc i do cze­pial­stwa praw nie mam. Choć nie ukry­wam też, li­czy­łem, iż nie bę­dziesz ci­snę­ła w aż taką sche­ma­tycz­ność.

Na ko­niec, dla pod­kre­śle­nia, po­wtó­rzę, że sam pro­ces czy­ta­nia był mi wiel­ce przy­jem­nym, bo na­pi­sa­ne za­je­bi­ście.

 

Peace!

 

* – “Zagraj tylko dla mnie” również. Żeby nie było.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Chlip, idę sobie do kącika. Albo nie, wracam do komputera i będę walić w klawisze produkując coś, co może skryje w swym majestatycznym cieniu schematyczność i różne ex machiny. Przynajmniej pół roboty mam z głowy, skoro potwierdzasz, że zdania składać umiem – nadzieja więc jeszcze we mnie nie umarła, że kiedyś Cię zadziwię :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Podobało mi się :)

Dzięki, Anet :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nowa Fantastyka