- Opowiadanie: S. Leiss - Syreny sopockie

Syreny sopockie

Zastanawiam się ile błędów wciąż robię... Taki mały teścik. 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Syreny sopockie

Jeszcze podrzemywał, gdy głośne pukanie do drzwi zerwało go z łóżka. Poranne słońce wdzierało się już przez szparę nad progiem, rzucając refleksy na wirujący w powietrzu kurz. Przetarł zaspane oczy, wciągnął wełniany golf na spłowiałą piżamę i powlókł się, by otworzyć.

– Szczęść Boże! Wiedziałam, że będziesz jeszcze spał, ale idę prosto z piekarni. Nie chciało mi się dwa razy drogi nadrabiać, więc pomyślałam, że od razu zajdę do ciebie. Proszę – powiedziała staruszka, drżącym z wysiłku głosem i wyciągnęła z płóciennej torby chleb, kilka świeżo wypieczonych bułek oraz litr mleka w butelce ze złotą, aluminiową przykrywką. – Tłuściejsze – skwitowała wręczając mu szkło, z białym, gęstym płynem – zdrowsze.

– Poczekaj – odparł Franciszek – przyniosę ryby, nałapałem dziś w nocy. – Starowinka rozpromieniła się. Wiedział jak bardzo je lubi, zawsze zostawiał dla niej największe i najzdrowsze sztuki.

– W jej wieku, to ważne, żeby dobrze sobie podjeść – myślał, ściągając z haka wijącą się makrelę albo stynkę. – Ta będzie dla Więckowej – kończył rozważania, odkładając na bok ładny okaz. Wrócił do chałupy. W plastikowym wiaderku, zanurzone w zimnej wodzie, leżały sprawione ryby. Wybrał kilka najlepszych kawałków, wrzucił do siatki, otrząsnął i podreptał z powrotem do drzwi. Więckowa uśmiechnęła się szczerbato na widok przysmaków. Wyciągnęła zgrzybiałą rękę i wzięła od Franciszka siatkę pełną rybich tusz, następnie zacmokała z uznaniem, a na koniec stwierdziła:

– Miałeś w nocy dobry połów, Franciszku, naprawdę piękne sztuki. Widziałam portowych dziś rano, nie mieli tyle szczęścia, co ty. Bóg ci zapłać.

– Nie ma za co – odparł skromnie. – To ja dziękuję, za mleko, za bułki.

– Musimy sobie nawzajem pomagać, tak nakazują przykazania – podsumowała staruszka, mężczyzna pokiwał tylko głową.

– Zostań z Bogiem – dodała i ruszyła szurającym krokiem wzdłuż piaszczystego zbocza.

– Do widzenia – odparł Franciszek i zamknął skrzypiące drzwi.

Gdy tylko na kuchni zawrzało mleko, kot Maciej pojawił się jak zwykle znikąd i głośnym miauknięciem obwieścił swoje nagłe przybycie.

– Nie bój się, Maciek, nie bój – uspokoił go łagodnie Franciszek. – Będzie i dla ciebie. A teraz nie plącz mi się pod nogami, bo cię jeszcze obleję! No nastąp że się trochę! – Mężczyzna odsunął delikatnie nogą natrętnego zwierzaka i postawił kubek z gorącym napojem na stole, obok posmarowanych masłem bułek. Tak zaczął się kolejny dzień. Po śniadaniu jak zwykle pojechał rowerem do portu. W małej przyczepce, wyłożonej lodem spoczywało kilkadziesiąt świeżo złapanych ryb. Wiedział, że szybko je sprzeda. Mimo że jego ceny nie były najniższe, od lat posiadał grupę stałych klientów. Mieli do niego zaufanie, a poza tym doskonale wiedzieli, że jest to jego jedyne źródło utrzymania, więc kupowali ze zwykłej, ludzkiej przyzwoitości. W każdym razie dopóki był zdrowy i mógł wyruszyć w morze, nie musiał się martwić o środki do życia.

Kiedy sprzedał prawie wszystkie, a w przyczepie zostały tylko dwie, najlichsze sztuki, wybrał się w drogę powrotną. Mieszkał nieopodal plaży, w chwiejącej się chałupce, zbudowanej z wypalanych cegieł i ocieplonej od zewnątrz nadmorską trawą. Centralne miejsce w domu zajmowała niewielka kuchenka, opalana węglem. Pod niewielkim oknem stało skrzypiące, żelazne łóżko. Zaraz obok kuchenki Franciszek miał spory, drewniany stół i cztery krzesła. Nikt raczej go nie odwiedzał, ale nigdy nic nie wiadomo, więc na wszelki wypadek, gdyby pojawili się niespodziewani goście, było wystarczająco miejsc do siedzenia. Pod ścianą chwiał się mocno już nadżarty przez korniki, dębowy kredens, w którym rybak przechowywał wszystkie przedmioty niezbędne do codziennej egzystencji. Oprócz kranu z bieżącą wodą, nie posiadał w chałupie żadnych dodatkowych wygód.

Mieszkańcy Sopotu nie pamiętali, kiedy ten dziwny samotnik zamieszkał w starej chałupie na zboczu. W zasadzie sam Franciszek również tego nie pamiętał, bo wszystko co było przedtem, nie miało już żadnego znaczenia, rozwiało się jak wydmy na wietrze. Kiedy przesiadywał na opustoszałych plażach, albo spędzał godziny w łodzi, na kołyszącym morzu, jego myśli nie były uwiązane do niczego i nikogo. Nie miewał zmartwień, zdrowie mu dopisywało, nie żył przeszłością ani nie wybiegał myślami naprzód. Życie toczyło się powoli i jednostajnie, jak piłka po trawie. Jednak czasami, zupełnie niespodziewanie, gdzieś na dnie spokojnego zazwyczaj serca, pojawiała się niezrozumiała tęsknota za czymś odległym i mdłym. Denerwował się wtedy na siebie i na to niejasne pragnienie, które jak skrytobójca niszczyło spokój jego duszy, a potem długo odbijało się czkawką. To niezrozumiałe uczucie dręczyło go od czasu do czasu i nie chciało opuścić, pomimo że odpychał je z całą mocą. Tkwiło, jak zardzewiała, ciężka kotwica, wbita głęboko w osad wspomnień. W takich chwilach Franciszek starał się skupić na kompletnym niczym. I jakoś mu to szło. Dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, lata płynęły powoli, a ich rytm dyktowało morze i jego zmienne humory. Każdy, kto kiedykolwiek mieszkał na wybrzeżu wie, że jest ono jak kapryśna kobieta. Zawsze zachowuje się tak, jak ma na to ochotę i nigdy nie można być go do końca pewnym. Są ludzie, których morze lubi, zdarzają się tacy, których toleruje, ale bywają i tacy, których zwyczajnie nie znosi, i wtedy najlepiej przeprowadzić się w góry, albo zamieszkać w jakimś ładnym, bezwietrznym miasteczku. Franciszka morze tolerowało, a czasem nawet lubiło, ponieważ je szanował i wiedział jak z nim postępować. Był bardzo czujny i szybko zauważał, kiedy lepiej pozostawić żywioł samemu sobie, bo bywały i takie dni. Wtedy Franciszek zajmował się naprawą wiecznie przeciekającej łodzi oraz dziurawych sieci. A w wolnych od pracy chwilach, siadał po prostu na plaży i czekał, aż to humorzaste zjawisko wyszumi się, wypluszcze, a potem pozwoli kolejny raz korzystać ze swych dobrodziejstw, takich jak śledzie, sieje i inne błogosławieństwa. Czasem próbował z morzem rozmawiać, ale ono raczej go nie słuchało. Prawdopodobnie z takiej przyczyny, że Franciszek był postury drobnej, a ono było wręcz ogromne. Trudno nawiązać komunikację, gdy towarzyszą temu, tak znaczne dysproporcje. Ale pomimo tego żyli zgodnie, Franciszek i morze. Szanowali się i rozumieli. Nie próbowali zmieniać na siłę, jedno drugiego, ani ze sobą walczyć. Franciszek, jak na mężczyznę przystało akceptował zmienne nastroje żywiołu, a on łaskawie odpłacał mu swoimi skarbami. Z czasem zrośli się ze sobą niewidzialną więzią. Mężczyzna uzmysławiał sobie to zawsze, gdy musiał pojechać po coś do miasta. Kiedy nie słyszał szumu fal, nie czuł na skórze wilgotnej bryzy, dokuczał mu dziwny niepokój, podobny do tego, jaki odczuwa matka opuszczająca dziecko. Bywało, że pędził z powrotem, na złamanie karku, jak gdyby ktoś mógł mu to morze odebrać, ukraść, albo wypić. Raz śniło mu się nawet, że się z nim ożenił. Był to bardzo dziwny sen, bo jak człowiek może poślubić coś, co jest żywiołem? Majak był niezwykle realny, pozostawił po sobie niezatarte wrażenie, iż był czymś więcej, niż głupim wymysłem chorej Franciszka wyobraźni.

Tego dnia rybak nie miał nic więcej do zrobienia, poza przygotowaniem się do nocnego połowu. Zawsze przed wypłynięciem starannie sprawdzał łódź, sieci oraz inne niezbędne przedmioty, których człowiek potrzebuje na głębi. Miał  spore doświadczenie i większość z tych czynności wykonywał automatycznie. Wiedział, że na pokładzie nie może zabraknąć ani słodkiej wody, ani prowiantu. Ubrał się ciepło. Zaopatrzył się także w koc, na wypadek gdyby pogoda spłatała mu figla. Wypchnął łódź na plażę, a potem odbił wiosłem od brzegu. Księżyc stał wysoko. Początkowo ten wieczór nie różnił się niczym szczególnym od wszystkich poprzednich. Franciszek wypłynął dalej, zarzucił sieci i zaczął wiosłować. Po dłuższym czasie, zatrzymał się, a następnie wciągnął na pokład ciężką od ryb siatkę. Ryby rzucały się na śliskich deskach, walcząc rozpaczliwie o życie, a księżyc odbijał się w ich srebrnych bokach. Teraz musiał je starannie wyplątać z oczek. Kiedy w końcu przestały, a sieć była już zupełnie pusta Franciszek powtórzył wszystkie czynności od początku. Za trzecim razem od razu zorientował się, że coś jest nie tak. Łódź zatrzymała się nagle i pomimo jego usilnych prób nie mógł płynąć dalej. W pierwszej chwili pomyślał, że sieci zaczepiły o coś i je pozrywał, co byłoby totalną katastrofą, ale nagle przyszło mu do głowy, że złapał coś naprawdę dużego. Zaczął  się zastanawiać. Jeżeli była to niezwykle duża ryba, nie będzie w stanie sam wciągnąć jej na pokład, a w tej sytuacji nie mógł płynąć dalej. Mógłby pozostawić sieci, po prostu je odciąć, ale nowe kosztowałyby majątek, a on nie miał tylu oszczędności. Postanowił więc sprawdzić, co złowił. Ryba nie stawiała oporu, było prawdopodobne, że się udusiła. Jednak żywa czy martwa wciąż pozostawała niezwykle ciężka. Franciszek musiał wytężyć wszystkie siły, żeby wciągnąć cielsko na pokład, ale w końcu się udało. Przysunął się bliżej, żeby przyjrzeć się temu, co złowił i o mało sam nie wyskoczył za burtę. Jedynie lęk przed lodowatą, czarną tonią go powstrzymał. Przez oczka splątanej sieci patrzyły na Franciszka szeroko otwarte, niebieskie ślepia. Odruchowo chwycił wiosło, zmiarkował i uderzył. Raz, potem drugi, ale dziewczyna nawet nie pisnęła. Patrzyła tylko na niego z wyrzutem, zła jak licho. Po chwili się opamiętał i przestał bić. Opadł ciężko na ławkę i chwycił za serce.

– To ci historia! – pomyślał. Z trudem łapał powietrze i wciąż wytrzeszczał oczy na to, co leżało bezwładnie na dnie łodzi. – Cholerna syrena! Zaraz mnie tu zadusi, zaraza! – Spojrzał na wiosło ściśnięte w dłoniach, zamachnął się i rąbnął jeszcze raz. Po tym trochę mu ulżyło. Syrena od czasu pojawienia się na pokładzie zachowywała się raczej spokojnie, nie wykonywała żadnych stresujących ruchów, więc i on uspokoił się nieco. Pierwszy szok minął. Stworzenie, na pierwszy rzut oka, mogło mieć osiemnaście lat, oczywiście gdyby było człowiekiem, a nie na wpół makrelą. Włosy miała jasne, nieco zielonkawe. Kudły były splątane i poprzyklejane do białej, jak rybi brzuch, twarzy. Potworzyca otwarła szeroko usta, pewnie ciężko jej było oddychać bez wody. Cała wyglądała jak wyciągnięta z toni flądra i tak samo śmierdziała. Po namyśle Franciszek doszedł do wniosku, że pomimo całej swej niezwykłości, syrena nie stanowi dla niego zagrożenia. Jednak dla spokoju sumienia zdzielił ją wiosłem raz jeszcze.

Minęła dłuższa chwila, a on nie miał pojęcia co w tej sytuacji zrobić. Chwycić ją i wrzucić z powrotem do wody? Kto normalny, kto złapał kiedyś syrenę, robi coś takiego? Bierze i jak zwykłego śledzia wyrzuca do morza? Przecież takie rzeczy nie zdarzają się co dzień! Po latach spędzonych na morzu, Franciszek doskonale o tym wiedział. Zabrać też jej nie mógł, bo i po co? Co on by zrobił z czymś takim? Gdyby pokazał ją ludziom, stałby się bohaterem miejscowej sensacji i nici ze spokojnej egzystencji. Nie wiedząc co robić usiadł i zaczął się jej uważniej przyglądać. Gdyby nie fakt, że cała była taka jakaś śliska i nienaturalnie biała, można by stwierdzić, że twarz miała niebrzydką. Tylko te oczy, takie jakieś wytrzeszczone. No i usta, otwarte szeroko. Dopadło go nagłe zmęczenie, prawdopodobnie wywołane szokiem, który dopiero co przeżył. Zrobiło mu się chłodniej, więc sięgnął po koc, jednak nie spuszczał z dziwadła oka. Usiadł nieco wygodniej i zaczął się zastanawiać. Wtedy, nie wiadomo skąd, pojawiło się uczucie, którego tak nienawidził. Niepokojące i mdłe jak zapach leżącej w łodzi syreny. Emocja była silniejsza niż kiedykolwiek przedtem i po chwili ogarnęła go zupełnie. Wywołało to w nim taką złość, że nie wiedząc co robi, chwycił za wiosło i zamachnął się kilka razy na leżącą poczwarę. Potem opadł ciężko w poprzek łajby. Przed oczami zaczęły mu przepływać obrazy z okresu, kiedy był młody, szczęśliwy i pełen energii. Gdy otaczali go przyjaciele i rodzina. Widział milicjantów i panie w kioskach oraz staruszków przycupniętych na parkowych ławeczkach. Przypomniał sobie topniejące lody waniliowe, oranżadę z bąbelkami, wirujące karuzele, wrzeszczące dzieci, wścibskie, tęgie sąsiadki w sukienkach bez rękawów, zatęchłe klatki schodowe i błyszczące od słońca chodniki. Dookoła ujadały zapchlone psy, miauczały wyliniałe dachowce, tuptały szczury, brzęczały tłuste, czarnozielone muchy. Po ulicach fruwały kolorowe śmieci, a w mózgu zawirowało od wonnych tulipanów i żonkili. Te wszystkie wspomnienia orbitowały wokół jego głowy jak barwny kalejdoskop, zlewając się w jedno, wyraźne, ciepłe skojarzenie. Otuliło go ono miękką warstwą, łamiąc kolana i gnąc sztywny, czerwony od słońca kark. Najtrwalsze wspomnienie ze wszystkich wyrytych w pamięci. Takie, którego nie sposób wyrzucić i nie wolno pogrzebać. Spojrzał na syrenę. Na te same szeroko otwarte, niewinne oczy. Na tę samą białą, nietkniętą skórę, usta otwarte, zdziwione. Zastygłe w pół słowa lub w pół pocałunku… Ponownie chwycił drewno, ale tym razem jej nie uderzył. Zaczął wiosłować, jak w gorączce. Szybko, energicznie, oby do brzegu. Księżyc świecił jasno. Rozbijał się o burtę, zatracając na zmąconej tafli sierpowaty kształt, wskazywał srebrną drogę donikąd. Franciszek płynął. Jeszcze nigdy w życiu się tak nie spieszył. Pragnął znaleźć się z nią na lądzie, co będzie potem, nieważne. Ma dom, ma pracę. Może założą rodzinę? Dlaczego nie? W końcu nie jest jeszcze taki stary. Dreszcz podniecenia przebiegł po jego spoconych plecach. Na myśl o tym, że ktoś rano poda mu kubek z gorącą kawą ogarnęła go nieopisana euforia. Będzie mógł w końcu porozmawiać, nieistotne o czym. Złożyć zmęczoną głowę na miękkich kolanach, zatroszczyć się o kogoś… Wiosłował jak szalony nie spuszczając z syreny oka.

– Och, jaka ona piękna! –  Myślał  rozgorączkowany. –  To nic, że trochę śmierdzi, tyle lat na morzu, już się przyzwyczaiłem do zapachu ryb, sam pewnie też cuchnę jak śledź. Być może, gdy zamieszka na lądzie, jakoś jej to minie. No właśnie… –  oprzytomniał na moment. – Jak ona ze mną zamieszka? – Szybszym ruchem wioseł odepchnął pojawiające się wątpliwości. – Nieważne! Coś się na to poradzi. Grunt, że będzie ze mną. A ja z nią.

 Jedna fala, po niej druga i trzecia, a tuż za kolejną wyłonił się piaszczysty brzeg. Zanim Franciszek usłyszał cokolwiek, najpierw zauważył błyski kolorowych świateł, czerwonych i niebieskich. Wirowały na dachach dużych samochodów. Od strony plaży ktoś już do niego machał. Dziesiątki policjantów przemierzało plażę szukając, dziewczyny, która poszła pływać i do tej pory nie wróciła. 

Koniec

Komentarze

Jeszcze podrzemywał, gdy głośne pukanie do drzwi zwlekło go z łóżka. Poranne słońce wdzierało się już przez szparę pod drzwiami, rzucając refleksy na wirujący w powietrzu kurz. Przetarł zaspane oczy, wciągnął wełniany golf na spłowiałą piżamę i powlókł się, by otworzyć. – powtórzenia

skrzypiące, żeliwne łóżko – jakoś nie umiem sobie wyobrazić, żeby żeliwo skrzypiało

 

Msz koszmarne bloki tekstu, które dobrze by było podzielić na akapity.

 

Na razie tyle, bo mi ktoś przerwał czytanie. Jak będę mogła, to wrócę i dokończę.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nosz ku… wykończą mnie te powtórzenia! Dzięki śniąca! już ogarniam :-)

Rzeczywistość potrafi zniszczyć każde marzenie. 

Tekst niezły, choć strasznie przynudzasz . Lwia część to nudnawy opis prostego człowieka, zajętego prostymi sprawami. Nawet marzenie ma takie proste… ;) 

Twist w finale – fajny fajny. 

 

I jeszcze jedna sprawa:

Dawno, dawno temu  na shoutboxie ktoś pisał o książce Sary Leiss. Wtedy, dyplomatycznie, sprawę przemilczałaś, więc zapytam tutaj, wprost : azaliż  Twoja książka, czy azaliż nie Twoja? 

 

Pozdrawiam! 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Wyciągnęła zgrabiałą rękę – zgrabiały znaczy zesztywniały z zimna

Gdy tylko na kuchni zawrzało – co zawrzało? Zgubiłaś mleko

W małej przyczepce, obłożonej lodem – obłożona znaczy że od zewnątrz, tu raczej wyłożona

Komin wychodził na zewnętrz przez kryty strzechą dach.  – zewnątrz< literówka. Jesteś pewna, że kryty strzechą, a nie papą? Strzecha to całkiem drogi materiał.

 wody z kranu używał do podmywania się, – zlituj się, na co takie szczegóły, a podmywają się generalnie kobiety, faceci to się myją

ani nie wybiegał na przód – naprzód, a lepiej chyba w przyszłość 

tęsknota za czymś odległym i mdłym. – mdłym? Jesteś pewna?

Było to z pewnością spowodowane tym, że Franciszek był postury drobnej, a ono było wręcz ogromne.

Przymusowa przerwa, później znowu zajrzę.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nazgul: Przynudnawe mówisz… Muszę zwrócić na to uwagę, może da się coś powycinać. Ostatnio pracuję nad powtórzeniami i językiem, ale to ciągle jakiś dramat jest… poza tym zafascynował mnie temat wieloznaczności/mnogości interpretacji w literaturze. Pracuję nad tym ostatnio, ale to dopiero początki. I jak już mi się wydaje, że dałam radę coś w ten sposób ująć to jest to kosztem fabuły na ten przykład i akcja się wlecze. Chciałabym wreszcie umieć kontrolować te wszystkie sznurki jednocześnie, ale jak jadę z fabułą to język leży, jak się skupiam na języku to akcja spowalnia i takie tam… Poza tym zauważyłam, że pomimo braku doświadczenia piszę schematycznie, chciałabym się trochę wyzwolić … językowo. Ot i moje dylematy :-)

Ps. Nie wchodzę na boxa :-)

Dziękuję Bemik, ogarniam :-) 

Saro, jestem w kłopocie, bo z jednej strony – opowiadanie jest bardzo morskie, bardzo Twoje, a z drugiej strony – dość monotonne, nudne i pełne tak nieistotnych szczegółów, zupełnie jak nie Twoje. W dodatku czyta się fatalnie, jak każdy pozbawiony akapitów, zbity tekst.

Przykro mi, ale mimo zaskakującego zakończenia, Syreny sopockie nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Wykonanie też pozostawia nieco do życzenia. :-(

 

wcią­gnął weł­nia­ny golf na spło­wia­łą pi­ża­mę i po­wlókł się, by otwo­rzyć. – W pierwszym zdaniu napisałaś, że zwlekł się z łóżka, to może tutaj: …wcią­gnął weł­nia­ny golf na spło­wia­łą pi­ża­mę i poczłapał, by otwo­rzyć.

 

koń­czył roz­wa­ża­nia, od­ka­da­jąc na bok ładny okaz. – Literówka.

 

wzię­ła od Fran­cisz­ka siat­kę pełną ry­bich kor­pu­sów… – Wolałabym: …wzię­ła od Fran­cisz­ka siat­kę pełną ry­bich tusz

Za SJP: korpus, to «ciało człowieka lub zwierzęcia oprócz głowy i kończyn»

 

Gdy tylko na kuch­ni za­wrza­ło, kot Ma­ciej po­ja­wił się jak zwy­kle z nikąd… – ….kot Ma­ciej po­ja­wił się jak zwy­kle znikąd

Co zawrzało na kuchni?

 

W małej przy­czep­ce, ob­ło­żo­nej lodem spo­czy­wa­ło kil­ka­dzie­siąt świe­żo zła­pa­nych ryb.W małej przy­czep­ce spo­czy­wa­ło kil­ka­dzie­siąt świe­żo zła­pa­nych, obłożonych lodem ryb.

To nie przyczepka była obłożona lodem, a ryby.

 

Komin wy­cho­dził na ze­wnętrz przez kryty strze­chą dach. – To chyba zbędna informacja. Nie spotkałam jeszcze komina, który nie wychodziłby na zewnątrz, z reguły przez dach.  ;-)

 

Pod nie­wiel­kim oknem stało skrzy­pią­ce, że­liw­ne łóżko… – Czy na pewno żeliwne, a nie żelazne?

 

nie żył prze­szło­ścią ani nie wy­bie­gał na przód. – …nie żył prze­szło­ścią ani nie wy­bie­gał myślami naprzód.

 

a potem długo od­bi­ja­ło czkaw­ką. – …a potem długo od­bi­ja­ło się czkaw­ką.

 

Było to z pew­no­ścią spo­wo­do­wa­ne tym, że Fran­ci­szek był po­stu­ry drob­nej, a ono było wręcz ogrom­ne. – Powtórzenia.

 

a wcze­śniej dodał do nej cukru i cy­try­ny. – Literówka.

 

i po­mi­mo jego usil­nych prób nie mógł pły­nąć dalej. […] Za­trzy­mał się i za­czął za­sta­na­wiać. – Czyżby, już stojąc, zatrzymał się ponownie? ;-)

 

Sy­re­na od czasu po­ja­wie­nia sie na po­kła­dzie… – Literówka.

 

Otu­li­lo go ono mięk­ką war­stwą… – Literówka.

 

Na samą białą, nie­tknię­tą skórę… – Na samą białą, nie­tknię­tą skórę

 

Po­now­nie chwy­cił za drew­no… – Po­now­nie chwy­cił drew­no

 

wska­zy­wał srebr­ną drogę do nikąd. – …wska­zy­wał srebr­ną drogę donikąd.

 

co bę­dzie potem, nie ważne. – …co bę­dzie potem, nieważne.

 

Bę­dzie mógł w końcu po­roz­ma­wiać, nie ważne o czym.Bę­dzie mógł w końcu po­roz­ma­wiać, nieważne o czym.

 

Ode­pchnął po­ja­wia­ją­ce się wąt­pli­wo­ści szyb­szym ru­chem wio­seł. – Czy wątpliwości pojawiały się szybkim ruchem wioseł? ;-)

Może: Szyb­szym ru­chem wio­seł ode­pchnął po­ja­wia­ją­ce się wąt­pli­wo­ści.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ps. Nie wcho­dzę na boxa :-)

To żadna odpowiedź! ;) 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Dziękuję regulatorzy :-)  no załamana jestem! a miało być poprawnie :-( pierwszy raz pisałam bez korektora tekstu i o proszę! i literówki i nudno i generalnie do kitu :-(

co będzie potem, nie ważne – nieważne

Będzie mógł w końcu porozmawiać, nie ważne – jak wyżej

A wiesz, na koniec to ja rozdziawiłam usta jako ta niemota syrena/dziewczyna.

I Nazgul ma rację, ciut przydługawy ten tekst, ze spokojnym sumieniem możesz o jakąś jedną trzecią skrócić opisy.

Ale zakończenie niezłe yes

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ps. To opowiadanie napisałam na jakiś konkurs o Sopocie dwa lata temu. Postanowiłam je  "obrobić", żeby sprawdzić czy wychwycę wszystkie błędy samodzielnie, bez koroktora. No niestety, jak widać… poszerzenie wątku również tego opowiadania nie uratowało. Ale najbardziej załamuje mnie fakt, że nie widzę tych błędów! masakra…

Dziękuję Wam bardzo! biorę się do roboty.

Edit: Nazgulu, tak, to była odpowiedź :-)

Momentami trochę się dłużyło…

Jakieś błędy jeszcze robisz. Nie bój się, wytkniemy. ;-)

Poranne słońce wdzierało się już przez szparę nad progiem, rzucając refleksy na wirujący w powietrzu kurz.

Wydaje mi się to skomplikowane architektonicznie. Bo żeby zobaczyć kurz w powietrzu, to chyba trzeba mieć ciemne tło. Sądzę, że najlepiej sprawdza się pionowa szczelina.

z nikąd => znikąd

Kiedy w końcu przestały, a sieć była już zupełnie pusta Franciszek powtórzył całą czynność od początku.

Wydaje mi się, że czynność to jedna rzecz, a tu był cały cykl.

Na tą samą białą, nietkniętą skórę,

Tę samą skórę.

nie ważne => nieważne

Dziesiątki policjantów przeszukiwało plażę szukając dziewczyny,

Powtórzenie i zgubiony przecinek.

 

Edit: O, widzę, że Regulatorzy mnie ubiegła. No, trudno.

Edit2: A u nas gliny nie mają tylko niebieskich światełek?

Babska logika rządzi!

Dzięki Finklo! Rzeczywiście w pionowych szczelinach lepiej widać kurz… jak tak to sobie wyobrażę. Z cyklem czynności też prawda. "Jakieś tam błędy…" ha ha bizony, nie byki. 

ps. W Polsce może rzeczywiście są niebieskie, nie wiem :-) 

ps. W Polsce może rzeczywiście są niebieskie, nie wiem :-) 

A Sopot ciągle nasz. ;-)

Babska logika rządzi!

Zacznę od końca – policja w Polsce ma niebieskie światła – przynajmniej innych nie widuję.

Błędów wytykać już nie będę, bo dziewczyny już to zrobiły.

Różne rzeczy sobie wyobrażałam, ale z pewnością nie to, co zaserwowałaś na zakończenie. Zaskoczenie było.

Opowieść jest lekko przegadana, albo takie wrażenie odniosłam przez te bloki tekstu, o których pisałam wcześniej. W sumie to mogłabym to przeczytać jeszcze raz, po przeredagowaniu, żeby to sprawdzić.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Finkla:  No tak :-) 

A czy komuś przyszło do głowy podczas lektury, że on tę dziewczynę wyłowił na wpół żywą, ale dobił wiosłem? :-)))))) bo taki był mój zamiar, żeby tego nie dokreślić i zostawić pod znakiem zapytania, tylko nie wiem czy wyszedł… to dodałam po korekcie szlifując dwuznaczność w literaturze… nie wiem czy ktoś rozumie, co mam na myśli? 

Edit: ostatnio zastanawiam się nad książkami takimi jak np. Hańba, nie wiem czy ktoś czytał? tam jest taki wątek, że autor nie określił czy jedna z głównych bohaterek jest biała czy czarna, a to w zasadzie zmienia wszystko, całą interpretację powieści, bo akcja się dzieje w RPA. Jest to pewnie wątek dla hydeparku, ale dużo się ostatnio nad tym zastanawiam… bo są historie, mające początek i koniec, mądre i ładnie opowiedziane, zabawne i do tego z morałem… czasem nawet z drugim dnem. Teraz fascynują mnie takie, w których autor zostawia interpretację czytelnikowi, a zależnie od obranego przez odbiorcę kierunku zmienia się wydźwięk całego utworu, takie w których ego autora/narratora nie ma głosu. 

Przyszło. Ale odrzuciłam koncepcję – dziewczyna, skoro zaplątała się w sieci, to chyba była pod wodą. Twarz miała białą (na plaży?), więc chyba pływała od dłuższego czasu. Z zapachem to samo. No i policja… Coś wątpię, że ktokolwiek ruszyłby się przed upłynięciem 24 godzin od zaginięcia…

Babska logika rządzi!

Ja tak zrozumiałam i strasznie żal było mi tej syreny sad Bo myślałam, że to syrena.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dopóki była mowa o syrenie, byłam przekonana, że była ona żywa, choć dziwiło mnie, że walona wiosłem, nie reaguje, ale pomyślałam – może jakaś wyjątkowo ospała i nieruchawa była. Natomiast kiedy sprawa się wyjaśniła, nie miałam wątpliwości, że Franciszek tłukł trupa.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finkla : Hmmm nie wróciła do wieczora, więc nocą zaczeli poszukiwania, to topielec nie zaginiona. Czy była biała czy ją tak widział? Bo jeśli zobaczył syrenę, to czy można ufać jego osądowi? A może to schizofrenik :-P szkoda, że spaprałam to opowiadanie, może w następnym ujmę lepiej to, o co mi chodzi.

Miło Cię znowu widzieć! To znaczy, twoje literki. Niestety niczego oryginalnego na temat tekstu nie powiem – większość została już powiedziana. Oczywiście nie nazwałbym opowiadania spapranym – ot, skończyło się w momencie, gdy spodziewałem się dopiero rozwinięcia. Choć gdyby skrócić opis realiów, ucierpiałby zapewne klimat opowieści… Aha, no i gratuluję wydanej książeczki! "Klinika pana B." to twoje nieprawdaż?

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

I ja miałam takie wrażenie, że to syrena była i on ją tym wiosłem zatłukł. I też mi jej żal było. Ale że półżywą dziewczynę wykończył (jak już się okazało, że to dziewczyna), to nie. To już raczej pomyślałam to co Reg – że trupa okładał.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Teraz fascynują mnie takie, w których autor zostawia interpretację czytelnikowi, a zależnie od obranego przez odbiorcę kierunku zmienia się wydźwięk całego utworu, […]. <><><> taki utwór zawsze odbieram jako brak zdecydowania ze strony autora. Może tak, a może tak… sam nie wiem… a, niech się za mnie czytelnik pomęczy z wyborem.

Halo thargone! Ciebie również miło widzięć!

Dziękuję :-) …&

AdamKB : mam trochę inne zdanie. Pozostawienie wolności interpretacji czytelnikowi wcale nie musi oznaczać niezdecydowania. Ostatnio dochodzę do wniosku, że im wyraźniejsze ego tym słabszy charakter, im sztywniejsze opinie i przekonania tym ciaśniejszy umysł. Myślę po prostu że totalitaryzm autorski powinien ustępować miejsca znakom zapytania, dlatego unikam coraz częściej "tak i nie, dobre złe" na rzecz "być może" i "prawdopodobnie". Poza tym czy jest coś złego w pozostawianiu wyboru innym? i czy samostanowienie może męczyć? :-)

Edit: podejrzewam, że to wynika z mojego stosunku do pisania jako takiego. Skłaniam się ku opini, że rolą autora pozostaje stawianie pytań, a nie dawanie odpowiedzi. Nie poznałam (nawet z postaci żyjących w przeszłści)nikogo, kto miałby monopol na prawdę. Odpowiedzi na jedno pytanie mogą być tysiące i nie mają żadnego znaczenia. Ważne jest jak Ty odpowiesz sobiek, to wszystko :-)

Monopolu na prawdę nie miał, nie ma i nie posiądzie nikt. Co najwyżej czyjeś poglądy, opinie, mogą trafnie diagnozować sytuację, ale w danym czasie i miejscu. Im bardziej statyczna sytuacja, tym trafniejsze mogą być jej oceny i opisy – albo, jeśli ktoś posiada odpowiedni zasób wiedzy, dopiero co zanegowane twierdzenie o monopolu może przestać obowiązywać w danym czasie i miejscu…

Rolą stawianie pytań? Jeżu kolczasty, ile ich już postawiono, a nic z tego nie wynikło… Co jest zrozumiałe, gdy pójdzie się w proponowanym przez Ciebie kierunku. Co głowa, to rozum; nieprawdaż? A co wynika z tysiąca różnych odpowiedzi na jedno pytanie? Nic. Null. Zero.

Naprawdę im sztywniejsze opinie, tym ciaśniejszy umysł? Nie posuwałbym się do takiej kategoryczności. Wszak sztywność opinii może być następstwem wielu, naprawdę wielu czynników. Od czysto subiektywnych do obiektywnych… Zgodziłbym się z Tobą, Twoją opinią o ciasnocie mojego umysłu, gdybyśmy najpierw długo dyskutowali o wszystkim i okazywałoby się w trakcie rzeczonej dysputy, że o niczym nie mam zielonego pojęcia – jednakże na podstawie jednego zdania, podpadającego pod tak zwane gusta, o których, jak wiadomo, się nie dyskutuje… :-) Co najgorsze, owe gusta decydują o doborze i odbiorze, co pozwoliłoby wrócić do punktu drugiego, potem do pierwszego… Uroboros.

W ostatecznym rozrachunku rozumiem Twoje stanowisko, więc nie ma sprawy, bo liczę na wzajemność. :-)

Byłabym hipokrytką gdybym skłaniając się we wspomnianym wcześniej opiniom jednocześnie oczekiwała od swych rozmówców jednomyślności :-) oczywiście, że rozumiem i popieram, a nawet jestem przeciw :-) pięknie jest dyskutować Adamie! Nie dla wniosków czy racji lecz dla przyjemnosci wysłuchania innych :-)))) 

Efemistycznie rzecz ujmując: mogłabyś przybić piątkę z Tolkienem i Kingiem, gdyby pierwszy żył, a panowie mieli w zwyczaju przybijać piątki. Zupełnie niepotrzebnie rozwodniłaś puentę zbędnymi, rozwlekłymi opisami, które bardziej nużą, niż budują klimat morskiej opowieści.

na emeryturze

Dzięki za wskazówkę gary! Wyciągnę wnioski na przyszłość :-)

Tekst trochę mnie znudził i przytłoczył sporymi akapitami. Sam pomysł i zakończenie nie są złe i może opowiadanie wiele by zyskało na skróceniu.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dzięki, Dziadku! Wskazówkę wezmę sobie do serca :-)

No, rzeczywiście, trochę rozrzedziłaś tę puentę i cały zamysł pewnym przegadaniem. Też miejscami mi się ten tekst dłużył, chociaż właściwie od momentu, w którym bohater wypłynął, a potem złowił “syrenę”. Początek wydał mi się bardziej interesujący, bardziej klimatyczny niż późniejsze fragmenty (mimo że też dość skupiony na szczegółach). Zwarte bloki tekstu lektury nie ułatwiały.

Mam wrażenie, że masz pewne problemy z interpunkcją. Zwłaszcza na początku – niechęć do kropek sprawiła, że czasami tekst wyglądał nieco jak swoisty strumień świadomości.

Pomyślę i nad tym, dzięki Ocha! Piszę teraz coś dłuższego, dlatego wszystkie wskazówki na wagę złota.  :-) 

Przeszkadzał mi brak podziału na akapity. Ale narracja przyjemna. Trochę brakuje, by zrobić z tego baśń – przy tym historia by zyskała. I jeszcze po tytule spodziewałem się czegoś innego, ten mi trochę nie pasuje do tekstu (choć to może moje dziwactwa, bo sam coś pisze w podobnym temacie).

Skusił mnie tytuł, bo mieszkałem pewien czas w Sopocie i mam trochę doświadczenia z syrenami.

Budowanie klimatu całkiem mi się spodobało. Brak akapitów rzucił się w oczy, ale jakoś szczególnie mi nie przeszkadzał. Opis relacji starego człowieka z morzem całkiem ładny, porównanie do kobiety pasuje jak ulał – nie będę biegł do biblioteki, ale podejrzewam, że nie byłaś pierwsza ;).

Finałowa scena z syreną niespecjalnie mnie ruszyła. Zaintrygowało mnie, że Franek okłada ją wiosłem. Nie spodziewałem się takiej reakcji ze strony rybaka i zastanawiałem się, co będzie dalej… Rozwiązanie twojej historii spłynęło po mnie jak brachiczne wody Bałtyku. Jeżeli uznać sól w wodzie za porywającą fabułę, takie porównanie będzie idealne.

 

ed. Czemu syreny, a nie syrena? : >

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nowa Fantastyka