- Opowiadanie: tojestniewazne - לֹא מִתְקַלקֵל

לֹא מִתְקַלקֵל

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

לֹא מִתְקַלקֵל

Śmierć (lub aluzja do niej) czyni ludzi cennymi i patetycznymi. Są oni wzruszający, gdyż są widmami; każdy czyn, jakiego dokonują, może być ostatnim (…). Wszystko wśród śmiertelnych posiada wartość jako bezpowrotne i zależne od przypadku.

 

Jorge Luis Borges, Nieśmiertelny

 

 

 

Szczdżźrzdz… <wdech> <wydech> Jjjj… <wdech> <wydech> <wdech> Jyyjjjj… Jjjaa… Ajajja… Śoc… Stjemes… <wdech>  Łelłelłelułelu.

 

***

 

Ja. Ja. Ja. JA!

 

***

 

Jstm. Jestem. Cśś. Cccccśśś. Ja. Jestem. Coś. Jest. Ja. Reszta. Osobno.

 

***

 

Powoli. Pierwsze to… O, więcej… Dawno tego nie. Jak to? Więcej, więcej. Czu… Czucie? Zno-wu. Wresz-cie. Na-resz-cie. Po tylu… La-tach. Ile? Tysiąc? Dziesięć tysięcy? Słowa. Przypomnieć. Czucia? Bo… Bodź-ce! Zimno, gorąco, szybko, mokro, zimno, sucho. Szorstko. Mózg. Oczy. Światło, cień. Uszy, krzyk, szum. Smród.

 

***

 

Restartujące obszary mózgu odpowiedzialne za dotyk, smak, węch i odczuwanie temperatury szybko zbierały wrażenia w wiązki i przekazywały świadomości coraz mniej sfragmentaryzowane bodźce. Ośrodek Broki powoli ubierał te bodźce w słowa, żebym mógł je sobie pomyśleć. Sobie opowiedzieć.

Po pierwsze, smak i dotyk. Coś słonego i szorstkiego w ustach. Coś chrzęści między zębami. Drobne ziarenka na języku i pod opuszkami palców. Po drugie, uczucie chłodu w okolicach, które pamiętam jako moje stopy. Po trzecie, żar na plecach i z tyłu głowy. Po czwarte, szum – niejednostajny, pulsujący. W tym samym rytmie chłód wędruje w górę i dół moich ud i łydek. W końcu zapach. Pot, nadgniłe ryby. Wodorosty.

Otwieram oczy. Szaro? Biało? Żółto? Kropki, cętki. Ziarenka. Zaczynam się obracać. Żar przenosi się na ucho, szyję i bok. Pionowa kreska oddziela żółć od błękitu, pozioma – od zieleni. Żółtawy blask zalewa pole widzenia. Przymykam powieki. Dłonią osłaniam twarz.

 

Sól i piasek. Słońce i woda. Upał i chłód.

Plaża, niebo, szum morza. Krzyk nadmorskich ptaków. Drzewa.

 

***

 

Czy wyglądam jeszcze jak człowiek? Prawie nagi, w resztkach podartych spodni i koszuli wyschniętej na wiór, jak jesienne liście, kiedy następnego lata rozsypują się w dłoniach. Zdezorientowany i dziecinnie niezdarny, od nowa uczę się używać swojego ciała; przesadnie ostrożny, boję się spojrzeć w stronę słońca, jakby mogło pozbawić mnie wzroku.

Boli mnie głowa, piecze spalona skóra. Męczy pragnienie i głód. Tam w górze nie miałem tych problemów. Nie miałem w ogóle żadnych problemów. Zamarznięte ciało nie czuje bólu, zamarznięty mózg ledwie pamięta o własnym istnieniu. A teraz? Rozgrzany język przypomina wielkiego ślimaka bez skorupy, który właśnie zdechł i spuchł mi w ustach. W gardle mam tarkę.

 

Zmysły. Tęskniłem za wami.

 

***

 

Odkąd pamiętam, zawsze koszmarnie bałem się śmierci. Biorąc pod uwagę mój wiek i okoliczności, brzmi to pewnie śmiesznie – w młodości otoczenie wydawało się skutecznie impregnować na podobne obawy. Mnie jednak nigdy nie przekonywały obietnice kapłanów. Pewnie mnogość sprzecznych uzasadnień pozbawiła mnie złudzeń. Szukałem odpowiedzi u Greków, Rzymian i Żydów. Zwróciłem się nawet w stronę proroków i czcicieli tych nowych sekt, które w tamtych czasach wyrastały na wybrzeżach Morza Śródziemnego w tempie zwiastującym rychłą zmianę paradygmatu. Potem okazało się, że nastąpiła, że nawet trochę jej pomogłem, ale dla mnie nie miało to już żadnego znaczenia. Tak czy siak, przez pierwsze trzydzieści lat zasypiałem, rozmyślając o pustce. Kiedy nie nadeszła, nauczyłem się o niej mówić innym językiem.

Tym, których spotkałem później, (a z czasem było ich coraz więcej, pełnych coraz głębszych wątpliwości), wbrew własnym doświadczeniom mówiłem najpierw o ustaniu myślenia, wreszcie o końcu świadomości, co z jednej strony otwierało im oczy na przerażającą prawdę, a z drugiej dawało nadzieję, jeśli nie na błyskawiczne ukojenie, to przynajmniej na powolną rezygnację. To nie były jednak pojęcia, którymi mogłem się posłużyć, żeby w tamtym czasie stłumić własne lęki. Kartezjusz i Locke urodzili się za późno, żeby pomóc mi zaakceptować to, co z pozoru nieuchronne. Na Lanzę z jego złudną nadzieją przyszło nam czekać jeszcze dłużej, a i tak nie dało się zweryfikować jego obietnic bez podjęcia największego z ryzyk. Zresztą strach można zracjonalizować tylko z zewnątrz. I ostatecznie nie potrzebowałem filozofów, żeby przestać się bać.

 

Potrzebowałem śmierci. Musiałem umrzeć. A przynajmniej spróbować.

 

***

 

Żar zelżał, ocean nadal szumi, krzyki mew rozdzierają powietrze. Odzwyczaiłem się od kakofonii świata.

Przypominam sobie, co było tuż przedtem. Gorąco. Piekielnie gorąco. Ale najpierw zimno przez wieki. Totalne odrętwienie. Gwiazdy, planety, słońce i księżyc, błękit oceanów, niebiesko-zielona mgiełka atmosfery nad krzywizną Ziemi. Obrót. Obrót. Obrót. Powrót, powrót, powrót. Wreszcie, po latach, pierwszy ledwo wyczuwalny podmuch rzadkiego wiatru. Oddech nadziei, pierwszy od tysiącleci kontakt z ziemską atmosferą. Obrót. Obrót. Obrót. Spadałem tak szybko, jak nigdy wcześniej. Krzyczałem z radości. Kontynenty ogromniały w polu widzenia. A potem zrobiło się ciepło, gorąco, zaczęło palić. Krzyczałem z bólu, nijak nie mogąc skrócić swoich cierpień. Jeszcze chwila, plusk, syk wrzącej wody i instynktowna walka o powrót na powierzchnię.

Chwilę później obudziłem się na tej plaży i od nowa uczyłem się mówić. A przecież mógłbym dryfować po Atlantyku miesiącami. Latami nawet, jak wcześniej w przestrzeni. Mogłem pójść na dno i spędzić kolejne eony w odrętwieniu obserwując ewolucje głębinowych ryb i mięczaków. Szczęśliwy traf kazał mi spaść z nieba w wody przybrzeżne, wysiłek woli nie pozwolił zanurzyć się zbyt głęboko. Deus ex machina. Miałem wreszcie grunt pod nogami i mogłem naprawdę wrócić do życia. Cokolwiek miało to oznaczać.

 

***

 

Brzegiem morza nadchodzi tu-i-terazbylec. Tysiące lat temu pomyślałbym, że ma ze dwanaście lat. Dzisiaj nie mam pojęcia. Zbliża się, nachyla z ciekawością w oczach. Dwóch z ciała, sześciu ze szkła i metalu. Mówi tradycyjnie, ustami.

– Yo, chłop. Andersz mich?

– Wiesz co, mały? Mam dość. W ogóle dziwię się, że jeszcze nie przestaliście istnieć.

– Qwho?

Tracę przytomność.

 

***

 

Dwieście lat pod gruzami Troi. Dziesięć tysięcy na orbicie okołoziemskiej w charakterze kosmicznej mrożonki. Półtora miliona w uścisku stopionych skał ziemskiego płaszcza, w powolnym dryfie od nowej kaldery Yellowstone do Trapów Hawajskich. Za każdym razem myślałem, że to długo. Z każdym wiekiem, z każdym tysiącleciem, czas płynął szybciej. Choć nadal za wolno.

Czułem zaś coraz mniej.

Na początku, po ucieczce z Jerozolimy, rzuciłem się w bezsensowną pogoń za wrażeniami. Brak ryzyka, brak konsekwencji. Wszystko, czego zapragnę. Kobiety i bogactwo, wojny i zarazy. Pierwszy raz zrzedła mi mina po zawaleniu się muru oporowego ostatniego Illium. Dwa wieki odrętwienia i nieznośnej konstatacji, że nieśmiertelność ma też swoje gorsze strony.

Potem, po trzynastu stuleciach najwyższej ostrożności, jak głupi dałem się zapakować do blaszanej puszki i wystrzelić w kosmos. Wiecie, jak to się skończyło.

Za trzecim razem też sam byłem sobie winien. Nie stawia się domu na aktywnym wulkanie, nawet jeśli wybucha co sześćset tysięcy lat.

 

***

 

 – Myśleliśmy, że jesteś tylko legendą – mówi płynnym aramejskim elektroniczny translator na bionicznym hełmie “dwunastolatka” ubranego w przedziwną wariację na temat lekarskiego kitla.

 – Może źle szukaliście. Albo nie szukaliście w ogóle – odpowiadam zniecierpliwiony, mieszając dwudziestowieczną angielszczyznę ze średniowieczną łaciną – krążyłem tam z dziesięć tysięcy lat. Było tak nudno, że postanowiłem się wyłączyć.

 – Wyłączyć?

 – Wyłączyć, umrzeć, zasnąć. Co za różnica. Już nie jestem pewien znaczenia tych słów. Wszystko mi się miesza.

– Przecież nie możesz umrzeć. – Cztery pary oczu patrzą na mnie w oczekiwaniu. Chwila nadziei, chwila rezygnacji. Przynajmniej wiedzą, że do niczego nie są w stanie mnie zmusić. Nie odpowiadam. Kroki, zamknięcie drzwi. Zostaję sam.

Dobrze i niedobrze. Strach wrócił. Strach podwójny. Co będzie, jeśli to się skończy? Jeśli następnym razem nic nie obudzi mnie z odrętwienia (zapamiętać – nigdy więcej nie trać przytomności)? Co będzie, jeśli nie skończy się nigdy? Dopiero dwanaście tysięcy lat. A cała wieczność?

 

***

 

 Przybili mnie do krzyża za rzekome wspieranie działalności żydowskich powstańców w południowo-zachodniej Syrii. Wbrew oficjalnym przekazom, nie dałem się pokornie zaprowadzić na rzeź. Przyjaciele i wrogowie opowiadali na mój temat niestworzone historie. Same kłamstwa i brednie. Najwyraźniej tego wymagała retoryka ewangelizacji.

Chciałem tylko dać im nadzieję, odwrócić uwagę od strachu, którego sam wtedy nie mogłem się pozbyć. A przy okazji sprawić, że przestaną skakać sobie do gardeł. Może zresztą obietnicę zmartwychwstania wymyśliłem jedynie jako motywację do dobrego życia. Ale nie miałem pojęcia, że wszystko, co powiem, może mieć tak duże znaczenie. Nie miałem pojęcia, jakiego figla spłata mi los. Uciekłem, a niedawni towarzysze poprzekręcali wszystko i stworzyli kolejny system zagłaskiwania egzystencjalnych lęków. Co za ironia, wszyscy pomarli. Przynajmniej wiedzą, czy jest się czego obawiać.

 

***

 

 

***

 

Zgasły ostatnie gwiazdy, a wszechświat nie zapadł się pod własnym ciężarem. Czarne dziury odtańczyły wszystkie piruety, na które pozwala im metryka Friedmana-Lemaître’a-Robertsona-Walkera. Promieniowanie Hawkinga nieubłaganie dokończyło dzieła. Rozpadły się nawet protony. Jestem jedynym źródłem energii w całym uniwersum. Niemożliwym wybrykiem natury, niezniszczalnym perpetuum mobile. Żałuję swego strachu sprzed decyliona lat. Teraz. Tu i teraz. Nieskończenie mały punkt czasoprzestrzeni niczym nie różni się od jej nieskończonego ogromu.

Nie liczę na śmierć. Wiem, co mnie czeka. Nieskończona jednostkowość. Nieprzeliczalna pomijalność. Wieczna samotność.

 

Nie wiem, co gorsze.

 

Koniec

Komentarze

No, to raczej inaczej nie daje się zinterpretować :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No fakt, nie daje. Ale słowo nie pada, więc przynajmniej nie ofiaruję prostego potwierdzenia. Ah, no i opublikowałem, więc to będą dwa pierwsze komentarze – niebetujący użytkownicy za cholerę nie zrozumieją, o co chodzi.

A fuckt :-)

A więc: ciekawe spojrzenie na nieśmiertelność w całkiem zgrabnej etiudzie, proszę państwa. Warto! 

 

Tadam!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

PsychoFish: Dzięki :)

Aż strach klikać na taki tytuł; nie wiadomo, czy zaraz coś nie wybuchnie.

Sorry, taki mamy klimat.

Tekst napisany bardzo ciekawie, o niełatwej tematyce. Muszę to przemyśleć. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Seth… :-D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie ukrywam, że zaintrygował mnie tytuł – jest trochę jak sztuka nowoczesna: wygląda ładnie ale musisz użyć technologii (czytaj: google translate) żeby go zrozumieć.

 

Pomysł jest bardzo interesujący i przyzwoicie wykonany. Chociaż brakuje mi tu trochę głębi. Jakoś trudno mi uwierzyć, że jakiekolwiek myśląca istota po spędzeniu tak niesłychanie długiego czasu pływając we własnych myślach, byłaby tak… nie wiem jak to nazwać… Zrównoważona psychicznie? Mało rozwinięta intelektualnie? Spędziłam całkiem spoko czasu rozmyślając o sytuacji opisanej w Twoim opowiadaniu, i raz po raz dochodzę do wniosku, że Twój bohater powinien mieć więcej przemysleń wynikających z rozważania wszechświata, nieskończoności czy płonności jakichkolwiek działań. Brakuje mi również czystego, zimnego obłędu.

 

Troszkę razi mnie obserwowanie ewolucji podmorskich stworzeń na przestrzeni tysięcy lat – tysiące to trochę mało, nie sądzisz?

 

Bardzo, bardzo podoba mi się wyrażenie "tu-i-terazbylec"! Po prostu perełka!

 

Jednakże, summa summarum, opowiadanie mi się podoba. Puenta trochę płytka, ale, będąc właścicielką nadaktywnego mózgu, pewnie się czepiam :)

Hmm... Dlaczego?

Fajny trik z tytułem. Tekst napisany fajnie, wprawdzie na dłuższą mete takie krótkie zdania byłyby nudne, wręcz męczące swoją dynamiką, ale przy takiej formie to się sprawdza. Napisane fajnie, uderzyło mnie tylko to:

bodźce. Ośrodek Broki powoli ubierał bodźce

Tylko treść, choć klimatyczny, to jak dla mnie za mało… treściwa?:D To mi masło maślane wyszło.

Tylko nie "Tęcza"!

Nie do końca rozumiem efekt, który chciałeś wywołać tytułem napisanym po hebrajsku. Dało to pewien trop interpretacyjny podczas czytania, ale czy było to, aż tak konieczne?

Nie chcę pisać swoich przemyśleń tutaj, bo jeszcze coś podpowiem. W każdym razie, nie mogę powiedzieć, że mi się podobało. Raczej pozostałam obojętna, chociaż sam koncept  kryjący się za tym tekstem mi się podoba. Wydaje mi się, że osiągnąłeś efekt jaki chciałeś, więc to jest najważniejsze. Nie jest tylko w moim stylu, ale jako próba “wyższej” literatury, jak najbardziej może być. Nie miałam wrażenie, że opowiadanie się rozpada na elementy cząstkowe, które do siebie nie pasują (a może się tak zdarzyć w tego typu narracji). Wszystko przemyślane i dopięte na ostatni guzik. 

Deirdriu: hebrajski tytuł miał w zamierzeniu pełnić kilka funkcji: 

1. Być wskazówką, że opowiadanie ma związek z Izraelem i Żydami, dawać ten interpretacyjny trop, o którym napisałaś

2. Choć na chwilę ukrywać treść tekstu (zwłaszcza przed tymi, którzy nie wkleją go do google translate)

3. Zaciekawiać i przyciągać, zachęcić do czytania.

Nie było to konieczne, ale czemu nie?

 

Tensza: ciężko to poprawić, żeby nie utonąć w “je, je, je”, więc dodałem tylko jedno słowo, żeby powtórzenie choć minimalnie uzasadnić. 

 

Drewian: to jest wciąż koncept do rozwinięcia. Jestem zdania, że wielu (również wybitnych) pisarzy krąży wciąż wokół kilku tych samych tematów (Lem, Gombrowicz, Dick), więc mi, początkującemu amatorowi, na pewno nie zaszkodzi recycling tej idei w przyszłości.

Nie chodziło mi o to, żeby zatopić czytelnika w zbyt długich przemyśleniach, chciałem szybko i jak najbardziej strawnie przedstawić koncept. Pewnie kiedyś do niego wrócę i wejdę głębiej, ale to może zanudzić większość czytelników, bo ma potencjał na prozę bardzo eseistyczną, tylko ze śladowymi ilościami jakiejkolwiek akcji, której już tutaj prawie nie ma. Czystego, zimnego obłędu dotykać nie chciałem. W tej chwili nie miałbym pojęcia, jak się do tego zabrać.

Dlaczego ewolucje na przestrzeni tysięcy lat? Po pierwsze to miało być dwuznaczne. “Ewolucje”, bo przez tysiące lat coś tam się jednak powoli dzieje i coś może dałoby się zaobserwować, ale i “ewolucje”, bo podskoki, podrygi, itp. No i tylko tysiące lat, bo może po tym czasie ktoś by go wyłowił albo morskie prądy dociągnęłyby go jakoś do brzegu.

 

Bardzo ciekawy pomysł. Jednak opowiadanie czytało mi sie ciężko, pełno w nim symboliki, niedomówień. Wolę trochę lżejsze teksty.

belhaj: wbrew pozorom się cieszę, bo to znaczy, że w jakimś stopniu efekt został osiągnięty. Borges jest ciężki i nasycony symboliką, odniesieniami do historii, idei, itp.

Przeczytałem. Ładnie napisane, natomiast hmm choć pomysł może sprawiać wrażenie ciekawego, to kolejna odsłona Jezusa – moim zdaniem – jest nudna przynajmniej tak jak poprzednia. Wiem, że to nie jest esencją tekstu, ale takie mam odczucia. 

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

@tojestniewazne, z ręką na sercu przyznam, że wszystkie trzy punkty zostały dla mnie osiągnięte.

 

Nie wiem czy jesteś użytkownikiem hebrajskiego, ale w zapisie nie stosuje się znaków diakrytycznych. W każdym razie, bardzo rzadko. Chociaż sama nie stosuję tego języka w ogóle, a tylko trochę arabski, po “wzrokowej” znajomości języków semickich zdziwiłam się, że użyłeś niqqud. A to juź taki malutki detalik :)

Kwisatz: dlatego to się pojawia tak późno, żeby nie przytłaczać tego tekstu. ten Jezus jest poboczny.

Deirdriu: nie jestem, google mi tak powiedział. Czyli powinno być לא מתקלקל ?

Po lekturze mam mieszane odczucia, niemniej opowiadanie napisane porządnie, więc wchłonąłem bez bólu. 

Sorry, taki mamy klimat.

@tojestniewazne, tak, dokładnie. 

Deirdriu: ale translate mówi, że to znaczy “nie gnije”, a mi zależy, żeby zdezorientowany czytelnik mógł się do czegoś odwołać. kolejny poziom wieloznaczności (zwłaszcza tak ukrytej, bo żeby w ogóle zdać sobie z niej sprawę, trzeba coś wiedzieć o cechach hebrajskiego) może odbiór tekstu dodatkowo utrudnić.

Lubię ten typ opowieści i lubię zmianę perspektyw w znanych historiach. Napisane też dobrze, więc czyta się to szybko. Chociaż akurat sam pomysł na kolejne przerobienie postaci Chrystusa jest takie średnie.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Uwielbiam w literaturze poszukiwania nowej formy przekazu – łączenia, słowotwórstwa, mieszania stylu, wykorzystywania dywizów, nawiasów, myślników, przypisów, środkowania tekstu, zwielokrotnionych wcięć, wyrazów dźwiękonaśladowczych i ogólnego naśladownictwa dialogów. Trzeba mieć nie lada wyobraźnię, nie lada wiedzę i przede wszystkim odwagę, by się w tym próbować. Jest to rzecz niezwykle trudna, ale za tę próbę daję Ci już ogromnego plusa.

Drugi idzie na Borgesa.

 

Początek od razu kojarzy mi się z odwróconą końcówką dukajowych Innych pieśni (polecam!). Potem mamy fragmentaryczne wchodzenie w pole świadomości – bardzo udany opis, zdania rozbudowane przewleczone między krótkimi, słowami-hasłami.

Fajnie, że nazywasz konkretne elementy mózgowia (+). Mamy wskazówkę, że istota jest cielista, choć [spoiler] nieśmiertelna.

Podział na małe partie tekstu jest ukłonem w stronę czytelnika, bo to się czyta z łatwością, mimo tekstu, który wymaga skupienia (+).

koszuli wyschniętej na wiór – do zmiany, ja właśnie suchutką jak wiór koszulę ściągnąłem z suszarki, a wcale nie jest zniszczona (a tak wedle zamysłu być miało) / może “kruchej jak wiór” “rozsypującej się jak tysiącletnie bandaże mumii”?

największego z ryzyk – największego ryzyka całkowicie starczy, a brzmi lepiej

Kontynenty ogromniały – przeszarżowałeś: kontynenty rosły

Wyłączyć, umrzeć, zasnąć. – Szekspir! tj. monolog Hamleta bodaj w tłumaczeniu Barańczaka, bardzo fajne odwołanie (+ x2)

jakiego los spłata mi figla – jakiego figla spłata mi los / nie masz takiej inwersji w tekście, więc tu, taka osamotniona, przykuwa uwagę

Akapit z trzykropkiem jest takim kubrickowskim wyłączeniem wizji. Generalnie dobry zabieg, ale nie pasuje do miejsca, w którym to zrobiłeś. Miałby lepszy wydźwięk jako pauza wielkiej bitwy, huraganowej akcji, wzmożonego napięcia – tu niestety marnuje swoją moc.

 

Niemożliwym wybrykiem natury – dla mnie tu nie ma żadnej natury, on nie może być tworem natury, lepiej może: niemożliwym wybrykiem, nieobjętym wizją natury

Tytuł “לֹא מִתְקַלקֵל” zawarłbym w którymś z akapitów, być może zamieniłbym z tym trzykropkiem. Zamiast niego dać właśnie “לֹא מִתְקַלקֵל – NIEZNISZCZALNY / NIEŚMIERTELNY”

 

Dobre sci-fi. Poważne sci-fi. Za mało poetyki przemijania, za mało stylizacji, w którą poszedłeś, ale się nie zatopiłeś. Tekst ma swoje wady, ale wyróżnia się ogromnie na tle jakichś 45 z 50 opowiadań, które przeczytałem na tym portalu w ciągu ostatniego miesiąca.

Jak poprawisz to, co zasugerowałem (wiem, wiem, moja megalomania), to sądzę, że można to gdzieś wysłać (ile to ma stron w takim Wordzie? mniej niż 7?). W sumie i teraz będą tacy, co kupią ten tekst.

Sirin: bardzo dziękuję za tak pozytywną i dobrze umotywowaną opinię oraz wszystkie uwagi. 

 

Los płatający figla poprawiłem od razu, bo to zwykła niezgrabność. Nad koszulą muszę pomyśleć, bo koszula ma być tak sucha, że aż się sypie, a jeszcze muszę zadbać o rytm zdania. Widzę też potencjalną nielogiczność fragmentu o wybryku natury. Ale też w tej chwili nie wiem, jak sobie z nią poradzić.

 

Ogromniejących kontynentów chcę bronić – one najpierw może rosną, ale potem wypełniają całe pole widzenia, a w końcu nie da się ogarnąć wzrokiem więcej niż malutkiej części.

 

Największe z ryzyk brzmi gorzej, ale precyzyjniej oddaje to, co chcę napisać. Bo bardzo konkretnie chodzi o śmierć, która może być bezpowrotnym końcem istnienia – to przecież był największy lęk bohatera, a próba dowiedzenia się, jak jest naprawdę, jest największym ze wszystkich możliwych do podjęcia ryzyk. 

 

Do Szekspira nawiązuję jak najbardziej świadomie. Piękne jest to tłumaczenie. Do Dukaja już nie. Czytałem Inne pieśni (też uważam, że świetne) mniej więcej rok temu i widocznie coś musiało zostać mi w głowie.

 

Akapit z trzykropkiem miał być przerwą w czasie po prostu. W końcu decylion lat.

 

Nad tytułem też pomyślę. Może po borgesowsku zamienię go na transliterację (”lo miskalkei” – nie brzmi za dobrze), ale tego też się nie da tak łatwo przetłumaczyć googlem. Jednak nie widzę sensu w zastępowaniu nim trzykropka. Zresztą tę niezrozumiałość chciałbym jednak zachować.

W Wordzie to jest 5,5 strony (Times New Roman, 12pt, 1,5 odstępu), trochę ponad 5 stron znormalizowanego maszynopisu.

Powtórzę i trochę rozwinę opinię z bety:

Opowiadanie, mimo iż oparte na znanym motywie, jest bardzo interesujące. Osobiście nie spodziewałem się, że zawarta w nim historia potoczy się w ten sposób. Nawiązanie do Borgesa jak najbardziej udane. Chyba najciekawszym elementem tekstu jest “synteza” jaźni, stopniowy powrót do zmysłów. Ogólnie bardzo refleksyjnie i dobrze napisane.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Największe z ryzyk – może zamienić na “największe z niebezpieczeństw”? A poza tym priv.

Wydaje mi się, że jeżeli mówimy o nieśmiertelnej istocie, to powinno być “אַלְמוֹתִי”. Niestety, też wykorzystałam poczciwego Google. Morał wychodzi taki, że musisz ten tytuł skonsultować z kimś, kto zna hebrajski. Bo w tej chwili tytuł może się odnosić do czegoś, co faktycznie nie gnije, ale dotyczy każdego innego materiału organicznego oprócz człowieka. W językach semickich takie niuanse mogą wychodzić. A że niqqud nie jest stosowany w życiu codziennym, tytuł może zostać uznany za przekombinowany i pochodzący od jakiejś archaicznej formy. Oczywiście, to może być Twój celowy zabieg, ale w tej chwili tak nie wygląda. 

Widzisz, można mieć o wiele większy zarzut – dlaczego użyłeś tytułu, którego nie rozumiesz? Dla niektórych to może być wielki minus, bo jak na to nie patrzeć, na portalu mógł być ktoś, kto zna hebrajski i zarzucić Ci, że użyłeś wyrazu, którego nie znasz.

Niestety, nie jestem w stanie tutaj pomóc więcej, bo nie mam “na od razu” kontakt z kimś, kto zna hebrajski. Po arabsku, pewnie bym Ci pomogła. 

 

Tak dla ciekawostki, przepuściłam “nieśmiertelny” przez arabski, a potem na hebrajski – חאלד. Jeszcze raz coś zupełnie innego. Może Twój tytuł jest prawidłowy, ale nie można mieć sto procent pewności. Tylko ktoś, kto zna temat będzie w stanie Ci pomóc, co jest zalecane jeżeli będziesz chciał rozwinąć tę historię. 

Ależ nie, tytuł rozumiem. Dokładne tłumaczenie לֹא מִתְקַלקֵל według google translatora oraz innych źródeł w sieci to imperishable (bo te źródła są głównie angielskie – polski translator tłumaczy na niezniszczalny). I o to znaczenie jak najbardziej mi chodziło. Bo samo nieśmiertelny to mało (tekst w fazie wczesnej bety nosił właśnie tytuł אַלְמוֹתִי). Chodzi mi tylko o to, że jeśli do google translatora wrzucisz wersję bez “nikudów”, to dostajesz inne znaczenie niż przy wersji z nimi. W sumie mam z kim skonsultować hebrajski, muszę się tym zająć.

Jest jeszcze נצחי, czyli wieczny, ale to mi chyba też nie pasuje.

Biegiem konsultować się :) Aż sama jestem ciekawa jaka wersja będzie najbardziej pasowała do Twojego konceptu. W języku polskim czy angielskim (chociaż angielski nieco bogatszy o niektóre wyrażenia), tłumaczenie słów z języków semickich może być bardzo mylące, a sens słowa “zaginąć” na wieki. Jedno słówko może mieć tak bogate znaczenie, że po polsku trzeba cały zdań. 

Bardzo mi przykro, ale nie podzielam entuzjazmu większości dotychczas komentujących. Pewnie coś mi umknęło, podczas gdy coś innego nie dotarło i może dlatego, skończywszy lekturę, nie doznałam żadnej iluminacji a tylko zadowolenie, że opowiadanie nie było zbyt długie.  

 

Po­wo­li. Pierw­sze to… O, wię­cej…. – Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

Wię­cej, wię­cej. Czu.. Czu­cie?.Jeśli po Czu miała być kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli miał być wielokropek, jest o jedną kropkę za mało. Kropka po pytajniku jest zbędna.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

reg: dzięki za wyłapanie, to niedopatrzenia. Poprawiłem.

 

Pisząc, zdawałem sobie sprawę, że wielu czytelników może uznać to za przegadane, nieciekawe, a po becie spodziewałem się też sprzecznych opinii. Dzięki za komentarz :)

Ani nie chwalę, ani nie krytykuję – lakonicznie stwierdzam / potwierdzam, że takie teksty leżą poza granicami moich zainteresowań, więc nie czuję się upoważnionym do zabierania głosu.

Kufa, ze mną jest coś nie tak chyba.

Lubię, nawet bardzo, eksperymenty, i zabrałem się do tekstu ze szczerą ochotą.

A tu:

Restartujące obszary mózgu odpowiedzialne za dotyk, smak, węch i odczuwanie temperatury szybko zbierały wrażenia w wiązki i dostarczały świadomości coraz mniej sfragmentaryzowane bodźce.

Przepraszam, ale obszary mózgu niestety nie dostarczają bodźców, przynajmniej w sensie fizjologicznym. Obszary mogą jedynie przekazywać pewne informacje dalej celem dalszego bardziej specyficznego przetworzenia.  

 

Edit: hmmm, przepraszam, nie ma co dramatyzować, można przecież zmienić: “dostarczały” na “przekazywały” 

Edit2: “Ośrodek Broki powoli ubierał te bodźce w słowa.” 

W związku z powyższym, ubierał raczej reakcję na impulsy niż bodźce

Edit3:”jak jesienne liście, kiedy następnego lata rozsypują się w dłoniach.

Liście z zeszłego roku są przeważnie zgniłe, także nie można użyć ogólnika.

Edit4:”nauczyłem się o niej mówić innym językiem. Tym, których spotkałem później”. Może i logicznie wszystko się tu wszystko zgadza, ale generalnie związek zdaniowy budzi stylistyczny niepokój. Proponuję poprawić. 

Edit5: “mógłbym dryfować po Atlantyku miesiącami, latami nawet, jak wcześniej w przestrzeni.

Skoro tak, to niezrozumiałe jest bezładnie spadanie. (może tekst to później wyjaśni)

Edit6: “Mogłem utonąć i spędzić kolejne tysiąclecia na dnie oceanów” 

Tu bardzo drobna uwaga, utonąć, ma dość silny związek z utratą życia. Nie zaszkodziłaby odrobina jeśli nie wyjaśnienia, to suspensu. “Opadłem na dno, by spędzić…?”

Edit7: “Wiesz co, mały? Mam dość. W ogóle dziwię się, że jeszcze nie przestaliście istnieć.”

To bardzo długie zdanie dla kogoś, kto opadł z sił. A jeśli to myśl to warto by ją inaczej zaznaczyć.

Edit8:”Zgasły ostatnie gwiazdy, a wszechświat nie zapadł się pod własnym ciężarem”

To wymagałoby, tu się nie upieram, wyjaśnienia. W świetle obecnej (medialnej) wiedzy, łatwiej wszechświatowi rozpierzchnąć się, niż zapaść – po prostu bardziej strawne dla czytelnika. Tylko nie pisz, że chciałeś zburzyć zmurszałe, mieszczańskie widzenie wszechświata ;)

 

Generalnie. Twój pierwszy tekst wydaje mi się bardzo dobry. Mimo dość wytartego mesjanizmu, jest ciekawy i czyta się do końca. Gdyby nie był pierwszy, to ocena byłaby znacznie surowsza.

Pozdrawiam i wiem, że wiele rzeczy, które napisałem Cię dotknie. Cóż, taka karate-szkoła “Recenzuję-nie polecam” ;)

 

Nie biegam, bo nie lubię

Dostarczały świadomości. To nie wyklucza przekazywania. Mleczarz też dostarcza mleko, choć go nie produkuje, a de facto tylko przekazuje.

Wypadło w mój dyżur, więc wpisuję się, że przeczytałem (podczas bety) i podobało mi się.

Dostarczały świadomości. To nie wyklucza przekazywania.

Nie, nie wyklucza. 

Nie biegam, bo nie lubię

zygfryd89: bardzo dziękuję za punkt do biblioteki.

 

Corcoran: dotknie? Nie ma szans. Mnie boli, jak ktoś mówi, że mam głupie pomysły, że moje założenia artystyczne są kompletnie błędne, a nie jak się czepia szczegółów. Piszesz tak, jakbyś chciał albo miał nadzieję, że mnie dotknie. Dziwne.

Piszę od dawna (naście lat), ale do tej pory nikt mnie na serio nie oceniał. Skoro wreszcie się wystawiam na krytykę, to muszę być na nią gotowy. I nawet jeśli dużo się bronię, to raczej uzasadniam swoje rozwiązania, a uwagi bardzo doceniam. A taki poziom niuansów mało kto wyłapie. Pozwolisz, że zaproszę Cię do następnej bety?

 

Ad. Edit: ok, przekazywały może nawet bardziej pasuje, a rytmicznie nie robi różnicy.

Bodźce – bez tych skrótów myślowych miałbym zdania-potworki, ale może w jakiejś następnej wersji tekstu pomyślę, jak być bardziej naukowo dokładnym. W sumie sam jestem pedantem, staram się leczyć.

Ad. Edit3: Wyobrażałem sobie takie liście, które nadgniły a potem wyschły w czerwcowym żarze i naprawdę się sypią. Pół życia mieszkałem w lesie i co roku było to samo. Ale to argument z “co Ty tam wiesz”, więc “whatever”.

Ad. Edit4: Myślałem, że akapit, który jest po drodze, trochę rozrywa ciągłość. Ale jak się wczytuję, to rozumiem, o co Ci chodzi.

Ad. Edit5: Może za mało wyjaśniam podstaw fizyki, ale generalnie niskie orbity okołoziemskie mają skłonność do degradacji, więc można krążyć setki lat, a potem zacząć ostro hamować w atmosferze, “zdeorbitować” i wytracić prędkość (wydzielając mnóstwo ciepła na styku z atmosferą) na tyle, żeby w pewnym momencie zacząć swobodnie spadać. Patrz kapsuły Apollo. Czyli powinienem gdzieś o tym napisać? Nie chcę się tam rozpłynąć w takim “wyjaśniactwie”, to mnie zawsze wkurza strasznie w SF.

Ad. Edit6: a “zatonąć” albo “pójść na dno”? To już nie ma konotacji ze śmiercią. Choć “zatonąć” nie pasuje do człowieka.

Ad. Edit7: Nie pomyślałem, ale może on tam już siedział trochę na tej plaży, zanim ktoś do niego podszedł. Do zaznaczenia w tekście.

Ad. Edit8: Niczego nie chciałem zburzyć. To jest raczej zaznaczenie, że losy wszechświata potoczyły się mniej więcej tak, jak obecnie uznaje się za najbardziej prawdopodobne. Że nie doszło do Wielkiego Kolapsu, ale właśnie do śmierci cieplnej wszechświata.

 

I powiedz mi jeszcze, w jakim sensie ten mesjanizm jest wytarty? Może Jezus jest wytarty, ale mesjanizm? Czy tu jest jakiś mesjanizm? Mesjanizm to jest jakaś postawa, a on sobie co najwyżej wyciera nim gębę, usprawiedliwia się, że chciał dobrze, a wyszło wielkie oszustwo.

I jak “bardzo dobry”, to może kliknij ocenę czy coś? Wierzę w częściową zasadność kwantyfikacji opinii.

Czy tu jest jakiś mesjanizm?

 

Jeśli chodzi o «pogląd religijno-społeczny, głoszący wiarę w nadejście Mesjasza, który przywróci narodom wolność i zbawi ludzkość»  to choć krztynę, może błędnie, wyczuwam ;)

Generalnie, poza nielicznymi i osobistymi “psipadeczkami”, uważam, że betowaniu i zaproszonym poprawkom nie do pary z klikaniem na biblio. Jestem w tym temacie odosobniony, więc oczywiście najlepiej będzie jeśli weżmiesz to za zawiść lub złośliwość ;).

Nie biegam, bo nie lubię

Och, sejm ol story, czyli ciemnicza kurtyna z Wiejskiej znów korkuje… Autorze, jeśli Corcoran ma wątpliwości co do mojej oceny z bety, nie mam nic przeciwko,byś przesłał mu mój komentarz. Pofiukaj jakimś perfumem, żeby było miło. :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ani przez moment nie wątpiłem w wartościowość Twojego, Fiszu, komentarza, po prostu wyjaśniłem co nie co, i to zapytany :) 

Sejm ol story

Nie biegam, bo nie lubię

Przepraszam Cię najserdeczniej. Ale obszary mózgu niestety nie dostarczają bodźców, przynajmniej w sensie fizjologicznym.

 

Corcoran – Nie zgodziłabym się z tym stwierdzeniem. Wprawdzie w ogólnym rozumieniu obszary mózgu przetwarzają informacje ale, nie zapominaj jak te informacje są przetwarzane. Nie wgłębiając się w fizjologię czy biochemię: polega to na dostarczaniu pobudzeń z jednego ośrodka do drugiego. Kontakt pomiędzy komórkami okładu nerwowego odbywa się za pomocą receptorów, do których dostarczane są impulsy nerwowe czyli bodźce.

 

utonąć, ma dość silny związek z utratą życia.

 

To dlaczego w takim razie mówi się, że statki toną?

Hmm... Dlaczego?

Drewian: statki toną. Ale o statku raczej powiemy, że zatonął, o człowieku, że utonął.

Tojestnieważne: a wiesz, jak się nad tym zastanowić… Może i masz rację…

(kurde, będę teraz chodzić cały dzień marocząc: “utonął? zatonął?”)

 

Ale, patrz co właśnie znalazłam:

 

http://wyborcza.pl/1,75248,18034314,Statek_Zjawa_IV_niemal_utonal_na_srodku_Baltyku.html

Hmm... Dlaczego?

Jestem w tym temacie odosobniony, więc oczywiście najlepiej będzie jeśli weżmiesz to za zawiść lub złośliwość ;)

Nie jesteś odosobniony, uważam podobnie. Uważam też – o ile przy sprawie z Rogerem miałem wątpliwości – że Twoje poczucie humoru czy co to tam jest, jest stanowczo nie na miejscu. Najpierw zasypujesz autora komentarzem, który moim zdaniem, jest mega czepialstwem – bo o ile te obszary w mózgu by przeszły, to już:

To bardzo długie zdanie dla kogoś, kto opadł z sił.

… brzmi jak żart. A późniejszy komentarz:

Pozdrawiam i wiem, że wiele rzeczy, które napisałem Cię dotknie.

moim zdaniem uległ właściwiej interpretacji tojestniewazne. Nie mówiąc już o pierwszym cytacie, który jest po prostu agresywny.

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Pewnie masz rację  Kwisatz ;) Mam zdaje się problem z przekazywaniem nie negatywnych uczuć. 

Co do czepialstwa tez masz rację. No ale tak akurat widzę komentowanie (no może poza tą agresją – bo to sprawia, że staje się podobny do sam-wiesz – kogo ;) 

Piszę wiec co mi nie do końca spasowało, tylko i wyłącznie jak sugestię. I to na prośbę autora. Podsumowuje tez, ze Tekst Jest Bardzo Dobry ;) 

Widać jednak, że odpoczynek od komentowania był dobrym pomysłem… Mniejsza o to. 

 

Jeśli powiemy, że ktoś utonął, jest to rownoznaczne, że utracił życie. Tak mi się zdaje. 

Co do fizjologii, to chyba wkraczamy w sofistykę. W klasycznym ujęciu, najbardziej oczywistym mamy bodźce, które działają na receptory i wywołują po interpretacji określone reakcje. A że przekazanie do  układu wiąże się z mikrobodźcami cóż ;) Chodziło mi o precyzję językową. Autor może to brać pod uwagę lub  nie. Pozdrawiam. 

Nie biegam, bo nie lubię

Jeśli powiemy, że ktoś utonął, jest to rownoznaczne, że utracił życie.

A Fjollsfinn? :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Czy mam iść po pop corn?

 

Drewian: chyba nie ma formalnego problemu z używaniem tych słów zamiennie, ale statkom jednak częściej zdarza się zatonąć, a ludziom utonąć – na szybko sobie sprawdziłem liczbę wyników w google dla fraz “statek zatonął” (10 800), “statek utonął” (1 230), “mężczyzna zatonął” (259) i “mężczyzna utonął” (32 800). Żeby uprzedzić oskarżenia o seksizm, kobiety też sprawdziłem: zatonęły 72 kobiety, utonęło 5 860.

Jaki z tego wniosek? Mężczyźni częściej toną.

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

http://sjp.pwn.pl/sjp/uton%C4%85%C4%87;2533811

 

Utonięcie nie musi oznaczać utraty życia, ale zgadzam się, że mocno to sugeruje, więc przychylam się do pomysłu zmiany. 

 

Uwagi są jak najbardziej cenne, niektóre może faktycznie trochę upierdliwe, ale przecież mogę uwzględnić te, na które mam ochotę i z którymi się zgadzam. Poddawanie się krytyce ma tę wartość, że pozwala zauważyć wady tekstu, które samemu trudno dostrzec. Potem można już sobie polemizować.

Teraz to ja się czuję niezrozumiany :/

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Kwisatz: zacząłem pisać swój komentarz, zanim dodałeś. Żart odnotowany (to miał być żart, nie?), ale trochę trudno parsknąć śmiechem w komentarzu.

Mężczyźni częściej się popisują po pijaku.

Teraz to już podwójnie, bo chodziło mi o

Uwagi są jak najbardziej cenne,

:)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

A tutaj. To było chyba bardziej do Corcorana albo bardzo w konkretnym kontekście uwag Corcorana. Bo że uwagi w ogóle są cenne, to banał. Chodziło mi o to, że chętnie zniosę trochę pomyj, jeśli mogę się spodziewać, że w wiadrze będzie kilka kawałków treściwego mięsa.

Gorzej jak pomyje Cię gryzą. Ale nieważne. Tekst jest dobry. Faceci toną. Na tym skończmy.

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Kliknąłem bibliotekę, bo w sumie czemu nie? Zasłużyłeś.

Prezentujesz ciekawe podejście do tematu i – co chyba najważniejsze – nie wpadasz w spiralę egzystencjalnego bełkotu i nadmiernej mataforyzacji. Taka tematyka w krótkich formach przedstawiana jest najczęściej jako przeintelektualizowany, nieczytliwy strumień świadomości – tobie udaje się tego uniknąć. Przedstawiasz rozważania i refleksje, ale poza tym opowiadasz historię. To bardzo miło z twojej strony. 

Przypuszczam, że sposób prowadzenia tej opowieści nie sprawdziłby się w dłuższej formie, pewnie wymęczyłby czytelnika. W krótkiej natomiast sprawdza się znakomicie. Cóż mogę rzec, generalnie jestem pod dość zasadniczym wrażeniem.

vyzart: dzięki wielkie. Mam alergię na bełkot. W dłuższych formach faktycznie jest ciężko, dlatego opowiadania Borgesa, na których się tutaj wzorowałem, są zwykle krótkie, a i tak dość ciężkie.

Ale ze odrazu pomyj, może niesmaczne to to, ale treściwe, i mąki dodałem ;) Co do dłuższej formy, chyba  Vyzart ma rację. 

Nie biegam, bo nie lubię

Następnym razem muszę między wewnętrzne monologii wpleść więcej akcji, to się będzie dało czytać i dłuższą formę.

Ok, przemyślałam, przeczytałam jeszcze raz i ponownie przemyślałam. 

Napisane sprawnie, widać, że całość od a do zet, w tym długość opowiadania,  przemyślana. Tekst przesączony symboliką, pod pewnymi względami taki jakiś eteryczny, chociaż z drugiej strony nie ma też niestrawnego i niezrozumiałego słowotoku. Jednym słowem – doceniam warsztat.

Co do reszty (znaczy treści) – tekst jednak nie wzbudził we mnie żadnych odczuć. Ani mi się spodobał, ani nie spodobał. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Moje zdanie, szanowny Autorze, znacie, więc nie będę się powtarzał. Na potrzeby szerszego grona odbiorców nadmienię tylko, że – choć pali widok tych czterech punktów bibliotecznych jak hemoroid – to jednak nie kliknę jako piąty.

Mimo to mam szczerą nadzieję – i jestem w sumie przekonany, że do tego dojdzie – iż nawet bez mojej pomocy trafisz na piedestał. Bo choć treść opowiadania mnie bardziej niż nie przekonuje, to jednak wykonanie zasługuje na brawa. Choćby skromne.

 

Peace!

 

P.S.

Kiedy – jeżeli – obejrzysz “Człowieka z Ziemi”, nie zapomnij podzielić się wrażeniami.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, śniąca: dziękuję za opinie :)

 

Człowiek z Ziemi już leży na dysku i czeka na bezsenną noc. Nie zapomnę.

Fiu, fiu. toniestniekiepskie

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Dj approved.

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Szalenie zaintrygował mnie początek. No, może nie tyle bełkotliwe składanie słów (choć to też), co wrzucenie czytelnika prosto w tę budzącą się świadomość. To, jak skoncentrowałeś się na zmysłach, fragmentaryczność opisu składającego się jak puzzle, bardzo mnie to zaangażowało.

Później gubiłam się trochę, nie wiem, czy wszystko dobrze zinterpretowałam. Jednak czytałam z dużą przyjemnością bo tekst pozostawał intrygujący i bardzo dobrze napisany. Według mnie koncept jak najbardziej do rozwinięcia.

Nie jestem przekonany, czy w tekście, który został napisany tak, żeby nie zdradzać za szybko tożsamości istoty, dobrym pomysłem było umieszczenie spoilera w tytule. Dzisiaj robi się „kopiuj – wklej”, wrzuca do translatora i po zabawie. Widzisz język oryginału i rozszyfrowane słowo, które wskazuje niemal na finał, szkoda. Owszem tytuł się wyróżniał na liście opowiadań, ale moim zdaniem nie było warto spoilerować. Gdyby nie to, sposób narracji uznałbym za wciągający. Mając jednak przeczucie „kto” i „jak długo”, zamiast mieć frajdę w zbieranie cennych informacji z tekstu i rozgryzanie wszystkiego samemu, zacząłem się doszukiwać mankamentów.

Pomysł ciekawy, nie zaprzeczę, bo sam mam w głowie koncepcję historii o narodzinach religii z tamtego rejonu. Jednak uważam, że powinna ona być przedstawiona w formie rozbudowanej i nieco bardziej klarownej. Dlatego uważam Twój eksperyment za ciekawy, z potencjałem, ale niewykorzystanym w pełni. Szukanie smaczków jest przyjemniejsze, jak treść jest bardziej uporządkowana, a forma bardziej przystępna. Tu masz fajny przykład z NF: AlexFagus i jej Nebula (rany niech ktoś z uprawnieniami kliknie na bibliotekę!)

Nie twierdzę, że Twój tekst jest zły. Opis powrotu do świadomości – całkiem ciekawy, początek intrygujący, ale im dalej w las tym byłem bardziej rozczarowany. Uproszczenie w stylu:

Same kłamstwa i brednie. Najwyraźniej tego wymagała retoryka ewangelizacji.

uważam za zbytnie uproszczenie i niepotrzebną totalną deprecjację idei katolicyzmu. Osobiście bardziej doceniam pogryzanie i uszczypliwości, sugestię, że Kościół naginał i nagina zasady wiary, jak mu jest wygodnie, niż stwierdzenie, że wszystko to banialuki.

Coś mi też zazgrzytało z wyliczanką dotyczącą czasu. Może to kwestia przeskakiwania myśli narratora, ale miałem wrażenie, że do pewnego mementu opis wskazywał na skracanie się czasu w jakim protagonista jest „zahibernowany”, a potem nagle pojawiają się duże jednostki czasowe i trochę się pogubiłem.

I jeszcze generalna refleksja. Jak na tak krótki tekst, wrzuconych jest bardzo wiele wątków i zdarzeń z czasoprzestrzeni. Mamy też „przebudzenie”  w czasach przyszłych, które mogłyby być ciekawym zabiegiem, gdyby je trochę bardziej rozbudować i wyjaśnić. A tak mamy wiele składników w jednym garnku i zupa mimo, że sycąca, nie jest symfonią doznań.

Finał, jak już nadmieniłem we wstępie, spalony przez tytuł, a mógł być fajną refleksją o nieśmiertelności.

empatia

dj Jajko, Werwena: dzięki :)

 

empatia: ależ ja tam zdradzam nieśmiertelność znacznie szybciej (w okolicach Kiedy nie nadeszła, nauczyłem się o niej mówić innym językiem.). I ona nie ma być jakoś szczególnie zaskakująca. Najbardziej zależało mi na pokazaniu konsekwencji tej wersji nieśmiertelności (ostatni “podrozdział”), w drugiej kolejności na ćwiczeniu z restartu świadomości.

Po namyśle wiem, że Jezus jest najgłupszym pomysłem, na jaki wpadłem po drodze. Szukałem jakiegoś wyjaśnienia stanu głównego bohatera i zamiast wikłać się w kabałę, rytuały, czy inne magiczne uzasadnienia, wrzuciłem Jezusa.

Swoją drogą nie spodziewałem się, że taka spekulacja zagra tutaj w rejestrach oburzenia, przecież fantasy ogrywa różne tematy na miliony sposobów. Zresztą nie uważam, że deprecjonuję ideę katolicyzmu (gwoli ścisłości, raczej chrześcijaństwa). Wskazuję na dobre intencje i w ogóle nie roszczę sobie prawa do oceny. Próbuję po prostu wejść w głowę tego człowieka.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że tekst jest daleki od doskonałości i bardzo dziękuję za opinie, które zwracają uwagę na jego braki.

Żyd Wieczny Tułacz.

Święty Mikołaj.

 

Takie luźne pomysły na inne postaci nieśmiertelne.

 

Lobo poczytaj ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Chyba muszę wymyślić jakąś swoją. 

 

Lobo kojarzę. Czytałem co prawda tylko jeden zeszyt dawno temu, ale jak ktoś mi o nim przypomina, zawsze sobie mówię, że na pewno poczytam więcej.

Żeby nie było, że uprawiam jakiś moheranizm;) Przeciwnie, bardzo krytycznie podchodzę do wiary powszechnie obowiązującej w naszym kraju. Ale to co napisałem podtrzymałbym, gdybyś w taki sposób podszedł do islamu, judaizmu czy buddyzmu. Chodziło mi tylko o to, że lepiej by było dla opowiadania, gdyby aluzje były subtelniejsze. Zwłaszcza, że jak odpisałeś, chodziło bardziej o problem nieśmiertelności. Jaki więc cel miało pojechanie stwierdzeniem totalnym po chrześcijaństwie? Jak dla mnie była to niepotrzebna kontrowersja. Czy motyw Jezusa był tak nietrafionym pomysłem? Tego nie powiedziałem. Uważam wręcz, że można było  zrobić z tym coś więcej, tylko w inny sposób.

Po Twojej reakcji na moje uwagi dopowiem coś jeszcze. Nie odbieraj ich proszę jako całkowitej krytyki. Bo to błędna konkluzja. Nie uważam, że opko jest jakoś tragicznie niedopracowane. Miałeś pomysł na niekonwencjonalną narrację, a warsztatowo jest wszystko w porządku. Uważałem tylko, że można było wykrzesać z pomysłu więcej i uniknąć kilku raf. Ale co głowa to inne pomysły i inne postrzeganie spraw. Dzieliłem się tylko spostrzeżeniami.

W sumie to nie mieliśmy jeszcze okazji dyskutować, więc od razu powiem, że nie mam w zwyczaju czepiać się dla zasady. Opowiadań, które mnie nie przekonują lub są naprawdę do kitu po prostu nie komentuję. Po co ludziom robić przykrość. Ale jak jest potencjał to nie boje się powiedzieć, że pewne elementy widziałbym inaczej lub gdzieś mam wątpliwości.

Do następnego razu. Z ciekawością zajrzę to kolejnego Twojego tekstu:)

empatia

empatia: stwierdzeniem totalnym? pisząc, miałem poczucie, że nie odnoszę się do chrześcijaństwa jako do wielkiej religii, ale raczej jako do projektu, który gdzieś tam się dopiero rodził w pierwszym wieku naszej ery. bo narrator mówi o bieżących wydarzeniach, a nie o tym, co na nich wyrosło. piszę, ze motyw Jezusa ostatecznie nie wydaje mi się dobrym pomysłem, bo był jednak pewnym pójściem na łatwiznę. ale zastanowię się, w jaki sposób to kontynuować. bo chciałbym tekst rozszerzyć i być może głębiej ukryć wszystkie oczywistości.

odpowiadam akapitem na akapit, więc teraz o krytyce. niestety zdaję sobie sprawę, że moje reakcje na krytykę są czasem za ostre, przynajmniej w tonie. instykt terytorialny, a potem odruch bezwarunkowy. dlatego wciąż zapewniam, że krytykę bardzo cenię. zresztą nie używam teraz słowa krytyka w tym sensie, które niesie negatywne konotacje. już pisałem Corcoranowi: nawet z czepialstwa można wydobyć wartościowe uwagi.

to też doskonale rozumiem, bo mi również szkoda czasu na zawracanie kijem Wisły. i cieszę się, że tekst zasłużył na Twoją uwagę. 

z ciekawością przeczytam kolejne opinie :)

Przeczytałam i już po kilku akapitach zorientowałam się do czego tekst dąży. Zakończenie otwarte daje możliwość otwartej interpretacji, ale mam wrażenie, że jest tak jednoznacznie napisane, że z automatu nasuwa się to jedno konkretne. Szort całkiem przyjemny, bo przyzwoicie napisany, ale jakoś szczególnie mnie nie porwał. Chyba głównie ze względu na to, że nic nowego nie wniósł. Głównym atutem jest język i narracja, ale gdyby forma była dłuższa mogłaby się okazać męcząca dla czytelnika.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Zakończenie otwarte?

Powstanie nowego świata? No cóż widać, że nadinterpretuję.;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Nie no, mi tam chodziło o to, że wszechświat się skończył śmiercią cieplną, a on został sam, bo nie może umrzeć. Myślałem, że akurat to jest oczywiste.

Ostatniej zimy przeczytałem trochę tekstów Borgesa. Nad większością z nich trzeba się nieco skupić, akurat “el Inmortal” nie zapadł mi szczególnie w pamięć, choć po “przekartkowaniu” opowiadania w Internecie coś mi się jednak kojarzy. Są inne opka argentyńskiego mistrza, które oceniam wyżej.

Nawiązanie do tematu tekstu Borgesa jest bardzo wyraźne – bo jeśli dobrze zrozumiałem – i u niego i u Ciebie chodzi o to, jak to jest być nieśmiertelnym : >.

Temat dość ambitny. 

Trudno mi powiedzieć, że twoje dzieło mnie olśniło. Kogo wybrałeś sobie na protagonistę domyśliłem się bardzo szybko, po “30 latach”. Wydaje mi się, że Drewian w swoim pierwszym komentarzu miała sporo racji – trochę zabrakło mi tu głębszych przemyśleń, jak na nieśmiertelnego, zwłaszcza jeśli uczyniłeś nim Chrystusa (i nie przekonuje mnie Chrystus, który tak mało przejmuje się innymi ludźmi). Myślę, że chciałeś napisać mądry, skłaniający do refleksji tekst i na taki się zapowiadał – poruszyłeś sporo aspektów, choć nie jestem przekonany, że właściwie rozłożyłeś akcenty.

Chciałbym Cię natomiast pochwalić za kilka pierwszych akapitów, bo rozkręcało się całkiem nieźle.

 

Od siebie polecam jeszcze jeden z komiksów N. Gaimana o Sandmanie pod tytułem “Man of Good Fortune”. Może nie zwalał z nóg rewolucyjną oryginalnością, ale opowiada tę samą historię w całkiem ciekawy sposób. No i oczywiście o niebo przystępniej, niż Ty i Borges.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevaz: nie wybrałem go, bo to najlepsze z jego opowiadań. W sumie jest całe mnóstwo lepszych. Spodobał mi się motyw, chciałem go rozwinąć. To nie jest na pewno ostateczna wersja, ale ze względu na moje pomysły na rozwinięcie tematu, raczej nie trafi tutaj, bo mało komu będzie się chciało czytać.

Podobał mi się pomysł i zwięzłość. Nie wchodzisz ani zbyt głęboko w psychologię, ani w teologię i historię religii (co przy dużej wiedzy mogłoby być bardzo interesujące, ale pewnie wywołałoby deszcz protestów). Rozważania o nieśmiertelności niebezpiecznie ocierają się o banał, ale całość jest bardzo, bardzo zgrabna. Warta nominacji moim zdaniem.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Mirabell: bardzo dziękuję :) Zwłaszcza że, z tego co rozumiem z mechanizmów piórkowych, dzięki Twojemu głosowi tekst nominację zdobędzie.

Mniej przystępna wersja tego tekstu – dłuższa, subtelniejsza i bardziej psychologiczno-filozoficzna – jest w planach.

Kiedy Dukaj spotyka Huxleya na podwórku Borgesa, którego jednakowoż nie czytałem. Aż chyba przeczytam. Poza tym co mogę dodać: próbuj dalej, zwiększaj objętość i szukaj wydawcy.

Borgesa bardzo polecam. Na początek zbiory opowiadań “Fikcje” i “Alef”.

Tekst niespecjalnie mnie wzruszył, tzn. pozostawił zupełnie obojętną. Początek w miarę (miałam szczerą nadzieję, że pójdziesz w stronę żydowskiego golema), potem już gorzej – zagrywki do przewidzenia (ten Jezus), choć odwrócona perspektywa cieszy. Doceniam warsztat, nie dołączę do zachwytów.

Niezłe!

 

Ciekawe spojrzenie, napisane bardzo dobrze. Przyjemna lektura.

 

Pozdrawiam! 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Mam mieszane uczucia. Tekst napisany jest sprawnie, na pewno przynajmniej trochę intryguje.

Z drugiej strony – wydaje mi się trochę… hmm… efekciarski? Nie chodzi mi nawet o treść, tylko o zagrywki językowe, typu: 

Ja. Ja. Ja. JA!

Jstm. Jestem. Cśś. Cccccśśś. Ja. Jestem. Coś. Jest. Ja. Reszta. Osobno.

Słowa. Przypomnieć. Czucia? Bo… Bodź-ce! Zimno, gorąco, szybko, mokro, zimno, sucho. Szorstko. Mózg. Oczy. Światło, cień. Uszy, krzyk, szum. Smród. 

Szaro? Biało? Żółto? Kropki, cętki. Ziarenka.

Sól i piasek. Słońce i woda. Upał i chłód.

Plaża, niebo, szum morza. Krzyk nadmorskich ptaków. Drzewa.

Totalne odrętwienie. Gwiazdy, planety, słońce i księżyc, błękit oceanów, niebiesko-zielona mgiełka atmosfery nad krzywizną Ziemi. Obrót. Obrót. Obrót. Powrót, powrót, powrót.

Obrót. Obrót. Obrót.

 

I tak dalej. Rozumiem zamiar, ale wydaje mi się, że przedobrzyłeś. To taka luźna uwaga.

 

 

Ogólnie koncept należy uznać za ciekawy; dobrze, że tekst nie jest długi, bo szczerze pisząc, jakoś bardzo mnie nie pochłonął. 

Dałbym się przekonać do tego utworu pod dwoma warunkami. Pierwszy – gdyby centralna, wręcz jedyna postać nie została tak jednoznacznie określona. Czy tylko Jemu  przysługuje nieśmiertelność? Tę cechę przypisywano takiemu tłumowi bogów, że i jest w kim wybierać, i można było pokusić się o pewnego rodzaju syntezę, jeśli nie do jednej, symbolicznej postaci, to do wspólnej, generalizującej postawy wobec nieśmiertelności i jej implikacji. Drugi – niechby On pozostał tą jedyną postacią. ale niechby nastąpiła próba głębszego wniknięcia w Jego umysł i psyche. Bo to jest, przepraszam za kategoryczność, ślizg po powierzchni.

Grzebałam sobie z nudów po bibliotece, a do tekstu przyciągnął mnie tytuł. Udany wabik na czytelników. 

Raczej udana próba wejścia w psychikę bytu nieśmiertelnego. Spodobało mi się pełne rezygnacji podejście autora do faktu własnego trwania – nie wpadasz w patetyczny strumień świadomości opisując wieczną egzystencję, trudny i ciężki do opisania temat łagodzisz odrobiną ironii i nienachalnego dowcipu (”tu-i-terazbylec” bardzo mi się). 

Puenta jest taka sobie; no ale cóż nowego można powiedzieć o tak przewałkowanym koncepcie? 

 

Dorzucę swoją cegiełkę do dyskusji o tytule: fajny chwyt, ale na Twoim miejscu pozmieniałabym to i owo. Przede wszystkim w hebrajskim nie używa się już nikudów, występują one wyłącznie w starohebrajskim. Dobra, biorąc pod uwagę osobę narratora, użycie hebrajskiego biblijnego mogłoby być uzasadnione, ale… No właśnie, ale. Głowy sobie uciąć nie dam, ale google translator chyba w tym wypadku tłumaczy błędnie. Zakładam, że chciałeś użyć przymiotnika, zaś w obecnej formie tytuł oznacza “coś nie gnije”. Trochę dziwnie. Zmieniłabym לֹא מִתְקַלקֵל na אלמותי (nieśmiertelny) lub נצחי (wieczny). 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

gravel: dzięki za opinię :) Tym bardziej się cieszę, że przyciągnąłem kogoś po tak długim czasie od publikacji. Pointa była pójściem na łatwiznę i przyznaję się do tego otwarcie – chcę przepisać ten tekst i go rozwinąć, wtedy wymyślę lepsze wytłumaczenie nieśmiertelności głównego bohatera. Albo w ogóle nie będę jej wyjaśniał.

 

Co do tytułu – tutaj już nie zmienię, ale jeśli będę chciał drugą wersję gdzieś publikować, dopytam się wreszcie specjalisty od hebrajskiego – mam takiego w rodzinie ;)

Przeczytane. Pozdrawiam.

Ja wiem, że minęły lata od publikacji, ale ja dopiero teraz na ten tekst trafiłam. Moja znajomość biblijnego hebrajskiego nie jest super-wybitna, uczyłam się parę lat i skończyłam podyplomowe studia judaistyczne, ale przyszło mi do głowy, że może by dodać:

A) Zasadniczo nie ma odrębnego hebrajskiego (biblijnego) słowa na “nieśmiertelność”.

B) W biblijnym kontekście pojawia się formuła “[bycie] bez śmierci”, w znaczeniu – życie wieczne: אַל-מָוֶת [al-mawet], gdzie mawet = “śmierć”, poprzedzona przeczeniem. Może taka fraza by się nadała? Ja bym ją w ogóle po hebrajsku zmodyfikowała do neologizmu בֶּן אַל-מָוֶת [ben al-mawet]. “Ben”, dosł. “syn”, jest często używane, by zaznaczyć przynależność do jakiejś grupy: “synowie Izraela” = Izraelici, syn niegodziwości = człowiek niegodziwy itd. W tym sensie ben al-mawet oznaczało “człowiek nie podlegający śmierci”.

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Wow, ciekawe, że ten tekst jest nadal czytany po dwóch latach od publikacji. Dzięki za uwagi i pozytywną ocenę.

Nowa Fantastyka