- Opowiadanie: BardzoGrubaLola - Wzdłuż granicy

Wzdłuż granicy

Miały być truskawki, poszło w inną stronę ;-)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Wzdłuż granicy

Przemierzam ulice w poszukiwaniu światła, śledzony przez korowód pająków. Czasami wydaje mi się, że dostrzegam w oddali ludzkie sylwetki, ale jeśli to prawda, znikają, nim zdążę do nich dobiec. Czasami słyszę stukot pociągu, cichnący, gdy tylko zaczynam iść w jego kierunku. Żywię się czarnymi miękkimi owocami, które rosną na przydrożnych krzewach. Różnią się wielkością i kształtem, ale wszystkie smakują tak samo, a każdy kęs zaciera wspomnienie o Marcie. Jeśli założyć, że złotowłosa mówiła prawdę, kiedyś się stąd wydostanę. Jeśli mówiła prawdę, kiedyś tu wrócę.

*

Opowiedziałem jej, jak kobieta, z którą spędziłem ostatnie trzy lata, stwierdziła, że musi odkryć, kim naprawdę jest, i zażądała mojej natychmiastowej wyprowadzki. Moja nowa znajoma odparła, że mogę spędzić noc u niej, a ja natychmiast się zgodziłem, bo lepszych opcji w tym mieście i tak nie było. Doskonale nadawała się zresztą na jednonocną pocieszycielkę. Drobna, o alabastrowej cerze, w niczym nie przypominała Marty, która zapewne siedziała właśnie w którymś z pobliskich barów, czarując rozmową nowo poznane towarzystwo. Moja była dziewczyna doskonale wiedziała, czego chce. Pewnie upatrzyła już sobie interesującego chłopaka, który mógłby dostarczyć jej rozrywki na tę noc. Wybranek, podpowiadało mi doświadczenie, będzie zaskoczony jej drapieżnością. A kiedy taki facet, zachwycony swoją zdobyczą, poczuje się zbyt pewnie, Marta pokaże drugą twarz i zacznie mu płakać w koszulę. Nic z tych rzeczy ze złotowłosą, która mówiła spokojnie i do rzeczy, robiąc długie przerwy między kolejnymi zdaniami. Żadnych intymnych wynurzeń, żadnej kokieterii. Tego mi było trzeba.

*

Długo siedzieliśmy w kolejce podmiejskiej. Patrzyłem, jak miejsca wysiadających natychmiast zajmował blask latarń. Blady maszynista o okrągłej twarzy pomachał nam i odjechał.

–  Na następnej stacji byłoby bliżej, ale tu kolejka zamienia się w towarowy. Na pętlę zabiera już tylko światło.

– Co się dalej z nim dzieje? – zaśmiałem się.

– Nie wiem. Może po prostu je składują – odpowiedziała poważnie. – Byłam tam na rozmowie, ale jeszcze nie znam wyników.

Kiedy weszliśmy głębiej w labirynt uliczek, objąłem ją. Nie okazała zdziwienia. Oparła głowę o moje ramię i chociaż szło mi się diablo niewygodnie, to wziąłem ten gest za dobry znak.

– Często przygarniasz ćmy barowe? – przerwałem milczenie.

– Nieczęsto.

I dalej w ciszy. I dalej zwężającą się ulicą, po kocich łbach, zarośniętą ścieżynką. Na horyzoncie ciemniały sylwetki nieznanych budowli. Dziewczyna tuliła się do mnie tak mocno, że przez sweter prawie czułem ciepło jej ciała. Musiała wspiąć się na palce, żeby mnie pocałować. Dotyk chłodnych dłoni na szyi. Miękki język wędrujący po wargach. Złote loki. Dreszcz. Obietnica nadchodzącego zaspokojenia. Coraz szybsze kroki.

*

Spleceni ze sobą, zadyszani, byliśmy jedyną plamą koloru w domu mojej gospodyni. Wywinęła się wreszcie z moich objęć. Przez chwilę stała bez ruchu, lustrując wzrokiem nieskazitelnie białe ściany.

– Coś się stało? – spytałem.

– Nie…

Dziewczyna stanęła za mną i wsunęła dłonie pod moją koszulkę. Jedna z nich natychmiast powędrowała niżej, drugą bezlitośnie drażniła sutki. Wziąłem głęboki wdech. Oczyma wyobraźni widziałem już, jak rozpina mi spodnie i klęka. Moje podniecenie rosło aż do chwili, w której zauważyłem, że w kącie pokoju coś się rusza. Wzdrygnąłem się mimowolnie na widok olbrzymiego pająka. Dziewczyna znieruchomiała.

– Coś się stało? – powtórzyła moje słowa sprzed chwili.

– Nie, nie. Zupełnie nic.

Obróciłem się, chcąc odwzajemnić pieszczoty, ale było już za późno. Jej wzrok powędrował za moim, i teraz to ona zadrżała. Zakryłem jej oczy.

– Boisz się pająków?

– Trochę.

– Chcesz, żebym go wyrzucił?

– To nic nie da. I tak wróci. Zawsze wracają. Wiesz, że na jeden dom przypada średnio dwa tysiące pająków?

Wykrzywiła usta w grymasie.

– Daj mi jakiś słoik, to zrobię z nim porządek – zaproponowałem.

Zniknęła na chwilę w kuchni. Przyniosła misę pełną truskawek. Dorodne owoce lśniły jak rubiny.

– Skusisz się?

– Najpierw wyrzucę pająka, a potem odbiorę… truskawkową nagrodę.

Zatrzymałem znacząco wzrok na jej ustach. Przykucnąłem, uzbrojony w leżącą na parapecie kartkę papieru. Dziewczyna pisnęła, a krzyżak przebiegł po ścianie i błyskawicznie zniknął za łóżkiem. W miejscu, gdzie siedział przed chwilą, roiło się od malutkich pajączków.

– Nie martw się, zaraz go dopadnę – powiedziałem.

– To na nic, mówiłam ci już. Przywykłam do tego. Są wszędzie, każdego dnia ich przybywa. Cały ten dom to jedno wielkie pajęcze gniazdo.

Zrezygnowany odłożyłem kartkę.

– Niech ci będzie. Skoro tak chcesz, niech rozmnażają się w spokoju. Może jeszcze wyjdziemy, żeby im nie przeszkadzać?

W odpowiedzi postawiła srebrną misę na stole i usiadła mi na kolanach. Powoli wodziła owocem po moich ustach. Przełknąłem ślinę i zamknąłem oczy, oszołomiony mocnym zapachem truskawek i bliskością obcego ciała. Marta już dawno przejęłaby inicjatywę. Złotowłosa czekała. Wyłuskałem drobną pierś ze stanika. Czułem, jak sutek twardnieje w zetknięciu z palcami, a doznanie mieszało się z łaskotaniem truskawkowych włosków na moich wargach. Już miałem wgryźć się w podarunek, kiedy coś mnie zaniepokoiło. Jak odczuwałbym dotyk pajęczych nóżek na wargach? Widząc moje wahanie, odłożyła truskawkę i pociągnęła mnie na łóżko.

*

Dziewczyna spała z głową opartą na moim ramieniu. Rozsypane włosy drażniły skórę, jakby przebiegały po niej dziesiątki malutkich owadów, ale nawet nie drgnąłem. Swędzenie przybierało na sile, zamieniło się w lekki ból, a następnie pieczenie. Uczucie rozlewało się po całym ciele, aż podniosłem rękę. Kilka czarnych kulek spadło z mojego przedramienia i rozpierzchło się na wszystkie strony. Zerwałem się na równe nogi.

– Wracam do miasta.

– Nie masz jak. O tej porze nic już nie jeździ.

– Nie szkodzi. Pójdę na piechotę.

Ziewnęła.

– Zabłądzisz. To nieciekawa okolica. Zostań do rana.

– Żeby mnie zeżarły pająki?! Jak ty tu w ogóle możesz wytrzymać?!

Błąd. Szeroko otworzyła szafirowe oczy i gwałtownie usiadła.

– Myślisz, że ja to robię dla zabawy?! Walczyłam z nimi jakiś czas, ale zrozumiałam, że to nie ma sensu. W pojedynkę nie wyrwę się z tych sieci. Musisz mi pomóc. Rozumiesz?

– Co rozumiem? – spytałem głupio.

– Czyli nie rozumiesz. Chodźmy spać, co? Pogadamy rano.

Dziewczyna przechyliła głowę, patrząc prosząco. Pokąsane ręce piekły mnie dotkliwie.

– Może następnym razem. Dzięki za wszystko. Cześć! – powiedziałem zdecydowanie.

Nie zatrzymywała mnie w drodze do wyjścia. Z trudem powstrzymałem się od krzyku, kiedy, złapawszy za klamkę, natknąłem się na lepkie nici, rozsnute na metalowej powierzchni.

Pomyślałem o Marcie, która pewnie od dawna już spała, uzyskawszy zaspokojenie w ramionach jakiegoś przypadkowego faceta. Po seksie zawsze odwracała się do mnie plecami, nawet wtedy, gdy jeszcze wierzyliśmy, że łączy nas coś wyjątkowego i jasnego, coś, co usprawiedliwiało kłótnie, niezmiennie kończące się długim roztrząsaniem przyczyn i skutków.

Szarpnąłem za klamkę. Nic. Kopnąłem z całej siły w drzwi. I znów. I znów. Gdyby złotowłosa miała jakichś sąsiadów, pewnie zaczęliby się niepokoić. Ale oprócz nas i dwóch tysięcy pająków w domu nie było nikogo. Była tak cicho, że nie słyszałem nawet, jak oddycha. Nagle zrobiło mi się jej żal.

– Chodź na truskawki! – krzyknąłem.

Kiedy sięgnąłem po owoc, przerwała milczenie.

– Rzadko przyprowadzam tu ludzi. Cieszę się, że akurat ty tu dotarłeś – wymamrotała, nie patrząc mi w oczy.

– Opowiedz mi coś o tym miejscu.

– Ja szukałam domu, a ten dom szukał mieszkańca. Wszystko pasowało. Trochę potrwało, zanim się przyzwyczaiłam, tu jest jednak zupełnie inaczej. Musiałam poznać układ sił w tej okolicy.

– No, i kto tu rządzi?

– To się ciągle zmienia. Mój dom jest na granicy, podobnie jak ty.

Spojrzałem pytająco.

– Jesteś dobry. I czasem robisz złe rzeczy. Musisz coś wybrać, bo miotanie się pomiędzy skrajnościami nie leży w twojej naturze. A jak już wybierzesz, to pociągniesz za sobą mój dom. Trzy razy przyjąłeś moje zaproszenie i to nas ze sobą związało.

Nie wiedzieć kiedy, miejsce owoców zajęły kłębiące się pająki. Złotowłosa uśmiechnęła się lekko. Wybiegłem, zasłaniając ręką usta. Nie panowałem już nad swoim ciałem. Miętowa pasta do zębów maskowała kwaśny smak i szczypała lekko w język.

– Co mam zrobić? – spytałem.

– Chcę, żebyś wyprowadził stąd wszystkie pająki. Kiedy je uwolnisz, pójdą za tobą. Być może zginą w pełnym blasku, być może rozpełzną się po świecie, a ja będę wolna. Jest tylko jeden haczyk – wrócisz, jeśli nie znikną na dobre. Będziesz wracał, dopóki nie rozstrzygnie się gra o dom. Ale nie martw się, coś z tego będziesz miał – zapomnisz o… jak ona miała na imię?

– O Marcie. I wcale nie chcę o niej zapominać.

Zdałem sobie sprawę, że mówię prawdę. Marta była częścią mojej tożsamości. Nieważne, jak bardzo bolało mnie jej odejście, nie mogłem odrzucić wspomnień.

– Z tego, co wiem, zapominanie nie boli. Ruszaj już.

Wepchnęła mi w ręce srebrną misę.

*

Przemierzam ulice w poszukiwaniu światła, śledzony przez korowód pająków. Kiedyś marzyłem, aby odzyskać swoje poprzednie życie, ale nie pamiętam już, dlaczego. Jeśli założyć, że złotowłosa mówiła prawdę, kiedyś się stąd wydostanę. Jeśli mówiła prawdę, kiedyś tu wrócę.

Koniec

Komentarze

Momentami nie wiadomo co kto mówi, ale to mój jedyny zarzut. Nieźle napisane!

Poza tym – moja arachnofobia ostro protestowała przy czytaniu. Dlatego, chcąc nie chcąc, zostanie ono w mojej głowie na trochę dłużej.

Hmmm. Nie przemówiło do mnie. Też mam arachnofobię, ale moja raczej zniechęcała do tekstu. :-) Tak skutecznie, że właściwie nie zrozumiałam, o co chodziło.

Babska logika rządzi!

Niepotrzebnie tak zagmatwalas tekst. Nie do końca zrozumiałem wymowę utworu.

Madeju, dzięki! (Przesadne) zagmatwanie na wielu poziomach niestety mnie ściga… spojrzę na te dialogi :-)

 

Finklo, belhaju – dziękuję za czytanie. Miałam nieodparte wrażenie, że w tym tekście sporo nie gra, a teraz mam taką pewność. To dobrze. To już coś ;-)

Zgadzam się, że coś z dialogami nie gra. Ogólnie tekst jest interesujący, ale przez to nieco się pogubiłam. Przejrzyj sobie, bo szkoda całkiem fajnego tekstu.:)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Nie wiem, czy zmieniłaś coś w dialogach, czy po prostu ja nie miałam z nimi żadnego problemu. 

Za to zadziwiło mnie światło latarń, zajmujące miejsce pasażerów w kolejce, jako towar wywożony gdzieś tam. Tu musiałam się na chwilę zatrzymać i zastanowić. A ponieważ nie doszłam do żadnego sensownego wniosku, machnęłam ręką i czytałam dalej.  

Tekst napisany sprawnie i dobrze, ale chyba nie całkiem zrozumiałam jego przesłanie. Kim była złotowłosa? O co jej tak naprawdę chodziło? Przyznam, że mnie te pytania męczą. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Morgiano, dziękuję za opinię. Zmotywowałaś mnie do dodania całych 200 znaków objaśnień do dialogów, więc na tym poziomie powinno być ok. Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że tak poza tym tekst się nadaje do remontu… :-)

 

śniąca (swoją drogą, masz najfajniejszy nick świata!) – nie miałaś problemu, zmieniłam dopiero teraz. Postaram się nie tłumaczyć tekstu, tylko w wolnej chwili trochę go przebudować, tak żeby złotowłosa mówiła sama za siebie…

Przykro mi, Lolu, to kolejne Twoje opowiadanie, którego nie zrozumiałam, skutkiem czego lektura nie dostarczyła spodziewanej satysfakcji. :-(

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Lolu, dziękuję za komplement :) Aczkolwiek, wrodzona skromność nie pozwala się zgodzić, albo może to kwestia gustów ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

regulatorzy, cóż. Dziękuję za kolejne podejście – czasami mam wrażenie, że sama nie wiem, co chciałam (o)powiedzieć, a to niedobrze. Obiecuję, że kolejny tekst, który – prędzej czy później – tu zamieszczę, będzie bardzo jasny. Przynajmniej dla mnie. Taki pierwszy krok ;)

śniąca: :)

Bardzo mi się podobało. Też nie jestem pewna, czy zrozumiałam przesłanie, ale akurat w tym przypadku mi to nie przeszkadzało, czytałam dla samej przyjemności czytania. A grozy chyba więcej niż w wielu truskawkowych zamierzonych horrorach.

Dziękuję, ocho. Nie spodziewałam się, że ktoś tu jeszcze zajrzy :-)

Długo jechaliśmy kolejką podmiejską, w której miejsce wysiadających natychmiast zajmował blask latarń

Po pierwsze: miejsca

Po drugie: rozdzieliłbym to na dwa zdania (bo jest to bardzo ładny pomysł, ale zasłonięty przez pierwszą część zdania) – Długo jechaliśmy kolejką podmiejską. Obserwowałem jak miejsca wysiadających natychmiast zajmował blask latarń.

Niezatrzymywany, przeszedłem przez duży pokój. – Rozumiem intencję, ale to można interpretować dwojako. Powinno być: Nie zatrzymywała mnie, swobodnie przeszedłem… Albo chociaż: Niezatrzymywany przez nią, przeszedłem…

Właśnie – nie widać tu tego głównego motywu, tego domu i przywiązanej do niej “klątwy”. To jakoś niknie. Źle wyważone proporcje (za dużo o tej Marcie, za dużo erotyki, za mało domu, za mało tajemnicy).

I o co chodzi z tym tytułem? Jak się on ma do najważniejszego wątku?

Sirin, dziękuję za uwagi. To jest taki tekst, który postanowiłam skończyć (skoro już zaczęłam) i baaardzo mi z nim było nie po drodze. Twój komentarz, podobnie jak kilka wcześniejszych, pokazuje mi, dlaczego – i że całość jest do przepisania :/

Tytuł: ha, miałam nie odpowiadać, bo skoro z tekstu nie wynika, to tym gorzej dla tekstu, ale powiem ;) w mojej głowie dom stoi na granicy jasności i ciemności. No i narrator najpierw tam wchodzi z dziewczyną, a potem – sam – nie umie wyjść i tak się włóczy wzdłuż granicy, szukając na oślep przejścia.

 

Rozbicie na dwa zdania jest bardzo fajne i biorę, ale pozostanę jednak przy “miejscu wysiadających”, w sensie przestrzeni, a nie pojedynczych krzesełek (co też byłoby możliwe, ale nie widzi mi się tu :-)).

niezatrzymywanie – zgadzam się :-)

Czołem!

Wszystkie twoje teksty wydają mi się bardzo kobiece, ale ten jakoś szczególnie. To nie znaczy, że mnie nie pociąga – mężczyzna może od kobiet usłyszeć bardzo mądre rzeczy, jeśli tylko będzie umiał słuchać.

A tak już bez farmazonów – o ludziach piszesz dobrze, myślę, że umiesz wyobrazić sobie postać i się w nią wczuć, a przynajmniej umiesz przedstawić ją w sposób przekonujący dla czytelnika. Po zaledwie kilku zdaniach, zrobiło mi się szkoda głównego bohatera, więc powstał między mną a nim jakiś zalążek więzi.

Nie chcę się wymądrzać, ale myślę, że pająki coś tutaj symbolizują ^ ^. Mam nawet pewne podejrzenia. Natomiast o co chodzi z domem, za cholerę nie wiem. Ogólnie dość ciężka tematyka, uczuciowe sprawy, zaplątana w symbole i jak zwykle nic na talerzu. Ja, przyznam się, lubię twoje teksty, bo przyjemnie się je czyta, nie są za długie i traktuje to jak rozwiązywanie łamigłówki albo czytanie poezji, (czego zasadniczo nie robię). Ciekawe jak by wyglądała jakaś dłuższa forma w twoim wydaniu i czy powstałaby od razu z wprowadzeniem i objaśnieniem literaturoznawcy :D.

 

Arachnofobii nie mam. Fajna scena z zamianą owoców na pająki.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Fajne :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka